środa, 15 sierpnia 2018

Przyroda weźmie odwet?




Od rana do wieczora przeglądam strony internetowe, na których donoszą nam o nieszczęściach, które mają miejsce na całym świecie. Powodzie w Grecji, Indiach i Japonii, pożary w Hiszpanii, Portugalii i Kalifornii. Trzęsienia ziemi w Indonezji, inwazja meduz w Morzu Północnym, szaleńcze upały na riwierach i Japonii… A do tego gorączka Zachodniego Nilu  w Grecji i Włoszech, i kolejna fala Eboli w Afryce. Jak na dłoni widać postępy Efektu Globalnego Ocieplenia, którego nie chcą dostrzec ci, którym jest ono nie na rękę ze względu na prowadzone przez nich interesy.

Pisałem tu już na temat naukowców, którzy wbrew bijącym w oczy faktom cały czas trzymają się znanej z polskiego sportu formułki: nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało! A zatem globalnego ocieplenia nie ma, a ci którzy o nim mówią to lewacy, pedały, komuchy, itd. itp. – i mówiąc słowami Voltaire’awszystko jest w porządku na tym najlepszym ze światów. Ci sprzedajni idioci wciskają nam kit przy okazji opluwając ekologów czy Zielonych w imieniu tych, którzy płacą im kieszonkowe za ich „poglądy”. Ostatnio w Polsce tacy właśnie „uczeni” pisali o szkodliwości fok, które należy – wedle ich partyjno-politycznych mocodawców – po prostu wymordować, bo niszczą rybostan Bałtyku. To są „eksperci” w rodzaju tych, którzy trzebili Puszczę Białowieską by ją ustrzec przed kornikami…  

Nie wiem, czy tym „uczonym” nie zaświtało w tępych mózgownicach, że może zamiast masakrować Bogu ducha winne foki należałoby uczynić Bałtyk morzem przyjaznym dla wszelkich istot żywych – w tym nas samych? Wydobyć i zneutralizować setki tysięcy ton BMR w postaci pocisków i bomb C zatopionych w Bałtyku po obydwu wojnach światowych. A jest tego trochę – iperyt, iperyt luizytowy, sarin, soman, tabun, clarkson I, clarkson II i inne, w ciągu ostatnich 20 lat doszło do 115 incydentów z bronią C. Poza tym oczyścić morze z zatopionych w nim bomb burzących i zapalających – ostatnie wypadki z Kołobrzegu i innych miejscowości, gdzie znajdowano kawałki białego fosforu – substancji wyjątkowo toksycznej i zapalającej, która powodowała długo i trudno gojące się rany – ukazuje skalę problemu. Natlenić Bałtyk i nade wszystko przestać traktować nasze morze jako ściek! To właśnie doroczne kwitnienie sinic jest efektem przeładowania jego wód sztucznymi nawozami NPK, które spływają z rzekami – a najwięcej z naszego kraju. To należałoby zrobić, zamiast tłuc foki i permanentnie truć inne żywe organizmy w tym morzu. No, ale takie działania wymagają empatii, wyobraźni i pieniędzy, a tego naszym „uczonym” – niestety - nie staje, więc najlepiej wybić foki i morświny, a wszystko będzie OK. Nic nie będzie. Będzie źle i coraz gorzej.    
   
Niestety Wolter nie był w stanie przewidzieć tego, co zgotowała nam nasza coraz burzliwiej rozwijająca się cywilizacja. Po prostu nie miał żadnych racjonalnych przesłanek, chociaż racjonalistą to on był. Nie mógł przewidzieć, że niszczona i znieważana Przyroda weźmie na nas odwet. Przyroda poradzi sobie bez nas, my bez Niej – nie. To jest oczywiste dla co bardziej światłych umysłów. Cóż z tego, że odzywają się głosy rozsądku, kiedy są tłumione przez wrzask biznesmenów, dla których jesteśmy „obstaklem konserwatorskim” czy „ochroniarskim”, „komplikatorem procesu deweloperskiego”, a który sprzeciwia się uprawianiem wolnego handlu, rozwoju i w ogóle wszelkiej działalności gospodarczej. I oczywiście wszyscy myślący w kategoriach ochrony Przyrody są kwalifikowani jako „lewacy” i „komuchy”. A najzabawniejsze jest to, że wielu z szermujących tymi określeniami nie zawsze nawet wie, co słowa te oznaczają. Ale wystarczy, że mają negatywny wydźwięk i to już wystarczy ogłupionemu społeczeństwu, by dać posłuch wrogom i niszczycielom Natury. Po co myśleć, skoro wszystko podają usłużne media…


