poniedziałek, 25 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (7)


Kamaishi, godz. 23:30 JST


- Przesłuchujecie te klony? – zapytałem – coś powiedziały?
- Tylko tyle, co sami wiedzieliśmy. Mieli was zabić i wrócić do swej bazy – odparł major krzywiąc się z dezaprobatą. – To tylko żołnierze, a właściwie faceci i facetki od brudnej roboty. Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że dzisiaj ma nastąpić coś, co zmieni nasz świat, i taki tam propagandowy bełkot…
- A co ma zmienić świat?
- Tego nie wiedzą, ale to może mieć związek z tym, co oni wrzucali w głębiny Rowu Japońskiego.
- A co to było?
- Odpady, gruz i wypalone pręty z Fukushimy. Z tego, co wyliczamy jest tam tego pół tysiąca ton. Wszystko radioaktywne, jak jasny gwint. Kilka czy nawet kilkadziesiąt kilosiwertów na godzinę.
Zastanowiłem się.
- No to chyba nie będzie trudno przewidzieć, co będzie dalej? – rzekłem.
- Co pan chce przez to powiedzieć – zainteresował się major.
- To przecież oczywiste, majorze – odparłem – wystarczy jakaś torpeda w rodzaju HWT wystrzelona z okrętu nawodnego czy podwodnego, albo pocisk rakietowy klasy woda-głębina wodna, powietrze-głębina wodna czy nawet kosmos-głębina
Spojrzał na mnie z uznaniem.
- Ma pan rację, Robert-san – rzekł powoli. – A zatem trzeba będzie zamknąć przestrzeń wokół tego punktu w Rowie.
Sięgnął po walkie-talkie i przez dłuższą chwilę konferował z kimś po drugiej stronie. Skończył i spojrzał na mnie.
- Zaczyna się zabawa – rzekł – właśnie namierzono jakiś obiekt latający zmierzający po paraboli w stronę Japonii na wysokości stu dwudziestu kilometrów.


Pacyfik, godz. 23:49 JST


- Dziesięć minut do celu –  SS-Sturmbannführer von Altscher poprawił się w swym fotelu. Głos pilota spowodował przypływ adrenaliny. – Operacja zrzutu za trzydzieści sekund.
Rozejrzał się dyskretnie na boki. Obok niego siedzieli Brennecke i Winkler. Przed nim siedział pilot potężnego, podorbitalnego bombowca, który leciał z prędkością dziesięciu jednostek Macha, na wysokości ponad stu kilometrów.

Bombowiec w kształcie ogromnego trójkąta o długości sześćdziesięciu metrów był zbudowany w oparciu o konstrukcję stealth. Jego napęd stanowiły dwa silniki: odrzutowy i rakietowy pracujące na ciekły metan. To umożliwiało stutrzydziestotonowej maszynie na lot z prędkościami rzędu ośmiu kilometrów na sekundę, co pozwalało mu wyjść na niską orbitę i pokonać odległość Andy – Japonia w godzinę. W jego komorze bombowej spoczywała samosterująca bomba termojądrowa o mocy dwustu kiloton. Pilot miał ją po prostu wyrzucić o godzinie 23:50. Przez dziesięć minut miała lecieć lotem ślizgowym w kierunku wybrzeży Japonii, ale nad Rowem Japońskim miała zmienić kierunek i spaść wprost w dół, a następnie zanurzyć się w wodach Pacyfiku po to, by po kilkunastu minutach eksplodować nad złożami hydratów metanowych. I zatopionych tam radioaktywnych paskudztwach.

Plan zakładał skażenie wód Pacyfiku i jednocześnie wybuch złóż klatratów metanowych, które miały spowodować Apokalipsę: gigantyczne tsunami i skok radioaktywności wód północnego Pacyfiku. A do tego wzmożony efekt cieplarniany, spowodowany przedostaniem się do atmosfery co najmniej czterech bilionów ton metanu…  A dalej światowy kryzys i chaos, który miał spowodować koniec cywilizacji w postaci, jaką znamy. I właśnie wtedy z Andyjskiej Twierdzy na świat miały ruszyć grupy uderzeniowe przywracające nowe porządki. Porządki IV Rzeszy…


Kioto, sztab JXFSD, godz. 23:49 JST


- Co to jest? – tęgi mężczyzna o posturze zawodnika sumo w mundurze generała Japońskich Sił Samoobrony przed Obcymi Formami Życia wskazał na ekran monitora. – Czy to jest ten obiekt?
- Tak jest, panie generale – pułkownik Kawata służbiście skinął głową – mamy go już na celownikach naszego systemu AR, ale musimy czekać, aż wejdzie w jego zasięg.
- Czy nie da się zestrzelić tego przez nasze samoloty? – generał Orita zadał o pytanie tylko pro forma. Wiedział, że system AR miał swe ograniczenia. Obiekt leciał z prędkością 10 Ma, kursem niemal 280 stopni. No i na wysokości 100.000 metrów.
- To nie jest UFO? – zapytał znów generał.
- Nie, to jest jakiś samolot hipersoniczny – odparł Kawata – to coś w rodzaju maszyn S3 z Projektu 2025. Dawniej nazywano to Aurora i Uragan w rosyjskiej wersji. Wygląda na to, że to jest coś podobnego.
Orita znów wbił wzrok w monitor, na którym czerwony trójkącik zbliżał się powoli do brzegów Japonii.
Zastanowił się na moment.
- Nadać sygnał ostrzegawczy – rzekł. - Jeżeli nie zmieni kursu – rozwalić!  

- Panie generale! - jest kolejny meldunek od grupy majora Wazamiego, na trzeciej linii – głos oficera dyżurnego zabrzmiał w sali operacyjnej sztabu jak seria wystrzałów.
Orita sięgnął po słuchawek i wcisnął przycisk.
- Słucham cię Wazami, co masz dla mnie? – rzucił w mikrofon.
- Generale, sugeruję, by zestrzelić to, co leci na nas z kierunku Ameryki Łacińskiej – to coś najprawdopodobniej spowoduje wybuch klatratów metanowych. To może być rakieta…
- …to nie jest rakieta – Orita wpadł mu w słowo – bo jest za duże, to raczej jakiś samolot. Jest bardzo szybki.
- No to trzeba go zestrzelić, bo to może być ten bombowiec… – odparł Wazami.
Orita westchnął. Musiał natychmiast podjąć decyzję. Podniósł oczy i ujrzał wbite w siebie dwadzieścia spojrzeń swych podwładnych i współpracowników.

