Powered By Blogger

poniedziałek, 9 maja 2011

Czy Prąd Zatokowy się zatrzymuje?

George Filer (MUFON)

W dniu 12 czerwca 2010 roku, prąd Loop Current w Zatoce Meksykańskiej najwidoczniej się zatrzymał najprawdipodobniej przez wyciek ropy naftowej. To, w konsekwencji, zatrzymało Prąd Zatokowy. Jak stwierdziła gazeta Johna Moore'a - "Golfstrom się zatrzymał" - co opublikowano jesienią 2010 roku, co stało sie jedną z dwóch najważniejszych gazetowych "story" napisana w ciągu ostatnich 2000 lat. Gazeta Moore'a jest poważnym czasopismem i jest redagowana przez dwóch naukowców i trzech wydawców, cytuje bardzo poważne i wiarygodne, naukowe źródła - w tym US Navy.

Żeby było ciekawiej, Departament Obrony USA opłacił studium Petera Schwartza i Douga Randalla w temacie: "Gwałtowne scenariusze zmian klimatycznych i ich implikacje dla stanu bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych".

Dramatyczne zwolnienie biegu Prądu Zatokowego. Czy do niego dojdzie? Możnaby powiedzieć, "O co właściwie chodzi"? Co powiemy na rozpoczęcie małej epokii lodowej (5-10 lat)? A co powiemy na długotrwałe zlodowacenie trwające całe pokolenia? Moore twierdzi:
- To, co oglądamy w czasie zimy 2010/2011 jest czymś w rodzaju filmu "The Day After Tomorrow" puszczonym w zwolnionym tempie. To, co widzimy (gwałtowne zmiany klimatu) w Anglii, Irlandii i Szkocji jest początkiem czegoś znacznie gorszego, gwałtownej zmiany klimatu o zasięgu ogólnoświatowym.

Dokumentacja Moore'a dotyczy wiedzy, jaką posiada rząd na ten temat od roku 1979, którą zawarł on w dwóch płytach DVD pt. "Globalne ocieplenie: To, o czym rząd nie mówi Tobie". Większa część pracy Moore'a o GO stanowią relacje amerykańskich weteranów - podwodniaków z odpraw służbowych, w których uczestniczyli służąc w US Navy od 1979 roku.

John Moore był uczestnikiem audycji radiowej sześć razy w tygodniu, emitowanej przez trzy rozgłośnie. Jest on weteranem w Wietnamu, gdzie wykonał 57 lotów bojowych i brał udział w ofensywie święta Tet, a od 1973 roku detektywem z Wydziału Zabójstw. John Moore dwukrotnie pokazał się w ogólnokrajowych wiadomościach Fox News-TV.

John udziela wywiadów przez telefon lub osobiście - wystarczy zadzwonić do niego na numer +1-866 956 3007, albo napisać do niego email na adres na stronie: www.jrliberty2001yahoo.com, także gdybyście chcieli przejrzeć jego dwupłytowe opracowanie na temat GO.

W tej chwili siedzę w mym domu w New Jersey i widzę za oknem zawieję i zamieć zasypującą nas tonami śniegu. Można zobaczyć  to na video - http://www.youtube.com/watch?v=VWmRwf3cGk8. Można też sciągnąc raport Schwartza i Randalla ze strony - http://info.themicroeffect.com/wp-content/uploads/2011/01/3-Articles.pdf

* * *

Od siebie dodam tylko tyle, że przed zatrzymaniem się Golfstromu i związanym z tym efektem zalodzenia Eurazji ostrzegano jeszcze na łamach "Problemów" (To taki popularno-naukowy digest wydawany w PRL) na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, a zatem sprawa nie jest taka nowa, jakby się wydawało...

Przekład z j. angielskiego -
Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 8 maja 2011

Władcy Wszechoceanu






Aleksandr Wołodiew

W rosyjskiej prasie poświęconej niezwykłym fenomenom od czasu do czasu pojawiają się artykuły na temat istot rozumnych zamieszkujących akweny Wszechoceanu naszej planety, a które mogą stanowić drugą rasę rozumnych istot na Ziemi. Materiał ten został opublikowany na łamach czasopisma „NLO” nr 4/2011, s. 18.

Ludzie Wszechoceanu

Nieprzerwana wodna przestrzeń pokrywająca nasza planetę, mająca szczególny skład chemiczny, otaczająca kontynenty i wyspy – Wszechocean – dzieli się na cztery mniejsze oceany: Spokojny, Atlantycki, Indyjski i Lodowy[1], które zajmują 70,8% powierzchni Ziemi. Należy przy tym wziąć pod uwagę fakt, że na północnej półkuli jego wody zajmują 60,6%, a na południowej aż 81%. Jakże mało wiemy o samym rodzaju ludzkim – o jego ewolucji biologicznej, technologicznej, socjalnej. A przecież prawo do istnienia mogą mieć także inne gatunki ludzkie. Czy nie istnieje równolegle z lądowymi ludźmi rasa ludzka, która zamieszkuje wody Wszechoceanu, i o której wspominają filozofowie, podróżnicy, historycy piszący o nich jak o bratnim związku plemion? No a skoro tak, to dlaczego przemierzający przestrzenie oceanicznych wód, zapuszczający się w tysiącmetrowe głębiny marynarze, badacze oceanu, uczeni niczego nie zauważyli i nie zauważają? Odpowiedź na to intrygujące pytanie jest oczywista, a mianowicie – oni zauważali i wciąż zauważają te Istoty. Inna rzecz, że do tajemniczych zjawisk, tajemniczych Istot odnosimy się jak do iluzji, które przeczą realności i co za tym idzie – nie są one uznawane przez mędrców z naszego, kontynentalnego świata…

