poniedziałek, 1 września 2014

Zaginiony samolot malezyjski (17)



 MH-370: Tajemnica zaginionego lotu



Stanisław Danilin


Okręt podwodny USS Capelin (SS-289) zwodowany w dniu 20.I.1943 roku znikł w dniu 2.XII.1943 roku w rejonie Morza Moluckiego. Okręt albo wyleciał w powietrze na polu minowym, albo padł ofiarą gigantycznego morskiego potwora.

Niedawno (8.III.2014 r. – przyp. tłum.) zaginął pasażerski stratoliner, należący do Malezji. A co jeżeli porwał go pilot-Kosmita, został zestrzelony superrakietą czy zatonął w oceanie? Nie uważaj tego, Czytelniku, za bezsensowne rozważania. Tobie już, w odróżnieniu od autora, przede wszystkim jest „wiadomo”, co w „rzeczywistości” przydarzyło się malezyjskiemu Boeingowi 777-200, z rejsu MH-370. Może zdarzyć się tak, że w momencie, w którym czytacie ten tekst, w TV pokażą wam szczątki rozbitego samolotu. Albo cały nieuszkodzony stratoliner porwany jakoby przez terrorystów, który wylądował w jakimś „gościnnym” państwie. Albo… Tym niemniej, nie sądźcie, że my zabraliśmy się za przedłożenie wam świadectw, które na czas wypuszczenia tego numeru były ustalone. Lepiej zróbcie sobie przegląd oficjalnej – „jedynie słusznej” – poniższej informacji. A wtedy, jak wiadomo, nie znajdziecie naszej propozycji bardziej adekwatnej, niż bzdury, którymi karmią was „kompetentne osoby”.


W pajęczynie kłamstw


Nawet jeżeli tobie – Szanowny Czytelniku – na oczy pokazali „porwanego Boeinga”, to zastanów się nad tym: czy „trzy siódemki” nie mógł porwać pilot-samotnik (swoją drogą, to czym zajmowało się pozostałych 11 załogantów – przyglądali się? A może byli w zmowie?)  czy komando superpilotów? Owszem – mogli. W jednym przypadku z dwóch możliwości: albo piloci-porywacze byli Kosmitami, dla których wszystkie techniczne arkana (szczególnie awionika Boeinga) to fraszka – coś jak dziecięcy samochód na pedały dla Schumachera. Druga możliwość to taka, że byli oni tylko pionkami w szeroko zakrojonym spisku – na  poziomie nie mniejszym, niż w przypadku samobójczego ataku samolotami na Twin Towers WTC w Nowym Jorku.

Aż wstyd czytać i słuchać oświadczeń wydawanych przez przedstawicieli władz i kompetentnych organów twierdzących co innego. Dlaczego? Fakty, a nie domysły, można długo by wymieniać. Przytoczymy tutaj tylko jeden, a właściwie „dwa w jednym”.

W samolocie typu Boeing-777 załoga praktycznie nie jest w stanie wyłączyć transpondera ACARS (po rosyjsku AZN-W – przyp. tłum.), które to urządzenie umożliwia kontrolerom ruchu lotniczego widzieć oznakowanie samolotu na ekranie radiolokatora i tym samym zidentyfikować statek powietrzny. Rozumie się, zakładam że terroryści to też ludzie wykształceni i też mogą czytać ten artykuł – nie będę ujawniał sekretów niektórych nowinek technologicznych wbudowanych w urządzenie ACARS, właśnie po ataku na Nowy Jork. 

Powiem tak – wyłączyć całkowicie ACARS piloci nie mogą. A nawet gdyby się im to udało, to razem z całą funkcjonującą elektroniką na pokładzie. Trzeba być dyletantem wierzącym w to, że pozostała reszta też jest profanami, żeby przekonywać ludzi o tym, że przez kilka godzin ten stratoliner wykonywał manewry w przestrzeni powietrznej. I to jeszcze „nad samą gładzią oceanu, uciekając od radiolokatorów”. A przecież takimi bzdurami nas karmiono. Jak i wieloma innymi – równie kłamliwymi. Np. o tym, że „technicznie niemożliwe” było namierzenie miejsca znajdowania się telefonów komórkowych pasażerów samolotu, które pracowały przez kilka godzin od czasu rozpoczęcia się incydentu.

