wtorek, 30 września 2014

Fukushima: Jest gorzej niż w Czarnobylu…


 Jonathan Benson

Daiichi 1 EJ już przewyższa tą, która została uwolniona w czasie niesławnej katastrofy w Czarnobylu w 1986 roku – twierdzi nowy raport opublikowany przez magazyn „Nature” – a zniszczenia, rzecz oczywista, wciąż postępują.

Naukowcy z Japonii, po przebadaniu na promieniowanie kilkunastu punktów na Pacyfiku i na lądzie odkryli, że niemal 120 PBq albo jak kto woli 1,2 x 1017 bekereli (Bq) radioaktywnego cezu 134Cs* i 137Cs* zostało właśnie uwolnionych do oceanu z Fukushimy.

Ta liczba jest o 11% wyższa od całkowitej ilości uwolnionego radioaktywnego cezu po katastrofie w Czarnobylskiej EJ na ląd i do wody, ilustrując prawdziwą grozę katastrofy w Fukushima, co mainstreamowe media przekazały publiczności.

Zgodnie z studiami, badaniami analizowanych danych zebranych w wielu stacjach pomiarowych zlokalizowanych na Pacyfiku i wszędzie tam, gdzie promieniowanie z Fukushimy zostało tam wypuszczone. Chociaż niekompletne, dane te zostały użyte do określenia rozprzestrzenienia się skażonej wody w oceanie poprzez prądy morskie.

Na podstawie tych modeli ustalono, że ok. 46 PBq cezu-134 zostało uwolnione do Północnego Pacyfiku z Fukushimy. Jednakże w tym studium twierdzi się także iż 6 PBq cezu-134 zidentyfikowanego na tym akwenie może reprezentować nie mniej niż 10% całego zrzutu, co podwyższa tą liczbę do 60 PBq cezu-134.

Kombinując całkowitym szacowanym zrzutem cezu-137, autorzy studium wnioskują, że ok. 120 PBq obu radioizotopów cezu zostało wypuszczonych do właśnie do Północnego Pacyfiku wskutek katastrofy w Fukushimie. Porównując to ze 108 PBq radioaktywnego cezu uwolnionego w Czarnobylu wychodzi nam 11% wyższa ilość cezu w Pacyfiku i na lądzie.


Fukushima: najgorsza katastrofa nuklearna w historii


Ale należy także odnotować ważny fakt, że te 108 PBq z Czarnobyla poszło jednakowo na ląd i do morza. W przypadku Fukushimy, te 120 PBq dotyczy tylko tej ilości radioaktywności, która poszła w wody Wszechoceanu – a dokładniej w wodę cyrkulującą w Północnym Pacyfiku – zaś całkowita ilość promieniowania wyzwolonego na ląd i do wody znacznie przewyższa tą liczbę, i to o całe rzędy wielkości. (!!!)

Raport sporządzony przez Agencję Energii Atomowej dla ONZ stwierdza, że w przypadku Czarnobyla zostało uwolnione jedynie 70 PBq izotopu 137Cs* - wyjaśnia ENENews.com.

Radioizotop 134Cs* jak się ocenia, stanowi 53,7% całej ilości radionuklidu cezu - w przybliżeniu 38 PBq radioizotopu 134Cs* - co daje w rezultacie te 108 PBq. W przeciwieństwie do Fukushimy ogólnie… to nie zawiera całej ilości wyemitowanego przez Czarnobyl 134Cs* i 137Cs* - a nie tylko to, co zostało zdeponowane w oceanie. 

Implikacje tego są zadziwiające, jako że Czarnobyl przez długi czas był uważany za najgorszą nuklearną katastrofę w historii. Strefa ochronna otaczający Czarnobylską EJ  jest wciąż pustynna, opuszczona przez dziesiątki tysięcy mieszkańców, a odczyty wciąż wskazują na wysoką radioaktywność wokół elektrowni.



Ale dzisiaj to, costało się w Czarnobylu blednie w porównaniu z katastrofą Fukushimy. Fukushima stanowi nie tylko zagrożenie dla ludzkości z powodu skażenia Wszechoceanu, ale także najnowsze i najbardziej dokładne dane jakie posiadamy wskazują na to, że Fukushima wciąż rozprzestrzenia skażenie na cały glob o wiele bardziej, niż to miało miejsce w Czarnobylu.

Jeszcze gorszym jest fakt, że ta liczba 120 PBq nie bierze pod uwagę innych radioizotopów takich jak stront, pluton i uran – które też są rozprzestrzeniane przez powietrze i wodę od 2011 roku, kiedy ta katastrofa miała miejsce. Biorąc te wszystkie skażenia pod uwagę, maluje się bardzo ponury obraz tego, co czeka nasz świat.

Źródła:
1.      WWW.nature.com
2.    www.enenews.com

Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 28 września 2014

Zagadka latającej wyspy

Fridrich Cander opracował w swych pracach naukowych ideę wykorzystania pola magnetycznego Ziemi w lotach kosmicznych


Aleksiej Komogorcew*


Latające samochody z powieści sci-fi są już realnością. Transition Roadable Aircraft – amerykańskiej kompanii Terrafugia – to dwumiejscowy, latający samochód ze skrzydłami, które można złożyć i rozłożyć naciskając guzik.

Niekiedy w życiu zdarzają się momenty, kiedy – wydawałoby się – doskonale znane i zwyczajne przedmioty stają przed nami w nieoczekiwanym świetle. Weźmy na przykład znaną z dzieciństwa powieść angielskiego pisarza Jonathna Swifta pt. „Podróże w niektóre dalekie kraje świata w czterech częściach opisane przez Lemuela Gulliwera, początkowo chirurga, a potem kapitana kilku statków” czyli po prostu „Podróże Gulliwera”.