Od skrzeli do płuc

Hipoteza, według której człowiek rozumny wyszedł z oceanu, ewolucyjnie zamieniając skrzela na płuca, według poglądów różnych współczesnych uczonych, wciąż pozostaje w sferze teoretycznych rozważań. Z drugiej strony dowodem na to może być fakt, że ludzka krew, a właściwie jej skład chemiczny jest niemal identyczny ze składem chemicznym wody morskiej. Poza tym nasze płuca są podobne w działaniu do rybich skrzeli. Profesor z Uniwersity of Calcutta – Rakosh Kafadi teoretycznie i praktycznie udowadniał, że w dawnych czasach doszło do rozdzielenie gatunku Homo na ludzi lądowych – Homo sapiens sapiens i oceanicznych – Homo sapiens aquaticus, a w 1991 roku wybrał on na swego sojusznika 70-letniego jogina i guru Ravinda Mishda, który zgodził się w całkowicie kontrolowanych warunkach, pod okiem kamer video, na eksperyment przebywania pod wodą bez jakichkolwiek urządzeń wspomagających oddychanie. W ten sposób ustanowiony został rekord przebywania w wodach jeziora – i wynosił on 144 godziny 16 minut i 22 sekundy. Jak udało się osiągnąć niemożliwe? Guru – co potwierdzili medycy – potrafił przestawić swe płuca na typ pracy skrzeli. Oznacza to, że płuca jogina zostały wypełnione wodą były w stanie przyjmować tlen z atmosfery rozpuszczony w wodzie tylko w ten sposób, jak to odbywa się u ryb. Ponadto guru oświadczył, że dysponuje on metodami swych przodków pozwalającymi na oddychanie podwodne każdemu, kto posiadł umiejętności jogi. Omawiając warunki eksperymentu prof. Kafadi stwierdził, że oto jest właśnie mój dowód na to, iż my wszyscy jeśli sobie tylko tego zażyczymy, jesteśmy w stanie być istotami dwudysznymi. My wszyscy jesteśmy dziećmi Wszechoceanu, które dawno temu opanowały ląd. A rekordzista Ravind Mishda jak się okazuje, wcale nie jest jedynym. Usłyszawszy o tym rekordzie, pewien rybak z filipińskiej wyspy Luzon oświadczył, że pod kontrolą aktywistów z Amerykańskiego Stowarzyszenia Nurków zanurzył się bez akwalungu na głębokość 60 m. Jorge Paquino wyszedł na brzeg po upływie 1 godziny 5 minut stwierdzając, że nie wiedzieć dlaczego słona woda jest zbyt niebezpieczna dla zdrowia. Nie odważył się na powtórkę swego wyczynu, ale jego najbliżsi odkryli, że kiedyś ukrywając się przed bandytami przesiedział na dnie laguny ponad 24 godziny – a dokładniej 24 godziny i 25 minut.

Oczywiście w przypadku jogina Ravinda Mishida i rybaka Jorge Paquino nie chodziło o jakieś zatrzymanie oddychania. Obaj oddychali w wodzie. Jak wiadomo powszechnie, człowiek jest w stanie zatrzymać oddech na 40 – 60 sekund. Najbardziej wytrenowanym profesjonalnym nurkom udawało się wstrzymać oddychanie na głębokościach 25 – 30 m na 5 – 6 min.

Nie myśl źle o Rusałkach i Syrenach

A jak w tym kontekście należałoby się odnosić do zapisów w dziennikach pokładowych z minionych stuleci zapełnionymi świadectwami o spotkaniach z Gospodarzami Wszechoceanu – Rusałkami, Syrenkami i ich nieodłącznymi towarzyszami – Syrenami?  Jeden z takich zapisów pochodzi od towarzysza Kolumba, o nazwisku de Neredo – „żeglarza odważnego i prawdomównego”, który w swym dzienniku pisał tak: Niejednokrotnie udawało mi się obserwować takich mężczyzn i takie kobiety, u których wierzchnia część ciała jest podobna do naszej, ale spodnia stanowi silny ogon, jak u ogromnej ryby. Ich głowy są śmiesznie okrągłe, większe od naszych. Włosy mają zielonkawy odcień, są gęste i niejednokrotnie zaplecione w warkocze albo swobodnie rozpuszczone. W Ich rękach o pięciopalczastych dłoniach  widziałem ryby, kraby czy wodorosty – Ich pożywienie.