Pajęczyna kłamstw, którą przedstawiciele władz, brygady śledcze, samozwańczy eksperci owinęli nieszczęsny rejs MH-370 można wytłumaczyć tylko dwoma okolicznościami. Każda z nich jest ważna dla każdego z nas – tak dla zakamieniałego materialisty jak i miłośnika zagadek i tajemnic.


Prawda leży gdzieś obok?


Okoliczność numer jeden: jeżeli nie brać pod uwagę Kosmitów, to porwanie albo zniszczenie takiego samolotu jak Boeing-777 może być cynicznie wykorzystane tylko w interesie niektórych pasażerów znajdujących się na pokładzie. Mowa, oczywiście, nie o „Iwanach”, których wygodnie byłoby oskarżyć, jak tylko zabrzmiała wersja o akcie terroru, a np. o pewnych „wtajemniczonych”. Czy byli tacy na pokładzie? Byli. I to w niemałej liczbie.

Należy tu powiedzieć, że właśnie tego dnia na pokładzie tego samolotu pojawiły się dwie dziesiątki przedstawicieli kompanii Freescale Semiconductor, zajmującej się rozpracowywaniem najnowszych technologii półprzewodnikowych know-how profilu obronnego. Kto jeszcze z „nosicieli tajemnic” zaginął wraz z malezyjskim samolotem – Bóg raczy wiedzieć. Ciekawą hipotezę lansują na swych niedostępnych i niejawnych forach internetowych pracownicy zachodnich służb specjalnych. Hipoteza brzmi tak: pewnego ważnego „wtajemniczonego” (albo kilku) porwano jeszcze przed startem samolotu – czym objaśnia się fakt pracujących w sieciach łączności telefonów komórkowych pasażerów. Owi pasażerowie byli „fałszywymi celami” w akcji „przykrywania”, którą stało się porwanie i/albo zniszczenie samolotu. Rzecz jasna ogromną ilość kłamliwych szczegółów rzuconych na pożarcie mediom przez rozmaitych komentatorów i instancje objaśnia się przede wszystkim doskonale wykonaną przez „nieznane bliżej zainteresowane” osoby operacją dezinformacyjną. Logika tej hipotezy jest bezsprzeczna. Taktykę tego rodzaju działań w języku służb specjalnych określa się jako „rozwałka całej karawany po to, by wyciągnąć jeden, jedyny rodzynek”.

Druga okoliczność ma największe znaczenie dla nas wszystkich. Okolicznością tą jest ten fakt, iż wszystkie tak ultra- i super-drogie urządzenia do śledzenia – w tym amerykańskie „totalne pokrycie obserwacją satelitarną” okazały się całkowicie bezsilne. Tak samo jak setki obsługujących je specjalistów i tysiące funkcjonariuszy i żołnierzy służb specjalnych z różnych krajów. Po to, żeby zatuszować tą szokującą okoliczność, totalnie zawyżali możliwości jakichś złoczyńców, jednocześnie zaniżali możliwości systemu ACARS.

No i czy nie wyda się Czytelnikowi cyniczną ta myśl? Najbardziej wygląda na to, że tajemnica lotu MH-370 zawiera się w jednym – ale dla większości z nas – retorycznym pytaniu. Kto jest w stanie dać gwarancję, że coś takiego się nie powtórzy? Tylko już nie w wersji „zniknięcia” samolotu nie z pasażerami, a z środkami masowego rażenia na pokładzie?


