Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zimna Wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zimna Wojna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 marca 2021

Tajemnice Antarktydy (4)


Wszystko niby OK., ale…

 

Przyznam się, że kiedy czytałem te artykuły, to wszystko brzmiało egzotycznie i niezwykle. No bo popatrzmy: wojna w Europie się skończyła, a na Pacyfiku dogorywała. Jej mocnym zakończeniem były dwa grzyby atomowe nad Japonią. Tymczasem na Antarktydzie działy się rzeczy, które były przedłużeniem tego, co działo się także w naszym kraju… A jak twierdzimy wraz z  dr Milošem Jesenským najciekawsze rzeczy działy się pod koniec i na końcu tej wojny! To one właśnie utworzyły świat, w którym teraz żyjemy.

Pisząc naszą wspólną z dr Jesenským książkę o pozaziemskich technologiach w III Rzeszy, zwróciłem uwagę na to, że na Dolnym Śląsku toczyły się różne prace nad uzbrojeniem – m.in. bombami od A do N, samolotami i dyskoplanami, przemieszczaniem się w Czasie, itd. itp. To było w Górach Sowich, co pokazano w odcinkowym policyjnym thrillerze pt. „Znaki”. Film jak film, ale to była pierwsza próba wyeksponowania tematu nazistowskiej działalności na tym terenie w filmie fabularnym. W takim kontekście staje się jasne, że to właśnie tam Rosjanie realizowali swój wariant amerykańskiej operacji Spinacz i wywozili do ZSRR wszystko co tylko się dało. To było oczywiste – nie chcieli, by maszyny i dokumentacja wpadła w ręce Aliantów Zachodnich.

Zwróciliśmy także uwagę na to, że w czeskich Karkonoszach znajdowała się… ćwiczebna stacja polarna, w której szkolono personel do prac na Spitzbergenie. Przypomnę to Czytelnikom:

 

Preludium do takiego dziwacznego wyjaśnienia tej zagadki były - według dr. Ludviga Součka - dziwne wydarzenia na Zlatem návrši w czeskich Karkonoszach, czyli w tajemniczym łańcuchu górskim, gdzie niejednokrotnie widziano latające dyski zmierzające ku polskiej stronie granicy. Nam zaś daje do myślenia zeznanie pewnego autochtona, który twierdzi, że po czeskiej stronie Karkonoszy pojawiła się w 1939 roku grupa niemieckich ekspertów. Jej kierownikowi, dr. Herdemertenowi, tak tam się spodobało, że zajął dla swej grupy wysokogórskie schronisko „Jestrabi bouda”, a całą okolicę otoczyło wojsko, broniące dostępu obcym osobom. Ciekawe również, że samo nazwisko naukowca brzmi nie niemiecko, ale skandynawsko.

Według wspomnień okolicznych mieszkańców, dr. Herdemerten długo tam nie zabawił i wkrótce zastąpił go dr. Hans Knoespel. Jego hobby była ornitologia - miejscowi ze zdziwieniem obserwowali jak Niemcy wnosili do schroniska jakieś ptaki w klatkach, które wyglądały jak białe sokoły. Niemcy sprowadzili również i zaprzęgali do sań dziwne, kudłate psy i uczyli je ciągnąć je po śniegu.

Na wiosnę 1940 roku żołnierze odeszli, ale w zimie pojawili się znowu z ptakami, psami i sankami. I tak było do wiosny 1945 roku. Wojna się powoli kończyła i po odejściu niemieckiej jednostki pozostał w Zlatem návrši tylko niejaki Anton Pohoschaly, który przekazał bazę pododdziałowi czeskich żołnierzy, którzy tam przyjechali terenowym jeepem.

Jeszcze w kilka dziesięcioleci po wojnie na Zlatem návrši turyści mogli spotkać ślady dziwnej, niemieckiej aktywności. Dr. Soucek, który był tam pod koniec lat ’60 zidentyfikował u pewnego górala poniemiecką czapkę polarnika, które jak się okazuje były na stanie Wehrmachtu. A żeby było jeszcze ciekawiej, na czapce zachowała się celuloidowa plakietka z drobnym napisem, który można było od biedy odczytać: PO-LA-RE VER-SUCHS-STA... Brakowało kilku liter, ale to i tak pozwala odtworzyć całość, która z pewnością brzmiała: POLARE VERSUCHSTATION GOLDHOHE (polarna stacja badawcza Złoty Wierch). Złoty Wierch jest szczytem położonym pomiędzy Harrachovem a Špindlerúv Mlýnem na grzbiecie Krkonoša.

Wydaje się, że to wyjaśnia bardzo wiele, a zwłaszcza w związku ze śmiercią dr. Herdemertena, o której czescy mieszkańcy tamtych stron mętnie wspominali. Jego nazwisko było dość znane wśród niemieckich naukowców. W 1938 roku pod auspicjami i egidą Reichsmarschala Hermanna Göringa zorganizował niemiecką ekspedycję polarną do zachodniej Grenlandii. Tam studiował w Umanaku roślinność, zwierzęta i Inuitów. Zgromadził setki opisów zaobserwowanych zjawisk i po powrocie do Rzeszy otrzymał od Reichsmarschala nowe zadanie: utworzyć na terenie Rzeszy obóz treningowy dla następnych wypraw. Tam miał on pracować nad możliwością adaptacji ludzi i zwierząt do twardych, surowych warunków klimatycznych Arktyki (a w perspektywie również Antarktydy). Reszta znana - dr. Herdemartenowi bardziej spodobały się Karkonosze niż Alpy Bawarskie.

Później zastąpił go na stanowisku dr. Knoespel, który jako zoolog uczestniczył w wyprawie do Umanaku. I tak właśnie zrodził się pomysł założenia sieci stacji meteo na Grenlandii, a że Grenlandia jest „kuźnią pogody” dla całego kontynentu europejskiego, więc owe stacje pracowały przede wszystkim dla Kriegsmarine i Luftwaffe.

Pierwszą taką próbą był rejs trawlera grenlandzkiego MS Sachsen, który przez kilka miesięcy krążył między lodami Morza Grenlandzkiego i trzy razy dziennie wysyłał meldunki meteorologiczne. Po jego rejsie zakończonym sukcesem, niemieckie dowództwo zapragnęło mieć stację na stałym lądzie, co powierzono dr. Knoespelowi. Ten w ramach akcji o kryptonimie Knoespe wylądował w 1941 roku wraz z czterema ludźmi z pokładu U-Boota w zatoce Liliefjord na Szpicbergenie, ok. 1100 km na południe od Bieguna Północnego. I tym razem przedsięwzięcie absolwentów obozu treningowego w Karkonoszach uwieńczyło powodzenie, ale zakończyła je śmierć dr. Knoespela w czerwcu 1944 roku, w czasie kiedy po jego grupę przypłynął U-Boot. Doktor zginął w nieszczęśliwym wypadku podczas rozminowywania terenu wokół bazy. Rozminowywanie było w zasadzie zacieraniem śladów po prowadzonej działalności. Ale stacja na Spicbergenie przydała się raz jeszcze w grudniu 1944 roku podczas słynnej „Bitwy o wyłom” w Ardenach, gdy Niemcy wbili potężny pancerny klin swych superczołgów Königstiger pomiędzy armie Pattona i Bradley’a. Wykorzystali wtedy pogodę, którą przepowiedziano dzięki pomiarom stacji szpicbergeńskiej.

Niewiele wiemy o wojennych działaniach w Antarktyce, z wyjątkiem tego, co czytamy u Liversidhe’a w jego „The Third Front”. Podaje on tam, że Amerykanie zniszczyli jedną z wielu niemieckich stacji meteorologicznych na Grenlandii.

