poniedziałek, 20 maja 2019

Kajłas: serce świata


Kajłas - południowa ściana.



Wiktor Miedników


Od gór lepsze są tylko góry, na których jeszcze nie byłem – śpiewał Włodzimierz Wysocki. W takim razie tybetańska góra Kajłas (Kailas) jest najlepszą z gór, bowiem na jej szczycie nie przebywał jeszcze ani jeden człowiek, żaden śmiertelnik. Nie dopuszcza ona do siebie żadnych bohaterów ryzykujących próbę wejścia na nią.


Człowiekowi tutaj nie wolno!


Ta góra o kształcie czworograniastej piramidy ze śnieżną czapą, z czterema graniami rozbiegającymi się do0kładnie w cztery strony świata, jest świętą góra dla adeptów czterech religii. Hinduiści, buddyści, dżinniści i wyznawcy religii bon[1] uważają ja za serce świata i oś Ziemi. 

Tybetańczycy są przekonani, że Kajłas podobnie jak polarna góra Meru z indoaryjskich mitów, obejmuje trzy kosmiczne strefy: niebo, ziemię i świat podziemny i ma ona ogólnoświatowe, kosmiczne znaczenie. W świętym tekście hinduskim „Kaiłasz-samhita” mówi się o tym, że na szczycie góry: zamieszkuje bóg groźny i miłosierny – Sziwa (Śiwa), mieszczący w sobie wszystkie siły świata, zradzający życie ziemskich stworzeń i niszczący je.

Buddyści uważają Kajłas za mieszkanie Buddy. I właśnie dlatego święte teksty głoszą, że: żaden śmiertelnik nie śmie wychodzić na górę, na której mieszkają bogowie, bo ten kto ujrzy twarze bogów powinien umrzeć. Tym niemniej dwóch ludzi – wedle legend – przebywało na szczycie: Tonpa Szenrab – założyciel religii bon, który właśnie tutaj opuścił się z nieba na ziemię oraz wielki tybetański nauczyciel jogin i poeta Milarepa, który wszedł na szczyt Kajłasu chwytając się pierwszego rannego promienia słońca.

Lokalizacja góry Kajłas i jezior La'nga-Co i Mapam-Yumco



Nieudane próby wejścia


Jednakowoż były to wejścia legendarne. Ale dla zwykłych śmiertelników góra pozostaje niezdobyta, nawet nie ze względu na wysokość – wszystkiego ok. 6700 m n.p.m. (w różnych źródłach dane są rozbieżne – przyp. aut.).[2] Mówi się, że przed śmiałkami, którzy chcą pokonać górę jakby staje nieprzebijana powietrzna ściana: Kajłas jakby odpychał ich od siebie, a to powoduje ich upadek w przepaść. Krążą plotki o czterech alpinistach-pielgrzymach (już to Anglikach, już to Amerykanach – przyp. aut.) odbywających święty obchód wokół góry. W pewnym momencie zeszli oni z rytualnej ścieżki i skierowali się do góry. Po pewnym czasie do obozu pielgrzymów u podnóża góry zeszła czwórka brudnych, oberwanych i przerażonych ludzi z dzikim spojrzeniem. Zostali oni przekazani do kliniki psychiatrycznej, gdzie alpiniści szybko się postarzeli i w ciągu roku zmarli w głębokiej starości nie wróciwszy do siebie. 

Wiadomo także, że w 1985 roku znany alpinista Reinhold Messner otrzymał od władz chińskich zezwolenie na wejście na Kajłas, ale potem zrezygnował z tego z tego z niezbyt jasnych przyczyn. Jedni mówią, że z powodu pogarszających się warunków pogodowych, drudzy twierdzą, że zdobywca wszystkich 14-tu ośmiotysięczników świata, przed samym szturmem na Kajłas miał jakieś dziwne widzenie… 

A oto hiszpańska ekspedycja 2000 roku załatwiła sobie za pewna sumę u władz chińskich zezwolenie (permit) na zdobycie tej góry, zetknęła się z rzeczywistym niebezpieczeństwem. Hiszpanie założyli już bazowy obóz u podnóża góry, ale tu przeszkodziła im wielotysięczny tłum pątników, która był zdecydowany za wszelką cenę nie dopuścić do takiego świętokradztwa. Swój protest wystosował Dalajlama XIV, ONZ i cały szereg znaczących organizacji międzynarodowych. Pod takim naciskiem Hiszpanie musieli ustąpić. 