Moje 3 grosze


No i mamy wreszcie rozsądny głos w oceanie bełkotu. Faktycznie – wygląda na to, że było to porwanie zorganizowane przez służby specjalne. Służby specjalne kraju, któremu zależało na poznaniu tajemnic koncernu Freescale Semiconductor. Koncern ten z siedzibą w Austin, TX – wedle amerykańskiej Wikipedii – ma swe filie w 19 krajach i zatrudnia 17.000 pracowników. W marcu 2014 roku 20 pracowników tej firmy zaginęło bez wieści. Firma ta specjalizuje się w półprzewodnikach i konstrukcjach urządzeń radiowych dla samochodów i innych pojazdów – w tym kosmicznych. Poza tym zajmowano się komputerami i technologiami informatycznymi. W firmie tej stworzono pierwsze całkowicie tranzystorowe dupleksowe radio samochodowe w 1969 roku oraz pierwszy prototyp telefonu komórkowego – już w 1973 roku! Poza tym to właśnie tam stworzono procesor MC68000 i inne detale, które doprowadziły do rewolucji komputerowej w 1984 roku, a które wykorzystano w EMC produkowanych przez Apple, Atari, Commodore, Sun czy HP. Obecnie – czyli w pierwszej dekadzie XXI wieku, firma zajmuje się opracowywaniem i produkcją mikroelektroniki użytkowej. A zatem jest się o co bić…

Czy ktoś mógłby porwać samolot z BMR na pokładzie? Oczywiście – do tego szkoli się uderzeniowe i dywersyjne siły specjalnego przeznaczenia. A czy ktoś mógłby dać gwarancję, że do tego nie dojdzie? O ile wiem – to nikt. Nie ma stuprocentowych zabezpieczeń - bo nie ma czegoś takiego, jak stan idealny.

I jeszcze jedno. W dniu 17.VII.2014 roku, na Ukrainie zestrzelono z premedytacją samolot Boeing-777-200ER z rejsu MH-17 lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur. Zginęło 283 pasażerów i 15 załogantów. Na pokładzie znajdowało się ponad 100 specjalistów od AIDS, którzy lecieli na konferencję naukową do Melbourne w Australii. I znów pytanie brzmi: był to przypadek czy celowa prowokacja? Bo w takim kontekście pierwej należy odpowiedzieć na pytanie nie kto zestrzelił ten samolot i czym, ale akurat dlaczego właśnie ten a nie inny??? Oczywiście ta tragedia stała się powodem huraganowego ataku propagandowego na Rosjan, ale tak naprawdę to nie o to tam chodziło. Chodziło o to, by na tej konferencji nie padły czyjeś słowa. Czy miałyby one związek z rozwijającą się w Zachodniej Afryce epidemią gorączki krwotocznej EVD – znanej jako Ebola?

Tak czy inaczej – wydaje się, że istnieje związek pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami. Coś komuś się wymknęło, ktoś wypuścił na świat demona i usiłuje to ukryć przed szeroką publicznością zamykając ludziom usta bez względu na koszty i ofiary…

Tekst i zdjęcia – „Tajny XX wieka” nr 14/2014, ss.16-17
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©   

niedziela, 31 sierpnia 2014

Marzył o tym Juliusz Verne…


Jules Verne marzył o tym w swej kultowej powieści „Wyprawa do wnętrza Ziemi”, ale na Islandii może to wreszcie się stać. Miejscowe biura podróży oferują wycieczki w głąb wulkanów, a zaczęło się od wnętrza wulkanu Trinhnukagigur.

Turyści zaczęli dopiero przenikać do wnętrza wulkanów. Od lipca będą oni mieli ofertę dla każdego, kto zapłaci. Islandzkie biuro podróży 3H zaczął oferować tego lata fascynująca wyprawę – zejście do wygasłego wulkanu Trinhnukagigur.


Islandia słynie z wulkanów – niesławny Eyjafjallajökull pokazano we wszystkich gazetach w 2010 roku, kiedy w marcu tamtego roku wyemitowana przezeń chmura popiołów spowodowała powikłania ruchu lotniczego w Europie. Zejście do serca Thrihnukagigur jest podobno całkowicie bezpieczne. Wulkan ma trzy puste zbiorniki magmowe i to właśnie dzięki nim uzyskał swoją nazwę Trinhnukagigur, co oznacza „krater z trzema wierzchołkami”.


