środa, 23 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (2)

Świątobliwi sadhu


Święte miejsce i świątobliwi sadhu


Według jednej z legend, bardzo – bardzo dawno temu, święta krowa Kamaduh, spełniająca życzenia, pasła się na wzgórzu obok rzeki Bagmati i polewała ziemię swym mlekiem. Jeden pastuch z ciekawości poszedł za nią i rozkopał ziemię polaną jej mlekiem. I w tym samym momencie został spopielony snopem światła, który wyrwał się spod ziemi do samego nieba. Na tym miejscu potem powstało święte miejsce – Pashupatinath (Paśupatinath). To miejsce należące do boga Sziwy-Pashupati (Śiwy-Paśupati) – pana wszelkich żywych stworzeń, w tym także ludzi. Ale do środka kompleksu, nad którym wznosi się główna świątynia, mogą wchodzić tylko hinduiści. Ale ja udaję się na drugi brzeg rzeki.

Kamaduh - święta krowa spełniająca życzenia

Tam, po obydwu stronach kamiennych schodów prowadzących na szczyt wzgórza, znajdują się niewielkie świątyńki Śiwy. Obok nich siedzą, leżą albo chodzą sadhu – przedziwni, wędrowni, hinduistyczni asceci. Powiadają o nich, że niektórzy sadhu to szarlatani, którzy ubrawszy się w szafranowe szaty i pomazawszy swe ciała sakralnym popiołem, pozostałym po rytuale kremacji, pozują do zdjęć turystom. Być może i tak, że jak sądzę, że w każdym razie sadhu po prostu widzą z czym i dlaczego ludzie do nich podchodzą.

Czas na herbatę w klasztorze Śechen


Jak chcesz zakosztować wschodniego mistycyzmu, egzotyki, nie musisz się specjalnie trudzić – tylko płać. Bo przecież my – ludzie Zachodu – przedstawiciele dzisiejszej cywilizacji uznajemy pieniądz za nasza najwyższą wartość. I oto otrzymujemy to, czego szukamy.


Czerwona kropka


Stąd właśnie mamy wspaniały widok na ghaty – miejsce obmywań rytualnych w rzece, albo mówiąc prościej – szerokie, kamienne stopnie schodzące ku wodzie. To właśnie tam na szerokich, kamiennych postumentach kremuje się ciała zmarłych. To właśnie tam, niedaleko ode mnie, wszystko przygotowano. Ciało jest zawinięte w białą tkaninę, obsypane górą żółtych kwiatów i obłożone ze wszystkich stron drewnem. Umarły jest zamknięty jakby w klatkę z suchych bierwion i wyjść z tego zamknięcia pomoże mu tylko ogień. Ognisko rozpaliło się naraz z głuchym trzaskiem. I to wszystko… Chudy chłopiec po pewnym czasie zmiata z kamiennej tumby popiół i niespalone kwiaty do rzeki. A na innym miejscu trwają przygotowania do kolejnej kremacji.

Ktoś mnie ujął za łokieć. Odwróciłem się i lekko zachwiałem – przede mną stał sadhu. Uśmiechał się.
- Nie smuć się tak – rzekł do mnie najwidoczniej widząc wyraz mojej twarzy. – To nie jest cały człowiek.
I dosłownie jakby odpowiadając moim myślom, zanurzył palec w czymś w skrzyneczce, którą miał przewieszoną przez plecy i potem zrobił mi czerwoną kropkę (tilakę, pundrakę) pomiędzy moimi brwiami.

Mnich z klasztoru Śechen idzie po wodę

Paśupatinath - wielki kompleks światynny w Nepalu



Hanuman – bóg małp


Po godzinie siódmej wieczorem, niebo jakby zasłaniano storami i na Katmandu opuszcza się noc. Siedziałem właśnie przy oknie na piętrze małej kawiarenki, która mieściła się na samym początku Freak Street – ulicy Dziwadeł, gdzie w końcu lat 60. snuli się pierwsi hippisi.

Katmandu by night

Zazwyczaj nepalskie ulice nie mają nazw. Ale tutaj właśnie władze zdecydowały się naruszyć tradycję i tym sposobem uchronić pamięć o tamtych czasach. Poza tym, o tej sławnej przeszłości nic nie przypomina. Od czasu do czasu spotkać można słaniających się długowłosych dziadków chodzących szlakami swej młodości, i ich wiernych przyjaciółek, w podniszczonej odzieży, z masywnymi pierścieniami na palcach i hinduistycznymi wiankami na szyjach.

Powoli piję z oszronionej butelki miejscowe piwo „Everest” i patrzę przez okno. A naprzeciw mam były zamek królewski. Obecnie znajduje się tam muzeum, wejście do którego strzeże Hanuman – bóg małp, okutany w purpurowy płaszcz. Nad jego głową znajduje się ceremonialny feretron. Hanuman tkwi nieporuszenie na kamiennym postumencie, a na mostach i dachach biesi się jego małpie wojsko, wiecznie użerające się z bezdomnymi psami o miejsce pod słońcem…

Zmierzch gęstnieje i wszystko dookoła przyjmuje fantastyczny kształt i formę. Przechodząc koło Monumental Lodge - hotelu z wytartymi literami na fasadzie (to właśnie tam zamieszkiwały „dzieci-kwiaty”), skręciłem w ciemną uliczkę, a potem jeszcze raz – i ocknąłem się na jasno oświetlonym placu. Noc już owładnęła miastem, a tutaj tyle światła!

Do świątyńki  na środku placu ustawiła się cała kolejka. Dziesiątki, setki świateł płonie w maleńkich miedzianych czareczkach przed wejściem do niej. Wokół nich rozsypany ryż. Kamienny posąg Ganeshy (Ganeśi), boga ze słoniową głową, w połowie starty przez czas i dłonie wiernych. Wszędzie biegają dzieci.

Kobieta obraca wielki młynek modlitewny


Obok chramu zainstalował się białozębny kucharz z przenośną kuchnią na kółkach. Płoną maleńkie świeczki podgrzewające jedzenie, jak jesienne liście leżą placki chapati, a w specjalnych pojemniczkach strąki grochu, kawałki ziemniaków i oczywiście ostre przyprawy.


I naraz nieoczekiwane zamieszanie – procesja mężczyzn przecinająca plac. Wszyscy odziani w niebieskie djoti (dhoti – przepaski biodrowe) i ciemne bluzy wyglądają jak bracia bliźniacy. Wysocy i chudzi. Wszyscy są z Indii, z kasty kupieckiej. Jedną ręką prowadzą swe rowery, drugą ręka przytrzymują na głowach niesprzedany towar.

CDN.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (1)



Nepal, Mt.Everest - widok ze szczytu Gokyo Ri (5483 m n.p.m.)


Oleg Pogasij


Kumari – to żywa nepalska bogini. Kumari wybiera się spośród dziewczynek w wieku od trzech do pięciu lat z kasty shakya (śakia). Kryteria są ostre: komisja powinna się przekonać, że na ciele dziewczynki nigdy nie występowała krew, i że ma wszystkie i całe zęby.

Jeszcze w młodszych klasach szkoły lubiłem patrzeć na mapę świata, wiszącą u mnie na ścianie. Moja uwagę zawsze przyciągało miejsce pomiędzy bezkresnym płaskowyżem Tybetu a wielka równiną Hindustanu. Ciemnobrązowy na mapie, wyciągnięty wzdłuż system górski, podobny nieco do warg. Patrząc na taki bezkresny rejon Azji Południowo-Wschodniej – jak zaczarowany powtarzałem do siebie – „Himalaje…”, „Czomolungma”…

Stolica „dzieci kwiatów”

Przeglądam znaczki pocztowe w klaserze, i zawsze mój wzrok zatrzymuje się na znaczkach z Nepalu. Jest na nich widoczny król tej niezwykłej i zagadkowej krainy, która zda się kiwa swą zdobną w pawie pióra głową. Na tylnym planie, na górskim głazie leżał śnieżny lampart, zaś w dół górskiej rzeki brodził długosierstny jak.

Potem – nie pamiętam już w jakiej książce – przeczytałem o Katmandu, do którego z całego świata zjeżdżali się hippisi, „dzieci-kwiaty”, którzy obrali to miasto za swoją stolicę.

To wszystko było w latach 60. i 70. XX wieku. Od tego czasu sporo wody upłynęło. No i teraz Nepal to już nie jest „ostatnim hinduistycznym królestwem na Ziemi”, ale normalną, demokratyczną republiką.

Kiedyś w Katmandu drzwi domów stały otworem, a na drogach miasta jeździły dwie czy trzy taksówki oraz kilka starych autobusów, zaś człowiek, który zabił czy choćby uderzył  przypadkowo krowę mógł się narazić na lincz za śmierć świętego zwierzęcia. Teraz po ciasnych uliczkach Katmandu szaleją motocykliści, snują się motoriksze i trąbią autobusy. Z każdym rokiem jest coraz więcej środków transportu.

Lokalizacja krainy Kham


Święta dolina

600 lat temu, z Wschodniego Tybetu, z prowincji Kham (historyczny region we wschodnim Tybecie, obecnie rozczłonkowany na chińską prowincję Syczuan i rejon specjalny Qamdo, który wszedł w skład Tybetańskiego Regionu Autonomicznego – przyp. tłum.) do Nepalu przybył jeden tybetański naród – Szerpowie, co oznacza „wschodni”. Według ich świętych ksiąg, oni odzyskali w górach Nepalu zapomniane w nich już dawno sakralne miejsca – wszystkie poza jednym. I tak to jedno zapomniane miejsce nazywa się „Znikająca Dolina”. W tej właśnie górskiej dolinie – zgodnie ze świętymi tekstami – czas płynie powoli, ludzie żyją długo i szczęśliwie, i władają bezgraniczną mądrością. Czy wiedział o tych księgach także James Hilton, który napisał w 1933 roku powieść pt. „Zaginiony horyzont”? Nie sądzę. Ale na stronicach swej powieści, tajemniczą krainę otoczona górami, gdzie czas się niemal zatrzymuje, a ludzie posiadają wyższą wiedzę, nazywa on Shangri-La. I to właśnie nią stał się Nepal dla ludzi Zachodu.

Bilet w jedną stronę

Do roku 1950, Nepal był krajem zamkniętym. Unikalna kultura himalajska, mnóstwo buddyjskich i hinduistycznych tysiącletnich świątyń, niesamowite ascetyczne praktyki, wielcy jogini i mistycy, a do tego niesamowity krajobraz Himalajów, w których zamieszkują bogowie, którzy tworzą wokół doliny Katmandu pole mocy… I chociaż czas płynie tutaj inaczej, niż gdzie indziej, nasza świadomość przestaje rozróżniać wpływy ducha i materii. I wtedy my widzimy cuda. A czyż nie żyjemy mając nadzieję na cud?

To była czystej wody przygoda. W tych już dawnych czasach wczesnych lat 90., kiedy całkiem poświęciłem się biznesowi, ktoś tam odkrywał dla siebie Amerykę i Europę, no i oczywiście Wyspy Kanaryjskie… A jak skierowałem się na Wschód. Byłem tam jednym z pierwszych – bez agencji turystycznych i zorganizowanych grup. Teraz takich pojedynczych turystów indywidualnych nazywają backpacker – z plecakiem na plecach – czyli po prostu plecakowiec.

Na lotnisku Pułkowo, dziewczyna w biurze rejestracji podróżnych, kiedy dowiedziała się o docelowym punkcie mojej podróży, zdziwiła się:
- Dokąd? Dokąd? Do Nepalu? A cóż to za kraj?
Miałem bilet tylko w jedną stronę – do Kalkuty. O powrocie nawet nie pomyślałem. Co ma być to będzie! W kieszeni wszystkiego 100 dolarów, ale w duży straszne pragnienie ujrzenia kraju swych marzeń.

Do granicy z Nepalem przejechałem całe Indie pociągiem i autobusami w dwa dni. Wschód mnie oszołomił. Moja wiedza o nim była książkowa i „ucukrowana”, a tutaj było samo życie…

Lama Rabdjam Rinpoche


Powrót

Nocowałem w hoteliku na obrzeżu Katmandu i liczyłem, na ile dni jeszcze mi wystarczy pieniędzy. Ale wierzyłem w to, że jeżeli to miejsce jest autentycznie moje, to powinno się coś stać. I pewnego ranka, kiedy pieniędzy mi już nie stało, coś podszepnęło mi iść do Bodnath – w rejon buddyjskich klasztorów. Pomiędzy budynkami od razu zauważyłem pagodę – klasztor Shechen. To, co potem się stało, można porównać do całej serii cudów. Wchodząc po schodach nikogo nie spotkałem, a furta była otwarta. A w ostatnim pomieszczeniu, na podwyższeniu, zagłębiony w lekturze świętych zwojów, siedział lama. Podszedłem, pozdrowiłem go i usiadłem na podłodze vis-à-vis niego. Był to Rabdjam Rinpoche – przeor klasztoru i strażnik tradycji Ninghma (jednej z czterech szkół tybetańskiego buddyzmu). On uśmiechnął się na dźwięk mojej kulawej angielszczyzny i zapytał skąd i po co tutaj przybyłem i czego chcę od niego? Opowiedziałem mu wszystko jak było. Lama pomyślał i tak do mnie rzekł:
- Zostań tutaj. Zamieszkasz w klasztorze, wizę ci przedłużymy, a nasza kuchnia ci się spodoba – i wezwawszy ekonoma klasztoru wydał mu polecenia.

Tak więc zdecydował się mój los. To spowodowało niejaki popłoch w ścianach klasztoru. Cudzoziemców tutaj nie przyjmowano bezpłatnie, wymagano od nich ofiary. Wokół szeptano – i Tybetańczycy i zachodni rezydenci – że rosyjski aferzysta wykorzystuje naiwność lamy. A ja uczyłem się tybetańskiego, jadłem klasztorny ryż i podziwiałem z dachu mojej przybudówki fantastyczne stoki i szczyty górskie, mając nadzieję znaleźć się wśród nich…

Ale to nie mogło trwać bez końca – w Nepalu nie można przebywać dłużej, niż 5 miesięcy w roku. I tak Rabdjam Rinpoche dał mi pieniądze na bilet do Rosji i powiedział:
- Zapracuj i wróć do nas, powrócisz jak będziesz chciał.

Powróciłem tam po dwóch latach. Chłopcy świątynni krzyczeli w klasztornym budynku:
- Rosjanin, Rosjanin przyjechał! – i przekazując tą wieść jeden drugiemu dodawali – Lama widzi, lama ma rację!
Jeszcze nieraz wracałem do Nepalu i przebywałem w najbardziej niezwykłych miejscach. Ale za każdym przyjazdem z żalem stwierdzałem, że z tego kraju wraz z nadejściem postępu znika jakieś magiczne oczarowanie… Ono pozostaje jedynie w mej pamięci i w tych historiach, które ja potem przeniosłem na papier.

Śiwa - pan wszelkich istot żywych na Ziemi


Poza owocami i mięsem

Od Bodnathu do Pashupatinathu (Paśupatinathu), głównego kompleksu klasztornego hinduizmu w Katmandu, rozpostartego na obydwa brzegi rzeki Bagmati, jest godzina drogi. Zazwyczaj chodzę tam poprzez Chabahil, dzielnicą o dużym zaludnieniu, gdzie pierwsze kondygnacje budynków są przeznaczone do targowania i handlu. Owocami zazwyczaj handlują dzieciaki. Zazwyczaj usiłują sprzedać mi wiszące girlandami banany. Ja już wiem, że trzeba brać duże, mięsiste, przywiezione z Muglingu, miejsca postoju autobusu na trasie z Pokhary do Katmandu. A starsi Nepalczycy w niedużych, barwnych czapkach, białych bluzach i ciemnych spodniach, siedząc z podwiniętymi nogami pośród bel materiału – oni handlują materiałami i suknami.

Kramy z mięsem należą do muzułmanów. Mają długie brody i długie do kolan chałaty. Packami odganiają chmary much od wyłożonych na stołach połci mięsa. Dlatego ja po przyjeździe na Wschód zostałem wegetarianinem…


CDN.

