środa, 18 września 2019

Kolizja polskiego promu w Karlskronie




Michael Toll


Prom pasażerski był o sekundę od kolizji ze statkiem w Karlskronie. Zarówno Straż Przybrzeżna, jak i służby ratunkowe zostały powiadomione o miejscu zdarzenia.
- To było okropne - mówi jedna osoba na promie.

W poniedziałek o godzinie 10:03 CEST ogłoszono alarm, że prom Stena Line mógł wpaść na norweski statek w porcie w Karlskronie.
- Nie mamy żadnych informacji na temat obrażeń ciała - jak mówi Sofie Schmidt - po alarmie SOS, ekipa ratunkowa jest już w drodze na miejsce wypadku.
Świadek na pokładzie promu Stena Line mówi dla „Aftonbladet”, że to nie była awaria. Z drugiej strony jeden ze statków uległ awarii.
- Czułem, że coś się dzieje, bo był huk. Zatrzęsło nieco nami, a potem stanęła maszyna promu - mówi osoba, która uważała, że incydent był nieprzyjemny.
- To było nieco paskudne. Płynęliśmy do innego statku. Myślę, że byliśmy około 30 metrów, ale czułem, że był bardzo dobry w ruchu i unikaniu zderzenia.
Nie ma podejrzeń o przestępstwo, a policja nie bierze udziału w sprawie. Nie ma również informacji na temat wycieków na statku lub promu Stena Line. Nie zgłoszono żadnych obrażeń pasażerów ani załogi.
- W ostatniej chwili udało im się uniknąć awarii. Było blisko, ale wszystko poszło dobrze - mówi Kent Hoff z pogotowia ratunkowego z Östra Blekinge.





Komisja ds. Wypadków na Morzu bada incydent


Relacje świadków na temat incydentu w Verköhamnen w Karlskronie, który początkowo został opisany jako zderzenie promu pasażerskiego ze statkiem pomocniczym są rozbieżne.

Państwowa Komisja ds. Badania Wypadków zbada, co się stało.

Według wstępnych informacji doszło do niewielkiej kolizji, gdy polski prom Stena Line MF Stena Spirit najechał na norweski statek roboczy MV NKT Victoria w pobliżu nabrzeża. Ale obraz tego, co się stało, nie jest jasny.
- Stena Line mówi, że nie są pewni, czy doszło do kolizji, a Victoria twierdzi, że miała ona miejsce. Stena myślała, że uciekli na boi, a nie na samym statku, ale należy to zbadać - mówi Marilyn Tamminen, operator centrum dowodzenia Straży Przybrzeżnej.

Fakt, że oba statki zbliżyły się do siebie, był najprawdopodobniej spowodowany awarią maszyny w silniku pomocniczym w połączeniu z silnymi wiatrami, stwierdza Kent Hoff w służbie ratowniczej w Östra Blekinge.
Nie zgłoszono żadnych obrażeń.


Przekład ze szwedzkiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

wtorek, 17 września 2019

Oscar wyciągnął tajemniczą rybę w północnej Norwegii




Helena Sjögren


Oscar Lundahl (lat 19) wraz z kolegą łowił ryby w głębokiej wodzie w czasie wyprawy na ryby w północnej Norwegii. Na głębokości 800 metrów złapała się wielkooka ryba, dzięki czemu chłopak z Bjärred stał się światową gwiazdą.
- Podczas połowów na takich głębokościach tak naprawdę nie wiesz, co złapiesz - mówi Oscar Lundahl.

Oscar Lundahl ze Bjärred w Skanii, zaczął łowić ryby już jako mały chłopiec. W wieku 9 lat łowił po raz pierwszy w północnej Norwegii.

Od dwóch lat pracuje jako przewodnik wędkarski na tym obszarze.

Tam też, w północnej Norwegii, kilka tygodni temu dokonano nieco dziwnego połowu. Oscar Lundahl i kolega Jørgen Zwilgmeyer wyszli tego dnia w porze lunchu.
- Pogoda była dobra. Nie kołysało zbytnio, co jest ważne, gdy łowimy na tych głębokościach. 

Oscar Lundahl mówi, że łódź musi się całkowicie się zatrzymać, aby można było rozwinąć linki wędzisk. Linka w tych połowach ma prawie tysiąc metrów długości.

Zajęło 30 minut, aby je wyciągać. Celem dnia było złowienie niebieskiego halibuta - co jest rzadkie. Kiedy osiąga dno na głębokości 800 metrów, prawie 30 minut czeka się na wyciągnięcie połowu.

Ryba, która pojawiła się na powierzchni, była prawie jak kosmita z wielkim okiem.
- Kiedy łowisz na tych głębokościach, tak naprawdę nie wiesz, co złapiesz. Nie miałem pojęcia, co to jest za ryba, ale mój kolega wiedział - mówi Oscar Lundahl.