A przecież wcale tak nie jest, bo trudno nazwać niemieckiego pisarza Franka Schätziga, autora „Odwetu oceanu” (Wrocław 2006) lewakiem czy komuchem. Jest on biznesmenem muzykiem i producentem muzycznym, właścicielem agencji reklamowej i autorem wielu bestsellerów. Ta jego kobylasta (950 stron!) powieść ukazuje nam świat, w którym Wszechocean buntuje się przeciwko bezrozumnej działalności człowieka (ponoć rozumnego) i doprowadza do konfrontacji na linii ludzie – ocean, co kończy się niemal zagładą naszej cywilizacji. Ten techno-thriller ekologiczny stanowi groźne memento dla tych, którzy swoją działalnością doprowadzili Ziemię do stanu globalnego śmietnika. Wystarczy przypomnieć pacyficzne plamy śmieci z plastyków i innych tworzyw, które sieją spustoszenie w wodach Oceanu Spokojnego. Jego ponure przepowiednie powoli zaczynają się spełniać. Mam nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego…


Drugim eko-technothrillerem jest powieść kryminalna Laline Paull pt. „Lód” (Warszawa 2018), którą szczególnie polecam nie tylko miłośnikom gatunku, ale wszystkim ludziom. Autorka bezlitośnie pokazała mechanizmy sterujące EGO i udział ludzi w niszczeniu przyrody Arktyki, a także same skutki EGO w Europie i na świecie. To ważna powieść – ostrzeżenie przed tym, co nadchodzi, a przeciwko czemu nie będziemy w stanie się obronić. Jedynym ratunkiem będzie przystosowanie do warunków i technika. Nie ma zmiłuj – za szaleństwo prze-ambitnych jednostek odpowiemy przede wszystkim my – zwyczajni zjadacze chleba. To my odczujemy wszelkie zmiany na gorsze, które przyniesie nam bezrozumna działalność wszelkich politykierów i stojących za nimi biznesmenów. Polecam wywiad a autorką, który przytacza tygodnik „Przegląd” w nr 33/2018, ss. 46-47, w którym autorka dokładnie określa swe motywy i priorytety.

Niestety, jak dotąd niewielu ludzi rozumie, że podcinając gałąź na której siedzimy, spadniemy z wysokości i się potłuczemy – bardzo boleśnie. Dla wielu jest to tylko jakaś abstrakcja. Inni widzą problem, ale robią wszystko, by się trzymać z boku – moja chata z kraja – mówią. Rzecz w tym, że to nie uchroni ich przed katastrofami klimatycznymi i geologicznymi.

Laline Paull nie da się zaszufladkować do „lewaków” czy „komuchów” – jest to po prostu głos rozsądku wołający na puszczy. Imperializm wciąż niszczy zasoby Natury, bo w pojęciu kapitalistów wszystko co nas otacza i my sami jest zasobem. Tylko że biorąc trzeba także coś dawać, bo Natura jest w subtelnej równowadze i każde jej naruszenie poprzez uszczuplenie zasobów mści się okrutnie. Susze, powodzie, tornada, cyklony i tajfuny, antropogeniczne trzęsienia ziemi, itd. – to wszystko są pokłosia naszej bezrozumnej działalności na tej planecie. To jest to frycowe, które musimy zapłacić – a będziemy płacić coraz więcej, aż wreszcie przestaniemy być wypłacalni. I co wtedy? Powrót do Natury i epoki kamienia nierozłupanego czy totalna zagłada, którymi tak namiętnie straszy nas Hollywood?

Polska na razie cofa się do Średniowiecza – tego najciemniejszego, najbardziej obśmianego i ohydnego. Ale jak widzę Polakom jest z tym dobrze: myśleć nie trzeba bo ONI za nas myślą, wystarczy odklepać parę paciorków i wszystko będzie OK. Dać na tacę, w niedzielę pokazać się innym w kościółku, przy okazji pokazać nowe ubranie czy nowy samochód… Wyciąć puszcze, zlikwidować Parki Narodowe – na co nam one? Lasy? – wyciachać i sprzedać za psi grosz na Zachód. Rzeki? - zabetonować! Zwierzęta? – pieski i kotki nam wystarczą, resztę odstrzelić! Taki jest właśnie tok myślenia Polaków 2018 a.D. – za który nasze dzieci i dzieci ich dzieci nas kiedyś przeklną. Ale dla współczesnych Polaków to abstrakcja, więc niewiele się tym przejmują. Byle tylko była kasa, a z resztą jakoś to będzie.