Wydawałoby się, że w tym miejscu kończy się historia PVG. Jednakże wciąż bez odpowiedzi pozostało niepokojące pytanie, które przedłużyło nasze poszukiwania ad fontes. O jakim schronie dla Hitlera mówił Dönitz i co to wszystko ma wspólnego z jakimś łacińskim pergaminem, Karkonoszami, Grenlandią i hitlerowskim dyskoplanem?! [1]

 

A jednak – jak widać z tych rosyjskich tekstów – ma. Tylko patrzyliśmy w złym kierunku, bo na północ – ku Grenlandii i Spitzbergenowi, gdy tymczasem należało patrzeć ku południowi: Antarktyce i Antarktydzie. To tam mogła być kryjówka Hitlera po przegranej wojnie…

A tak jeszcze à propos Hitlerów i ich ucieczki z Berlina, to oczywiście sprawa jest jasna: Hitlerowie uciekli około 20.IV.1945 roku, ale nie samolotem czy dyskoplanem – bo to było zbyt oczywiste. Uciekali tam, gdzie jeszcze uciec mogli – szybką łodzią po Sprewie, a potem Łabą do Hamburga, a stamtąd U-bootem do Ameryki Południowej.

Nie sądzę, by uciekali na Antarktydę, to było bez sensu. Cała ta gadanina Großadmirala o Bobrowej Tamie to była jedna wielka zmyłka. Sześćdziesięcioparoletni Hitler nie byłby w stanie wytrzymać ostrego antarktycznego klimatu, natomiast łagodny klimat Argentyny czy Chile doskonale mu pasował. I tam właśnie się udał wystawiając antarktyczną bazę na ciosy Amerykanów, którzy z kolei złapali haczyk z wiadomymi efektami.

Niestety, żywię brzydkie podejrzenie, że adm. Byrd po prostu opowiadał bajki o antarktycznych bitwach z nazistami i Obcymi po to, by jakoś uatrakcyjnić swe opowieści i usprawiedliwić straty, które tam poniosła jego wyprawa. Przecież w końcu chodziło o pieniądze i te rewelacje musiały się dobrze sprzedać…

Nie jest jednak wykluczone, że doszło tam do starcia z… rosyjskimi Katiuszami, które storpedowały niszczyciel z jego wyprawy. Potem sprawę wyciszono i utajniono. Historia Zimnej Wojny zna nie takie przypadki…

I jeszcze jedna dziwna – moim zdaniem – zbieżność, otóż czy nie jest to przypadek, że ekspedycja Byrda ruszyła w Antarktykę, kiedy na skandynawskim niebie pojawiły się dziwne i tajemnicze ghost rockets, zwane także w językach skandynawskich spök raketen? Jeżeli to przypadek, to bardzo dziwny. W moim opracowaniu pt. „Powojenne losy poniemieckiej Wunderwaffe” (WiS2, Warszawa 2008) napisałem, że te tajemnicze obiekty były niemieckimi pociskami odrzutowymi V-1 i MRBM V-2, które testowano nad Morzem Bałtyckim. Kto mógł tego dokonać? Tylko Rosjanie i Amerykanie. No i teraz rozumiemy, dlaczego Amerykanie tak bardzo bali się radzieckiego ataku rakietowego ze strony Bieguna Północnego! – jednocześnie zdawali sobie sprawę, że podobny atak na USA może nadejść ze strony Bieguna Południowego. Żeby to sprawdzić, należało rozejrzeć się po Antarktyce i Antarktydzie – dlatego wyruszyła tam wyprawa adm. Byrda. Rosjanie jak widać też nie zasypiali gruszek w popiele i popłynęli na Antarktydę szukać nie dyskoplanów, jakiegoś fantastycznego V-7, ale realnych wyrzutni pocisków rakietowych z głowicami A, B, C…

I jak mi się wydaje, takie jest tło tej sprawy i o to właśnie chodziło w tej grze…    

 

Zob. także:

https://wszechocean.blogspot.com/2015/05/demony-lodowych-pustkowi.html,

http://wszechocean.blogspot.com/2013/11/zbrojne-starcie-na-antarktydzie.html, 

http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.html,  

http://wszechocean.blogspot.com/2014/04/pusta-ziemia.html,

http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/baza-211.html    

https://wszechocean.blogspot.com/2019/04/wewnetrzna-strona-ziemi.html

 

Źródło: „Tajny i zagadki” nr 5/2019, ss.16-21

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”, wyd. polskie WiS2, Warszawa 2001.


niedziela, 7 lutego 2021

Samotny wilk

Wiktor Suworow vel mjr GRU Władimir Bogdanowicz Rezun w Warszawie


Władimir Pietrow

 

Obok działalności pisarskiej Suworow zajmuje się wygłaszaniem wykładów. Wygłasza odczyty historyczne w prestiżowej brytyjskiej uczelni wojskowej. Aktualnie mieszka w Bristolu.

Pojawiająca się od czasu do czasu na witrynach księgarni książka „Akwarium” Wiktora Suworowa zrobiła furorę wśród czytającej publiczności. Na temat potężnego Głównego Urzędu Wywiadu – GRU – napisał nie jakiś żurnalista-amator, ale były pracownik GRU, który przez wiele lat pracował w systemie, a potem zdał się zdrajcą, uciekinierem i na koniec nieoczekiwanie transformował się na znanego pisarza, którego prace przetłumaczono na wiele języków i wydano w milionowych nakładach.

 

Pochodzenie i wykształcenie są nienaganne!

 

Głasnost’ i pierestrojka spowodowały, że można było wydać „Akwarium” w naszym Rosji. Za nią pojawiły się mnogie artykuły o autorze, wywiady z nim, filmy o nim. Tak pojawia się obraz fajnego profesjonalisty, który w jeden wspaniały moment rozczarował się tymi wartościami w które wierzył i zapragnął żyć drugim życiem.

Do tego on nie obawia się zemsty swych byłych kolegów, chociaż na samym początku „Akwarium” opisywał on, jak postępowano z dezerterami z GRU: palono ich żywcem w ogromnym piecu krematoryjnym, by potem rozwiać jego popioły na wietrze. A jeszcze autor opisuje sekrety radzieckich służb za granicą, dokładnie opisując systemy łączności pomiędzy agentami, dokładnie rozpracowując psychologię agentów, dokładnie opisuje techniki werbowania i dając wiele opisów swych kolegów i stosunków pomiędzy nimi, które bardziej przypominały zachowania pająków w słoiku.

Interesujące, że biografia samego autora nijak nie pasuje do jego pokręconego życiorysu. W charakterystyce tego rodzaju pracowników zazwyczaj pisali: Oddany interesom partii rządu. Morale wysokie. Politycznie uświadomiony. Negatywnych związków nie posiada.!

Wychodzi z tego nonsens: politycznie świadomy o wysokim morale pracownik wywiadu stał się zdrajcą. Wychodzi na to, że czegoś kierownictwo nie dopatrzyło. I to chociaż pochodzenie i wykształcenie u naszego bohatera były bez zastrzeżeń.

 

Rozstrzelany zaocznie

 

Władimir Bogdanowicz Rezun – tak brzmi prawdziwe nazwisko Wiktora Suworowa – urodził się w 1947 roku we wsi Barabasz w Przymorskim Kraju w rodzinie wojskowego. Życie w warunkach garnizonowych wpłynęło na jego dalsze losy.

W 1957 roku 10-letni Wołodia wstąpił do Szkoły Wojskowej im. Suworowa w Woroneżu z 7-letnim cyklem szkolenia. W wieku lat 17 został kursantem Wyższej Ogólnowojskowej Szkoły Dowodzenia w Kijowie. Mając lat 19 wstąpił do Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Uczestniczył w operacji wojsk radzieckich na terytorium Czechosłowacji.

W latach 1971-1974 uczył się w Akademii Wojskowo-Dyplomatycznej. Potem przez 4 lata pracował w genewskiej rezydenturze GRU. W 1971 roku Władimir ożenił się z Tatianą Korż, ur. 1952 r. W 1972 roku urodziła się im córka Oksana, a w 4 lata później – syn Aleksander. W 1978 roku Rezun uciekł do Wielkiej Brytanii wraz z rodziną. Uciekał – według jego słów – nie od ojczyzny, ale od systemu.