Ryba, która w języku norweskim nazywa się zimna jak lód, ale w języku szwedzkim jest określana jako ogoniasta, jest rybą głębinową w rodzinnych szkolnych atlasach ryb.


- Według mitologii greckiej ma głowę lwa i ogon latawca. Teraz nie znam żadnego smoka, ale wyobrażam sobie, że to trochę przypomina tę rybę. Niezwykle ciernista. Ryba kosmitka.

Ponieważ nie można było wypuścić z powrotem tak głęboko złowionej ryby, wędkarze wynieśli ją na brzeg i ugotowali.
- Była dobra. Mówi się, że jest to najbardziej aromatyczna ryba.
I chociaż ryba jest spożywana, na zdjęciu widać Oscara Lundahla i jego połów, które wykonał kolega Jørgen Zwilgmeyer. Zaczęło ono nawet żyć własnym życiem. Mówią o nim media z całego świata.
- To jest totalnie chore, ale i zabawne - mówi Oscar Lundahl.

Ale nie spodziewa się, że w najbliższej przyszłości zbierze więcej tego rodzaju ryb. Jego ulubiony połów, „zwykły” halibut, pozostaje na znacznie płytszej wodzie.
- W tych połowach jest trochę więcej adrenaliny. To naprawdę staje się czymś bardzo fajnym, bo ryba może ważyć nawet 300 kilogramów i są to tylko mięśnie - mówi Oscar Lundahl

Wiadomości SVT Skåne jako pierwsze zgłosiły ten nietypowy połów.


Przekład ze szwedzkiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 16 września 2019

Psychografia: Pod dyktando z Tamtego Świata




Walerij Safronow


Czy istnieje życie po śmierci? Religia na to pytanie odpowiada twierdząco, oficjalna nauka – przecząco. Kto ma rację, kto nie – oto pytanie! – wszak z Tamtego Świata, jak to się powiada, nikt jeszcze nie wrócił. Tym niemniej stamtąd przychodzą wieści, np. przy użyciu pisma automatycznego, kiedy to człowiek pomimo swej woli zapisuje na papierze różne informacje, która bierze się sama z siebie. I co to są za „posłania z Tamtego Świata”?


Dwoma rękami


W drugiej połowie XIX wieku przez kontynent europejski przeleciała sława Amerykanki Elizabeth Hope, bardziej znanej pod pseudonimem Madame d’Esperanza. Medium i jasnowidka, wróżka i przepowiadaczka przyszłości najbardziej zdumiewała publiczność swymi psychograficznymi możliwościami. Madame d’Esperanza mogła zajmować się pismem automatycznym i pisać jednocześnie obydwoma rękami, w zupełnej ciemności zapisywała napływające skądinąd teksty w różnych językach, rysowała także dokładne portrety nieznanych jej ludzi. Pracowali z nią znani uczeni, w tym niemiecki prof. Friedrich Zolner i prof. Barcas z Newcastle. Oni twierdzili, że otrzymywali od Hope dokładne odpowiedzi na różne pytania z historii, anatomii i sztuki.


Na głos wyższej siły


W literaturze światowej znajduje się niemało pisarzy i poetów, którzy tworzyli swe dzieła pod myślowe dyktando albo w stanie jakiegoś ekstatycznego transu. Tak angielski poeta William Blake przyznał się pewnego razu, że swe poematy „Milton” i „Jeruzalem” napisał pod dyktando z jakiegoś innego świata. Założycielce Towarzystwa Teozoficznego – Jelenie Bławatskiej – podyktowano z góry jej założycielską i całkiem obszerną pracę „Sekretna doktryna”. Według jej słów, teksty te „naszeptali” jej mahatmowie - wielcy indyjscy nauczyciele. Za pośrednictwem pisma automatycznego otrzymywali wskazówki Emmanuel Svedenborg i Jelena Roerich. Sam Albert Einstein twierdził, że także posługiwał się tą mistyczną metodą – sic!   


W transie


Jeden z najbardziej jaskrawych przykładów pisma automatycznego jest związany z amerykańskim pisarzem Morganem Robertsonem. Większą część życia spędził na żegludze morskiej, a potem osiadł w Nowym Jorku. Jego opowiadania marynistyczne cieszyły się u czytelników wielka popularnością.  Pewnego razu przyznał się reporterowi, że został pisarzem całkiem zwyczajnie. Tak to w czasie rejsów, kiedy nie mógł spać, wziął blok i zaczął pisać list do domu. A następnego dnia obudziwszy się, ze zdumieniem odkrył, że zamiast listu napisał opowiadanie o statku, który wpadł w sztorm. Jak to się stało, tego Robertson nie pamiętał.