Ale Rosjanie, jak zwykle zresztą, wyprzedzili wszystkich. We wrześniu 2004 roku członkowi-korespondentowi Rosyjskiej Akademii Nauk Przyrodniczych, prof. Jurijowi Zacharowowi jakoś udało się czujność tybetańskich tubylców. Wraz z synem Pawłem udało mu się (bez zgody władz) wejść na Kajłas od strony południowo-wschodniej ściany, do niwelety 6200 m n.p.m. Ale góra wciąż się nie poddawała. Tak to wyjaśnił sam Zacharow:

- Na odcinku wejściowym obudził mnie Paweł mówiąc, że na niebie widać wstrząsające w swym pięknie świetliste zjawiska z naturalnej elektryczności. Nie chciało mi się wyłazić z namiotu, nie mówiąc już o tym, że brakło sił – ale ciekawość wzięła górę – i co jakieś 3-5 sekund na niebie pojawiały się kuliste, jaskrawe błyski światła, podobne do widzianych w tybetańskiej ikonografii „tigle” – świetliste, tęczowe kule. Ich wielkość była porównywalna do futbolówki. 

Należałoby wspomnieć jeszcze ciekawsze zjawisko, które już trudniej wyjaśnić z naukowego punktu widzenia – w dzień wystarczyło zamknąć i otworzyć oczy patrząc w niebo i były wyraźnie widoczne jakby świecące pasma tworzące ogromną siatkę pokrywającą wszystko dookoła i składających się z setek… swastyk (!!!). Ot i taka to mistyka – gdybym tego nie widział, to bym nie uwierzył. I to były jedyne niezwykłe zjawiska, które widzieliśmy na Kajłasie, jeżeli nie liczyć szybkiej zmiany pogody w czasie wychodzenia. 

Im wyżej wspinała się ekspedycja, tym gorsza stawała się pogoda: burza śnieżna, porywy ostrego, zimnego wiatru, które zbijały z nóg. Na koniec przyszło nam odpuścić sobie dalszą wspinaczkę.

 Tajemnicze jeziora
 Kajłas od SW - widać grupkę pątników
 Kajłas widoczny z brzegu jeziora Mapam-Yumco

Zagadki góry


Świetliste błyski nad wierchami góry widoczne były od dawien dawna. Hinduiści od czasu do czasu widują tam wielorękie stworzenie, utożsamiane przez nich z Sziwą. 

Na satelitarnych zdjęciach widać, że Kajłas znajduje się w centrum kamiennej spirali. Góra wydaje się być akumulatorem kosmicznej i planetarnej energii – największym na Ziemi. Temu właśnie sprzyja piramidalny kształt góry. Rosyjski uczony i ezoteryk prof. Ernst Mułdaszew uważa, że jest to piramida – sztucznego pochodzenia, i jak pozostałe piramidy w rejonie – została zbudowana w zamierzchłych czasach przez supercywilizację. Hipoteza ciekawa, ale niezbyt prawdziwa. Piramidalny kształt ma wiele gór w Tybecie i Himalajach – w tej liczbie najwyższa góra na Ziemi – Czomolungma (Sagarmatha, Mt. Everest). I powstały one w naturalny sposób, co może wykazać każdy specjalista znający się na geologii.

Lodowa czapa góry Kajłas podobna jest do wielkiego kryształu jaśniejącego w środku pączka kwiatowego, z którego spadają w dół ogromne ściany z niebiesko-filetowej skały. Ernst Mułdaszew i inni badacze przekonują, że są to zwierciadła czasu podobne do tych, które skonstruował swego czasy radziecki uczony Nikołaj Kozyriew, tylko oczywiście o wiele większych rozmiarów, i tak np. zwierciadło Dom Szczęśliwego Kamienia mierzy 800 m wysokości. System tych zwierciadeł zmienia upływ czasu: on najczęściej przyspiesza, a czasami zwalnia swój bieg. Zauważono, że u pątników odbywających pielgrzymkę wokół góry, o długości 53 km, w czasie doby odrastają brody i paznokcie, bo wszystkie życiowe procesy przyspieszają. 