Jak zawsze…      


Opinie Czytelników


Po przeczytaniu Pańskiego najnowszego wpisu naszły mnie refleksje.
Jak ma być dobrze, skoro... primo: jak słusznie Pan zauważył, ludzie w Polsce i nie tylko wPolsce, ale nas interesuje Polska, są głupi, odmóżdżeni, sprzedali się za 500+, choć zapewne nie potrafią liczyć i nie wiedzą, że dzięki temu rachunki, paliwo, LPG czy zakupy w sklepach poszybowały w górę? Kiedyś kupowali platformerski lęk przed Kaczyńskim, teraz stoją w opozycji do zdrajców narodu, choć jak wielokrotnie pisałem, PO czy PiS to jeden i ten sam chłam tej samej skurwiałej proweniencji.
Secundo: z naszego kraju, za wyraźnym przyzwoleniem uczyniono: śmietnik, strefę demobilu, zaś lasy poddano dewastacji. Czy schwytano osoby odpowiedzialne za sprowadzanie śmieci do Polski, i to z całej Europy?! Nic mi o tym nie wiadomo. Płotki zapewne wpadły, a mózgi całej operacji? Czy zakupywanie od Australijczyków przestarzałych okrętów wojennych, z których już kilka poszło na dno, jest korzystne nie tylko dla czegoś, co eufemistycznie określa się mianem Marynarki Wojennej, ale i dla Bałtyku? Za bezpardonową, wręcz skurwysyńską wycinkę lasu, cały ten rząd, a zwłaszcza byłego ministra Szyszkę powinno się osadzić w Cytadeli Warszawskiej. Na czyje zlecenie zdewastował jeden z klejnotów polskiej przyrody?!
Tertio: widzę też, co się dzieje. Mieszkam w zagłębiu metalowo - aluminiowo - drzewnym.  Pozostałości byłej Huty Stalowa Wola, która za podłej komuny dawała pracę nawet kilkudziesięciu tysiącom ludzi, przejęły po części zagraniczne firmy. Rzecz jasna, nie płaca podatków, mają ulgi, bo to przecież Specjalne Strefy Wyzysku - o pardon! - Ekonomiczne. Dają więc ludziom pracę. To, że płacą w większości ochłapy, zaś praca tam przypomina harówkę na pańszczyźnie, to nic. Ważne, że bezrobocie spada. A to dla obecnego prezydenta SW, z ramienia jedynie słusznej partii, jest potrzebne. Tak jak każdemu włodarzowi. Aluminiowe kolosy (u nas niemiecki i amerykański, jak miło?!), puszczają w atmosferę syf, a potem wszyscy się dziwią, że ludziom wypadają zęby, pogarsza się wzrok, czy cierpią na bóle głowy, jak np. ja. Mają jednak przyzwolenie, bo przecież dają zatrudnienie. A włodarzom wizytówkę, jako tych, co to niczym Don Kichot szarżuje na wiatraki machające mackami bezrobocia. Kółko się więc zamyka. Zaś ludzi nie obchodzi to, że przynajmniej za połowę tragedii odpowiedzialni są oni sami! Nieznośne upały, zasyfienie środowiska, gwałtowne zjawiska atmosferyczne...
Mam 33 lata, ale o tornadach w Polsce  po raz pierwszy mówiło się przed dwiema dekadami.  Wcześniej cisza. W każdym razie ja sobie nie przypominam.
Głupotę ludzi widać zwłaszcza na srejsbukach i świsterach. Kto nie z nami, ten przeciwko nam. Choćby nie wiem, jak idiotyczne pomysły forsowali czy to z lewa czy z prawa, zawsze znajdą swoich klakierów.
Najbardziej dziwi mnie postawa zwolenniczek PiSu - partii, która za zupełnie głośnymi podszeptami watykańskich pasożytów chce zaostrzenia prawa aborcyjnego, którego skutkiem byłby jej całkowity zakaz.
Zapytałem więc fundacje Pro Life i samą Kaję Godek, czy podjęłaby się opieki nad chazanowymi dziećmi. Odpowiedzi nie doczekałem. Chyba że odpowiedzią jest zablokowanie mojego świsterowego konta. Co na to kobiety? Syndrom sztokholmski?
Tysiąc lat wciskania banialuków, jak to Krk był po stronie Polski?! Fakty mówią coś zgoła odmiennego: to instytucja wroga Polsce! Postawy takich kanalii jak biskupi Oleśnicki, Getko, Radziwiłł, czy menda spoczywająca na Wawelu, to jest Stanisław... sami zdrajcy, agenci Habsburgów, Cesarscy sługusi, członkowie Targowicy... To, rzecz jasna, temat na osobne wynurzenia, niemniej jest o czym pisać. Pytanie tylko, czy w tak zidiociałym kraju, ziarnka te trafiłyby na podatny grunt?... Pozdrawiam – M.K.