Potem, już jako znany pisarz, siadał za maszyną do pisania nie mając najmniejszego pomysłu na to, co chciałby napisać. Po prostu siedział położywszy dłonie na klawiaturę. Mijały godziny, po których Morgan pogrążał się w trans, nastrajając się na określoną falę i zaczynał klepać w klawisze absolutnie nie wiedząc, o czym będzie jego nowe opowiadanie.[1]

Zadziwiające jest to, że na 14 lat przed katastrofą Titanica, Morgan Robertson opublikował opowiadanie „Zagłada Tytana[2] o ogromnym, przepięknym liniowcu, który zatonął wskutek zderzenia z górą lodową. W nim w detalach opisał to, to rzeczywiście zdarzyło się ze słynnym parowcem RMS Titanic w 1912 roku, i nawet dokładnie przewidział liczbę pasażerów na tym statku – 3000 ludzi. Jak to się stało, tego Robertson wyjaśnić nie mógł.


Posłania od mnichów


W 1907 roku angielski archeolog i psychotronik Frederick Bligh-Bond postanowił rozkopać ruiny opactwa w Glastonbury w Wk. Brytanii. Wedle podań, to tam właśnie został pochowany legendarny król Artur i jego ukochana Ginevra. Glastonbury Abbey zostało zburzone przez króla Henryka VIII, który był zajadłym przeciwnikiem Kościoła katolickiego, dlatego główna trudność polegała na tym, że archeolog nie miał punktu początkowego dla prac wykopaliskowych, a bez tego rozpoczynanie robót ziemnych nie miało jakiegokolwiek sensu. Poszukiwania z starych archiwach niczego nie dały. I wtedy Bligh-Bond zdecydował zaprosić do poszukiwań swego starego przyjaciela – kpt. Bartletta, który twierdził, że może on przyjmować wskazówki przy pomocy pisma automatycznego.  

W czasie pierwszego seansu ołówek psychografa napisał jedyną, nierówną linijkę: Wszelka wiedza jest wieczna i dostępna szczerym wysiłkom umysłu. Ale potem posłania z Tamtego Świata posypały się jak z rogu obfitości. Posiłkując się danymi medium, robotnicy Bligh-Bonda szybko rozkopali ruiny dawnych budowli opactwa i innych im towarzyszących.

W ciągu 10 lat, póki trwały wykopaliska, Bligh-Bond i Bartlett za pomocą pisma automatycznego otrzymali setki wiadomości od nieznanych korespondentów. Przede wszystkim zdumiewała dokładność, z którą opisano różne budowle, literalnie co do cala.

Oczywiście, że w czasie trwania tak długiej „współpracy”, Bligh-Bond i Bartlett nie mogli nie zainteresować się, kto też dzieli się z nimi wyczerpującymi danymi. W odpowiedzi ołówek napisał, że odpowiadają mnisi zamieszkali w opactwie od dnia jego założenia.

W 1933 roku, Frederick Bligh-Bond wydał książkę „Wrota pamięci”, w której zacytował on te posłania z Tamtego Świata, które były całkowicie potwierdzone przy wykopaliskach.


Mamy kontakt!


Psychotronicy twierdzą, że psychografowie otrzymują swe informacje z noosfery, albo innymi słowy z ψ-oceanu czyli globalnego pola informacyjnego.[3] Ale jakbyśmy to nie nazwali, to wiadomo, że chodzi o jedno i to samo: o bank danych, gdzie zebrano wszystko, co się wydarzyło w obecności Ziemian. I właśnie stamtąd można czerpać wszelkie informacje. Wszak w globalnym polu informacyjnym znajdują się świadectwa o wszystkim, co było w Przeszłości na naszej planecie, dzieje się teraz i stanie się w Przyszłości i być może w całym bezkresnym Wszechświecie.

Aktualnie wielu parapsychologów skłania się do myśli, że u każdego człowieka jak u każdego biologicznego systemu jest energoinformacyjny sobowtór. Powstaje on w chwili jego narodzin w rodzaju swoistej matrycy komputerowej, która zabezpiecza prawidłowe funkcjonowanie swego biologicznego przedmiotu. A do tego, by zabezpieczyć człowieka, tenże sobowtór powinien istnieć niezależnie od swego biologicznego systemu, tzn. nie znajduje się w środku, ale poza jego ciałem fizycznym. Ponadto ów energoinformacyjny sobowtór, czy jak to nazywają jeszcze - energetyczna esencja nie ginie w chwili śmierci naszego ciała fizycznego, pozostając wciąż aktywnym przedmiotem.