Niemało sporów wywołuje pionowa głęboka szczelina znajdująca się na południowej ścianie góry. Przy odpowiednim oświetleniu, na części zbocza przedziwna gra świateł i cieni ukazuje coś w rodzaju dawnego solarnego symbolu – swastyki. Ezoterycy uważają to za święty symbol wskazujący na sztuczne pochodzenie góry. Jednakże wydaje się, że ta swastyka jest tylko jednym z dzieł Natury.

Według mniemania niektórych badaczy, piramida Kajłasu jest pusta w środku. W jej wnętrzu znajduje się cały system pomieszczeń, w jednym z których znajduje się legendarny czarny kamień Czintamani. Ten posłaniec z systemu gwiezdnego Oriona zawiera wibracje dawnych światów oddziaływujących na ludzi i powodujący ich rozwój duchowy. A prof. Mułdaszew szczególnie uważa, że wewnątrz Kajłasu w stanie samadhi znajdują się dalecy przodkowie, chroniący genotyp ludzkości od czasów Atlantydów czy nawet Atlantyków. 

Inni zaś twierdzą, że wielcy święci ludzie z wszystkich narodów: Jezus Chrystus z Nazaretu, książę Siddartha Guatama Siakya-Muni vel Budda, Nathadźi Gopinatha alias Kryszna i inni – przebywają w stanie samadhi we wnętrzu sarkofagu Nandu, znajdującego się obok góry i połączonego z nią tunelem, i ockną się w czasie nadejścia największych nieszczęść poczym przyjdą ludziom na pomoc. 

Jeszcze jedna zagadka Kajłasu – dwa jeziora: jedno z „żywą” drugie z „martwą” wodą. One znajdują się w pobliżu góry[3] i są rozdzielone tylko wąskim pasem lądu. W jeziorze Manasarowar albo Mapam-Yumco jest krystalicznie czysta woda i smaczna, mająca lecznicze właściwości, dodaje wigoru i rozjaśnia umysł. Wody tego jeziora zawsze są spokojne, niezależnie od siły i kierunku wiatru. Zaś jezioro Rakszatal albo La'nga-co nazywają jeziorem demona. Woda w nim jest słona, niezdatna do picia i zawsze tam sztormuje, nawet w bezwietrzną pogodę. 

Wiele tajemnic i zagadek zawiera w sobie ta święta góra. O wszystkich nie da się opowiedzieć w krótkim artykule. Najlepiej jest zobaczyć to wszystko na własne oczy przybywszy do Kajłasu w pielgrzymce. Wszak tylko jedno obejście wokół góry zgładza wszystkie popełnione życiowe grzechy. Pielgrzymi zrobiwszy 108 rund wokół Kajłasu mogą dostąpić nirwany już w tym życiu. Oczywiście do tego potrzebne są 2-3 lata i to minimalnie, wszak trzeba przebyć – bagatela! – 5724 km! I to w skrajnie trudnych warunkach…

Ale rzecz jest tego warta – nieprawdaż?


Źródło: „Tajny i zagadki”, b/n ss.20-21
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 



[1] Religia Bön.
[2] Położenie – N 31°04′00″ - E 081°18′45″.
[3] W odległości ok. 30 km na południe.

niedziela, 19 maja 2019

Wołkońskij Dolmen – kamienny uzdrowiciel




Aleksiej Martow


Dzisiaj nie o piramidach, ale o dolmenach, które także są budowlami megalitycznymi.

Te zagadkowe budowle znajdujące się w różnych regionach świata nazywane są różnie: kamienne stoły, zmieniające dolę, chatki bohaterów, a także domy karzełków. Zrozumienie tego, o co tutaj chodzi, jest dość złożone. Świat nauki nazywa je jeszcze bardziej sucho i lapidarnie – dawne budowle megalityczne. A najczęściej po prostu – dolmeny. Ludzie wierzą w ich niezwykłe właściwości. I należy stwierdzić – nie bez racji.[1]
 

Zagadkowe „domki”


Klasyczny dolmen to masywna budowla, w kształcie domku zbudowana z wielkich, ociosanych kamieni. A i owszem, istnieją dolmeny podobne do koryta. Najczęściej są one z piaskowca, rzadziej z granitu. Ale najbardziej niezwykłe są te wyciosane z jednej bryły skalnej. O niektórych z nich, a w szczególności o Wołkońskim, traktuje nasze opowiadanie.