W tym czasie zagraniczna prasa opowiadała różne wersje ucieczki Rezuna. Wedle jednej z nich, Władimir nawiązał kontakt z brytyjskim MI6 dlatego, że chciano z niego zrobić „kozła ofiarnego” za większą wpadkę w genewskiej rezydenturze GRU. Wedle innej wersji, jeszcze wcześniej został przewerbowany przez brytyjski wywiad. Pojawił się nawet wariant porwania Rezuna przez MI6.

Reakcja radzieckiego rządu na dezercję nastąpiła wkrótce: Rezun został skazany zaocznie na najwyższy wymiar kary – rozstrzelanie. I do dziś dnia ten wyrok pozostaje w mocy.

 

Konflikt we wszechmocnych organizacjach

 

Ale w skąpych linijkach biografii Rezuna nie układają się myśli, wyrzuty sumienia, załamania psychiczne i emocjonalne spostrzeżenia profesjonalnego zwiadowcy. To wszystko czytelnik znajduje w jego autobiograficznych powieściach. Można w nich prześledzić, jak młodzieniec urodzony w zabitym deskami garnizonie, piął się po szczeblach drabiny kariery i jak zmieniały się jego poglądy i wzgląd na wiele spraw.

Od 1981 roku Władimir Rezun zajmuje się pisaniem pod pseudonimem Wiktor Suworow. Pierwsze trzy książki napisał on po angielsku. Wybór pseudonimu autor objaśnia tym, że angielski wydawca zalecił mu posłużenie się rosyjskim nazwiskiem złożonym z nie więcej niż trzech sylab i do tego wywołującego wojskowe skojarzenia u zachodniego czytelnika. I tak właśnie pojawił się Wiktor Suworow, który napisawszy dwie dziesiątki książek, których bohaterami stali się Józef Stalin, marszałek Gieorgij Żukow, gensek Jurij Andropow, wspaniały radziecki SPECNAZ i inne ważne osobistości.

Pracując za granicą, szpieg Rezun nieraz spotykał się z tym, jak w czasie zastoju, ostro walczyły o informacje i skonfliktowały się dwie potężne organizacje wywiadowcze ZSRR – KGB i GRU. One miały ze sobą stare porachunki: w latach 30-tych czekiści zdrowo przetrzebili szeregi wojskowych zwiadowców. Wielu ich wezwano zza granicy i zamęczono na śmierć w stalinowskich kazamatach.

 

Werbunek to nie nauka ale sztuka!

 

Według poglądów Rezuna, gerontokraci z Politbiura bardzo obawiali się sojuszu KGB i GRU, i dlatego tak namiętnie rozdmuchiwali konflikt pomiędzy nimi. Interesy KGB przed panowaniem genseka Leonida Ilicza Breżniewa zabezpieczał szef tej służby Jurij Władimirowicz Andropow, zaś interesy GRU lobbował w wyższym kierownictwie marszałek Andriej Antonowicz Greczko. Rezun podkreśla, że pracownikom GRU kategorycznie zakazano jakichkolwiek kontaktów z pracownikami KGB. O jakimkolwiek (także zwyczajnym) spotkaniu albo kontakcie o małym znaczeniu należało meldować niezwłocznie przełożonym.

W każdej ambasadzie czy konsulacie ZSRR znajdowało się ok. 40% „czystych dyplomatów” i 60% pracowników KGB i GRU. Proporcja ta ostro zmieniła się w tamte lata. Na werbowanie informatorów i posiadaczy cennej wiedzy o systemach obronnych rząd nie żałował pieniędzy. W sprawie zdobywania informacji każdy zwiadowca polegał na sobie i działał tak jak „samotny wilk”.

Suworow pisał: Werbowanie to nie nauka – to sztuka, jak łowienie ryb gdzieś na Dnieprze: siedzisz i zarzucasz wędkę. Podrywasz, a tu taki wielki i tłusty karaś: wyciągasz go i na patelnię z nim!

 

Operacja „Burza”

 

Przed wyjazdem za granicę z Rezunem rozmawiał jakiś wysoko postawiony urzędnik (on w „Akwarium” występuje pod nazwiskiem Kir Lemzienko). To właśnie Kir odprawiał jadących na wykonanie zadania szpiegów. To właśnie on palnął mu napuszoną mówkę przybyłemu Rezunowi, życzył powodzenia w pracy, a swoją mowę zakończył tak: Pamiętaj Włodzimierzu – kapitalizm daje pieniądze, ale nie daje władzy i poszanowania. Są u nas chytrusy, które nie uciekają na Zachód, ale zostają tutaj niejawnie sprzedając nasze sekrety. Oni mają pieniądze kapitalizmu i wykorzystują sytuację nadczłowieka, którą daje socjalizm, ale my takich szybko znajdujemy i unieszkodliwiamy.

Należy zauważyć, że Rezun nie jest pierwszym szpiegiem zajmującym się literaturą i przed nim takiego wyboru dokonali Beaumarchais, Swift, Defoe, Simenon, John le Carré… ale w odróżnieniu od słynnych kolegów Suworow nie poprzestał na beletrystyce, ale zajął się historią.

W swoich książkach zadaje on „niewygodne pytania”, które niepokoiły go przez całe jego życie:

·        Dlaczego w sierpniu 1939 roku w ZSRR wprowadzono powszechny pobór do wojska, który powołał w jego szeregi 6 mln ludzi?

·        Co robiły 4 mln z nich na ówczesnej granicy z Niemcami w czerwcu 1941 roku?

·        Dlaczego radzieckie wojska bezładnie cofały się aż do Moskwy?

·        Czemu Stalin nie przyjmował Defilady Zwycięstwa?

 

W swoich książkach literat Suworow formułuje wywód: Stalin planował napad na Niemcy w lipcu 1941 roku, jednakże Hitler go wyprzedził o miesiąc, a nasza armia cofała się ponosząc porażkę za porażką dlatego, że nie była przygotowana do wojny obronnej. Ona przygotowywała się do agresji i prowadzić wojnę na cudzej ziemi.

Suworow twierdzi, że ten radziecki plan nosił oznaczenie Operacja „Burza”. I wreszcie, Stalin zrezygnował z przyjmowania Parady Zwycięstwa i zlecił to marsz. Georgijowi Żukowowi z prostej przyczyny: był kiepskim jeźdźcem i po prostu bał się koni.

 

Literat-zdrajca?

 

Po pojawieniu się skandalizujących prac Rezuna-Suworowa, cała społeczność czytelnicza podzieliła się na gorących stronników i bezlitosnych krytyków. Do tego pojawił się podział także w środowisku zawodowych historyków, co jeszcze raz ukazuje aktualność tych prac, co pozwala na dyskutowanie ponad wszelkimi dogmatami.

Ciekawy jest stosunek dezertera Suworowa do brytyjskich szpiegów, którzy przeszli na stronę ZSRR. On przyznaje się: Niech zabrzmi to brutalnie, ale my takich ludzi nie szanujemy. Oto mi mówią: „Philby uciekł do ZSRR, a ty do Anglii” a ja odpowiadam: Dajcie spokój chłopaki, nie mieszajcie. Według was jestem zdrajcą, sprzedawczykiem, ale zmieniłem ustrój totalitarny, niewolnictwo – a tamci zdradzili kwitnące społeczeństwo, oni zdradzili wolność i demokrację, i dlatego pomiędzy nami istnieje mała różnica i proszę ja mieć na uwadze. Tak to Suworow próbuje usprawiedliwiać się, ale należy mu przypomnieć, że ojczyzna mu jego zdrady nie wybaczyła i nie zapomniała.