Z punktu widzenia religii, to jest nic innego jak dusza. Oczywiście o żadnym Raju czy Piekle jako o miejscu jej przebywania nie ma co mówić. Znajduje się ona w tym informacyjnym polu i jest jedną niezliczonej liczby komórek tego banku danych. W czasie życia człowieka do takiego energetycznego sobowtóra nieprzerwanie płyną dane o wszystkim, co doświadcza jego „podopieczny” w otaczającym go świecie. Dane te tworzą bezbrzeżne morze informacji, które tworzy globalne pole, skąd trafiają one do psychogramów.

Jeżeli ten nasz sobowtór istnieje wiecznie, to można założyć, że po śmierci ciała jest on w stanie ustanowić informacyjny kontakt z innymi żywymi ludźmi. Do tego wirtualni korespondenci maja zwyczaj występować incognito, jakby dając do zrozumienia, że jest im dokładnie wszystko jedno, co pomyślą o nich ludzie.


Słaba ochrona


A co się dzieje z „osieroconymi” duszami posyłającymi wiadomości bez odpowiedzi w nasz świat, dlaczego psychogramy wysyłane są do nich albo innych konkretnych ludzi? Odpowiedzią jest najnowsze odkrycie biofizyków i neurofizjologów. Nie wdając się w detale, sens tego odkrycia kryje się w tym, że nasz mózg sam z siebie ekranuje się od zewnętrznych promieniowań elektromagnetycznych, w tym także od fal napływających od globalnego pola, inaczej by zginął od nadmiaru informacji.[4] Jednakże niektórzy ludzie mają osłabioną tą ochronę – od czasu do czasu albo stale i dlatego przyjmują oni psychogramy, których autorami są wirtualne sobowtóry z Tamtego Świata. Staje się to dla nich jasne, kiedy te posłania ktoś „przeczyta”, i oni wciąż i wciąż kierują je do takich adresatów.


Przy pomocy pośrednika


W światowych mediach co jakiś czas pojawiają się doniesienia, mówiące wprost o tym, że niektórym indywiduom udaje się nawiązywać kontakt z kosmicznymi strukturami informacyjnymi. Znany rosyjski psychotronik W.I. Safonow spotykał się ze znaną bułgarska jasnowidką Wangą i potwierdził jej możliwości podłączania się do komórki pola informacyjnego dowolnego indywiduum poprzez przedmiot, który miał on w rękach. Podczas tego wzywała ona swego rodzaju pośrednika z bliskich tego człowieka (on mógł być żywym i mógł znajdować się w innym świecie), który odpowiadał na jej wszystkie pytania, w tym o wydarzenia z przeszłych lat. Sam W.I. Safonow stworzył w swym stworzeniu „sobowtóra” człowieka, jego „polowego fantoma”, który stał się dla niego źródłem informacji poprzez „pole znaczeniowe”, gdzie znajduje się jego personalna komórka. Można przypuszczać, że w niedalekiej przyszłości zostanie zrobiona specjalna aparatura, która pozwoli odnotowywać intelektualne promieniowanie ludzi i łatwo nawiązywać łączność z informacyjną skarbnicą planety Ziemia.


Moje 3 grosze


Kiedy przekładałem ten artykuł, to przypomniała mi się książka sir Brinsleya le Poer-Trencha „Operacja Ziemia”, w której pisze on o skorupie astralnej (nazywając ją an auric envelope) i o tym, że jest ona przede wszystkim źródłem z którego do naszego świata przylatują UFO. Pisze on tak:

Ogromna większość NOL-i pojawiających się w naszej atmosferze jest niewyczuwalna naszymi zmysłami i ma swe pochodzenie z niewidzialnej „aury” otaczającej naszą planetę. Zgodnie z informacją z książki T. Jamesa pt. „They Live in the Sky” – „aura” ta rozciąga się na 200.000 km od powierzchni Ziemi. Jessup dodaje, że NOL-e operują tylko w systemie planety podwójnej Ziemia – Księżyc i przybywają z „przestrzennych wysp” tego obszaru. Wynika z tego, że NOL-e nie mogą opuścić tej przestrzeni, leżącej poniżej owego granicznego dystansu 200.000 km, tj. poza skorupą astralną naszej planety. Obaj autorzy są zgodni, co do tego, że ta skorupa astralna jest źródłem NOL-i.

Mistycy przez stulecia twierdzili i nadal twierdzą, że każdy przedmiot – obojętnie, żywy czy martwy – ma swego rodzaju otoczkę auryczną, czemu już nie zaprzecza oficjalna nauka. W tej aurze są odzwierciedlone wszelkie cechy przedmiotu lub osoby. Aura nie kłamie! Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy, ale tak naprawdę, to jest nią aura. Wyobraźmy sobie, jak ciemną jest aura naszej planety!!!... I raczej trudno byłoby sobie wyobrazić piękne i eteryczne istoty zanurzone w niej...