Tajemnica Gulliwera


W trzeciej części Swift opisuje podróż swego bohatera  na latającą wyspę Laputę. Główna osobliwością wyspy jest ogromny magnes, który przypomina czółenko tkackie:
Długości ma prętów trzy (~15,8 m – przyp. tłum.), a grubości, gdzie jest największa, ma półtora pręta (~7,4 m) Ten magnes jest osadzony na osi diamentowej przechodzącej przez jego środek w tak ścisłej równowadze, że najsłabsza ręka może go łatwo obracać. Otacza go cylinder diamentowy na cztery stopy głęboki i tyleż gruby (~120 cm), mający średnicy prętów sześć (~31,6 m), położony horyzontalnie na ośmiu słupach diamentowych, każdy o trzech prętach wysokości. W środku tego cylindra są duże dziury czopowe, głębokie na 12 cali (30,48 cm), w które wchodzą końce osi i obracają się jak potrzeba. Żadna siła nie zdoła tej maszyny poruszyć, gdyż cylinder i słupy, na których leży, są jedną całością  z diamentem, który stanowi grunt całej wyspy. Przez ten oto magnes wyspa idzie do góry i na dół, i jak tylko potrzeba, z jednego miejsca na drugie. Względem bowiem tej części ziemi, nad którą monarcha panuje, magnes ma jedna stronę, która zawiera w sobie moc przyciągania, drugą, która zawiera w sobie moc odpychania. Jeśli magnes obrócić prosto ku ziemi strona przyciągającą, wyspa spuszcza się w dół, gdy obrócić stroną odpychającą ku tejże ziemi, wyspa idzie do góry, gdy zaś kamień obrócą ukośno, wyspa idzie ukośno, ponieważ w tym moc sprawuje swój skutek linią równoległą do swego położenia. Przez ukośne położenie magnesu wyspa porusza się do różnych części państwa monarchy tego. (Tu i dalej wg przekładu Anonima z 1784 roku – uwaga tłum.)

Przed nami właśnie leży ni mniej ni więcej tylko opis silnika magnetycznego, sporządzony w 1726 roku! Jak mogła powstać podobna idea w czasie, w którym nie istniało jeszcze samo pojęcie „silnik” czy „motor”, a wszystkie urządzenia transportowe przemieszczały się dzięki sile mięśni czy żagli?

Opis ten nie wyczerpuje wszystkich zagadek „Podróży Gulliwera”. Oto jak Swift opowiada o jednym z odkryć lapuckich astronomów:
Największą część swego życia przepędzają na obserwacji nieba i mają teleskopy nieporównywalnie lepsze od naszych. Lubo ich teleskopy tylko na trzy stopy są długie, powiększają jednak więcej niżeli nasze, sto stóp długości mające i daleko wyraziściej pokazują gwiazdy. Przez to zrobili odkrycia daleko ważniejsze, niż nasi europejscy astronomowie. Odkryli dziesięć tysięcy gwiazd nieruchomych, gdy tym czasem my znamy zaledwie trzecią część tej liczby. Odkryli dwa trabanty Marsa, z których bliższy odległy jest od swej planety o trzy jego średnice, a drugi o pięć średnic. Pierwszy obraca się w przeciągu dziesięciu, drugi w przeciągu dwudziestu jednej i pół godziny koło Marsa, tak że kwadraty ich periodycznych obrotów mają się do siebie, jak sześciany ich odległości od Marsa, z czego wnosić trzeba, że podlegają tym samym prawom ciężkości jak inne ciała niebieskie.

Mowa o satelitach Marsa Fobos (Phobos) i Dejmos, które zostały odkryte przez amerykańskiego astronoma-amatora Asapha Halla w sierpniu 1877 roku. Zapytujemy, skąd Jonathan Swift mógł dowiedzieć się o tych satelitach na półtora wieku przed ich odkryciem? Z jakich zagadkowych źródeł zaczerpnął on te dane? Niestety, do dziś dnia nie zdołaliśmy odpowiedzieć na te pytania. Jednakże wszelkie dyskusje o „cudownym oświeceniu” brzmią bardzo niepoważnie. Jakby to nie było, opis gigantycznego, dyskokształtnego aparatu latającego – Laputy – i wzmianka o księżycach Marsa dają klucz do nowego odczytania przesłania Swifta.    


Wizja Fridricha Candera


Zawarta w książce Swifta idea użycia pola magnetycznego Ziemi do napędzania aparatów latających, otrzymała nieoczekiwane przedłużenie w pracach jednego z pionierów techniki rakietowej, radzieckiego uczonego i wizjonera Friedricha Arturowicza Candera (1887-1933).

Znany pisarz Aleksander Pietrowicz Kazancew tak opisuje tą historię:
W 1910 roku inż. Cander sporządził elektrolot, który działał na zasadzie wzajemnego działania na siebie ziemskiego przyciągania i prądu elektrycznego przepuszczanego wokół aparatu, który w swej formie może być dyskokształtnym, przypominającym „latający talerz”. Jeżeli w odpowiednich miejscach zrobić specjalne ekrany magnetyczne, to siła Ampere’a będzie działać do góry i nieco na boki, i aparatem można będzie latać na koszt energii ziemskiego pola magnetycznego. Ale awiacja poszła inna drogą bez względu na to, że w ciągu roku, w 1911 roku, odkryto zjawisko nadprzewodnictwa, dzięki któremu prąd elektryczny może płynąć wokół bez strat. Wreszcie specjaliści postanowili sprawdzić, czy rzeczywiście możliwa jest latająca wyspa Laputa Swifta. Obliczyli, że jeżeli lapucką wyspę otoczyć nadprzewodnikiem, w którym bez strat płynie prąd elektryczny, to przy współdziałaniu ziemskiego pola magnetycznego, wyspa mogłaby latać, dokładnie tak, jak zostało to pisane.