- Pułkowniku Kawata, czerwony alarm dla Systemu AR – rzekł spokojnym głosem – procedury do przechwycenia i unieszkodliwienia celu.
- Tak jest, generale – odpowiedział tamten – procedury do zestrzelenia!

Ludzie pochylili się nad monitorami swoich komputerów. 

CDN.

niedziela, 24 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (6)



Kamaishi, godz. 21:00 JST


Janta zarzuciła mi ręce na szyję. Nasze usta połączyły się w słodkim, miłosnym pocałunku.
- Rozbierz mnie, na co czekasz – Janta szepnęła mi do ucha.
Nie trzeba mnie było dwa razy prosić. Naraz coś zapaliło wszystkie światełka alarmowe w moim mózgu. Janta zesztywniała w moich ramionach. Nasłuchiwała. Coś się działo, jej wyczulone zmysły wychwyciły coś nietypowego. Na zewnątrz było cicho, nie dobiegały żadne odgłosy z miasta, ale teraz ciszę wieczoru przerwał odległy odgłos pracy silnika i gwizd turbin. Helikopter.

Teraz słyszałem to i ja. Odgłos nadlatywał od strony morza i odgłos pracy jego silnika słychać było coraz bardziej.
- Będzie zabawa – powiedziałem cicho do Janty. – Przebieraj się w coś ciemnego, ale szybko…
- Ożeżtykurrr… - zmełła przekleństwo – …waichmać, że też nie mieli kiedy…
- Właśnie na to liczyli – warknąłem – że się zajmiemy sobą zapominając o bożym świecie. Nie zapominaj, że prowadzimy w tej rozgrywce dwa do zera, a oni nie należą do tych, którzy lubią przegrywać.
Skoczyliśmy szybko w swe ciuchy. Wydobyłem i zarepetowałem pistolet.
Jedno było naprawdę dziwne – cały hotel był ciemny i pusty, jakby poza nami nikogo w nim nie było, a przecież…
- Trzeba przygotować się do zabawy – mruknąłem gasząc światło i otwierając okno. – Niby jesteśmy chronieni, ale…
- Co chcesz zrobić? – zapytała Janta.
- Pryskamy w las – odparłem.
Wyszedłem przez okno. Pół metra niżej znajdował się pochyły daszek, na który wskoczyłem i zjechałem na dół, a potem spadłem jak ulęgałka na szczęście na proste nogi, jak przy skoku ze spadochronem.
- Dawaj – powiedziałem półgłosem – no już!
Po chwili Janta wpadła mi w ramiona.
- Co dalej? – zapytała, kiedy już oddaliliśmy się w kierunku miasta.
Nie odpowiedziałem, bo nad głowami przeleciał nam helikopter. Był zupełnie czarny i nieoświetlony, a za nim drugi. Dwa razy po osiem. Szesnastu ludzi. Nieźle.

- Spadajmy stąd – odpowiedziałem.
- Ale gdzie?
- Ty do wody i z niej nie wychodź, a ja muszę ostrzec ludzi z JXFSD.
Do miasta mieliśmy w linii prostej trzy kilometry, szosą dziesięć. Szosa odpadała, bo wystawilibyśmy się im jak kaczki na wodzie. Równie dobrze moglibyśmy wyjść im naprzeciw z podniesionymi grzecznie rękami.
Schodziliśmy w dół w kierunku świateł miejskich widocznych jako czerwonawa łuna. Helikoptery wylądowały na parkingu, bo huczący łomot ich silników przeszedł w niski pomruk.

Ruszyliśmy znowu w dół. Naraz przewróciliśmy się, bo czyjeś silne ręce powaliły nas na ziemię. Błysnęła ślepa latarka. Rozejrzałem się błyskawicznie. W mroku otaczali nas ludzie w obłych hełmach i ubiorach maskujących. Jacyś żołnierze?
Puścili nas.
- A to pan Robert-san – usłyszałem niezłą angielszczyznę – właśnie spieszyliśmy wam na pomoc, ale zorientowaliście się w sytuacji szybciej od nas. Jestem major Wazami – przedstawił się – siły specjalne JXFSD.
- Co z Yuka-san i Sima-san? – zapytałem.
- Są całe i zdrowe – usłyszałem za sobą głos Simy.
- No to OK. – odpowiedziałem – a tamtych będzie szesnastu.
- A ja mam dwie kompanie komandosów – odparł Wazami – i w razie czego wsparcie oddziału AT z Sendai.
- A co z obsługą hotelową? – zapytała Janta.
- To nasi ludzie – rzekł major – i zgotują im powitanie. A na razie idziemy! Włóżcie to!
Podał nam dwie kamizelki z kevlaru i hełmy.
I dodał coś szybko po japońsku do swego walkie-talkie. Poszliśmy z powrotem w stronę hotelu, skąd rozległy się strzały.
- Zaczęło się! – krzyknął i ruszył biegiem.
A my za nim.


Kamaishi, godz. 21:30 JST


Kiedy dobiegliśmy na miejsce, było już po walce. Przed wejściem do hotelu, na podjeździe leżał pokot. Policzyłem szybko leżące sylwetki. Było ich jedenastu. Pozostała piątka skuta jak barany siedziała już w pojazdach pancernych, które podjechały od strony miasta. Do majora podszedł jakiś oficer i złożył krótki meldunek.
- Co z pilotami? – zapytałem.
- Wyeliminowaliśmy ich jako pierwszych, żeby nam nie uciekli, to oczywiste – major wzruszył ramionami. – Niestety nadali sygnał o tym, że są atakowani…


Andy, godz. 08:45 ART 


Ubrany na czarno, potężny mężczyzna odwrócił się do stojących za nim kilku osób. Jego twarz była czerwona z wściekłości.
- Który bałwan był odpowiedzialny za tą operację? – zapytał zduszonym z pasji głosem – no???
Jeden z mężczyzn podniósł głowę.
- To ja Herr Obergruppenführer – powiedział spokojnie.
- Keller! Ty durny idioto! – wrzasnął – czy ty wiesz kretynie jeden, co zrobiłeś? Położyłeś naszą operację. Przecież wiesz, że nie chodziło tutaj o tych dwoje, ale o Plan U=Z! Himmeldonnerwetter! Za coś takiego powinieneś stanąć pod ścianą!
Z wściekłością rozpiął kołnierz z patkami na których widoczne były trzy dębowe liście i dwa białe kwadraty.

