piątek, 6 maja 2016

Starocie, starocie!






W związku z tym, że niektóre osiągnięcia ufologów z starszej generacji ulegają zapomnieniu i że niektórym pracownikom mediów zaczynają się mylić osoby i fakty – vide ostatnia wpadka pewnego dziennika, postanowiłem wraz z Bronisławem Rzepeckim – którego to był pomysł – udostępnić wszystkie wydawnictwa „papierowe” najwcześniejszych – jeszcze z drugiego, trzeciego a i czasami czwartego obiegu – naszych opracowań ufologicznych, i oczywiście z pogranicza Nieznanego. 

Uważamy, że warto jest je przypomnieć choćby dlatego, że nasze materiały nie dotarły do wszystkich zainteresowanych, co należałoby wreszcie skończyć i umożliwić im pobranie ich z Sieci. Poza tym mamy na myśli także naszą Polonię, która miała i nadal ma niewielki dostęp do polskich materiałów ufologicznych.

Zdecydowaliśmy się więc rozpocząć nieodpłatne udostępnianie od „Wizji Peryferyjnych”, których nr 1 prezentujemy poniżej. Potem sukcesywnie będziemy udostępniać zawartość innych numerów i innych czasopism. 

Życzymy Wam przyjemnej lektury! 

Bronisław Rzepecki
Robert K. Leśniakiewicz 


 

Promień z nieba



Wulkan Wiluczynskij na Kamczatce (zdjęcie autora)


Konstantin Riszec (Norymberga, Niemcy)


Nawet w naszych oświeconych czasach zdarzają się czasami cuda, czyli coś takiego, czego nie jesteśmy w stanie wyjaśnić. Z takim właśnie zjawiskiem przyszło mi się spotkać w 1986 roku. Rzecz miała miejsce na Kamczatce, w pierwszej dekadzie września – było wtedy prawdziwe babie lato… 

Byłem wtedy na wyjeździe służbowym w mieście Wiluczinsku, rozmieszczonym nad Buchtą Kraszennikowa (N 52°56'00,0" - E 158°24'00,0"). Doskonale zagospodarowana przez wojskowych zatoka, stanowi część Zatoki Awaczyńskiej, od której jest oddzielona dwoma wąskimi półwyspami.

W jeden z jasnych, słonecznych dni, o godzinie 16-tej wraz z moim kolegą Jurijem poszliśmy na spacer do wybrzeża oceanu (jakieś 4 km od miasteczka). Jak zwykle zabrałem za sobą aparat fotograficzny Smiena załadowany kolorowym filmem. Nie spiesząc się szliśmy po dróżce wijącej się wzdłuż niewielkich pól i wyrębów leśnych, nie napotkawszy ani żywej duszy.

W odległości jakiegoś kilometra od brzegu oceanu, po prawej stronie od drogi ujrzeliśmy średnich rozmiarów jezioro, które od drogi oddzielał wąski pasek ziemi porosły trawą i rzadkimi drzewkami. Daleko za jeziorem widoczny był stożek wulkanu Wiluczynskij – który w swoim czasie dał nazwę „miastu numerowanemu” (wtedy Pietropawłowsk Kamczacki 50, bowiem znajdowała się tam tajna baza Floty Pacyfiku – przyp. tłum.) 

Kiedy zbliżyliśmy się do jeziora, Jurij trącił mnie w bok i pokazał gestem coś, co znajdowało się w górze i na prawo. Spojrzawszy w górę stwierdziłem, że z góry, z absolutnie bezchmurnego nieba spadał w dół wąski promień stożkowatej formy. Najpierw był on seledynowym i prawie przeźroczystym, ale intensywność barwy się zwiększała. Promień padał na pasek lądu pomiędzy drogą a jeziorem, kilka metrów od naszych nóg. (Analiza incydentu wskazuje na to, że miało to miejsce w okolicy punktu opisanego współrzędnymi: N 52°53’49,29” – E 158°37’16,15” – przyp. tłum.) 