Masz Robert stuprocentową rację. W 1989 roku wyczułem pismo nosem i na szczęście dla mnie wyjechałem z tego kraju. Teraz tylko z przerażeniem obserwuję, co się dzieje w Polsce i Europie. Mieliśmy szansę być normalnym, europejskim krajem – teraz zmierzamy coraz szybciej w stronę Klecholandu z katolskim szariatem, bandą sprzedajnych durni na świeczniku i kupą czarnych pasożytów wyciskających z ludzi ostatni grosz. Polska staje się powoli czarną dziurą Europy – dosłownie i w przenośni. A co do przyrody, to te kanalie niszczą dorobek setek lat istnienia Kraju, to powinno być rozliczone i „ciężko pomszczone”! Daniel Laskowski     

„Ludzie ludziom zgotowali ten los” – „Medaliony” - dotyczyło to jednak milionów
„Ludzie ludziom gotują ten los” - "Dzienniki czasów wojny” - to jest adekwatne do "naszych" obecnych poczynań związanych z przyrodą, bo dotyczy całej ludzkości 😟Bogdan     

wtorek, 14 sierpnia 2018

Skarby w jaskiniach




Walerij Kukarenko

W amerykańskich jaskiniach Luray Caves, VA,  stworzono unikalny instrument muzyczny – organy ze stalaktytów. 37 stalaktytów podłączono do tradycyjnych organów i gra się na nich przy pomocy tradycyjnej klawiatury.

Na całej Ziemi znajduje się mnóstwo różnorakich jaskiń, a w wielu z nich nie stanęła noga człowieka. Niektóre są rozciągnięte na dziesiątki kilometrów, maja podziemne jeziora i rzeki, głębokie przepaści i przełomy, wielkie sale, poplątane labirynty korytarzy i badanie ich nie jest takie proste. Z wieloma z nich są związane legendy. Mówią tam, jak w bajce o Ali Babie i 40 rozbójnikach, o ukrytych w nich niesłychanych skarbach.


Bogactwa Mata-Tasz


Wedle legendy, dawno temu wojownicy armii Niebieskiego Cesarstwa przypuścili atak na co bogatsze miasta Azji Środkowej – Samarkandę i Bucharę. Naładowani cenną zdobyczą, w drodze powrotnej postanowili przezimować w rejonie jeziora Rangkul w Tadżykistanie (N 38°28’24” – E 074°15’03”; 3783 m n.p.m.), w dolinie z pięknymi pastwiskami dla ich koni. Aby odetchnąć po długim marszu, rozbili obozowisko u podnóża 500-metrowej turni. Chińczycy nie wiedzieli, że w tych miejscach, na wysokości 4500 m n.p.m. pogoda jest nieprzewidywalna. Wkrótce ostro się oziębiło, spadł tak głęboki śnieg, że konie nie mogły dostać się do trawy i zaczęły padać z głodu. Potem nie było mowy o odpoczynku i perspektywa zimowania w tym miejscu okazała się być niebezpieczna.

Pewnej nocy grupa najbardziej zdesperowanych wojowników zabrawszy część zrabowanych skarbów i najsilniejsze konie, porzuciła towarzyszy i uciekła przez przełęcz. A żeby nie było za nimi pogoni, to przecięli żyły na końskich nogach i do rana te już nie żyły. Wojownicy widząc, że padli ofiarami zdrady, postanowili ukryć to, co im pozostało tam, gdzie niełatwo byłoby to wydobyć – w jaskini Mata-Tasz, do której wejście znajdowało się na przewieszonej skale na wysokości 200 m.