Obersturmbannführer Keller wytrzymał jego wściekłe spojrzenie.
- Herr Obergruppenführer, Plan U=Z jest niezagrożony i zostanie wykonany, a co do tych dwojga, to się to tylko odwlecze – rzekł spokojnie. – Zresztą i tak zginą w czasie realizacji Planu, więc nie ma co się nimi przejmować.
Obergruppenführer powoli odzyskał panowanie nad sobą.
- No to po co było to w ogóle robić? – zapytał zionąc resztą ognia.
- Nie wiem – odparł spokojnie Keller – to był pański rozkaz Herr Obergruppenführer.
No tak. Keller zapędził go w kozi róg. Kiedyś zatłucze tego sukinsyna
- No, dobrze – Obergruppenführer Henschel już całkiem się uspokoił. – Co z nimi?
- Z kim?
- Z naszymi, oczywiście!
- Japończycy twierdzą, że zabili wszystkich. Jeżeli tak, to nie ma problemu. To i tak były tylko klony, więc nic się nie stało – odrzekł Keller – natomiast co do Planu, to jego końcową fazę realizują Sturmbannführer von Altscher, Hauptmann Brennecke i Kapitänleutnant Winkler.
- Dlaczego zaangażowano w tą operację ludzi spoza SS? – Henschel znów zakipiał gniewem – przecież to jest nasza operacja!
- Owszem, to jest nasza operacja – Keller mówił to tonem nauczyciela tłumaczącego coś niezwykle tępemu uczniowi – ale istnieje dyrektywa Führera nie zezwalająca na operację z użyciem broni jądrowej bez przedstawicieli armii i marynarki.
No tak, polityka utrzymania równowagi… – pomyślał Henschel – odwieczna rywalizacja pomiędzy rodzajami wojsk a SS…
- Czy oni są… pewni? – zapytał Obergruppenführer.
- Tak, sprawdziliśmy ich – odparł Keller. – Wyruszają za dwie godziny. Przelot trwa godzinę, więc o północy czasu japońskiego powinni zdetonować ładunek jądrowy w Rowie Japońskim.


CDN.

sobota, 23 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (5)



Kamaishi, godz. 17:00 JST


Delfin wychylił obły łeb z wody i zaćwierkał na widok Janty. Szybko wymienił świergotliwe wiadomości z Syreną i już miał zanurkować, kiedy woda wokół niego zapieniła się gwałtownie. Delfin wykonał jakiś dziwny ruch i woda wokół niego nagle pociemniała. W ułamku chwili zrozumiałem – ktoś strzelał do niego z automatycznej broni z tłumikiem.
Co za skurwysyn!? – pomyślałem, a potem dotarło do mnie, że to przecież my byliśmy celem. A konkretnie ja.
- Janta, do wody! – krzyknąłem po polsku – pomóż delfinowi!
Janta posłusznie zrzuciła puchówkę i skoczyła w ubraniu do wody. Syrena tylko tam mogła czuć się bezpiecznie. Wyjąłem z kieszeni pistolet i odbezpieczyłem go. Zaczynała się zabawa. Przypomniałem sobie Kosowo i strzelaninę na „Carribean Pearl”, tylko że tam miałem przeciwników przed sobą, a tutaj…

Jak tylko mogłem najszybciej zeskoczyłem z korony falochronu i podbiegłem do najbliższego zrujnowanego zabudowania. Strzelec ukrył się w nie posprzątanym jeszcze kwartale, który przedstawiał sobą labirynt rozwalonych ścian, gnijącego już i butwiejącego drewna, plastyków i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze. To, że strzelał do delfina mogło świadczyć o tym, że wiedział dlaczego i do czego strzelać – albo po prostu wygarnął po to, by nie mieć świadków.

Powoli zacząłem poruszać się wzdłuż resztek ściany. Zabójca nie mógł być daleko, bo inaczej nie miałby pola ostrzału obejmującego falochron… Bałem się tylko, że Janta wynurzy się i wyjdzie z wody w najbardziej nieodpowiednim momencie i zginie głupio…

Coś poruszyło się w gęstniejącym mroku. Stąpając jak najciszej ruszyłem w jego kierunku, a po minucie ujrzałem jakiegoś człowieka przycupniętego za załomem muru i celującego w moją stronę z uzi z tłumikiem. Uskoczyłem za ścianę w momencie, kiedy podniósł broń do oka. W ułamek sekundy później pociski uderzyły w ścianę, która rozsypała się na setki odłamków. Odskoczyłem. Facet znowu puścił serię, ale bardziej w prawo – najwidoczniej liczył, że z rozpędu wyskoczę mu pod lufę.

Przeliczył się, bo przyklęknąłem i wycelowałem w niego mojego desert eagle’a.
- Drop it! Freeze! – rozkazałem – don’t move!
Chciał do mnie strzelić, ale usłyszałem tylko szczęknięcie iglicy. Albo mu się broń zacięła, albo opróżnił magazynek. Wyskoczyłem zza ukrycia, przebiegłem kilka kroków i wycelowałem mu spluwę pomiędzy oczy – a raczej w środek czarnej kominiarki.