Gospodarzy Wód widziano także na Oceanie Indyjskim. Widziano Ich wielokrotnie u wybrzeży Portugalii, gdzie dochodziło do wielu spotkań z Nimi w których uczestniczyli przede wszystkim rybacy. Będą jakby nie było naszymi braćmi, zwracają się do nas w swoim niezrozumiałym języku, podobnym do przeciągłego, melodyjnego śpiewu.[2] I Oni nigdy nam nie zagrażali, a wręcz odwrotnie – to Oni poszukiwali kontaktu z nami.[3] Zdumiewa ich zdolność do życia w zimnej wodzie.

W roku 1646 została opublikowana książka niemieckiego przyrodnika Johanna Jonetonusa pt. „Historia naturalna ryb, wielorybów i innych stworzeń wodnych”, w której znajdowały się jeszcze bardziej konkretne relacje, niż świadectwo de Neredy. Jonetonus podkreśla w niej, że trzykrotnie widział Syreny, w słoneczny dzień wprost pod sterem i twierdził on, że widział także Ich dzieci, które tak jak u ludzi rodzą się pojedynczo, czy o wiele rzadziej po dwoje. Rusałki – o ile wierzyć temu naturaliście – są drobniejszej postury w porównaniu z nami, ale Ich muskulatura jest bardziej widoczna, żylasta, niezwykle silna, lekko zrywały sieci, trudne do złowienia i uwięzienia. Jonetonus pisze także, że rodziny Syren zamieszkują na mieliznach wygrzanych słońcem i ciepłymi prądami, na rafach, w których znajdują się wyryte przez Nich pieczary i jaskinie, a które mają swe tajne wyjścia na ląd, plantacje wodorostów i zagrody dla ryb. Osobliwie intrygującym jest fragment książki Jonetonusa, w którym pisze tak: Gospodarze Wód znają ogień, który rozniecają dla ogrzania się i przygotowania jedzenia w swoich suchych jaskiniach. Znają oni także tkaną odzież, która służy im na lądzie. Okazuje się więc, że Rusałki i ich mężczyźni oraz dzieci czują się jednakowo komfortowo w wodzie i na lądzie, czy dlatego że są Oni dwudyszni? Odpowiedź na te pytania dają dzisiejsze kontakty z Gospodarzami Wszechoceanu. Kontakty wprost sensacyjne, które miały miejsce w podwodnych miastach – wizjach naszej Przyszłości.

Komunizm na dnie oceanu

Interesującym i szczególnym jest fakt, że przewidywania wielkich pisarzy-fantastów zawsze się sprawdzają. W kontekście istnienia Władców Wszechoceanu, spełniają się w realnym życiu marzenia bohatera powieści Aleksandra Bielajewa pt. „Człowiek-amfibia”[4], doktora Salvatore’a marzącego o stworzeniu w morzach i oceanach świata państwa idealnego w stylu komunizmu utopijnego, zamieszkałego przez ludzi, którym zamiast płuc przeszczepiono skrzela rekina. Genialnemu chirurgowi, jakim był dr Salvatore, jego wielkie zamierzenie się nie powiodło. A może udało się to tym, dla których ocean stanowi Ich naturalne środowisko?

Spróbujemy połapać się w tym wszystkim w oparciu o opowiadanie naszego rodaka, który przebywał w sytuacjach ekstremalnych i zagrażających życiu, i który w jednej z nich został uratowany przez Wodnych Ludzi. A trzeba zacząć od wydarzeń, które wydarzyły się dość dawno, kiedy to w lipcu 1932 roku,  na wybrzeżu Morza Białego wysiadła grupa radzieckich uczonych, wśród których był 34-letni wówczas ichtiolog Dawid Gierszin, który w 10 lat później zginął w walkach pod Leningradem. Pozostawił on swym córkom swe notatki pod wieloznacznym i wiele mówiącym tytułem „Spotkanie z Przyszłością”, w których znajduje się relacja mówiąca o tym, jak to uczony przez nieuwagę spadł z urwiska i wpadł do wody, gdzie: został wciągnięty na dno przez jakiś podwodny prąd, czy przez jakieś turbulentne potoki w wodnej toni. Gierszinowi uratowanemu przez ludzi-gigantów po prostu się udało, a to dlatego – że według jego słów – potwierdziło się to, co on nazywał wcześniej „bajędami” i „wymysłami”. Nie pamiętam – pisze on – jak mnie wyciągnęli z wody i znalazłem się w systemie zamkniętych, jasno oświetlonych przestrzeni, wypełnionych urządzeniami technicznymi nieznanego przeznaczenia. Dobrze zapamiętałem dobrodusznych gigantów srebrzystych strojach, anatomicznie nie różniących się od nas, bez jakichś rybich ogonów czy płetw, ale mających widoczne skrzela, tak że mogli oni oddychać w wodnych głębinach, gdzie mieli oni plantacje jadalnych wodorostów, polowali i wydobywali ropę naftową.