Mimo tego ten dezerter czuje się dobrze i całkiem komfortowo. Nie patrząc na podeszły wiek, szykuje do wydania nową książkę. Tak że każdy z nas będzie mógł ja przeczytać i dojść do wniosku któż to jest ten Wiktor Suworow: obiektywny literat, którego książki burzą ostatnie bastiony stalinizmu, czy tak czy owak zdrajca ojczyzny, cynik, drań i łajdak, który oczernia Zwycięstwo i państwo radzieckie?

 

Moje 3 grosze

 

Z książkami Suworowa zetknąłem się pod koniec lat 80-tych, kiedy były przywożone z Zachodu i zatrzymywane na granicy, dzięki czemu przeczytałem „Lodołamacz” i „Dzień M”. W tzw. „wolnej” Polsce przeczytałem wszystko, co zostało u nas wydane. No i nie dziwiłem się cenzorom – ilość pomówień, oskarżeń i kłamstw podawanych jako „najprawdziwsza” prawda biły wszelkie rekordy. Magia pisarstwa Suworowa polega na tym, że kłamstwo rozmija się o cal z prawdą – NB, co doprowadził do sztuki mistrz propagandy, piekielny kuternoga dr Goebbels. Ta sama sztanca, ten sam styl i ten sam cel – zohydzenie komunizmu i ZSRR. Ale do diabła z tym. Wiadomo, że po dezercji z szeregów GRU i ucieczce na Zachód, Rezun wykonuje polecenia i dyrektywy od swych nowych panów, specjalistów od wojny psychologicznej i robi to najlepiej jak umie. To jest warunek sine qua non jego bezpiecznego pobytu w Wielkiej Brytanii.

Interesujące w tym wszystkim jest jedno – a mianowicie to, że na Rezunie wisi cały czas wyrok śmierci i mimo głasnosti i pierestrojki nie został on anulowany. Jednocześnie nie został on nigdy wyegzekwowany. Jakże to – ktoś zapyta – przecież za o wiele mniejsze przestępstwa na przeciwnikach ZSRR i Rosji wykonywano wyrok kary śmierci? Wspomnieć wystarczy ofiary Departamentu Mokrej Roboty czyli V Dyrekcji Generalnej KGB, które truto polonem-210, nowiczokiem czy po prostu zastrzelono na ulicy, takich Nawalnych, Wołkowów, Litwinienków, Skripkinów i im podobnych… - a tymczasem Suworow sobie jeździ po całej Europie, opowiada swe rewelacje i… I nic. Żyje i nadal głosi swe prawdy objawione.

Coś w tym wszystkim cuchnie. Być może jest tak, że Rezunowi kazano uciec po to, by zrobić z niego wtykę w MI6. Tak jak pozwolono uciec Kuklińskiemu do USA w celu infiltracji naszej Polonii i jej kontaktów z CIA. Ale to już jest inna ballada. Tego być może Polacy się dowiedzą za 50-100 lat, a jak na razie to łykają ckliwe bajeczki made by IPN.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 6/2020, ss. 22-23

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz           

wtorek, 26 stycznia 2021

Tajemnice watykańskich archiwów

 


Borys Szarow

 

Bazylika św. Piotra – to największy chrześcijański kościół na świecie. Wysokość kopuły – 119 i średnica – 42 m. W czasach Nerona na tym miejscu znajdował się cyrk, gdzie chrześcijanie ginęli męczeńską śmiercią.

Od końca XIX wieku każdy z papieży obiecuje otworzyć dla badaczy część tajnego archiwum watykańskiego. A co znajduje się w tym archiwum? Tam znajduje się zbiór dokumentów Kurii Rzymskiej, papieskich nuncjatur i wszystko to, co było ważne dla Kościoła katolickiego. Archiwum wyprowadzono z Biblioteki Watykańskiej 400 lat temu i od tego czasu jest ono największym zbiorem dokumentów i tajemnic światowej polityki. Aktualnie historyk może się zapoznać z dokumentami sporządzonymi do 1939 roku, ale musi dobrze wiedzieć, czego szukać: w archiwach Watykanu znajduje się 85 km stelaży…

 

Zbiór informacji

 

Problem leży nie tylko w ogromie pojemności zbiorów bibliotecznych. Dokumenty odnoszące się do tego czy innego okresu od początku przechodziły selekcję. Wszystko, co może być jeszcze aktualne – wycofuje się. Swobodny dostęp mamy do dokumentów, które jak wiadomo, są znane uczonym. Tak więc nie jest ważne to, co Watykan udostępnił do wglądu ale to, co do dziś dnia jest ukryte w archiwach.

Kościół katolicki od samego początku istnienia był idealną maszyna do zbierania informacji. Każdy duchowny był agentem, każdy legat papieski – rezydentem. Czasami przedstawiciele Watykanu dzielili się wiedzą z współczesnymi im ludźmi, ale najczęściej chowali ją dla siebie, zgodnie z zasadą WIEDZA = WŁADZA.

W swoim czasie rzymscy papieże byli ważnymi figurami na politycznej arenie międzynarodowej i posiadanie ekskluzywnych informacji pozwalało im na aktywne włączanie się w procesy polityczne. Ale teraz jest im trudno rywalizować z potężnymi aparatami państwowymi. Watykan był i wciąż jest państwem, które prawnie chroni swoje sekrety. Szczególnie tym bardziej, że niektóre z nich mogą nadszarpnąć autorytet Kościoła katolickiego. Czy będzie zatem ujawniona jakaś poważna informacja dotycząca ubiegłego wieku? Stosunków papieży z reżymem nazistów, działalności Kościoła katolickiego w czasie Zimnej Wojny, tajemnice przewrotów wojskowych i inne aktualne tematy, które pojawiały się na świecie Bożym, a które jeszcze długo będą kisły w sejfach pod gryfem ŚCIŚLE TAJNE.

 

Kto naciskał na papieża?

 

Jan Paweł II odtajnił archiwa dotyczące pontyfikatu Piusa XI w latach 1922-1939, ale i nie wszystkie. Następne miały być dokumenty dotyczące panowania papieża Piusa XII, którego także nazywano „papieżem Hitlera”. Ale jak na razie, to wszystko, co dotyczy II Wojny Światowej pozostaje utajnione. Kurtyna tajemnicy z lekka uniosła się w 2014 roku.

Chociaż wedle wszelkich znaków, prace nad przygotowaniem dokumentów do ich ujawnienia i ukazania na światło dzienne były prowadzone. Na ten przykład wiadomo, że Watykan nie miał zamiaru ujawniać papierów z berlińskiej nuncjatury (ambasady – przyp. aut.) z lat 1931-1934 i 1939-1945. Niektóre z nich uznaje się za zniszczone w czasach wojny. Pozostałe próbowała zbadać specjalna komisja złożona z katolików i żydów powołana przez Jana Pawła II.

Prawdą jest, że w 2001 roku, kiedy wyjaśniło się że kanonizacja Piusa XII, izraelscy historycy zrezygnowali z prac w komisji i do dziś dnia milczą na temat tego, co doczytali się w archiwach. Watykan miał nie tylko przedstawicielstwo w III Rzeszy, ale także posyłał emisariuszy do Hitlera oraz zbierał informacje o liderach nazistów. To się przydało w czasie wojny. Zgodnie ze zdaniem historyków, wysłańcy Kościoła katolickiego drogą szantażu, przekupstwa, a czasami i posługując się starymi kontaktami z faszystowskimi urzędnikami oswobodzili z hitlerowskich koncentraków ponad 800.000 Żydów.

Przedstawiciele Izraela obwiniali Piusa XII o to, że ratował on tylko Żydów-katolików, a Holokaust oceniał on bardzo strachliwie. W odpowiedzi na to Watykan opublikował relację papieskiego nuncjusza ze spotkania z Hitlerem, w czasie którego mowa była o polityce nazistów względem Żydów. Rozmowy te miały miejsce w 1943 roku i jak widać, nie przyniosły one żadnych rezultatów.

