Powered By Blogger

sobota, 27 kwietnia 2019

Broń M – meteo



Anteny instalacji HAARP k./Gakona (AK)



Oleg Fajg

Niedawno pojawiła się w mediach informacja o sporządzeniu na zlecenie Pentagonu laserowej instalacji, mogącej spowodować „błyskawiczne ulewy”. W tym celu urządzenie emituje dwie wiązki energii, gdzie zasadnicza wiązka jest okrywana przez wiązkę o mniejszej intensywności.

Jeszcze w dalekiej Przeszłości ludzie opowiadali legendy o uczestnictwie groźnych sił Przyrody w wojnach i potyczkach. Weźmy np. antyczne mity, w których olimpijscy bogowie wojując z sobą i ze śmiertelnymi szeroko posługiwali się huraganami, sztormami, burzami… A główny bóg Zeus mniał swój najważniejszy atrybut – wiązkę piorunów. 

Minęły millenia, i w II połowie XX wieku podobne marzenia zaczęły stawać się rzeczywistością. Nasamprzód konspirologowie z fantastami, a potem i fizycy z meteorologami zagadali o tajemniczej, broni geofizycznej – broni M spoza triady broni A, B i C – BMR czyli broni masowego rażenia… I pierwszym krokiem zrobionym jeszcze w latach 50-tych stały się eksperymenty ze sztucznym schładzaniem pokrywy chmur wywołującym obfite opady.


Operation Popeye


Pierwszym znanym doświadczeniem nad zastosowaniem klimatycznej, a dokładniej pogodowej BMR były eksperymenty z czasów Wojny Wietnamskiej. Tak więc w toku Operacji Popeye (to postać z disnejowskiej kreskówki – przyp. aut.) trwającej w latach 1967-1972, Amerykanie rozpylili nad dżunglą ponad 5400 ton jodku srebra i dwujodku ołowiu (AgI i PbI2). W ostatecznym rezultacie pora deszczowa wydłużyła się o pół miesiąca, a ilość opadów w górnym biegu Mekongu wzrosła trzykrotnie. Apoteozą uderzenia klimatycznego stała się katastrofalna powódź w 1971 roku, która zatopiła 1/10 część terytorium nie tylko Północnego, ale także Południowego Wietnamu.

Operacja Popeye

Operacja Popeye pokazała dokładnie całą złożoność używania broni M. Nie patrząc już na użyte kolosalne środki, celem operacji było zatopienie „drogi Ho Chi Mina”, którą przemieszczali się partyzanci z Vietcongu, tak by nie była ona dostępna, jednakże Popeye była jedynie częścią strategii tej wojny. Istniała specjalna amerykańska jednostka inżynieryjna, która przy pomocy ciężkiej techniki do prac ziemnych likwidowała wierzchnią warstwę żyznej gleby, przekształcając wielkie areały pól ryżowych i przylegającej do nich dżungli w jałowe, nieurodzajne błota.[1]


Potworny projekt


Pełne fiasko wietnamskiej awantury w żaden sposób nie ochłodziła gorących głów waszyngtońskich „jastrzębi”.[2] I tak do 1983 roku, w sekretnych centrach Pentagonu całą parą szły prace i badania do Project Stormfury. Tym razem Waszyngton postawił przed uczonymi ambitne zadania: znaleźć sposób na sztuczne stworzenie takich niszczących zjawisk jak: tornado, huragany, tajfuny i sztormy. 

Pomiędzy nimi, próby stworzenia geofizycznej broni M były prowadzone przez Amerykanów na długo przed awanturą w Wietnamie. I tak pod koniec lat 40-tych, w USA szły prace w ramach Project Seal. Był on poświęcony zastosowaniu bomb atomowych na płyciznach i przybrzeżnym szelfie kontynentalnym. Zakładano, że wybuchy megatonowych ładunków spowodują potężne tsunami, które zmyje wszelkie nabrzeżne instalacje nieprzyjaciela. Jednakże podobne eksperymenty wykazały, że ich rezultaty są niejednoznaczne i je wkrótce przerwano. Kiedy o tym dowiedział się akademik Andriej Sacharow, to zaproponował wsteczny wariant – założyć atomowe fugasy wzdłuż atlantyckiego wybrzeża USA i zdetonować je, niszcząc co większe centra przemysłowe. Ów potworny projekt był odrzucony przez Sztab Generalny z powodu niezmiernych strat w ludności cywilnej.[3]


Za zasłoną tajemnicy


Bez względu na otaczający te sprawy woal tajemnicy, część badań geofizycznych była prowadzona (i do tego czasu jest prowadzona) w sposób jawny. Jest po temu kilka przyczyn:


  • Po pierwsze – mają miejsce manipulowanie opinią publiczną pod przykryciem humanitarnych celów zapobiegania i walki z biedą i nieszczęściami;
  • Po drugie – służby specjalne USA zrozumiały, że ufolodzy i konspirolodzy otworzyli przed nimi złote wrota do magazynu informacyjnych „przykrywek”. Wystarczy teraz tylko lekko popchnąć w pożądanym przez nie kierunku najbardziej zaangażowanych entuzjastów niezależnych badań. Zupełnie tak, jak w serialu „Z Archiwum X”, gdzie sedno sprawy zawsze znajduje się gdzieś obok…[4] 
  • Po trzecie – chociaż wielkoskalowe eksperymenty z bronią M i zmianami klimatu byłyby praktycznie nie do ukrycia przed oczami przeciwnika, to dlatego należy odwrócić jego uwagę od nich i skierować ją na fałszywe tropy.[5]