Gierszin podkreślił wielokrotnie, że jego wybawcy byli doskonale poinformowani o tym, co się dzieje na kontynentach i doskonale władali językiem rosyjskim. Ale, kiedy odstawiono go po tygodniu do obozu naukowców w jakiejś „szybkiej kapsule”, kategorycznie odmówili Oni spotkania się z Leningradczykami, pozwalając mu tylko powiadomić „ludzi lądowych” o Ich istnieniu i życiu w głębinach. Między innymi o tym, że mogą oni otrzymywać energię, metale i tlen na drodze jądrowego rozszczepiania wody.[5]

Uczonemu dali do zrozumienia, że przyszłość naszej kontynentalnej Ludzkości leży w podbiciu głębin oceanicznych, gdzie znajdują się niewyczerpane bogactwa. Czy nasz rodak nie puścił wodzy fantazji? Niestety (a może na szczęście) nie – bowiem po upływie kilku lat podobne relacje usłyszano od ludzi, których uratowali od niechybnej śmierci Władcy Wszechoceanu.

Rozplątując mocne węzły faktów

Kanadyjski oceanograf Sten Boult w ciągu 40 lat zbierając relacje o alternatywnej cywilizacji we Wszechoceanie doszedł do wniosku, że nie tylko jej istnienie jest realne, ale także o jej globalności. Zaostrzając uwagę czytelniczego audytorium na tym, że cywilizacja „podwodnych” jest wyżej rozwinięta od cywilizacji „lądowych” – twierdzi on, że: …wyrwała się ona z kosmosu Wszechoceanu i przeszła w kosmos Przestrzeni, który my dopiero zaczynamy poznawać. Przejawy tego możemy zaobserwować w postaci wszelkich anomalii jak np. UFO, UAO czy niezwykłe obiekty kosmiczne[6], które według wielu uczonych mają czysto ziemskie pochodzenie.

Boult zamierzając rozwiązać mocne węzły faktów ma nadzieję, że dojdzie pomiędzy nami do ponownego połączenia. Jednakże nie wcześniej, niż my – ludzie z kontynentów – odżegnamy się od wojen, przemocy i przestaniemy zanieczyszczać i zatruwać atmo- i hydrosferę. Uczony ten jest optymistycznie nastawiony do perspektywy zlania się dwóch ras w jedną solidną, monolityczną cywilizację. Oczywiście po wypełnieniu przez nas złotej reguły sprawiedliwości społecznej. Czy jest to kolejna utopia czy nie – pokaże nam czas…

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©               


[1] Rosjanie wyróżniają tzw. Siewiernyj Liedowityj Okiean – Północny Ocean Lodowaty na Biegunie Północnym, a ostatnio także przyjmuje się nazwa Jużnyj Liedowityj Okiean – Południowy Ocean Lodowaty obejmujący wody Antarktyki.  
[2] Stąd właśnie poszła legenda o „syrenim śpiewie”, który był tak niebezpieczny dla towarzyszy króla Itaki Ulissesa – Odyseusza, bohatera „Odysei” Homera.
[3] Potwierdzają to legendy z całego świata. Polecam w tym zakresie pracę Daniela Farsona i Angusa Halla pt. „Tajemnicze potwory”,  Warszawa 1994, ss. 146 – 157.

[4] W wersji filmowej „Diabeł morski” (1961), reż. Giennadij Kazanskij i Władimir Czebotariow.
[5] Najprawdopodobniej na drodze reakcji syntezy termojądrowej.
[6] UOO – Nieznane Obiekty Orbitalne oraz UCO albo USO – Nieznane Obiekty Kosmiczne/Przestrzenne. 

sobota, 7 maja 2011

EKRANOPLAN: prawdziwy Potwór Morza Kaspijskiego




I jeszcze à propos artykułu Olega Jefriemowa na temat kaspijskich UMAH chciałbym przypomnieć także największą stworzoną przez człowieka osobliwość tego morza – niezwykłą konstrukcję morsko-lotniczą – ekranoplan, którego nazwano Potworem Morza Kaspijskiego.

Wszystko zaczęło się wprost sensacyjnie. W lipcu 1967 roku amerykański satelita szpiegowski wykonał serię zdjęć jakiegoś obiektu nawodnego, o długości 100 m i masie 500 ton, który wyglądał prawie jak samolot i poruszał się nad wodami Morza Kaspijskiego z prędkością powyżej 500 km/h (~270 kts). Tą ogromną maszynę nazwano w Pentagonie „Potworem z Morza Kaspijskiego”, a celem jej powstania było stworzenie morskiej super-potęgi ZSRR.

Zaczęło się to w latach dwudziestych, kiedy odkryto dziwne zachowanie samolotów lecących tuż nad płaską powierzchnią. Okazało się, że w takich sytuacjach wzrasta siła nośna odpychająca skrzydła do góry, NB, doprowadziło to do wielu katastrof zanim spróbowano porażkę przekuć w sukces.