Mięsna drabina


Chińczycy znaleźli sposób, jak się tam dostać. Oni poćwiartowali końskie trupy na kawałki, które potem przymocowali do skały, a na silnym mrozie mięso szybko przymarzało do skalnej powierzchni. Wspinając się coraz wyżej, wojacy zrobili drabinę do wejścia do jaskini, no a potem przenieśli do jaskini swoją zdobycz, zaś sami osiedlili się w drugiej jaskini. Wejście do niej było jeszcze wyżej, przy samym grzbiecie skalnym, ale wejść tam było lżej. Chińczycy mieli nadzieję tam przezimować, ale zginęli z głodu i zimna. Z wiosną pocieplało i kawałki mięsa odpadły od skały przez co jaskinia stała się niedostępna. Kiedy wiał silny wiatr, to wydmuchiwało z niej a to bogato szamerowany chałat, to jakiś srebrny puchar czy inną drogocenną rzecz.

Wielokrotnie próbowano wydobyć ten skarb z jaskini. Jedna z nich mówi o dwóch próbach, które się powiodły. Ponoć w zimie jeden z miejscowych wyrżnął całe swoje bydło i tak jak Chińczycy, po kawałkach mięsa dostał się do wejścia do jaskini, ale wewnątrz jaskini coś go nastraszyło tak, że uciekając odpadł od skały i się zabił.

Drugą próbę podjął jakiś Tadżyk przyszły alpinista. Wykorzystując wszelkie nierówności skały on także wspiął się do samego wejścia do jaskini i zajrzał do niej, ale odpadł. Przed śmiercią zdążył on opowiedzieć zebranym wokół niego miejscowym, że pośród worków i juków ujrzał on tam straszne, czarne zwierzę. Poszła fama, że skarbów strzeże sam Szatan i potem już nikt nie ryzykował wejścia do jaskini. Powiadają, że jakieś 50 lat temu wiatr wywiał z niej wszystkie skarby – ale jakie – tego nie wie nikt.


Droga pod ziemią


Niektórzy odważni zabierali się do wejścia do jaskini, w której znaleźli śmierć chińscy wojownicy. Znaleźli w niej jedynie popiół od ogniska i kupki ludzkich kości. Mówi się, że był tam korytarz łączący ją z jaskinią ze skarbami, a także początek podziemnej drogi do Afganistanu, którą można byłoby poprowadzić cała karawanę. Tak więc speleolodzy i awanturnicy próbowali dostać się do Mata-Tasz tą drogą. Idąc długim wąskim korytarzem, gdzie latały stada nietoperzy i gasły lampki olejowe, śmiałkowie szli trzy dni, póki nie natknęli się na wielką ludzką czaszkę, na widok której w przerażeniu podali tyły. Inni znów spotkali siedzącego w modlitewnej pozie człowieka, zaś jeszcze inni – niewidocznego zwierza. Jaskinię tą zaczęli nazywać Sejkyrauu-unikjur co oznacza „zaczarowana jaskinia”.

Dzisiejsi speleolodzy przebywający kilka dni w Sejkyrauu-unikjur opowiadali, że jest to ogromna jaskinia, z wieloma salami, korytarzami i studniami, i że panuje w niej luty chłód. Badaczom udało się zejść 500 m w dół szerokim korytarzem. Znaleźli w nim powróz z sierści jaka, znaczy się w legendach miejscowych ludów mówiono o rzeczywistych wydarzeniach. Na tych terenach występują często trzęsienia ziemi i obwały i niektóre korytarze są zawalone oberwanymi skałami.

Dzisiaj do podnóża skały, gdzie w jaskini Mata-Tasz są ukryte skarby, doprowadzona jest droga i idący nią z nadzieją patrzą na wejście do niej. A nuż wypadnie z niej coś cennego?


Magiczne słowa


Nieopodal kwitnącej uzbekistańskiej Doliny Fergańskiej, w głuchym wąwozie okrążonym przez góry znajduje się jaskinia tajemnic – Kan-i-Gut czy Kanigut (N 40°00'45" - E 070°20'47"; 1607 m n.p.m.) – jedna z największych jaskiń labiryntowych w Azji Środkowej.[1] Znajdują się w niej olbrzymie sale, przepaście ciągnące się kilometrami, i setki poplątanych korytarzy, niezliczone przeplecenie wąskich przejść ze śladami dawnych robót górniczych pożytecznych kopalin i ludzkich kości. O tej jaskini pisał ongi słynny lekarz i podróżnik Abu Ali al-Husayn Abd Allah ibn al-Hassan ibn Ali ibn Sina alias Avicenna jak o miejscu, w którym starożytni mędrcy ukrywali złoto i nałożyli na nie zaklęcie.[2] Niemało poszukiwaczy skarbów zginęło w tej jaskini. Według legend, zamieszkuje w niej smok oraz człowiek z łukiem i strzałami zabijający każdego, kto ośmieli się tam wejść i zabrać skarb. W tych miejscach zdarzają się obwały, tak że jeżeli nawet były tam jakieś skarby, to wydobyć ich się już nie da. I dlatego trzeba znać słowa przeciwzaklęcia, które zdejmie ze złota zaklęcie mędrców Starożytności.