Ivan T. Sanderson – znany biolog – w swej książce pt. „Uninvited Visitors” omawiał zdjęcia Jamesa. Twierdzi on, że najwięksi eksperci nie mogli zarzucić mu fałszerstwa. Zgodnie z informacjami Jamesa – mieszkańcy skorupy astralnej są bardziej rozwinięci technologicznie, ale ich poziom etyczno-moralny jest niższy od naszego. Potrafią Oni posługiwać się za to w wyższym stopniu zjawiskami typu psi. Wyglądałoby zatem na to, że Oni nie mogą zaatakować nas otwarcie, przynajmniej jeszcze nie teraz. Powyższe tłumaczy także niewyjaśnione zaginięcia i porwania ludzi, statków i samolotów.

Mamy na to wiele dowodów, m.in. 5 grudnia 1945 roku, piątka samolotów TBM Grumman Avanger z bazy lotniczej US Navy w Forcie Lauderdale, FL, wyleciało na rutynowy lot szkoleniowy na trasie 160 mil na wschód od Wysp Bahama, potem 40 mil na północ i powrót do bazy. O godzinie 15:45, dowódca lotu – por. pil. Charles Taylor podał przez radio, że nie jest pewny swej pozycji, co było o tyle dziwne, bo wszystkie kompasy były sprawne przed startem. W 40 minut później następna wiadomość dotarła do bazy od zagubionych nad oceanem samolotów. Piloci wciąż szukali kursu do bazy. Wysłano więc załadowanego sprzętem ratunkowym PBY Martin-Marinera w celu sprowadzenia do bazy Avangerów lub uratowania ich załóg. Wysłano po pewnym czasie wezwania radiowe do wszystkich, ale nie otrzymano żadnej odpowiedzi, ani od zaginionej piątki Avangerów, ani od Martina-Marinera... Potem 20 okrętów i 200 samolotów czesały ocean do oporu. Bez żadnego śladu, bez żadnego znaku – nic! Żadna radiostacja nie odebrała sygnału MAYFAIR czy MAYDAY albo SOS. W tym ekstremalnie dziwnym wydarzeniu zginęło bez śladu 6 maszyn i kilkanaście osób. A przecież wszyscy mieli kamizelki ratunkowe maewestki, i w krótkim czasie mogli wydostać się z tonących samolotów.

Jak nam wiadomo, NOL-e mogą wpływać na pracę radia, kompasów i silników. Wygląda na to, że samoloty unieruchomiono w powietrzu, a następnie wciągnięto na pokład „statku-matki” przy użyciu pól siłowych czy strumienia promieniowania. Brzmi to wszystko fantastycznie, ale nie ma żadnego innego logicznego wytłumaczenia tego incydentu, a przecież jest jeszcze więcej relacji o porwaniach samolotów lub niewyjaśnionych ich zniknięciach właśnie w podobnych okolicznościach, jak w przypadku „Lotu 19”. Jest sprawą wysoce dyskusyjną, czy samoloty te zostały porwane przez NOL-a, w celu nawiązania z ludźmi przyjaznego kontaktu. Trzeba bowiem pamiętać o tym, że ludzi zmuszano do wejścia na pokład NOL-i i tam poddawano badaniom wbrew ich woli. Poza tym jest więcej przykładów działania „wrogich” NOL-i.

Jednym z nich jest incydent, który wydarzył się w listopadzie 1957 roku w miejscowości Itapu w Brazylii. W tę listopadową noc, szczytową część fortyfikacji patrolowało dwóch żołnierzy. NOL pojawił się nagle i zawisł nad jedną z wież. I naraz z obiektu wystrzelił promień światła, uderzając falą żaru w obu wartowników, którzy poczuli, że pala się na nich mundury. Znany ufolog brazylijski dr Olavo Fontés wysunął na tej podstawie hipotezę, że był to atak strumieniem ultradźwięków. Światło rozjaśniło na moment resztę fortecy wywołując panikę, a później zgasło. Wtedy kilku żołnierzy mogło dostrzec błyski pomarańczowego światła, które ulatywały z ogromną prędkością. Wartownicy mocno poparzeni zostali zabrani do szpitala, a następnego dnia otrzymali oni rozkaz zabraniający im jakichkolwiek rozmów na temat tego wydarzenia!

Incydenty te są spowodowane przez nasze wybuchy nuklearne. Istoty zamieszkujące skorupę astralną obawiają się naruszenia równowagi obydwu continuów materii. W samej rzeczy nasze testy jądrowe i termojądrowe przyciągają Ich uwagę bardziej, niż inne obszary naszej działalności lub badania przestrzeni kosmicznej poza Układem Słonecznym. Dlatego też Oni tak często patrolują naszą atmo- i hydrosferę. W wielu historiach opowiadanych przez kontaktowców pojawia się i namolnie powraca pytanie: Czemu wy wciąż używacie tych bomb?