Oficjalne stanowisko Watykanu było takie: pontifex zmuszony był do milczenia, ale dzięki temu Kościół istniał.

Niestety, gdyby papież chciał głośno krzyczeć, to zarzucono by mu oczekiwanie i milczenie; gdyby on chciał by działać i pomóc, to znowu wymówiono by mu oczekiwanie i cierpliwość – pisał po wojnie Pius XII.

O naciskach ze strony Hitlera i Mussoliniego można by było mówić otwarcie, a wyrażenia użyte przez papieża świadczą o zaangażowaniu się innych sił, które były aktywne także w powojennej Europie. Odpowiedź na pytanie, co to były za siły na pewno są ukryte w archiwach.

 


Miliony Mussoliniego

 

Jeszcze jedna tajemnica ukryta w archiwach Watykanu to los gigantycznych sum przekazanych papieżowi w zamian za uznanie faszystowskiego reżimu Mussoliniego. Duce dogadał się z Kościołem w 1929 roku, a już w 1931 papieski finansista Bernardo (Bernardino) Nogara założył w Luksemburgu obszerny holding dla skupywania nieruchomości w całej Europie.

Istnieje przypuszczenie, że Nogara działał nie tylko w interesach Watykanu, ale także na wyraźne polecenia Mussoliniego. Ten uważał, że wcześniej czy później może rozstać się w władzą i zamierzał ukryć się za granicą. Swoją przyszłość włoski dyktator planował zabezpieczyć przy pomocy dziesiątków podstawionych firm posiadających nieruchomości w Londynie, Paryżu, Berlinie, Madrycie i Nowym Jorku.

Brytyjscy dziennikarze niedawno podliczyli, że za holdingiem British Grolux Investments Ltd. tylko w Londynie stoją nieruchomości za 680 mln €. Poza tym są tam także całe dzielnice mieszkaniowe w Szwajcarii, biurowce w Paryżu i jakieś przedsiębiorstwa w Ameryce. Poprzez łańcuszki podstawionych firm ślady wiodły do nie istniejącego już trustu Profima. W lata wojny firma ta była obwiniana o „działalność sprzeczną z interesami alianckich mocarstw”. Nogara chciano w 1943 roku wyrzucić z Anglii na próbę sprzeniewierzenia środków finansowych, należących do włoskich banków, na drodze przekazania ich Profimie. Ale wmieszała się w to Stolica Apostolska, której przedstawiciele oświadczyli wprost, że jest to holding Watykanu.

Dalsze śledztwo weszło w ślepą uliczkę: brytyjskie ustawodawstwo pozwala komercyjnym strukturom nie publikować danych swoich beneficjentów. Nie zamierza się spieszyć rozpowszechnić informację o milionach Mussoliniego i Watykanu.

 

Z pozdrowieniami – matka Teresa

 

Nieźle byłoby zajrzeć także do spraw dotyczących rachunków wystawionych przez błogosławionych. Wszak Kościół katolicki dokładnie sprawdza wszelkie relacje o życiu i działalności kandydatów, godnych najwyższych zaszczytów. Ot, np. w stosunku do Piusa XII procedura kanonizacji została zawieszona – coś w życiu tego papieża okazało się dla komisji wątpliwe.

A taka matka Teresa z Kalkuty przeszła przez komisję śpiewająco. Faktem jest, że medycy mieli niejakie wątpliwości z powodu leczenia nałożeniem rąk, ale to już sprawa Kościoła – przyznanie do kategorii cudu czy nie. Pozostaje tylko dowiedzieć się, jak to się stało, że wysoka komisja obeszła wielkiej ilości skarg na założycielkę zakonu Sióstr Misjonarek Miłości. Nie patrząc na wysyp kościelnych i cywilnych nagród i zaszczytów, wielu jej podopiecznych nie wspomina jej dobrym słowem.

Kanadyjscy dziennikarze niedawno opublikowali pracę, poświęconą krytyce błogosławionej Teresie. Mówi się w niej, że finansowa działalność zakonu była ciemna i nieprzejrzysta, metody leczenia – wątpliwe, pracoterapia obowiązkowa, prawa kobiet, które trafiły pod jej opiekę były poważnie naruszane, i wiele, wiele innych przestępstw. Dziennikarze twierdzą, że na matkę Teresę nie tylko skarżono się do władz Indii, ale także do Watykanu. Jednakże pozostawało to bez odpowiedzi. I nie patrząc na to, że kobiety były umieszczane w schroniskach na siłę, a wielu pacjentów zakonnic zmarło z powodu nieumiejętnego leczenia czy nieotrzymania pomocy – w ogóle!

 

Pius XII w Argentynie

Ostatnia wycieczka na Zachód

 

W XX wieku Watykan zwrócił uwagę na Amerykę Pd. Jest tam o wiele więcej wierzących niż w Europie, a autorytet papieża nie podlega dyskusji. Poza tym z Kościołem musieli się liczyć także południowoamerykańscy dyktatorzy. Oni tak czy inaczej budowali swe stosunki ze Stolicą Apostolską – najczęściej na dwustronnych warunkach. Także USA w czasie prezydentury Johna F. Kennedy’ego (był on katolickim prezydentem) Kościół uzyskał tam nigdy niewidziane wcześniej przywileje. Ten zaś z kolei, od specjalnego wysłannika papieża uzyskał wstępną informację o rozmieszczeniu na Kubie rakiet z głowicami jądrowymi, którą później tylko potwierdził wywiad. Wysoko postawieni katolicy ostrzegali go także przed zamachem.

Minister spraw wewnętrznych Chile w rządzie Salvatora Allende  - Carlos Prats wspominał, że katoliccy hierarchowie wiedzieli o przygotowywanym przewrocie Pinocheta. W czasie Wojny Falklandzkiej w 1982 roku, Watykan jakimś sposobem dowiedział się o tym, że Wielka Brytania była gotowa do użycia broni jądrowej.

Jest pewnym, że archiwa watykańskie mogą zawierać dokumenty, które mogą rzucić światło na losy wielu hitlerowskich zbrodniarzy wojennych, którzy po wojnie uciekli do Ameryki Południowej. Ponadto o planach Hitlera założenia IV Rzeszy w dżunglach Amazonii doskonale wiedziano w Watykanie.[1]

W 1945 roku, naziści rozumieli, że wojna jest przegrana. W krótkim terminie zbudowano dziesiątki nowoczesnych okrętów podwodnych, które były w stanie przepłynąć 15.000 mn/27.780 km. Ale nie były przeznaczone do walki – ich celem było dostarczenie do Ameryki Pd. hitlerowskie kierownictwo, pieniądze i dokumenty.

Dowódcy tych U-bootów szkolili się w Danzig – w Gdańsku. W styczniu 1945 roku zostali oni załadowani na ogromny liniowiec MV Wilhelm Gustloff. Danzig w tym czasie już padł, ale radzieccy lotnicy nie atakowali statku – był on zamaskowany jako statek szpitalny i spokojnie wyszedł w morze. I wtedy polscy partyzanci przekazali radzieckiemu dowództwu, kto naprawdę znajduje się na pokładzie pasażera.[2]

W rezultacie tego tysiące marynarzy poszło na dno. Wiele później stało się wiadomym, że partyzanci otrzymali tą informację od swego księdza. Wątpliwe jest, że skromny duchowny uzyskał ją samodzielnie i przekazał bez wiedzy wyższej instancji kościelnej.