Guano i nie tylko


W jaskiniach RPA miliony nietoperzy z wieku na wiek pozostawiały na spągach jaskiń swe odchody czyli guano – nawóz ceniony bardziej od złota.

Ale w tych jaskiniach są inne cenne rzeczy. Mówi się, że w tych jaskiniach wodzowie wojujących plemion ukrywali złoto i diamenty. Od czasu do czasu wodzowie ginęli w walkach i zabierali tajemnicę złota ze sobą do grobu.

Jeżeli pojedziemy po autostradzie z Nelspruit w Transwaalu[3] to dojedziemy do farmy Sadvalas-kraal, niedaleko od której znajduje się jaskinia ze skarbami. Ona jest nazywana Som-Tjoba – od imienia wodza narodu Swazi (Suazi), który ukrywał się tutaj ze swymi wojownikami, bydłem i ziarnem przed swymi wrogami. Wspinaczka od podnóża góry do wejścia do jaskini trwa godzinę. W jaskini jest słodkowodne jezioro i podziemna rzeka. Jaskinia była idealnym ukryciem, którego wrogowie długo nie mogli zdobyć, chociaż wojownicy Swazi nieraz ją atakowali. Ale pewnego razu jaskinię opanowano i ludzi wycięto w pień. Pośród miejscowych krążyły legendy o ukrytych przez wodza Swazi skarbach w głębi jaskini, o diamentach i garnkach ze złotem.

W 1924 roku, do jaskini przyjechało dwoje białych ludzi z furgonami i zezwoleniem władz na wydobywanie guano. Jednakże kiedy usłyszeli oni od miejscowych o niebezpieczeństwach czekających na poszukiwaczy skarbów, to… zabrali się z powrotem do domu. Być może oni wcale nie przybyli po guano. Więcej ich nikt nie widział…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 5/2018, ss. 12-13
Przekład z rosyjskiego i angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                 



[1] Wikipedia pisze, że jest to chroniony obszar Natury znajdujący się na północnym stoku Turkiestańskiego Grzbietu w Regionie Batken w Kirgistanie. Jaskinia ta jest w zasadzie kompleksem 18 pieczar, głębokich studni, wąskich przejść i tuneli. Jej długość wynosi ponad 1 km. Od VI do XI wieku jaskinia służyła jako kopalnia żelaza i ołowiu. (Wikipedia)
[2] Avicenna sam był alchemikiem i uprawiał „królewską sztukę” oraz parał się magią.
[3] Prowincja Mpumalanga.

sobota, 11 sierpnia 2018

Czemu nie polecieliśmy na Księżyc?


Rakieta N-1 na wyrzutni


Władimir Tuganow


Dawno, dawno temu chiński urzędnik Wan Hu spróbował polecieć w kosmos w fotelu, do którego podczepiono 47 prochowych rakiet. Według jednej z wersji tej legendy, Wan Hu spłonął od ich ognia, wedle drugiej – jednak poleciał i nikt go więcej nie widział…

Siergiej Pawłowicz Korolow – słynny generalny konstruktor techniki kosmicznej, marzył o superciężkiej rakiecie, którą kosmonauci mogliby dolecieć na Srebrny Glob, potem na Marsa i powrócić na Ziemię. Wiele wielkich idei tego uczonego z biegiem czasu zmieniało się w inżynieryjne konstrukcje, szybowce, rakiety…


Nie ma silników o takiej mocy


Do tego, by dwóch kosmonautów posłać na Księżyc, wylądować na nim i powrócić, rakieta powinna mieć payload rzędu 100 ton. Do tego jej masa w momencie startu powinna wynosić nie mniej niż 3000 ton. Na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku ani my, ani Amerykanie nie mieliśmy takiej techniki. Ale S.P. Korolow nie zwykł był rezygnować. Na początku lat 60-tych przekazał on rządowi memorandum, w którym dokładnie przedstawił on scenariusz lotu na Księżyc. Dalszy bieg wydarzeń pokazał, że był to scenariusz najracjonalniejszy.

