poniedziałek, 20 kwietnia 2015

SŁOŃCE W GŁĘBINACH (8)



Bermudy – port Hamilton


- Cholera! Co tam się stało!? – profesor Milczarek z niedowierzaniem patrzył w monitor swego komputera podłączonego do stacji łączności satelitarnej i poprzez nią z satelitą obserwacyjnym Komitetu.
- Co się dzieje? Czemu pan klnie? – zapytał jeden z jego kolegów.
- Nie wiem, jeszcze czegoś takiego nie widziałem! – Mielczarek nerwowym ruchem rozpiął kołnierzyk koszuli – najpierw był tam wybuch, a potem w jednej chwili jacht znikł, jakby się zapadł w wodę! Przecież to nie Bermudy!!!


„Atlantis MMII”


Odpowiedziało mi milczenie.
Powtórzyłem to samo po polsku, potem po rosyjsku, a następnie Gemma powiedziała to po hiszpańsku i francusku.
I wtedy usłyszeliśmy odpowiedź w naszych głowach. To musiał być jakiś rodzaj telepatii, bo usłyszeliśmy go wszyscy czworo i każdy w języku swego kraju pochodzenia. Krystyna i ja po polsku, Gemma po hiszpańsku, a Naïs po angielsku z londyńskim akcentem.
- Przyszliśmy porozmawiać z wami – oznajmili.
- Z nami? O czym? – powiedziałem na głos.
- O waszym planie uruchomienia Golfstromu przy pomocy pocisku nuklearnego – usłyszeliśmy bezgłośną odpowiedź.

- Kim jesteście? – zapytała Gemma.
- Ludźmi Wodnymi – padła odpowiedź – nazywacie nas także Syrenami.
- A zatem wiecie, co się dzieje czym to grozi? – zapytałem.
- Wiemy i dlatego rozmawiamy z wami, a nie z kimś innym.
- A o co wam chodzi? Chcecie nas powstrzymać?
- Gdybyśmy tego chcieli, to nie byłoby tej rozmowy.
- No to… - wziąłem głęboki oddech.
- Nie mamy nic przeciwko temu, tylko chcemy wprowadzić poprawkę do waszego planu.
- Ou, a co jest nie tak? – zapytaliśmy unisono.
- Musicie zdetonować ładunek nieco głębiej, niż założyliście. Wasze wyliczenia w zasadzie są prawidłowe, ale macie niedokładne dane wyjściowe. Dlatego ładunek musi być zdetonowany na głębokości co najmniej sto metrów nad dnem, by fale uderzeniowe mogły odbić się od dna i wstrząsnąć masą wody, co spowoduje jej przemieszanie się i – paradoksalnie – schłodzenie się jej. Wprawdzie wyparuje ćwierć mili sześciennej oceanu i trochę dna, ale innego wyjścia nie ma. Reszta planu jest bez zarzutu. Ze skażeniem sobie poradzimy sami. I tak sobie radzimy już od dwunastu tysięcy lat z tym problemem.
- Ale jak… - zacząłem, ale przerwano mi.
- Zaraz znikamy i odzyskacie swobodę ruchów. Aha i jeszcze jedno, gdyby komukolwiek przyszło do głowy nas ścigać czy na nas polować, to pokażcie mu film z tej nieudolnej próby zniszczenia wraka okrętu podwodnego z rakietami jądrowymi. Czy zostaliśmy zrozumiani?
-  Czy to było ultimatum? – zapytałem wreszcie.
- Nie, to było tylko bardzo przyjacielskie ostrzeżenie. Róbcie swoje, my swoje i razem uruchomimy Prąd Zatokowy. Powodzenia!
- Nawzajem – odparłem.

Wodniki – bo tak ich w myślach nazwałem – z nikły z pokładu, a ich statek odbił od burty „Atlantis MMII” i zanurzył się pod wodę. Półkula odgradzająca nas od świata znikła i ponownie pokazała się elektryczność we wszystkich obwodach.


Bermudy – port Hamilton


- Są! Oni znowu są! – zawołał asystent wpatrzony w monitor.
- Co się z nimi działo??? – zastanawiał się ten ostatni. – Przecież nie jesteśmy w Trójkącie Bermudzkim, takie rzeczy tam się nie zdarzają.
- Ba! A jednak się zdarzają – rzekł asystent – quod erat demonstrandum
- I co się z nimi dzieje? – zapytał profesor.
- Płyną wciąż kursem SW-W – odpowiedział asystent.


Morze Norweskie 


Staliśmy na pokładzie patrząc na siebie bezradnie. Pierwsza odzyskała rezon Krystyna, która wyłączyła kamerę i spojrzała po nas.

- Oni nie kłamali – odpowiedziała mojej myśli – tak właśnie jest, jak mówią.
- No to zawiadamiamy profesora, byle szybko! – rzekłem. Pobiegłem do kabiny łączności i po paru minutach referowałem profesorowi to, co się zdarzyło.
- A co zrobimy z tym drugim wrakiem? – zapytałem.
- Przekażemy informację o nim Rosjanom – rzekł profesor – w końcu to jest ich okręt i na ich wodach terytorialnych, więc niech go sobie oni badają.
- No też racja – przytaknąłem – w ten sposób unikniemy problemów z ich instytucjami.
- OK., zatem operację uruchomienia Golfstromu zaczynamy zgodnie z planem i tylko wprowadzamy do niej jedną modyfikację: wybuch sto metrów nad dnem…


Andy – Festung Anden


Na wieść o fiasku operacji zbombardowania obu wraków rosyjskich okrętów podwodnych trzeci klon Hitlera wpadł we wściekłość. Nakazał Gestapo znaleźć winnych i postawić ich przed sądem ludowym. Gestapo zabrało się do pracy.

Najpierw przejrzano wszystkie rejestraty przekazane przez komputer podorbitalnego bombowca, z których wynikało, że wszystko szło dobrze, aż do momentu wykrycia wraku „Komsomolca” i obrzuceniu go bombami głębinowymi. Z nieznanej przyczyny cztery bomby głębinowe wyleciały z powrotem z wody w powietrze i eksplodowały dokładnie na wysokości latającego talerza. Podmuch bliskiej eksplozji i ulewa odłamków spowodowała wiele mikroawarii na pokładzie bombowca, a kilka odłamków musiało przeniknąć do komory bombowej i uderzyć w zapalnik którejś z bomb, która także wybuchła. To przypieczętowało los jednostki, która po prostu rozleciała się na kawałki.