Ale większość tajemnic archiwów Watykanu zostaje nadal utajnionych. Stolica Apostolska bez entuzjazmu rozstaje się ze swymi sekretami. Szczególnie wtedy, kiedy do spraw dawno minionych dni wmieszani byli hierarchowie kościelni. Teraz na Stolicy Apostolskiej jest 226. papież – Franciszek. Wybrano go w dniu 13.III.2013 roku, a do tego od 1200 lat stał się on pierwszym pontifex’em spoza Europy ale z Nowego Świata. A do tego jest to pierwszy papież jezuita. Jest on nazywany najbardziej liberalnym papieżem, być może dlatego, że on popiera gejów i lesbijki, obmywa nogi uchodźcom, więźniom i mafiosom, i zawsze jest gotów sfotografować się z tymi, kto go o to proszą. I oto niedawno stało się wiadomym, że Franciszek zamierza otworzyć wszystkie archiwa dotyczące Holokaustu. Stało się to w dniu 2.III.2020 roku.

- Kościół nie boi się historii – twierdzi papież.

Przede wszystkim na to oświadczenie zareagowano w Izraelu. Prezydent tego kraju Re’uwen Riwlin nazwał takie oświadczenie Franciszka odważnym i długo oczekiwanym.

- Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, są skazani na jej powtórzenie – powiedział on.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 7/2020, ss. 20-21

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz              

 



[1] Obecnie uważa się, że naziści zbiegli najczęściej do tzw. południowego stożka Ameryki Pd. – Argentyny, Chile, Urugwaju, Paragwaju, a także Peru i Brazylii. Ponoć Hitler do śmierci ukrywał się w Chile, co udowadniają prywatni badacze historii z krajów zachodnich, ale nie przedstawiają na to ostatecznych dowodów.

[2] Jestem przekonany, że na pokładzie Gustloffa znajdował się także personel i dokumentacja Torpedo u. U-boot Waffe Versuchen Anstallt w Gotenhafen-Hexelgrund/Gdynia-Babie Doły oraz poligonu lotniczego SS w Grossendorf/Władysławowo, gdzie testowano maszyny z napędem odrzutowym, rakietowym i rozwojowymi. Dokumentacja ta została wydobyta z wraku już po wojnie i wywieziona do ZSRR bez zgody polskich władz, w ramach radzieckiej wersji amerykańskiej Operacji Spinacz...  

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Tajemnicza stacja nadaje…

 

 

Jeden z czeskich portali podrzucił ciekawy temat w sezonie ogórkowym:

 

Częstotliwość radiowa w Rosji działa od 48 lat. Nikt nie wie, kto wysyła tajemnicze kody.

Tajemnicza stacja radiowa nadaje na częstotliwości 4625 kHz

Od połowy lat 70. działa stacja radiowa, która emituje tajemnicze brzęczące dźwięki wraz z przerywanymi słowami kodowymi i numerami. Praktycznie cały świat może dostroić się do tej stacji na częstotliwości 4625 kHz, ale nikt nie wie, kto z dowolnego miejsca nadaje na tej częstotliwości. Dla łowców tajemnic ten fakt od lat jest zupełną sensacją.

Od lat 70., na częstotliwości 4,625 MHz (λ = 15,4 m), która może być odbierana na całym świecie, pracuje zagadkowa rosyjska stacja radiowa i wysyła bzyczący dźwięk wraz z zakodowanymi słowami i cyframi. Dla łowców tajemnic ta stacja jest nie lada sensacją, która obfituje w najdziwniejsze teorie.

Zagadka rosyjskiej stacji radiowej-widma nazwanej Buzzer (brzęczyk) na tym się nie kończy. Ta radiostacja, której emisję na częstotliwości 4625 kHz wykryto w 1970 roku i która działa do dziś dnia, jest wciąż osłonięta tajemnicą. Nie wiadomo także, gdzie znajduje się nadajnik, co on wysyła i kto za nim stoi.

Na tej częstotliwości, która mieści się w zakresie UHF, którą może wychwycić każdy na całym świecie, poza bzyczeniem można usłyszeć jakieś kodowe słowa, litery i cyfry wymawiane w języku rosyjskim.  

Jedyną znaną wskazówką, którą uzyskano w wyniku namierzania źródła sygnału przeprowadzonego w połowie lat 90., mówi że nadajnik jest umieszczony gdzieś na rozległym obszarze błot w rejonie Sankt Petersburga. Radiostacja znana jest jako „brzęczyk” albo MDZhB (MDŻB) jest właśnie najlepiej słyszalna z tego rejonu.

Obok samej egzystencji tej zagadkowej radiostacji istnieją od szeregu lat dzikie teorie związane z Armią Radziecką/Rosyjską i badaniem Kosmosu. Niektóre z nich mówią o tajnym systemie aktywacji BMR przy pomocy kodowanego nadawania na UKF.

Ta stacja radiowa po raz pierwszy odezwała się i była zarejestrowana w latach 70., ale urzędowo odnotowano ją dopiero w 1982 roku. Nadawanie z biegiem lat się zmieniało, ale zawsze była to jakaś forma brzęczenia, przerywanego głosem mówiącym liczby albo jakieś kodowe słowa.

Jednak najprawdopodobniejszą nigdy nie potwierdzoną teorią jest ta, że radiostacja ta należy do Armii Rosyjskiej, ale jej zastosowanie jest dla specjalistów zagadką. Być może pewnego dnia dowiemy się czym ona jest, ale na razie stacja-widmo nadal pozostaje otulona tajemnicą.[1]

 

Buzzer i UVB

 

Mój czeski znajomy Pan Vladimír Šiška skomentował to krótko:

- Artykuł pełen bzdur, który wyraża przede wszystkim twierdzenie, że częstotliwość 4625 kHz to UHF (nie, to fale krótkie) i że częstotliwość transmituje...

Fakt, ale… poszperałem w Internecie, bo sprawa mnie zainteresowała. Znalazłem coś takiego w Wikipedii:

 

UVB-76 – znak militarnej radiostacji fal krótkich, która nadaje na częstotliwości 4625 kHz. W środowisku angielskojęzycznych krótkofalowców jej potoczna nazwa to brzęczyk (ang. buzzer), natomiast wśród rosyjskich krótkofalowców żużżałka (ros. жужжалка). Organizacja ENIGMA zajmująca się nasłuchem i klasyfikacją stacji numerycznych nadała oznaczenie XB, później zmienione na S28. Nadaje krótki monotonny sygnał brzęczenia powtarzany w przybliżeniu 25 razy na minutę przez 24 godziny na dobę. Pierwsze transmisje brzęczenia prawdopodobnie zaczęła nadawać między 1976, a 1982 rokiem.

 

Na przestrzeni lat stacja miała różne znaki wywoławcze:

 

do 2010: UVB-76

2010 – grudzień 2015: MDŻB

28 grudnia 2015 – marzec 2019: ŻUOZ.

Obecny znak wywoławczy to ANWF.

 

Stacja nadaje brzęczący sygnał trwający 0,8 sekundy, przerywany na 1–1,3 sekundy i powtarzany 21–34 razy na minutę. Dawniej minutę przed każdą pełną godziną dźwięk był przerywany, po czym przez kolejne 60 sekund stacja nadawała sygnał ciągły. Obecnie stacja nie emituje sygnału ciągłego. Pomiędzy 07:00 i 07:50 UTC z powodu prac konserwatorskich na głównym nadajniku emisja następuje z nadajnika zapasowego. Czasami stacja zmieniała swoje częstotliwości m.in. na 4585, 4666, 4712, 4753, 9250 kHz.

Buzzer rozpoczęła nadawanie prawdopodobnie między 1976 a 1982, początkowo jako zmieniający się dwusekundowy ton, a od 1990 sygnał brzęczenia. 16 stycznia 2003 nastąpiła na krótko zmiana na sygnał o wyższej częstotliwości (20 tonów na minutę) o dłuższym okresie, jednak powrócono do wcześniejszej formy sygnału.

Transmisje głosowe były rzadkie do czasu nagłej aktywności w sierpniu 2010 roku. Zwykle są nadawane na żywo, czasem kobiecym, a czasem męskim głosem w języku rosyjskim i powtarzane. Na przestrzeni lat odnotowano kilkadziesiąt wiadomości. Poniżej podano niektóre z nich.