Po badaniach naukowych okazało się, że siła nośna wzrasta, ponieważ pomiędzy skrzydłem, a powierzchnią nad którą leci samolot wytwarza się większe ciśnienie - to zjawisko nazwano "efektem ekranu". Kiedy samolot leci na dużej wysokości efekt ekranu nie działa. Kiedy porusza się tuż nad np. wodą oprócz podstawowej siły nośnej dzięki której lata każdy samolot działa dodatkowa siła odpychając od powierzchni.

W związku z tym wykorzystanie ekranu do zbudowania aeroplanu nowego typu okazało się być kuszącą perspektywą - taki pojazd może przewozić znacznie większe ładunki, w dodatku bardziej ekonomicznie (bo zużywa mniej paliwa wykorzystując w ruchu odpychanie ekranu).

Okazało się jednak, że ówczesna technologia nie pozwala na zbudowanie sprawnie działającego ekranoplanu (tak go nazwano) - brak materiałów, niestabilność lotu zniechęciły konstruktorów i projekt zarzucono. W latach 60. w ZSRR pojawił się pomysł wykorzystania technologii ekranu do celów militarnych, idea powiązania projektu rozwoju ekranoplanu z wojskiem okazała się być niezwykle skuteczna - w ZSRR akurat w tej dziedzinie nie oszczędzano.

Na Zbiorniku Gorkowskim stworzono specjalną bazę do testów i Centralne Biuro Konstrukcyjne rozpoczęło prace i już w 1961 roku dokonano pierwszego pokazu - oczywiście w obecności członków Politbiura, to z pewnością pomogło w dalszym finansowaniu prac. I tak dzięki pieniądzom wojska w 1965 roku został zrealizowany projekt kryjący się pod oznaczeniem KM. W rzeczy samej - potwór. Rozpiętość skrzydeł ekranoplanu wynosiła 37,6 m; długość – 100 m; maksymalny ciężar całkowity - 544 tony. Nigdy wcześniej w powietrze nie wzbił się większy samolot.  Ekranoplan KM rozpoczął testy w 1966r., a właściwie zamiast ekranoplan: Kaspijski Potwór - bo tak go szybko ochrzczono. (zob. Michał Gwiazdowski - http://pravda.blox.pl/2007/02/Kaspijski-Potwor.html)

Ekranoplany obserwowano przez lata Zimnej wojny na Morzu Kaspijskim jako duże obiekty poruszające się z ogromnymi prędkościami. Amerykańscy specjaliści od wywiadu, którzy je obserwowali, są odpowiedzialni za nadanie im nazwy „Potwory Morza Kaspijskiego”. Kiedy Zimna Wojna się skończyła, to odkryli ku swemu zdumieniu, że był to jeden z szerokiego wachlarza projektów pojazdów poruszających się na wysokości około metra nad powierzchnią wody, co umożliwiało mu zaoszczędzenie paliwa i niemal całkowitą niewidzialność dla radiolokatorów. Co więcej – ekranoplany ważyły 540 ton całkowicie załadowane. Długość 100 m zaś prędkość podróżna wynosiła 400 km/h (czyli 250 mph albo ~216 kts) na wysokości kilku metrów nad wodą. Inny dobrze znany model ekranoplanu należy do typu Łuń. Siła nośna ekranoplanu jest jedną z największych jakie kiedykolwiek odnotowano i wynosi 1000 ton.

Co ciekawe, ten sam efekt występuje także nad lądem.  To jest dokładnie ten sam efekt, który nie pozwala kartce papieru na upadnięcia płasko na ziemię – kartka zawsze opada zakosami. Dzięki właśnie temu zjawisku ekranoplan może poruszać się nad lodem, nad śniegiem czy jakąkolwiek równą i płaską powierzchnią, natomiast lot nad nierówną powierzchnią jest ryzykowny i grozi katastrofą.

Wynaleziony w Związku Radzieckim te pojazdy stały się bardzo szybkimi transportowcami wojskowymi i bazowano je na wybrzeżach Morza Kaspijskiego i Morza Czarnego. Duży ekranoplan mógł przewieźć 100 ton ładunku (w tym czołgi czy artylerię) na duże odległości. Minister obrony ZSRR marszałek Dimitrij Ustinow popierał rozwój ekranoplanów. Planował on początkowo wybudowanie floty 120 ekranoplanów A-90 Orlionok i wprowadzenia ich do służby we Flocie Radzieckiej. Liczba ta została zredukowana do 30 jednostek do wykorzystania we Flocie Bałtyckiej i Flocie Czarnomorskiej. Po śmierci marszałka Ustinowa w 1985 roku, następny minister obrony ZSRR marszałek Sokołow zatrzymał ten projekt przestając go finansować. W rezultacie powstały tylko trzy ekranoplany typu A-90 Orlionok oraz jeden typu Łuń.