Wokół panowała cisza. Żeby korony drzewa nam nie zasłaniały nam widoku, podeszliśmy do samej wody, starając się nie wchodzić na plamę światła rzucana przez promień. Patrzyliśmy z uwagą w niebo, usiłując znaleźć źródło światła. Na niebie nie było żadnych latających aparatów czy sond meteorologicznych. Promień po prostu padał z punktu na sferze niebieskiej w pobliżu zenitu. 

Tajemniczy promień z nieba (zdjęcie autora)

Udało mi się zrobić zdjęcie. Potem promień zaczął blednąć, a potem znikł, jakby ktoś go wyłączył. Wszystko to trwało parę minut.

Poszliśmy do miejsca, gdzie promień padał na ziemię i dokładnie obejrzeliśmy grunt, ale nie znaleźliśmy na nim żadnych śladów. Niewysoka, szorstka trawa na tym miejscu nie była ani przygnieciona czy zwarzona. Natura widzianego przez nas zjawiska pozostaje dla nas zagadką. 

Pod wieczór wróciliśmy do miasteczka i opowiedzieliśmy o zjawisku naszym miejskim towarzyszom w nadziei, że znajdzie się jakieś wyjaśnienie tego fenomenu. Niestety, nikt nie mógł powiedzieć nam czegokolwiek, co wyjaśniłoby naszą obserwację – a pokazać zdjęcia jeszcze nie mogliśmy, film wywołaliśmy dopiero po powrocie do Leningradu (dziś Sankt Petersburg). Prawdę powiedziawszy, to wątpiliśmy w to, że na filmie coś się utrwaliło, ale na szczęście zdjęcie wyszło czysto i ostro. 

Później pokazałem to ufologom. Ci dokładnie zbadali zdjęcie, przeprowadzili ekspertyzę negatywu, ale niczego konkretnego mi nie powiedzieli. Jednakże, oczywiście, tradycyjnie powiedzieli, ze to sprawka UFO i Ufiastych sondujących naszą planetę – szczególnie w rejonach naszych baz wojskowych.
Tak więc może to wszystko było prostsze i miało swe technogenne wyjaśnienie – tego się już nie dowiemy. Może należało przyjąć ten fenomen, który widzieliśmy, za jakiś Znak z Nieba?  


Moje 3 grosze




Oczywiście ufologia zna takie fenomeny i obserwowano je niejeden raz. Oczywiście mogło to być UFO – albo czasolot albo kosmolot, który sondował naszą planetę przy pomocy jakiejś technologii promienistej. Wydaje mi się, że sprawa ma prostsze rozwiązanie. 


W latach 80. ubiegłego stulecia następuje apogeum prac nad broniami kosmicznego bazowania w ramach obłąkańczych planów tzw. wojen gwiezdnych. Jednym z ich filarów była LBR – laserowa broń radiacyjna, która miała razić cele naziemne, nawodne i napowietrzne z wysokości orbity wiązkami ścieśnionego i skolimowanego światła o wysokiej energii. Osobiście jestem zdania, że obaj wojskowi byli świadkami właśnie takiego eksperymentu z tego rodzaju bronią. Oczywiście działała ona „na pół gwizdka”, bo gdyby to ustrojstwo działało na cała moc, to zostałyby z nich tylko skraweczki… Proszę pamiętać, że niedaleko znajdowała się baza Floty Pacyfiku, a poza tym poligon broni jądrowych i rakietowych w Kura (N 57°20’00” – E 161°50’00”). 


Tak więc uważam, że ten incydent mógł mieć takie właśnie wyjaśnienie.