Znajduje się on na dnie rzecznej doliny we wsi Wołkonka (rejon Wielkiego Soczi) nieopodal drogi łączącej Soczi z Noworosyjskiem. Osobliwości tego prymitywnego dolmenu wprawiają uczonych w osłupienie. Ot, np. jak nasi przodkowie byli w stanie tak dokładnie przysuwać do siebie bloki kamienne o wadze 10 czy 20 ton, że pomiędzy nie da się wsunąć ostrza noża? Tak i sam sposób wyciosania dolmenu jest niewiarygodny. Istnieje hipoteza mówiąca o tym, że najpierw w skale wydłubano krąg o średnicy 0,5 m, a potem już ze środka poszerzano go aż do rozmiarów niewielkiego sanktuarium. Zakładając, że poszczególne budowle postawiono jakieś 7-8 tys. lat temu nie wiadomo, skąd ich budowniczowie wzięli tak dokładne instrumenty do tej roboty. Żelazo było dla nich jeszcze niedostępne, a brązu czy miedzi nie można było do tego użyć – były za kruche lub ciągliwe.

Interesujące jest to, ze dolmeny są rozrzucone po całym świecie, w: Japonii, Korei, Bułgarii, na Korsyce, Hiszpanii, Izraelu, Wielkiej Brytanii… Są one także i w naszym kraju. Najczęściej dolmeny spotyka się na Uralu i w górach Kaukazu. Jak na razie uczeni ustalili jedną osobliwość ich położenia: dolmeny postawiono w miejscach uskoków tektonicznych skorupy ziemskiej. Jak dawni ludzie potrafili ustalić miejsce ich występowania – tego nie wiadomo. A do tego stawiali oni dolmeny obowiązkowo obok zbiorników wodnych. 

Pierwsza próba zbadania dolmenu była podjęta jeszcze w 1660 roku. Niderlandzki mnich o. Johan Picardt z prowincji Drenthe postawił hipotezę, że dolmeny to domki dla potomstwa mitycznych olbrzymów. Hipoteza ta dała władzom Holandii zielone światło do użycia płyt kamiennych z dolmenów do budowy zapór. Ale jeszcze w 1734 roku, władze prowincji Drenthe zatroskały się o ochronę tych zabytków. 

W XIX wieku uczeni podzielili dolmeny na płytowe, złożone i monolityczne. Inni eksperci zdecydowali, że te budowle wykorzystywano jako grobowce dla zmarłych, co w pewnym stopniu zrównywało ich z egipskimi piramidami. Prawdą jest, że potem wyjaśniło się, że w dolmenach w których znaleziono szkielety ich wiek był o wiele młodszym od samego grobowca. Tak więc przede wszystkim zmarli zajmowali sanktuaria, które powstały na wiele wieków wcześniej przed ich urodzeniem.



Wołkońskij Dolmen i jego wnętrze


Karzełki zniewoliły olbrzymów


Jak już wspomniano, najrzadszymi i najbardziej tajemniczymi dolmenami są te monolityczne. W Rosji znany jest tylko jeden taki dolmen – Wołkońskij. Znajduje się on – jak juz powiedziano – niedaleko od Soczi. W ogóle na pogórzu Kaukazu znajduje się 2308 dolmenów. Większość z nich jest płytowa. Miejscowi mieszkańcy – Adygowie – uważają, że kiedyś tam w tych miejscach mieszkały złe i chytre karzełki. A obok nich osiedliły się dobre i prostoduszne olbrzymy. W rezultacie czego karły nakazały olbrzymom wybudować domki kamienne obok zbiorników wodnych. Wykorzystując zające w miejsce koni, karły siedząc na ich grzbietach wskakiwały w okrągłe wejścia do domków. Tutaj one były bezpieczne pod osłoną grubych, kamiennych ścian. 