Ekranoplany produkowano w Niżnym Nowgorodzie w Stoczni Wołga do czasu upadku Związku Radzieckiego (zob. http://www.volga-shipyard.com) Jeden ekranoplan typu Łuń można zobaczyć na Google-Maps o Google-Earth w rosyjskiej bazie Kaspijskiej Floty w Kaspijsku u wybrzeży Morza Kaspijskiego. Nieznana, mniejsza struktura znajdująca się na nieodległej plaży jest być może innym, już złomowanym ekranoplanem. (Więcej na temat ekranoplanów na stronie -    http://www.samolet.co.uk/)

Radzieckie dowództwo marynarki wojennej rozważało możliwość stworzenia floty ekranoplanów będących prawdziwymi „zabójcami lotniskowców”. Te szybkie jednostki lecące tuż nad powierzchnią oceanu byłyby idealnymi konstrukcjami stealth, praktycznie niewidzialnymi dla radiolokatorów. Ich uzbrojenie – 6 pocisków rakietowych klasy woda – woda 3M-80 Moskit/SS-N 22 Sunburn/P-270/Ch-4 – pozwalałoby im na wykonanie takiego zadania. Pociski te poruszają się z prędkością 3 Ma i ich zasięg wynosi 250 km lecąc na wysokości 20 m nad powierzchnią wody, a zatem stanowią bardzo niebezpieczna broń, co przy wykorzystaniu do ich odpalania właśnie szybkich i trudno wykrywalnych ekranoplanów stanowiłoby zwrot w taktyce przeprowadzania operacji morskich.

Aktualnie Moskity znajdują się na uzbrojeniu niszczycieli i korwet rakietowych marynarek wojennych Federacji Rosyjskiej, Ch.R.L. i Indii. W latach 90. pojawiła się także lotnicza wersja tego pocisku ASM-MMS/Ch-41 przeznaczona dla samolotu Su-33.

Od siebie dodam tylko tyle, że Morze Kaspijskie stanowiło w czasach Zimnej Wojny idealny morski poligon doświadczalny dla nietypowych, czy wprost nowatorskich radzieckich konstrukcji morskich – nawodnych i podwodnych.

Położenie tego poligonu było wręcz idealne – Amerykanie i NATO nie mieli doń bezpośredniego dostępu. Od południa znajduje się antyamerykański Iran, z pozostałych stron republiki radzieckie. Dlatego właśnie nad jego akwen latały szpiegowskie samoloty U-2 i satelity KH, których zadaniem było dokonania rozpoznania radiowego i fotograficznego tego akwenu, że szczególnym uwzględnieniem baz i portów morskich.

Tak swoją drogą patrząc na osiągi ekranoplanów zastanawiam się, czy wiele legend morskich o UFO/USO nie bierze się właśnie z zaobserwowanych tego rodzaju jednostek na otwartym morzu? Wszak taki pojazd musiałby być widocznym na ekranie radiolokatora, jakiego używaliśmy w WOP (typu TRO, TR czy RN) jako szybko przemieszczająca się kropka ciągnąca za sobą smugę kilwateru. Dla niedoinformowanego czy niewprawnego obserwatora byłoby to UFO jak się patrzy! Nie widziałem na Bałtyku ekranoplanu, ale nie jest powiedziane, że ich tam nie było. Być może są one odpowiedzialne za obserwacje typu RV, które zaliczali wopiści w latach 70. i 80. obiektów, które szybko przemieszczały się po powierzchni morza, a które mogły być brane za „zwykłe” samoloty. Z drugiej strony odgłos pracy 10 silników odrzutowych ekranoplanu byłoby słychać na wiele mil, wszak nad wodą głos rozchodzi się daleko, i z całą pewnością byłyby one słyszane przez naszych obserwatorów, marynarzy, jachtsmenów czy rybaków. Może tak było, tylko że odgłos pracy silników ekranoplanów brano za odgłosy pracy silników lotniczych? Tak też być mogło.   

I już tak na koniec, czy ci Wodni Ludzie nie są czasem rezultatem jakichś eksperymentów genetycznych, które miały na celu wytworzenie Homo sapiens aquaticus – istot ludzkich z GMO? Brzmi to dziwnie, ale skoro pracowano nad wyhodowaniem delfinów-morderców w ZSRR i USA, i które wyhodowano, to dlaczego nie można było pracować nad autentyczną piechotą morską złożoną z mężczyzn przeznaczonych do podwodnego rozpoznania i zwiadu, dywersji i sabotażu? W ZSRR Morze Kaspijskie byłoby idealnym poligonem dla tego rodzaju działań – a w USA? – chyba Trójkąt Bermudzki czy południowo-zachodnie wybrzeża Florydy? W czasie Zimnej Wojny nie takie rzeczy były możliwe i kto wie, czy nie mamy do czynienia z istotami ludzkimi, którym nadano postać istot morskich z legend o Syrenach i Rusałkach? 

Drugą możliwością są przedstawiciele równoległej cywilizacji ludzkiej zamieszkującej Wszechocean. Nie zapominajmy, że niemal ¾ powierzchni Ziemi pokrywają jego wody i jego dno stanowi potencjalne terytoria zamieszkałe przez Nich. Tego wykluczyć nie możemy. Zbyt wiele dziwnych rzeczy miało miejsce na i w jego wodach, by przejść ponad nimi do porządku dziennego. I dlatego właśnie trzeba wciąż o nich przypominać.   

Trójkąt Bermudzki


Anna Milewska


Przyciąga mnie od wielu lat, odkąd pierwszy raz przeczytałam powieść Gabrieli Górskiej pt. "Diabelski Trójkąt". Książkę tę do dziś uważam za arcydzieło polskiej literatury s-f. Jak w "Solaris" Stanisława Lema, gdzie czarny ocean jako Super-inteligentny Byt dręczy umysły ludzi, w Trójkącie. Gabrieli Inteligencja zamieszkująca ten akwen Atlantyku usiłuje skontaktować się z ludźmi, jest jednak tak potężna i odmienna, że ich prymitywne umysły nie są w stanie ani tego  zrozumieć, ani tym bardziej odpowiedzieć.

W 2004 roku, kiedy to pierwszy raz dane mi było pomieszkać na jednym ze statków wycieczkowych Carnival Cruise Lines, Trójkąt pokazał mi moje pierwsze (i niestety jedyne jak dotąd) UFO. Obserwację tę opisałam wówczas na łamach CBZA na blogu Roberta Leśniakiewicza, teraz tylko przypomnę szczegóły. TSS Carnival Fantasy pływała na trasie Canaveral - Freeport - Nassau a więc dokładnie przez akwen Trójkąta (przypomnijmy: oficjalny akwen Trójkąta wyznaczają trzy porty: Fort Laurderdale na  Florydzie, Puerto Rico na San Juan oraz wyspy Bermudy). W godzinach wieczornych odpoczywałam na otwartym pokładzie i obserwowałam gwiazdy. W pewnym momencie zauważyłam, że jeden punkt, który przed chwilą wzięłam za gwiazdę, porusza się. Pierwszym moim skojarzeniem było "o, sputnik" - wtedy jednak punkt podskoczył kilka razy "tańcząc" w nieregularnych i bardzo szybkich ruchach. Po chwili dołączył do niego kolejny a potem jeszcze trzeci. Przez kilka sekund "skakały" wokół siebie, był też moment kiedy dwa przeleciały równolegle obok siebie. Po czym jeden za drugim oddaliły się i zniknęły. Wszystko to wydarzyło się bardzo szybko, szczegóły mogły nieco zatrzeć mi się w pamięci. Niemniej - wiem co widziałam i mam pewność, że nie było to złudzenie optyczne. Niestety moja "przygoda" nie powtórzyła się więcej ale przekopując ostatnio doniesienia o UFO w Internecie dowiedziałam się, że nie byłam jedyną osobą, która widziała coś podobnego w tym rejonie.

Otóż, jak pisze 57- letni Charlie Lynch, weteran marynarki na amerykańskiej stronie dla pasjonatów UFO http://www.ufocasebook.com/,  w 1971 roku zaobserwował on w Trójkącie coś niezwykłego. Oto moje skrótowe tłumaczenie jego relacji (oryginał dostępny po adresem: http://www.ufocasebook.com/2011/navyveteranbermudatriangle.html):

"(...)Miałem 19 lat i właśnie zakończyłem nocną wachtę w maszynowni. Wyszedłem na papierosa i kiedy tak stałem, ujrzałem dwa obiekty wyglądające zupełnie jak gwiazdy, przelatujące z ogromną szybkością z jednego do drugiego odległego punktu nocnego nieba. Bez najmniejszego śladu zwolnienia, nagle się zatrzymały. Wtedy zauważyłem jeszcze trzy obiekty ustawione idealnie pod kątem 45 stopni do poprzednich, i które równie nagle się zatrzymały. Też na początku wziąłem je za gwiazdy. Patrzyłem na to wszystko i zastanawiałem się, jaki rodzaj wojskowego samolotu mógłby poruszać i zatrzymywać się tak szybko, kiedy, niespodziewanie wszystkie pięć obiektów wystrzeliły jednocześnie z ogromną prędkością, idealnie zachowując formację. W ciągu pięciu sekund zniknęły. Ludzie powtarzają mi, że widziałem po prostu przelatujący samolot. Ale to nie wyjaśnia w jaki sposób zmieniły kierunek i powróciły z powrotem do pozycji w jakiej się pojawiły. To wydarzyło się w Trójkącie Bermudzkim.(...)"

Nieco inną, za to bardzo świeżą, bo z zeszłego miesiąca obserwację NL w Trójkącie znalazł w Internecie Robert Leśniakiewicz. Jest o tyle ciekawa, że świadkiem był pasażer statku wycieczkowego TSS Norwegian Sun, który to jest w kilku portach, między innymi Canaveral, sąsiadem Carnival Dream - statku na którym obecnie przebywam pisząc ten tekst.

A o to moje tłumaczenie relacji:

"Przebywałem na pokładzie statku TSS Norwegian Sun, zmierzającego w stronę prywatnej wyspy. Obserwowałem niebo, była godzina trzecia rano, dnia 5 lutego 2011. Zauważyłem, że jedna z gwiazd błyszczała jaśniej niż pozostałe. Woda była zamglona ale widać było światła dwóch innych wycieczkowych statków płynących po naszej trasie, nieco bardziej na wschód. Światło, jakie  obserwowałem było najpierw białe, potem czerwone, zielone aż w końcu znowu białe. Znajdowało się na dużej wysokości, kiedy nagle opadło jakieś cztery tysiące stóp w dół, zatrzymało się na sekundę lub dwie, pomknęło przed siebie po niebie na podobną odległość, znów zastygło na sekundę i zniknęło. Kilka sekund później pojawiło się w swojej pierwotnej pozycji. Podejrzewam, że laserowe pióro, które wycelowałem w światło w momencie kiedy zaczęło zmieniać kolory, zainicjowało jego  ruch ale jest to jedynie subiektywne przypuszczenie."

(Tekst oryginalny można znaleźć pod adresem: Brian Vike  http://www.sightings.com/)

Norwegian Sun podąża za nami z Canaveral w stronę Karaibów, niewykluczone więc, że jednym z dwóch statków jakie widział świadek we mgle była właśnie Carnival Dream. Niestety, rzadko wychodzę na otwarty pokład o trzeciej nad ranem.

Przypuszczam, że takich relacji są setki, jeśli nie tysiące. Wystarczy spędzić więcej czasu na przeszukiwaniu Internetu. Cokolwiek powoduje całą "legendę" Trójkąta, jest tam nadal, przypominając o sobie co jakiś czas. Przypomina o sobie nawet wówczas, kiedy światło na niebie jest całkowicie naturalne. Ostatnio na blogu CBZA oraz witrynie KKK Robert Leśniakiewicz wspominał o widocznym w dniu wczorajszym zjawisku "super księżyca". Wyjątkowo bliska orbita księżyca spowodowała, że był on wizualnie o 14% większy niż normalnie, co w połączeniu z pełnią dało szczególnie piękny efekt. Carnival Dream wypływała akurat z portu Canaveral. Miejsca, które ze względu na bliskość NASA (kilka kilometrów od portu) nazywamy stacją kosmiczną.  Jestem pewna, że ten, kto widział to miejsce na żywo, zgodziłby się ze mną, że nazwa jest całkowicie zasłużona. Niesamowicie przestrzenne i idealnie płaskie Canaveral to rozlewiska i bagna, zabudowania przeważnie parterowe, rozrzucone  na dużej przestrzeni, co powoduje, że poruszanie się tam bez samochodu jest praktycznie niemożliwe - jak to często w Stanach Zjednoczonych, zbyt duże odległości. Do centrów handlowych dowożą nas ze statku autobusy, tak więc jedynie przez okno mogłam zobaczyć, jak bardzo "kosmicznie" wygląda to miejsce. Rano zamglone i prawie mroźne (w miesiącach zimowych temperatura na Florydzie o 7 rano wynosi często 0-3 stopnie Celsjusza, zaś do godziny 11-12 w południe skacze w górę nieraz  do 25), w ciągu dnia rozświetlone słońcem i ciepłe. Wszechobecne rozlewiska powodują, że w słońcu jest tak jasno, że trudno patrzeć a woda wydaje się wlewać na autostrady. Jestem bardzo ciekawa, jak to miejsce wygląda podczas corocznych letnich huraganów...

Kiedy statek opuszcza port około godziny 17.30 czasu amerykańskiego, uważny obserwator ma szansę zauważyć wyskakujące z wody delfiny i latające ryby. Nie jest to jednak łatwe gołym okiem, co udowodnił mi filmik video jaki  ostatnio nakręciłam. Podczas nagrywania woda była spokojna i przejrzysta niczym jezioro, na powierzchni nie dostrzegłam najmniejszych zakłóceń. Dopiero obejrzawszy nagranie, ku sporemu zaskoczeniu dojrzałam coś w rodzaju sporego rybiego ogona lub całego "rybiego kształtu", który nagle wyskoczył na powierzchnię i jeszcze szybciej się schował. Pomyślałam wówczas, że może z obserwowaniem delfinów w Trójkącie jest trochę jak z obserwowaniem tam UFO. One są tam cały czas, tylko trzeba mieć trochę szczęścia aby je dostrzec. Niestety nie uwieczniłam skaczących gwiazd na niebie. Zrobiłam za to zdjęcia zachodowi słońca i pełni "super księżyca", kiedy to Dream majestatycznie oddalała się od Canaveral. Muszę Czytelnikom powiedzieć, że widok ten wynagrodził mi nawet brak UFO. Trójkąt i bez niego wydaje mi się najpiękniejszym i najbardziej pełnym światła miejscem na tej planecie.

Gdzieś w Trójkącie Bermudzkim
2011-03-22