Opinia z KKK


Czyż ten słup światła nie był tylko Unidentified Aerial Pnenomenon, ergo UAPem?
Z początku cały fenomen skojarzyłem z tak zwanym orgonem, ponieważ widziałem zdjęcia (internetowe), na których widnieją i proste, i krzywe słupy - i jednolitego, i spiralnie skręconego światła -  które wyglądają jak klatka ze spojlera kolejnego filmu Star Trek.
O broni laserowej czy maserowej też można pomyśleć...
Na tym świecie cudów jak mrówków. (Smok Ogniotrwały)


Jaka szkoda, że nie ma wśród nas prof. Zbigniewa Schneigerta! Myślę, że on dałby sobie radę z tą zagadką. Pomysł z LBR może być bardzo bliski prawdy! Chyba że to była jakaś emisja cząstek, też w celach wojskowych? (Daniel Laskowski)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 35/2015, s. 24
Przekład z j. rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz

czwartek, 5 maja 2016

Ziemia żyje i… oddycha!



Prof. James Lovelock - autor hipotezy Gai


Paweł Bukin

Anglik Samuel B. Rowbotham wydał w XIX wieku książkę, w której udowadniał, że Ziemia jest płaska („Zetetic Astronomy: Earth Not a Globe”, 1881). 

W Przeszłości wiele narodów czciło Ziemię i inne planety uznając je za gigantyczne żywe organizmy, obdarzone wolną wolą i myśleniem. W Średniowieczu tradycja ta przetrwała w wielu aspektach. Także naszą planetę porównywał do żywego organizmu sam Leonardo da Vinci. Co ciekawe, najnowsze dane naukowe coraz bardziej dowodzą tego, że jest jakaś doza prawdy w tym stwierdzeniu i nasza planeta jest naprawdę żywa. 


Unikalny przyrząd


W latach 60., cechował burzliwy rozwój naukowo-techniczny XX wieku, kiedy to ledwie co narodzona kosmonautyka zaczęła opanowywać przestrzeń wokółziemską i przestrzeń Układu Słonecznego, a polski pisarz-fantasta Stanisław Lem napisał powieść „Solaris” o planecie z myślącym oceanem, brytyjski uczony James Lovelock próbował udowodnić, że nasza Ziemi jest rozumną istotą.

James Ephraim Lovelock członek Londyńskiego Royal Society jest specjalistą w dziedzinie chemii, biologii, medycyny i ekologii, urodził się w Letchworth Garden City, Hertfordshire, ale wkrótce przeprowadził się do Londynu, gdzie pobierał nauki w szkole w Strand. Potem studiował chemię na Uniwersytecie Manchester. Jeszcze będąc studentem Lovelock podjął pracę w Londyńskim Instytucie Badań medycznych. W 1941 roku James uzyskał dyplom chemika, a w 1948 roku dyplom doktora medycyny w Londyńskim Instytucie Higieny i Medycyny Tropikalnej. On zajmował się badaniami natury przeziębienia i chorób z nim związanych, zastosował elektroniczny detektor do gazowej chromatografii do wykrywania związków chemicznych przedstawiających zagrożenie dla środowiska.

I oto agencja kosmonautyczna NASA zaprosiła Lovelocka do Laboratorium Napędu Odrzutowego JPL w Pasadenie do poszukiwań rozumnego życia na Marsie. Głównym zadaniem profesora stało się skonstruowanie specjalnego przyrządu, który by pozwolił z maksymalną dokładnością odpowiedzieć na pytanie: czy istnieje życie na Marsie? Według planów kierownictwa NASA taki przyrząd na Marsa miałby przetransportować statek kosmiczny Voyager-1

W kwietniu 1961 roku, prof. Lovelock przystąpił do pracy . w czasie kilku lat skonstruował on unikalny przyrząd analizator gazowy będący w stanie przeprowadzić analizę chemiczną gazów z atmosfery i wykryć gazy, które wydalają w atmosferę istoty żywe. Tak więc jeżeli istnieje życie na Marsie, to w jego atmosferze powinna znajdować się kombinacja gazów świadcząca właśnie o tym. 

