niedziela, 23 listopada 2014

Dziwne dni (5)

V


Niebo zaczynało bieleć, kiedy Ilva pożegnała się z Kiri i zanurzyła się w czeluść tunelu. Wiedziała, że wróci w ten sam punkt czasowy, w jakim weszła dzień wcześniej do tunelu i wychodząc po drugiej stronie była gotowa do walki. Nie bała się – już nie.


Wyjechała z tunelu i skała zamknęła się za nią. Ilva spojrzała na księżyc wiszący nad doliną i na jadących w jej stronę stygijskich żołnierzy. Na ich czele jechał wysoki wojownik – ich dowódca. Na jej widok podniósł się w siodle.
- Brać tą sukę! – wrzasnął – tylko żywcem!
Kilku Stygijczyków runęło na Ilvę, która stała nieporuszona z mieczem w dłoniach. Wiedziała, że mając skałę za plecami tak łatwo z nią im nie pójdzie. Tak też się stało. Szybka wymiana ciosów, jedna, druga i dwaj Stygijczycy spadli z koni brocząc krwią czarną w świetle księżyca.
- Psy! Wszarze! – dowódca zakipiał wściekłością – boicie się jednej dziewki?


Znowu runęli na nią i cofnęli się, a dalsze trzy kolejne skrwawione ciała rozścieliły się na ziemi. Kilku żołnierzy chwyciło za łuki.
- Stać kretyni!!! – zapienił się dowódca – ma być żywa!
- Ale… - ktoś zaoponował, ale nie dokończył.
- Naprzód durnie! – krzyknął wódz – siecią na nią!
Czterech gwardzistów chwyciło sieć i ruszyło galopem w stronę Ilvy, która ruszyła w stronę pierwszego przebijając go sztychem. Niestety, sieć opadła na nią i skrępowała. Poczuła jak spada z konia na ziemię i poczuła potężne uderzenie w głowę, które pozbawiło ją przytomności.


* * *
       
Ocknęła się nagle. Ktoś wylał na nią kubeł lodowatej wody.
- Żyje wodzu – usłyszała czyjś głos nad sobą.

Leżała skrępowana jak baleron. Ilość liny, jaką użyto do jej związania wystarczyłaby do unieruchomienia nosorożca. Kiedy to sobie uświadomiła zachciało się jej śmiać. Musieli się jej nieźle bać – przemknęło jej przez obolałą głowę. Bo następnym wrażeniem był ból głowy. Ktoś musiał zdzielić ją w głowę pałką czy maczugą. Znowu pogrążyła się w czarnym niebycie.

Otworzyła oczy.

Był już jasny dzień. Nad nią pochylał się młody, może dwudziestoletni chłopiec. Miał na sobie mundur królewskiego gwardzisty. Delikatnie owijał jej głowę bandażem. Potrząsnęła głową. Eksplozja bólu spowodowała, że pociemniało jej przed oczami.
- Nie ruszaj się – gwardzista ostrzegł ją spokojnym głosem – masz ranę na głowie, będzie bolało. Opatrzyłem ją, więc nie powinno wdać się zakażenie.
Wydobył jakąś flaszeczkę, odkorkował ją i przytknął jej do warg.
- Pij – rozkazał – to jest ohydne, ale poczujesz się lepiej.

Wypiła kilka łyków. Wstrętna, piekąca gorycz rozlała się w jej ustach, ale po kilku minutach ból zelżał i mogła myśleć jaśniej.  
- Dziękuję – powiedziała po stygijsku z trudem przypominając sobie słowa. – Gdzie ja jestem? I w czyich rękach?
- Jedziemy do Stygii, a jesteś w ręku dziesięciotysięcznika Dachy.

Z radością skonstatowała, że ma związane tylko ręce i nogi, co pozwalało jej na poruszanie się w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym, by móc uwolnić się i uciec. Jechali na północ w kierunku Ghori i zjechali ze szlaku na Trakt Ghulistański. Usiadła na wozie, którym ją wieziono i rozejrzała się po okolicy. Ucieczka w zasadzie była możliwa, ale nie miała szans – otaczała ją co najmniej setka ludzi. Dobrze uzbrojonych, na rączych koniach i mających wygląd dobrych wojowników.

Na postoju podszedł do niej Dacha. Nie owijał niczego w bawełnę.
- Gdzie to masz? – zapytał wprost i bez żadnych wstępów.
- Co mam? – zapytała naiwnie.
Dostała w twarz. Dacha uderzył ją nie ze złością czy nienawiścią. Zrobił to tak, jakby w sumie mało go to obchodziło i ze znużeniem wypisanym na twarzy. Usiadł obok niej.
- Klucz – Dacha powiedział to znudzonym tonem i wyciągnął rękę. – Chcesz jeszcze raz? – zapytał niemal uprzejmie.
- Nie, nie bij mnie – powiedziała.
- Gdzie to masz? – zapytał?
- Na szyi – odpowiedziała. Ujął za rzemyk i z niespodziewaną u niego delikatnością zdjął jej klucz z jej szyi. Spojrzał nań uważnie.
- To przez takie coś straciłem dwudziestu sześciu ludzi? – powiedział ze zdumieniem w głosie. – Nieźle, jak na taką osóbkę, jak ty. Dobrze cię wyszkolono – dodał z uznaniem.
- Dziękuję – Ilva warknęła to przez zaciśnięte zęby. – Ale nie porwaliście mnie, by tu prawić sobie dusery? Zabijesz mnie teraz, czy trochę później?
- Nie ja o tym decyduję – Dacha rzekł to z flegmą – o tym zadecyduje nasza pani, królowa Gedrena, oby żyła wiecznie. Mam rozkaz dowieźć cię w stanie nieuszkodzonym, a co dalej z tobą, to nie moja rzecz. Musisz być kimś cennym, bo mam obiecane za ciebie tyle złota, ile sama ważysz.
Podniósł się  i zeskoczył z wozu.
- Annuar! – krzyknął – do mnie!
Jeden z jeźdźców zawrócił, podjechał do Dachy i zeskoczył z konia.
- Co rozkażesz dowódco? – zapytał.
- Weźmiesz drugiego oficera i pojedziecie do Oazy Nawiedzonych Piramid, i oddacie to królowej, oby żyła wiecznie – Dacha rzekł to zdecydowanym tonem – masz zagonić konie, ale ta blaszka jest czymś dla niej bardzo ważnym, odpowiadacie za nią głową. I powiedz także, że mamy dziewczynę. Ruszaj!
- Rozkaz wodzu! – odkrzyknął Annuar i dosiadł konia. Po kwadransie dwaj jeźdźcy odłączyli się od konwoju i pognali traktem w kierunku północy, ku widniejącym w dali, białym wieżom Fortu Ghori.


Po dwóch dniach dojechali do rozwidlenia dróg, z których północna biegła w kierunku Morza Vileyet i portu Yuetshi, zaś zachodnia wzdłuż pasma górskiego w kierunku Zambouli, gdzie biegły odgałęzienia do miast zachodniego wybrzeża Morza Vileyet. Skręcili na zachód i pojechali półpustynną równiną mając na północy spalone słońcem brązowe góry, a od południa gigantyczne szczyty śnieżnych gór Himeliańskich. Ilva wracała do siebie i jej rana goiła się szybko. Opiekował się nią ten sam młody gwardzista, który udzielił jej pomocy po pojmaniu. Nazywał się Kheram i starał się jak najlepiej, by dziewczyna miała jak najmniej uciążliwe warunki podróży. Na postojach rozmawiali często, a kiedy Dacha nie widział, przynosił jej jakieś lepsze kąski z kuchni. Dwoje młodych ludzi zaprzyjaźniło się ze sobą, mimo tego, że stali po dwóch krańcowych stronach barykady. Kheram pochodził z Luxur – miasta na zachodzie Stygii i wstąpił do Gwardii by poprawić los swych rodziców i rodzeństwa, którym wiodło się nie najlepiej. Na tle okrutnych wojaków wydawał się być jakimś nieporozumieniem, człowiekiem, który znalazł się wśród nich przez przypadek. Ilva doskonale zdała sobie sprawę z tego, że jest to dla niej szansa ucieczki i dlatego starała się rozmawiać z nim jak najwięcej i na jak największą ilość tematów. Działała zgodnie z zasadą każącą jej piłować najsłabsze ogniwo łańcucha oddzielającego ją od wolności. 


sobota, 22 listopada 2014

NLW-PSI: Uderzenie w próżnię

Wedle stronników Spiskowej Teorii Dziejów - broń psychotroniczna może dopaść każdego człowieka w każdym miejscu i czasie!


Wiktor Sinobin


Dzienne problemy grają rolę swoistych granic zdarzeń dla naszego mózgu. Eksperymenty dowiodły, że z jednym i tym samym zadaniem ludzie dają sobie radę w granicach jednego pomieszczenia, niż wtedy, kiedy trzeba wykorzystać dwa.

Pod koniec kwietnia br., Internet rozniósł na cały świat wieść o użyciu psychotronicznej broni przeciwko jednej ze stron w walkach na Ukrainie. Wkrótce ta kaczka dziennikarska została podchwycona i rozpropagowana przez „zaangażowaną prasę”. Do tego wszystkiego, żadne psychotroniczne generatory i im podobne urządzenia nie przechodziły w „prasie niezależnej” ani w tajnych operacjach SBU, ani u stronników federalizacji, w tym przypadku można mówić tylko o wykorzystaniu „broni psychotronicznej” przez propagandystów. Albo – jak wkrótce zobaczysz Czytelniku – wspomniana broń okazuje się być „rażącą bzdurą”, o której krąży tyle pogłosek i plotek, by zwieść na manowce ludzi z niestabilnym stanem psychiki.


„Radiowy sen”[1] rozumu rodzi potwory


Przede wszystkim zajmiemy się terminologią. Co to jest takiego broń psychotroniczna – NLW-PSI? NLW to z angielskiego Non Lethal Weapon – broń nie zabijająca istot żywych. PSI, psi albo grecka litera y to psychika. A zatem jest to broń psychicznego, a właściwie psychotronicznego oddziaływania. Są to wszelkie środki oddziaływania na psychikę nieprzyjaciela – osobowe (z udziałem ekstrasensów[2]) i nieosobowe (z zastosowaniem środków technicznych) – korygujących naprowadzaniem tak, by broń była zawsze skierowana we właściwą stronę. Czy taka broń istnieje? Ależ tak, istnieje. Pracami nad psychotronicznymi technicznymi środkami walki (w tym osławionych „psychogeneratorów”) zajmowało się w ZSRR i Rosji wielu wojskowych, specjalistyczne i naukowe organizacje, włączając tajemniczą Jednostkę Wojskową nr 10003 (Ekspertyzowo-Analityczny Wydział Sztabu Generalnego ZSRR). Co się zaś tyczy USA, to mało kto słyszał o takim wydarzeniu: znany zaoceaniczny pracownik amerykańskiego wywiadu Joseph McMoneagle otrzymał w swym czasie Order Legion of Merit[3] (najbardziej prestiżowe odznaczenie nadawane za sukcesy w wywiadzie – przyp. aut.), za wykonanie z powodzeniem – co uwidoczniono w uzasadnieniu – „ponad 200 zadań bojowych i zidentyfikowanie ponad 150 znaczących «elementów informacyjnych»”, z wykorzystaniem psychotronicznych środków specjalnego przeznaczenia. 


Joseph McMoneagle

[Amerykańska Wikipedia ujmuje to następująco: Joseph McMoneagle (urodzony 10 stycznia 1946 roku w Miami na Florydzie) był zaangażowany w doświadczeniach zdalnej obserwacji przeprowadzonych przez US Army Intelligence i Stanford Research Institute. Był jednym z pierwszych oficerów zatrudnionych w ekstra-tajnym programie obecnie znanym jako Stargate Project. Wraz z Ingo Swannem, McMoneagle jest najbardziej znany z prac nad wykrywaniem i zdalną obserwacją z wykorzystaniem zdolności paranormalnych dla wywiadu wojskowego. McMoneagle był znany jako Remote Viewer nr 1 w Oddziale Psychotronicznym Wywiadu Armii USA (G2) w Fort Meade w stanie Maryland. Po przejściu na emeryturę McMoneagle został odznaczony orderem Legion of Merit za jego ostatnie 10 lat służby, w tym 5 lat pracy w SIGINT, czyli radio-wywiadzie i 5 lat w programie RV (…) – przyp. tłum.]

Ruchomy emiter mikrofalowy "Radioson" - amerykańska NLW-PSI

No i teraz wydawałoby się, że najwyższy czas opowiedzieć Czytelnikowi o nieznanych szczegółach psychotronicznym zestawie „Radioson” (w składzie którego wykorzystuje się generator EHF – ekstra wysokich częstotliwości – przyp. aut.) Albo zwalić Czytelnika z nóg opisami opracowywanych w ZSRR psychotronicznych kosmicznych platform bojowych, wpływających odpowiednimi częstotliwościami fal radiowych na całe miasta i obszary „najbardziej odpowiadające nieprzyjacielowi” i wywołujących u wrażych mieszkańców panikę (względnie sen, frustrację czy apatię – przyp. aut.) Ale i jedno, jak i drugie nie są wcale wymysłem, powiem o tym coś-niecoś, ale rozczarowawszy wielbicieli sensacji. U końca lat 80., w USA i ZSRR doszli do wniosku, że skoro finansowe nakłady sięgną wielkości strat, to prace nad NLW-PSI są nieopłacalne. W 90% nakłady na inwestycje tego rodzaju okazały się nieopłacalne. I podobno tylko w 10% inwestycji okazywały się być obiecujące – np. w przypadku broni radiobiologicznej. Mówiąc prościej, prace 9 na 10 uczonych pracujących na tej niwie zostało zamrożone. Tak więc tylko tym dziesięciu procentom poświęcono więcej uwagi, nie poświęcając jej reszcie. 


Król umarł – niech żyje król!


Pod koniec lat 80., psycholodzy – do tego czasu zatrudnieni w programach prac nad NLW-PSI „w drugoplanowych rolach” dokonali – zupełnie samowolnie – ważnego odkrycia: do tego, by osiągnąć efekt indywidualnego lub kolektywnego zmienienia stanu świadomości (ISS) niepotrzebna jest żadna broń – wystarczy rozpuszczenie pogłosek o tym, że była ona wypróbowana.

Przypomnijmy: w 1991 roku rozpuszczano masowo plotki o tym, że przeciwko uczestnikom znanych sierpniowych wydarzeń[4] użyto „psychogeneratorów” i statystyki Szpitala Psychiatrycznego im. Aleksiejewa (d. Kaszczenki) już na początku jesieni zarejestrował masowy, niewidziany dotąd, napływ „zzombizowanych” pacjentów. To już nie mówiąc o zastępach „zombie” brodzących w te dni na ulicach naszych miast i opowiadających redakcjom cuda o tym, jak ich obrabiano, itd. itp.

W 1993 roku, na fali wydarzeń październikowych, powtórzył się efekt „uderzenia w próżnię”. Mało tego, że prasa rozsmakowała się na temat jakoby posiadanych przez Alfę[5] przenośnych „psychogeneratorów”. A jak jeszcze znani politycy zaczęli „puszczać farbę”, że owe „psychogeneratory” były – niechby w skali masowej – zastosowane! Tylko że w dniu dzisiejszym stało się wiadomym, że żadnych „PSI-blasterów” w czasie rozpędzenia parlamentu grupa antyterrorystów zupełnie nie miała. Przed szturmem na (moskiewski) Biały Dom, w KGB zastanawiano się nad propozycją jednego z doradców, który proponował wyposażenie Alfy w wynaleziony przez niego „uspokajacz tłumów”. Prawda jednak wyglądała tak, że sam pomysłodawca okazał się być „zombie z pierwszego szeregu z 1991 roku”. No i jeszcze wymyślił on nie coś innego jak… potężny laser przeznaczony do rozcinania przedmiotów. Zrozumiałe, że ten „technotroniczny trankwilizator” nie został zastosowany. Ale statystyka znów zafiksowała zwiększenie się ilości „zzombizowanych” obywateli – drepcących do psychiatrycznych klinik, jak i dowożonych na posterunki milicji w związku ze zwiększeniem się ilości niczym nie umotywowanych przestępstw, w tym i zabójstw.

Demonstracka przeciwko badaniom, produkcji i proliferacji NLW-PSI


„Technika wampirów”


A teraz ocenimy potencjalną strefę rażenia – podkreślam: nie psychotroniczną bronią – NLW-PSI, ale samym tylko działaniem pogłosek o zastosowaniu takowej. Wedle danych WHO, około 20% mieszkańców kuli ziemskiej tak czy inaczej cierpi na najrozmaitsze zaburzenia czy choroby psychiczne. Według danych tejże organizacji, około 400 mln ludzi ma problemy z niestabilną psychiką. Wszyscy oni stanowią klientelę „uderzeń w pustkę”.

Być może Czytelnik zainteresuje się , co w wąskich kręgach specjalistów od NLW-PSI bez wykorzystania ani jednej z nich, nazywa się „techniką wampirów”? Coś podobnego wykorzystywali średniowieczni japońscy wojownicy ninja. Jeżeli przyszło im zająć jakieś zamieszkałe miejsce, to wysłani przodem zwiadowcy-dywersanci rozpuszczali pogłoski wśród mieszkańców o pokazujących się w okolicy wampirach, które łapią i zabijają ludzi. dla potwierdzenia prawdziwości tych pogłosek, ninja łapali, mordowali och, a ciała ludzi z charakterystycznymi znakami „kłów wampirów” w nocy podrzucali w najbardziej ludne miejsca miasta. Później – jak to ma miejsce z NLW-PSI – wszyscy „doskonale wiedzieli” o tym, co trzeba było wiedzieć. I kiedy wojownicy napadali na miasto przebrani za wampiry, to garnizon – jakim by on nie był silnym – rozbiegał się po okolicy, nie mówiąc już nawet o bezbronnych cywilach.

Oczywiście taki jest właśnie cel używania broni psychotronicznej: osłabienie woli i chęci walki u wrogich wojsk i posianie chaosu wśród jego ludności cywilnej.

[Krótko mówiąc, jest to klasyczna zagrywka w wojnie psychologicznej, w której specjalizowały się obie strony Zimnej Wojny w latach 1947-1990. Jedną z tych właśnie zagrywek jest UFO i opowiastki o tym, jak to rząd USA ma przyjazne kontakty z Ufiastymi. Inną – bardzo nośną pogłoską z tej dziedziny, która zrobiła światową karierę – są opowiadania na temat katastrof UFO na terenach USA i innych krajów – a szczególnie historia o rozbitym UFO w okolicach miasta Roswell, NM w 1947 roku. Oczywiście brednie te są firmowane przez „wiarygodne” relacje wojskowych i niektórych naukowców oraz Hollywood, też będący na usługach kompleksu polityczno-wojskowego. Mit Ufokatastrofy w Roswell jest od czasu do czasu odgrzewany przez różnych „uczonych” i „specjalistów”, którzy umiejętnie sprzedają mediom różne sensacje mające na celu utrzymanie mitu przy życiu przez dalsze lata – przyp. tłum.]


Zamiast zakończenia


Być może Czytelnik dowiadujący się z różnych źródeł coraz to nowszych sensacji o zastosowaniach NLW-PSI – wszystko jedno i nie wiadomo jasno, dlaczego w USA i w Rosji przerwano przeważającą ilość badań nad bronią psychotroniczną. I aby postawić wszystkie kropki nad „i” zacytuję tu taki przykład. W pewnym kraju testowano „psychotroniczny generator” przy pomocy którego planowano wpływać na pilota samolotu bojowego. Generator okazał się modelem działającym. Chociaż u pilota nie stwierdzono zmian w psychice, jak to planowano, stwierdzono u niego zwiększenie się liczby leukocytów we krwi i w efekcie rozwinęła się u niego leukocytoza.
Wniosek ekspertów głosił:
Gdyby lot trwał odpowiednio dłużej, cel eksperymentu zostałby osiągnięty. Sukces? Jeżeli tak, to minimalny, cząstkowy sukces. Na pierwszy rzut oka, tak. A teraz założymy, że podobny generator o minimalnej sprawności, będzie działał w warunkach bojowych. Kto zgadnie jak zachowa się „zzombizowany” nieprzyjacielski lotnik? Czy będzie to sukcesem, jeżeli zbombarduje on bezbronne miasto, zamiast zamaskowanego stanowiska dowodzenia? Odpowiedź jest oczywista. Czy jest nam potrzebna taka egzotyczna technika, jeżeli nie jest ona stuprocentowo skuteczna? Dlaczego to ona, jeżeli jest 1000-krotnie sprawdzona państwowo pewna ochrona OPLOT?

I jeszcze trzeba tutaj wspomnieć o jednej ambicjonalnej kwestii, która niedawno pojawiła się przed specsłużbami w kontekście broni psychotronicznej: opracowanie nieosobowych środków w celu – dosłownie: przeprogramowywania we właściwym, pożądanym kierunku psychiki liderów wrogich państw. Czasy wciąż się zmieniają, i dzisiaj w danym kierunku działa o wiele bardziej efektywnie inna „psychotroniczna broń” – przekupywanie polityków i kompromitowanie ich.


Moje 3 grosze


Patrząc na to wszystko z pozycji dinozaura Zimnej Wojny mogę powiedzieć tylko to, że autor ma sporo racji. Plotka, pogłoska, przekupstwo, kompromitacja – to wszystko działania z zakresu wojny psychologicznej, a nie psychotronicznej. Ta działała zawsze starymi, sprawdzonymi metodami – co widać w Polsce w ciągu ostatnich 50 lat…

Jednakże nie zgodzę się z tym, że nie ma żadnych prac nad NLW-PSI. Niektóre wydarzenia, które miały miejsce na Bałtyku pod koniec lat 70. – że wspomnę tylko przypadki „ataków” UFO na polskie kutry rybackie z Helu jednak kojarzą się z zastosowaniem wobec ich załóg jakiegoś rodzaju NLW-PSI. Być może tak właśnie było, jak uważa Bronisław Rzepecki i inni badający to CE2.

Innym odpryskiem legendy o NLW-PSI jest cała histeria związana z instalacjami w rodzaju HAARP, EISCART czy SURA. Wedle legend miejskich szczególnie HAARP w swej wszechmocy równy jest Bogu, a na dodatek wraz z chemtrails jest odpowiedzialny za wszelkie biedy, które dotykają Ludzkość – od epidemii swine-flu do tsunami i katastrofy w Fukushimie  - o innych katastrofach i nieszczęściach już nawet nie wspominając…

Wydaje mi się, że parapsychologia jak nasi politycy – dawała wiele obietnic, a spełniła niewiele. Może to i lepiej, bo jak znam życie i ludzi, to od razu każdy wynalazek zostałby wykorzystany przeciwko człowiekowi w kolejnej wojnie.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 22/2014, ss.20-21
Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                                      




[1] Gra słów: amerykańska nazwa „Radioson” – to rosyjskie „radio son” co można przetłumaczyć jako „radiowy sen”. 
[2] Czyli osób o wyczulonych zmysłach i rozwiniętym postrzeganiu pozazmysłowym.
[3] Legia Zasługi - wysokie odznaczenie USA, ustanowione w 1942 roku, przyznawane wojskowym za zasługi podczas pokoju lub wojny. Od 1943 roku obywatele Stanów Zjednoczonych mogą być odznaczeni jedynie najniższym stopniem – pozostałe stopnie nadaje się wyłącznie żołnierzom innych państw.
[4] Chodzi o sławetny pucz Janajewa-Kriuczkowa-Pugo w dniach 19-21.VIII.1991 roku, który zakończył rządy prezydenta Michaiła S. Gorbaczowa a rozpoczął rządy prezydenta Borysa N. Jelcyna.
[5] Elitarna jednostka komandosów podlegająca KGB. 

piątek, 21 listopada 2014

Listopadowa anomalia termiczna

Początek listopadowej anomalii termicznej

Przyczynek do artykułu Pietra Liumkinsona na temat Potopu i EGO:

Niektórzy tzw. „uczeni” twierdzą, że Efekt Globalnego Ocieplenia – EGO, to wymysł ekologów i szwindel ludzi zwanych przez nich eko-oszołomami związanymi z różnymi ruchami ochrony Przyrody, a którzy są dla wielkiego biznesu energetycznego obstaklami ekologicznymi i ochroniarskimi komplikatorami, które należy usunąć i wyeliminować z gry o wielkie pieniądze. Bo tylko o nie w tym wszystkim chodzi.






A jednak EGO istnieje i, mało tego, coraz bardziej się potęguje. Zgodnie z tym, co mówią klimatolodzy i ekolodzy – narastający EGO będzie się objawiał coraz bardziej nasilonymi negatywnymi zjawiskami pogodowymi, takimi jak: burze, trąby powietrzne i wodne, huragany, anormalne opady atmosferyczne, powodzie, osunięcia ziemi, itd. itp. Jak dotąd – realizuje się najgorszy scenariusz przez nich przewidywany. Temperatura atmosfery znów wzrosła i we Włoszech mamy powodzie, w USA sypie śnieg, a w Polsce halny masakruje podhalańskie miejscowości… Ale znowu – jak zapewniają nas sprzedajni tzw. „uczeni” – nic się nie dzieje i wszystko jest pod kontrolą. A co się okazuje? – ano to, że nic nie jest pod kontrolą i Przyroda przestaje powoli być przewidywalna.







Tegoroczna listopadowa anomalia termiczna zaczęła się pod koniec października, kiedy to pojawiły się u nas pierwsze przymrozki, kiedy nocna temperatura spadła do -3,7°C, a dzienna trzymała się pomiędzy +2,5 do +3°C.
Potem zaczęło być ciekawiej, bo od 1.XI zamiast robić się coraz zimniej było na odwrót – temperatury dzienne i nocne szły w górę! Jednocześnie zawiało z południa i wiatr halny spowodował to, że w dniu 10.XI stwierdziłem, że w Jordanowie zakwitły… forsycje! Zresztą wykres temperatur mówi więcej, niż tysiące słów.





Oczywiście taka sytuacja nie mogła trwać zbyt długo i w dniu dzisiejszym – czyli 18.XI – zachmurzyło się niebo, wiatr zawiał z kierunku północno-zachodniego i temperatura przysiadła przy +3°C, spadł deszcz i w górach zabieliło śniegiem. Jak na razie anomalia się skończyła. Prognozy wskazują na powrót do normalności – spadek temperatur i opady deszczu, deszczu ze śniegiem i śniegu.

Zima w USA - temperatury podane w stopniach Fahrenheita

Śnieżyca nadchodzi nad Nowy Jork 


Tylko na jak długo?...  

Ilustracje:

"Gazeta Krakowska"
Internet

czwartek, 20 listopada 2014

Dziwne dni (4)

IV


Po południu, kiedy wreszcie odpoczęli po trudach dnia i nocy zostali zaproszeni przez króla wioski do jednego z okazalszych domów tej miejscowości. Udali się do niego nim zrobiło się ciemno, zresztą  przed wieloma domami paliły się lampiony, więc na ulicach było stosunkowo widno. Weszli do parterowego bungalowu pomalowanego na biało. I to była w zasadzie jedyna różnica pomiędzy domami, które malowano na czarno, a których dachy były czerwone.

Król wioski powitał ich w małym, ale przytulnym saloniku. Bez wstępów i długich powitań poprosił ich siadać na wielkich, miękkich poduchach, które leżały na grubej macie obok jego fotela. Zasiedli naprzeciwko siebie – Ilva jako tłumaczka usiadła obok szczupłego może dwudziestodwuletniego chłopca o uśmiechniętych, lekko skośnych oczach i ciemnej karnacji człowieka Wschodu. Mówił biegle po hyboryjsku, więc nie musiała się gimnastykować swoim niezbyt dobrym vendhi. Królowi towarzyszyła jego żona i jeszcze jeden mężczyzna, ubrany w jednolitą, pomarańczową togę. Jego głowa była gładko wygolona, a skośne oczy patrzyły bystro i inteligentnie. Ilva domyśliła się, że to jest jakiś kapłan tutejszej religii.

- Witajcie nam cudzoziemscy przybysze – powiedział król – ty, książę Halidorze, ty Czerwonowłosa Sonju nie znająca strachu i ty Ilvo, córko Lestka Kusznika Vislanijczyka – Wielkiego Mistrza Bractwa Zielonego Smoka, Pogromców i Poskramiaczy Dawnego Zła.
Ilvę zdumiało to, że obcy wyliczył dokładnie imiona i wszystkie tytuły jej ojca. Wyglądało na to, że wszyscy go tu znali.
- Czemu miała służyć ta prezentacja? – dziewczyna zastanowiła się przez chwilę.

- Jestem tutaj królem, moje imię brzmi Brahytma – rzekł. – To moja żona i powiernica Mahytma, a to jest Mahynga – przewodniczący najwyższego kolegium kapłanów Nam-cze.  Wiemy, co was tu sprowadza i w jakich okolicznościach się tutaj znaleźliście. Jesteście ścigani przez żołnierzy i gwardzistów królowej Stygii – Gedreny. Tu jesteście bezpieczni. Na zewnątrz grozi wam niechybna śmierć, a tobie – spojrzał na Ilvę – porwanie i dostarczenie do Stygii, gdzie zostaniesz zamęczona na śmierć. Tak czy inaczej – efekt będzie ten sam.
- Czy mamy to traktować jako zaproszenie czy ultimatum? – zapytał Halidor.
- Przyjacielskie ostrzeżenie – Brahytma uśmiechnął się lekko – Gedrena wam nie może darować pozbawienia jej Talizmanu i zburzenia jej zamku. Możecie pozostać tutaj i unikniecie niebezpieczeństwa.
- A gdzie jest haczyk? – książę uśmiechnął się mierząc wzrokiem swych rozmówców.
- Haczyk jest taki, że stąd nie można już wyjść – powiedział poważnie Brahytma – możecie oczywiście wyjść, ale wyjdziecie wprost w ręce stygijskich siepaczy i zginiecie. Takie są reguły tej gry. Tutaj wchodzi się i wychodzi w tym samym momencie czasu, w jakim się weszło. Nie zapominaj, książę, że jest to Kraina O Której Zapomniał Czas. Czas tu nie obowiązuje, więc patrząc na nas waszymi oczami jesteśmy dla was nieśmiertelnymi. Ale tak jest tylko tutaj – w tej Dolinie i tylko w cieniu Kharakhallu – Brahytma wskazał na ośnieżony szczyt oświetlony nocnym pałaniem zasłoniętego nieba…
- Kharakhallu?... – powtórzyła bezwiednie Sonja.
- …zwanego także Haiłasem po vendhyjsku – dokończył Brahytma.

Zapadła chwilka milczenia, którą przerwała Ilva.
- A co ze mną? Mam tutaj zostać? – zapytała lekko drżącym głosem.
Brahytma skinął głową.
- Oczywiście możesz tu zostać, ale twój ojciec zlecił ci pewną ważną misję do wykonania – rzekł. – Od tej misji zależą losy waszego świata.
- Ale zaraz, czegoś tu nie rozumiem – mimo zmieszania jej umysł pracował trzeźwo i szybko – skoro czas na zewnątrz zatrzymuje się i płynie tylko dla nas…
- Nie w twoim przypadku – sprostował spokojnie Brahytma – w twoim przypadku czas pracuje na korzyść Gedreny i jej szalonych kapłanów. Dlatego powinnaś wyjść z Doliny…
- … i dać się zabić? – Ilva pozwoliła sobie na sarkazm. – Dziękuję, znam parę ciekawszych sposobów popełnienia samobójstwa.
- Nie – odpowiedział Brahytma – zostaniesz porwana i odstawiona do obozu stygijskich wojsk, w Oazie Nawiedzonych Piramid. Tam znajduje się to, do czego jest przeznaczony klucz, który wisi ci na szyi. Proszę zrozum, ten klucz musi się tam znaleźć. Aha – twoje wyjście uruchamia czas, więc Halidor i Sonia będą mogli wyjść bezpiecznie.

Troje podróżnych spojrzało po sobie ze zdumieniem. Brahytma uśmiechnął się.
- Taki jest plan twojego ojca – powiedział – i wierz mi na słowo, on wiedział, co robi powierzając ci tą misję. Mógł zaufać tylko tobie i ci zaufał. Dlatego powinnaś stąd odejść i oddać się w ręce Stygijczyków. Im prędzej tym lepiej. A dalej musisz zaufać swojemu wrogowi, bo musisz uciec, kiedy nastanie dzień wśród ciemnej nocy. Śmierć najpierw widzialna, a potem niewidzialna  będzie przy tobie i bezpieczna będziesz dopiero kiedy drugi raz przyjdzie ci przekroczyć wielką rzekę. Tyle tylko ci mogę powiedzieć. Proszę, zastanów się nad tym. I podejmij decyzję jak najszybciej.

Ilva zastanowiła się na moment. Żal jej było młodego życia, ale z drugiej strony poza nim nie miała niczego do stracenia.
- Podjęłam decyzję – rzekła – jutro wyjeżdżam.
Brahytma spojrzał jej w oczy i Ilva poczuła naraz głęboki spokój. Strach gdzieś znikł i pozostało tylko lekkie podniecenie, jak przed walką.
- Jesteś tego pewna? – zapytał Brahytma.
- Jestem – odpowiedziała tonem niewzruszonej pewności.
- A zatem do jutra Ilvo – rzekł Brahytma. – Kiri zaprowadzi cię do twej kwatery, a jutro zaprowadzi ciebie do Wyjścia z Doliny.
Na gest Brahytmy młody mężczyzna podniósł się z poduchy i podał jej rękę.
- Pani – rzekł – jestem zaszczycony, że mogę cię odprowadzić do Wrót.

Ilva pożegnała się z Sonją i Halidorem, skinęła głową Brahytmie i jego żonie oraz kapłanowi i prowadzona przez Kiri wyszła z domu króla. Kiri zaprowadził ją do domku nad dużym stawem i zostawił ją samą życząc dobrej nocy. Niewiele myśląc rozebrała się i skoczyła do wody. Była chłodna i orzeźwiająca, ale jednocześnie pieściła jej nagie ciało. Położyła się na wodzie na wznak i podniosła wzrok ku niebu – na granatowym nieboskłonie nie widać było ani jednej gwiazdy, tylko lśnił ostrą bielą szczyt Kharakhallu. Przepłynęła kilka razy staw i wyszła z wody. Ciepły wiatr wysuszył szybko jej skórę. Wyżęła swe mokre włosy i osuszyła je ręcznikiem. Weszła do domku i rzuciła się na wielkie, wygodne i miękkie łoże. Wtuliła twarz w poduszkę i po chwili jej oddech uspokoił się, oczy zakleiły same i zasnęła spokojnym snem człowieka nie mającego złych snów.


CDN.

środa, 19 listopada 2014

Oczekujemy na kolejny Potop?

Czy tak zacznie się nowy Potop Powszechny?


Pietr Liumkinson


Życie na Ziemi istniało już 3,4 GA temu, kiedy to w atmosferze przeważały tlenki węgla i metan i właściwie wcale nie było tlenu. Uczeni doszli do takiego wniosku po zanalizowaniu skamieniałości znalezionych w Australii.

Jak dotąd blockbusterowy film „Noe” w Russelem Crowe w tytułowej roli zarabia miliony dolarów, tymczasem cud nowego Potopu Powszechnego realnie zamajaczył na horyzoncie Ludzkości. W dniu 31.III.2014 roku, jak to było ogłoszone, międzyrządowa grupa ekspertów ONZ opublikowała referat poświęcony problemowi zmian klimatu. W pracach nad tym dokumentem brało udział prawie 300 specjalistów z 70 krajów świata. Informacje o tym referacie pojawiły się we wszystkich światowych mediach, w tym rosyjskie, jednakże – jak zwykle – piszącym je redaktorom nie zostało wiele czasu, by go przeczytać dokładnie. A rzecz była tego warta!


I upał, upał… UPAŁ!!!


Słowa o Potopie Generalnym padły i to wcale nie w przypływie krasomówstwa. W rzeczywistości, zdecydowana większość skutków towarzyszących efektowi globalnego ocieplenia - EGO niewiele różni się od wartości przepowiedzianych w rozdziałach dokumentu z 2007 roku.

Globalne ocieplenie klimatu doprowadzi do tego, że zaczną się masowe migracje wielu gatunków zwierząt. Doprowadzi to do walki o przetrwanie, a w ostatecznym rezultacie stworzy to także niebezpieczeństwo dla człowieka. Niektóre (a być może i wiele) gatunki roślin i zwierząt bezpowrotnie zginie. Urodzajność kultur żywnościowych zacznie spadać, a to z kolei doprowadzi do podwyższenia cen na produkty roślinne. Dojdzie do zwiększenia ilości głodujących ludzi, przy czym nie będzie to dotyczyć tylko państw Trzeciego Świata, ale i najbardziej rozwiniętych krajów.

A do tego wszystkiego niebezpieczeństwo Potopu Światowego w związku z tajaniem lodów na obu Biegunach, śniegów w Alpach, Himalajach i innych wysokich górach, staje się zagrożeniem dla całej Ludzkości. Podniesienie się poziomu Wszechoceanu doprowadzi do zatopienia gigantycznych obszarów lądów. Pod wodą może znaleźć się lwia część krajów Śródziemnomorza i Azji Południowo-Wschodzniej. Zabrudzenie i podniesienie kwasowości wód Wszechoceanu doprowadzi do globalnych zmian ekologicznych, a w pierwszej kolejności w rozmieszczenie i rozmnażanie się korali. Oczekuje się także podniesienia się poziomów wielkich rzek naszej planety ze wszystkimi tego następstwami.

W ślad za tym należy powiedzieć o tym, że niedostatek żywności i zatopienie obecnie gęsto zaludnionych obszarów lądowych, w dużym stopniu podnoszą możliwość wybuchu wojen domowych wewnątrz rozwiniętych państw, jak i samymi państwami o sporne terytoria i zasoby naturalne.

Nie trzeba być znanym specjalistą z dziedziny ekologii, by zrozumieć, że: podwyższenie średnich temperatur powietrza podwyższa toksyczność gazów trujących, wyrzucanych do atmosfery przez rozliczne ośrodki przemysłowe. A to – ma się rozumieć – będzie stwarzało zagrożenia dla mieszkańców przede wszystkim dużych ośrodków miejskich. Pierwsi w strefie zagrożenia ucierpią chorzy na choroby przewlekłe, chroniczne i kobiety w ciąży. Dzieci i ludzie w podeszłym wieku będą daleko częściej zapadali na astmę. Tak więc prognozy ekspertów WHO o tym, że dzięki postępowi medycyny długość ludzkiego życia się wydłuża, mogą okazać się nietrafne.

Już dzisiaj zauważa się w raporcie międzyrządowej grupy, że zanieczyszczenie powietrza prowadzi w spisie przyczyn podwyższonej śmiertelności, które to zagrożenie można było w pełni przewidzieć i jemu przeciwdziałać. I tak tylko w 2012 roku wskutek zatrucia w rezultacie wysokiego stężenia toksycznych gazów w atmosferze, na całym świecie zmarło 7 mln ludzi. Dokładnych liczb ofiar takiego zanieczyszczenia nie można podać precyzyjnie. Jednak od dawna wiadomo, że wysoki poziom zanieczyszczenia powietrza jest jedna z przyczyn apopleksji i chorób serca.


Wykryto. Policzono. Zmierzono.


Podwyższenie średnich temperatur w mnogich obszarach planety o 2°C doprowadzi – wedle autorów referatu – do tego, że światowe PKB spadnie o od 0,2 do 2%, przy czym wiarygodność tego wskazania w stronę maksimum jest mniejsza, niż w stronę minimum.

No i na koniec, prostym skutkiem ocieplenia klimatu staną się liczne kataklizmy naturalne, a straty będące ich rezultatem będą bardzo wysokie.
W gruncie rzeczy widzimy to już w dniu dzisiejszym. Poprzednia zima była w USA jedną z najcięższych w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Z powodu burz śnieżnych i silnego mrozu było sparaliżowane życie w wielu stanach i setki zakładów przemysłowych musiało przerwać pracę na kilka- czy kilkanaście dni. Zostało odwołanych kilkaset lotów rejsowych samolotów.

Mieszkańcy Izraela, Syrii i kilku rejonów Egiptu także stali się świadkami nie widzianej tam od dziesięcioleci burzy śnieżnej, w rezultacie której Jerozolima przez dwie doby była zawalona śniegiem i została bez elektryczności, a także była literalnie odcięta od świata. Na północy Izraela, a także na południu Syrii  i Libanu nie byli w stanie przywrócić dostaw energii elektrycznej i nie mogli się tam uporać ze zwałami śniegu w ciągu tygodnia.

Zima w USA w 2014 roku

Jeszcze gorsza sytuacja była w Wielkiej Brytanii. Wskutek padających tam deszczów, na ziemię spadło od 1.I do 24.II (czyli mniej więcej w okresie w jakim, zgodnie z Biblią, na Ziemi pojawił się Potop Powszechny) aż 517,6 mm wody – czyli 517,6 l/m² - i pod wodą znalazło się tysiące domów. A trzeba nam wiedzieć, że średnia roczna ilość opadów dla tego rejonu świata wynosi 330,4 l/m². W Walii w zimie spadło aż 435 l/m² - ilość o wiele przewyższająca średnią roczną normę.

Zgodnie z opublikowanym referatem niemieckiej kompanii ubezpieczeniowej Munich Re sumaryczne straty poniesione przez światową gospodarkę w 2013 roku w czasie 880 katastrof naturalnych wyniosły 125 mld USD. Tylko przewalający się przez Filipiny tajfun Haiyan vel Yolanda spowodował śmierć 6000 ludzi i spowodował straty w gospodarstwie tego kraju szacowane na 10 mld USD, co stanowi 5% PKB Filipin.

Ale najdroższa katastrofa naturalna miała miejsce w 2013 roku w Niemczech. Straty poniesione tam dzięki czerwcowemu gradobiciu na południu i wschodzie kraju zostały ocenione przez ekspertów na 15,2 mld USD.

- Zmiany klimatyczne i zwiększenie ilości katastrof naturalnych w rezultacie dotkną wszystkie istoty żywe na planecie: rośliny, zwierzęta i ludzi, w kraje wysoko- i niskorozwinięte, w biednych i bogatych – oświadczył przedstawiając nowy raport ONZ, przewodniczący międzyrządowej grupy ekspertów Rajendra Pachauri. Znany uczony dodał także, że tym razem przyczyną zagłady planety może być działalność człowieka.

Krajobraz po przejściu tajfunu Haijan/Yolanda


Lekcje na przyszłość


W związku z powyższym wyłania się następujące pytanie: czy można przewidzieć nadciągającą katastrofę i co można z tym zrobić?
Część rad przedstawionych przez ekspertów jest banalna i właśnie z tym wiąże się […] przede wszystkim ze zmniejszeniem emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, zaprzestaniem wyrębu lasów w ogóle i zabudowy tych miejsc, w których one rosły. Jednym słowem chodzi o kolejny, nowy wariant Protokołu z Kioto.

Wraz z tym należy opracować nowy program ochrony Ludzkości od następstw EGO. Program ten powinien zawierać system międzynarodowej pomocy ofiarom katastrof naturalnych, gdziekolwiek miałyby one miejsce, a także opracowanie sposobów zabezpieczenia żywności i wody pitnej oraz sposobów przeżycia ludzi w tych rejonach planety, które zostaną zatopione. Zarysowany projekt takiego programu jest obliczony do 2050 roku i pochłonąłby on 70-100 mld USD/rok – przy obecnych cenach w 2014 roku. Ale ostateczne słowo co do realizacji tego programu będą miały rządy największych i najsilniejszych państw na planecie.

Należy tutaj zaznaczyć, że w USA, Rosji i innych krajach znalazło się mniemało polityków i uczonych, którzy odnieśli się do tego projektu ze skrajnym sceptycyzmem. I tak senator z Partii Republikańskiej USA – James Inhofe oświadczył, że celem tego referatu okazuje się być: zastraszenie Ludzkości i wmówienie jej, że zmiany klimatyczne są dziełem jej rąk. W rzeczywistości to jest zupełnie nie tak.

Cały szereg znanych klimatologów także uważa, że tworzenie jakichkolwiek wniosków na temat EGO na podstawie danych zebranych za ostatnie 15-20 lat jest przedwczesne: w rzeczywistości istniejące wahania temperatury w stronę ocieplenia czy ochłodzenia obserwowano i w przeszłości. One nie były odnotowywane przez naukowców i w sposób naukowy, jak to robi się dzisiaj, jednak jest na to dostatecznie dużo dowodów.

Jednym słowem, poglądy z tego punktu widzenia można streścić w pięciu słowach: nie ma powodów do paniki. Panikować w każdym razie nie trzeba. No i słuszność powiedzenia gotuj sanie latem też została wielokrotnie potwierdzona…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 22/2014, ss. 6-7
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©