 
Pod koniec lat 60-tych prasę obiegły wieści o jakichś dziwnych, mobilnych stanowiskach, które były chronione przez paramilitarne jednostki ochronne. Najczęściej widziano je w pobliżu słynnej „Alei Tornad” wiodącej od Zatoki Meksykańskiej do Środkowego Zachodu. Wedle niektórych świadectw, były to stanowiska wyrzutni kontr-tornado, będące w stanie wygasić potworne wiry powietrzne, puszczając im na spotkania analogiczne wichury. 

Jak tylko o tym zaczęły się wypowiadać centralne media, to od razu pojawiły się plotki i pogłoski, że te tajemnicze, cudowne klimatrony są winne pojawieniu się kilku tornad, które w 1969 roku nawiedziły Panamę. Od tego czasu stosunki tego kraju z Białym Domem były naprężone i wielu uwierzyło w tą legendę miejską. Jednak później mobilne klimatrony nijak nie były w stanie ochronić południowych stanów USA przed huraganem Katrina i jej „siostrami”.


Widok na zespół anten instalacji SURA k./Niżniegorodska



Gra na „jonosferycznej harfie”


Dzisiaj, kiedy mówi się o stworzeniu klimatycznej broni masowego rażenia, przede wszystkim mówi się o Programie Badań Zórz Polarnych Promieniowaniem Radiowym o Wysokiej Częstotliwości tak nazwanym projektem HAARP – High Frequency Active Auroral Reseach Program – czyli dziennikarskiej jonosferycznej harfy.  

Rozmieszczony w okolicach Gekona na Alasce poligon HAARP jest podobny do boiska piłkarskiego z całym lasem pionowych, telewizyjnych anten. Głównym celem jonosferycznej harfy było zbadanie najwyższej warstwy atmosfery Ziemi – jonosfery. I tak np. przy pomocy oprzyrządowania HAARP badało się zachowanie potoków cząstek naładowanych, które przynosi wiatr słoneczny w magnetosferę Ziemi. 

Autorzy legend miejskich twierdzili od samego początku, że anteny HAARP są przeznaczone do tworzenia jakichś „efektów rezonansowych” po to, by zrobić w jonosferze jakieś „zgęstki energii” i przy ich pomocy wywołać w dowolnym miejscu planety huragany, tajfuny, susze i powodzie. 

Jednakże nawet teoretycznie HAARP nie mógłby zmienić stanu jonosfery wskutek wielu warunków. Moc promieniowania poligonu na Alasce może wystarczyć na jakieś innowacyjne badania, ale nie na jakieś „globalne ataki atmosferyczne”. No i wreszcie puszczono w obieg pogłoski o tajnej broni M w czasie pełnego przerwania i ukończenia badań w lecie 2014 roku. Gdyby uczeni z Pentagonu i NASA uczestniczący w tej misji otrzymali jakieś wyniki zachęcające do kierowania pogodą, to czy Kongres USA przerwałby te badania Projektu HAARP? Owszem, przerwanie prac nad „sondowaniem jonosferycznym” mogło być „przykrywką” dla następnego stadium badań z podwyższonym gryfem tajności. 

No i niestety, do dziś dnia nikt nie może objaśnić zasad „klimatycznego” oddziaływania poligonu na Alasce i jego odpowiedników rozmieszczonych na całym świecie: od Grenlandii do Australii. Podpowiedzi można znaleźć w analogicznych projektach w rodzaju: EISCAT, SPEAR czy w byłym radzieckim zestawie SURA.


Anteny SURA



Stukanie elektronicznego „Dzięcioła”


W swoim czasie u ufologów i konspirologów był bardzo popularny pogląd o tym, że rosyjskim odpowiednikiem alaskańskiego HAARP była instalacja SURA w Obwodzie Niżniegorodskim. Ufolodzy do dziś dnia twierdzą, że niżniegorodska instalacja służy do łączności z Kosmitami, a konspirologowie dowodzą, że to właśnie tutaj ukrył się międzynarodowy „spisek klimatyczny”. Z powodu charakterystycznego dźwięku przekazywanych sygnałów radziecki HAARP otrzymał w kręgach niezależnych badaczy zjawisk anomalnych nazwę „Dzięcioł”.[6]  

Miedzy innymi, na oficjalnej stronie Projektu można zaczerpnąć informację o tym, że ten jonosferyczny zestaw składa się ze 144 anten promieniujących z mocą 750 kW. Tam odbywają się badania regularnej generacji sztucznej turbulentności i sztucznego promieniowania elektromagnetycznego plazmy jonosferycznej w różnych przedziałach przy działaniu silnego promieniowania mikrofalowego. 