Według słów profesora, jeżeli na tamtej planecie jest życie, to wraz ze wszystkimi żywymi organizmami żyje i rozwija się cała planeta, i czy to Mars czy Ziemia, zasadniczo zmienia się ich atmosfera, gleba i woda. Ewolucja istot żywych to proces nieoddzielony od ewolucji planety w całości, że jest to oczywiste, że wszystkie żywe stworzenia zmieniają otaczające je środowiska. Przyrząd opracowany przez prof. Lovelocka okazał się być na tyle unikalnym, że pozwolił na badania składu chemicznego atmosfery Czerwonej Planety bezpośrednio z Ziemi. kiedy profesor powiedział o tym kierownictwu NASA, to nikt mu nie uwierzył. Lovelocka odstawili od tych prac. Wtedy profesor oświadczył, że jest niezależnym uczonym i zaczął wspólnie z Deanem Hitchcockiem prowadzić własne badania. Już po roku Lovelock oświadczył na Marsie życia nie ma. A to dlatego, że atmosfera Marsa znajduje się w takich warunkach chemicznych, że praktycznie jej elementy składowe nie zachodzą w żadne reakcje chemiczne. A to oznaczało, że na Marsie nie ma żadnych żywych stworzeń mogących zmieniać koncentrację gazów w atmosferze, a to oznacza, że planeta jest martwa.

(To wcale nie jest takie oczywiste, bowiem istoty żywe mogą zamieszkiwać planetarne podziemie, które wcale nie musi mieć połączeń z powierzchnią planety. Poza tym mogą tam zamieszkiwać istoty żywe, których chemizm życia może być oparty o inne pierwiastki niż węgiel np. krzem… - uwaga tłum.)

Chociaż możliwość istnienia życia na Marsie w Przeszłości James Lovelock wcale nie wykluczył.





Koncepcja Gai


Badając atmosferę Czerwonej Planety, prof. Lovelock dokonał ważnego odkrycia: na naszej Ziemi, w odróżnieniu od Marsa, otoczka gazowa jest niestabilna. W niej cały czas zachodzą reakcje chemiczne. Wraz z tym, w ciągu setek tysięcy i milionów lat, temperatura powierzchni Ziemi i skład jej atmosfery pozostają niezmienne. To właśnie dzięki temu od tego czasu na naszej planecie zrodziło się życie, ciepłe promieniowanie Słońca podwyższyło się niemal czterokrotnie. 

(To wynika z ewolucji gwiazdy, jaką jest nasze Słońce, które za parę miliardów lat przejdzie ze stadium żółtego karła klasy widmowej G2V w stadium czerwonego podolbrzyma klasy widmowej K. Jak na razie Słońce będzie stabilnie wypalać wodór przemieniając go w hel, więc na razie ze strony naszej dziennej gwiazdy nic nam nie grozi… Najbardziej zbliżoną do niego gwiazdą jest Arktur, czyli α Wolarza, o klasie widmowej K2III, który jest starszy o ok. 3 mld lat od Słońca i w jego jądrze już jest spalany hel… Drugą podobną gwiazdą jest Aldebaran α Byka, o klasie widmowej K5III - uwaga tłum.)

To może oznaczać tylko jedno: Ziemia jest żywa! Ona właśnie kontroluje atmosferę, temperaturę swej powierzchni, grubość warstwy ozonowej, poziom zasolenia Wszechoceanu, utrzymując to wszystko na odpowiednim poziomie. 