Facet jednak był głupi. Jednym sprężystym podskokiem i kopnięciem z półobrotu chciał wytrącić mi pistolet, ale byłem szybszy i strzeliłem mu w udo. Grzmot wystrzału przetoczył się nad ruinami. Facet padł nie wydając nawet jęku, co mnie nie zdziwiło. Desert eagle to bardzo humanitarna broń – półcalowy pocisk wyładowując swoją energię na celu doprowadza człowieka do głębokiego omdlenia, gdziekolwiek trafi, kiedy nie zabije. W przypadku trafienia w głowę odpadała ona wraz z płucami – jak mawiał nasz instruktor z KFOR. Później miałem okazję zobaczyć to na własne oczy…

Podszedłem do niego i zdarłem mu maskę. To był jakiś Japończyk.
Ciekawe? – pomyślałem. Czyżby Andyjczycy najęli miejscowych jakuza do tej roboty?
To było możliwe.
Naraz nad głową zapiały mi pociski uderzające we fragment ruiny. Poczułem uderzenie w ramię. Odruchowo przycupnąłem do ziemi. Popełniłem szkolny błąd – kontemplując jednego powalonego przeciwnika nie wziąłem pod uwagę, że mogło być ich więcej…

Odskoczyłem za ścianę i zobaczyłem drugą postać. Tym razem nie bawiłem się w podchody i wygarnąłem do niej dwukrotnie. Chybiłem szpetnie, ale drugi jakuza chyba się wystraszył i zaczął uciekać w stronę morza i falochronu. Ruszyłem w pościg. Za mną rozległy się jakieś dziewczęce krzyki – Sima i Yuka biegły wymachując bronią.

Facet miał charakter w nogach, bo w rekordowym czasie wybiegł na koronę wału i rozejrzał się. Naraz wydał z siebie okrzyk przerażenia. Coś świsnęło i jego sylwetka załamała się w pół i osunęła na plastobeton. Dobiegłem do niego celując w głowę.

Niepotrzebnie. W jego piersi tkwił krótki harpun – odwieczna broń Wodnych Ludzi. Spojrzałem na ciemne wody zatoki. Janta pomachała mi ręką, w której trzymała pneumatyczną kuszę i znikła pod wodą na widok nadbiegających Japonek.
- Co my tu mamy? – zapytała Yuka chowając pistolet pod pachę.
- Drugiego zamachowca – mruknąłem – wygląda na to, że postanowiono mnie sprzątnąć miejscowymi siłami i środkami. Nie było trzeciego?
Pokręciły główkami. Sima podeszła do bandyty i zdarła mu maskę z twarzy.
- Hiroi Ichi – mruknęła – drugi cyngiel od pana Yakamury.
- A tamten? – zapytałem skinąwszy głową w stronę ruin.
- A to Sawao Mataba – odrzekła  wzruszając ramionami - to  też cyngiel tutejszej mafii.
- No to trzeba będzie pogadać z panem Yakamurą – rzekłem.
- Nie ma pospiechu – Yuka wyjęła z kieszeni telefon komórkowy i wystukała jakiś numer. Po chwili konwersacji przerwała połączenie.
- Chłopcy już do niego jadą – powiedziała – a zaraz zjawią się nasi „sprzątacze”.
- A co z tamtym? – zapytałem o Matabę.
- Nie żyje, chyba się wykrwawił. Rozwaliłeś mu tętnicę udową. Dobra robota – rzekła z uznaniem.
- Dziękuję – odrzekłem.
- Tylko nie rozumiem, kto załatwił tego… - wskazała na leżące u naszych stóp zwłoki.
- Janta – odparłem – jest teraz gdzieś w wodzie. Ten skurwiel zranił nam delfina.
Krótkie brwi obu Japonek podniosły się o cal.
- Postrzelił waszego delfina?
- No naszego, a co? – odparłem. – Nie wolno w Japonii mieć swojego oswojonego delfina?...


Kamaishi, godz. 20:30 JST


Janta zjawiła się jakby nigdy nic. Miała na sobie czerwoną puchówkę, ale pod nią była ładna prosta w kroju sukienka z materiału w delikatnym kolorze ecru. Na nogach miała samozaciskowe pończochy, a jej stopy tkwiły w miękkich pantofelkach z kremowego zamszu.
- Jesteś wreszcie – doskoczyłem do niej. – Co się z wami działo?
- Delfiś odpłynął do swego stada, w końcu ono go ochroni i obroni w razie czego – uśmiechnęła się ciepło – a ja wyskoczyłam z wody i poszłam na zakupy. Musiałam sobie kupić sukienkę, bo nie lubię, jak dżins ociera mi się o nogi.

No tak, w Trójkącie Bermudzkim Janta chodziła w krótkich szortach z gołymi nogami i w sandałkach zori. Jej skóra nie była przyzwyczajona do szorstkiego płótna i zamkniętych butów.
- Mogłaś sobie kupić rajstopy – mruknąłem – są z lycry.
- Kupiłam – odpowiedziała zadowolonym tonem – ale chciałam się poczuć bardziej… kobieco?
Odetchnąłem.
- Co wiesz o tej szybkiej łodzi? – zapytałem, bo to mnie teraz zainteresowało.
- To dziwne, ale niewiele. Oczywiście Delfiś – wymówiła to pieszczotliwie – przekazał moje instrukcje i od tej pory nasi będą obserwowali wybrzeża Japonii. Co ciekawe, delfiny zainteresowały się nią, ale…
- …ale co? – zapytałem zaintrygowany.
- Ale to, że oni nie pozwalają się im zbliżyć do siebie. W czasie wyrzucania do wody tych pojemników stadko delfinów zbliżyło się do nich i… zostało ostrzelane. I zauważ, że teraz też strzelano do naszego Delfisia. Nasz Delfiś został lekko ranny. Natomiast wtedy zabito dwa delfiny… 
- Skurwysyny – mruknąłem.
- Żebyś wiedział. A to może oznaczać, że oni coś wiedzą o nas i o delfinach. I to mnie niepokoi. Być może ktoś z  n a s z y c h  wpadł w ich ręce, a to groziłoby nam wszystkim nieobliczalnymi konsekwencjami.
- Nam, to znaczy Wodnym Ludziom?
- Też… - odparła. – A co z naszymi agentkami?
- Chłopaki z JXFSD właśnie obrabiają pana Yakamurę i jego mafiosów. To sprawa bezpieczeństwa państwa, więc nie będzie sentymentów. Od razu przejdą do konkretów.
- Chyba nie będą im robić „wodnej kuracji”?
- E, tam – mruknąłem – obrobią ich chemicznie, pentatol, amytal sodu, LSD-25 czy coś jeszcze… Choćby „sok z kanarka”!
- Co to takiego?
- Mieszanina różnych alkaloidów i narkotyków syntetycznych stosowana przez KGB.
Zastanowiła się na moment.
- Jesteśmy sami?
- Owszem, Yuka i Sima jeszcze nie wróciły, a co?
Uśmiechnęła się.