Jeszcze w 1960 roku pojawiła się uchwała rządu na temat zbudowania w ciągu trzech lat rakiety nośnej N-1, której payload wynosić miał 40-50 ton. Potem niejednokrotnie przesuwano terminy realizacji tej decyzji. W 1964 roku zostało postawione zadanie lądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Ale już było jasne, że nie starczy na to mocy silników do tego, by wynieść na orbitę użyteczny ładunek 100 ton. Doszło do odejścia od idei wysłania na Księżyc dwóch kosmonautów. Drugi miał pozostać w księżycowym orbiterze.

Rakieta nośna N-1 i...
...księżycowy lądownik Ł-3


U nas nie było NASA


Nasz kraj na początku lat 60-tych nie chciał tracić swoich kosmicznych priorytetów. Ale na samym szczycie nikt nie analizował realności sytuacji, nie istniał żaden plan prac dla dziesiątków przedsiębiorstw i instytutów. W każdym KBK – kosmicznym biurze konstrukcyjnym – forsowano swoje projekty. Głównej struktury organizacyjnej typu amerykańskiej NASA u nas nie było. W Moskwie długo nie byli w stanie odpowiedzieć na pytanie o dostateczne dofinansowanie projektu załogowego lotu na Księżyc. A czas leciał. Kierownictwo państwa zajmowali się przede wszystkim poganianiem uczonych i inżynierów do roboty i w tym samym czasie pilnowali, że by ich opracowania były jak najtańsze.

Bez względu na trudności, prace nad księżycowym projektem trwały. W Bajkonurze stał już nowy kompleks startowy, a rakieta N-1 już była gotowa. W Centrum Szkolenia Kosmonautów pojawiła się specjalna grupa księżycowa. Do podstawowej załogi weszli Aleksiej Leonow i Oleg Makarow, a do rezerwowej – Walery Bykowskij i Nikołaj Rukawisznikow. Była i trzecia załoga: Paweł Popowicz i Witalij Sewastianow. W czasie treningów szkolili się w prowadzeniu księżycowego modułu i powrotnika. W planetarium poznawali powierzchnię Srebrnego Globu i jej relief. Wiele czasu poświęcono na poznanie gwiaździstego nieba.

Tymczasem S.P. Korolow nie miał wciąż wystarczająco mocnych silników do swej superpotężnej rakiety. Jego moc powinna być 15 razy większa niż u pozostałych rakiet Korolowa. Zaprojektować i wykonać plany takiego silnika mogło tylko jedno KBK – kierowane przez akademika Walentina Głuszko. Ale w tym czasie Korolow i Głuszko mieli różne poglądy na perspektywy silników rakietowych. Możliwości nafty i ciekłego tlenu jako paliwa rakietowego zostały już praktycznie rzecz biorąc wyczerpane. Większą moc dać mogły tylko silniki rakietowe pracujące na ciekłym tlenie i wodorze. Można je było śmiało zastosować w II i III stopniu rakiet, kiedy pracowałyby one już w bezpowietrznej próżni.

Z kolei akademik Głuszko uważał, że ciekły wodór jako paliwo nie ma perspektyw. Jemu się wydawało, że najlepszym paliwem do silników rakietowych będzie fluor - F, kwas azotowy – HNO3 i heptyl – C9H18O2. Wszystkie te substancje są w najwyższym stopniu toksyczne i niebezpieczne. Stosuje się je głównie w technice wojennej. Co zaś się tyczy pilotowanej kosmonautyki, Korolew był kategorycznie przeciwko ich używaniu. Później, kiedy Głuszko zaczął pracować nad rakietą nośną Energia, zrezygnował on ze swych poglądów i zastosował w niej płynny wodór jako paliwo rakietowe.

A Korolewowi przyszło na początku lat 60-tych szukać w trybie alarmowym innych specjalistów. Zwrócił się on do KBK Igora Kuzniecowa, gdzie projektowano silniki lotnicze. I chociaż to KBK nie miało możliwości zaprojektowania i skonstruowana tak dużego silnika rakietowego, to jednak postanowiono tam zbudować zestaw silnikowy  dla N-1 z „pakietu” średniej wielkości silników. Tak więc I stopień (booster) składał się aż z 30 silników rakietowych na paliwo ciekłe - ŻRD. II stopień miał 8 ŻRD, a III stopień – 4 ŻRD. W rezultacie czego, na wokółziemską orbitę te trzy pierwsze stopnie mogły wynieść payload o masie 95 ton. Żeby zsynchronizować pracę wszystkich silników trzeba było skonstruować specjalny system koordynacji Kord, który okazał się być nader kapryśnym i nieprzewidywalnym.