·        24 grudnia 1997 o 21:00 UTC osoby dokonujące nasłuchu wyłowiły transmisję wiadomości, która brzmiała: Ja UVB-76, ja UVB-76. 180 08 BROMAL 74 27 99 14 – Boris, Roman, Olga, Michaił, Anna, Larysa 7 4 2 7 9 9 1 4.

·        9 grudnia 2002 w eter został wysłany kolejny przekaz, ale głos był zniekształcony. Wiadomość przetłumaczono na: UVB-76, UVB-76. 62691 Izafet 3693 8270.

·        21 lutego 2006 roku o 07:57 UTC miała miejsce inna transmisja głosowa, ale głos był także mocno zniekształcony. Wiadomość częściowo przetłumaczono na: UVB-76, UVB-76. 05 529 FELAK 17 09 08 98 TEPEPSzczIK 95 59 95 59 TPLEABF 95 25 25 9 – 0 5 5 2 9 Fjodor Jelena Leonid Anna Konstantyn 1 7 0 9 0 8 9 8 Tatiana Jelena Paweł Jelena Paweł Szczuka Iwan Konstantyn 9 5 5 9 9 5 5 9 Tatiana Paweł Leonid Jelena Anna Boris Fjodor 9 5 2 5 2 5 9.

·        23 sierpnia 2010 roku o 13:35 UTC: UVB-76, UVB-76, 93, 882, NAIMINA, 74, 14, 35, 74, 9, 3, 8, 8, 2, Nikołaj, Anna, Iwan, Michaił, Iwan, Nikołaj, Anna, 7, 4, 1, 4, 3, 5, 7, 4.

·        25 sierpnia 2010 roku o 6:54 UTC: UVB-76, UVB-76. 38 527 AKKRECIJa 36 09 55 73.

·        5 grudnia 2010 roku o 14:40 GMT+01:00: Michaił Dmitrij Żenja Boris, Michaił Dmitrij Żenja Boris, 13 842, Paweł Roman Jelena Fiodor Jelena Konstantyn Tatiana Ulijana Roman Anna, 48 95 79 68.

Aktywność w 2010 roku. Stacja stała się bardziej aktywna w 2010 roku. W czerwcu 2010 odnotowano krótką przerwę w regularnej transmisji, ale wróciła 6 czerwca.

·        1 września o 04:05 UTC stacja przestała nadawać sygnał brzęczenia. Zamiast tego, można usłyszeć cykliczne transmisje w postaci kodu Morse’a, w treści których znajdują się znaki zapytania. Okazały się być interferencją ze stacji M21 nadającą parę kiloherców wyżej.

·        2 września 2010 roku stacja nadawała naprzemiennie sygnał brzęczenia oraz fragment Jeziora łabędziego (Taniec małych łabędzi) Czajkowskiego. Sporadycznie można było usłyszeć ludzką mowę – najczęściej ciągi liczb odczytywane po rosyjsku. Rzadko pojawiał się dźwięk przypominający odgłos telefonu. Parokrotnie można było usłyszeć wszystkie wymienione dźwięki oraz ludzką mowę jednocześnie. Odbierano również transmisje w alfabecie Morse’a, okazały się one jednak być dziełem radiowych piratów-żartownisiów.

·        Od 3 września do 8 września stacja UVB-76 prawdopodobnie nie nadawała. 8 września znów można było odbierać charakterystyczny sygnał stacji, tym razem jednak na dwóch częstotliwościach – 4625 i 4670 kHz. Stacja nadaje w dalszym ciągu, jednak ogranicza się do komunikatów w alfabecie Morse’a oraz sporadycznych komunikatów głosowych w języku rosyjskim. W owych komunikatach stacja przedstawiała się jako MDŻB.

·        8 września 2010 nadano kilka testowych sygnałów typowych dla tej stacji, później stacja wróciła do nadawania pierwotnego sygnału ze zwiększoną mocą.

·        Od 9 września do 14 września stacja prawdopodobnie ponownie nie nadawała.

·        Od 16 września stacja na krótko powróciła do swojego pierwotnego sygnału. 24 września znów zamilkła.

·        6 października wróciła do nadawania. 15 października przestała nadawać sygnał brzęczenia – zamiast tego można było usłyszeć buczenie. 19 października powróciła do brzęczenia.

·        27 października znowu zamilkła. 4 listopada powróciła, lecz z dłuższym dźwiękiem.

·        11 listopada miała miejsce 32-minutowa rozmowa na żywo.

Sprzęt. Stacja jako główny nadajnik wykorzystuje Molniya-2M (PKM-15) i Molniya-3 (PKM-20), a jako zapasowy Viaz-M2. Prawdopodobnie moc nadawcza pierwszego to w 10 kW, a drugiego 2,5 kW (wykorzystywanego między 7:00 i 7:50 UTC). Antena jest horyzontalnym dipolem VGDSh (Nadenenko), wysokim na około 20 metrów.

Lokalizacja i funkcja. Przez długi czas obecne położenie lokalizacji nadajnika było jedynie spekulowane. Poprzednio nadajnik znajdował się w rosyjskiej miejscowości Powarowo (N 56°05′00″ - E 037°06′37″), w połowie drogi między Zielenogradem i Sołniecznogorskiem – 40 km na północny zachód od Moskwy, niedaleko wioski Łożki. Lokalizacja i znak wywoławczy nie były znane do czasu pierwszej transmisji głosowej z 1997. We wrześniu 2010 nadajnik został przeniesiony w okolice Pskowa. Może to być powiązane z reorganizacją wewnątrz rosyjskiej armii.

Funkcjonowanie UVB-76 nie zostało potwierdzone przez władze rosyjskie ani oficjalne instytucje powiązane z nadawaniem. Były litewski Minister Komunikacji stwierdził, że celem transmisji głosowych może być potwierdzenie czujności operatorów stacji odbierających komunikaty.

Inna z teorii głosi, że jedno z naukowych obserwatoriów bada zmiany w jonosferze nadając sygnał o częstotliwości 4625 kHz, identycznej z UVB-76. Nie wyjaśnia to jednak transmisji głosowych i w alfabecie Morse’a.

W 2011 roku grupa miejskich eksploratorów wybrała się do opuszczonych budynków po stacji w Powarowie. Wyniki wyprawy potwierdziły przypuszczenia, że była tam baza wojskowa. Odnalezione zostały dzienniki radiowe. Prawdopodobnie transmisje głosowe są wykorzystywane do przekazywania rozkazów do jednostek wojskowych.

Ostatecznie w maju 2014 r. udało się odkryć położenie kilku miejsc, z których nadawany jest Buzzer. Od sierpnia 2015 roku Buzzer najprawdopodobniej jest nadawany z 69 Centrum Komunikacji w Naro-Fominsku.

Występują także dwie rosyjskie stacje podobne do UVB-76 – The Pip oraz Squeaky Wheel.

 

Radiosygnały i UFO?

 

Ciekawe to jest, nieprawdaż?

Ale jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Jestem bowiem pewien tego, że takie radiostacje-widma nadawały już w latach 60. Opisałem to w mojej książce „Projekt Tatry”, w której napisałem, co następuje:

 

 NOL-e posługują się od czasu do czasu falami radiowymi, ale chyba w celu dezinformacji ludzi. Miałem kiedyś taki dziwny przypadek - to było pewnego czerwcowego poranka 1991 roku. Wtedy to właśnie w godzinach 07:00 - 07:15 w moim radioodbiorniku prze dobry kwadrans nie słyszałem niczego innego, tylko coś w rodzaju „ki-ki-ki” - natomiast w telewizorze był biały szum, jakby nie był podłączony do anteny. Po 15 minutach radiowe „ki-ki-ki” się skończyło, a w telewizorze pojawił się poranny program lub plansze kontrolne. Czy była to próba nawiązania Kontaktu - bardzo wątpię. Chyba że Oni chcieli na siebie zwrócić naszą uwagę, ale czy nie wystarczyło powiedzieć coś w rodzaju: „Mieszkańcy Jordanowa! Oto przybyliśmy!” - a tu nic, poza głupim „ki-ki-ki”...