- A to, że mamy trochę czasu tylko dla siebie…

CDN.

piątek, 22 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (4)



Kamaishi, godz. 20:30 JST


Pan Sasaki dotrzymał słowa. W wieczornym serwisie informacyjnym NHK zobaczyłem swoją gębę i zdubbingowany wywiad ze mną.
- Jesteś teraz sławny na całą Japonię – powiedziała Janta siadając obok mnie z czarką herbaty w dłoniach – zaraz pęknę z dumy…
- A to oznacza kłopoty, jak się domyślasz – odpowiedziałem – to oglądali także via NHK-English na Okinawie, Hawajach, Ameryce Łacińskiej, w Europie, no i oczywiście w Stanach. No i nasi fąfle z Twierdzy Andyjskiej też.
- Czy wystarczą ci te dwie dziewczyny do ochrony? – zapytała z niepokojem – to będą wyszkoleni mordercy, nie to, co ci amatorzy z Kostaryki.
Pociągnąłem łyk aromatycznego napoju ze swej czarki.
- Nie, ale w każdej chwili może nadejść wsparcie. Mówiąc między nami, to cały personel tego hotelu pracuje w lub dla JXFSD. Przyjrzyj się im, to wszystko młodzi, wysportowani ludzie… Tutaj nie ma nikogo w średnim wieku.
- Yhmmm… - mruknęła – zauważyłam.

Podniosła się i weszła do łazienki. Po kilku minutach wróciła z niej odziana w białe majteczki i różowy top na ramiączkach.
- Jak wyglądam? – zapytała kokieteryjnie.
- Jak zawsze, to znaczy seksownie – odparłem przyglądając się jej uważnie.
Parsknęła śmiechem i uklękła obok mnie.
- Zdejmuj to – powiedziała zdzierając ze mnie sweter – nie po to przepłynęłam taki kawał świata, by teraz toczyć z tobą intelektualne pogaduszki.
- Wiesz, co mnie bawi? – zapytała patrząc na mnie, jak zdejmowałem z siebie ubranie. – To, że mam spać ubrana, a przecież większość życia spędzam nago…
- No tak, ale w wodzie raczej trudno się pływa w ubraniu? – odparłem.
- Raczej trudno… - rzekła i oboje roześmialiśmy się. 
Zrzuciłem z siebie ubranie i zostałem tylko w spodenkach. I dobrze się stało, bo po chwili usłyszałem delikatne pukanie.
- Otwarte – powiedziałem.
W rozsuwanych drzwiach stanęła Yuka. Miała na sobie granatowy szlafroczek. Cicho wsunęła się do środka.
- Przepraszam – powiedziała – widzę, że jestem nie w porę?
- Bynajmniej – odparłem – poznaj moją żonę. Janto, to jest Yuka, Yuka to jest Janta.
Janta podniosła się i podeszła do niej. Była wyższa o Yuki co najmniej głowę. Podały sobie ręce.
- O co chodzi, Yuka-san? – zapytałem.
- Mam dla was propozycję – odrzekła nieco bezceremonialnie i bezczelnie – a mianowicie, macie może ochotę na masaż nuru?
Janta posłała mi pytające spojrzenie.
- To taki seksowny masaż całego ciała w specjalnym żelu wygładzającym skórę – wyjaśniłem.
- Wiem, co to jest – odparła – ale czy ty masz na to ochotę?
- Jak ty tak, to ja też – odpowiedziałem. – Ale we czworo?
- We troje – odrzekła Yuka – Sima będzie nas pilnować.
- No to idziemy z tobą – rzekła Janta.

Podniosłem się z posłania i nałożyłem na siebie koszulkę. Obie kobiety wyszły, więc podążyłem za nimi. Perspektywa masażu nuru nakręciła mnie, szczególnie że byłem ciekawy tej apetycznej Japoneczki…


Kamaishi, 10/11.III.2012 r. – noc


Leżeliśmy obok siebie znowu w naszym pokoju. Miękka ciemność otuliła nas bezpiecznym kokonem. Za oknem skrzyła się gwiazdami marcowa noc. 
- Powiedz mi wreszcie, co tutaj robisz. Bo chyba nie po to przepłynęłaś Pacyfik by się ze mną kochać? Co się dzieje?
Westchnęła.
- No wiesz? – szepnęła – a ja miałam nadzieję, że się ucieszysz…
- Cieszę się – odparłem – nawet nie wiesz jak bardzo. Ale jest jeszcze jeden powód, nieprawdaż?
Obróciła się do mnie.
- Jest – westchnęła – i dlatego przybyłam cię prosić o pomoc…
- A w czym konkretnie? – zapytałem.

Usiadła na posłaniu eksponując swe nieduże ale pełne piersi Syreny.
- Po wielkim tsunami, które było spowodowane tak jak słusznie przypuszczasz, nałożeniem się fal powstrząsowej i poeksplozyjnej – zaczęła – objęliśmy ten rejon dokładną obserwacją.
- Kto objął? Morski Lud?
- Tak. O także niebezpieczeństwo dla nas i części naszych instalacji na dnie Wszechoceanu. I podobnie jak ty doszliśmy do wniosku, że ktoś mógł indukować wybuch klatratów metanowych. Na przykład detonując mały ładunek nuklearny. Niestety, nie byliśmy tego w stanie stwierdzić, bo nie mieliśmy takich możliwości.
- No nie! Naprawdę?
- Oczywiście – Janta usiadła po turecku i wbiła we mnie swe jarzące się w ciemnościach na zielono oczy – nie mogliśmy nawet wpłynąć do Rowu, bo trwało tam przemieszczanie się prądów zawiesinowych i żaden nasz statek nie był w stanie tam wpłynąć. To te klatraty spowodowały ich powstanie.
- Ale mogliście zrobić pomiary… - zacząłem.
- Nie, nie mogliśmy, bo do oceanu wlała się ogromna ilość skażonej trytem i innymi paskudztwami wody z Fukushimy. Nawiasem mówiąc co za matoł zlokalizował tak elektrownię jądrową!? Jakby prosił się o katastrofę!
- Ciiii… – szepnąłem kładąc jej palec na usta – tu nie ma podsłuchów, ale za ścianą, sama rozumiesz. Ściany mają uszy – dodałem po rosyjsku.
Westchnęła i wstała po to, by przynieść butelkę wody mineralnej. Otworzyła, wzięła dwa łyki i kontynuowała swą opowieść.

- Przez długi czas nie mogliśmy dojść do tego, co tam się naprawdę stało. nasi ludzie w JAM zbierali informacje z waszych stacji sejsmicznych i dzięki temu też doszliśmy wreszcie do wniosku, że ktoś wykorzystał trzęsienie ziemi jako wyzwalacz do wybuchu pokładu wodzianu metanowego i co za tym idzie, stworzył nowe zagrożenie dla środowiska. A jak sam rozumiesz, o zjawisko można wykorzystać jako broń masowego rażenia, która działa w dwojaki sposób: raz jako niszczycielskie tsunami, dwa jako generator efektu szklarniowego. No i dwa tygodnie temu zaobserwowaliśmy, że ktoś wrzuca do Rowu pojemniki z czymś, co udało się nam zidentyfikować jako radioaktywne „pastylki” paliwowe…
- Pręty paliwowe – poprawiłem ją bezwiednie.
- …pręty paliwowe – dokończyła. – Nasze dochodzenie wykazały, że są to zużyte pręty paliwowe i gruz z elektrowni jądrowej w Fukushimie… Niemal sto osiemdziesiąt pojemników, każdy o masie około pięciu ton.
- To niemożliwe! – tym razem o ja wykrzyknąłem. – Przecież TEPCO nie byłoby aż tak nierozważne, żeby wyrzucać to gorące świństwo do Pacyfiku!...
- A jednak – odparła Janta – to są właśnie odpady z Fukushimy. Tego jesteśmy pewni. Na pojemnikach jest logo TEPCO. Poważka!
Tym razem usiadłem i ja.
- Jesteś tego pewna?
- Na bank.
- Aha, i jeszcze jedno – dodała – na miejscu, gdzie do Rowu zrzucane są te pojemniki widzieliśmy kilka razy dużą łódź.
- Łódź? – zapytałem zdumiony – jaką łódź?
- Pięćdziesięciostopowa, dwuredanowa, z potężnym silnikiem, dwuśrubowa, cholernie szybka. Jakiś sportowy, rasowany model. Wyciąga co najmniej pięćdziesiąt węzłów bez problemów.
- Bandera?
- Właśnie że bez bandery i jakichkolwiek oznaczeń. Piraci.

- No tak – pomyślałem – nie wywieszenie bandery na statku w myśl przepisów IMO jest traktowane jak piractwo. Nie, to po prostu jest piractwem.
- I to oni zrzucali te pojemniki? – zapytałem.
Skinęła głową.
- Ciekawe. Ale myślę, że to nie była robota TEPCO. Idę o zakład, że TEPCO zleciło komuś utylizację czy likwidację tego barachła, a ten ktoś wziął za to kasę i zutylizował to wszystko topiąc to paskudztwo w Rowie Japońskim. TEPCO jest w świetle jupiterów i kamer – nie odważyliby się na coś takiego…
- Aha, i jeszcze jedno. Jest bardzo ciekawie zbudowana, niemal same ostre kąty…
- Stealth – przemknęło mi przez głowę.
- … i jest pomalowana ciemnoszarą farbą.
- Typowa konstrukcja stealth – powiedziałem na głos. – Niewidzialna dla radaru.
- No to jak ją znajdziemy? – moja Syrena spojrzała na mnie z nadzieją w oczach.
- Łatwiej, niż ci się wydaje – odrzekłem. – Złapiemy ich na… słuch.
- Sonarem?
- Sonarem, wszak mówiłaś, że ma potężny silnik, a także dwie śruby?
- N-no tak – przyznała z pewnym ociąganiem.
- No to super. Ona musi robić bardzo dużo hałasu, więc łatwo ją namierzycie powyżej termokliny.
Zastanowiła się na moment.
- No, masz rację… - przyznała.
- No widzisz, a teraz chodź spać, bo już późno…

Obudziłem się nad ranem, kiedy niebo już bladło. Spod podłogi niósł się głuchy pomruk, szyby w oknach podzwaniały w jego takt. Gdzieś pod oceanem trwało trzęsienie ziemi.


Kamaishi, 11.III.2012, 09:00 JST


Nie chciało się nam wstawać, ale musieliśmy się zabrać za wykonanie naszych zadań. Przede wszystkim musieliśmy uprzedzić Wodnych Ludzi i przekazać im sposób postępowania. Byłem ciekawy, jak Janta przekaże im tą wiadomość. I dowiedziałem się!

Poszliśmy po śniadaniu na falochron, gdzie Janta rozejrzała się po spokojnych wodach zatoki.
- Patrz i ucz się – rzekła i wydała z siebie dźwięk o częstotliwości tak wysokiej, że prawie niesłyszalny.
- To ultradźwięk? – zapytałem.
Skinęła głową.
Naraz ciemne wody drgnęły i pojawiła się w nich charakterystyczna płetwa. Butlonos!

Faktycznie, był o delfin, który podpłynął do kamiennego falochronu i wystawił głowę w odległości kilku metrów od nas. Zaćwierkał. Janta odćwierkała, a następnie wydała z siebie kilka serii bardzo wysokich pisków. Delfin skinął głową i wykonał błyskawiczny zwrot machając na pożegnanie ogonem, tak jak czyniła to Janta...
- No – odetchnęła z ulgą – mamy to z głowy. Będziemy musieli przyjść tutaj za siedem i pół godziny – dodała patrząc na mój zegarek. – Jak widzisz delfiny, to nasi posłańcy, foki to nasze pieski…
Trudno się było z tym nie zgodzić.
- Co robimy? – zapytałem.
- Spróbujemy się czegoś dowiedzieć o TEPCO i ich podejrzanych konszachtach – powiedziałem. – W Internecie niczego na ten temat nie będzie, ale damy cynk naszym przyjaciołom z JXFSD. Oni już to pchną do przodu.

I faktycznie. Nasze ochroniarki zainteresowały się opowieścią Janty, którą podałem im tak, by nie zdradzać pierwotnego źródła informacji. Zresztą one nawet o to nie pytały, w lot zorientowały się jak ważną poszlakę udało się im złapać. Powiadomiono przede wszystkim JCG[1] i morskie jednostki JSDF[2], uruchomiono wszystkie możliwości obserwacji morza w okolicy Rowu. Trzeba było działać bardzo szybko i jednocześnie bardzo ostrożnie. Tymczasem w Tokio rozkręcano błyskawiczne śledztwo w sprawie przekazania przez TEPCO do utylizacji materiały radioaktywne i promieniujący gruz z Fukushimy.





[1] Straż Przybrzeżna.
[2] Japońskie Siły Samoobrony.

czwartek, 21 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (3)



Kamaishi, godz. 10:00 JST


Stałem na nabrzeżu i patrzyłem na puste miejsca po zrujnowanych domach Kama-cho. Przede mną stał wóz miejscowej agendy NHK, dziennikarz trzymający mi przy ustach mikrofon i kamerzysta, który celował w nas niewielką kamerą.
- Proszę się przedstawić – powiedział reporter.
Przedstawiłem się.
- OK., proszę powiedzieć naszym telewidzom, co pana sprowadza tutaj, do Kamaishi?
Zrobiłem grzeczną minę i starałem się być jak najbardziej rzeczowym.
- Celem mojego przyjazdu jest zdobycie jak największej ilości informacji na temat pokładów klatratów metanowych na dnie waszych rowów oceanicznych – powiedziałem. – Mam podejrzenia, że to właśnie one spowodowały tą straszliwą katastrofę, której rocznica będzie miała miejsce w dniu jutrzejszym.
- O, to coś nowego. Czy mógłby pan powiedzieć coś więcej na ten temat?
- Owszem, ale zaznaczam, że są to tylko i wyłącznie moje przypuszczenia. A przypuszczam, że na wstrząs podziemny w Rowie Japońskim nałożyło się wybuchowe uwolnienie metanu z pokładu hydratów metanowych zalegających na dnie oceanu. Fala tsunami spowodowana wstrząsami w Rowie została wzmocniona przez falę eksplozji pokładu klatratu metanu. W ten sposób fala ta miała wysokość trzydziestu stóp i wdarła się na pięć mil w głąb terytorium Japonii niszcząc nabrzeżne miejscowości. No i oczywiście w jej zasięgu znalazły się elektrownie jądrowe, z których Fukushima I uległa zniszczeniu.
- Czy pańskie badania pomogą przewidywać takie kataklizmy?
- Mam nadzieję, że tak. Jednak obawiam się, że ten kataklizm sprzed roku został częściowo wywołany sztucznie.
- Sztucznie??? – Japończyk stracił swój spokój – co pan przez to rozumie?
- Dokładnie to, co powiedziałem – odparłem – uważam, że coś pomogło klatratom metanowym w tym wybuchu.
- Ale co?
- Podniesienie się temperatury wód oceanu o niewielki ułamek stopnia, ale wystarczający, by nastąpiła łańcuchowa reakcja uwolnienia metanu ze złoża. Mogło to być wywołane na przykład silnym strumieniem mikrofal wyemitowanym z masera umieszczonego na orbicie, albo instalacji w rodzaju SCART czy HAARP.
- A zatem czy uważa pan, że Japonia została zaatakowana przez Amerykanów, Rosjan lub Przybyszów z Kosmosu?
Pokręciłem głową.
- Nie, to podałem tylko jako przykład. Równie dobrze mógł to być wybuch głowicy nuklearnej…
- Kto… kto mógłby się poważyć na czyn tak… szalony? – dziennikarz z trudem dobierał słowa – kto mógłby zrobić coś takiego?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem, jestem naukowcem, a nie policjantem czy oficerem kontrwywiadu – odparłem. – Ale rzecz ta jest bardzo możliwa. Jeżeli mam rację, o mniej więcej sto trzydzieści kilometrów na wschód od miasta Sendai powinna znajdować się duża wyrwa w złożach klatratów, które się tam znajdują.
- I to zamierza pan sprawdzić? – zapytał Japończyk.
- W miarę możliwości – odparłem – na razie badamy jedynie zdjęcia satelitarne tego akwenu i rejestraty grawimetryczne. Jeżeli znajdziemy jakieś zmiany, popłynie tam ekipa oceanologów, by to sprawdzić. Taki mamy plan postępowania na początek…

Pobredziłem jeszcze do kamery parę minut a kiedy skończyłem, to pan Sasaki obiecał mi, że materiał ten poleci dzisiaj wieczorem, w porze największej oglądalności. Wymieniliśmy ceremonialne ukłony i telewizja zabrała się z powrotem. Zostałem sam na pustym wybrzeżu. Sam, to pojęcie względne, bo gdzieś tam obserwowali mnie agenci JXFSD. Ale nie widziałem nikogo, więc ruszyłem powoli wzdłuż wybrzeża zatoki. Wciąż miałem w oczach jak zalewała ją ciemna, mętna woda…

- Robert! Robert! – usłyszałem czyjś jasny, kobiecy głos.
- To niemożliwe… - pomyślałem – a jednak…
- Tutaj! - usłyszałem od strony wody. – Jestem tutaj!
Spojrzałem w kierunku wody. Kilka metrów dalej na głazie wystającym z wody obok falochronu siedziała Janta. Syrena i moja żona jednocześnie.
- Janta! – wykrzyknąłem – droga, kochana, a co ty tutaj robisz?

Zeskoczyłem z falochronu i podbiegłem do niej. Siedziała nieporuszenie na głazie przekrzywiając głowę i taksując mnie swymi zielonymi oczami.
- Jesteś, kochany – powiedziała uśmiechając się.
- Janto! Jak ja się cieszę – powiedziałem siadając obok niej i całując ją w usta. – Dlaczego tu przypłynęłaś? Nie mogę długo rozmawiać, bo jestem obserwowany.
Skinęła wdzięcznie głową przyjmując to do wiadomości.
- Pogadamy później, a na razie skołuj mi jakieś ubranie. Spotkamy się wieczorem. OK.?
Zawsze szokowało mnie to, że ona była tak odporna na chłód. Nawet teraz, w marcowym słońcu było niewiele ponad zero, a ona siedziała sobie obok mnie zupełnie naga i nie odczuwała niskiej temperatury. Janta tłumaczyła to innym rodzajem metabolizmu. Odczuwała chłód dopiero po przemianie w człowieka. Zresztą była człowiekiem, tylko trochę innym. Dzieckiem Oceanu. Dlatego prosiła mnie o ciuchy.
- OK. – odparłem – dzisiaj wieczorem, o wpół do ósmej. Jak będzie już ciemno.
- No to bywaj – pocałowała mnie w policzek i zsunęła się z głazu do wody, a potem znikła w ciemnej toni. 

Wspiąłem się z powrotem na falochron. W samą porę, bo biegły tutaj Yuka i Sima.
- Gdzie się pałętasz? – zapytała Sima – nie wolno ci się samowolnie oddalać! Rozumiesz?
Skinąłem głową. Nie wiedziały, że im się jeszcze urwę dzisiaj wieczorem.
- Przepraszam – bąknąłem. – Zatęskniłem za morzem. Przecież jestem marynarzem…
- Ale to ja za ciebie odpowiadam – odparła Sima.
- Ale nie sądzę, by cokolwiek mi groziło – odpowiedziałem spokojnie – przecież materiał ten poleci dopiero wieczorem, a zatem do strefy zagrożenia pozostało mi jakieś siedem – osiem godzin. Aha, i jeszcze jedno, dzisiaj wieczorem przyjedzie do mnie moja żona. Przyleci z Afryki, więc muszę jej kupić cieplejsze ciuchy, bo tutaj zmarznie.
Obie Japonki uniosły brewki.
- Tego nie było w planie – rzekła Yuka.
- No to jest – odparłem – i plany się zmieniły. Ale tak czy owak, celem pozostałem ja.
Przyjęły to bez mrugnięcia okiem. A ja byłem straszliwie ciekawy, co Janta miała mi do powiedzenia.


Kamaishi, godz. 18:20 JST


Zakupy poszły nawet dość gładko. Znałem wszystkie rozmiary Janty, więc kupiłem jej dżinsy, podkoszulkę, sweter i buty. Pewien problem miałem z doborem bielizny, bo rudno mi było wytłumaczyć sprzedawczyni o co mi chodzi, ale ta z kolei zaproponowała mi jakieś elastyczne i absolutnie rozciągliwe majteczki i biustonosz, w które Janta powinna się ubrać bez najmniejszego problemu. Zapakowała mi to wszystko do papierowych recyklingowych toreb i po zapłaceniu za wszystko kartą – na szczęście honorowali te, które miałem z Polski – wyszedłem na zewnątrz.

Spojrzałem na niebo. Na zachodzie pyszniła się koniunkcja Wenus i Jowisza, a wschodzie krwawo płonął Mars. Musiałem teraz znów przez widmową ulicę Kama-cho nie była ona zbyt dobrze oświetlona, więc zauważenie Janty raczej nie wchodziło w rachubę, no chyba że ktoś celowo stanąłby tam z noktowizorem…

Było już niemal zupełnie ciemno, kiedy znalazłem się znów na falochronie – w tym miejscu było ciemno, choć oko wykol. Spojrzałem na zegarek, było za pięć wpół do ósmej.
- Janta! – zawołałem niezbyt głośno.
Odpowiedziało mi tylko pluśniecie krótkiej fali. Naraz moją uwagę przykuł błysk światła w odległości pół kabla od brzegu. Boja wytyczająca farwater błysnęła czerwienią jakby oświetlona spod spodu. W sekundę później usłyszałem silniejszy plusk wody i na fali pojawiła się Janta, która wyskoczyła z wody wprost w moje ramiona.

Wciąż mnie szokowała przemiana Syreny w normalną kobietę. Rybi, a raczej delfini ogon gdzieś znikał, a na jego miejsce pojawiała się para normalnych, kobiecych nóg.
- Jestem kochanie – powiedziała wtulając się we mnie – masz dla mnie ciuchy?
- Mam – odrzekłem rozpakowując torby i podając jej sztuki ubrania. Janta ubierała się szybko szczękając zębami i dygocąc. Wreszcie zasunęła suwak przy puchówce.
- Czekaj chwilę, masz jakiś ręcznik?
- Nie, a co?
- Cholera, mam mokre włosy – potrząsnęła głową jakby chciała je wysuszyć do słońca, którego nie było.
- Zwiąż sobie w jakiś kok i nałóż kaptur – powiedziałem – bo zmarzniesz i dostaniesz zapalenia mózgu.
- Serio? – zapytała z przekorą w głosie, ale zrobiła tak, jak powiedziałem uprzednio wyżymając włosy. – Masz jakąś gumkę?
- Nie mam – odparłem – ale masz długopis.
Zręcznie upięła sobie włosy w kok i wsunęła weń mój długopis. Nałożyła kaptur na głowę i dopięła go.
- No to możemy już iść. Mam nadzieję, że zameldowałeś mnie w hotelu, przecież nie mam paszportu.
- Na szczęście tu wpisujesz się tylko do księgi gości. To cywilizowany kraj… - mruknąłem.


Wyszliśmy na falochron i trzymając się za ręce jak przykładne małżeństwo poszliśmy w kierunku dworca kolejowego, skąd hotelowy van zabrał nas do Sakato, dokąd dotarliśmy bez żadnych przygód. 

CDN.