Ciekawym był fakt, że w pobliżu miejsca krążył jakiś jacht, który był najprawdopodobniej amerykańskiej bandery, ale tego nie udało się ustalić. Fakt pozostawał faktem, że byli świadkowie tego wydarzenia. A to zwiastowało niewąskie kłopoty… Szczęściem jakiś pułkownik z Ministerstwa Propagandy przypomniał sobie, że skoro to byli Amerykanie, to wystarczy puścić do prasy przeciek, że załoga amerykańskiego jachtu widziała nad Morzem Norweskim katastrofę UFO. Wybieg ten był już stosowany w kilku przypadkach awarii maszyn latających należących do Czwartej Rzeszy, a pod tym względem naiwność Amerykanów, a za nimi i całego świata, nie miała sobie równej. Ludzie chcieli mieć świadomość tego, że poza Ziemią są jakieś Istoty Rozumne, które w razie czego udzielą Ludzkości pomocy w tych niepewnych czasach. A media sterowane przez najrozmaitsze lobbies i służby specjalne prześcigały się w produkowaniu najbardziej nieprawdopodobnych stories – szczególnie w sezonie ogórkowym.


USSIowa”


Potężny amerykański pancernik USSIowa” pamiętający jeszcze czasy Drugiej Wojny Światowej majestatycznie sunął w kierunku Islandii, by w odległości stu pięćdziesięciu mil od jej wschodnich brzegów odpalić pocisk rakietowy, który miał zanieść dziesięciomegatonową głowicę bojową w punkt położony na skrzyżowaniu południka Greenwich z północnym siedemdziesiątym równoleżnikiem. Gigantyczna góra stali najeżona lufami dział, sunęła po morzu z prędkością dwudziestu pięciu węzłów. Jego artyleria główna kalibru 406 mm mogła razić cele oddalone o blisko trzydzieści dziewięć kilometrów pociskami różnego typu, poczynając od standardowych przeciwpancernych do taktycznych ładunków jądrowych nazywanych Katie[1]. Artyleria średnia kalibru 127 mm umożliwiała rażenie celów z odległości czternastu kilometrów pociskami z zapalnikami uderzeniowymi lub zbliżeniowymi i mogła być używana w charakterze artylerii przeciwlotniczej albo do atakowania mniejszych jednostek pływających. Zgodnie z zamówieniem pancerniki te były wyposażone w szeroki wachlarz przeciwlotniczego uzbrojenia artyleryjskiego kalibru 20 mm i 40 mm, które z biegiem czasu zostało stopniowo zastąpione pociskami rakietowymi Harpoon, wielolufowymi systemami strzeleckimi Phalanx oraz środkami walki elektronicznej. A do tego miał on na pokładzie trzydzieści dwa pociski rakietowe typu Tomahawk z głowicami jądrowymi o różnej mocy. Okręt został wprawdzie odetaszowany na swe stałe miejsce do bazy w Norfolk, ale teraz nadarzała się okazja, by znów go ruszyć ze swego leża i wykonać kolejne bojowe zadanie.

W ciągu dwóch dni okręt ustawił się na pozycji, a jego dowódca czekał na rozkaz do ataku.

CDN.




[1] Czyli „kejti” od skrótu "kt" oznaczającego kilotonę

niedziela, 19 kwietnia 2015

SŁOŃCE W GŁĘBINACH (7)


  
„Haunebu V” nad Atlantykiem


Trzej jednakowi mężczyźni pilotowali pozaatmosferyczny bombowiec „Haunebu V” w przestrzeni podorbitalnej nad Atlantykiem. Na jego pokładzie znajdowało się osiem amerykańskich bomb głębinowych  Mark XI z czasów Drugiej Wojny Światowej. W dwudziestym pierwszym wieku do walki z okrętami podwodnymi używano torped i rakieto-torped z głowicami konwencjonalnymi i nuklearnymi o dużym polu i sile rażenia, i tylko Rosjanie używali jeszcze wyrzutni rakietowych bomb głębinowych. Do tej roboty, jaka było bombardowanie wraków okrętów podwodnych leżących na dnie, te stare amerykańskie bomby nadawały się idealnie.

- Uwaga! – powiedział dowódca bombowca – zbliżamy się do celu numer jeden. Pięć minut do celu.  Przygotować bomby do zrzutu!
Jeden z mężczyzn pstryknął czterema przełącznikami na tablicy kontrolnej. Drugą dłoń położył na czerwonej rękojeści otwierającej komorę bombową.
- Do zrzutu gotów! – zameldował.
- Uwaga – powiedział pilot – wchodzimy w atmosferę.
Bombowiec wślizgnął się w gęstsze warstwy atmosfery i podjął lot na stałym pułapie dwóch tysięcy metrów nad powierzchnią Morza Norweskiego. Do celu pozostało jeszcze dwie minuty lotu.
Dowódca spojrzał w dół. Powierzchnia morza była niemal idealnie gładka, tylko na kursie widać było jakiś wielki, biały jacht zmierzający na południowy-zachód.
- Przygotować się do ataku – wydał następny rozkaz.        


„Atlantis MMII” - Morze Norweskie, 73°14’N – o13°30’E 


Po godzinie wyciągnęliśmy ROV-a i zapakowaliśmy go do specjalnego zasobnika na rufowym pokładzie. Gemma powoli wykręciła „Atlantis MMII” ustawiając jacht dziobem w kierunku zachodnim. Ruszyliśmy z prędkością piętnastu węzłów.
- Nierozpoznany obiekt nadlatuje z kierunku dwa-pięć-zero – usłyszeliśmy głos Atis – jest na kontrkursie.
- Co to za obiekt? – zapytałem.
- Nie wiem… - w głosie Atis zabrzmiało autentyczne zdumienie – jeszcze czegoś takiego nie widziałam!
- Oż courde’elebele’fix! – rozległ się głos Gemmy – Danielito, patrz, to nasi znajomi z Tunezji!
Wziąłem drugą lornetę i spojrzałem. Poczułem, jak robi mi się zimno. Nad morzem na wysokości jakichś pięciuset metrów sunął powoli latający talerz ze znakami teutońskiego krzyża i runami SS. Hitlerowcy z Andyjskiej Twierdzy.
- Co oni tutaj robią? Mam nadzieję, że nie poślą nas na dno… - rzekłem tknięty nagłym niepokojem. Po ataku klonów w Zagubionym Mieście mogłem się po nich spodziewać najgorszego.[1]

Latający talerz przeleciał nad nami i skierował się wciąż zwalniając nad miejsce, które niedawno opuściliśmy…


„Haunebu V” nad pozycją  73°14’N – o13°30’E


- Stop! Jesteśmy na miejscu – dowódca bombowca jeszcze raz sprawdził namiar. Jego maszyna zawisła na wysokości dwudziestu metrów nad lustrem wody. Z pokładu wpadła do wody boja sonarowa. Przez chwilę uaktywniała się a następnie wpuściła w głębinę serię impulsów.