No i oczywiście ta informacja stała się urodzajną glebą dla kolejnych plotek o pracach nad radziecką bronią M. Do tego entuzjaści hipotezy o wszechświatowym spisku i ufolodzy nie przyjmują do wiadomości faktu, że moc SURY jest o wiele mniejsza niż moc jednego tylko stanowiska HAARP.

Do tego finansowanie przez długie lata Projektu przez Ministerstwo Obrony mogły działać na korzyść hipotezom o wojskowym zastosowaniu SURY.


  • Po pierwsze – to ultratajna tematyka pozahoryzontalnych stacji radiolokacyjnych, które byłyby w stanie wykrywać odpalenia ICBM za oceanem.
  • Po drugie – plazmowe zgęszczenia w jonosferze, jeszcze z czasów SDI rozpatruje się jako sposób neutralizacji tychże ICBM. Należy zauważyć, że podobną ideę rozwinął akademik R.F. Artiemienko. A jeżeli nawet takie eksperymenty przeprowadzano, to można tu tylko mówić o bazowych, podstawowych, fundamentalnych pracach nad opracowaniem broni jonosferycznej w dalekiej przyszłości. 


Na drodze skonstruowania wojskowych systemów kierowania pogodą stoja także trudności prawne. Wiodące mocarstwa podpisały cały szereg umów i traktatów oraz memorandów kategorycznie zabraniających używania jakichkolwiek typów i rodzajów bojowych klimatronów. 

Do tego dochodzi jeszcze jedna – główna przyczyna niesterowności huraganami jest energetyczna. Energię zwyczajnej chmury deszczowej można porównać do energii zawartej w jednej głowicy nuklearnej o średniej mocy. Do ogrzania tylko 1 km³ przestrzeni powietrznej potrzebna jest stacja energetyczna o ogromnej mocy. A m.in. dla globalnego wpływu na pogodę, należy kierować kolosalnymi masami powietrznymi, wytwarzającymi także nieduże tajfuny albo tornada.


Anteny zestawu radiolokacji pozahoryzontalnej DUGA 2 w okolicach Czarnobyla



Moje 3 grosze




Sterowanie pogodą stanowi odwieczne marzenie człowieka, a szczególnie stało się ważne w czasach, kiedy pogoda jest coraz bardziej rozregulowana i występujące z powodu EGO anomalie pogodowe są coraz silniejsze i co za tym idzie – groźniejsze, a także całkowicie nieprzewidywalne. Piszę te słowa patrząc w okno, za którym lśni palące, kwietniowe słońce, temperatura sięga +25ºC a wiatr kłębi północno-afrykański pył, który osadza się wszędzie, gdzie tylko zdoła się wcisnąć i wraz z pyłkami kwitnących roślin torturuje przede wszystkim alergików. 


Jak na razie zdani jesteśmy na siły Natury i to jest wiadomość zła. Gorsza wiadomość jest taka, że mało kto kwapi się by robić coś w celu zmniejszenia EGO. Na razie sytuacja przypomina czekanie na Godota: „siedzita tu i godota, a Godota jak nie było tak nie ma…” To, co się robi to kropla w morzu tego, co zrobić należy; przywrócić ziemi szatę roślinną, sadzić lasy i przejść na czystą energię odnawialną. Zresztą o czym mówimy – obłędna gospodarka rabunkowa prowadzi do totalnej dewastacji lasów. W normalnych czasach, za tzw. komuny w średniej wielkości nadleśnictwach pozyskiwano 2500 m³ drewna – dzisiaj corocznie wycina się co najmniej 4500 m³! Na stokach gór Pasma Babiogórskiego corocznie są coraz to większe dziury w caliźnie pokrywających je lasów…


Tak jest w lasach państwowych, gdzie wycięte połacie się jednak zalesia. A w prywatnych? Te są cięte bez opamiętania, a o zalesieniach nie ma mowy – chłopki-roztropki liczą na naturalne odnowy… Efekty są nieciekawe – osuwiska ziemne, straty w zwierzostanie, migracje zwierząt w pobliża ludzkich siedzib, susza glebowa, pożary i gradacje szkodników… Ale kogo to obchodzi? Najważniejsza jest kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Czasami łapię się na tym, że myślę iż red. Andrzej Zalewski umarł w porę – gdyby zobaczył to, co się dzieje w lasach, to by Go szlag na miejscu trafił! 

Wszelkiego rodzaju legendy miejskie są tworzone właśnie po to, by odwrócić uwagę ludzi od prawdziwych problemów i skupić ją na pozornych: na LGBT, na wychowaniu seksualnym, na podłych komuchach, podłych nauczycielach czy migrantach, a w międzyczasie sprzedaje się kraj za psie pieniądze i organizuje ogłupiałym ludziom igrzyska w czasie których rzuca się im ochłapy z jaśniepańskiego stołu: a to 500+, a to 100+ - same, kurwa, plusy minusów nie ma! 

No bo o to tu chodzi – chlebek dla nich, igrzyska dla czerni, a od czasu do czasu jakiś problemik: a to chemtrails, a to szczepionki, a to jakieś haarpy i sury, a to zbiórka na katedrę we Francji… - nich czerń się czymś zajmie i nie patrzy władzy na ręce. W końcu miodek i sperka jest dla nich, a bryndza dla nas.                 