NOL-e mogą być odpowiedzialne za pojawiające się od czasu do czasu fadingi w odbiorze fal UKF naszej TV, co stwierdzaliśmy niejednokrotnie. Ale te wydarzenia nie miały charakteru próby nawiązania Kontaktu, a raczej były produktem ubocznym Ich działalności, kiedy np. UFO weszło w wiązkę fal radiowych biegnących ze studia do przekaźnika... […]

Ta historia wydarzyła się w 1967 czy 1968 roku, w zimie. Nie pamiętam dokładnej daty poza tym, że był to dzień imienin którejś z moich ciotek. I było to na krótko po przeczytaniu przeze mnie książki Marii Kann pt. „Błękitna planeta”, moralitetu fantastyczno-naukowego, którego bohaterowie - harcerze z Warszawy - spotykają w uroczych plenerach Bieszczadów kosmonautę pochodzącego z planety krążącej wokół słońca Tau Ceti. Jun Atlan - bo tak zwał się ów kosmonauta - był potomkiem Atlantydów i powrócił na Ziemię, by odnaleźć pozostałości po kulturze swych przodków.

Imieniny mojej cioci były standardowe: dorośli jedli, pili, palili i gadali, gadali i jeszcze raz gadali o milionach nieważnych spraw. Miałem wtedy 11 czy 12 lat, i takie imprezy mnie szalenie nudziły. Wyniosłem się tedy do drugiego pokoju, gdzie było wielozakresowe radio i zacząłem - wzorem bohaterów „Błękitnej planety” - „czesać” skalę radioodbiornika na falach średnich i krótkich. Głosy w radio syczały coś nienawistnie, bełkotały, przemawiały napuszenie w kilkudziesięciu językach. Od czasu do czasu dolatywały do mnie strzępy muzyki i ćwierkliwy głos pracy radiodalekopisów. Lubiłem słuchać tej muzyki - bo telex przekazywał szybciej wiadomości od antycznego aparatu nadawczego Morse’a. Tutaj emisja pięciobitowych znaków tchnęła dla mnie urzekającą prostotą: znak /....o/ oznaczał „a”, znak /...oo/ to „b”, /..o.o/ to „c”, /..ooo/ to „d”, itd. itp. - a alfabet Morse’a wydawał mi się w porównaniu z tym szybkim kodowaniem i przekazywaniem informacji czymś żałośnie prymitywnym...

Kręciłem pokrętłem strojenia wsłuchując się w dźwięki otaczającego mnie Wszechświata, patrząc jednocześnie przez okno na nabiegające granatem niebo, na którym wybijały się srebrzyste ćwieki gwiazd wśród nagich koron drzew, jak na obrazach Siódmaka...  Słyszałem ćwierkanie radiodalekopisów - po latach dowiedziałem się, że były to głównie stacje szyfrowe MON, MSW i MSZ, pracujące w ramach Układu Warszawskiego. I naraz złapałem Morse - ktoś nadawał tak wolno, że mogłem wyłapać niewprawnym uchem nadawany znak: kropka, kropka, kropka, kreska, kropka - czyli /...-./ - chwila przerwy i znów ti, ti, ti, ta, ti. Już po imprezie, w domu spojrzałem do którejś z encyklopedii mojego dziadka i wyczytałem, że kombinacja /...-./ oznacza ZROZUMIAŁEM. Hmmm... - za to ja nie rozumiałem jednego - dlaczego ktoś przez niemal dwie godziny tłukł kluczem w eter na fali o długości około 31 metrów (9,5 MHz) jeden i ten sam sygnał: ZROZUMIAŁEM?...

Zaintrygowało mnie to i przez kilka następnych dni „czesałem” fale krótkie we wszystkich dostępnych mi pasmach: 16,8 m, 19 m, 25 m, 31 m, 41 m i 49 m - czyli od 17 do 6 MHz. Wyłapałem kilka takich dziwnych „audycji”, w czasie których przez kilka nawet godzin ktoś puszczał w eter: /..-/ czyli „u”, /..-./ czyli „f”, /-/ czyli „t” oraz /..../ czyli „h”... Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Teraz myślę, że to któraś z central szpiegowskich wysyłała dla swych agentów sygnały na HF i VHF. Trwała przecież Zimna Wojna i radiostacje szpiegowskie po obu stronach Żelaznej Kurtyny grały jej ponurego walca...

Nie liczyłem na to, że wychwycę w tym zgiełku Znak z Kosmosu i wreszcie spasowałem, ale... jednak pewnego dnia udało mi się wychwycić coś niezwykłego. Brzmiało to tak, jak melodyjka złożona z trzech rodzajów tonów: krótkiego /./, średniego - /-/ i długiego /__/. Przelewało się to-to gdzieś na skraju pasma 49 metrów, pomiędzy 5,8 a 6,0 MHz i brzmiało to mniej więcej tak:

.__-.--__-__.  .__-. ---.__  __-  ..__ __ __  ... ---.__.--. __..-..__ __.--  __..-__ __ itd.

Co to było? Nie wiem. Brzmiało to chwilami melodyjnie, jak pozdrowienie ze świata, którego już nie ma... Być może to był jakiś nowy rodzaj kodu albo szyfru stosowanego przez którąś ze służb specjalnych albo agencję kosmonautyki? A może to była próba Kontaktu? Mogę to tylko zgadywać. W jakiś czas potem wpadła mi w ręce książka SF jakiegoś francuskiego pisarza pt. „Planeta Kalgar” - w której ów autor także pisał o takich sygnałach, a zatem mógł to być jakiś żart radioamatora? A może to autor słyszał to samo, co ja i to zainspirowało go do napisanie tej książki?

 

Martwa ręka?

 

To byłoby na tyle, co pamiętam z mojej młodości. Składając to wszystko w jedno przyszła mi do głowy straszna myśl, a mianowicie: mamy tu do czynienia z radziecką „martwą ręką”. Przypomina to opisany w powieści „Czas nietoperza” Roberta Strattona vel Wiesława Górnickiego czy w noweli „Głowa Kassandry” Marka Baranieckiego  system „martwej ręki” odpalający ICBM i MRBM po odwetowym uderzeniu jądrowym na terytorium własne. To akurat jest możliwe – wyłączenie transmisji radiowej „brzęczyka” byłoby sygnałem do kontruderzenia…

Możliwe? Ależ jak najbardziej! W czasie stanu zwanego pokojem sygnały są emitowane non stop, bez przerwy. Nadaje się byle co, sieczkę, chłam byle tylko sygnał był emitowany na określonej częstotliwości. W przypadku uderzenia ze strony NATO i USA, w przypadku zniszczenia ośrodków decyzyjnych, kiedy nie będzie już nikogo do wydawania rozkazów, zadziała system „martwej ręki” – zespół komputerów, który zadziała w momencie urwania się sygnału. Po prostu odpali rakiety, które czają się w silosach i choć gdzie i bądź gdzie, a które polecą na USA, kraje NATO – w rezultacie czego Polska zamieni się w radioaktywne, ogniste bajoro. I tyle będziemy mieli z wojny z Rosją. No, ale nie rozumieją tego ani idioci na stołkach ani nadęte papugi w mundurach.

I to będą ostatnie rakiety wystrzelone na planecie Ziemia, która zostanie wyjałowioną, radioaktywną pustynią, jak Zirda z powieści prof. Jefremowa

Czy tego naprawdę chcemy?

 

(Fragment nieopublikowanej jeszcze książki St. Bednarza i R. Leśniakiewicza pt. „Piekielne katastrofy nuklearne”)