Dowódca przez chwilę porównywał wskazania sonaru z mapą. Trafili idealnie – pod nimi znajdował się wrak radzieckiego okrętu podwodnego, który mieli rozwalić serią bomb głębinowych. Ich wybuch miał rozwalić zgromadzone tam głowice nuklearne i reaktor jądrowy. Powstałe skażenie radioaktywne miało się rozprzestrzenić na cały Atlantyk. Podobnie miało być z wrakiem innego radzieckiego atomowca, którego mieli rozwalić w drugiej kolejności. Dowódca przez moment pomyślał z dziką radością, że oto właśnie odpłaca się krajowi, który tak bardzo przyczynił się do klęski Tysiącletniego Marzenia Pierwszego Führera

- Jesteśmy nad celem – powiedział głośno – zaczynamy! Do zrzutu!…
- Gotowy! – zameldował bombardier.
- Zrzut! – dowódca wydał rozkaz zdecydowanym głosem.


„Atlantis MMII”


- Co oni robią? – Gemma wciąż lornetowała latający talerz, który zatrzymał się nad powierzchnią morza i wyrzucił na jego powierzchnię jakiś przedmiot.
- To boja sonarowa – odpowiedziała Atis.
- Mon Dieu! – krzyknęła Naïs – oni namierzają wrak „Komsomolca”!
- Ci cholerni Boches chcą go rozwalić – powiedziałem spokojnie.
- Co możemy zrobić!? – wykrzyknęła Naïs z przerażeniem w głosie.
- Nic… - odparłem. – Czy ktoś to filmuje?
Obejrzałem się i zobaczyłem Krystynę stojącą nad mostkiem z kamerą w ręce. Mikroskopijne czerwone światełko wskazywało na to, że kamera działa.


„Haunebu V”


Dłoń trzymająca rękojeść zdecydowanym ruchem przełożyła ja na czerwone pole. Drzwi komory bombowej otworzyły się bezszelestnie i cztery kroplowate kształty wpadły do morza z donośnym pluskiem.
- Wysokość sto metrów – padł kolejny rozkaz.
Teraz musieli czekać parę minut na wybuchy czterech stukilogramowych bomb i obejrzeć efekty swej akcji.


„Atlantis MMII”


- Te łajdaki wrzuciły coś do wody – zameldowała Gemma.
- Cztery przedmioty o masie około stu dwudziestu kilogramów każdy – odezwała się Atis.
- Gdzie one spadają? – zapytałem bardziej dla porządku, gdyż już znałem odpowiedź.
- Na wrak „Komsomolca” – Atis powiedziała to martwym głosem.
- To bomby głębinowe – powiedziałem – oni chcą rozwalić ten wrak i doprowadzić do skażenia Morza Norweskiego i w ogóle północnej części Atlantyku…


„Haunebu V”


- Wybuch za półtorej minuty – zameldował ten, który nasłuchiwał teraz głosów płynących z wodnej toni.
- No to Sieg heil! – wykrzyknął dowódca.
- Heil! Heil! Heil! – powtórzyli jego podwładni.
Nie usłyszeli, że z wodnej toni popłynął niepokojący odgłos, przypominający bardzo wyciągnięte wiiiizzzzzzzz…


„Atlantis MMII”


- Co to takiego!? – wykrzyknęła Naïs z niebotycznym zdumieniem w głosie.
- Nie wiem, jeszcze czegoś takiego… - zaczęła Atis, ale nie skończyła, bo to, co zobaczyliśmy spowodowało, że sądziliśmy iż odeszliśmy od zmysłów.
Tajemniczy dźwięk skończył się jakby cmoknięciem czy mlaśnięciem. Woda pod latającym talerzem się wzburzyła i cztery bomby jak cztery czarne krople poleciały w jego kierunku.
- Oh, bullshit! – usłyszałem za sobą zachwycony głos Gemmy.
Cztery punkty znalazły się na wysokości latającego talerza i w jednej chwili eksplodowały czterema potężnymi błyskami pomarańczowego światła. W sekundę później pojawił się kolejny krzaczasty błysk i pięć eksplozji rozbrzmiało nad falami. Lawina płomienistych szczątków ciągnących za sobą smugi dymu wpadła w morze, które z kolei pokryło się obłoczkami białej pary, kiedy rozgrzane odłamki zetknęły się z wodą…
- Nagrałaś to??? – krzyknąłem w stronę Krystyny.
- No pewnie! – powiedziała zadowolonym tonem. – Mamy ich z głowy!
- Nie ma się co cieszyć – mruknęła Gemma – to morze mi się nie podoba…
- Cholera – usłyszeliśmy głos Naïs – prądu nie ma. Nic nie działa!
- Kamera też padła – usłyszałem Krystynę.

Spojrzałem na morze. Rzeczywiście, było dziwne. W promieniu pół kilometra od naszego jachtu było nieruchome, jakby zastygłe. I naraz jakby zamknęła się nad nami biała, matowa półkula. Poczułem dłoń Gemmy w mojej dłoni.
- A ja myślałem, że coś takiego zdarza się tylko w Trójkącie – rzekłem ze zdumieniem.
- To na pewno Oni – Krystyna spojrzała na mnie znacząco – Podwodni Ludzie…
Patrzyliśmy na wodę, jakby stamtąd miało nadejść jakieś rozwiązanie.
- Jest, jest! – krzyknęła Gemma – patrzcie tam!
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Na wodzie widać było delikatny kilwater i odkosy czegoś zbliżającego się do burty „Atlantis MMII”. Po chwili to coś wykonało zwrot.
- Obijacze na burtę! – krzyknąłem do Gemmy rzucając ten, przy którym stałem i drugi bliżej środka. Gemma pognała na rufę i rzuciła dwa tylne. Powietrze przy burcie zgęstniało, zamigotało wszystkimi kolorami tęczy i zmaterializował się długi na co najmniej sto dwadzieścia metrów statek o idealnie hydrodynamicznych kształtach. Był ciemnoszary, ledwie odcinał się kolorem od koloru otaczających nas wód.
- Zatopią nas czy porwą? – zastanawiała się głośno Gemma.
- Gdyby chcieli nas zatopić, to zrobiliby to już dość dawno temu, a zatem w grę może wschodzić porwanie, albo… - zawiesiłem na chwilę głos - … próba kontaktu?

Staliśmy na pokładzie czekając na dalszy rozwój wypadków. Nie czekaliśmy długo. Naraz na pokładzie naszego jachtu zaczęły się ukazywać postacie. Nie jakieś dziwotworne, ale zupełnie normalne postacie normalnych ludzi. Pięknych ludzi o idealnych proporcjach ciała. Trzech mężczyzn i trzech kobiet. Staliśmy mierząc się wzrokiem. To byli na pewno ludzie, a nie jakieś kosmiczne istoty. Ubrani byli w idealnie maskujące obcisłe stroje. Postąpiłem krok do przodu.
- Witam na pokładzie jachtu „Atlantis MMII” – powiedziałem spokojnym głosem po angielsku. – Czemu zawdzięczamy tą wizytę?