Bieg wydarzeń sprawia, że w tej chwili, kiedy piszę te słowa, Argentyna znajduje się w przededniu wielkiej inwazji NOL-i, a swój osąd opieram na korespondencji nadchodzącej z tego kraju. Jednakże były wydawca „BUFORA Journal” – dr J. Cleary-Baker ma odmienny pogląd na tę sprawę, i tutaj pozwolę sobie zacytować jego myśli:

Żywię wątpliwości, czy interwencja (albo inwazja) będzie miała postać masowego lądowania wielkiej armady NOL-i, wyposażonych w >>promienie śmierci<< i inne ponure piekielności rodem z >>Wojny światów<< H. G. Wellsa. Raczej należy spodziewać się intensyfikacji wojny psychologicznej, wzrostu nacisku na umysły i świadomość mas ludzkich w celu   u w s t e c z n i e n i a   Ludzkości.

Krótko mówiąc możliwe jest, że Istoty zamieszkujące naszą aurę planetarną – lub jak kto woli skorupę astralną – planują zniszczenie nas, ale nie poprzez siłę fizyczną, lecz mentalnie – poprzez wyzwolenie w nas wszelkich negatywnych cech naszego ID.

Wielu ufologów jest zdania, że Istoty te są już na Ziemi i bazują w jakichś odległych, a niezbadanych i bezludnych rejonach globu, jak np. Mato Grosso w Brazylii, czy w Himalajach. Istnieje także inna szkoła, której zwolennicy wskazują na niezbadane dotąd obszary Arktyki i Antarktyki. Wiele faktów obserwacji NOL-i stwierdzono właśnie na kontynencie Antarktydy. Kilka lat temu, kmdr Augusto Vars-Orrego z chilijskiej marynarki wojennej przebywał ze swą eskadrą na wodach Antarktydy. Naraz pojawiło się kilka NOL-i, które okrążyły jego okręty, a następnie poleciały w kierunku kontynentu. Wykonano wiele zdjęć tych obiektów.

A teraz zreferuję teorię, którą konserwatyści traktują podobnie, jak teorię skorupy astralnej. Zacznę od tego, że kilka lat temu napisałem w FSR, że problem NOL-i jest ogromny, a napisałem to wiążąc ze sobą NOL-e i parapsychologię wraz z szeregiem niewyjaśnionych dotąd zjawisk. Nie jest dobrze, gdy problemy te rozpatrujemy li tylko z wąskiego punktu widzenia tzw. współczesnej nauki. Istoty, które przybywają do nas na pokładach Latających Talerzy, będące już to Kosmitami, już to Istotami niewiele od nas biologicznie zróżnicowanymi, doskonale wiedzą o tym, że jesteśmy ograniczeni naszą wiedzą i jej możliwościami.

Istnieje zatem alternatywna – do teorii skorupy astralnej – możliwość, że Ziemia przypomina ni mniej, ni więcej, tylko pusty w środku orzech z czasowo otwierającymi się przejściami do jej wnętrza w rejonie Biegunów (!!!) oraz to, że wnętrze Ziemi zamieszkuje jakaś podziemna rasa...

Wielu pisarzy-fantastów użyło tej koncepcji jako kanwy dzieł beletrystycznych i naukowych, jak np. Bulver Lytton w książce pt. „The Coming Race”, (Oxford 1871). Pisarz William Reed ukończył swą powieść „The Phantom of the Poles”, (Nowy Jork 1906), w chwili, kiedy Marshall B. Gardner napisał swoją „A Journey to the Earth’s Interior”, wydaną w Chicago, IL, 1920 (II wydanie), nie mówiąc już o Julesie Verne i jego kultowej powieści „La Voyage au la centre de la Terre” czy „Plutonii” I. Obruczewa. Także słynny twórca postaci Tarzana Edgar Rice Borroughs opisał królestwo Pellucidaru leżące we wnętrzu naszej planety... Współczesnymi obrońcami tej Teorii Pustej Ziemi są Raymond Bernard – autor książki pt. „The Hollow Earth”, (Nowy Jork 1969), i amerykański publicysta Raymond A. Palmer, który w magazynie „Flying Saucers” wyciągnął na światło dzienne pewien fakt z transarktycznego lotu adm. Byrda i Duffeka. Otóż w pewnym momencie adm. Byrd oświadczył: Widziałem ten ląd! Ten ląd na Biegunie! Ten kraj jest centrum wielkiego nieznanego!... Zgodnie z relacją Byrda i jego towarzyszy, a podaną przez Palmera, ci – którzy przebywali na pokładzie jego samolotu – przeżyli coś zdumiewającego, a mianowicie widzieli oni: Wolny od lodów ląd, jeziora i góry, które pokrywały drzewa i monstrualne zwierzęta. Obserwację tą przekazali drogą radiową do bazy. Zgodnie z naszą wiedzą drzewa nie porastają północnej Alaski, Syberii i Kanady, tak więc adm. Byrd nie mógł ich widzieć na terenach, nad którymi przelatywał. (Później okazało się, że była to bajeczka mająca na celu zainteresowanie szerokiej publiczności badaniem obu Biegunów.)