środa, 16 kwietnia 2014

Pusta Ziemia

Zdjęcie "dziury w Biegunie Północnym" wykonane przez satelitę ESSA-7


Michaił Taranow


Na Biegunie Północnym i Południowym obowiązuje czas GMT (UT lub UTC), ale na stacji Amundsen-Scott położonej na Biegunie Południowym – obowiązuje czas Nowej Zelandii – NZST (GMT + 12 h).

W swej powieści fantastyczno-naukowej „Plutonia” (1924, wyd. polskie: Warszawa 1953), poświęconej także Arktyce, rosyjski geolog i geograf, akademik Władimir Afanasjewicz Obruczew zajrzał także… w głąb Ziemi. I ujrzał, że nasza planeta jest pusta w środku! Niewiarygodna hipoteza, nieprawdaż?


Plamy na Słońcu


O co chodzi w tej powieści? Na początku 1914 roku, geofizyk i astronom Nikołaj Nikołajewicz Truchanow, już od kilku lat nie wstający z krzesła inwalidzkiego, tworzy hipotezę, zgodnie z którą Ziemia jest pusta w środku. W jej wnętrzu znajduje się swoisty świat roślinny i zwierzęcy, oświetlony wewnętrznym światłem. Aby udowodnić tą hipotezę, Truchanow organizuje polarną ekspedycję na „Ziemię Nansena”, gdzie – według jego obliczeń – powinno znajdować się wejście do podziemnego świata. W skład ekspedycji wchodzą: geolog, meteorolog, zoolog, botanik i awanturniczy poszukiwacz złota. Zanim wybiorą się w podróż, otrzymują oni od Truchanowa zalakowaną kopertę…

I tak ekspedycja sforsowała górski grzbiet i zaczyna opuszczać się w dół. Jej uczestnicy osiągnęli już dno rozpadliny i zaczynają znowu wspinać się w górę, ale wskazania przyrządów mówią coś innego, a mianowicie: członkowie ekspedycji nie idą pod górę, ale wręcz odwrotnie – wciąż schodzą w dół, w bezdenną głębinę. Słońce nad nimi stoi w zenicie, i nie wiedzieć dlaczego pokrywają je ciemne plamy. Wtedy uczeni otwierają kopertę, którą dostali od Truchanowa, i dowiadują się, że celem ich ekspedycji jest dowiedzenie tego, że Ziemia jest pusta w środku i w jej wnętrzu istnieje życie.

W tej powieści, na tle niezmiernie ciekawych przygód znajduja się tez bardzo dokładne opisy dawnych zwierząt, z którymi spotykali się nasi podróżnicy, a także skał i rud pierwiastków, które znaleźli oni we wnętrzu planety. No i bardzo interesującym jest pytanie, dlaczego tak znany geolog, akademik, dyrektor instytutu i kierownik wielu ekspedycji naukowych W. A. Obruczew napisał taką fantastyczną powieść?

Północne wejście do Plutonii...


Gdzie spływają wody


Kilka lat temu miałem okazje przeczytać artykuł akademika Jewgienija Worobiewa, w której napisał on, że w 1947 roku kontradmirał US Navy Richard Byrd w czasie lotu badawczego nad Biegunem Północnym zaobserwował z powietrza na lodzie dziwną plamę. A potem jemu przyszło do głowy, że widzi miraż: zamiast białego lodowego pustkowia pod maszyną widział on zalesiony teren, rzekli i łąki, na których pasły się zwierzęta podobne do mamutów.

Kiedy po wielu latach opublikowano dziennik Richarda Byrda, to oczywiście nie dano im wiary. I nie ma się czemu dziwić. Przecież zgodnie z współczesnymi teoriami geologicznymi, pod ziemia znajdowała się tylko roztopiona magma.

Prawda jest taka, że byli uczeni, którzy tworzyli modele budowy Ziemi. jeden z nich – angielski astronom sir Edmund Halley w 1692 roku założył, że powierzchnia Ziemi jest ogromną skorupą o grubości 1000 km. W jej wnętrzu znajduje się jądro wielkości Merkurego, które ogrzewa wewnętrzną część planety, na której istnieje życie. I jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie astronoma. Efekt zórz polarnych objaśnił on tym, że „podziemna” atmosfera wyrywając się i mieszając z „ziemską” zaczyna świecić.

Współczesny Halleyowi szwajcarski matematyk Leonard Euler, akademik Petersburskiej Akademii Nauk, opracował podobną teorię. Według niego, nasza planeta Ziemia okazuje się być pustą w środku, zaś w jej centrum ma znajdować się jeszcze jedno słońce, które świeci nad zamieszkałymi kontynentami.

Byli też uczeni, którzy nie tylko wysuwali teorie o pustej Ziemi, ale i organizowali ekspedycje w celu udowodnienia swych tez i dostać się do podziemnego świata. W 1818 roku John Clive Symmons Jn. przedstawił kongresmenom i największym uczonym USA swoją hipotezę: Pusta Ziemia składa się z kilku koncentrycznych sfer, znajdujących się jedna nad drugą i ma na Biegunach wejścia do jej wnętrza… „Znajdziemy w niej ciepłe i bogate ziemie, obfite w kopalne surowce, rudy i zwierzęta, a może także i zamieszkałe przez ludzi, jak tylko osiągniemy 82 stopień szerokości geograficznej północnej” – argumentował on.
Hipotezie o „otworach w Biegunach, gdzie ściekają wody” niektórzy uczeni ochoczo przyklasnęli.


Dziwne zdjęcia


W ZSRR hipoteza Obruczewa o podziemnym świecie wpłynęła nie tylko na miłośników literatury sci-fi, ale i na kierownictwo państwa! Wedle poglądów badacza W. Kriesławskiego, aktywność radzieckich badań antarktycznych w latach 30. i 40. objaśnia się niczym innym, jak życzeniem władz zweryfikowania tej „zwariowanej” hipotezy słynnego uczonego.
[Radzieckie badania antarktyczne – wedle Wikipedii i WEP – rozpoczęły się dopiero po 1945 roku i stanowiły one przedmiot rywalizacji pomiędzy USA a ZSRR – podobnie jak rywalizacja w kosmosie. Wiąże się ona także z badaniami nad militarnym wykorzystaniem Antarktydy i Antarktyki przez oba supermocarstwa – uwaga tłum.]

Nie tylko radziecki rząd przedsiębrał próby przejścia przez otwory na Biegunach do podziemnej Plutonii. Słynny działacz polityczny i badacz Arktyki Michael Serrano w artykule, który opublikowano w 2006 roku, wyraził swe twarde przekonanie o istnieniu podziemnego świata:
…ważną jest kwestia wyjaśnienia argumentów i teorii, które dotyczą pustej Ziemi, w których ja widzę jedynie powtórzenie lub nawrót do dawnej idei, która przewija się w wielu mitach i legendach, a które wskazują Ludzkości szczególne znaczenie…  

Stosunek do realności istnienia Plutonii zmieniło się w końcu XX wieku, kiedy badacze dostali do swych rąk zdjęcia terytoriów polarnych zrobione z kosmosu przez sztuczne satelity i statki załogowe. Na nich uczeni zobaczyli dziwny rozkład zórz polarnych. Przez długi czas uważano zorze polarne za świecenie rozrzedzonych warstw powietrza pod wpływem protonów (p+) i elektronów (e-) przenikających do atmosfery z kosmosu.

To prawda. Fritjöf Nansen i inni badacze Arktyki pisali w swych wspomnieniach o polarnych krainach o ogniowych pełganiach zorzy, podnoszących się od horyzontu i ulatujących w górę, do zenitu. Na takie informacje poważni uczeni nie zwracali uwagi, póki w 1968 roku amerykański satelita ESSA-7 nie przekazał na Ziemię zdjęć Bieguna Północnego. Przy pełnym braku obłoków, co na tego rodzaju zdjęciach występuje niezmiernie rzadko, w rejonie Bieguna Północnego widoczna była ogromna dziura. Zdjęcie to przeszło pomyślnie wiele ekspertyz, które orzekły jego autentyczność…
[ESSA – to US Environmental Science Services Administration – a jej satelity wykonywały misje satelitów meteorologicznych z program Tiros. Satelity te wykonywały zdjęcia chmur, które dostarczały drogą radiową do US Weather Bureau i US National Meteorological Centre. Ogółem wystrzelono 9 satelitów ESSA, które pracowały przez 4 lata dostarczając kilkaset tysięcy zdjęć – zob. http://science.nasa.gov/missions/essa/. Zdjęcie „dziury” wykonane zostało także przez kamery satelity ESSA-3. „Dziura” ta ma swe naturalne wyjaśnienie i powstała wskutek przerw technicznych oraz wyłączania satelity w czasie przelotu nad nieinteresującym fragmentem kuli ziemskiej, co jest częstą praktyką w kosmonautyce i pozwala zaoszczędzić energii. Drugim powodem powstania takiej „dziury” jest obszar nocy polarnej w okolicach Bieguna Północnego. Podobne zjawiska obserwuje się także na Biegunie Południowym, a zdjęcie to nie jest pojedynczą fotką, ale mozaiką złożoną z wielu zdjęć. Gdyby była tam rzeczywiście jakaś „dziura” do wnętrza Ziemi, to na jej tle widoczne byłyby obłoki (których nie ma) a także widoczne byłoby centralne słońce zwane Plutonem i/albo Prozerpiną, czego też nie widać. A zatem zdjęcie jest autentyczne, ale jego interpretacja – fałszywa. A trochę szkoda… - uwaga tłum.]

Dziwne kosmiczne zdjęcia zostały wykonane także na Antarktydzie. Obrazy wykonane przez sztuczne satelity NASA pokazują dokładnie, że pochodzenie zorzy polarnej jest z wnętrza Ziemi i tworzą one krąg w okolicy Południowego Wyjścia.
[Tak naprawdę, to jest to krąg, ale wokół Południowego Bieguna Magnetycznego, który aktualnie (rok 2010) znajduje się na Płaskowyżu Polarnym, na 80°08’ S - 107°79’ E – uwaga tłum.]

Amerykański zwolennik teorii pustej Ziemi – John Mac Nibbly wykazuje trzy zjawiska, które świadczą za słusznością teorii pustej Ziemi i istnieniem podziemnego królestwa. I tak:
1.   Na zdjęciach Antarktydy doskonale widać, że na jedną stronę plamy – interpretowanej jako wejście w głąb Ziemi – od spodu wypełza mgła. A skąd by się ona mogła pojawić, gdyby tam nie było podziemnego świata?
2.   Od tego obszaru kontynentu, gdzie znajduje się rzeczona plama, wylot do podziemnego królestwa podchodzi blisko do oceanu, a tam widać ogromną ilość gór lodowych. Jest to związane – według niego – ze zjawiskiem „wyciekania lodu z ciemnego okrągłego obszaru, który znajduje się na 84°24’ S - 39° E.”
3.   Jeżeli przyjrzymy się kierunkowi prądów powietrznych na Antarktydzie, to zauważymy iż większość z nich kieruje się do strefy w pobliżu Ziemi Królowej Maud i w ogóle ku afrykańskiej strefie Antarktydy. Wiatry powstają w wyniku zmiany lekkiego, ciepłego powietrza wylatującego z podziemnego świata, na bardziej ciężkie i zimne.
  
John Mac Nibbly także przeprowadził dowód na to, że i inne planety Układu Słonecznego są puste w środku. Jako dowód przytacza on znaleziony w Internecie obraz Wenus w promieniach podczerwonych, na którym widać, temperatura gazów atmosferycznych ostro zniża się w miarę zbliżania się do tamecznego bieguna północnego. A potem naraz w samym centrum nieoczekiwanie odkrywa się „plamka ciepła” – to jest punkt wenusjańskiego bieguna.
[Niestety – zdjęcia wykonane przez ziemskie statki kosmiczne nie potwierdzają rojeń stronników pustej Ziemi i cała ta pseudo-teoria pozostanie li tylko naukową ciekawostką. Tym niemniej istnieje możliwość istnienia planetarnego podziemia w formie rozległych pustek w skalnej skorupie ziemskiej, gdzie może istnieć podziemny świat Szambali-Agharty, którego tak poszukiwał Hitler i jego Parteigenossen z Himmlerem na czele. Nie udało się im go znaleźć, mimo intensywnych poszukiwań prowadzonych w latach 30. i 40. przez wyspecjalizowane ekipy uczonych SS, ale czy oznacza to, że Szambala nie istnieje? – uwaga tłum.]


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 50/2013, ss. 28-29

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                    

wtorek, 15 kwietnia 2014

Zaginiony samolot malezyjski (8)



Mija już 40 dzień od czasu tego tajemniczego zniknięcia rejsowego samolotu z Kuala Lumpur do Pekinu. Jak dotąd nie ma żadnego śladu po samolocie Boeing 777 z lotu MH370, który zaginął w dniu 8.III.2014 roku. Sprawdzono wiele śladów, szukano wielu szczątków – wszystko bezowocnie. Boeing 777 literalnie rozpuścił się w wodach Indyka…

Wbrew wcześniejszym poglądom, jestem w stanie przychylić się do opinii byłego szefa WSI – gen. Marka Dukaczewskiego – a zatem osoby kompetentnej, który w swych wystąpieniach radiowych stwierdził, że samolot ten mógł być uprowadzony albo przez jakichś terrorystów albo przez swoją własną załogę. Oczywiście w tle pojawiły się także UFO, ale raczej jako konkurencyjna hipoteza, a nie fakt oczywisty.

W dniu dzisiejszym media doniosły o tym, że samolot – a raczej to, co z niego zostało – będzie poszukiwane przez urządzenie zwane podwodnym dronem, którego zadanie polega na wychwyceniu najsłabszych choćby sygnałów radiowych z nadajników czarnych skrzynek samolotu, które nadawały jeszcze trzy dni temu, a zatem 12 kwietnia. Od tego dnia nie wychwycono już żadnych sygnałów, mimo intensywnego nasłuchu prowadzonego z statków, okrętów i samolotów. Problem leży w tym, że czarne skrzynki powinny zamilknąć już 7 kwietnia, bowiem na tyle czasu pracy wystarczą akumulatory tych urządzeń. A zatem albo akumulatory dawały energię nadajnikom radiowym czarnych skrzynek, albo… - nadawał te sygnały ktoś inny…

Tak więc DSV Bluefin 21 zostanie spuszczony z pokładu australijskiego okrętu HMAS Ocean Shield, który nasłuchuje w rejonie ujawnionych radiosygnałów. Poza sygnałami namierzono także dużą plamę oleju na powierzchni Oceanu Indyjskiego, która może pochodzić z tego samolotu. Miało to mieć miejsce na zachód od miasta Perth. Teorie spiskowe twierdzą, że samolot ten został uprowadzony do bazy amerykańskiej na wyspie Diego Garcia – CIA przejęła wszystkich specjalistów od technologii „super stealth”, zaś pozostałych pasażerów uwięziła. Swoja drogą jestem bardzo ciekawy, co stało się z 2,5 tonami złota, które też ponoć znajdowały się na pokładzie tego Boeinga?

Bo jestem zdania, że mogło być tak: samolot doleciał do punktu odległego o 100 km od wybrzeży Wietnamu, pilot i kopilot skierowali go w kierunku zachodnim południowo-zachodnim ku wybrzeżom Malezji, wyłączając radio i transponder, prowadząc samolot na wysokości poniżej 1500 m, a tam – już nad Malezją wywalili cały ładunek na ziemię i wyskoczyli na spadochronach, uprzednio zaprogramowawszy autopilota na lot na wysokości <200 m w kierunku południowo-zachodnim – ku najmniej uczęszczanym akwenom Indyka, gdzie niepodobieństwem byłoby go szybko znaleźć. Spiskowcy tymczasem zapakowali towar na przygotowane pojazdy i tyle ich widziano. Mogło tak być? Mogło! I mamy piękną teorię spiskową!

W następnym odcinku – już po świętach postaram się przekazać Czytelnikom inne hipotezy. A zatem…


… CDN.