CDN.



[1] Akcja ta została opisana w opowiadaniu pt. „Cienie Tanis”.

sobota, 18 kwietnia 2015

SŁOŃCE W GŁĘBINACH (6)





Morze Norweskie


Tymczasem zbieraczki ropy zdołały uprzątnąć połowę paskudnego ładunku, który był następnie zbierany z powierzchni wody i przelewany z powrotem do zbiorników tankowców, które przewoziły ją na Islandię.

Ewakuacja mieszkańców wybrzeży Europy dobiegała końca. Wszyscy czekali na to, co miało się wydarzyć w ciągu następnego tygodnia. W Europie i Ameryce zaczęła się ostra wymiana ciosów pomiędzy ekologami a zwolennikami nieograniczonej ekspansji gospodarczej człowieka. Padały argumenty o różnym ciężarze gatunkowym i o mniejszej czy większej dozie emocji. Wszyscy zgodzili się do jednego – a mianowicie do tego, że tak dłużej być nie może. W dyskusji spalały się najtęższe umysły i przerzucały się coraz bardziej wymyślnymi tezami. Obojętnych nie było – po raz pierwszy Ludzkość naprawdę stała się jedną wielką skłóconą bo skłóconą, ale naprawdę rozgadaną rodziną. A póki ludzie chcą rozmawiać z innymi, to jest większa szansa na konsensus i pomyślne załatwienie wielu spraw…


Atlantyk – Morze Norweskie, 73°14’N – o13°30’E


Jak dotąd omijaliśmy większe skupiska ropy na wodzie idąc niemal wzdłuż wybrzeży Norwegii. Cały czas płynęliśmy z maksymalną prędkością trzydziestu węzłów i po dwóch dniach stanęliśmy w dryfie niemal nad wrakiem „Komsomolca”. Pogoda, dość paskudna, zaczęła nam wreszcie sprzyjać. Ustał chłodny wiatr, morze wygładziło się, a nad głowami zabłysło nam już niemal arktyczne słońce. Trzeciego dnia rankiem zaczęliśmy przygotowywać się do wypełnienia naszej misji.

- „Komsomolec” pod nami – odezwała się Atis.
- Atis, czy ROV jest gotowy? – zapytała Gemma która wraz z Naïs kierowała operacją dokonania oględzin wraka „K-278”.
- Gotowy i czeka na rozkaz zanurzenia – w głosie Atis nie wyczuwało się napięcia, które udzieliło się nam.
- No to zaczynamy – powiedziała Gemma ochrypłym z emocji głosem – No to lu, zanurzamy…

Zwisający na cieniutkim, ale bardzo mocnym, kevlarowym kablu ROV szybko zanurzył się w wodzie i na czołowym ekranie ukazał się obraz widziany oczami jego kamer. Pojazd zanurzał się coraz bardziej i woda go otaczająca powoli ciemniała, wreszcie zrobiło się czarno. Gemma włączyła reflektory ale niewiele to pomogło – ekran był nadal ciemny, tylko w toni wodnej migotały „płatki” podmorskiego „śniegu” – szczątków organicznych opadających na dno oceanu. Po godzinie opuszczania ROV-a Atis zameldowała, że znajduje się on dziesięć metrów ponad dnem. Gemma delikatnie ujęła w dłonie dźwigienki sterowania robotem i poruszyła nimi. Po chwili ujrzeliśmy wrak stojący na równej stępce. Gemma zapaliła dodatkowe światła i wrak ukazał się nam w pełnej krasie. Na czarnej powierzchni tu i ówdzie ukazały się rdzawe wykwity – korozja zaczynała swe dzieło zniszczenia. Od czasu do czasu odzywał się detektor promieniowania, ale jego natężenie nie przekroczyło nigdzie dopuszczalnych norm.

- Wygląda nieźle – orzekliśmy po dwóch godzinach oględzin i filmowania powierzchni kadłuba wraka.
- Hej! A to co? – milcząca dotąd  Naïs wskazała na jakiś punkt ekranu, poza odwzorowaniem wraku.
- Gdzie? – zapytałem błądząc wzrokiem po ekranie.
- Atis, możesz cofnąć zapis o minutę? – odezwała się znowu Naïs, w jej głosie usłyszałem emocję.
- OK., już cofam – i zapis cofnął się o sześćdziesiąt sekund. – Uwaga, puszczam!
- No to patrzcie teraz – Naïs wskazał palcem na ekran, nieco powyżej leżącego na dnie „Komsomolca” – widzicie???

Rzeczywiście, teraz i ja zobaczyłem, że przeźroczysta woda nabrała jakby ciężaru dziwnie w niej coś zamigotało. Zjawisko po chwili znikło, jakby rozpłynęło się w czarnej toni…
- No niech mię… - Gemma wpatrywała się ze zdumieniem w ekran. – daj proszę to jeszcze raz!
I znowu na ekranie ukazał się dziwny cień…
- Jakiś zgęstek wody i czegoś jeszcze, ale czego? Stadko meduz? Zawiesina? – Naïs zastanawiała się głośno.
- Atis, pomacaj tam sonarem – zadysponowałem.
- Aye, aye sir! – Atis włączyła sonar aktywny i rozległo się charakterystyczne pingowanie. – Nic tam nie ma… Chociaż?... nie… nie ma tam niczego…
- Co tam było? – zapytałem.
- Niczego poza słabym echem około piętnastu metrów nad dnem… - w głosie Atis usłyszałem jakby wahanie – ale to mogła być „poducha” słodkiej wody czy czegoś innego…
- Co innego? – zapytała ze zdumieniem Naïs.
- Zbiorowisko batyplanktonu – Atis miała wyraźnie zmartwioną minę.
- Na takiej głębokości – zastanowiła się głośno Naïs – no, niech ci będzie… - zgodziła się po dłuższej medytacji.
- No dobra! – Gemma zdecydowanie przerwała tą dyskusję – wyciągamy sprzęt i przesyłamy materiał do profesora.
- O w mordę! – jęknąłem – zapomnieliśmy o małym drobiazgu!
- O jakim? – trzy pary pięknych kobiecych oczu spoczęły na mojej twarzy.
- Pamiętacie, co się wydarzyło trzydziestego sierpnia dwa tysiące czwartego roku nieopodal Murmańska? – zapytałem.