W latach 70. XX wieku, swe rozmyślania na ten temat Lovelock sformułował w tzw. koncepcji Gai. Naukowo-teoretyczna część tej hipotezy zwana geofizyczną jest bardzo bliska koncepcji biosfery prof. Władimira Iwanowicza Wiernadskiego (znanego m.in. z teorii na temat Tunguskiego Ciała Kosmicznego – przyp. tłum.). Pesymistycznie oceniając sytuację ekologiczną na naszej planecie, prof. Lovelock z czasem zmienił swe poglądy na mroczne widoki na Przyszłość. I tak w 2006 roku on oświadczył, że wskutek Efektu Globalnego Ocieplenia w końcu XXI wieku, 80% populacji Ziemi czyli miliardy ludzi zginie, a żyjący zamieszkają w Arktyce, gdzie klimat będzie sprzyjający. Nowy tworzący się teraz klimat będzie trwał przez następne 100.000 lat. Wedle prognozy Lovelocka, temperatura w tropikach podniesie się o kilka stopni, gleba stanie się suchą i nieprzyjazną dla życia, większa część Europy przekształci się w pustynię, dlatego też zaczną się masowe migracje na północ i w Arktyce powstaną nowe miasta. Jednakże w 2007 roku uczony nieco zmienił swe czarne prognozy powiedziawszy, że klimat planety się stabilizuje ona sama dla siebie ustanowi nowe warunki życia.

(Polecam Czytelnikowi świetne eko-thrillery Clive Cusslera - "Sahara", Warszawa 1993, Maxime Chattam pt. „Teoria Gai”, Katowice 2010, a także Franka Schätziga „Odwet oceanu”, Wrocław 2006, w którym przedstawione są niektóre aspekty przemian klimatycznych i innych mających związek z hipotezą Gai prof. Lovelocka uwaga tłum.)


Ziemia rośnie i komplikuje się


Rzeczywiście, jeżeli dokładniej się przyjrzeć budowie Ziemi, to można wyjaśnić, że wymiana materii w jej wnętrzu jest o wiele bardziej złożony, niż w organizmie człowieka: w warstwie magmy (astenosferze) istnieją ponad tysiąckilometrowe prądy, a w rezultacie licznych chemicznych i nuklearnych reakcji, Ziemia wytwarza nowe pierwiastki i związki chemiczne.

Dr n. geograficznych Aleksiej Armand wiodący pracownik Instytutu Geografii RAN - opowiadał znanemu prezenterowi TV i pisarzowi Igorowi Prokopienko:
- Ziemia rozwija się w kierunku skomplikowania, jakby miała w tym jakiś cel, jakby ktoś czy coś kierowało tym procesem komplikacji. Objaśnić tą silnie rozwiniętą ewolucję można, jeżeli tylko ewolucja ta jest ukierunkowana rozumnie. Jeżeli ewolucja ta ma jakiś cel. Jeżeli jest jakiś punkt końcowy, ku któremu ona zmierza. Jak na razie wszystko to, co obserwujemy mówi o tym, że Ziemia zmierza ku wielkiemu porządkowi, do wielkiego zróżnicowania swych systemów. 

Ale tak jak zauważa Prokopienko w swej nowej książce pt. „Bitwa cywilizacji”, to jeszcze nie wszystko. Jak każdy żywy organizm, nasza planeta wzrasta. Według danych niektórych naukowców, w czasie ostatnich 200 MA promień Ziemi niemal się podwoił. To właśnie dlatego na planecie pojawiło się 6 kontynentów. Skorupa ziemska po prostu pękła, jak ciasne ubranie i istniejący wtedy prakontynent rozdzielił się na części.

[Owszem, Ziemia „tyje” codziennie o 100-1000 ton materii meteorytowej, która spada na nią z kosmosu i w ciągu 200 MA zgromadziło się jej wiele, ale nie na tyle, by jej promień wzrósł dwukrotnie uwaga tłum.]