13 stycznia 1956 roku, samolot US Navy przeleciał 3.700 km ponad Arktyką, gdzie zaobserwował podobny fenomen. Palmer jest zdania, że Ziemia jest pustym orzechem otoczonym pasami Van Allena – Wiernowa, a loty tych samolotów odkryły wejścia do wnętrza Ziemi na obu jej Biegunach, gdzie te pasy nie występują.

Co można zrobić z tą teorią? We „Flying Saucers Story” idea Pustej Ziemi została w zasadzie odrzucona, jako zbyt nieprawdopodobna i trudna do akceptacji. Jednakże nie można odrzucić jej całkowicie, jest ona bowiem prawdopodobna, jak każda inna.

Jak więc należy rozumieć wypowiedź Alberta Bendera po uciszeniu go przez trzech Ludzi w Czerni, która brzmiała właśnie tak: Zabrnąłem w fantazję i otrzymałem odpowiedź... - a jednak NOL-e z wnętrza Ziemi, to fantastyka. Bender i jego grupa byli przekonani co do tego, że NOL-e są czymś realnym i przybywają one do nas z głębokiego Kosmosu. Ale musimy też pamiętać, że Bender, Jarrold i Fulton opracowali teorię powiązań ufozjawiska z Antarktydą. Być może odpowiedź, jaką otrzymał Bender była odpowiedzią ultymatywną i dotyczyła właśnie wnętrza Ziemi?... Nie znamy jej, i tylko Bender mógł ją podać. Ale jego książka wydana parę lat temu zbija nas z tropu i niczego nie wnosi do sprawy.

Z drugiej zaś strony, hipoteza o Istotach zamieszkujących skorupę astralną jest równie fantastyczna. Na dobrą sprawę nie mamy żadnego przekonywującego dowodu na potwierdzenie lub zanegowanie obu tych hipotez. Taki pogląd głosi większość ufologów, jak np. Gordon Creighton, dr J. Cleary-Baker (BUFORA), John A. Keel, Jerome Clark, Lucius Farish i inni. A teraz popatrzmy na to z nieco innej perspektywy.

Charles Fort – zbieracz kamieni, ryb, żab i innych spadających z nieba przedmiotów i istot żywych, a także zdjęć obiektów, które my określamy mianem NOL-i, wypowiedział onegdaj pewne znaczące zdanie: My tu jesteśmy tylko rekwizytami... Możliwe, że tak właśnie jest w rzeczywistości. Wszak pisałem w poprzednich rozdziałach, że to bogowie stworzyli istoty rozumne do własnych celów. Być może wciąż trwa „wojna w niebie”, a nasze umysły są negatywnymi śladami porażek i zwycięstw Niebian. Wszak wiadomo, że istnieje dualność umysłu ludzkiego, której przejawami jest rozróżnianie: dobro – zło, noc – dzień, czerń – biel, i wreszcie ego i ID. Możliwe, że zdegenerowanymi Istotami z niewidzialnych przestrzeni są właśnie MiB, których działalność ma na celu przejęcie kontroli nad mentalnością Ludzkości. Czy tak należałoby tłumaczyć ich działalność?

Ufolodzy przypuszczają, że Oni są wśród nas, a Ziemia jest sceną gigantycznej konfrontacji Dobra i Zła. Musimy więc nabyć wiedzę o tym, jak chronić nasze człowieczeństwo utrzymując równowagę psychiczną i fizyczną. To jest najlepsza forma obrony w tych złych czasach. Jeżeli to zrobimy, wtedy Ludzie w Czerni nigdy nie przejmą nad nami władzy. Tak będzie!...

Tyle sir Brinsley. To też jest jakieś wyjaśnienie, ale czy na pewno? UFO widziano na Księżycu i Marsie, zatem dalej niż te 200.000 km od Ziemi, bowiem Księżyc jest odległy średnio o 384.400 km, a Mars o 56.000.000 km.

Poza tym, czy skorupa astralna byłaby w stanie pomieścić wszystkie informacje zebrane przez 4,5 mld lat istnienia Ziemi? Bo od razu rodzi się pytanie: co jest nośnikiem tej ilości energii – próżnia kosmiczna? Atmosfera? Jeżeli atmosfera, to która jej warstwa? itd. itp. I jak dotąd nie ma na nie odpowiedzi.

I długo nie będzie.