Wołkońskij Dolmen, chociaż w kształcie i formie przypomina chatkę z legendy, to jego rozmiary są takie, że mógłby w nim mieszkać nie tylko karzełek. Jest to blok skały o wysokości 6 m, 8 m szerokości, a jej długość dochodzi do 17 m. Ta megalityczna budowla jest jedyna w swoim rodzaju. Drugą osobliwością Wołkońskiego Dolmenu jest to, że jego wewnętrzna izba jest wyciosana wewnątrz tego ogromnego kamienia poprzez okrągły otwór. Wysokość komory od spągu do stropu wynosi ok. 1,5 m, a jej ściany nie są odszlifowane. Istnieje możliwość, że ich nie zdążono ukończyć. Chociaż i bez tego – według ocen ekspertów – budowa czegoś takiego siłami ówczesnych ludzi mogło zająć do 10 lat i potrzebowało to wysiłku 150 kamieniarzy. 

W podłodze przy wejściu znajduje się wnęka na wodę. A jak się w tym miejscu głośno coś powie, to z kamienia odpowiada głuche echo. Istnieje hipoteza, że Wołkońskij Dolmen wykorzystywano jako urządzenie ostrzegające przed trzęsieniem ziemi. Na około 24 h przed katastrofą zaczynał on dźwięczeć, co stanowiło sygnał dla ludzi. Inna hipoteza głosi, że Wołkońskij Dolmen mógł być świątynią, do której przychodzili wybrańcy w celu otrzymania sakralnej wiedzy. Miejscowi czarownicy dzięki specjalnym znakom wybierali dziecko, umieszczali je w komorze megalitu i zamykali je kamiennym korkiem na kilka dób. Po upływie tego czasu, dzieciak (o ile przeżył) stawał się nosicielem „wyższej wiedzy” i sprowadzał na swe plemię błogosławieństwa. 

Tak nawiasem mówiąc, to kamienne korki stanowią nieodmienny atrybut większości dolmenów. To jest logiczne, jeżeli zgodzimy się z pogrzebowym charakterem tych budowli. Taka mogła być ochrona grobowców przez wandalami i hienami cmentarnymi. Jeszcze jedna hipoteza głosi, że dolmeny i w tej liczbie Wołkońskij, wykorzystywano jako obserwatoria. Wszak ich otwory są zorientowane na wschód lub zachód Słońca, a na ścianach niektórych widoczne są wykute w skale rysunki gwiazdozbiorów. Ciekawe jest to, że od tyłu Wołkońskij Dolmen jest podobny do pyska słonia z ocznymi wgłębieniami. Ale czy na Kaukazie były słonie – tego nie wie nikt…



Jak tam dojechać? Porty morskie, lotnicze i drogi do Wołkońskiego Dolmenu
 i innych megalitów Kaukazu...



Cudowne właściwości


Doprawdy nie wiadomo, jaką funkcję pełnił Wołkońskij Dolmen, ale fama od dawna przypisuje mu cudowne właściwości. Stwierdzono, że budowla ta ma uzdrawiający, korzystny wpływ na ją wizytujących. We wcześniejszych czasach, górscy znachorzy, czarownicy i szamani często urządzali tutaj swe obrzędy, spędzając w jego środku wiele dób. Jeszcze pół wieku do tyłu, dolmen nie był celem wycieczek turystycznych. Dzisiaj się to zmieniło. 

Już w XX wieku, ustalono, że w komorze Wołkońskiego Dolmenu zmienia się chód zegarków, a strzałki przyrządów zaczynają się miotać. No a niezwykle huczące echo jest czymś z obszaru fantastyki. Eksperci z Katedry Akustyki Południowego Uniwersytetu Federalnego wyjaśnili, że komora Wołkońskiego Dolmenu jest urządzeniem akustycznym z częstotliwością rezonansową 2,8 Hz, której nie wyłapuje ludzkie ucho. Odpowiada to rytmowi δ elektroencefalogramu przy głębokim śnie lub transie narkotycznym, a także i w komie. 

A oto biofizycy z Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu przeprowadzili inny eksperyment. Oni na kilka dni pozostawili w komorze megalitu pojemnik z wodą destylowaną. Udało się im dowieść, że podlewane tą wodą rośliny rosną dwukrotnie szybciej, niż podlewane „zwykłą” wodą destylowaną. Tak więc był sens w tym, że okoliczni ludzie od wieków przynosili do dolmenu wodę i amulety do „podładowania”. 