Oddech planety


Całkiem niedawno udowodnić, że Ziemia jest żywym organizmem, udało się i rosyjskim uczonym. Dyrektor Centrum Badań Ziemi prof. Wiktor Rogożkin jak i brytyjski prof. Lovelock całe swe życie poświecił badaniom naszej planety. Przez wiele lat badań jemu udało się mu dokonać niewiarygodnego odkrycia: eksperymentalnie udowodnić, że Ziemia oddycha poprzez pęknięcia skorupy ziemskiej! Ziemia oddycha rytmicznie i głęboko, dokładnie tak jak każdy żywy organizm. A do tego rytm oddechu naszej planety zależy od pory doby, pory roku i szerokości geograficznej. I tak np. na średnich szerokościach geograficznych Ziemia wdycha i wydycha w co każde 40 minut, a na równiku oddycha rzadziej raz na 130 minut. Uczony twierdzi:
- Pierwszy głęboki i wydłużony wdech Ziemia wykonuje w czasie wschodu Słońca, wchłaniając kosmiczną energię. Potem następuje niemniej potężny wydech. Następnie ma miejsce rytmiczne oddychanie do zachodu Słońca. 

W 1997 roku rosyjskiemu badaczowi udało się dokonać jeszcze ciekawszego i wstrząsającego odkrycia. Okazuje się, że Ziemia reaguje na wydarzenia w Kosmosie. Podobnie jak żywe stworzenie, jest ona w stanie odczuwać strach. Pojawienie się na naszym niebie komety C/1995 O1 Hale-Bopp w marcu 1997 roku skróciło rytm oddychania z 30-40 min. do 1 minuty! Planeta „zadyszała jak zagoniony koń” i trwało to do lutego 1998 roku. 



Ale to jeszcze nie wszystko. W rok później, w sierpniu 1999 roku zdarzyło się zaćmienie Słońca. I właśnie w ten moment, kiedy Księżyc całkowicie zakrył Słońce, nasza Ziemia literalnie zadrżała ze strachu! W Turcji jedno za drugim zdarzyło się trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,4°R, które zabiło 18.000 osób. Niektórzy uczeni uważają, że w tym momencie nasza planeta znajdowała się w stanie, który człowiek przeżywa w śmierci klinicznej. Według słów Rogożkina:
- to wszystko na poziomie naszych przyrządów odnotowali nasi uczeni, zaszło coś w rodzaju spadku naszego pola elektromagnetycznego Ziemi. Coś jakby śmierć kliniczna, a potem w czasie kilku minut po zakończeniu zaćmienia Ziemia jakby złapała oddech. Ziemia jakby była w szoku…



Wiktor Rogożkin jest przekonany, że:
- Kiedyś zapewne Ludzkość nauczy się pojmować Wszechświat i znajdzie z nim wspólny język. I być może, może powróci się do tego, o czym ludzie wiedzieli w dalekiej Przeszłości.


Opinia Czytelnika

 

Pisze Pan:
"(To wcale nie jest takie oczywiste, bowiem istoty żywe mogą zamieszkiwać planetarne podziemie, które wcale nie musi mieć połączeń z powierzchnią planety. Poza tym mogą tam zamieszkiwać istoty żywe, których chemizm życia może być oparty o inne pierwiastki niż węgiel – np. krzem… - uwaga tłum.)"
Zgadzam się.
Kwestia tego, jak rozstrzygniemy sprawę powstania istot rozumnych. Czy to ślepy traf ewolucji, czy ingerencja a la Daeniken itd. Hipotez na ten temat jest wiele i wszystkie na pewien sposób ciekawe.
Ale dodam do Pana komentarza taki pomysł, a jak Ziemia została zasiedlona/skolonizowana przez obcą rasę. A może ludzie na nią po prostu przylecieli. Kiedyś i o tym pisałem. Że ludzie są kolonizatorami i w zasadzie obcym w jednym.
Inna sprawa to ta, że możemy zamieszkiwać i pod ziemią, gdyby zmusiły nas do tego warunki panujące na powierzchni (tj, wojna atomowa, promieniowanie, chmury radioaktywne, zeszlibyśmy pod ziemię). (M.S.)

Tekst i ilustracje „Tajny XX wieku” nr 35/2015, ss. 22-23
Przekład z j. rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz