piątek, 27 lutego 2015

99942 Apophis: Na spotkanie z Ziemią

99942 Apophis


Andriej Lieszukonskij


Kosmos jest pełen niebezpieczeństw. Ale najbardziej poważne ze wszystkich, to PNO – Potencjalnie Niebezpieczne Obiekty, które mogą się zderzyć z Ziemią. Na daną chwilę, takich właśnie asteroidów i komet naliczono około półtora tysiąca. Prawdopodobieństwo ich trafienia rzadko przekracza 1%, ale ono istnieje. Najbardziej niebezpiecznym PNO jest asteroida 99942 Apophis. Ona już przeleciała kilka razy koło Ziemi i powróci w okolice naszej planety w 2029 i 2036 roku.


Żmij marzący o zniszczeniu Słońca


W 2004 roku, astronomowie amerykańscy z obserwatorium na Kitt Peak odkryli asteroidę, której nadali międzynarodowe oznaczenie 2004 MN4. W rok później, kiedy stało się jasne, że obiekt przedstawia dla Ziemi najbardziej realne zagrożenie, nadano mu adekwatne imię – Apophis/Apofis – na cześć dawnego egipskiego boga ciemności i chaosu, ogromnego żmija (w rosyjskich bajkach żmijem nazywa się ogromnego węża, będącego upostaciowaniem zła, zob. W. Markowska i A. Milska – „Srebrna gołębica”, Warszawa 1975 – przyp. tłum.), a który zamieszkuje w podziemnym królestwie i ma zamiar zniszczyć Słońce – Ra.

Walka Ra z Apopem

Czym jest ten kosmiczny morderca? Przede wszystkim uczeni nie docenili jego niebezpieczeństwa. Rzecz w tym, że asteroida ta odbija jedynie 23% światła słonecznego, i dlatego tak trudno jest ocenić jej rozmiary. Przez 9 lat obserwacji wyjaśniło się, że średnica Apophisa wynosi ok. 325 m – zamiast szacowanego wcześniej 270 m. Problem polega na tym, że mniejsze obiekty w zderzeniu z Ziemią mogą spowodować katastrofę. I tak np. średnica słynnego Meteorytu Tunguskiego nie przekroczyła 30 m. Siła jego eksplozji była oceniona na 40-50 Mt TNT. To odpowiada energii eksplozji najpotężniejszej bomby wodorowej. (tzw. Car-bomby o mocy 58-62 Mt – przyp. tłum.). W przypadku kolizji Apophisa z Ziemią zostanie wydzielona energia 1,48 Gt TNT. Według najskromniejszych obliczeń, w promieniu 300 km od punktu zero natychmiast zostaną zniszczone wszelkie obiekty wykonane ręką ludzką i zginą wszystkie żyjące istoty. Dla naszej planety to wszystko skończy się globalną katastrofą.

Porównanie wielkości Apophisa z najwyższymi budynkami na Ziemi


Do abordażu!


Ale w Kosmosie, nawet wśród PNO wystarczy dużych meteorytów i komet, które mogłyby zderzyć się z Ziemią. Dlaczego więc Apophisa uważa się za tak niebezpiecznego? Niestety, „bohater” tego materiału został odnotowany w „Księdze rekordów Guinessa” jako obiekt mający 4° w Skali Turyńskiej niebezpieczeństwa. Prawdopodobieństwo kolizji tej asteroidy z Ziemią w 2029 roku wynosi 2,7%! To jest prawdziwy rekord, bowiem wcześniej we wszystkich przypadkach wynosiło ono 0,1–0,2%.

Oczywiście poznawszy niebezpieczeństwo, które może postawić krzyżyk na istnieniu Ludzkości, uczeni zastanawiają się nad sposobami likwidacji zagrożenia. Rzecz idzie o budowie aparatu, który byłby w stanie wziąć kosmicznego rozbójnika abordażem i np. serią eksplozji zmienić trajektorie jego lotu. Wysuwano bardziej egzotyczne pomysły, np. owinięcia asteroidu w folię o wysokim albedo, a ciśnienie światła (wynoszące w pobliżu Ziemi 4,6 μPa albo ~0,5 N/km² - przyp. tłum.) zepchnie asteroid ze swej dotychczasowej trajektorii. Rozliczne projekty rozpatrywane są obecnie przez NASA i Roskosmos.

Pas zagrożenia impaktem Apophisa w 2029 roku...


Na los szczęścia?


W styczniu 2013 roku, Apophis zbliżył się do Ziemi na odległość 14,5 mln km, czyli na 0,1 AU, i szybko potem jeszcze raz dokładnie zbadano trajektorię jego ruchu, specjaliści z NASA wykluczyli możliwość jego wejścia w gęste warstwy atmosfery Ziemi. zgodnie z otrzymanymi danymi, astronomowie wyliczyli, że w 2029 roku Apophis przeleci obok Ziemi w odległości około 37.000 km, ale przejdzie obok nas. W kosmicznej skali, to bardzo blisko! Ale astronomowie twierdzą, że Ludzkości nic nie grozi. Dlaczegóż to?  

Rzecz w tym, że zepchnięcie asteroidu z dotychczasowego kursu to bezrozumne działanie. Rzecz idzie o setki miliardów dolarów! Zanim zostanie zbudowany taki kosmiczny aparat, to tysiące uczonych będzie nad nim pracować i wypracować technologie, jakich jeszcze na Ziemi nie było! A póki co, to Ludzkość działa na oślep, zdając się na los szczęścia. Te 2,7% prawdopodobieństwa, to wydaje się, że nie jest tak dużo. Ale jak się nie uda – niczego nie przeskoczysz.

Według jednej z popularnych gier komputerowych, Apophis uderza w Ziemię w 2029 roku. W ciągu kilku ni po impakcie, ginie większość Ludzkości. Tylko ocaleli uczeni, wojskowi i liderzy polityczni zdołali się uratować, ukryci w gigantycznych krioarkach, które opuszczą wtedy, kiedy mina następstwa katastrofy. Scenariusz całkiem realny…

...i w 2036 roku. Jak widać Polska jest poza strefą bezpośredniego zagrożenia impaktem, ale dosięgną nas jego wtórne skutki...


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 37/2014, s. 3
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©   

czwartek, 26 lutego 2015

Superbomba dla Führera



Iwan Barykin



Niemiecki inżynier Karl Esser w latach 80. zaprojektował jeden z podziemnych bunkrów dla Saddama Hussaina. A jego babka, Anna Esser zbudowała wiele bunkrów na potrzeby III Rzeszy i szczególnie dla Hitlera.

W latach 1944-45 hitlerowskie Niemcy jak się okazuje zdetonowały dwie bomby atomowe w którym czynnikiem roboczym był pluton. I opowiedział mi o tym 93-letni Walter Schulke, były oficer SS. Czytelnicy „Tajny XX wieka” oczywiście czytali o historii mojego znajomego, któremu pomogłem odnaleźć mogiłę jego krewnego, który zginał w grudniu 1942 roku pod Stalingradem, za co Herr Schulke opowiedział mi historię o sobie, o swej służbie w SS-Sonderbataillon korygującym odpalanie rakiet V na Londyn.

Model niemieckiego reaktora jądrowego z wczesnych lat 40. XX wieku


Rewelacje SS-Huptsturmführera


- Na początku października zostałem włączony do specjalnego obserwacyjnego komanda SS – zaczął swą opowieść Schulke. – Powiedzieli, że próby superbroni nadejdą szybko w rejonie wyspy Rügen/Rugii, nieopodal rakietowego ośrodka badawczego i poligonu HRVA w Peenemünde. Wybór padł na mnie dlatego, że w 1940 roku ukończyłem fakultet fizyki Uniwersytetu Berlińskiego.

W nocy 11 listopada zebrano nas w bunkrze i powiedzieli nam, że będzie przeprowadzona próba wybuchu Atomwaffe i że powinniśmy przestrzegać wszelkie środki ostrożności. Z wykładów staruszka Einsteina, jakie słuchałem na uniwersytecie doskonale zapamiętałem, jak bardzo śmiercionośne jest promieniowanie dla wszystkiego, co żyje. Wiedziałem też, że w Rzeszy trwają prace nad skonstruowaniem broni A…

Amerykanie na atomowym poligonie w Ohrdruf

Nie czekaliśmy długo.  Wzdrygnąłem się, kiedy zobaczyłem, jak w odległości kilometra od bunkra straszliwie błysnęło oślepiającym światłem, a potem rozległ się straszliwy huk. Taki, że zatrzęsła się ziemia. Na niebie pojawił się fioletowo-czerwony obłok w kształcie grzyba. Po czterech godzinach pozwolono nam wyjść z bunkra w skafandrach, zrobionych z czegoś w rodzaju azbestu, a na głowy kazali nam włożyć coś w rodzaju kaptura z okienkiem przed oczami. Zdjąłem go dosłownie na sekundę żeby dokładniej rozejrzeć się dookoła, co pozostało z budowli i lesie. To, co zobaczyłem mną wstrząsnęło: przede mną znajdowała się zwęglona, wyżarzona pustynia. A przecież wbijano nam do głowy, by nie zdejmować odzieży ochronnej. Po jakimś czasie pojawiły się duszności i słabość, z nosa pociekła krew, zakręciło mi się w głowie, poczułem metaliczny smak w ustach.

Według słów Schulkego platforma, na której umieszczono ładunek, jakby krowa zlizała ozorem. W odległości 500 m od PUNKTU ZERO wszystkie drzewa były powalone a te, które znajdowały się blisko epicentrum eksplozji zostały zwęglone. Ziemia przekształciła się w szklistą masę.

Amerykanie demontują niemiecki doświadczalny reaktor jadrowy

- Do dziś dnia wspominam ten obraz Apokalipsy jak koszmar – przyznał się mój rozmówca – pomimo tego fizycy, których dopuszczono do badań byli z radości w siódmym niebie: Udało się!!! – wołali. Chcieli zameldować o wszystkim do Berlina, ale łączności nie było, pojawiła się dopiero po paru godzinach. Jak potem to wyjaśniłem, w bombie było 5 kg plutonu (Pu). Ale ta, którą po pół roku wypróbowano w Ohrdrufie, Turyngia, przeszła wszelkie oczekiwania…

- Czy pan tam był? – zapytałem Herr Schulkego.
- Tak. Tam był taki sam schemat. Nie wolno nam było dopuścić nikogo postronnego. Powiedziano nam, że ten test być może będzie oglądał sam Führer. Jego kwatera znajdowała się niedaleko Ohrdrufu. Dzień 5.III.1945 roku dokładnie wrył mi się w pamięć. Na poligonie zbudowano platformę o wysokości 6 m, i na niej umieszczono bombę. Do tego doświadczenia użyto także 700 radzieckich jeńców wojennych, którzy grali rolę królików doświadczalnych. Mieli być materiałem doświadczalnym – eksponowanym na promieniowanie. Wybuch miał miejsce o wyznaczonym czasie, ale ja wzdrygnąłem się od błysku i huku, który był jeszcze straszniejszy, niż na Rugii. Grzyb po wybuchu zajął całe niebo. Obraz tego był jeszcze gorszy, niż za pierwszym razem. Z jeńców nie pozostał nawet ślad. Ci, którzy znajdowali się dalej od epicentrum byli zmasakrowani nie do poznania. Ich nawet nie dobijano, tylko zrobiono z nich stos i podpalono. Nam powiedziano, że od tego czasu III Rzesza posiada broń o potwornej sile rażenia.

- I co było dalej?
- W końcu kwietnia, kiedy Rosjanie byli o sto kilometrów od poligonu w Peenemünde, nas i uczonych załadowano na okręty podwodne i wywieziono do Patagonii. Tam w niemieckiej kolonii dowiedziałem się, że naziści użyli Atomwaffe kilka razy. Pierwszy raz na Krymie przy zajmowaniu Sewastopola, a następnie w czasie Bitwy na Łuku Kurskim. Był to ładunek o niewielkiej mocy i użyto go przeciwko pułkowi strzeleckiemu. Nie przeżył nikt. Niemców oskarżono o użycie zabronionych przez konwencje międzynarodowe BŚT, chociaż skutki ich działania są zupełnie inne. Wiosną 1945 roku, Niemcy były jak jeszcze nigdy blisko wyprodukowania pełnowymiarowej bomby A. Zabrakło nam tylko kilku tygodni…

Schulke opowiedział, że z niemieckiej kolonii, kiedy skończyło się polowanie na zbrodniarzy wojennych, pojechał na dalsze zamieszkania do USA i tam założył Muzeum Historii II Wojny Światowej. Znajdowały się tam makiety wszystkich nowinek technicznych III Rzeszy, z wyjątkiem bomby A.


Początki prac nad atomem


- Zwiedzający muzeum czasami pytali mnie, dlaczego w muzeum nie ma ani słowa o historii prac nad „cudowną bronią” Hitlera – mówił dalej mój rozmówca. – Zainspirowało to mnie i zacząłem szukać świadectw w archiwach. Najciekawszych odkryć dokonałem w Niemczech, do których wróciłem po upadku Muru Berlińskiego. I oto, co udało mi się ustalić. W III Rzeszy nad bronią A zaczęto pracować jeszcze w 1938 roku. Wiodący fizycy-atomiści Otto Hahn i Fritz Straßman odkryli wtedy nowe zjawisko – rozpad jądra atomowego uranu. Hitler nadzwyczajnie zainteresował się możliwością skonstruowania superbroni, przy pomocy której można było zawojować cały świat, powierzył tą sprawę głównodowodzącemu wojsk lądowych – Wehrmachtu – feldmarszałkowi Walterowi von Brauchitschowi. Specjalny wydział fizyki Rady Badawczej Rzeszy objął prof. Abraham Esau.

Jesienią 1939 roku, wiodący niemieccy fizycy zostali wciągnięci do Towarzystwa Uranowego przy Urzędzie do spraw Uzbrojenia Armii. Centrum badań atomowych stał się Instytut Fizyki Towarzystwa Keisera Wilhelma. Do prac nad cudowną bronią oddelegowano znani na całym świecie uczeni: Otto Hahn, Werner Heisenberg, Kurt Diebner, Carl F. von Weizsäker, Manfred von Ardenne, Max von Laue i inni. W tym projekcie naukowym brały udział 22 organizacje naukowe.

Na finansowanie projektu atomowego została przeznaczona gigantyczna, jak na owe czasy suma 1,6 mln RM. Nie było problemu z brakiem rudy uranowej – uraninitu – UO2, UO3, U5O8, Niemcy posiadały połowę całego światowego zapasu tego pierwiastka. Jego dostawy płynęły z Czechosłowacji (Jahymovo) i Francji (Autun) oraz kopalni w Kongu. Uran wydobywano także w Niemczech – m.in. w Karkonoszach i Górach Sowich na Dolnym Śląsku. W 1940 roku, w tajnych fabrykach uzyskano 280 kg metalicznego uranu, niezbędnego do konstrukcji bomb A. W 1941 roku było już 2,5 tony, a w 1942 roku – 5,6 tony. Ciężką wodę (D2O) otrzymywano z Norwegii.

W końcu lat 30., zaczęła się budowa reaktorów jądrowych. W lutym 1942 roku grupie Heisenberga-Döpela udało się wybudować doświadczalny reaktor w lipskim uniwersytecie. W 1939 roku, grupa badawcza fizyka nuklearnego Kurta Diebnera zaczęła budowę reaktora jądrowego na ciężką wodę i metaliczny uran na poligonie Kummersdorf pod Berlinem. Reaktor Heisenberga-Döpela uruchomiono w marcu 1945 roku. Zamienił on reaktor Diebnera, który eksplodował w czasie wchodzenia w fazę krytyczną. Jeszcze w 1941 roku, niemieccy uczeni napisali podanie o przyznanie patentu na bombę plutonową. W 1942 roku, Niemcy najlepszymi technologiami nuklearnymi na świecie. Potwierdza to w swej książce pt. „Broń jądrowa Trzeciej Rzeszy” angielski pisarz David Irving.    

- A gdzie miał miejsce montaż tych atomowych ładunków?
- W podziemnych fabrykach na terenach obozów koncentracyjnych. Niemcy szeroko wykorzystywali do wyrabiania niezbędnych komponentów jeńców wojennych. Na terenie obozu koncentracyjnego Auschwitz został zbudowany zakład produkcji syntetycznego kauczuku. Jednakże ani kilograma kauczuku tam nie wyprodukowano – był to bowiem zakład separacji izotopów, gdzie pracowało dziesiątki tysięcy więźniów.

[Ciekawa informacja, bo jak dotąd mówiło się tylko o fabryce kauczuku. Według Geocachingu w Polsce: Przy ul. Chemików znajduje się pomnik Walki i Męczeństwa w Monowicach. Odsłonięty w 1966 r. upamiętnia śmierć 30 tys. więźniów pracujących w zakładach koncernu I.G. Farben, produkującego tu metanol i kauczuk. Po wojnie I.G. Farben odbudowano jako Zakłady Chemiczne „Oświęcim" - obecnie jest to Firma Chemiczna „Dwory" S.A. W oparciu o bliskość kopalni węgla kamiennego, obfitość wody w Sole i Wiśle, dogodne szlaki komunikacyjne oraz tanią siłę roboczą z pobliskiego obozu KL Auschwitz w 1941 r. niemiecki koncern chemiczny I.G. Farben podjął decyzję o budowie fabryki „Buna-Werke".Na terenach Dworów i Monowic w kwietniu tegoż roku rozpoczęto budowę , która nieprzerwanie trwała do wkroczenia Armii Czerwonej w styczniu 1945 r. Niemcy, jeszcze w czasie wojny, rozpoczęli produkcję metanolu, karbidu i kauczuku syntetycznego. Pod koniec 1944 r. lotnictwo alianckie kilkakrotnie dokonało zmasowanych nalotów na powstające zakłady. 1 września 1945 r. okupacyjne władze radzieckie, po wyszabrowaniu i wywiezieniu większości maszyn, oddały zrujnowaną fabrykę w ręce polskie. Powstały wtedy Państwowe Zakłady Paliw Syntetycznych, które w 1951 r. przyjęły nazwę Zakłady Chemiczne „Oświęcim". W okresie swojego największego rozwoju zatrudniały one ok. 13 tys. pracowników i produkowały ponad 150 substancji chemicznych. W latach 90. XX w. zmieniły nazwę na: Firma Chemiczna „Dwory" S.A. (http://opencaching.pl/viewcache.php?cacheid=12670) – uwaga tłum.]

Zakład ten pospiesznie zdemontowano na kilka dni przed wkroczeniem tam wojsk radzieckich. Hitler był przekonanym, że radziecka ofensywa zostanie zatrzymana przy pomocy „cudownej broni”, dlatego też poganiał swoich uczonych, oskarżając ich o zdradę i sabotaż. Choć sam jeszcze w 1924 roku, w rozmowie z ministrem uzbrojenia Albertem Speerem twierdził, że broń ta nie zostanie skonstruowana wcześniej, niż za trzy lata, powiedział, że jest głęboko rozczarowany atomowym projektem. Wraz z tym, Führer nie ukrywał nadziei na to, że jednak bomba A zostanie zbudowana. Marzył on o uzbrojeniu rakiet V w bojowe głowice jądrowe i rzuceniu ich na drapacze chmur Manhattanu oraz na londyńskiego Big-Bena… W tym celu Hitler usankcjonował zwiadowczy lot samolotu Heinkel He-380. Samolot ten przeleciał w odległości 12 mi/19,2 km od Nowego Jorku, sfotografował potrzebne obiekty i ustalił punkty amerykańskiej OPL. Amerykanie nie byli w stanie zestrzelić intruza…

Twórca niemieckiej broni jądrowej prof. Werner Heisenberg na okładce "Der Spiegla" 


Wywiad ustalił dokładnie


Projektom atomowym w hitlerowskich Niemczech, nasz wywiad zaczął się przypatrywać już w 1940 roku. Autorowi artykułu udało się to wyciągnąć z memuarów jednego z szefów radzieckiego wywiadu zagranicznego Pawła A. Sudopłatowa. Wspomina on:
Z Berlina w tym czasie szły szyfrogramy: hitlerowcy są na poważnie zajęci przygotowaniem bomby atomowej. Radziecki wywiad przedsięwziął kroki by rozpracować niemieckie programy atomowe. Szef oddziału wojskowego wywiadu naukowo-technicznego INO NKWD – Leonid Kwasnikow skierował do Berlina rezydenta naszego wywiadu w Niemczech z poleceniem zbierania wszelkich informacji o niemieckich próbach atomowych i innych pracach w Niemczech i Skandynawii. Nie umknęły uwagi naszych rezydentów próbne eksplozje nuklearne na Rugii i w Ohrdrufie. Zameldowano o tym Stalinowi, a ten polecił Kurczatowowi wprowadzić w życie radzieckie prace.

Moskwa była prawdziwie zaniepokojona tym, że tak daleko w tej sferze posunęła się niemiecka nauka. Później się wyjaśniło, że Amerykanie zrzucili na Hiroszimę zrobioną przez nich niemiecką bombę A. po kapitulacji Rzeszy, setki niemieckich uczonych – fizyków jądrowych –  wysłano do ZSRR. To oni pomogli Kurczatowowi w krótszym terminie stworzyć pierwszą radziecką bombę A.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 37/2014, ss. 4-5

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                   

środa, 25 lutego 2015

Zaginiony samolot malezyjski (22)



Kaczyńskiego zabili sami Amerykanie: Operacja „Czerwona Róża”

Kilka dni temu znalazłem w Internecie na Facebooku poniższy tekst, który jest głosem w dyskusji na temat katastrofy z dnia 10.IV.2010 roku, w której zginęło wielu polskich osób ze świecznika, w tym para prezydencka – Lech i Maria Kaczyńscy. A oto ten tekst:

Poniższe tłumaczenie ukazało się już na kilku blogach i stronach. Zamieszczam je u siebie, ponieważ dyskusja na temat zamachu smoleńskiego jest nadal gorąca (i tak być powinno), wszelkie komisje, a także niezależni „badacze” dokładają tylko oliwy do ognia zaciemniając obraz sprawy nowymi „faktami” i teoriami.
Można mieć szereg zastrzeżeń do poniższego tekstu, jak to, że nie tłumaczy tak istotnych faktów, jak całkowitego rozerwania kadłuba samolotu. Nie odpowiada też na pytanie czy na pokładzie były wszystkie osoby, które miały rzekomo lecieć z Prezydentem. Jeszcze raz podkreślam, że nie wierzę by po katastrofie Casa kilka lat temu (która sądzę, że też był zamachem) polscy oficerowie wsiedli na pokład samolotu razem z Prezydentem i tak wieloma osobami pełniącymi w państwie najwyższe pozycje.
Na wiele pytań nikt nie usiłuje nawet dać odpowiedzi. Jednym z nich jest ustalenie kto wręczał czerwoną różę równo miesiąc przed zamachem smoleńskim. Zajście nazwane „zamachem z różą” jest bardzo podejrzane, szczególnie że różę Kaczyńskiemu wręczał osobnik w jarmułce, tak jakby chciał zamanifestować swoją żydowską przynależność. Symbolika w tym wypadku wydaje się bardzo podejrzana.
Czy ktoś wrócił do tematu angielskojęzycznego osobnika, który rzekomo przebywał w wieży kontrolnej? Co się stało ze światłami na lotnisku, że po katastrofie je tak starannie wymieniano? Tych pytań są setki.
Zmyłka z GPS-em mogła być jednym z elementów zamachu – akcje służb specjalnych różnią się tym od amatorszczyzny, że są tak przemyślane by były udane w 100 procentach. Pamiętajmy, że USA nie rządzą już Amerykanie – zarówno rząd, jak i wszystkie agencje rządowe, służba zdrowia, wojsko, edukacja itd. są w rękach bolszewików – tych samych ludzi, którzy wymordowali dziesiątki milionów chrześcijan w Rosji i innych krajach.
Rosyjskie służby wyjaśniły, w jaki sposób został zabity L. Kaczyński. Katastrofa prezydenckiego Tu-154M wynikła wskutek złośliwego przeorientowania satelitarnego systemu, produkcji amerykańskiej, zainstalowanego na pokładzie samolotu. Wskutek tego pilot w złych warunkach pogodowych nie zdążył na czas zareagować i wyciągnąć samolotu ze spadania. (…)
Przy oględzinach miejsca upadku, specjalistów najbardziej zadziwiło, dlaczego samolot odchylił się od ścieżki nalotu aż o 500 metrów i znalazł się tylko 5 metrów nad ziemią, zamiast 60 według ekspertów, Amerykanie lokalnie zmienili poziom ziemi w systemie GPS samolotu. Nikt, oprócz specsłużb USA, nie jest w stanie lokalnie zmienić współrzędnych GPS.
Taka możliwość została wymyślona dla wykorzystania w okresie wojny. Na przykład w okresie napaści Gruzji na Południową Osetię w roku 2008 rosyjscy artylerzyści zderzyli się z problemem przesunięcia w ogólnodostępnym sygnale GPS. Amerykanie przesunęli w tej strefie współrzędne o 300 metrów. W rezultacie rosyjscy artylerzyści nie mogli posługiwać się ogólnie dostępnym systemem GPS. Ta teza się potwierdziła, gdy po stronie gruzińskiej zostały przejęte rządowe Hummery z zapasowymi dyskami do wprowadzenia do urządzeń GPS na ich pokładzie.


Moje 3 grosze


Czy coś takiego jest możliwe? Najpierw po przeczytaniu tego tekstu wzruszyłem ramionami – ot, jeszcze jedna teoryjka wylęgła w jakiejś głowie niedowarzonej, kolejny przypał chciałby mieć swoje wielkie 5 minut w historii i wymyślił teoryjkę, która wkrótce i tak trafi do lamusa, jako niedorzeczna. Tak już nawiasem, hipoteza o manipulowaniu wskazaniami GPS pojawiła się w śledztwie na samym początku i… szybko znikła wyparta przez wrzaski „genetycznych” polskich „patriotów” i „teorie” różnych „specjalistów” m.in. z USA, sprowadzonych przez Antoniego Macierewicza.

Pogląd ten zmieniłem wtedy, kiedy przypomniały mi się wydarzenia z września 2010 roku, kiedy to bawiłem na urlopie w Międzyzdrojach. Przez tydzień jeździliśmy tam i sam zwiedzając wszystko, co się dało zwiedzać i oglądając wszystko, co się dało oglądać. Typowa wycieczka turystyczno-krajoznawcza, którą zrealizowaliśmy w 90% mimo dość paskudnej, wietrznej i deszczowej pogody. Ale co to ma wspólnego z katastrofą rządowej „tutki”?

Otóż ma. Podróżując po wyspach posługiwałem się pokładową nawigacją GPS, którą miałem zamontowaną w samochodzie. Pewnego dnia zauważyłem, że – UWAGA! – wskazania GPS nie pokrywają się z tym, co miałem w terenie. Różnica sięgała nawet 100-250 m! Wtedy tłumaczyłem to konfiguracją terenu i możliwością zalegania pod ziemią większej ilości meteorytowego żelaza… Sprawę opisałem na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2012/08/podroz-uczona-do-polskiej-atlantydy-1.html i dalsze.

Drugi przypadek miałem niedawno na Słowacji. Jechałem właśnie z Dolnego Kubina do Trsteny. Przejeżdżając obok templariuszowskiego zamku w Oravskim Podzamku ze zdumieniem zauważyłem, że mój nawigator GPS „zwariował” i podaje jakieś dziwne wskazania wysokości n.p.m. i przez 2-3 minuty miałem jakieś dziwne odczyty różniące się nawet o 100 m. Zwaliłem to na karb aktywności słonecznej, jakiejś burzy magnetycznej albo zakłócenia odbioru sygnałów z satelitów, i zapomniałem o tym. Aż do wczoraj.

Czy to coś ma wspólnego z katastrofą polskiego samolotu? Nie wiem czy tak było, ale jeżeli tak, to mieć mogło. Wskazania wysokości n.p.m. GPS nie mają znaczenia w przypadku samochodu, który porusza się na dwuwymiarowej płaszczyźnie, ale mają kolosalne znaczenie w przypadku samolotu poruszającego się w trójwymiarowej przestrzeni! Taki zamach mógłby być zrealizowany i byłby nadzwyczaj skuteczny – cel zostałby zniszczony.

Spójrzmy jeszcze na okoliczności tej katastrofy: ograniczona widoczność - mgła nad lotniskiem. Idealna pogoda własnie do takiej operacji dezorientujacej pilotów, którzy do końca wierzyli przyrządom nie zwracajac uwagi na wszelkie alarmy - to rozpaczliwe PULL UP! PULL UP!... 

Tylko pozostało odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: cui bono, cui prodest? Komu zależało na zabiciu polskiego prezydenta i towarzyszących mu osób? Osobiście jestem przekonany, że jeżeli to był zamach, to jego celem była nie tyle para prezydencka czy towarzyszący jej notable, ile wszyscy Polacy, których ta zbrodnia jeszcze bardziej podzieliła. I o to właśnie chodziło, by Polacy skakali sobie do oczu, podczas gdy sprawcy zamachu stali z boku i wyciągali z niego kolejne korzyści. Pod tym względem technika manipulacji ludzkimi umysłami przypomina mi operacje tego typu prowadzone przez CIA w bananowych republikach, do poziomu których Polska doszlusowała po 1989 roku.

Myślę, że jest to także wyjaśnienie tego, co stało się z malezyjskim samolotem, który tajemniczo zaginął gdzieś nad którymś z oceanów w dniu 8.III.2014 roku. Teraz wydaje się to wyjaśnione – skoro można wprowadzać błędne dane do konkretnych odbiorników GPS, to ktoś mógł zmylić załogę lotu MH370 oraz QZ-8501 i wyprowadzić maszynę z ludźmi diabli wiedzą, dokąd, w warunkach złej widoczności: noc, burza, mgła... A jeszcze jak na pokładzie znajdował się sabotażysta… Jednym słowem – ta hipoteza wiele wyjaśnia. 



wtorek, 24 lutego 2015

Zaginiony samolot malezyjski (21)



Siedem teorii na temat zniknięcia lotu MH-370


Mark Diamat (AP)


Istnieje siedem głównych teorii na temat tego, co stać się mogło z samolotem Boeing 777 z lotu MH-370, który zaginął tajemniczo gdzieś w przestrzeni powietrznej Azji lub Oceanu Indyjskiego w dniu 8.III.2014 roku. I tak:




Teoria nr 1. ZŁOWROGA AKCJA PILOTÓW
ZA: Dlaczego podejrzewamy pilotów? Transponder samolotu przestał nadawać sygnał do kontroli lotów i innych maszyn będących w powietrzu w najbardziej dogodnym momencie: przełączenia się z łączności z kontrolą lotów w Malezji na kontrolę lotów w Wietnamie.
PRZECIW: Pomysł, że piloci użyli samolotu do zabicia siebie oraz załogi i pasażerów jest nie do przyjęcia, stanowiłby pewne tabu dla lotnictwa, ale nie można go wykluczyć.


Teoria nr 2. – PORWANIE/UPROWADZENIE PRZEZ TERRORYSTÓW
ZA: Teoria ta była najbardziej popularna, kiedy okazało się, że na pokładzie było dwóch Irakijczyków – jeden 18-letni, drugi 28-letni, którzy podróżowali na skradzionych paszportach.
PRZECIW: Jak dotąd żadne z ugrupowań terrorystycznych nie przyznało się do porwania tego samolotu, zaś służby specjalne nie zaobserwowały żadnej aktywności w kręgach terrorystów związanej z porwaniem tego samolotu.


Teoria nr 3. – NAGŁA KATASTROFA
ZA: Specjaliści od lotnictwa i katastrof lotniczych najpierw zasugerowali, że stało się coś nagłego i strasznego, np. wybuch bomby na pokładzie, albo awaria silników lub konstrukcji maszyny.
PRZECIW: Gdyby tak było, to znaleziono by szczątki samolotu w pobliżu punktu, w którym został wyłączony transponder.


Teoria nr 4. – POZAR NA POKŁADZIE
ZA: Pożar instalacji elektrycznej, albo pożar łatwopalnego ładunku byłby w stanie wyłączyć urządzenia łączności i uniemożliwić załodze i pasażerom wezwanie pomocy.
PRZECIW: Oczywiście jest to możliwe, ale załoga i pasażerowie mieliby czas na dostanie się do kokpitu i odzyskać kontrole nad samolotem.


Teoria nr 5. – DEKOMPRESJA
ZA: Powolna lub szybka dekompresja powodująca utratę tlenu byłaby w stanie zabić każdego na pokładzie.
PRZECIW: Ale nawet w takim przypadku – jak twierdzą to eksperci lotniczy – gdyby anoksja zabiła wszystkich na pokładzie, to autopilot dalej prowadziłby samolot do Pekinu i byłby on widziany na radarze.


Teoria nr 6. – UKRYCIE SAMOLOTU
ZA: Istnieje możliwość, że ktoś jednak wylądował samolotem w jakimś odległym porcie lotniczym i ukrył go przed światem.  
PRZECIW: Ale po co zadawał sobie tyle trudu, by ukraść samolot pasażerski? Samolot transportowy byłoby mu o wiele łatwiej…


Teoria nr 7. – PRZYPADKOWE ZESTRZELENIE
ZA: Cywilny samolot mógł być zestrzelony przez pomyłkę przez wojsko.
PRZECIW: Nie ma żadnych dowodów na to, że lot MH-370 został zestrzelony przez wojsko.



Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Zaginiony samolot malezyjski (20)



Z winy wojskowych: omyłkowe zestrzelenia


Jurij Daniłow


W 1896 roku, w Berlinie runął na ziemię szybowiec. Jego pilot Otto Lilienthal objaśniwszy z naukowego punktu widzenia jak ptaki latają w powietrzu, zginął. Była to pierwsza w świecie katastrofa lotnicza ze skutkiem śmiertelnym…

Dnia 17.VII.2014 roku, w Donieckiej Obłasti Ukrainy rozbił się Boeing-777 należący do kompanii Malaysia Airlines. Wszystkich 283 pasażerów i 15 załogantów zginęło. Zgodnie z oficjalną wersją, stratoliner został zestrzelony przy pomocy rakiety. Jeżeli ta informacja się potwierdzi, to lipcowa katastrofa stanie się największą w historii awiacji z udziałem wojskowych w ciągu ostatnich 50 lat. Chcę przypomnieć naszym Czytelnikom katastrofy lotnicze, które powstały z winy wojskowych, po II Wojnie Światowej do naszych dni.


Zestrzelenie Boeinga 747 Jumbo Jeta przez radziecki mysliwiec w 1983 r. (wizja artysty)


Myśliwce i „zabłąkane” rakiety 


·        W dniu 23.VII.1954 roku, chińskie myśliwce biorąc hongkoński samolot pasażerski DC-4 za samolot zwiadowczy zestrzeliły go. Zginęło 10 osób.
·        Dnia 30.VI.1962 roku miała miejsce największa katastrofa tamtych czasów w ZSRR – liniowy Tu-104 w około godzinę po starcie zaczął szybko się zniżać i rozbił się. Wszystkie 84 osoby na jego pokładzie zginęły. Później stało się jasne, że w tym czasie jednostka WOPK pod Magańskiem prowadziła ćwiczebne strzelania i jedna z rakiet ziemia-powietrze „zagubiła się” w burzowym froncie, przeprogramowała się z ćwiczebnego celu i trafiła w samolot.
·        Dnia 11.IX.1968 roku nad Morzem Śródziemnym, w okolicy Nicei, francuski samolot pasażerski SE-210 Caravelle III został trafiony rakietą ziemia-powietrze w okolicy wyspy Île du Levant, gdzie miały miejsce ćwiczenia przeciwlotnicze. W rezultacie katastrofy zginęło 95 osób.


Pomyłki nawigacyjne


·        Dnia 21.XII.1973 roku, Boeing-727 należący do libijskich linii lotniczych z powodu pomyłki nawigacyjnej skierował się w stronę izraelskiej bazy lotniczej na półwyspie Synaj. Poderwano dyżurną parę myśliwców na przechwyt, piloci wzięli tą maszynę za egipski samolot (w tym czasie trwała wojna z Egiptem) przejęty przez terrorystów. Piloci libijskiego samolotu nie odpowiadali na nakaz lądowania i samolot zestrzelono. Zginęło 216 ludzi.
·        Dnia 20.IV.1978 roku, południowokoreański Boeing-707 zszedł z kursu, wszedł w przestrzeń powietrzną ZSRR nad Karelią i zignorował wezwania do lądowania poderwanego na przechwyt myśliwca. W rezultacie czego radziecki Su-15 otworzył do niego ogień i piloci Boeinga zmuszeni byli do siadania na tafli jeziora Korpijarvi. Po ostrzale Boeing stracił część skrzydła, która na radarach WOPK wyglądała jak rakieta. Na jej przechwyt poleciał jeszcze jeden Su-15, który ostrzelał cel w powietrzu. W rezultacie incydentu zginęło dwóch pasażerów.
·        W dniu 27.VI.1980 roku, włoski samolot pasażerski DC-9 znalazł się na polu bitwy libijskiego i natowskiego lotnictwa nad Morzem Tyrreńskim i został zniszczony rakietą powietrze-powietrze wystrzeloną prawdopodobnie z francuskiego myśliwca. Zginęło 81 ludzi.


Rakietowy system PLOT. S-200 w akcji


Rozkaz - zniszczyć naruszyciela!


·        W nocy 30.VIII/1.IX.1983 roku miała miejsce jedna z najsłynniejszych katastrof lotniczych z udziałem lotnictwa cywilnego i wojskowego. Boeing-747 z południowokoreańskich linii lotniczych KAL naruszył przestrzeń powietrzną ZSRR i został zestrzelony przez samolot Su-15. Zginęło 269 osób.
- Widziałem jak w przedzie idzie ten sam – obcy. Nie jestem inspektorem drogówki, który może zatrzymać intruza i zażądać okazania dokumentów. Leciałem za nim, żeby przerwać mu lot – wspomina pilot tego myśliwca ppłk Giennadij Osipowicz. – Pierwsze, co powinienem zrobić, to zmusić go do lądowania. A jak się nie podporządkuje, to za wszelką cenę przerwać lot. Innego wyjścia po prostu nie było.
Tak więc przybliżyłem się i złapałem go w celownik radiolokacyjny. Zaświeciły się kontrolki odpalania rakiet. Znalazłszy się w odległości 13 km od intruza zameldowałem – „Cel uchwycony – idę za nim, co robić?” Ziemia odpowiada – „Cel naruszył granicę państwową. Cel zniszczyć”.
Pierwsza rakieta trafiła w ogon – ukazały się żółte płomienie. Druga rozwaliła połowę lewego skrzydła – wtedy zgasły światła i stroboskopy.
W dniu 14.VI.1993 roku eksperci Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego – ICAO – opublikowali dokument, w którym doszli do wniosku, że dowództwo WOPK ZSRR sądziło, iż wydaje rozkaz do zestrzelenia amerykańskiego samolotu szpiegowskiego RC-135, którego wcześniej zaobserwowano w tym rejonie. A rejon ten był bogaty w tajemnice: na Sachalinie znajdowało się sześć strategicznych baz lotniczych i centrum Marynarki Wojennej, na Kamczatce znajduje się poligon rakietowy ICBM w Kura, w Morzu Ochockim pomiędzy Sachalinem a Kamczatką pływały atomowe okręty podwodne z SLBM na pokładzie. Poza tym nie jest przypadkiem, że w czasie lotu południowokoreańskiego liniowca, nad tym rejonem trzykrotnie przelatywał amerykański satelita radiozwiadowczy Ferret D, który rejestrował wszystkie parametry aktywizującej się sieci łączności radzieckich WOPK. Dlatego też istnieją wszelkie podstawy do stwierdzenia, że koreański Boeing został rzucony przez CIA na rozpoznanie bojem.

[Osobiście uważam, że Rosjanom chodziło nie o samolot szpiegowski RC-135, ale o coś jeszcze innego, a mianowicie o samolot Boeing 707 E-3A Sentry AWACS – latające stanowisko dowodzenia i kontroli obszaru powietrznego – jedno z kluczowych ogniw Programu SDI/NMD albo Gwiezdnych Wojen prezydenta Ronalda Reagana, który tej nocy znajdował się także przy radzieckiej przestrzeni powietrznej, i z którego koordynowano działania kilku samolotów radiozwiadu, satelity Ferret D oraz okrętu rozpoznania radioelektronicznego USS Badger. Tak czy inaczej, była to operacja szpiegowska wymierzona przeciwko ZSRR i kroki przezeń podjęte były słuszne i uzasadnione. Zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2013/11/przerwany-rejs.html i http://wszechocean.blogspot.com/2012/12/bieczewninka-zapomniana-baza-okretow.html,  – uwaga tłum.]


Samolot KAL zmuszony do lądowania w radzieckiej Karelii


Obrona przed możliwym atakiem

·        W dniu 3.VII.1988 roku, irański Airbus A-300 został zestrzelony przez dwie rakiety klasy woda-powietrze odpalone z amerykańskiego krążownika przeciwlotniczego USS Vincennes – zabito 290 pasażerów i załogantów.  
·        Jeszcze do tego, w dniu 8.VII.1988 roku, ten sam okręt grożąc użyciem broni zmusił do zmiany kursu jeszcze jednego pasażerskiego stratolinera lecącego nad Zatoką Perską, co omal nie doprowadziło do kolizji z innym samolotem pasażerskim…  
Później dowódca krążownika oświadczył, że samolot nie odpowiadał na wezwania i został rozpoznany jako myśliwiec F-14 sił powietrznych Iranu, poczym podjęto decyzje o jego zniszczeniu. Prezydent USA Ronald Reagan w związku z tym oświadczył, że rakiety wystrzelono w przypadku „obrony przed zagrażającym atakiem” w „obronie koniecznej”.
Ciekawe, że wcześniej – w incydencie z zestrzelonym przez radzieckie WOPK południowokoreańskim Boeingiem z lotu KAL-007 – waszyngtońska administracja wyrażała zdumienie, jak w ogóle można pomylić samolot pasażerski z wojskowym.

[No właśnie. Ciekawy jestem jak można było pomylić radarowe echo dużego Airbusa z echem mniejszego F-14, które różnią się między sobą także pułapem i innymi parametrami lotu? Jest oczywistym, że było to albo zaniedbanie/niedoszkolenie obsługi radiolokatorów krążownika, albo celowe działanie. W kontekście tego drugiego przypadku należy sądzić, że było to niestety celowe działanie – uwaga tłum.]        


Szczątki malezyjskiego Airbusa zestrzelonego na Ukrainie


Sprawy na Kaukazie…

·        Dnia 9.V.1992 roku miał miejsce jedyny szczęśliwy incydent w szeregu katastrof lotniczych z udziałem wojskowych – armeński samolot pasażerski Jak-40 wywożący uciekinierów ze Stepanakertu do Erewania został ostrzelany przez azerbejdżański samolot szturmowy Su-25, ale załoga wykonała perfekcyjnie awaryjne lądowanie. Nikt nie zginął, tylko samolot spalił się do cna.
·        W dniu 21.IX.1993 roku, w czasie gruzińsko-abchaskiego konfliktu przy pomocy rakietowego systemu plot. z abchaskiego kutra rakietowego został zestrzelony gruziński liniowiec Tu-134 w rejonie Suchumi. Zginęło 25 (mówi się także o 27 lub 28) osób.
·        Następnego dnia, także z kutra rakietowego, został uszkodzony jeszcze jeden gruziński samolot pasażerski Tu-154. Pilotom udało się posadzić samolot, ale na nieszczęście wypadł on z pasa startowego i zapalił się. Zginęło 108 osób.
·        Wieczorem tego samego dnia, jeszcze jeden Tu-154 został ostrzelany w czasie podchodzenia do lądowania, ale rakieta nie trafiła w cel.


Zmiana celu i terroryści


·        W dniu 4.X.2001 roku, rosyjski Tu-154 został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze z kompleksu plot. S-200 przez WOPK Ukrainy nad Morzem Czarnym. Zginęło 66 pasażerów i 12 załogantów.
W chwili przelotu stratolinera w rejonie Teodozji miały tam miejsce ćwiczenia szkolno-bojowe ukraińskiego WOPK mające na celu nauczenie wykrywania i niszczenia celów powietrznych pozorowanego nieprzyjaciela przy pomocy systemów pocisków rakietowych plot. klasy ziemia-powietrze. Mimo tego, że generalicja i rząd Ukrainy odżegnał się od tego incydentu, to podniesione z dna morza szczątki samolotu i ciała podróżujących nim ludzi nosiły charakterystyczne okrągłe dziury po kulach, którymi wypełnione są głowice bojowe pocisków rakietowych kompleksu S-200. Poza tym różnica w czasie pomiędzy wybuchem samolotu i zarejestrowanym przez Amerykanów startem pocisku rakietowego tym rejonie jak raz pasowała do czasu dolotu do celu tej rakiety. W końcu strona ukraińska musiała przyznać, że do katastrofy doszło wskutek zmiany automatycznego naprowadzania na cel z bezpilotowego samolotu-celu na rosyjskiego pasażera.
·        W dniu 9.I.2007 roku, terroryści z ugrupowania Islamska Armia w Iraku zestrzelili mołdawski samolot pasażerski An-26 w czasie jego przelotu nad irackim Bagdadem. Zginęły 34 osoby.


Moje 3 grosze


Do tej ponurej listy należałoby jeszcze dopisać i polski epizod, a mianowicie tajemniczą i nigdy nie wyjaśnioną katastrofę samolotu PLL LOT An-24 o znakach SP-LTF z lotu LO-165, która wydarzyła się w dniu 2.IV.1969 roku pod szczytem Policy w Beskidzie Wysokim. Zginęło wtedy 53 osoby – pasażerów i załogantów. A tak pisałem o niej na łamach „Echa Jordanowa”:

Także i ta katastrofa jest osłonięta gęstym woalem tajemnicy. Badający tą sprawę dziennikarz „Gazety Krakowskiej” red. Jerzy Pałosz sądził, że po upadku komunizmu w Polsce uda mu się dotrzeć bez przeszkód do świadków i dokumentów. Rychło okazało się, że świadkowie mówią niewiele, a i gros dokumentów spoczywa nadal w safesach MSWiA, MON i  IPN, bez szans na ich rychłe odtajnienie. Sprawa ta przypomina angletonowską „dżunglę luster”, tropy przecinają się nawzajem i czasem wykluczają, zaś odbicia oślepiają i dezorientują... (=> J. Pałosz – „Tragedia pod Zawoją” w „Gazeta Krakowska” z dn. 10 kwietnia 1994, ss. 6 i 7 oraz z dn. 11-12 kwietnia 1994, s. 3) Jedno jest pewne, że ówczesne władze PRL zrobiły wszystko, co w ich mocy, by sprawę tej katastrofy wyciszyć i ukręcić temu łeb. Prawda była zbyt niewygodna... […]
Istnieje kilka hipotez, co do przyczyn tragedii pod Zawoją:
1.Porwanie samolotu i ucieczka do Austrii;
2. Zestrzelenie samolotu przez czechosłowackie WOPK;
3.Błąd pilotów, którzy po przeleceniu Krakowa usiłowali zawrócić samolot i wskutek błędu nawigacyjnego uderzyli w stok Policy;
4.Błąd obsługi naziemnej lotniska Kraków – Balice, która obserwowała samolot Li-2 (lecący przed SP-LTF) i podawała dane, na których oparli się piloci AN-24;
5. Działanie innych czynników niezależnych od ludzi, fatalnych warunków pogodowych, błędów technicznych, awarii systemów nawigacyjnych, itd.
Tak czy inaczej, każda z tych przyczyn doprowadziła do tego, że w dniu 2 kwietnia 1969 roku, o godzinie 16:07 samolot AN-24 rozbił się na stoku Policy. W katastrofie zginęły 53 osoby. Nie przeżył nikt. Red. Pałosz stawia w swym artykule kluczowe dla sprawy pytanie: co zaabsorbowało uwagę załogi LO-165 w rejonie Jędrzejowa, że przegapiła ona tamtejszy marker i wzięła zań następny marker lotniska w Krakowie – Balicach? Na to pytanie nie odpowiedział nikt.







Zdjęcia archiwalne z miejsca katastrofy LO-165 nad Zawoją 
(Archiwum KWP Kraków)

Hipoteza ufologiczna, która wysunąłem ongi zakłada, że w dniu 2 kwietnia 1969 roku samolot rejsowy PLL LOT An-24, nr lotu LO-165, który po prostu rozbił się wskutek pomyłki nawigacyjnej popełnionej przez operatora radiolokatora z lotniska Kraków-Balice, zmylonego widocznym na ekranie radiolokatora echem jakiegoś samolotu lecącego właśnie nad ... Skawiną! Mogło to być oczywiście UFO, ale… Kontroler lotu wydawał polecenia właśnie dla tego obiektu, zaś załoga lecącego o 40 km dalej na południe LO-165 wykonywała je. Efekt tego przy panującej wtedy ohydnej, kwietniowej pogodzie mógł być tylko jeden - samolot werżnął się kilkadziesiąt metrów poniżej głównego szczytu Policy... […]



Tablice pamiątkowe i pomnik upamiętniające tragedię pod Policą z kwietnia 1969 roku (Internet)

Ciekawą hipotezę wysunął jeden z ekspertów do spraw katastrof lotniczych i prawnik Mariusz Fryckowski, który wysunął hipotezę, że samolot mógł mieć bombę (lub podobnie działające urządzenie) na pokładzie i jego działanie spowodowało jego zgubę, albo został on zestrzelony przy pomocy karabinu (rusznicy) przeciwpancernej. Pomysł jest o tyle ciekawy, że nikt jego nie wziął pod uwagę i nikt nie szukał śladów działania takiej broni, która mogła miotać pociski o kalibrze 7,92 mm (polski kppanc.  wz. 35 UR, Urugwaj o zasięgu rażenia 300 – 500 m) lub 14,5 mm (radziecki PTRD lub PTRS na odległość 500-800 m), które jednak zostały wycofane z uzbrojenia WP i raczej nie mogły być użyte przeciwko temu samolotowi. Karabiny te przeżywają jednak pewien renesans. Od lat 80. w wielu armiach świata wprowadza się tzw. „wielkokalibrowe karabiny wyborowe” [ang. AMR (Anti Materiel Rifle) - karabin do niszczenia sprzętu technicznego o kalibrze .50 czyli 12,7 mm], których koncepcja częściowo wywodzi się z karabinów przeciwpancernych - służą one do precyzyjnego niszczenia lekkiego sprzętu z dużych odległości.  
    
Tak czy owak – sprawa ta jest nierozwiązaną do dziś dnia.


Tekst i zdjęcia – „Tajny XX wieka” nr 36/2014, ss. 12-13
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©