No i na koniec eksperyment zaprojektowany i wykonany przez dr n. med. Olega Tatkowa, który wykazał że już po 4 godzinach przebywania w komorze dolmenu, u ludzi poprawiała się ilość trombocytów i glukozy we krwi, a jej ciśnienie podnosi się do górnej granicy normy. Sądząc z tego wszystkiego, dolmen wywiera harmonizujące i pobudzające działanie na ludzki organizm. 

Po wysłuchaniu takich wywodów nietrudno uwierzyć w słowa buddyjskich mnichów, że dolmeny to budowle dla ludzi z przebudzoną świadomością, tzn. oświeconych. W istocie jest to portal w inny wymiar. 

Jednak akademicka nauka nie znosi ezoterycznych wyjaśnień. A wyjaśnić dziwne właściwości Wołkońskiego Dolmenu nawet z pozycji współczesnej fizyki, póki co nie udaje się. Ale poza fizyczną jest także i historyczna zagadka – kto, kiedy i po co zbudował taką budowlę. Niestety – jak na razie pytań na temat Wołkońskiego Dolmenu jest więcej, niż odpowiedzi…


Źródło: „Tajny i zagadki”, b/n, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    
 

sobota, 18 maja 2019

Jak zdobywano w powietrzu Atlantyk




Stanisław Bednarz

16 maja 1919 roku Curtiss NC-4 – amerykański wodnosamolot, po raz pierwszy przeleciał Atlantyk z międzylądowaniami. Załoga Albert Cushing Read – dowódca/nawigator, Walter Hinton – pilot, Elmer F. Stone – pilot, James L. Breese – inżynier lotu, Eugene "Smokey" Rhoads – inżynier lotu, Herbert Rood – operator radia pokładowego. 

16 maja NC-4 wyruszyła z Nowej Funlandii by pokonać najdłuższy odcinek trasy – do Azorów. Udało to się osiągnąć po 15 godzinach lotu. Po niezbędnych naprawach, zespół ruszył dalej i 27 mają wylądował w Lizbonie. Był to pierwszy w historii ludzkości przelot nad Oceanem Atlantyckim. Łączny czas spędzony w powietrzu wyniósł 26 godzin. Później NC-4 poleciała do Anglii, by 31 maja w Plymouth świętować olbrzymi sukces. 

Wydarzenie zostało szybko przyćmione przez przelot Alcocka i Browna bez międzylądowania miesiąc później. Był to przelot dokonany przez brytyjskich lotników Johna Alcocka i Arthura Whittena Browna z 14 na 15 czerwca 1919, samolotem Vickers Vimy. W celu wykorzystania korzystniejszych wiatrów i skrócenia drogi nad oceanem postanowili dokonać przelotu z zachodu na wschód. Wykorzystali do tego zmodyfikowany dwusilnikowy bombowiec dalekiego zasięgu Vickers Vimy, który najpierw przetransportowano statkiem do Ameryki. Wystartowali z pola Lester's Field koło St. John’s w Nowej Fundlandii w kierunku na wschód 14 czerwca 1919 o godzinie 13:45. Po przeleceniu około 2/3 drogi, natknęli się na silny sztorm. Samolot Vimy miał przy tym odkrytą kabinę załogi, lotnicy walczyli z zimnem, deszczem i śniegiem. 








Lecąc w dalszej części nad chmurami, na wysokości 3300 m mieli problemy z oblodzeniem – Brown kilka razy musiał wręcz wchodzić na skrzydło samolotu i zeskrobywać lód z wlotów powietrza do silników nożem, co groziło mu w każdej chwili spadnięciem. Awaria generatora uczyniła bezużyteczną radiostację. 

Po 16 godzinach 28 minutach lotu, o 8.40 rano wylądowali w Irlandii w okolicy Clifden. Ponieważ jednak wybrana przez nich łąka okazała się trzęsawiskiem Galway, samolot skapotował przy lądowaniu. Lotnicy wyszli jednak cało. Łącznie nad wodą lotnicy lecieli przez 15 godzin 57 minut, pokonując 3040 km ze średnią prędkością 190 km/h Dostarczyli też przy okazji lotu po raz pierwszy worek z pocztą lotniczą z USA do Wielkiej Brytanii. 

Na lotnisku Heathrow w Londynie wzniesiono w 1954 pomnik na ich cześć, pomnik wzniesiono również w miejscu lądowania. Rekordowy samolot Vickers Vimy znajduje się w Muzeum Nauki w Londynie.