Pierwsza zaskoczyła Naïs, potem Gemma. Pomimo opalenizny zbladły jak ściana.
- O Dios! – przecież tam leży wrak innego rosyjskiego atomowca, „K-159”! – wykrzyknęła Gemma z przerażeniem w głosie.
- Jak głęboko? – odezwała się Krystyna.
- Płytko – rzekłem – tam jest tylko dwieście trzydzieści osiem metrów, ale jest jeszcze reaktor i osiemset kilo paliwa jądrowego, jakieś dwadzieścia petabekereli, albo jak wolisz sześćset kilocurie[1]… Cholernie gorące.
- A w czym problem? – brwi Krystyny uniosły się do góry.
- A w tym, że na płytkich wodach szelfowych tsunami zaczyna pokazywać swoją niszczycielską siłę. W tym przypadku może rozwalić wrak okrętu i rozbić osłony biologiczne reaktora. Okręt nie ma uzbrojenia, ale te osiemset kilo uranu, to nie w kij dmuchał… - Gemma powoli wracała do siebie.
- Wprawdzie to jest prawie dwa tysiące kilometrów od punktu zero, a na dodatek zasłania ich Nordkapp, ale w takim przypadku trzeba dmuchać na zimne… - rzekła Naïs.
- Trzeba będzie ostrzec Rosjan – powiedziałem – ale jak? Zadzwonię do ich prezydenta i powiem tak: Szanowny panie prezydencie, mówi Daniel Laskowski, proszę ewakuować ludzi z okolic Murmańska, bo istnieje możliwość powstania tam radioaktywnej plamy…???
- Można poprzez profesora i Komitet Dziewiętnastu – rzekła Gemma.
- OK., w takim razie zróbmy to dla spokoju sumienia – odpowiedziałem i wydałem polecenia Atis. W kwadrans później wiadomość od nas wyświetliła się na laptopie profesora w jego biurze w Hamilton.

- To, co? – zapytała Gemma – kończymy zabawę i wyciągamy ROV-a?
- Sądzę, że tak – wzruszyłem ramionami – swoje zrobiliśmy, możemy tylko poczekać na fajerwerki. To będzie chyba za trzy dni?
- Tak, za trzy doby, dwanaście godzin, sześć minut – rozległ się aksamitny głos Atis.
- Patrzcie! – krzyknęła Naïs – to znowu się pokazało!
Rzeczywiście, obraz na ekranie jakby zafalował i pokazały się przez moment jakby jakieś zgęstki wody czy jakiegoś osobliwego żelu, który dziwnie załamywał światło reflektorów ROV-a… Po chwili wszystko znikło.
- Ciekawe, cholera – rzekła Gemma – może to jakaś nieznana nauce forma życia? Co nie? Naïs, kochanie, jest coś takiego?
- Osobiście się nigdy z tym nie spotkałam – Naïs wzruszyła ramionami – ale Wszechocean jest tak wielki, że w zasadzie wszystko w nim jest możliwe…

CDN.



[1] Czyli 20 PBq albo 600 kCi. Dla porównania promieniowanie po katastrofie w Czarnobylskiej EJ było mierzone w zaledwie w kilobekerelach (kBq) i dla radionuklidu cezu-137 wynosiło ono na terenie Polski maksymalnie ok. 90 – 100 kBq. Natomiast skażenia po katastrofie w Fukushimie mierzone są w petabekerelach, dzięki czemu jest ona uznana za najgorszą katastrofę nuklearną wszech czasów.   

piątek, 17 kwietnia 2015

SŁOŃCE W GŁĘBINACH (5)



Gdzieś w Andach


Niewysoki mężczyzna o czarnych włosach z charakterystycznym uczesaniem „w ząbek” i lewym przedziałkiem patrzył na ośnieżone szczyty gór tonące w księżycowym blasku. Za jego plecami coś zaszurało. Nocny referent położył teczkę na biurku.
- Mein Führer – odezwał się naglącym głosem – pilne depesze z Europy i Ameryki.
Trzeci klon Adolfa Hitlera odwrócił się.
- Czy…
- Ja, mein Führer – referent w czarnym esesowskim uniformie wyprężył się na baczność – katastrofa „Frei” umożliwi nam wreszcie wyjście z ukrycia…
Hitler otworzył teczkę i z zadowoleniem czytał depesze od swej amerykańskiej i europejskiej agentury.
- Możesz odejść – rzekł do wciąż wyprężonego referenta. – Aha, zawołaj mi tu Grossadmirala, ale szybko.
- Heil Hitler! – referent wyrzucił ramię do przodu w hitlerowskim pozdrowieniu i wyszedł.


Atlantyk    


- Szach i mat! – Krystyna postawiła zdecydowanym ruchem bierkę na kulistej szachownicy. – Wyskakuj z ciuchów, ale raz – dwa!
- No tak – pomyślałem – w starciu z jej intelektem przeciętny Ziemianin jest bez szans…

- Ehm, to ja sobie pójdę, e…,  spać – powiedziała Naïs tłumiąc śmiech. Objęła nas za szyję i ucałowała w policzki. – Bawcie się dobrze dzieciaczki – rzekła rozbawionym głosem i wyszła. Zostaliśmy sami.
- Masz na coś ochotę? – zapytałem. – Bo jeżeli idzie o mnie, to nie bardzo.
- Szczerze? – Krystyna spojrzała na mnie z uśmiechem w oczach – ja też nie.

Zgasiłem światło i położyliśmy się na sofie. Przykryliśmy się polarowym kocykiem. Krystyna objęła mnie, a ja przygarnąłem ją do siebie. Przytuleni leżeliśmy słuchając swych oddechów i plusku wody szorującej o kadłub. Za oknem błyszczała miriadami gwiazd atlantycka noc. Przymknąłem oczy rozkoszując się chwilą. Mimo tego, że byłem z Krystyną dwa lata, to wciąż nie mogłem oswoić się z myślą, że to pulsujące ciepłem i życiem ciało  pięknej, mądrej i odważnej kobiety jest tylko powłoką, w której znajduje się złocista Istota z Gwiazd…
- Biedna Naïs – rzekła Krystyna – musi dzisiaj spać sama.
- Wykosiłaś ją – uśmiechnąłem się w ciemności.
- A pewnie! – uśmiechnęła się także – ty jesteś mój. Przynajmniej na tę noc.
Przytuliła się mocniej.
- Możesz mi coś powiedzieć? – zapytałem.
- Uhm… - skinęła głową.
- Czym było to… to UFO, które widziałem wtedy na Księżycu?[1]
- Ach, tamto nad Czarnym Miastem? – uśmiechnęła się znowu. – To była nasza lotka. Chcieliśmy, żebyś odkrył ten pędnik i powiedział o tym ludziom. To wam otworzy bramę do Wszechświata… Oczywiście nie tak szybko, jak ci się wydaje. To trochę potrwa.
- Naprawdę? – ucieszyłem się.
- Naprawdę – zapewniła mnie – masz na to moje słowo.
Pocałowałem ją w policzek, a ona oddała mi pocałunek w usta.
- A czy poniesiesz jakieś konsekwencje za tych zabitych ludzi w czasie ostatniej akcji w Tunezji?
- Kochanie, zabicie istoty rozumnej na każdym szczeblu rozwoju jest – powiedziała powoli i dobitnie – jak wy to mówicie, grzechem śmiertelnym. Konsekwencje oczywiście poniosę, ale w tym przypadku także czynnikami łagodzącymi są okoliczności tego rodzaju, że broniłam ciebie, mój kochany, i oczywiście siebie. Ale o tym zadecyduje sąd.
- To u was są sądy?
- Oczywiście, a co? Myślałeś, że nasze społeczeństwo jest idealne? W porównaniu z waszym wydaje się takie być, ale wcale tak nie jest – mówiła spokojnym tonem – bowiem choć nie ma zbrodni i wykroczeń w waszym pojęciu, to zdarzają się inne hmmm… - czyny sprzeczne z obowiązującymi prawami. I te są osądzane.
- A kary? – zapytałem. – Jakie kary są orzekane?
- Różne w zależności od wagi przestępstwa, najczęściej dla kogoś karą jest już sam fakt stanięcia przed sądem. Ale przede wszystkim ten ktoś musi wynagrodzić, naprawić krzywdę wyrządzoną. To jest podstawa – rzekła – i tylko tyle ci mogę powiedzieć.
- Jasne, już o nic nie pytam.
Milczeliśmy z policzkiem przy policzku. Gładziłem delikatnie jej włosy, a ona wtuliła twarz między mój policzek a ramię, a jej oddech grzał moją szyję. Po paru minutach oboje osunęliśmy się w ciepłe objęcia snu.


Morze Norweskie


Plama powoli znikała w zasysających ją gardzielach morskich „odkurzaczy”, które zbierały ją mila za milą z powierzchni wody. USS „Mizar” wysłał pomyślny meldunek do swego dowództwa, w którym donosił o tym, że zakończył się spadek prędkości Golfstromu, który płynął teraz leniwie z prędkością jednej czwartej węzła, ale płynął. Nie zatrzymał się, ani nie zmienił kierunku swego ruchu, co uznano za dobry prognostyk.

Przygotowywano się do ataku nuklearnego na plamę, z wybrzeży Islandii, Norwegii i Szkocji ewakuowano ludzi przenosząc ich w wyżej położone miejscowości. To właśnie dlatego panowała nadzieja, że dzięki temu uniknie się kolejnego zlodowacenia…


Andy – Festung Anden


- Meine Herren! – głos Trzeciego Hitlera podniósł się o parę tonów wyżej i stał się krzykliwy. – Zaczynamy naradę wojenną. Głos ma Grossadmiral Dönitz.
Trzeci klon Wielkiego Admirała Czwartej Rzeszy podniósł się z miejsca.
- Panowie! – zaczął uroczystym tonem – Jak zapewne wiecie, parę dni temu doszło na Północnym Atlantyku do katastrofy największego tankowca świata – „Frei”, który wiózł w swych zbiornikach milion ton ropy naftowej z przeznaczeniem dla Islandczyków. Wskutek kolizji z wycieczkowym statkiem pasażerskim, „Freia” poszła na dno, a ładunek w morze. Powstała plama wydłuża się niemal do Wyspy Jana Mayena i zmierza w kierunku Spitzbergenu i Wyspy Niedźwiedziej, a  w ciągu kilku dni będzie w Murmańsku i Archangielsku. Część ropy wyrzuciło morze na plaże Islandii w okolicy wysepki Vestmannaeyjar i portu Haimaey i dalej na wschód od nich. Ale to zaledwie ułamek procenta tego, co teraz niesie się na Morze Norweskie. Jak powiedział to nasz ukochany Führer -  Dönitz skłonił się w stronę Hitlera – jest to doskonały moment do wypowiedzenia wojny całemu temu zgniłemu światu! – zakończył z emfazą.

Pochylił się nad stołem i rozłożył ogromną mapę Morza Norweskiego.
- Panowie! – podjął – mam zaszczyt zapoznać was z planem operacyjnym „Loki”, który będzie dla nas początkiem Powrotu.
- Dlaczego akurat Loki? – zapytał jeden z milczących dotąd generałów.
Dönitz uśmiechnął się złośliwie i z wyższością.
- Loki albo Logi – powiedział z ironią – to w mitologii nordyckiej bóg zniszczenia, śmierci i oszustwa, również bóg ognia. Skandynawskie Loughi znaczy tyle, co płomień. Syn Farbauti i Laufey. Loki posiadał zdolność przemiany w łososia, konia, ptaka, pchłę i tak dalej, włącznie ze zmianą płci. Zrodził czy stworzył największe potwory - wielkiego wilka Fenrisa albo Fenrira, węża Midgardsorma i boginię umarłych Hel. Nigdy do końca nie trzymał z żadną ze stron, nawiasem mówiąc oprócz Ragnaroku, gdy wreszcie opowie się przeciw bogom i powiedzie na nich olbrzymów. Towarzyszył Thorowi w wielu wyprawach po świecie, podarował Odynowi Sleipnira - ośmionogiego bardzo szybkiego rumaka. Małżonką Lokiego była Sigyn. Bogowie, mając Lokiego za szaleńca i psotnisia, wybaczali mu wiele złych uczynków, ale kiedy przyczynił się do zabicia Baldura boga piękna, przykuli go do skały, gdzie musiał odkupić swój uczynek, przykuty łańcuchami tak, żeby padał na jego twarz okropny jad węża znajdującego się nad nim. Jego wierna żona Sigyn trzymała misę nad twarzą Lokiego i gdy ta napełniała się, Sigyn opróżniała ją - wtedy kropla jadu docierała do twarzy Lokiego i ten, trzęsąc się z bólu, powodował trzęsienie Ziemi. Wierzono, że w końcu Loki wyswobodzi się z więzów i zapragnie zemsty. Bitwa Ragnarok rozpocznie się przypłynięciem do Asgardu czyli stolicy bogów, armii umarłych. Loki zginie w Ragnaroku walcząc z bogiem strażnikiem Heimdallem zabiją się nawzajem - będzie to pierwsza wielka walka w Ragnaroku. Takie rzeczy trzeba wiedzieć – moi panowie.
- A zatem kłamstwo, oszustwo, zniszczenie śmierć i … ogień – powiedział spokojnie ten sam generał. – Czyżby było przewidziane użycie broni jądrowej?
- Tak generale. Ale nie naszej, ale tego, co znajduje się tam – palec Grossadmirala powędrował tam, gdzie na mapie czernił się znaczek przedstawiający wrak okrętu. – To jest wrak okrętu „K-278 Komsomolec”, który zapewni nam Wielki Powrót! A teraz zrobimy tak…


Atlantyk


Otworzyłem oczy i wstałem. Ciekawy byłem, gdzie jesteśmy, więc ubrałem się, a następnie poszedłem na mostek, gdzie była właśnie Naïs i cudowny aromat świeżo parzonej kawy.
- Cześć! – powiedziałem – nalejesz mi też?
- Cześć, oczywiście – Naïs nalała mi kubek aromatycznego płynu. – Jak po nocy?
- A dziękuję, dziękuję – odpowiedziałem przeciągając się dyskretnie. Roześmiała się.
- Powiedz mi, ale szczerze – zapytała – jak wy to robicie, że się nie kłócicie. Jeden facet, trzy kobiety, każda inna i…
- …i jakoś się dogadujemy? – wpadłem jej w słowo – nie wiem. Nie mam pojęcia. Może dlatego, że żadne z nas nie ma rodziny i stanowimy rodzinę dla siebie? No i wszyscy w jednym zespole robimy coś, co naszemu życiu nadaje sens, a to jest bardzo dużo.
- No tak – rzekła po namyśle – masz rację, bo trzyma nas ze sobą nie tylko seks i wzajemna fascynacja…
- Jest coś nowego? – zapytałem, by zmienić temat.
- Atis twierdzi, że plama przestała się rozprzestrzeniać i zbieraczki już ją zmniejszają.
- No to dobra wiadomość – powiedziałem.
- Jest jeszcze druga dobra wiadomość – usłyszałem głos Atis – a mianowicie taka, że prędkość Golfstromu nie zmieniła się od ostatniej doby, co pozwala mieć nadzieję, że przejdzie wasz wariant użycia jednej średniej mocy głowicy nuklearnej.
- A gdzie jesteśmy? – zapytałem.
- Pod Islandią, do celu zostały nam mniej więcej dwa dni żeglugi – odpowiedziała Atis.     

CDN.      




[1] Zob. opowiadanie pt. „W kryształowej dżungli Księżyca” - http://wszechocean.blogspot.com/2014/06/w-krysztaowej-dzungli-ksiezyca-1.html i dalsze.

czwartek, 16 kwietnia 2015

SŁOŃCE W GŁĘBINACH (4)



Morze Norweskie


Wędrująca plama ropy zawędrowała na Morze Norweskie i tam zaczęła się zatrzymywać. Norwescy rybaczy ze zgrozą patrzyli na wciąż ekspandującą czarno-brunatną plamę cuchnącej cieczy. W jej śmierdzących objęciach ginęły ptaki morskie i ryby. Toksyczne wyziewy zatruwały wodę i powietrze.

USS „Mizar” skierował się ku środkowi akwenu. Wody były tutaj o wiele cieplejsze i wysłodzone, niż wskazywały na to poprzednie pomiary, a ruch wody był niemal minimalny… Golfstrom zamierał, a czarna plama powiększała jeszcze bardziej nadmiar ciepła. Efekt szklarniowy przenosił się z atmosfery do hydrosfery. Bomba zegarowa zaczęła tykać coraz głośniej i coraz szybciej… Z przekazywanych do Ameryki informacji wyłaniał się coraz ciemniejszy obraz katastrofy.


Bermudy – port Hamilton


- Mam dla was dwie wiadomości – zaczął profesor Milczarek – jedną dobrą: zbieraczki ropy wypłynęły na Morze Norweskie i zaatakowały plamę od południa. Druga jest gorsza – plama w dalszym ciągu się rozprzestrzenia i powoduje efekt cieplarniany pod powierzchnią Morza Norweskiego. Jest to jeden z przypadków, w którym ilość przechodzi w jakość. Niestety na naszą niekorzyść. Oczyszczanie oceanu przychodzi z trudnością i potrwa dwa tygodnie. W tym czasie może się wydarzyć wszystko. Stąd prośba…
Spojrzeliśmy po sobie. A zatem wizyta u profesora wiązała się z kolejnym zadaniem.
- … chodzi o to, byście monitorowali dla nas, dla Komitetu cały przebieg akcji zbierania plamy i uruchomienia Golfstromu – zakończył.
- No tak, tego się mogliśmy spodziewać! – wyrwało mi się.
- Owszem, ma pan całkowitą rację – rzekł profesor – ale proszę nas zrozumieć, nie możemy liczyć na nikogo, poza wami.
- Ou, jak miło – rzekła Krystyna z uśmiechem – oczywiście pojedziemy tam.
- Szalenie się cieszę – rozpromienił się profesor – nie wiem, jak wam dziękować.
- Jasne, nie ma za co – mruknąłem – niech tylko mi pan powie, profesorze, gdzie ma być zdetonowany ten ładunek?
- Tam, gdzie to zaleciliście – odrzekł – na zerowym stopniu długości i siedemdziesiątym stopniu szerokości północnej. W optymalnym miejscu. Głębokość odpalenia ładunku – tysiąc metrów…
- Cholera, niedaleko od tego miejsca jest wrak okrętu podwodnego „K-278”, tego nieszczęsnego „Komsomolca”! A on ma szesnaście rakiet i dwie torpedy z głowicami nuklearnymi… Miejmy nadzieję, że to nie stanie się przyczyną kolejnego dramatu.
- Raczej eko-katastrofy – rzekła Naïs.
- Gdzie leży ten ka-ileś-tam? – zapytała Gemma.
- W Morzu Norweskim, sto osiemdziesiąt mil na południowy zachód od Wyspy Niedźwiedziej – powiedziałem – czyli na siedemdziesiątym trzecim stopniu i czternastej minucie szerokości północnej oraz trzynaście i pół stopnia długości wschodniej. Będzie jakieś pięćset kilometrów od punktu zero…
- Ale fala tsunami… - Naïs nie była przekonana.
- Nie będzie tak silna na dnie, przecież to tylko jedna megatona… - wzruszyłem ramionami.
- No i o to chodzi – wpadł jej w słowo profesor – trzeba będzie dokonać inspekcji wraka przy pomocy ROV, rzecz jasna.
- O Dios! – nie wytrzymała Gemma – czy nie ma już bardziej specjalistycznych jednostek do tej roboty…???
- Oczywiście są – odparł profesor – ale nam chodzi o kogoś, kto potrafi trzymać język za zębami…
- OK. - powiedziałem widząc, że szykuje się kolejny spór – kiedy mamy wypłynąć i ile mamy czasu?
- Kiedy? – profesor uniósł brwi – przedwczoraj rzecz jasna, a co do czasu, to wszyscy mamy go coraz mniej…


Nowy Jork – siedziba ONZ


W luksusowym gabinecie z oknami wychodzącymi na Hudson River  ośmiu mężczyzn i dwie kobiety zajmowało fotele, a siedzący za biurkiem mężczyzna patrzył na nich z wytężoną uwagą, jakby chciał przeniknąć ich myśli. 
- A zatem nie ma innego wyjścia, jak użycie ładunku nuklearnego? – siedzący za biurkiem sekretarz generalny ONZ z niezadowoleniem pokręcił głową.
- Nie ma panie sekretarzu generalny – rzekł przewodniczący speckomisji powołanej ad hoc w związku z kryzysem wywołanym przez katastrofę „Frei”.
- A co z leżącymi tam na dnie oceanu wrakami okrętów podwodnych o napędzie atomowym? – sekretarz zadał kolejne pytanie – czy istnieje stuprocentowa pewność, że nie dojdzie do dodatkowego skażenia, kiedy fale udarowe eksplozji uderzą w dno Morza Norweskiego?
Specjaliści z komisji przez moment szeptali pomiędzy sobą, w końcu wstał doktor James Sarner – atomista.
- Teoretycznie zagrożenie takie istnieje – rzekł powoli – z tego, co nam wiadomo w okolicy znajduje się tylko jeden wrak, okrętu podwodnego „K-278 Komsomolec”, który zatonął w kwietniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, nieopodal Wyspy Niedźwiedziej. Ostatnia inspekcja Norwegów wykazała, że wrak jest w dobrym stanie i może to wytrzymać, a zatem zagrożenie jest minimalne.
- Ale istnieje?
- Tak jest panie sekretarzu generalny – Sarner skinął głową – istnieje… Niestety

Na biurku sekretarza zadzwonił telefon. Telefonowała sekretarka.
- Panie sekretarzu generalny – powiedziała – profesor Marcin Mielczarek na ósmej linii.
Sekretarz wcisnął przycisk i przez moment słuchał tego, co oddalony o setki kilometrów polski uczony mówił do niego.

Po chwili odetchnął głęboko, a jego twarz pojaśniała. Energicznie położył słuchawkę telefonu. Wyprostował się i potoczył wzrokiem po członkach komisji.
- Proszę państwa! – rzekł – właśnie dostałem wiadomość, że na akwen Morza Norweskiego płynie specjalna inspekcja pod egidą ONZ, która dokona jeszcze jednych oględzin wraka „Komsomolca”. A zatem bądźmy dobrej myśli.

Nikt ze zgromadzonych nie wiedział, że sekretarz generalny ONZ był jednym z prominentnych członków Komitetu Dziewiętnastu…


Ocean Atlantycki – pomiędzy Bermudami a Islandią


- No i znów zaczęło się ratowanie świata – powiedziałem do Gemmy, która obejmowała po mnie wachtę na mostku „Atlantis MMII”.
- Jak ja to kocham – Gemma pocałowała mnie w policzek. – Życzę ci słodkich snów.

Wyszedłem na pokład. Byliśmy gdzieś na wysokości Nowego Jorku i na maksymalnej prędkości szliśmy w kierunku Islandii, by ominąć ją od południa i wejść na wody Morza Norweskiego. Pogoda tak dotąd piękna zepsuła się. Spowolniający Golfstrom oddawał więcej ciepła na niższych szerokościach geograficznych i tropikalne niże zaczynały się rozkręcać już na średnich szerokościach geograficznych, gdzie zaczynały swój marsz ku Europie, w której dzięki nim pogoda stawała się absolutnie nieprzewidywalna. Maszyna pogody działająca od tysięcy lat zaczynała się rozpadać, a z chaosu zaczynał wyłaniać się nowy porządek rzeczy. Problem polegał na tym, ze nie można było nawet przewidzieć, co się z tego urodzi… 
                                                  
Przed wyjazdem profesor Milczarek wręczył mi mapę z dokładną lokalizacją wraka „Komsomolca”. Zadanie z pozoru było bardzo proste. Trzeba było podejść do wraka i obejrzeć go przy pomocy kamer ROV-a, a potem materiał filmowy i fotograficzny przesłać do Instytutu przez satelitarne łącze. W praktyce trudność polegała właśnie na tym, żeby w czasie tej operacji była ładna pogoda. Oczywiście w przypadku sztormu mogliśmy podjąć się tej operacji, ale wiązało się to ze znacznym ryzykiem utraty ROV-a. A na to nie mogliśmy sobie pozwolić.

Zszedłem do saloniku. Krystyna i Naïs grały w brydża z dwoma dziadkami. Na mój widok uśmiechnęły się.
- Mamy dla ciebie propozycję – odezwała się Naïs robiąc oko do Krystyny – może zagramy w pokera?
- Rozbieranego? – zapytałem. – Może w szachy?
- Rozbierane??? – roześmiały się – A czemu nie!
- No, za figurę jeden ciuch mniej – zaproponowałem – a kto wygra, ten dyktuje swoje warunki w łóżku.
- No, to zabrzmiało rozsądnie – Krystynie rozbłysły oczy. – Ja pierwsza!
- No to ja kibicuję – Naïs rozparła się wygodnie na fotelu.
- Czy wy… tak na serio? – zapytałem niezbyt pewnym głosem. Rozbierane szachy wydawały mi się być profanacją tej królewskiej gry.
Powiedziałem im to.
- A czemu nie? – odrzekła Naïs – Jak nie szachy, to proponuje wam ultimę.

Ultima to bardzo ciekawa gra podobna do szachów wymyślona przez amerykańskiego matematyka Roberta Abbota, ale z zupełnie innymi figurami i zasadami gry. Piony poruszają się jak wieże w konwencjonalnych szachach, ale bicie następuje przez pojmanie, a nie przelot poprzez pole zajmowane przez bierkę przeciwnika. Miejsce prawej Wieży zajmuje Koordynator, który porusza się jak szachowa wieża, ale bije w dość nietypowy sposób – poprzez ruch na pole, które daje możliwość skrzyżowania się dwóch prostych biegnących od Króla i Koordynatora. Bierka przeciwnika, która znajdzie się na ich przecięciu jest bita. Sam Król porusza się, jak Król w królewskiej grze, ale Hetman czyli Królowa porusza się – owszem – jak Hetman, ale bije poprzez cofanie się od bierki przeciwnika – stąd jej nazwa – Cofacz. Lewa Wieża to Smok – Smok porusza się jak konwencjonalna Wieża, ale… nie bije żadnych bierek, tylko paraliżuje je stając przy nich. Skoczki stoją na miejscach szachowych Koni, ale poruszają się jak Hetman i biją w przelocie. No i wreszcie kolejna już ostatnia osobliwość tej ciekawej gry – Kameleony, które poruszają się jak Hetman, ale biją tak, jak biją atakowane przez nie figury i piony, stąd ich nazwa. Poza tym dwa Kameleony nie zbijają się.


Najpierw graliśmy konwencjonalnymi bierkami szachowymi, ale Naïs wpadła na pomysł połączenia ultimy z szachami Makarenki, rozgrywanymi na kulistej szachownicy. I wtedy rozgrywka stała się naprawdę interesująca.

CDN.