niedziela, 17 czerwca 2018

Podróż uczona pod Babią Górę


Babia Góra z Przełęczy Spytkowickiej

Od pewnego czasu wróciła do mnie sprawa poszukiwań tajemniczych obiektów podziemnych – Księżycowej Jaskini – zob. http://hyboriana.blogspot.com/2018/03/tajemnica-ksiezycowej-jaskini-1.html oraz Tunelu Pod Babią Górą z opracowań prof. dr. hab. Jana Pająka. Postanowiliśmy tedy w słoneczną niedzielę 17.VI wybrać się do Lipnicy Wielkiej i Zubrzycy w celu przyjrzenia się temu masywowi z bliska. Czemu nie poszliśmy na Diablaka? – zapyta ktoś? Winę za to ponosi pogoda – parna, duszna i burzowa nie sprzyja wędrówkom sześćdziesięciolatków po górach i nie chcieliśmy sprawiać ratownikom GOPR dodatkowych problemów…

Najpierw pojechaliśmy do Lipnicy Wielkiej, gdzie podziwialiśmy wspaniałą panoramę Rohaczy po stronie słowackiej i Tatr Zachodnich, Wysokich i Bielskich.




Widok na Tatry z Lipnicy Wk.

Następnie pojechaliśmy poprzez Lipnicę do przysiółka Stańcowa (880 m n.p.m.), gdzie pokręciliśmy się po lesie w poszukiwaniu grzybów. Grzybów było na lekarstwo – znaleźliśmy tylko jakieś trzy „betki” i na tym skończyło się grzybobranie. Natomiast widzieliśmy tam fantastyczne, wielopienne drzewa i potężne jodły, których jeszcze nie skosiła chciwa ręka okupantów i „pozyskiwaczy”. Poza tym znaleźliśmy kwitnące kwiaty podobne do storczyków i porosty przypominające płucnicę islandzką. Nie ma się czemu dziwić – byliśmy wszakże w otulinie BPN.







Obejrzeliśmy sobie dokładnie południowe stoki Diablaka (1725 m), na których – wedle prof. Pająka – miało znajdować się wejście do labiryntu tuneli pod Babią Górą. Oczywiście niczego takiego nie zobaczyliśmy, ale…

Kilka dni temu odwiedził mnie Pan Olaf Snappan, twórca oryginalnych teorii i hipotez, który twierdzi iż widzi związek pomiędzy Tunelem o Szklistych Ścianach, UFO a… schroniskiem Beskidevereinu. Według niego, schronisko to nie postawiono przypadkowo na południowym, przyszczytowym stoku Diablaka i lokalizacja ta ma ścisły związek z tajemnicą Tunelu… Komuś bardzo zależało na tym, by być blisko wejścia do tej tajemnicy. Ze swej strony uważam, że coś w tym jest, no bo popatrzcie sami:

Schronisko na Babiej Górze (a właściwie pod Głodną Wodą, niem. Schutzhaus auf der Babiagura, węg. Menedékház a Babiagurán) – schronisko turystyczne, które znajdowało się na wysokości 1616 m n.p.m. na Babiej Górze. Było pierwszym tego typu obiektem w Beskidzie Żywieckim. Zakończyło swoją działalność po II wojnie światowej. W 1949 uległo zniszczeniu w pożarze.
W rejonie Babiej Góry pod koniec XIX wieku działała niemiecka organizacja turystyczna Beskidenverein, która wyznaczyła jedne z pierwszych szlaków turystycznych w Beskidach Zachodnich, wkrótce też pojawił się pomysł wybudowania schroniska turystycznego na Babiej Górze.
Projektantem był Wilhelm Schlesinger – działacz BV, który był również znakarzem szlaków na Babią Górę. W latach 1904–1905 powstał solidny, jednopiętrowy murowany budynek z oszkloną werandą z widokiem na Tatry, Małą Fatrę i Orawę. Koszt budowy wyniósł 22 tysiące koron austriackich. W 4 pokojach na piętrze mogło nocować 20 turystów (jeden pokój przeznaczony był tylko dla pań). Na parterze znajdowała się kuchnia, pokój dla obsługi, izba gościnna dla 30 i weranda dla 20 gości oraz sanitariaty. Gospodarze obok schroniska wybudowali niewielki drewniany domek mieszkalny. Oprócz niego w pobliżu znajdowała się obórka dla dwóch krów i drobiu, szopa, stacja meteorologiczna i niewielka kapliczka. Obiekt znajdował się po stronie węgierskiej, niedaleko granicy z Galicją. Z pobliskiego stałego źródła "Głodna Woda" poprowadzono grawitacyjny rurociąg doprowadzający wodę dla potrzeb mieszkańców obiektu i turystów.
Uroczystego otwarcia dokonano 11 czerwca 1905, a pierwszym gospodarzem został gajowy Jan Zosiak z Polhory, który wcześniej prowadził turystów na szczyt Babiej Góry od węgierskiej strony. Oficjalnie funkcjonowało jako Schlesinger-Schutzhaus. Do lat 30. XX wieku było najwyżej położonym schroniskiem na terenie polskich Karpat.
Polscy turyści niechętnie odwiedzali obiekt – zniechęcały wysokie, ich zdaniem, opłaty oraz język niemiecki, który był oficjalnym w budynku. Największy ruch turystyczny był od czerwca do września, zimą oraz w okresie Wielkanocy pojawiali się też narciarze.
Po I wojnie światowej wskutek podziału Orawy schronisko na krótko znalazło się po stronie czechosłowackiej, a w 1922 roku w wyniku drobnej korekty granicy znalazło się po stronie polskiej.
Ruch turystyczny nieco się zmniejszył, w dodatku w lutym 1935 doszło do tragedii. Schronisko było źle widoczne w trudnych warunkach atmosferycznych – podczas rajdu narciarskiego 4-osobowa grupa narciarzy nie zauważyła budynku i zamarzła w śnieżycy.[1] Obiekt Beskidenverein był solą w oku dla niektórych polskich działaczy turystycznych i to wydarzenie posłużyło za jeden z pretekstów do odebrania schroniska Niemcom, jako niekompetentnym do prowadzenia działalności w tym terenie. W dodatku o grunt pod schroniskiem upomniały się Lasy Państwowe (przed wojną Beskidenverein wydzierżawiło teren na 30 lat od tzw. państwa orawskiego) i po 5-letnim procesie sądowym w 1938 budynek odebrano Niemcom po wypłaceniu odpowiedniego odszkodowania (150 tys. złotych; faktycznie Beskidenverein przestał nim zarządzać już w 1936).
Do wybuchu II wojny światowej funkcjonowało jako Schronisko Szczytowe "Leśnik" (prowadziła je spółdzielnia "Leśnik" ze Lwowa). W 1937 roku oferowało 32 miejsca noclegowe (8 łóżek i 24 sienniki). Podczas okupacji schronisko znalazło się w granicach Słowacji wraz z resztą dawnej polskiej Orawy. 1 września 1939 zostało ostrzelane przez niemiecki samolot – spłonął wówczas budynek gospodarczy. W latach 1939 – 1943 gospodarzył budynkiem Klub Słowackich Turystów i Narciarzy, następnie obiekt zamknięto z powodu bardzo małego ruchu turystycznego. Po wojnie krótko stacjonował w nim oddział Armii Czerwonej, a po jego wycofaniu okoliczni mieszkańcy rozkradli wszystko to, co jeszcze zostało.
Schronisko próbowało wyremontować Polskie Towarzystwo Tatrzańskie – kiedy prace miały się ku końcowi w 1949 obiekt spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Projekt odbudowy zarzucono (teren znalazł się pod ochroną przyrodniczą), a ocalałe mury rozebrano jesienią 1979 roku. Po dawnym obiekcie Beskidenverein pozostały tylko resztki fundamentów.  

Tyle Wikipedia.

Dziwna jest historia tego schroniska i dziwni ludzie się tam przewijali. Istnieje możliwość, że tegoż Tunelu poszukiwali najpierw Niemcy a potem Rosjanie. Stąd te wszystkie tajemnicze wydarzenia, które się tam rozgrywały.









Niemcy mogli poszukiwać wejścia do Agharty – podziemnego kraju Ariów. Rosjanie – podobnie. Ale prawda może wyglądać tak, że po prostu Niemcy wykorzystali ten Tunel do ukrycia swoich skarbów – np. części zrabowanych precjozów przez dr. Hansa Franka w Generalnej Guberni. Oczywiście jest to jedynie jedna z możliwości, którą należy wziąć pod uwagę. Nikt też tych skarbów nie szukał, dlatego nikt ich nie znalazł. Dotychczas tylko Dolny Śląsk jest brany pod uwagę jako największa skarbnica hitlerowskich Niemiec. Nikt nie wziął pod uwagę Małopolski…  



Widok na masyw Babiej Góry od południa z przysiółka Kiczory

Istnieje więc możliwość, że znaleźli je Rosjanie i wywieźli je do siebie, do ZSRR. Ciekawy jestem, co rozkradli okoliczni mieszkańcy z opuszczonego przez nich schroniska? Czy było to coś więcej, niż banalne przedmioty życia codziennego?...

To tylko taka garść uwag, jakie nasunęły nam się w czasie tej podróży uczonej do podnóża Królowej Beskidów.    


[1] Była to słynna sprawa zagłady czteroosobowego zespołu rodzeństwa Frysiów w lutym 1935 roku. Na Babiej Górze zamarzli wtedy na śmierć: Kazimierz Fryś (lat 33), Janina Fryś (lat 32), Stanisław Olejczyk (lat 30) i Helena Bałachowska (lat 19). Wszyscy wymienieni zginęli na szczytowej kopule Diablaka w potężnej kurniawie.

wtorek, 12 czerwca 2018

Zwyrole i rybole




Od kilku dni media bombardują nas wieściami na temat zamordowanych w bestialski sposób fok na polskim Wybrzeżu Gdańskim. Jakiś zwyrodnialec lub zwyrodnialcy morduje te zwierzęta i demonstracyjnie porzuca na plażach, a wszystko to po to, by zaprotestować przeciwko ochronie tych zwierząt, które – według niego – straszliwie szkodzą rybakom i wyjadają im ryby. A więc należy je wymordować, by biedni rybacy - którym unijne przepisy nie pozwalają targać ryb bez jakiejkolwiek kontroli – mogli wreszcie odbić się od dna. Może zaczniemy od tego, w czym właściwie mamy do czynienia? Pisze jeden z internautów na FB:


Żeby nie było! Od razu zaznaczę, że nie ma to być w żadnym wypadku tekst polityczny, jakiś manifest poparcia dla kogoś czy coś w tym stylu. Jedyną opcją, jaką będę w tym tekście popierał, jest opcja rozsądnego myślenia i rzetelności, opierania się na faktach, a nie naginania ich na potrzeby własne.
Ten tekst jest efektem przelanej czary goryczy. Bo o tym, że w obecnych czasach każdy zna się na wszystkim, jest ekspertem od zagadnień wszelakich i skarbnicą wiedzy z zakresu od początku świata do jego końca wiedziałem już od pewnego czasu. Jestem daleki od tego, aby uznać, że pozjadałem wszystkie rozumy i jestem nieomylny. Wręcz przeciwnie, mam świadomość tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem, a tworzenie "Naturalnie w Warszawie..." trochę mi te braki pomaga na bieżąco uzupełnić. Zanim coś opublikuję, staram się sprawdzać informacje w możliwie jak największej liczbie źródeł. Ale wystarczy na chwilę tylko wejść do Internetu, a już w szczególności na jakieś forum lub grupę tematyczną na Facebooku, żeby doświadczyć odwrotnego zjawiska. Dziś wystarczy mieć przez dwa miesiące jedno zwierzę, by mienić się specjalistą w jego hodowli. I to takim, którego zdania nikt nie ma prawa podważyć. I o ile niektóre internetowe fora można omijać szerokim łukiem, to już problem robi się, kiedy "mądrości" płyną z ust osób publicznych. Mieliśmy już wypowiedź ministra środowiska, w której twierdził, że nie zna gatunku, który wymarłby w wyniku polowań człowieka. Cóż... Naprawdę nie trzeba się wielce wysilać, by jednym tchem wymienić co najmniej kilkanaście dosyć spektakularnych przykładów takich gatunków. Ot, chociażby: krowa morska (Hydrodamalis gigas), wilk workowaty (Thylacinus cynocephalus), gołąb wędrowny (Ectopistes migratorius), dodo (Raphus cucullatus), alka olbrzymia (Pinguinus impennis), słynna "niepaskowana" zebra kwagga (Equus quagga quagga), wilk falklandzki (Dusicyon australis), papuga karolińska (Conuropsis carolinensis), mniszka karaibska (Neomonachus tropicalis), kangur rączy (Macropus greyi), norka morska (Neovison macrodon) czy - już "z naszego podwórka" - tur (Bos primigenius). Ba! Ostatnio coraz głośniej mówi się o tym, że ludzkość mogła mieć znaczny udział w wymarciu większość australijskiej i amerykańskiej megafauny. Ale, żeby nie było - z drugiej strony barykady też znaleźć możemy ciekawe "kwiatki". Ot na przykład ostatnio dowiedzieliśmy się od znanej dziennikarki, że w Polsce na liście zwierząt łownych znajdują się dropie, bataliony i cietrzewie. W rzeczywistości lista ptaków łownych liczy 13 gatunków, ale próżno na niej szukać wyżej wymienionych. Bataliony (Calidris pugnax) i cietrzewie (Lyrurus tetrix) znajdują się w naszym kraju pod ścisłą ochroną gatunkową! Drop (Otis tarda) na dodatek jest uznany w naszym kraju za gatunek wymarły - od mniej więcej 30 lat nie stwierdzono jego gniazdowania (oficjalnie ostatnie miało miejsce w 1986 roku), jedynie od czasu do czasu pojawiają sie u nas pojedyncze, zalatujące osobniki (w latach 1988-2015 było ich 13, w tym roku 1 czerwca zaobserwowano i sfotografowano jednego osobnika w województwie pomorskim w miejscowości Brzezie). Czyli chyba mamy jasność w obu tematach...
To teraz przejdźmy to czynnika, który tę czarę goryczy przelał. Zapewne słyszeliście o tym, że ostatnio na polskim wybrzeżu znajdywane są martwe foki. Wiele wskazuje na to, że ich zgony nie nastąpiły z przyczyn naturalnych, bo ciężko za taką uznać obwiązanie liną i przymocowanie do niej cegły. Inne osobniki miały rozcięte powłoki brzuszne lub roztrzaskaną czaszkę, co raczej też nie dzieje się "przez przypadek". Od 28 maja do 6 czerwca znaleziono 5 martwych zwierząt[1], co można uznać za niechlubny rekord, bowiem dotychczas przypadki umyślnego zabijania zwierząt (przynajmniej oficjalne, co do których nie było wątpliwości) były niezwykle rzadkie. Nie wliczam w to tzw. przyłowów, czyli przypadków zaplątania się fok w rybackie sieci i utopienia z powodu braku możliwości zaczerpnięcia powietrza (część takich przypadków była zgłaszana (między 1980 a 2010 zgłoszono 76 przyłowów, po tej dacie nie zarejestrowano kolejnych zgłoszeń), ile jest ich w rzeczywistości - tego się możemy jedynie domyślać po znajdywanych czasami zwłokach fok zaplątanych w resztki rybackich sieci). I w tym niebywałym nawale tragedii i przykładzie ludzkiego okrucieństwa przypomina się wypowiedź pewnej pani posłanki, bodajże jakoś z marca, według której "foka to ewidentny szkodnik, a Bałtyk nie jest jej naturalnym środowiskiem"... Jak to skomentować? Chyba najlepiej suchymi faktami naukowymi.


W Bałtyku żyją obecnie trzy gatunki fok – nerpa/foka obrączkowana (Pusa hispida) - pierwsza foka, jaka zasiedliła Bałtyk ponad 10 000 lat temu (wówczas będący w fazie Morza Yoldiowego) i bytowała w nim gdy stał się słodkowodnym Jeziorem Ancylusowym (do dziś pozostałością tego etapu są dwa słodkowodne podgatunki nerpy zasiedlające fińskie jezioro Saimaa (P.h.saimensis) oraz rosyjskie jezioro Ładoga (P.s.ladogensis), foka pospolita (Phoca vitulina) - najmłodszy historycznie foczy "nabytek" tego obszaru - i najliczniejsza foka szara vel. szarytka morska (Halichoerus grypus), o którą głównie chodzi w tym konflikcie. W czasach historycznych występowała tu także foka (lodofoka) grenlandzka (Pagophilus groenlandicus) (ba, przez pewien okres była nawet najliczniejszą spośród swoich kuzynek), jednak wraz z ociepleniem klimatu wycofała się z tych terenów.
Foka szara zasiedliła obszar naszego morza zapewne na początku okresu tzw. Morza Litorynowego (jednej z faz rozwoju Bałtyku), czyli jakieś 7 tysięcy lat temu, kiedy Bałtyk ze słodkowodnego jeziora stawał się zbiornikiem słonowodnym. Foka szara była jednym z pierwszych typowo morskich gości tych wód. Tu wytworzyła odrębny podgatunek, określany do niedawna jako H.g.macrorhynchus. Do niedawna, bowiem w 2016 roku zespół duńskich naukowców wykazał, że opis gatunku, jakiego dokonał Fabircius, oparty był o osobnika z populacji bałtyckiej. Dlatego też to właśnie temu podgatunkowi należy się prym podgatunku nominatywnego i obecnie "nasze" foki określane są jako H.g.grypus. Na początku XX wieku była najpospolitszą foka tego obszaru z populacja licząca między 88 000 a 100 000 osobników! Niestety zaciekłe tępienie i zanieczyszczenie środowiska polichlorowanymi bifenylami (PCB) i dichlorodifenylotrichloroetanem (DDT) doprowadziły do niemal całkowitej zagłady podgatunku - pod koniec lat 70-tych XX wieku w Bałtyku żyło ledwie 3 000 - 4 000 osobników! Objęcie ich ochroną poskutkowało powolnym wzrostem liczebności (o niemal 8% rocznie) i dziś mamy w Bałtyku zapewne między 40 000 a 50 000 fok szarych (dane IUCN). Również u polskich wybrzeży jest ich więcej niż jeszcze niedawno. W ubiegłym roku w Ujściu Wisły zaobserwowano stado aż 293 osobników, podczas gdy w 2014 roku mówiono o "absolutnym rekordzie" 135 osobników, a dane z 2011 roku wspominają o zgrupowaniach co najwyżej kilkunastu zwierząt.
Foka szara w Bałtyku jest praktycznie wyłącznie rybożerna (w przeciwieństwie do np. nerpy, która w swoją dietę wplata także denne i planktonowe skorupiaki (wystarczy porównać uzębienie obu gatunków); zresztą foki szare z wód Atlantyku regularnie uzupełniają dietę o skorupiaki, ośmiornice, a nawet ptaki). Średnie zapotrzebowanie pokarmowe wynosi około 3,2-7,5 kg ryby na fokę na dobę. Badania wykazały, że spośród nieco ponad 20 gatunków ryb spożywanych przez te ssaki, tylko śledź bałtycki (Clupea harengus membras), zwany też sałaką, szprot (Sprattus sprattus) i sieja (Coregonus lavaretus) stanowią poważny udział ich menu. To właśnie rybożerność fok wzbudza olbrzymią wrogość niektórych rybaków, którzy dopatrują się w tych zwierzętach konkurencji. A jako że korzystają z tego samego źródła pokarmu, co człowiek, automatycznie uznawane są za szkodniki. Przyjrzyjmy się zatem biologii pokarmowej gatunku. W jednym z badań w przewodzie pokarmowym 41% przebadanych osobników znajdywano pozostałości tylko jednego gatunku ryb! Co warto zaznaczyć - skład diety zmienia się nie tylko zależnie od lokalizacji (jest nieco inny na północnym i południowym Bałtyku), ale również zależnie od sytuacji środowiskowej - foki zjadają ten gatunek, który w danym momencie jest najliczniejszy w ich otoczeniu. Dlatego w latach 60-tych i 70-tych dorsz bałtycki (Gadus morhua callarias) stanowił około 20% zjadanych przez nie ryb, podczas gdy na początku lat 2000-ych było to zaledwie 5% ogółu.



Rybacy jako jeden ze swoich głównych argumentów wykorzystują tezę, według której dalszy rozwój populacji fok szarych spowoduje takie zwiększenie jej liczebności, że doprowadzi to do przetrzebienia ławic ryb w Bałtyku. Jednak przeprowadzone przez MacKenziego, Eero i Ojaveer symulacje wykazały, że nawet osiągnięcie poziomu populacji z początków XX wieku (czyli - przypomnę - 100 000 osobników) nie spowoduje zaniku ryb. To nastąpić może natomiast w wyniku dalszego ocieplania klimatu i obniżenia zasolenia wód Bałtyku, a przez to jego eutrofizacji. Wyraźnie zatem ukazali, że to nie foki są głównym zagrożeniem dla ryb. Innym dowodem na brak destrukcyjnego wpływu fok na ekosystem jest fakt, iż mimo skrajnie niskiej liczebności ssaków, populacje niektórych ryb wcale nie zwiększyły swojej liczebności.
Foki cieszą się dużym zainteresowaniem społeczeństwa, helskie Fokarium oblegane jest przez turystów, sporym zainteresowaniem cieszą się też "rejsy na foki", na których z pokładu statków obserwować można, oczywiście z odpowiedniej odległości, foki odpoczywające na brzegu morza lub w nim pływające. Oczywistym jest, że fok nie można sprowadzać do roli uroczych i słodkich pluszaków. To groźne duże drapieżniki (samce osiągają nawet ponad 2 m długości i wagę ponad 300 kg), z pyskiem pełnym ostrych zębów i dużą skutecznością polowań, zwieńczenie bałtyckiego łańcucha pokarmowego. O dominującej roli w łańcuchu pokarmowym może świadczyć fakt odnotowywanych w ostatnich latach polowań fok na... morświny (Phocoena phocoena). Jednak foka taka właśnie ma być. Tak ją ukształtował tok ewolucji, foka zachowuje się po prostu "po Bożemu" - jak na fokę przystało.
Nie ma też sensu negować strat rybackich, bo foki - jeśli mają ku temu okazję - chętnie skorzystają z "darmowej" stołówki. Kto nie skusiłby się na podany na tacy obiad, za którym nie trzeba ganiać po morskiej głębi? Foki - owszem - czasami podjadają schwycone w sieci ryby (czasami w całości, czasami jedynie wyjadają je częściowo, tzw. "belly biting"), czasami niszczą sprzęt rybacki. Ale warto zaznaczyć, że ryba, nawet już schwytana w sieć, nie jest jeszcze własnością rybaka, a zatem ich strata nie stanowi szkody, a co najwyżej utracenie potencjalnej korzyści. A nawet jeśli... Jeden z raportów sumujący zgłoszone przez samych rybaków przypadki wyjadania ryb z sieci z lat 2011-2012 wykazał poziom strat rzędu 0,1% w stosunku do połowu ryb łososiowatych i 0,8% w stosunku do całości połowów! System rekompensat za wywołane przez foki szkody, podobny do stosowanego w przypadku innych chronionych gatunków: wilków, niedźwiedzi, żubrów i bobrów, wydaje się jednak w pełni uzasadnionym rozwiązaniem dla załagodzenia konfliktu.
Jeszcze jedna, ostatnia już dziś szarofocza ciekawostka - pojedyncza samica należąca do bałtyckiego podgatunku jest regularnie obserwowana u wybrzeży Morza Czarnego, dokładniej na Półwyspie Kerczeńskim na Ukrainie przynajmniej od okolic roku 2000. Jako że najbliższa naturalna populacja lokalizuje się właśnie w Bałtyku, foka raczej sama z siebie nie przewędrowała przez całą Polskę i Ukrainę. Jako że wszystkie obserwacje dotyczą jednego osobnika (na co wskazuje charakterystyczny układ plam na sierści), jest on najpewniej uciekinierem z niewoli, który w nowym środowisku zaadaptował się na tyle dobrze, że przetrwał w nim już kilkanaście lat.
Jak widać - nie taka foka straszna, jak ją malują. Mowa nienawiści, podsycanie negatywnego nastawienia i wrogości nie prowadzą - jak widać - do niczego dobrego. Szanse na odnalezienie sprawców bestialskiego mordowania fok są raczej niewielkie (chociaż bardzo bym sobie życzył, by to nastąpiło), ale warto pokazać, że opinia społeczna jest przeciwna tego typu praktykom!   


No cóż, to, co napisano powyżej wcale nie trafia zwyrolom do przekonania – dla nich foka to szkodnik i trzeba go zabić. Autor nie napisał tego, że foki na polskim wybrzeżu niemal całkowicie wybito w II RP. Za upolowaną sztukę zarabiało się 5 zł. Jak widać komuś się to przypomniało i na fali gloryfikacji przedwojennej Polski ogłosił krucjatę przeciwko fokom.

Ale ten zwyrol, czy zwyrole, jest tylko narzędziem w ręku manipulatorów, którzy pragną wycisnąć jak najwięcej kasy z polskiej Przyrody i w swej chciwości i obłędzie niszczenia podnieśli zbrodniczą dłoń na polskie lasy i puszcze. Ich nazwiska są znane i odpowiedzą za swe zbrodnie. Czy prędzej czy później, ale na pewno. To są ci, dla których sanacyjna, ciemna, biedna Polska jest jakimś tam rajem mlekiem & miodem płynącym, niedoścignionym wzorem, do którego dążą. Ze szkodą dla polskiej Natury… Jak skończyła II RP – dobrze wiemy: nie z hukiem, ale ze skowytem – że zacytuję ulubiony poemat T.S. Eliota – zrujnowany kraj, 6,5 mln zamordowanych obywateli… 

Przeczytałem w ostatniej „Angorze” wypociny jakiejś kobitki z MIR-u, które usiłowały usprawiedliwić tych morderców i ich zbrodnie na Naturze. Argumentacja identyczna jak w przypadku z Bożej łaski „ekspertów” od ex-ministra Szyszki w sprawie rabunkowej wycinki Puszczy Białowieskiej. Jak widać, źródła nagonki na Puszczę, foki i ludzi ich broniących są te same i wiadomo, że sponsorowane przez ludzi wmawiającym nam, że powinniśmy czynić Ziemię sobie poddaną. A tak już BTW, to skoro rybakom tak bardzo zależy na rybach, to czemu nie protestują przeciwko zanieczyszczaniu Bałtyku przez „biznesmenów” „utylizujących” w nim chemiczne i biologiczne paskudztwa? Dlaczego nie wymagają od rządów wydobycia i dezaktywowania składów broni chemicznej zalegających na dnie naszego morza, które trują wszystko, co żywe? Dlaczego nie domagają się zaprzestania używania nawozów sztucznych NPK, które powodują zatrucie siarkowodorem i metanem stref przydennych i dennych naszego morza? Bo to jest trudniejsze, niż zamordowanie foki – nieprawdaż? 



Czynimy, czynimy to od niemal dwóch tysiącleci – a skutki tego czynienia są opłakane. A szczególnie w naszym kraju, w którym rządzą niedokształciuchy i dyspozycyjne podnóżki ochoczo wypełniający polecenia centrali dyspozycyjnej rządzącej partii – co widać choćby z zacytowanej wypowiedzi. W normalnych krajach ci ludzie zostaliby natychmiast odsunięci od władzy. Ale Polska nie jest normalnym krajem. Zresztą przestała nim być już w 1989 roku, kiedy to do władzy dorwali się ludzie nieodpowiedzialni i to tylko dlatego, że przed wyborami zdjęcie z Wałęsą było przepustką do żłobu i koryta! Obawiam się, że teraz będzie dokładnie tak samo, tylko idol inny, a – że zacytuję innego koryfeusza rządzącej koterii – głupi naród to kupi. I zagłosuje jak zwykle – głupio i nieodpowiedzialnie. A skutki odczujemy już wkrótce.

I tylko fok żal.   
    

Opinie Czytelników

Czemu "rybacy" nie protestowali jak Motławą przez tydzień płynęły gówna nieoczyszczone, a między nimi martwe ryby. (Hades)


Idę o zakład, że w tym maczają łapy jacyś sfrustrowani pomyleńcy z dwururkami od Szyszki, którym zamarzyły się polowania na foki - bo w Szwecji polują, no to u nas też się powinno je mordować. (Daniel Laskowski)  

„Poważny wyciek smaru na budowie Nord Stream 2. Skażeniu mogą ulec plaże zachodniego wybrzeża. Niemieckie plaże nad Bałtykiem zostały zanieczyszczone przez smar, który wydobył się z urządzeń podczas budowy gazociągu Nord Stream 2. Wiatr i fale wieją z niekorzystnego kierunku i mogą przenieść smar także w kierunku polskich plaż.”

Coraz lepiej, czemu nie słyszę głosu "rybaków"??? (S.B.)  




[1] Aktualnie, 12.VI – liczba ta wzrosła do 7.

niedziela, 10 czerwca 2018

Ekskluzywny wywiad z dr. Jesenským (zza kulis...)





Dr wet. Miloš Jesenský PhD (ur. 1971) pisarz i publicysta. 

Jest on laureatem nagrody „Kryształowego Tygrysa” (1998), „Nagrody Webera” (2013) i „Nadzwyczajnej Międzynarodowej Nagrody im. E.E. Kischa (2015). Był lub wciąż jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Słowackich, Słowackiego PEN Centrum i Słowackiego Syndykatu Dziennikarskiego.

Wykształcenie zdobył na Uniwersytecie Medycyny Weterynaryjnej w Koszycach, który ukończył w 1995 roku. Od dzieciństwa interesowały go nierozwiązane zagadki przeszłości, natury i społeczeństwa oraz specjalności, którą studiował. Po ukończeniu studiów do roku 1999 pracował w Dziale Historycznym Muzeum Wschodniosłowackiego, gdzie się specjalizował w historii farmacji i medycyny. Od roku 1998 studiował eksternistycznie jako aspirant Wydziału Historii SAV, a swoje studia zakończył przedstawiając pracę doktorską pt. „Dzieje alchemii na Słowacji”.

Od 2008 roku pracuje jako dyrektor Kysuckiego Muzeum w Czadcy i eksternistycznie wykłada muzeologię w Uniwersytecie Żylina.

Dr Jesenský już ponad dwie dekady zajmuje się publicystyką w obszarze rozmaitych zjawisk z pogranicza nauki nie tylko na Słowacji, ale i za granicą – jak na to wskazuje jego bogata bibliografia. Pisze on do szerokiego spektrum prasy codziennej i specjalistycznej. W pełni poświęcił się także twórczości literackiej, o czym można przeczytać w „Słowniku pisarzy słowackich” w 2001 roku: Aktualnie jako autor i współautor wydał ponad 40 książkowych tytułów.

A oto ten wywiad:

Sokol: Napisać skomplikowaną książkę o zagadkach, nie próbując wejść na fale sensacji, a jednocześnie zwracając się do szerszej publiczności, to kawałek roboty, której nie podoła byle kto. „Statki umarłych” w pełni potwierdziły legitymację „Dalekiej misji”, która przypięła łatkę poczytnej tej książce, ale jej oceny są faktycznie wysokie. Jeśli te dwie książki można porównać, to w czym leży specyfika ich powstania?
Dr Jesenský: „Daleka misja” dotyczyła problematyki, którą zazwyczaj sytuujemy w przestrzeni, gdzieś bardzo daleko, w niezbadanych głębinach Wszechświata, kiedyś w nieznanej przyszłości, która nam przyniesie – jak wierzymy – kontakt z inną, pozaziemską cywilizacją. I chociaż ta chwila może nadejść dzisiaj, albo jutro albo za sto czy tysiąc lat, to nadal ją postrzegamy jako możliwe, ale już przestarzałe wydarzenie. Wbrew temu powinniśmy być przygotowani na taką sytuację. Jak to przyjmiemy? Jak nie dopuścimy do tego, by ten potencjalny kontakt nie przedzierzgnął w konflikt? A co będzie dla nas znaczył pozaziemski kontakt z religijnego, czy w szerszym tego słowa znaczeniu, duchowego punktu widzenia? Czy staniemy się kosmicznymi misjonarzami albo zostaniemy skonfrontowani z duchowością innych światów? Wbrew temu, „Statki umarłych” mówią o fenomenie, który jest znany nam od paru wieków. Mówiąc o nim nie możemy machnąć ręką i powiedzieć, że będziemy o tym mówić, jak się coś stanie. Przecież to dzieje się już teraz – rzeczywiście giną samoloty, okręty podwodne i statki w Trójkącie Bermudzkim czy innych akwenach, gdzie obserwujemy wciąż niewyjaśnione, tajemnicze zjawiska. To jest właśnie to, co możemy wyprzeć poza nasze życie codzienne. Ale to nie oznacza, że tym samym wyprzemy niepokojące zapytania z naszego realnego świata. (…) „Daleka misja” mówi nam, co będziemy robić w przypadku konfrontacji z wizytą z odległych światów, zaś „Statki umarłych” konfrontują nas z tym, że ten „inny świat” niejednokrotnie jest na naszej planecie. Różnice są tylko w literackim ujęciu tych tematów. Książka o kosmicznych misjonarzach kompiluje cytaty starych ojców Kościoła od Augustyna poprzez Tomasza z Akwinu aż do współczesnych teologów i astrofizyków, którym sekundują także autorzy science-fiction, natomiast historia załogi zaginionej w niezwykłych okolicznościach na morzu - choć jest faktem literackim - wykorzystuje elementy technothrillera. Poza listą niemal nadprzyrodzonych wydarzeń, znajdziemy w niej także spojrzenia za kulisy globalnej polityki, przestępczości zorganizowanej, gier wywiadowczych czy historii Zimnej Wojny, zaobserwowane z innych kątów widzenia i w sposób nietradycyjny.


S.: Długotrwały twórczy autorski tandem, który wciąż działa, jest rzadkością. Jak przebiegała transgraniczna współpraca z Robertem Leśniakiewiczem?
M.J.: Z Robertem znamy się, koresponduję i spotykam się już od 1993 roku, kiedy to wymieniliśmy pierwszy list. Także wtedy zacząłem pracować jako zagraniczny współpracownik polskiego miesięcznika „Nieznany Świat”, z którego redakcją mam zaszczyt współpracować do dnia dzisiejszego. Robert w tym czasie intensywnie pracował nad swoim projektem „UFO na granicy” (Kraków 2000), w ramach którego wyszukiwał i dokumentował obserwacje Nieznanych Obiektów Latających i rozmaitych zjawisk paranormalnych na m.in. polsko-słowackim pograniczu. Miał po temu tą sposobność, że w tym czasie służył jako oficer Wojsk Ochrony Pogranicza (później Polskiej Straży Granicznej), jednakże z drugiej strony nie mógł publikować niektórych rzeczy aż do ukończenia aktywnej służby. Te początki nie były łatwe, ale miło je wspominam. Emailowa korespondencja w II połowie lat 90-tych nie była jeszcze dla nas dostępna- listy i pakiety posyłane za granicę strasznie długo szły do adresata, albo w ogóle nie dochodziły. Kiedy mu wysyłałem rękopisy albo dokumentację jakiegoś przypadku, to w zasadzie były to kopie, bowiem nie miałem pewności czy w ogóle dojdą. Wreszcie to było najlepsze, kiedy w Kral’ovanach wysiadłem z pociągu pośpiesznego i przesiadłem się do dychawicznego pociągu lokalnego do Trsteny, skąd z wielką sportową torbą poszedłem do przejścia granicznego w Chyżnym, gdzie słowacki celnik wybałuszał oczy na jej zawartość składających się z książek, plików papierów i fotografii. „Na linii” wymienialiśmy z Robertem materiały, potem on szedł z powrotem a ja jak przyszedłem, do domu. Dzisiaj wszystko jest o wiele prostsze – współpraca on-line ma niewiarygodny kooperacyjny komfort. Poza ostatnią książką „Statki umarłych” mam z Robertem wydane trzy wydania „Wunderlandu…” (Warszawa 2001), „Tajemnicę Księżycowej Jaskini” (Cackatoo 2008) czy „Powrót do Księżycowej Jaskini” (Tolkmicko 2010) – a wszystko to były udane tytuły, które kilkakrotnie publikowano po czesku i po polsku.


S.: Trójkąt Bermudzki możemy bez przesady nazwać „zagadkologicznym evergreenem” i nie jest dziwnym, że mamy wrażenie iż wszystko już na ten temat napisano i to niejednokrotnie. „Statki umarłych” tej odwiecznej zagadce są poświęcone z niezwykłą dokładnością – jak to się nam udało znaleźć kilka mało znanych wydarzeń i umieścić je w tak ekskluzywnej ramce?
M.J.: Skoro tak pan to ujmuje, to nas jako autorów to bardzo cieszy. Ten komplement cieszy jeszcze bardziej, bowiem włożyliśmy w to mnóstwo pracy. Nie szło nam tylko o to, by ukazać wiele faktów, dlatego że istnieje ogromna baza danych na ten temat, ale chodziło o to, byśmy problematykę Trójkąta Bermudzkiego zrozumieli kompleksowo, z wszelkimi możliwymi związkami. Przecież chodzi tam o wyjątkowo złożony fenomen. Zagadkowe wydarzenia, które się tam – jak także na innych akwenach świata – rozgrywają, mają swe wielce skomplikowane tło, w większości stworzone przez kulisy Zimnej Wojny, przestępczości zorganizowanej, piractwa, rozmaitych aktywności służb specjalnych, lokalnych wojen albo machinacji narkotykowych karteli na obszarze Karaibów. A do tego dodajemy oceanograficzne i meteorologiczne właściwości oraz także wszelkie czynniki podwyższonego ryzyka komunikacji morskiej i lotniczej. A potem tutaj mamy wszelkie okoliczności, które opierają się zwyczajnemu, przyrodzonemu albo – jak to nawet możemy nazwać – ziemskiemu wyjaśnieniu. Ale do czego nas ta próba może przywieść? Do możliwości działania innej Inteligencji? Czy Pozaziemian? Czy do anomalii czasoprzestrzeni i wyjaśnienień o istnieniu równoległych światów? Jednym słowem nie wiemy, a w bliskiej Przyszłości ledwie się dowiemy, co było dla nas wielkim autorskim wyzwaniem. W ten sposób wynik naszej pracy może się spotkać z niechęcią Czytelnika, do czego – śledząc recenzje i opinie – nie doszło, co jest dla nas największą nagrodą. Wraz z Czytelnikami stoimy przed wielką zagadką, ale także historią, której nikt nie dopisał do końca, a przecież którą chcemy obejrzeć, chociaż może nam zabraknąć parę rozdziałów do końca. Ale kogoś to frustruje? Cieszy nas to, że nie!
S.: Książka ma 13 rozdziałów naładowanych informacjami, przy czym zawiera mało znane naszej społeczności czy zupełnie nieznane fakty. Np. to, że Słowacja ma fragment dna oceanicznego w okolicy Hawajów?
M.J.: Chociaż się o tym u nas nie mówi, to właśnie tak jest. Przed kilkoma latami Słowacja – podobnie jak Czechy i Polska[1] – przejęło rozległy obszar oceanicznego dna w okolicy Wysp Hawajskich, za który płaci 150.000 USD rocznie, co jest relatywnie śmieszną sumą w porównaniu z bogactwa surowcowego, które skrywa się pod lustrem wód Pacyfiku. Powodem utrzymywania tej „słowackiej podmorskiej kolonii” są polimetaliczne konkrecje, co w tym akurat przypadku nie są żadne pozaziemskie artefakty, ale geologiczny termin oznaczający naturalne twory, które powstawały w czasie 2-3 mln lat wychwytywania minerałów z morskiej wody około jądra krystalizacji, którym mógł być nawet jakiś ząb, kawałek korala, kostka słuchowa wieloryba czy nawet kamyk. Według szacunków, na „słowackim dnie” znajdują się konkrecje mineralne w ilości od 5 do 40 kg na metr kwadratowy. Analizy bowiem zakładają, że na 75.000 kilometrach kwadratowych powierzchni dna leży bogactwo o wartości 200 mld USD! Wydobycie konkrecji jest kwestią gospodarki przyszłości, ale gdyby Słowacy, Czesi i Polacy nie interesowali się tym bogactwem, mogą swe udziały sprzedać tak, by dało się na nich dobrze zarobić, bowiem nie jest łatwo eksploatować powierzchnię dwukrotnie większą od Słowacji[2]. Jak to będzie, to już jest sprawa dla kompetentnych urzędników z Ministerstwa Ochrony Środowiska.
S.: Sama książka odpowie na to pytanie wyczerpująco, ale jeśli jest zupełnie inaczej, to jakie są te „tajemnicze zaginięcia statków, samolotów i tysięcy ludzi”? Nie chcemy tego wszystkiego sprowadzić do płaszczyzny: „za tym wszystkim szukaj pozaziemskiej interwencji”, ale przecież człowiek się nie obroni przed oczywistym zapytaniem o to, jaka nieznana siła stoi za tymi incydentami?
M.J.:  To zależy od tego, jak naszą książkę przyjmie Czytelnik, gdzie ją zaszereguje i czego od niej oczekuje. Już to samo w sobie stanowi zagadkę, bo „Statki umarłych” jest trudno zaszufladkować. Osobiście widziałbym ją na półce z książkami o zagadkach i tajemnicach, co jest jeszcze trochę mylące jako że dzisiaj w tej dziedzinie dominuje ezoteryka. Ale jak chodzimy po księgarniach, to naszą książkę znajdujemy pomiędzy faktograficznymi tytułami o historii, a czasami i pomiędzy skandynawskimi kryminałami, a to dzięki swej osobliwej okładce i tytułowym napisom, które można wyjaśnić także w ten sposób. 😀  Podobnym rzeczom jest trudno zaradzić, jako że można tym wywołać różne skutki. Czy ma związek tonięcie okrętów podwodnych w Morzu Karaibskim z manewrami wojskowymi Supermocarstw w ramach Zimnej Wojny? Tak więc mamy książkę z działu militariów. Czy stoi za tym zorganizowana przestępczość, współczesne piractwo czy narkotykowi baronowie? Mam zatem thriller z wątkami kryminalnymi! A jak są do tego wydarzenia nie z tego świata, to przychodzi nam na myśl literatura spekulatywna albo wręcz sci-fi. Prawdą jest to, że za tą mieszaniną działów, ale także za wyjaśnieniem tajemnicy Trójkąta Bermudzkiego stoją te wszystkie czynniki, obejmujące i te nadprzyrodzone. Ale to już musi wybrać każdy sam za siebie.
S.: Obserwacje UFO i USO są na akwenach Trójkąta Bermudzkiego bardzo częste. W światowym fantomie ufologicznym jest tajemnicą Poliszynela, że próba zestrzelenia obiektów z innego wymiaru, tymczasowo przebywających w naszym, jest jakby strzelaniem do cieni na ścianie. Szczególnie w przeszłości była to standardowa procedura. Czy jest dzisiaj coś takiego jak zalecany protokół podczas kontaktowania się z nieznanym obiektem?
M.J.: Czy pamięta pan książkę Michaela Crichtona pt. „Kula”, do której filmowej adaptacji odwołujemy się w naszej książce? W niej renomowanego uczonego Normana Goodmana, którego gra Dustin Hoffman, nieoczekiwania powołują do badania jakiegoś podmorskiego obiektu, które US Navy wykryła w głębinie Oceanu Spokojnego, przy czym wszyscy sądzą, że nie pochodzi on z naszego świata. Ale czy jest to jakiś pozaziemski obiekt? Czasolot? Czy może statek kosmiczny? Zabawne jest to, że dr Goodman znajdzie w tej sytuacji dzięki temu, że jeszcze przed paru laty opracował na zamówienie protokół, o tym, co mieliby ludzie robić w przypadku pierwszego kontaktu z inną cywilizacją. A na pytanie swego kolego po co to zrobił odpowiedział, że miał w tym czasie pusto w kieszeni, a władze dały mu za to solidne honorarium. 😀 Ale prawda jest taka, że nie istnieje żaden uniwersalny przepis na pierwszy kontakt bez względu na to, jakby miał być honorowany. Nie mamy nic takiego, jak jakiś protokół przy kontakcie z nieznanymi obiektami, ale dla wojskowych sprawa jest jasna – chodzi o naruszyciela/i ze wszystkimi przedsięwzięciami, które należy podjąć w celu jego przechwycenia czy eliminacji (czytaj: likwidacji).
S.: Statystyczny bilans ofiar Mórz Diabelskich[3] wynosi stratę nieco ponad 1 jednostkę dziennie. Mimo tego, w rzeczywistości w Japonii ten fenomen jest niemal nieznany, a Japończycy dowiedzieli się o nim z… amerykańskich gazet…
M.J.: To mnie nie zaskakuje, wszak mówią, że jak wiadomo nemo propheta in patria. Wiadomym jest, że o wielu bieżących rzeczach nie wiemy. Kiedy już w 2000 roku poszukiwały Księżycowej Jaskini na Słowacji dwie ekspedycje prywatnie finansowane z Niemiec i USA, nie zwróciło to u nas niczyjej uwagi. Podobnie jak było z ludźmi, którzy w tajemniczy sposób znikali w Tatrach czy paśmie górskim Tribeč, którymi zajmowali się polscy i czescy badacze. Książka o tytule „Góry umarłych”, którą aktualnie przygotowuję wraz z Robertem Leśniakiewiczem, jak mam nadzieję – skutecznie wypełni lukę w naszej literaturze i w słowackich badaniach w tej tematyce.
S.: Dziękuję za rozmowę i czekam na pańskie nowe tytuły!






[2] Na średniej głębokości ponad 3000 m.
[3] Pod tą nazwą należy rozumieć akweny Trójkąta Bermudzkiego, Trójkąta Smoka na Morzu Diabelskim i inne niebezpieczne akweny Wszechoceanu.

piątek, 8 czerwca 2018

Żołnierze + zioło + rakiety = UFO?




Kilka lat temu opublikowałem na tym blogu i łamach „Nieznanego Świata” kilka artykułów i raportów na temat obserwacji i innych incydentów z UFO w na polach startowych amerykańskich ICBM wymierzonych w potencjalnych wrogów USA. Były to materiały znanych ufologów i autorów – Roberta Hastingsa i Roberta Duvalla, w których opisywali oni Obserwacje Dalekie i Bliskie Spotkania z UFO i Ufiastymi, poza tym relacje Josha Harkinsona na temat operacji Broken Arrow, i in.

Wszystko kręciło się wokół tego, że Ufiastych interesowały i nadal interesują amerykańskie wojskowe instalacje nuklearne, ergo od czasu do czasu robią naloty na bazy, pola startowe i składowiska ICBM już to w celach kontroli, już to w celu przypomnienia Ziemianom, kto tu tak naprawdę rządzi i by o tym nie zapominali. No i fajnie. Brzmi to krzepiąco i wiarygodnie – oto nasi Kosmiczni Bracia pilnują, byśmy sobie przypadkiem nie zrobili kuku – w domyśle – bez Ich wiedzy i zgody. Uroczy i idylliczny obrazek Obcych jakże dbających o życie na Ziemi…!

I wszystko byłoby OK., gdyby nie artykuł pt. „Żołnierze na haju” Janusza Zawodnego z ostatniego numeru „Faktów i Mitów”[1] w którym burzy on mity o wspaniałej US Army. Pisze on:

Po zakończeniu Zimnej Wojny media zaczęły ujawniać poważne uchybienia po stronie amerykańskiej. W roku 2014 szef Pentagonu Chuck Hagel zarządził śledztwo, gdy dziennikarze AP ujawnili rozprzężenie, pijaństwo, przemoc seksualną i błędy szkoleniowe personelu obsługującego silosy z rakietami balistycznymi Minuteman. Zakończyło się dymisją generała, naczelnego dowódcy Wojsk Rakietowych USA, który sam nadużywał alkoholu oraz rozkazem likwidacji skandalicznych uchybień. Wkrótce wykryto jeszcze gorszą aferę w Wojska Rakietowych: chodziło o personel odpowiedzialny za bezpieczeństwo rakiet jądrowych. Sprawa właśnie przedostała się do mediów, gdy dziennikarze AP dotarli do akt sądowych.

Przez wiele miesięcy w bazach nuklearnych[2] na Wielkich Równinach, gdzie rozmieszczone są wielogłowicowe rakiety balistyczne Minuteman-III, działała grupa żołnierzy zajmująca się kupowaniem od dilerów, rozprowadzaniem i używaniem bardzo silnych narkotyków. Chodzi o halucynogenne LSD, kokainę, ecstasy, a także marihuanę.

– To brzmi jak scenariusz z filmu, ale działo się realnie – konstatuje kpt. Charles Grimsby, prokurator wojskowy prowadzący sprawę.

14 żołnierzy Wojsk Rakietowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo silosów atomowych w pilnie strzeżonej bazie USAF w stanie Wyoming, kontynuowało ten proceder w latach 2014-2016. W bazie znajduje się 1/3 z 400 rakiet Minuteman-III. Jeden z żołnierzy-narkomanów – Tommy Asworth tak opisywał w śledztwie swe doznania po zażyciu LSD:
- Przez godziny byłem w stanie paranoi… Nie wiedziałem, czy tej nocy nie umrę. Wydawało mi się, że mam atak serca lub wylew.

Rzecznik prasowy USAF ppłk Uriah Roland zapewnia, że narkotyków nie używano na służbie. Wiadomo jednak, że halucynogenne działanie LSD utrzymuje się długo. Żołnierz Kyle Morrison zeznał, że pod wpływem LSD nie mógłby rozpocząć służby, gdyby zaszła taka potrzeba. Jego jednostka ćwiczyła m.in. kontratak i odbijanie silosu zajętego przez wroga. Lider szajki żołnierz Nickolos Harris stwierdził, że nie miał żadnych problemów z nabyciem LSD od cywilów. Kupował i odsprzedawał narkotyki kolegom, używali ich na terenie bazy i poza nią.

- Uwielbiałem to, co LSD robiło z moim mózgiem. Minuty ciągnęły się jak godziny, kolory były takie soczyste – wyznał sędziemu. Raczył się LSD jeszcze w szkole średniej. Powinno go to zdyskwalifikować jako kandydata na żołnierza. Twierdzi, że rekrutujący uczyli kandydatów, jak kłamać by uniknąć wpadki.
- Używanie w wojsku narkotyków, to coś normalnego – zapewniali.
- Umieram! – krzyczał inny, gdy w parku stanowym Curt Gowdy, 20 mil od Cheyenne, gdzie znajduje się baza Warren AFB, położył na języku papierek nasączony LSD.

Przerażający obraz stanu klęski rozumu. Oczywiście posypały się wyroki skazujące. I cóż z tego? Amerykańskie wojsko ma problemy z narkotykami już od czasów Wojny Wietnamskiej, kiedy to żołnierze szprycowali się morfiną i heroiną. A jeszcze wcześniej używano środków pobudzających na frontach II Wojny Światowej i Wojny Koreańskiej.

A co ma do tego UFO? Otóż według powołanych powyżej autorów, NOL-e są widziane w okolicach baz, pól startowych i składów broni rakietowo-jądrowej. Ućpani żołnierze, którym mózgi wyprała telewizja serwująca im informacyjno-rozrywkowo-ogłupiającą papkę w stanie zatrucia pochodnymi kwasu lyzerginowego mogą zobaczyć nie tylko UFO, ale także Pana Boga i wszystkich świętych pańskich, o Batmanie i Spidermanie nawet nie wspominając. Takie jest ich działanie. LSD i LSD-25 były używane przez CIA, FBI i inne służby do łamania woli swych „podopiecznych” jeszcze w latach 70-tych. Dzisiaj to przeżytek, bo do arsenału służb weszły nowe generacje psychotropów o ulepszonym działaniu. Dzisiaj LSD jest używane powszechnie, podobnie jak inne środki halucynogenne. Człowiek pod ich wpływem może zobaczyć i przeżyć literalnie wszystko – łącznie z Bliskimi Spotkaniami z UFO i seksem z Ufiastymi. No i stąd właśnie te barwne i porywające opowieści o dzielnych żołnierzykach US Army, którym podli Ufiaści psują ich latające zabawki…

Krótko mówiąc, sprawa ućpanych operatorów ICBM stawia pod znakiem zapytania wiele relacji na temat incydentów z UFO. Nie mówię, że wszystkie – ale zapewne wiele z nich. I to stanowi problem.

A swoją drogą – może wreszcie się rozbroić i skończyć z tym szaleństwem, które może w każdej chwili doprowadzić ten świat do zagłady? Przecież wystarczy decyzja jakiegoś naćpanego czubka w mundurku, któremu się zwidzi, że jest bogiem-niszczycielem i odpali rakiety? po ich odpaleniu nie będzie odwrotu i świat się skończy. I z hukiem i ze skowytem, jak w poemacie T.S. Eliota.          



[1] „FiM”, nr 23/2018, 8-14.VI.2018 r., s.27.
[2] Chodzi oczywiście o bazy broni rakietowo-jądrowej.