Wulkan ten jest wyjątkowy pod wieloma względami: w czasie ostatniej erupcji lawa spływała do wnętrza krateru, zamiast odwrotnie, więc działa tak, jak w filmie fantasy: tylko smok lub krasnoludy, próżno szukać tam człowieka… Jest to potwierdzone przez Haraldura Signurdssona, miejscowego wulkanologa: Trinhnukagigur to wyjątkowy wulkan – wygląda to tak, jakby ktoś wyciągał zatyczkę i lawa jest odprowadzana…


Turystom oferuje się niepowtarzalną okazję zwiedzenia wulkanu pomiędzy 15 czerwca a 31 lipca. Najpierw trzeba przejść przez szeroki na 4 m wylot wulkanu, a następnie zejść do komina wulkanu 120 m w dół do jednego ze zbiorników magmy. Służy do tego winda zainstalowana do krateru przez biuro podróży. Wyprawy są możliwe tylko w ciagu krótkiego islandzkiego lata, kiedy ten wulkan jest bezpiecznie dostępny. W każdym dniu mają miejsce tylko 4 zjazdy.


W dole, na dnie komory magmowej, czeka na gości coś, czego się nigdy nie zapomni. Strop znajduje się 120 m nad głowami, zaś tunel pod nogami zagłębia się na ponad 200 m. Zestalona lawa ma najdziwniejsze kolory – od czarnego poprzez czerwony do zielonego. Cały spacer trwa około 40 minut i goście w czasie wycieczki pokonują 3 km. Firma 3H oferuje to za 37.000,- ISK czyli całkiem akceptowalne 5400,- CZK (czyli ok. 819,50 PLN – przyp. tłum.) – jednak za takie doświadczenie będzie dużo ludzi płacić o wiele więcej…


Wulkan położony jest zaledwie 20 km od stolicy Reykjaviku pośrodku parku Bláfjöll. Pomysł zwiedzania przez turystów tego wulkanu wyszedł już w 2004 roku od Árni B. Stefánssona – znanego islandzkiego geologa i wspinacza. Do tego czasu zwiedzanie wulkanów było dostępne jedynie dla wąskiego grona wybranych specjalistów. Dlatego też Stefánsson założył w 2005 roku firmę, która umożliwia to niezwykłe doświadczenie innym ludziom. I chociaż jest to możliwe tylko dla ograniczonej grupy osób, bowiem Stefánsson chce, by Natura nie ucierpiała pod naporem turystów.  


   
Zdjęcia:  http://www.insidethevolcano.com - Arni B. Stefansson

Przekład z j. czeskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©


VI Światowe Forum Ufologiczne w Brazylii


sobota, 30 sierpnia 2014

Epidemia EVD: Ebola w Afryce (5)


Bilans epidemii - 1556 osób:
Liberia - 700
Gwinea - 430
Sierra Leone - 420
Nigeria - 6

Dane wg: 
WHO
JEDYNKA Polskiego Radia
Teleexpress
WP.pl


Kosmici odwiedzali Ziemię!

Czy tak rozmawiał Mojżesz z Jahve na Górze Synaj?


Pietr Liukimson


Istnieje przekonanie, że Magów-Mędrców (zwanych u nas Królami – przyp. tłum.), którzy nawiedzili nowonarodzonego Jezusa – było trzech i nawet znane są ich imiona. Jednakże w Biblii nigdzie nie powiedziano, że było ich trzech i nie wymienia się ich z imienia. (Zob. Mt 1,1-2 – przyp. tłum.)