Źródło: „Siekriety i archiwy” nr 1/2019, ss. 16-18
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz             

   



[1] Podobnie pisali także m.in. Robert Edwin Howard i Howard Phillips Lovecraft – mistrzowie powieści grozy i fantasy.
[2] W oryginale „Futility” – „Próżność”, choć w zasadzie bardziej na miejscu byłoby tu słowo „marność” czy „daremność”...
[3] Zwana także skorupą astralną, auryczną kopertą czy kroniką akaśną.
[4] Efekty te opisał Jacek Sawaszkiewicz w swej tetralogii „Kronika Akaszy” (Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1981-1986).

sobota, 14 września 2019

Podróż uczona do Wiślicy




Był piękny, wrześniowy dzień, piątek i 13-tego, kiedy wraz z siostrami pojechałem do Wiślicy. Była to kolejna podróż w Czasie do początków polskiej państwowości, bowiem Wiślica była znana jako centrum religijne i administracyjne państwa Wiślan. Po chrystianizacji kraju to właśnie tam powstały dwa kościoły romańskie, a na ich gruzach wspaniała kolegiata - dziś bazylika mniejsza pw. NMP z 1350 roku, wspaniała dzwonnica ufundowana przez Jana Długosza - tego od spisanych dziejów polskich czyli „Kroniki”, tu znajduje się dom, w którym mieszkał przez 21 lat i był perceptorem synów królewskich, przy czym wieść niesie, że nie szczędził im rózeg wbijając im wiedzę przez sempiternę do głowy…




Synowie królewscy potem zemścili się na mieście, które podupadło i straciło prawa miejskie, aż do czasów współczesnych. Tym niemniej proboszczówka Długosza znajduje się do dnia dzisiejszego i jej parter zajmuje muzeum, w którym zgromadzono artefakty z najwcześniejszego okresu istnienia Wiślicy i plemienia Wiślan, a które wykonano m.in. ze słynnego krzemienia pasiastego, którego kopalnie znajdowały się w okolicy Ostrowca Świętokrzyskiego. Należy tu wspomnieć także o Statutach Wiślickich, ogłoszonych w 1347 roku - stanowiły one pierwszy polski kodeks praw. 





Krzemienne artefakty w muzeum Domu Długosza
Tajemnicze ornamenty na ścianach...

Grób szkieletowy

Tak naprawdę, to Wiślica straciła na znaczeniu w XVII w po zniszczeniach dokonanych przez wojska Jerzego II Rakoczego. Także w czasie Wielkiej Wojny miasteczko poważnie ucierpiało od ostrzału artyleryjskiego armii austrowęgierskiej.









Bazylika mniejsza w Wiślicy z dzwonnicą Jana Długosza

Płyty Orantów z alchemiczną symboliką...

W podziemiach znajduje się posadzka wiślicka zwana Płytą Orantów (modlących się) unikalny zabytek z czasów polskiego wczesnego Średniowiecza wykonany bardzo oryginalną techniką, która umożliwiła jej przetrwanie tylu lat.




W podziemiach Wiślicy - groby i profile glebowe

Freski w Domu Długosza

Trzy filary w bazylice mniejszej - osobliwość na skalę światową...

Na ścianie bazyliki płyta upamiętniająca jej fundację przez Kazimierza Wielkiego. Zwraca uwagę figura Matki Boskiej, której król podaje makietę bazyliki, a z tyłu stoi biskup krakowski Bodzanta, który potępiał króla za jego liczne romanse i skandale seksualne. Kościół ten, jak wieść niesie, król musiał ufundować jako pokutę za śmierć kanonika Mikołaja Baryczki. W bazylice znajduje się figura Matki Boskiej Łokietkowej – do której modlił się ukrywający się w Wiślicy król Władysław Łokietek ok. 1300 roku.










Chrzcielnica na 20 osób - służyła do masowego chrzczenia neofitów


Należy tutaj podkreślić bardzo dobrą organizację zwiedzania i wielką wiedzę oraz talent naszej pani przewodniczki, która wyczerpująco udzielała nam informacji na temat zwiedzanych obiektów.








Podziemia Wiślicy - kości ludzkie tkwiące w profilach glebowych. Są to ślady dawnego cmentarza przykościelnego



Artefakty z czasów przedchrześcijańskich
Okno, z którego ogłoszono Statuty Wiślickie i...
...słynne drzwi królewskie, którymi król wjeżdżał konno do świątyni!

Po zwiedzaniu zabytków, poszliśmy jeszcze na znakomite lody na Rynku. W ogóle ta senna, leniwa i relaksowa atmosfera miasteczka pławiącego się w jeszcze letnim słońcu przypomniała nam najlepsze czasy naszego dzieciństwa i mamy uczucie, że warto tam będzie wrócić…