A tak komentuje pracę Candera pracownik Centralnego Instytutu Budowy Silników Lotniczych – Andriej Złobin:
Nie ma tam niczego przeciwnego kanonom fizyki i możliwości istnienia aparatów latających z napędem elektromagnetycznym. Uwiarygodniając tą ideę, Cander pisał w 1930 roku tak:
„…przecinając z wielką prędkością strumień magnetyczny można, przepuszczając prąd elektryczny przez przewodnik i zamykając go w obrębie statku kosmicznego, otrzymać siłę działającą na tenże przewodnik w dowolnym kierunku. Można to wykorzystać do zmiany kierunku ruchu statku, do podniesienia się z powierzchni małej planety, szczególnie jeżeli przy pomocy niskich temperatur da się wykorzystać zjawisko nadprzewodnictwa metali.”
Potencjalne możliwości aparatów  o napędzie elektromagnetycznym są wstrząsające. One mogłyby ostro, pod katem prostym, wykonywać zwroty, albo zatrzymać się w miejscu (bez drogi hamowania – przyp. tłum.) Jak UFO. A to dlatego, że siła ta będzie działała na każdą cząstkę konstrukcji pojazdu. Reakcja jest natychmiastowa.


Elektrolot nad tajgą tunguską?


Rozpatrując doniesienie Candera w kontekście Tunguskiej Katastrofy w 1908 roku, Złobin dochodzi do następującego wniosku:
Ciekawym jest to, że przy takim stanie rzeczy, Tunguskie Zjawisko staje w nieco niezwykłym świetle – jako eksperymentalne potwierdzenie idei wskazanej jeszcze w latach 30. przez F. A. Candera.
Mowa o tym, że Tunguskie Ciało Kosmiczne mogło być właśnie sztucznym urządzeniem elektromagnetycznym.

Być może, TCK było sztucznym "urządzeniem elektromagnetycznym"

Złobin zakłada, że wydarzenia z 1908 roku wywarły wpływ na badania Candera. Właśnie w 1908 roku Cander opublikował swoją pierwszą pracę poświeconą podróżom międzyplanetarnym. Wiadomo, że właśnie na ten czas przypada maksimum jego działalności badawczej jako meteorologa i astronoma. Dokładna znajomość wczesnych prac Candera, pozostawia na czytelniku wrażenie jakiegoś niedopowiedzenia, by nie rzec – tajemnicy. W czym zasadza się sens prac Candera jako meteorologa i astronoma? Co pobudziło jego zainteresowania polem magnetycznym Ziemi, obserwowanie obłoków w dzień, wieczorem i w nocy, fotografowanie ich i wreszcie – zmieniać pogodę poprzez energiczne działanie ludzi? Jak obserwacje gwiaździstego nieba stopniowo przeszły w tęsknotę za lotami kosmicznymi? 

Odpowiedzi wprost na te pytania póki co, nie ma. Ale kiedy zwrócimy się do materiałów archiwalnych, to smutne przeczucie jakiejś zagadki przekształca się w pewność – na początku wieku, zainteresowania Candera niebem i pogoda nie były czymś zwyczajnym. Otwórzmy wyjątkowo ciekawą książkę pt. „Materiały rękopiśmienne Fridricha Arturowicza Candera z Archiwum AN ZSRR. Opis naukowy” (Moskwa 1980). Suche linijki adnotacji materiałów archiwalnych same z siebie – rzecz jasna – nie przyciągnęłyby niczyjej uwagi, gdyby nie małe „ale”. Odnosi się wrażenie, że zdecydowana większość rękopisów Candera oceniało się tylko i wyłącznie z punktu widzenia praktycznego wykorzystania w technice rakietowo-kosmicznej. I tak niestety, astronomiczne i meteorologiczne notatki i zapiski pozostały praktycznie nieznane dla współczesnych badaczy.

Złobin podkreśla, że Cander będący romantykiem, marzycielem, jednocześnie był wysokiej klasy praktykiem-profesjonalistą. Znakomita część jego idei znajdowała swe odbicie nie tylko na papierze, ale miała także konkretne, techniczne przełożenie.

Wywał lasu w rejonie spadku TCK

Niestety, najgorsze w tym wszystkim jest to, że znakomita część tych notatek jest zaszyfrowana przy użyciu zapisu stenograficznego, opracowanego przez Franza Habbelsbergera w Niemczech w 1834 roku, który to system był szeroko stosowany w XIX wieku w Austrii, Szwajcarii, Skandynawii i Rosji. Przede wszystkim Cander zaznajomił się z tym systemem studiując w Wyższej Królewskiej Uczelni Technicznej w Gdańsku. Z 7000 stron jego notatek lwia część jest nierozszyfrowana i nieprzełożona, a niektóre strony zostały bezpowrotnie utracone.


Moje 3 grosze


Kiedy wraz z dr Milošem Jesenským pracowaliśmy nad książką  „Wunderland: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” (Ústi n./Labem 1998, Warszawa 2001), to naszą uwagę przykuło to, że niemieckie dyskoplany mogły być – i zapewne były – budowane w oparciu o dane uzyskane skądinąd, a zatem zebrane w trakcie poszukiwań w Afryce, Ameryce Południowej czy Azji. Być może w czasie swych studiów Canderowi udało się powiązać konstrukcje latające ze zjawiskiem nadprzewodnictwa i co za tym idzie – uzyskanie silnych pól magnetycznych niezbędnych do lotów atmosferycznych i pozaatmosferycznych. Zresztą podobne idee głosił w latach 70. polski uczony i ufolog prof. dr inż. Jan Pająk, który nawet opracował teorię maglolotu vel magnokraftu. Sądzę, że idea ta ma swe wspólne źródło – daleką Przeszłość, kiedy ziemski magnetyzm wykorzystywano w sposób całkowicie skomercjalizowany, o czym świadczą rozmaite – i zupełnie niewytłumaczalne – anomalie, ścieżki czy nawet magistrale magnetyczne, które można wykryć przy pomocy najzwyklejszego kompasu…

Niemcy próbowali powtórzyć odkrycia naszych przodków, ale do tego była potrzebna zupełnie nowa fizyka, której ich ograniczone faszystowskimi dogmatami umysły nie były w stanie pojąć. To samo dotyczy także Rosjan, Amerykanów i innych, którzy próbowali wziąć ten problem na klatę. Może to i lepiej, że nikomu to nie wyszło – ludzie dostaliby do ręki kolejną broń, której nie zawahaliby się użyć przeciwko innym ludziom, chociaż…

…niektóre dane wskazują na to, że komuś się to udało – że wspomnę tylko dziwne opowieści o poligonie lotniczym SS we Władysławowie – dowodzonym przez SS-Obergruppenführera und Generala der Waffen-SS Emila (Otto) Mazuwa, gdzie ponoć Niemcy pracowali nad latającymi spodkami. Ale może wcale nie chodzi tutaj o spodki do latania, ale o pojazdy podróżujące w Czasie? To wcale nie jest takie głupie, jakby się wydawało, bo obłędna ideologia głoszona przez Czarny Zakon SS – a dokładniej SS-Reichsführera Heinricha Himmlera – zakładała, że w głębinach Czasu znajduje się potężny naród Ariów, który mógłby być pomocnym w wytępieniu Żydów, Słowian i innych nieprzydatnych narodów świata.

Tylko pozostaje odpowiedzieć na pytanie, dla kogo pracował poligon we Władysławowie? Gdzie był ośrodek, którego produkty tam testowano? Podejrzewam, że w Gdańsku i/lub Gdyni. Tak czy inaczej, ta tajemnica nadal pozostaje tajemnicą… 
         

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 16/2014, ss. 20-21
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©


-------------                 

* - Autor jest członkiem Inrterdyscyplinarnej Grupy Badawczej „Źródła Cywilizacji”. 

sobota, 27 września 2014

Londyn’44: rakietowa konspira

Londyn płonie...


Andrew May


70 lat temu, dnia 8.IX.1944 roku, w Londynie doszło do eksplozji gazociągu. To jest właśnie to, co gazety napisały następnego dnia, ale czy można było wierzyć we wszystko, co pisała prasa? Wielu londyńczyków nie uwierzyło. Po prostu dlatego, że nie był to odizolowany wypadek. Gazety donosiły o całej serii „eksplozji gazociągów” – całych tuzinów – i to w czasie dwóch miesięcy.

Co spowodowało tak nagły skok ilości wybuchów? Wielka Brytania była w stanie wojny od 5 lat, ale wtedy już nie było niemieckich bombowców na niebie nad Londynem – RAF miało już absolutną przewagę w powietrzu. Kilka miesięcy wcześniej miasto ucierpiało od ataków „latających bomb” Fi-103 A-2/V-1 – a dokładnie małych, bezzałogowych samolotów-kamikadze – ale i te zakończyły się, kiedy Alianci przejęli kontrolę nad francuskim brzegiem Kanału La Manche.

Wojna zbliżała się ku końcowi, i rząd brytyjski chciał upublicznić tą wiadomość. Gazety drukowały tylko dobre wiadomości. Życie w Londynie powróciło do normalności; zniesiono obowiązek zaciemnienia i ewakuowani mogli powrócić do miasta. Dwie lub trzy „eksplozje gazu” dziennie nie powodowały alarmów.

Jakaś część ludzi uwierzyła w te „gazowe” historie. Brytyjczycy byli dumni ze swego wojennego ducha – kiedy każdy z nich czuł, że działają przeciwko wspólnemu wrogowi – ale dla londyńczyków z września 1944 roku „duch wojenny” zaczął się widocznie zmniejszać. Został on zamieniony na coś bardziej cynicznego i nam znanego – teorię spisku. Rząd doskonale wiedział, co powodowało te eksplozje, i tak jak każdy, kto widział ich następstwa.

Szczątki V-2 w Londynie

Na dnie każdego dymiącego krateru leżały splątane szczątki rakiety.

Pierwsza rakieta A-4/V-2 spadła na Londyn w dniu 8.IX.1944 roku, w parę godzin później podobna broń została odpalona na Paryż. W ciągu następnych 6 miesięcy, ok. 3170 pocisków rakietowych V-2 zostało wystrzelonych ze stanowisk startowych z terytorium zajętego przez Niemców. Niemal połowa z nich była wycelowana w Londyn, pozostałe w cele na kontynencie. V-2 powodowała większe straty, niż ten sam ładunek konwencjonalnych bomb, częściowo ze względu na ich niezwykle wysoką energię kinetyczną, częściowo dlatego, że uderzały one bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Spadając niemal z granicy z przestrzenią kosmiczną kilkukrotnie szybsza od dźwięku – pierwszym dźwiękiem jaki słyszany był na ziemi był huk eksplozji głowicy. Potem słychać było przez długi czas huk i wycie rozdzieranego powietrza, z jakim rakieta spadała na ziemię, na długo po tym, jak uderzała ona w grunt (chodziło o fale balistyczne wywołane ruchem rakiety w atmosferze – tzw. sonic boom – przyp. tłum.)

Londyńczycy wiedzieli, że oni byli atakowani przez rakiety długodystansowe i oni mieli za złe rządowi, że ukrywa on prawdę. Śmieszne przekonanie, że miasto cierpi na nagłą epidemię eksplozji sieci gazowej jest obrazą dla ludzkiej inteligencji. 

Jak to często jest w przypadku „dezinformacji”, przeprosiny rządu - kiedy w końcu wyszły - było to, że oszustwo zostało skierowane nie do ogółu społeczeństwa, ale we wroga. Jako premier Winston Churchill powiedział w dniu 10.XI.1944 roku, w pierwszym rządowym potwierdzeniu ataków rakietowych:
Nie wydano żadnego oficjalnego oświadczenia na temat tych ataków, ponieważ mogłyby to być informacje użyteczne dla naszego wroga, który mógłby nie być pewny tego, że jego pociski spadły na naszą wyspę. Nie ma już wątpliwości, że otrzymał te informacje i dlatego rząd nie będzie już utrzymywał tego w sekrecie przed własnym społeczeństwem.  

Istnieje oczywista analogia do oficjalnego odniesienia do UFO – z tą różnicą, że każdy dziś wie, że rakiety V-2 były prawdziwe. Nie było żadnych wybuchów gazu. Tak długo jak władze są zainteresowane i zaniepokojone tym problemem – UFO będą wciąż uważane za balony meteo, gaz błotny, planetę Wenus, itd. itp.

I jeszcze jedna zbieżność V-2 i ufologii. Jedno z najczęstszych przyczyn odmowy wiary w istnienie UFO przez oficjalna naukę jest to, że są one „fizycznie niemożliwe”.  Dokładnie w ten sam sposób brytyjscy naukowcy twierdzili, że rakiety na paliwo ciekłe były „fizyczną niemożliwością”, aż do czasu… kiedy zaczęły spadać na Londyn.

Dla brytyjskich uczonych idea, że można zrobić rakiety napędzane ciekłym paliwem była fantastyką naukową i niczym więcej. Aby uzyskać wymagany ciąg z dostępnej ilości paliwa, potrzebne byłyby ogromne ciśnienia - znacznie więcej, niż mogłoby być zawarte w każdym możliwym zbiorniku paliwa. Jeśli Niemcy twierdzili, że opracowanie rakiet na paliwo płynne, to musi to być blef, który może być bezpiecznie zignorowany. Jeśli agenci wywiadu twierdzili, że widzieli urządzenia produkcyjne rakiet, to muszą oni być w błędzie. Nie można dyskutować z prawami fizyki.

Uczeni mieli racje w pewnym sensie. Prawdą jest, że do osiągnięcia takiej wysokości (80 km – przyp. tłum.) i prędkości (2900-5500 km/h – przyp. tłum.) potrzebne jest ogromne ciśnienie. Ale kto powiedział, że paliwo musi być składowane pod tak wysokim ciśnieniem? Niemcy użyli pomp turbinowych – coś podobnego do samochodowego turbodoładowania –  w celu skokowego podwyższenia ciśnienia z dyszach rakiety. Prawa fizyki są prawidłowe – to tylko sposób myślenia Brytyjczyków był błędny.

Niemieckie pociski rakietowe V-2 były pierwszymi rakietami długodystansowymi użytymi w historii i wystartowały po raz pierwszy 70 lat temu w tym miesiącu. Jeżeli kogoś to zainteresuje, to polecam mój ebook „The V-2 Offensive on London”.            



Moje 3 grosze


Pociski rakietowe V-2 były bardzo skuteczną bronią ofensywną, która przy umiejętnym zastosowaniu – szczególnie w sprzężeniu z broniami ABC – mogłyby odwrócić losy wojny. Na szczęście Niemcy nie mieli już środków do prac nad broniami tego rodzaju, choć – jak twierdzą znawcy przedmiotu – Bogusław Wołoszański, Igor Witkowski, Jerzy Cera i inni – mogli przygotowywać się do tego w kompleksach typu Riese w Górach Sowich. Niemcy pracowali nad bronią jądrową i ponoć zdetonowali dwie głowice A. Co do broni biologicznej i chemicznej to również wiadomo, że pracowano nad nimi, choć mówi się o nich mniej. Broń chemiczną topiono potem z beztroską idioty w Bałtyku. Czy z podobną beztroską zatopiono gdzieś kontenery ze szczególnie złośliwymi szczepami wirusów i bakterii morderczych chorób? Wyskakujące na świecie dziwne choroby w rodzaju Eboli, Chanty czy gorączki Zachodniego Nilu chociażby, mogą stanowić pokłosie tych potwornych usiłowań? Czemu nie? Ciekawy jestem, co stało się z biologami pracującymi nad możliwymi wariantami broni B w III Rzeszy? Czy zostali przejęci przez Amerykanów, jak „rakietowcy” Hitlera: SS-Sturmbannführer dr Wernher von Braun i gen. Walter Dornberger? Myślę, że na te pytania też byłoby warto odpowiedzieć.

Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

wtorek, 23 września 2014

III Wojna Światowa - wizje



Dr Leszek Szuman słynny polski jasnowidz ze Szczecina tak widzi losy Europy w kontekście III wojny światowej, jak opisał to w książce „Tajemnice astrologii” (Warszawa 1992). Pisze on o przepowiedniach różnych wizjonerów począwszy od 1084 roku aż do czasów współczesnych. A zatem zaczął on od wizji mnicha Hepidana/Hepithanousa:

Rok 1084Wicher wieje ze wschodu i wicher wieje z zachodu. Biada wszystkim, którzy znajdą się między tymi dwiema nawałnicami, pośrodku tych okropnych i niesamowitych zamieszek. Tysiącletnie trony zostaną strącone jak słomiane strzechy z chałup. Między Renem a Łabą oraz rzeką płynąca na wschód (Dunaj) będzie ziemia zaścielona trupami. Ziemia kruków i sępów. A kiedy później rolnik będzie tam siał zboże, to każde ziarnko zapuści korzenie w piersi jakiegoś zabitego człowieka. (To pasuje do II Wojny Światowej)

Rok 1709 – „Pergamin z Wismaru”. – Dojdzie do ciężkich walk pomiędzy Wschodem a Zachodem. Wielu ludzi straci życie. Drogami będą jeździły wozy bez koni, a ogniste smoki będą latały w powietrzu, miotając ogień i siarkę. Smoki te będą niszczyły miasta i wsi. Walki potrwają pięć lat i trzy miesiące. Ludzie bezsilnie będą przyglądać się tym zmaganiom. Głód, dżuma i choroby. Nadejdą czasy, kiedy nie będziesz mógł nic kupić ani sprzedać. Źli ludzie będą mieszkali na dnie morza i czyhali na zdobycz. Wojna rozpocznie się, kiedy zboża zaczną dojrzewać. (To by pasowało do I Wojny Światowej)

1750 – Widzenie młynarczyka Mateusza z Apoig (pogranicze Czech i Bawarii) – Przyjdzie wielka wojna. Zacznie ją mały a zakończy wielki, co przybędzie zza morza. Kobiety już nie będą nosiły czarnych chust, a na Dunaju będą szczekały żelazne psy. Obuwie kobiet będzie pozostawiało ślady jak gęsie łapki. Nim się rozpocznie ogólny zamęt, nie będzie można po ubiorze rozróżnić kobiet od mężczyzn. Najgorszy czas nastanie, gdy nad lasem przeleci olbrzymi biały ptak lub będzie to ryba. Wkrótce nastąpi jedna wojna, potem druga, a w końcu trzecia. Zacznie się na Wschodzie a zakończy na Zachodzie. Ostatnia wojna przeleci błyskawicznie. Będzie to jakby olbrzymia czystka. Pełno trupów i moc wylanej krwi. Dojdzie do walki pomiędzy Chinami i ich sąsiadami. Lecz co jeszcze gorsze: zbliża się katastrofa. Zimno i trzęsienia ziemi pozbawią wielu ludzi życia. Te i inne przepowiednie są ważne i spełnią się przed rokiem 2111.

I połowa XIX wieku – wizje pastucha Mateusza Strombergera z Rabenstein - …nadejdą takie czasy, że ludzie nie będą rozsądniejsi, ale i głupsi. […] Zacznie się to wtedy, kiedy ludzie na wsi zaczną ubierać się jak mieszczuchy i będą wchodzić na klupę gnoju w błyszczących, wyczyszczonych butach. Kobiety będą pachniały jak kozy. Po wsiach będzie się widziało tylko czerwone dachówki, a na wsi będzie się nosić czerwone kapelusze. Kiedy przez wieś przeprowadzą żelazną drogę i żelazny pies będzie szczekać koło Klausenbach. Kiedy wozy będą jeździły bez dyszli i koni, a samowola ludzka przekroczy wszelkie granice przyzwoitości. Gdy w Zwiesel wybudują gmach szkolny jak olbrzymi pałac dla żołnierzy, i kiedy zboże dojrzeje, wówczas nadejdzie nagle wielka wojna. Pieniądz szybko straci na wartości. Za 200 guldenów nie będzie można kupić nawet bochenka chleba. Mimo to nie będzie głodu wśród ludności. Za złotą monetę będzie można kupić całe wiejskie gospodarstwo. Ludzie się będą nawzajem nienawidzili. Żołnierze będą latali w powietrzu jak ptaki. W nasze strony od strony lasu nadleci wielki biały ptak. Drzewo będzie wyniszczone, ale dla ludzi wystarczy. Nastąpi zrównanie stanów. Ludzie zatracą wiarę. Kiedy w Zwiesel kilku kapłanów będzie chciało odprawić nabożeństwo, tylko kilka osób przyjdzie popatrzyć. Zostaną wprowadzone nowe podatki, których nikt nie będzie płacił, i nowe prawa, których nikt nie będzie przestrzegał. Potem rozpocznie się zamieszanie. Brat nie będzie znał brata, a matka swego dziecka. Rozruchy. Ludzie o delikatnych rękach będą mordowani, lecz potrwa to jedną lub dwie fazy księżyca. Ludzie tak się będą ubierali, że nie rozróżnisz kobiety od mężczyzny. Bawarię zniszczą i objedzą, ale Czechy zniszczą całkowicie. Potem nagle przez noc nadejdzie wróg. Chłopi będą siedzieli przy piwie w gospodzie, a tu przez most pojawią się obcy jeźdźcy. Pobliskie góry będą aż czarne od tłumu żołnierzy. Ludzie będą uciekali […] cała zawierucha potrwa bowiem krótko. Kto przeżyje będzie musiał mieć głowę z żelaza. […] Lecz na tym nie koniec. Następnie przyjdzie katastrofa jak koniec świata. Wszędzie poprzez liczne kraje będzie szalał ogień. [Wojna wywoła naturalny kataklizm np. erupcję superwulkanu czy supertsunami?]

Okres międzywojenny – wizje rybaka JohanssonaWidzę straszną wojnę daleko na Wschodzie. Żółte twarze staraja się dotrzeć poprzez Alaskę do kanady i Stanów Zjednoczonych. Ich atak zostanie odparty przy pomocy broni rakietowej. Będzie okres, kiedy Związek Radziecki będzie walczył razem z Amerykanami ramie przy ramieniu. Widzę, że przedtem wybuchnie jakaś straszna rewolucja. Mordy, pożoga, trupy. Leżą ich całe stosy.

Czasy I Wojny Światowej – dr Ferenc Kossutthany i jego przepowiednie dotyczące III Wojny Światowej – Na północy woda zaleje wybrzeża i zniszczy wiele miast. W przyrodzie nastąpi straszna katastrofa. Czegoś podobnego ludzkość jeszcze nie oglądała […] jednak będzie to dopiero wstęp do okropnych wydarzeń, które potem nastąpią… Nagle, z godziny na godzinę wybuchnie straszna wojna… W tym czasie nie chciałbym żyć – a jeżeli to nie w pobliżu oceanu. Wybrzeża Europy, Anglii i Ameryki zostaną zalane potężna fala wody. Rozpocznie się błyskawiczna wojna, lecz potrwa krótko. Jeden z przeciwników będzie się starał wytruć ludność gazem, ale z powodu przeciwnego wiatru mu się to nie uda. Nastąpi zaćmienie Słońca. W wojnie tej będą poszkodowani zarówno żółci jak i czerwoni. Po tej wojnie będzie długi okres krwawo okupionego pokoju. […]

Lata 30. – przepowiednie Aloisa Irlmayera[III Wojna Światowa] odbędzie się; w dacie jej wybuchu będą znajdowały się dwie ósemki i jedna dziewiątka. Dwóch mężczyzn zamorduje jakąś ważną osobistość. Może się to wydarzyć na Bałkanach lub na Bliskim Wschodzie. I to będzie oznaczało początek wojny. Rozpoczną się one od Złotego Miasta. Na Dunaju już nie będzie mostu. Żółty pył posypie się od Złotego Miasta do zatoki. Złote Miasto zamieni się w popiół. Spadający pył nie pozostawi śladu życia. Ściana pyłu idzie jak krecha, z dołu aż do morza. […] Na dworze będzie wszystko zatrute, tak woda jak i pożywienie. Śmierć w postaci pyłu będzie krążyła dookoła. Ciemności potrwają 72 godziny. […] Umrze więcej ludzi niż w czasie poprzednich dwóch wojen. […] Nad Renem pojawi się Półksiężyc, co będzie chciał wszystko pożreć. W pobliżu Landau w Bawarii nie zostanie nic. Dookoła będzie wszystko żółte i zniszczone. Papież z Rzymu będzie uciekał w kierunku południowo – wschodnim lub przez Wielką Wodę. Tam potajemnie ukoronuje cesarza. Miasto, gdzie stoi żelazna wieża spala jego mieszkańcy i obywatele. Gdzie spojrzeć, tam rewolucja. W morzu pojawią się dziury, a potem powrotna fala zatopi wyspy i oderwie je od lądu. Trzy miasta znikną pod wodą. Jedno na północy, drugie na południu a trzecie na zachodzie. Na Wschodzie straszne walki – czerwone i żółte masy wojsk na ulicach. Kiedy znów zakwitną kwiaty, papież znów wróci, by opłakiwać. Po katastrofie zmieni się klimat…

Lata międzywojenne – wizja Janosa Kele o III Wojnie Światowej – Widzę młodych ludzi, a nawet dzieci, które jako dorosłe przeżyją następną, trzecią wojnę światową. Będą spokojni i szczęśliwi. Po tej wojnie poglądy na wiarę i życie duchowe zmienią się. Widzę ich wszystkich, kiedy będą starsi. Maja twarze pogodne i beztroskie. Będą żyli nie przeciwko sobie, ale razem z sobą dla siebie. Coś strasznego – chyba wojna – przeleci nagle jak huragan. Potrwa to krótko. Nasze dzieci nie ucierpią z tego powodu zbytnio, bardziej inne dzieci tych, którzy mają w obecnie w sercach nienawiść do bliźnich. Przyszłe pokolenia czeka spokój i radość życia, ale nim to nastąpi w różnych krajach wyleje się morze łez. W dacie przyszłej wojny widzę cyfrę 7. 

1980 rok – wizja o. Czesława Klimuszko, który w swej książce „Moje widzenie świata” tak pisał o naszej przyszłości: Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości. Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów. Przed Polską widzę jasność i wstępowanie do góry. Będzie bardzo dobrze.
Dodatkowo według Ojca Klimuszki z Polski miały pochodzić osoby, które będą zmieniać świat. Sugerował, abyśmy byli optymistami i wcale nie myśleli o końcu świata. Czasami słynny polski jasnowidz ujawniał swoje wizje na temat przyszłości świata. Pisarz Tadeusz Konwicki twierdził, że ojciec Klimuszko bezbłędnie przepowiedział upadek komunizmu w 50 lat po zakończeniu II wojny światowej. Podobnie jak inni wizjonerzy, on także widział zagrożenia moralne i ekologiczne dla ludzkości i świata. Przyznał, że miał wizję potencjalnej wojny nuklearnej oraz wojen religijnych. Mówił tak:
Widziałem żołnierzy przeprawiających się przez morze na takich małych, okrągłych stateczkach, ale po twarzach widać było, że to nie Europejczycy. Widziałem domy walące się i dzieci włoskie, które płakały. To wyglądało jak atak niewiernych na Europę. Wydaje mi się, że jakaś wielka tragedia spotka Włochy. Część buta włoskiego znajdzie się pod wodą. Wulkan albo trzęsienie ziemi ? Widziałem sceny jak po wielkim kataklizmie. To było straszne. Wojna wybuchnie na Południu wtedy, kiedy zawarte będą wszystkie traktaty i będzie otrąbiony trwał pokój. Potem rakiety pomkną nad oceanem, skrzyżują się z innymi, spadną w wody morza, obudzą bestie. Ona się dźwignie z dna. Piersią napędzi ogromne fale. Widziałem transatlantyki wznoszone jak łupinki… Ta góra wodna stanie ku Europie. Nowy potop ! Zadławi się w Gibraltarze ! Wychlupnie do środka Hiszpanii ! Wleje się na Saharę, zatopi włoski but, aż po rzekę Pad. Zniknie pod wodą Rzym ze wszystkimi muzeami, z całą cudowną architekturą [...] Nasz naród powinien z tego wyjść nie najgorzej. Może pięć, może dziesięć procent jest skazane. Wiem, że to dużo, że to już miliony, ale Francja i Niemcy utracą więcej. Italia najwięcej ucierpi. To Europę naprawdę zjednoczy. Ubóstwo zbliża [...]


A zatem będziemy mieli spokój gdzieś do roku 2032. Pocieszające. Jak na razie, poza wojną nuklearną, to rzeczywiście grozi nam Superwybuch dwóch albo nawet trzech Superwulkanów: Yellowstone, Laacher See i Campi Flegrei no i atak supertsunami po osunięciach się do oceanów ogromnych ilości gruntu na wyspach Palma de Canaria oraz Hawaii. To są realne zagrożenia ze strony matki Natury.  Co do inwazji na Europę, to bardziej kojarzy się to z falami nielegalnych emigrantów uciekających z Afryki właśnie małymi łódkami – wielu z nich to V kolumna wojującego, szariackiego islamu, wiec wojna pomiędzy chrześcijaństwem a islamem na kontynencie europejskim jest wysoce prawdopodobna. Dlatego właśnie należałoby się dobrze pilnować. I dobrze pilnować naszych granic…     

W Afganistanie odkryto rudy REE warte 1 trylion $USA



Charles Q. Choi


Na zdjęciu widzimy pierwiastki ziem rzadkich (REE), po kolei od górnego-środkowego: prazeodym (Pr), cer (Ce), lantan (La), samar (Sm) i gadolin (Gd).

Pomimo tego, że Afgańczycy są jednym z najbiedniejszych ludów świata, to zamieszkują oni na jednych z najbogatszych złóż mineralnych w świecie, które są warte trylion dolarów, jak oceniają to amerykańscy uczeni.

Afganistan, kraj o powierzchni dorównującej Teksasowi, jest załadowany mineralnymi depozytami wskutek kolizji subkontynentu indyjskiego z kontynentem azjatyckim. Służba Geologiczna USA – USGS, zaczęła badać złoża w Afganistanie po tym, jak siły zbrojnej koalicji pod wodzą USA zaczęły zwalczać Talibów w 2004 roku. Okazało się, że Służba Geologiczna Afganistanu miała radzieckie mapy geologiczne  i raporty geologów od 50 lat i więcej, a które mówiły o tym, że ten kraj jest geologiczną złotą bonanzą.

W 2006 roku, amerykańscy uczeni przeprowadzili lotnicze misje zwiadowcze, w czasie których przeprowadzono magnetyczne, grawitacyjne i wielospektralne badania Afganistanu. Sondaż magnetyczny wskazywał na minerały zawierające żelazo do 6 mi/10 km pod powierzchni ą ziemi, zaś badania grawimetryczne próbowały zidentyfikować baseny sedymentacyjne potencjalnie bogate w ropę naftową i gaz. Wielospektralna analiza polegała na badaniach widma światła odbitego od skał w celu zidentyfikowania sygnatur świetlnych unikalnych dla każdego minerału. Ponad 70% kraju zostało zmapowane  w czasie 2 miesięcy.

Badania zweryfikowały większość radzieckich odkryć. Afganistan może mieć 60 mln ton miedzi, 2,2 mld ton rud żelaza, 1,4 mln ton rud REE takich jak: lantan, cer, neodym, a poza tym złoża glinu, złota, srebra, cynku, rtęci i litu. I tak np. złoże karbonatytów Khanneshin w prowincji Helmand jest warte ok 89 mld $USA, a bogate jest także w REE.
Afganistan krajem, który jest bardzo bogaty w surowce mineralne – mówi Jack Medlin z Afgańskiego Projektu USGS do „Live Science” -  Zidentyfikowaliśmy potencjalne złoża 24 najważniejszych światowych minerałów. 

Praca uczonych została opisana dokładnie w magazynie „Science” z dnia 15.VIII.2014 roku.


Mapy skarbów Afganistanu


W 2010 roku, dane uzyskane przez USGS przyciągnęły uwagę Wydziału ds. Biznesu i Operacji Stabilizacyjnych Departamentu Obrony USA (TFBSO), który jest zainteresowany odbudową Afganistanu. TBFSO wycenia afgańskie mineralne zasoby na 908 mld $USA, podczas kiedy Afgańczycy wyceniają je na 3 tryliony dolarów. W ciągu ostatnich 4 lat USGS i TFBSO przedsięwzięły dziesiątki ekspedycji do strefy działań wojennych w celu zebrania i zanalizowania próbek minerałów w celu potwierdzenia badań z powietrza. […]

Praca naukowców pomogła rozwinąć i udoskonalić mapę skarbów tego kraju, tak że kompanie wydobywcze doskonale wiedzą, gdzie co jest, wszystkie interesuje nabycie praw do wydobywania. Rząd Afganistanu podpisał jedynie kontrakt na 3 mld USD na 30 lat z China Metallurgical Group  - państwowym przedsiębiorstwem z centralą w Pekinie – na eksploatację złoża miedzi Mes Aynak i przyznano prawa do wydobycia krajowego największego złoża rud żelaza indyjskiej grupie państwowych i prywatnych przedsiębiorców.  […]


Moje 3 grosze


No, teraz wiadomo, komu i dlaczego tak naprawdę przeszkadzali Talibowie w Afganistanie! I tylko szlag mnie trafia, jak myślę o tym, że nasi chłopcy ginęli czy odnosili rany w tym kraju walcząc tak naprawdę nie o jakąś tam wolność czy demokrację – w silnie zhierarchizowanych społeczeństwach pojęcia równie abstrakcyjne, jak dla laika całki i rachunek krakowianowy – a przede wszystkim o złoża bogactw mineralnych. Polska wzięła swój haniebny udział w tej wojnie niestety, i żeby chociaż miała coś z tego tortu, jak opisany powyżej! Nie ma nic, poza a jakże! – chwałą i sławą polskiego oręża, itd. itp. bzdury – natomiast gospodarczo wyszliśmy na tym jak Zabłocki na mydle albo Stańczyk na grzybach… Polacy zrobili swoje, Polacy mogą odejść. Dzięki wojnom na Bliskim Wschodzie mają zszarganą opinię jako psa łańcuchowego Waszyngtonu i sprzymierzeńca Wielkiego Szatana. Nie musze mówić, jak to się przekłada na stosunki handlowe z Bliskim Wschodem, gdzie jesteśmy postrzegani jak Niemcy w Warszawie w czasie II Wojny Światowej… To jest właśnie to frycowe, które płacimy za NATO i tzw. „braterski sojusz” z USA.

Osobiście życzę wszystkiego najlepszego Afgańczykom, ale obawiam się, że ich bogactwa naturalne szybko przestaną należeć do narodu afgańskiego i szybko przejdą pod kuratelę USA i innych krajów, zaś naród afgański dostanie z tego jakieś ochłapy… I tyle te bogactwa zobaczy. Jak zwykle zresztą w takich przypadkach.              


Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©