Wielu ufologów odnosi się do Biblii jak do źródła historycznego, świadczącego o tym, że kontakty Ludzkości z Obcym Rozumem miały miejsce już w dalekiej Przeszłości. Kosmitów nie trzeba daleko szukać – wystarczy wziąć do ręki Księgę Rodzaju (Genezis) i odszukać podanie o Synach Bożych, którzy brali za żony córki człowiecze, dzięki czemu na Ziemi pojawiła się rasa olbrzymów:
Synowie Boga, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały. Wtedy Bóg rzekł: «Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną: niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat». A w owych czasach byli na ziemi giganci; a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach. (Rdz 6, 2-4)


Mojżesz na pokładzie kosmolotu


Klasyczni komentatorzy traktują te słowa inaczej: z ich punktu widzenia pod pojęciem Synów Bożych (bardziej bliskim prawdy jest przekład „synowie silnych”) należy rozumieć albo upadłe anioły które przybrały cielesną powłokę, albo synów znacznych ludzi, którzy brali sobie dziewczyny z prostego ludu.
[Biblia Tysiąclecia komentuje to następująco: (jest to) aluzja, oparta zapewne na prastarym podaniu, nawiązuje do ujemnego wpływu małżeństw Setytów z kobietami odrzuconej linii Kainitów. Inni w „synach Bożych” upatrują mężczyzn w ogóle – przyp. tłum.]
Jednakże zawsze traktowano ów werset przede wszystkim w ufologicznym kontekście.

Samo synajskie spotkanie Mojżesza z Bogiem z tego punktu widzenia zaczyna się rozpatrywać jak kontakt Mojżesza z pozaplanetarną cywilizacją. Fakt, że ponad 600.000 Żydów jednocześnie słyszało u góry Synaj gromowy głos Stwórcy wyjaśnia się tym, że na tej górze wylądował statek kosmiczny i Przybysze transmitowali Dekalog przez potężne głośniki. No, a wstąpienie Mojżesza na górę Synaj, przebywanie na niej 40 dni – to dla takich autorów bez wątpienia opowiadanie o bezpośrednim spotkaniu i przebywaniu proroka gościnnie u Kosmitów.

Czytając znaną historię o tym, jak Najwyższy ujrzał, jak Żydzi uczynili złotego cielca i On pokazał to Mojżeszowi, trudno także nie mieć wrażenia, że wielki prorok znajdował się w tym czasie na pokładzie statku kosmicznego i jemu przy pomocy kamer obserwacyjnych pokazano na wielkim ekranie w aktualnym czasie to, co się działo u podnóża góry. No, a potem zaczyna się słynny spór Mojżesza z Bogiem…


Dwugłowiec czy Przybysz z Kosmosu?


Na tą myśl przywodzi także znane biblijne podanie, że w czasie budowy Świątyni Jerozolimskiej, królowi Salomonowi pomagał sam „król szatanów” Asmodeusz. W czasie wolnym od zajęć, jak głosi to podanie, Salomon wiódł z Asmodeuszem rozmowy na różne tematy i kiedyś zapytał, czy jest jakieś życie poza naszym światem? (Właściwie po drugiej stronie świata – przyp. tłum.) Asmodeusz odpowiedział twierdząco i nawet dostarczył królowi jednego z mieszkańców „krainy Tewel” – człowieka o dwóch głowach. Salomon przepytał gościa na temat życia w ich świecie i dowiedział się, że dwugłowi ludzie tak jak jego rodacy uprawiają ziemię i hodują bydło, wychowują dzieci i modlą się do Boga – kazał Asmodeuszowi dostarczyć go z powrotem do domu. Ale tutaj „król szatanów” przyznał się, że nie może tego zrobić, ponieważ do tego potrzebuje on „bardzo dużo sił”. W rezultacie dwugłowy człowiek pozostał i mieszkał w Jerozolimie, gdzie otrzymał on od Salomona majątek ziemski i ożenił się ze zwykłą kobietą. Z tego związku urodziło mu się siedmiu synów – sześciu zwykłych, a siódmy z dwoma głowami, jak on sam. (Zob. Wolne Media - http://wolnelektury.pl/media/book/txt/agady-talmudyczne.txt - przyp. tłum.)

Wielu badaczy Biblii skłonni są widzieć w tej legendzie jedno w wczesnych świadectwo o bliźniętach syjamskich. Ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w hebrajskim słowo Tewel oznacza Wszechświat, to ufologiczna interpretacja tej historii, która sama się naprasza. A słowa Asmodeusza o tym, że dostarczenie mieszkańca Krainy Tewel z powrotem wymaga „ogromnej siły” przypominają o tym, jak wielkich energii wymagają loty kosmiczne.


Frank D. Drake i jego słynna formuła


Czy tylko nasza planeta jest zamieszkała?


No, a znane uniesienie proroka Eliasza do nieba, które wygląda tak jak jego porwanie czy wzięcie (CE-III-G lub CE4 – przyp. tłum.) przez Kosmitów, albo – na odwrót – dobrowolny odlot z Ziemi:
Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios. 2 Krl 2,11.

A do tego biblijny przekaz mówi, że Eliasz-prorok – wcale nie był jedynym człowiekiem, który został wzięty „żywcem do nieba”!

No i teraz przyszedł najwyższy czas przypomnieć, że dzisiejsze zainteresowanie inno planetarnych cywilizacji ma swój początek jeszcze we wczesnych latach 60., kiedy to amerykański astronom prof. Frank Donald Drake skonstruował pierwszy na świecie radioteleskop do poszukiwania pozaziemskiego Rozumu. Poza tym stał się on autorem słynnego Równania Drake’a:

N = R* * fp * ne * fl * fi * fc * L

- zwanego także Formułą Drake’a, a z którego wynika, że tylko w naszej Galaktyce istnieje nie mniej, niż 10.000 cywilizacji. Zadano więc tedy teologom pytanie o to, jak religia odnosi się do istnienia życia poza Ziemią.

Wydawałoby się, że – wychodząc ze wszystkiego powyższego – że religijne autorytety powinny uchwycić się tego, że Biblia jest pełna dowodów na to, że Pan Bóg stworzył mnogość światów, i że my nie jesteśmy samotni we Wszechświecie. To w dużej mierze spowodowałoby wzrost popularności religii wśród szerokiej publiczności. Ale – nie! W czasie długich dyskusji, rozmyślań i sporów religijni badacze Biblii oświadczyli, że życie na Ziemi jest unikalne i żadnych rozumnych cywilizacji poza nią nie ma. Do tego oni przeprowadzili swój dowód – przede wszystkim na słowach Biblii o stworzeniu człowieka:
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. Rdz 1,27-30.

Autorytety religijne zwróciły uwagę na to, że w tym podaniu podkreślone jest: wszystko, co żyje egzystuje jedynie na ziemi i nigdzie więcej poza nią, a co za tym idzie – żadnych cywilizacji w dalszym i bliższym kosmosie nie ma.
[Wprawdzie ostatni papieże złagodzili nieco to stanowisko, a papież Franciszek chciałby nawet ochrzcić Kosmitów – gdyby takowi się doń zgłosili w tym celu, tym niemniej nadal nie ma jasno określonego stanowiska Kościoła katolickiego i innych kościołów chrześcijańskich w tej materii – uwaga tłum.]


Czy jesteśmy sami we Wszechświecie?


Przez sześć z górą dziesięcioleci od pojawienia się Równania Drake’a, w nauce pojawiły się dwa nurty myślenia na temat istnienia cywilizacji pozaziemskich. Pierwsza grupa uczonych wciąż uważa, że takie cywilizacje istnieją, i że jest ich ogromna ilość, zbliżona do liczby podanej przez Drake’a.

Druga grupa zajmująca się poszukiwaniami planet, na których teoretycznie może istnieć życie doszła do wniosku, że przy ogromnych rozmiarach Wszechświata takich planet jest bardzo mało, jeżeli ich ilość nie wynosi po prostu zero. Rzecz w tym, że odrzucając religijną wersję stworzenia świata powinniśmy przyznać, że: do powstania życia potrzebna jest ogromna ilość przypadkowych zbieżności wielu zjawisk fizycznych.

Weźmy na przykład unikalne położenie Ziemi w Systemie Słonecznym: wystarczy niewielkie tylko zboczenie naszej planety z jej orbity i istnienie życia w formie takiej, jaką znamy stanie się niemożliwe. Podobne fakty przywiodły w rezultacie do stworzenia na podstawie Równania Drake’a teorii Donalda Brownlee’a i Petera Warda na temat tego, że istnienie planety o warunkach takich samych, jak na Ziemi należy uważać za zdarzenie unikalne i wynika z tego, że jesteśmy sami we Wszechświecie.

Chrzest Chrystusa - obraz Arenta de Geldera (1710)


Istoty z innych światów


No to w takim razie, co zrobić z wielką ilością świadków UFO, spotkań z Obcymi, porwań Ziemian…? Oczywiście takie zdarzenia od czasu do czasu mają miejsce – twierdzą teolodzy. A zatem na miejsce pytania „Czy jesteśmy sami we Wszechświecie?” prawidłowo powinno zadawać się pytanie „Czy jesteśmy sami na Ziemi?”

Przy tym oni odsyłają swoich oponentów do kabalistycznej księgi Ha-Zohar czyli Zohar - „Zohar”, zgodnie z którą Ziemia składa się z siedmiu „niebios”, „warstw” albo „światów równoległych”. Światy te – zgodnie z nią – są zamieszkałe przez istoty rozumne, ale zbudowane z bardziej subtelnych, delikatniejszych rodzajów materii. Na dodatek – jak twierdzi „Zohar” – te światy nakładają się jeden na drugi jak słoje pnia drzewa. A tam, gdzie jedna warstwa przenika się z inną, jest możliwe przejście z jednego świata do drugiego. Te istoty, które ludzie od dawna nazywali „diabłami”, „dżinnami”, „widmami”, „elfami” czy „wróżkami” – są mieszkańcami tamtych światów od czasu do czasu przenikającymi do nas. Z ludźmi zbliża Ich to, że Oni także posługują się Rozumem, rodzą się i umierają, rozmnażają się, ale ich materialna natura jest zupełnie inna. „Zohar” przekonuje nas, że słowa wypowiedziane przez Kaina po zabiciu przezeń Abla: Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!» Rdz 4,14 – należy rozumieć jako zesłanie Kaina w jeden z takich światów. W dniu dzisiejszym, jak uważają teolodzy, te Istoty mogą się nam przedstawiać jako Kosmici, a swe środki transportu z jednego świata do drugiego nazywać statkami międzyplanetarnymi.
[Na ten temat pisze ciekawie także Jan hr. Potocki w swej powieści szkatułkowej „Rękopis znaleziony w Saragossie”, gdzie barwnie opisuje on swych bohaterów kontaktujących się z Innymi Bytami spoza naszego świata przy pomocy praktyk magicznych i kabalistycznych, aliści potem zgodnie z ideałami Oświecenia, autor wyjaśnia te wszystkie rzeczy w oparciu o racjonalne myślenie – uwaga tłum.]

Na zderzeniach z takimi Istotami zostało zbudowane wiele utworów napisanych przez jednego z założycieli nurtu „metafizycznego realizmu”, laureata Nagrody Nobla Isaaka Bashevisa Singera. Syn pisarza – będący ateistą – kiedyś zapytał ojca: czy naprawdę wierzy w Ich istnienie, czy tylko Oni są mu potrzebni jako symbolika, literackie narzędzie pozwalające zajrzeć do wewnętrznego świata jego bohaterów?
- Bezwarunkowo wierzę – nastąpiła odpowiedź. – Ja często spotykałem się z takimi zjawiskami i słyszałem opowiadania o nich od całkowicie wiarygodnych i uczciwych osób. A co więcej, to że nauka do dziś dnia nie uznaje Ich istnienia, to nic nie znaczy. Ona długo nie uznawała innych zjawisk. Wierzę, że wcześniej czy później uczeni udowodnia Ich realność i wejdziemy z Nimi w otwarty kontakt, a to stanie się początkiem nowej ery w historii.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 13/2014, ss. 12-13
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©