 Źródło - "Tajny XX wieka" nr 5/2019, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Na tym właśnie polegał sens tej wojny – zagłodzić naród tak, by powstał przeciwko swojej władzy. Wietnamczycy nie ulegli, za to wariant ten przećwiczono z dobrym skutkiem w Polsce w latach 80-tych, poprzez nałożenia embarga na żywność i pasze z Zachodu.
[2] Jednym z tych „jastrzębi” był Amerykanin polskiego pochodzenia prof. Zbigniew Brzeziński, fanatyczny antykomunista i zwolennik wojny jądrowej z ZSRR.
[3] Za to Amerykanie jakoś nie wahali się przed projektowaniem pasa min i fugasów jądrowych na granicy RFN-NRD, które miały za zadanie zatrzymanie armii Układu Warszawskiego na granicy tych krajów i zasypanie opadem radioaktywnym terytoriów NRD, Czechosłowacji i Polski, nie mówiąc już o zaatakowaniu naszych krajów przy pomocy ładunków jądrowych i termojądrowych o mocy od 20 kt do 0,5 Mt TNT, celem których byłyby większe miasta – w tym 77 miast w Polsce.
[4] To jest właśnie to, co nazywam „ufologią kreatywną”, w której ufolodzy tworzą kolejne legendy o UFO zainspirowani przez służby, które potem mają wygodna przykrywkę do swej niecnej działalności, jak to miało miejsce m.in. w Roswell w 1947 czy Gdyni w 1959 roku. 
[5] Jak wiadomo bowiem, nie ma lepszej przykrywki dla tajemnicy jak inna tajemnica. Nie ma lepszej przykrywki dla eksperymentów wojskowych niż UFO…
[6] Podobną nazwę miała ogromna instalacja radarowa z okolic Czarnobyla opuszczona po kwietniu 1986 roku.

piątek, 26 kwietnia 2019

Nocne Światło w konstelacji Panny


Nocne Światło w Pannie

W dniu wczorajszym miałem okazję zaobserwowania czegoś niezwykłego na wieczornym niebie, czegoś podpadającego pod definicję UFO czy nawet UCO w postaci jasnego światła, które znikło po kilku sekundach.  A wyglądało to następująco:

TYP INCYDENTU: NL
MIEJSCE: Jordanów - N 49°38′57″ - E 019°49′48″, 490 m n.p.m.
DATA: 25.IV.2019 r.
CZAS: ok. 20:45 CEST/18:45 GMT
CZAS TRWANIA: ok. 3-4 s
ILOŚĆ OBIEKTÓW: 1
ŚWIADKOWIE: 1
ZDJĘCIA: nie było
PRAWDOPODOBNE WYJAŚNIENIE: sztuczny satelita???

Warunki pogodowe były następujące:

TEMPERATURA POWIETRZA: +15°C
WILGOTNOŚĆ POWIETRZA: 53%
WIATR: lekki wiatr z S (halny)
CIŚNIENIE ATMOSFERYCZNE: 1014 Pa
ZACHMURZENIE: 0,0-0,2; Ci
WIDZIALNOŚĆ: dobra, widoczny Mars i najjaśniejsze gwiazdy

OPIS OBSERWACJI:

Tego wieczoru, spacerując po ul. Mickiewicza zauważyłem jasną „gwiazdę” w konstelacji Panny, znajdującą się ok. 0,5º poniżej (na południe od) gwiazdy Spica (α Vir), która nagle się ukazała i jej jasność przypominała jasność Procjona (α CMi) czyli +0,37 mag. „Gwiazda” ta świeciła nieruchomo i nie mrugała, toteż początkowo uznałem ją za planetę, jednakże w tamtej części nieba nie znajdowała się żadna z jasnych planet: Mars znajdował się w Byku, zaś Księżyc, Saturn i Jowisz były widoczne dopiero w drugiej części nocy i znajdowały się jeszcze pod horyzontem.

„Gwiazda” naraz zaczęła tracić swą jasność, i po chwili zgasła, jednakże przed zgaśnięciem wykonała ruch w kierunku wschodnim i to z wzrastającą prędkością. Początkowo sądziłem, że to po prostu był samolot, który włączył światła lądowania, ale kolor tego światła był bladoniebieski, a nie biały. Poza tym musiałbym widzieć jego światła pozycyjne i stroboskopowe, czego nie zaobserwowałem, a obserwowałem tamten fragment nieba przez jakieś 5 minut. 

Nadmieniam, że nie jest to pierwsza obserwacja tego rodzaju i nie można jej przypisać satelitom Iridium, które często obserwuję na rannym i wieczornym niebie.  

wtorek, 23 kwietnia 2019

Polowanie na Boeinga



Boeing-707 z lotu KAL-902 na tafli jeziora w radzieckiej Karelii



Borys Szarów


Niedaleko od wejścia do portu lotniczego Sztokholm-Arlanda znajduje się hotel, który jest zrobiony na bazie spisanego na złom stratolinera Boeing-747 Jumbo Jet. Na jego pokładzie znajduje się 27 pokoi, a także najdroższy pokój w kabinie pilotów.

Wielu ludzi pamięta katastrofę malezyjskiego Boeinga nad Donbasem, która miała miejsce latem 2014 roku, ale nie był to pierwszy pasażerski samolot, który popadł w kłopoty. Zazwyczaj winą za te incydenty są obarczani wojskowi, ale czasami tragedie takie są powodem awarii aparatury czy pomyłki załogi. To, co się stało z południowo-koreańskim Boeingiem-707 wiosną 1978 roku na niebie Karelii, nie zostało wyjaśnione do dziś dnia.


Niebezpieczny powrót


Rejs nr KAL-902 Południowokoreańskich Linii Lotniczych odbywał lot na trasie Paryż – Seul z międzylądowaniem w Anchorage (AK). Na pokładzie znajdowało się 97 pasażerów i 12 załogantów. Dowodził nimi doświadczony kapitan Kim Czan Ju[1], który w czasie swych 46 lat życia latał przez 10 lat w lotnictwie wojskowym i był uczestnikiem działań bojowych w Wietnamie. 

Karierę wojskową zakończył jako pułkownik lotnictwa, potem jeszcze 10 lat przepracował dla KAL i przez cały czas latał on na trasie Seul – Paryż – Seul. Jego załoga też odznaczała się stałością – latała z nim w niezmienionym składzie już 7 lat. Rejsy te były cotygodniowe.

Samolot był w całkowitym porządku. Został on oddany do eksploatacji w 1967 roku, i najpierw umieszczono go we flocie Pan American. Po 10 latach, po generalnym remoncie Boeinga sprzedano Koreańczykom. Samolot był sprawny technicznie i był on stosunkowo nowym – ten typ Boeinga może latać 40 lat.

Dnia 20.IV.1978 roku, o godzinie 14:40 MSK, rejs KAL-902 wystartował z portu lotniczego Paryż – Charles de Gaulle. Na całej trasie pogoda była dobra. Wysokość lotu wynosiła 10.000 m, prędkość 900 km/h. Jednakże doświadczony pilot nie wiedzieć czemu, nie zauważył, że na trawersie Islandii wszedł na kurs powrotny i szerokim łukiem (o promieniu 2000 km) skierował się z powrotem na południe – nad Spitzbergenem, ku brzegom półwyspu Kola. 

Potem ten błąd próbowano objaśnić uszkodzeniem autopilota. Łuk ten był bardzo szeroki i płynny, że nawet doświadczony pilot nie mógł tego dostrzec. Ale niepojętym jest to, że nikt z członków załogi nie zorientował się, że jaskrawe arktyczne słońce znajduje się z innej strony samolotu. A na to właśnie zwrócił uwagę jeden z pasażerów – Kishio Otani, który postanowił nie mieszać się w sprawy załogi i po prostu zasnął.


Schemat lotu KAL-902 wg. WOPK ZSRR



Kurs na Siewieromorsk


Radzieckie stacje radiolokacyjne wychwyciły nierozpoznany samolot o godzinie 20:54 MSK. Równo w 25 minut później od wtargnięcia w przestrzeń powietrzną ZSRR, poderwano w powietrze myśliwce przechwytujące Su-15 z dyżurującego 431. pułku myśliwskiego. W sumie sytuacja dla dowództwa i załogi bazy była znana. 

W strefie służbowej odpowiedzialności pułku znajdował się fragment granicy państwowej o długości 1270 km od Ałakurtty do Wjartsiłja. Loty lotnictwa zwiadowczego NATO i USA w tym rejonie nie były rzadkością. Możliwe następstwa tychże były również znane radzieckim wojskowym i ich przeciwnikom. Jeszcze od maja 1960 roku, kiedy to nad Uralem zestrzelono samolot szpiegowski U-2 kpt. F.G. Powersa, nikt nie miał wątpliwości, że w przypadku naruszenia granicy ZSRR odpowiednie środki zostaną podjęte. 

Obcy samolot kontynuował lot nie odpowiadając na wezwania służb dyżurnych. Było zrozumiałe, że kurs Boeinga przetnie ultra-sekretny rejon Siewieromorska. Jedyną przyczyną, dla której samolot ten nie został zestrzelony na granicy, był błąd obserwatorów – został on pierwotnie rozpoznany jako pasażerski Boeing-747 JJ. 

Ale w kwietniu 1978 roku miały tam miejsce duże ćwiczenia operacyjno-taktyczne, centrum których był Siewieromorsk. Tam znajdowała się tajna baza morska Floty Północnej ZSRR, centralne stanowisko dowodzenia, główna baza strategicznych atomowych okrętów podwodnych, centralne stanowiska dowodzenia Wojsk Lotniczych i Wojsk Obrony Powietrznej Floty Północnej. Na półwyspie Kola znajdowała się duża baza bombowców strategicznych i zwiadowczych Marynarki Wojennej.

Rzecz jasna, w sztabie zgrupowania założono, że pojawienie się nieznanego samolotu, nie odpowiadającego na wezwania, mogło być sprawdzeniem gotowości bojowej. Zamiast użycia rakiet zenitowych, dowództwo WOPK zdecydowało się na „wyczyszczenie” przestrzeni powietrznej wg planu Dywan. Według tego planu, statki powietrzne niezależnie od typu i przynależności państwowej powinny być zmuszone do lądowania na najbliższym lotnisku.


Przechwyt


Na przechwyt celu z lotniska Afrikanda poderwano Su-15 kpt. Aleksandra Bosowa. Około godziny 21:35 zlokalizował on nieproszonego gościa na optycznej. Nasz pilot zakołysał skrzydłami i jednocześnie połączył się radiowo z dowództwem. Po pierwsze, on skorygował błąd stwierdzając, że był to Boeing-707. Po drugie zameldował, że naruszyciel nie reaguje na jego manewry i leci w kierunku granicy radziecko-fińskiej. 

Koreański pilot później twierdził, że zmniejszył prędkość i zapalił światła oznaczające gotowość lotu za myśliwcem, choć z niejakim opóźnieniem. Tłumaczył to opóźnienie tym, że radziecki myśliwiec zbliżył się do koreańskiego stratolinera nie z lewej, jak mówią przepisy międzynarodowe, ale z prawej strony. 

Próby połączenia się Kima z maszyną Bosowa na częstotliwości 121,5 kHz zostały odnotowane przez wieżę kontroli obszaru powietrznego w fińskim Rovaniemi. Jednakże doświadczony lotnik wojskowy powinien był wiedzieć, że na tej częstotliwości radiostacje radzieckich myśliwców nie pracują. 

O godzinie 21:38, dowódca XXI Korpusu WOPK – Władimir Carikow zameldował do Centralnego Sztabu WOPK o gotowości do zestrzelenia celu. W tym samym czasie Bosow meldował dowództwu, że samolot ma wszelkie cechy pasażerskiego stratolinera, logo linii lotniczych, napisy literami łacińskimi i koreańskimi ideogramami, a w iluminatorach widoczni są pasażerowie. 

Dane z amerykańskiego nasłuchu radiowego mówią o tym, że przez dwie-trzy minuty radziecki pilot spierał się z dowódcą udowadniając, że ma do czynienia z cywilnym samolotem. Ale w sztabie woleli nie ryzykować i potwierdzili rozkaz zestrzelenia intruza. Rzecz w tym, że Boeing-707 jest niemal identyczny z amerykańskim samolotem rozpoznania radioelektronicznego RC-135 (zbudowanym na bazie samolotu pasażerskiego Boeing-707).[2]

A do tego naruszyciel przeleciał już nad tajnym rejonem i zbliżał się do granicy z Finlandią. Jeżeli pilot myśliwca się pomylił, to był to samolot szpiegowski, to mógł on zabrać ze sobą Bóg jeden wie, jakie dane.


Twarde lądowanie


O godzinie 21:42 Bosow odpalił do Boeinga rakietę R-60. Ona eksplodowała nad jednym z silników prawego skrzydła. Odłamki zdehermetyzowały kabinę pasażerską, zabijając jednego z pasażerów na miejscu i poważnie raniąc 14 osób (jedna z nich zmarła w drodze do szpitala), poza tym wybuch urwał część płata o długości 4 m. 

Straciwszy wysokość, Boeing szybko obniżył pułap lotu i skrył się w chmurach. Tymczasem w pościgowcu Bosowa kończyło się paliwo i musiał zawrócić do bazy. Na poszukiwanie celu wysłano kilka Su-15 z 265. pułku myśliwskiego. Boeing został odnaleziony przez kpt. Anatolija Kieriefowa. 

I znowu koreański pilot zachował się dziwnie. On leciał na niskim pułapie i znów sprawiał wrażenie, że nie widzi radzieckiego myśliwca, który kilkakrotnie przecinał mu kurs z zapalonymi światłami i pilotowi radzieckiego pościgowca wydawało się, że Koreańczyk chce za wszelką cenę dolecieć do granicy. Pilot poprosił o zgodę na ataki zajął pozycję, ale otrzymał rozkaz posadzenia Boeinga w rejonie, w którym się znajdowali. 

Kieriefow zauważył na dole jezioro i spróbował nakryć lewe skrzydło samolotu prawym skrzydłem myśliwca. Koreański pilot nie miał wyboru, aby uniknąć zderzenia musiał się zniżyć. O godzinie 23:05 stratoliner usiadł na lodzie jeziora Korpijarwi. Po kilkunastu minutach odnalazła go ekipa poszukiwawczo-ratownicza. Wszedłszy na pokład ratownicy przerazili się: cała kabina pasażerska była zalana krwią. To były następstwa gwałtownego spadku ciśnienia: z nosów i krwi pasażerów puściła się krew. 

Oficerowie radzieckiego lotnictwa zauważyli, że pilot Boeinga wykazał wysoki kunszt pilotażu. On siadał z wypuszczonym podwoziem, co zmniejszyło możliwość zniszczenia kadłuba i wybuchu pożaru, i tak obliczył drogę hamowania tak, że ogromna 200-tonowa maszyna swym dziobem legła na brzegu. I to właśnie dzięki temu lód wytrzymał ciężar samolotu.


Odchylenie magnetyczne


Pasażerowie zostali ewakuowani do Kemi – miasteczka, w którym całe życie koncentrowało się wokół jednostki wojskowej. Umieszczono ich w budynku szkoły, do której z wojskowych magazynów dostarczono łóżka, pościel i żywność. 

Przez dwa dni byli oni sensacją dnia: miejscowi pragnęli zajrzeć im przez okna czy obejrzeć ich w czasie spaceru. Prawdę powiedziawszy, spacerować na mrozie odważyło się niewielu, wszak pasażerowie byli ubrani tak, jak na paryską wiosnę. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszył się sam Boeing. Jak tylko skończyli z nim pracować specjaliści z KGB, którzy zdjęli z niego wszelkie oprzyrządowanie, to przyszli wojskowi. Potem nadszedł czas cywilów: ktoś tam wziął fotele lotnicze do swego łazika, ktoś tak odciął kawałek wykładziny podłogowej.

W rezultacie, ZSRR i KAL dogadali się w pierwszych dniach, że Boeinga nie będą oddawać. W Moskwie obawiali się, że przejmą szpiegowskie wyposażenie, zaś Koreańczykom nie chciało się płacić za transport samolotu.

Wszyscy pasażerowie w ciągu dwóch dni przewieziono do Murmańska, skąd zabrał ich amerykański samolot do Helsinek. W ZSRR pozostał jedynie kapitan i kopilot, których czekał proces sądowy. Oni przyznali się, że rozumieli polecenia radzieckich lotników i do naruszenia radzieckiej przestrzeni powietrznej. 

Kim winił za swe błędy bliskość Północnego Bieguna Magnetycznego i żyrokompas, który się zepsuł i podawał fałszywe dane zboczenia magnetycznego. Niewykonywanie poleceń piloci tłumaczyli tym, że wpadli w panikę. Wreszcie zwrócili się do sądu z prośbą o łagodny wyrok. 

Sąd przychylił się do ich prośby biorąc pod uwagę skruchę obu Koreanczyków, chociaż wszyscy rozumieli, że były pilot wojskowy nie mógł nie dostrzec tak potwornej pomyłki autopilota. 

Tym niemniej jednak, Boeing jednak wykonywał szpiegowskie zadanie, czego nawet nie podejrzewali jego pasażerowie. Samolotu już nikt nie ruszał z miejsca, a w ZSRR nie robiono o to szumu…



Moje 3 grosze




Na temat tego właśnie incydentu pisałem wraz z dr. Milošem Jesenským i mgr inż. Stanisławem Bednarzem w książkach „Lode mrtvych: Bermudský Trojuholnik – UFO – USO – narkobaroni” oraz „Tajemnice katastrof lotniczych”, w których posiłkowaliśmy się pracami Lucjana Znicza-Sawickiego „Goście z Kosmosu: Katastrofa Tunguska – Trójkąt Bermudzki – Obce ślady” i Andrzeja Fryszkiewicza „Narita wzywa KAL-007”, w których opisano także i to wydarzenie. Lucjan Znicz-Sawicki widzi to tak:
Ostatnio na korzyść tej hipotezy[3] można jeszcze zapisać zupełnie niewytłumaczalny wypadek, jaki przydarzył się liniowemu samolotowi pasażerskiemu Korean Air Lines w kwietniu 1978 r. Prowadzony przez doświadczonego kapitana lotnictwa Kim Czang Kyu koreański samolot typu Boeing-707 wystartował z Paryża i znaną już od 20 lat trasą lotniczą nad Biegunem Północnym wyruszył w stronę stolicy Korei Południowej, Seulu. Zgodnie z przepisami międzynarodowymi, samolot dysponował dwoma niezależnymi ośrodkami nawigacyjnymi: specjalnym żyroskopem, tzw. directional gyro., i doświadczonym nawigatorem (mającym już za sobą 77 lotów przez Biegun Północny), który co 20 minut na podstawie obserwacji astronomicznych korygował lot. Mimo to, samolot w momencie zbliżania się do Bieguna zupełnie nieoczekiwanie zmienił kurs lotu i zamiast lecieć dalej w linii prostej do Anchorage na Alasce, skręcił pod kątem 120º (!) i skierował się w stronę Murmańska, gdzie po przekroczeniu radzieckiej granicy został w końcu zmuszony do lądowania. Najdziwniejsze z tego wszystkiego było to, że zarówno pilot jak i nawigator Boeinga dowiedzieli się o tej niezwykłej zmianie kursu dopiero w ZSRR! „Aparatura nawigacyjna podawała zupełnie inne wartości” oświadczył oszołomiony tym wypadkiem II pilot. „Jest to jeszcze jeden wypadek uzupełniający i tak już bogatą historię błędów nawigacyjnych zdarzających się w tym regionie” – skomentował wypadek jeden ze znanych pilotów British Airways.
Nikt jednak nie silił się odpowiedzieć, dlaczego ta „bogata historia katastrofalnych błędów nawigacyjnych” ma miejsce właśnie w tym rejonie. Może istotnie Sanderson ma rację podkreślając regularność występowania niebezpiecznych obszarów na terytorium Ziemi i sugerując, że chodzi tutaj zapewne o jakąś nieznaną jeszcze fizyczną regułę?[4]
 
Jak widać, Mistrz Lucjan widzi w tym interwencję jakichś bliżej nieznanych sił Przyrody albo nawet działania Obcych nawiedzających naszą planetę.


Zupełnie inaczej widzi to Andrzej Fryszkiewicz, który pisał o tym w kontekście tragedii lotu KAL-007 z przełomu sierpnia i września 1983 roku nad Sachalinem. Pisze on:

Wspominając o tym, redaktor „Defence Science Monitor” E. Wallkman informuje czytelników, że formą spłaty strony południowokoreańskiej za amerykańskie ulgi są loty nad rejonami ZSRR, z których jeden zakończył się niemal tragicznie, gdyż Boeing KAL, 20 kwietnia 1978 roku zmuszony został do lądowania przez radzieckie myśliwce…
…w podobnym tragicznym incydencie w roku 1978 Rosjanie także zestrzelili bezbronny cywilny samolot po zidentyfikowaniu go. Samolot ten został trafiony pociskiem rakietowym i dokonał awaryjnego lądowania. Kilka niewinnych osób straciło życie w wyniku tego ataku…

Słowa te powiedział prezydent USA Ronald Reagan po incydencie nad Sachalinem. Szkoda, że nie przypomniano mu o tragedii nad Synajem z 23.II.1973 roku, kiedy to Izraelczycy zestrzelili bezbronny libijski samolot ze 106 osobami na pokładzie, z których nie ocalał nikt. Należy nadmienić, że następna tragedia rozegrała się w Zatoce Perskiej, kiedy to amerykański krążownik USS Vincennes zestrzelił irański samolot Airbus A-300 z lotu IA-655 z 290 osobami na pokładzie. 

I dalej:

…Otóż w rejonie miasta Kieml w Karelskiej ASSR, został zmuszony do lądowania na tafli zamarzniętego jeziora południowokoreański samolot pasażerski Boeing-707, mający 110 osób na pokładzie. Wtargnął on w radziecką przestrzeń powietrzną dokładnie w miejscu, w którym znajdowała się baza lotnicza ze stacjonującymi samolotami Su-15. Po wyraźnym zlekceważeniu sygnałów ostrzegawczych, po zignorowaniu wezwania do przymusowego lądowania został on ostrzelany z broni pokładowej przez radzieckie myśliwce przechwytujące.[5]

Co z tego wynika? Ano to, że była to kolejna operacja wywiadowcza realizowana przez USA lub NATO przy współpracy Koreańczyków z południa. Tego jestem całkowicie pewien. 


Wystarczy sobie przypomnieć, co się działo u naszych wybrzeży w czasie ćwiczeń wojskowych armii Układu Warszawskiego. Nad Bałtykiem cały czas krążyły zachodnioniemieckie Atlantiki – samoloty rozpoznania radioelektronicznego, a za 12. milą czaiły się okręty zwiadowcze: zachodnioniemiecki Kuguar i szwedzki HMS Orion, którego anteny pracujące na zasadzie nadprzewodnictwa były w stanie wychwycić najsłabszy impuls radiowy z odległości 2500 km, i okręty podwodne morskiego rozpoznania NATO. Ktoś się może zdziwić, że brali w tym udział Szwedzi – otóż Szwedzki Instytut Radiowy – FRA współpracował szeroko z CIA i innymi amerykańskimi służbami i to od czasów wojny. Dlatego bajeczki o szwedzkiej neutralności uważam za mit. 


Poza nimi pojawiały się także okręty NATO, a niemieckie cywilne statki obsadzały załogi złożone z pracowników MAD[6] lub cywile pracujący dla BND.[7] Polskie wybrzeża i ich instalacje wojskowe były rozpracowywane przez wywiady Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii i Danii. W przypadku wybuchu III Wojny Światowej to właśnie żołnierze z tych krajów mieli być desantowani na polskie wybrzeże i maszerować w głąb Polski. 


Reasumując, jest oczywiste, że była to najzwyczajniejsza misja zwiadowcza i z UFO czy tajemniczymi zjawiskami nie ma ona NICZEGO wspólnego. Niestety.




Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 5/2019, ss. 6-7

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz       


[1] Inne źródła podają Kim Czang  Kyu.
[2] Podobnie jak inny samolot lotniczego rozpoznania radioelektronicznego i dowodzenia E-3A Sentry AWACS.
[3] Zawirowań pola magnetycznego w okolicy Północnego Bieguna Magnetycznego.
[4] Lucjan Znicz-Sawicki – „Goście z Kosmosu: Katastrofa Tunguska – Trójkąt Bermudzki – Obce ślady”, KAW, Gdańsk 1982, ss. 214-215.
[5] Andrzej Fryszkiewicz – „Narita wzywa KAL-007”, MON, Warszawa 1984, op. cit. ss. 22, 86-87. 
[6] Zachodnioniemiecki wywiad wojskowy.
[7] Zachodnioniemiecki wywiad polityczny.