Tak to miało wyglądać - Ł-3 na Księżycu


Bez Korolewa


W styczniu 1966 roku, S.P. Korolew zmarł. Jego KBK i cały projekt N-1 przejął jego zastępca – akademik Wasilij Miszin. Wreszcie w dniu 21.II.1969 roku rozpoczęły się próby lotne. Po 70 sekundach od startu, w ogonowym przedziale boostera zaczął się pożar i lot trzeba było zakończyć. Dnia 3.VII.1970 roku, w czasie drugiego odpalenia zepsuła się pompa tłocząca płynny tlen, w następstwie czego doszło do silnego wybuchu, który uszkodził także kompleks startowy. Jego naprawa i przygotowanie do startu następnej rakiety zabrała wiele czasu. Wreszcie w dniu 27.VII.1971 roku przystąpiono do trzeciego odpalenia. Rakieta nieco uniosła się nad ziemię i spadła. Po raz wtóry kompleks był niezdatny do użytku i wyrzutnia znowu została uszkodzona.

W dniu 23.XI.1972 roku odpalono rakietę po raz czwarty. Wszystkie silniki boostera pracowały normalnie i lot trwał 112 sekund. Niestety, przy końcu aktywnego odcinka startu, w ogonowym przedziale pojawiła się niesprawność i normalny lot się zakończył. Tym niemniej ci, którzy przygotowali ten start i ci, którzy nim kierowali byli zadowoleni jego rezultatami. Teraz już było jasne, że do zwycięstwa pozostało całkiem  mało.

W montażowo-doświadczalnym wydziale Bajkonuru były przygotowane do startu jeszcze dwie rakiety. W sierpniu 1974 roku miał mieć miejsce piąty start, a u końca roku – szósty. Potem miano wprowadzić N-1 do eksploatacji. Ale tym planom nie dane było się spełnić. Najpierw prace nad pojazdem księżycowym zostały zamrożone, a w maju 1974 roku na miejsce Wasilija Miszina na głównego konstruktora powołano Walentina Głuszko. Już pierwszego dnia nowy kierownik oznajmił, że projekt N-1 był pomyłką i że nie przyszedł on do KBK Korolowa „nie z pustym portfelem”. Głuszko rzeczywiście przedłożył koncepcję radzieckiego wahadłowca, która w czasie 10 lat doprowadziła do powstania Burania – statku kosmicznego wielokrotnego użytku i rakiety nośnej Energia. Ale niestety, ten całkiem udany projekt nie doprowadzono do szczęśliwego zakończenia.


Stany są już na Księżycu


Od początków lat 60-tych byliśmy zaangażowani w kosmiczny wyścig z USA. Wiele naukowych i inżynierskich problemów było rozpatrywanych z punktu widzenia wąskich „priorytetów”. A potem nastąpił dzień 16.VII.1969 roku, kiedy amerykański statek kosmiczny Apollo 11 wystartował z Ziemi, a w pięć dni później dowódca statku Neil Armstrong i pilot lądownika LEM – Edwin Aldrin spacerowali po powierzchni Srebrnego Globu. Ten historyczny moment amerykańska TV pokazała całemu światu, poza ZSRR i Ch.R.L.

W ciągu czterech lat NASA udało się w ramach programu Apollo dokonać 11 lotów. Sześciokrotnie amerykańscy astronauci stanęli na Księżycu. Tak więc z punktu widzenia „priorytetów” wszystko stało się oczywistym. W naszej (radzieckiej) prasie zaczęto pisać, że w zasadzie lądowanie człowieka na Księżycu nie przyniosło nauce żadnych korzyści. A pełna dramatyzmu historia stworzenia N-1 była znana tylko nielicznym. I wieloletnia praca tysięcy radzieckich uczonych, inżynierów i robotników tak jakby w zupełności nie miał miejsca…


Nasz łunnik[1] jest niepotrzebny


Jednakże w początku lat 70-tych znaleźli się specjaliści, którzy twierdzili, że skasowanie programu N-1 odbije się niekorzystnie na naszej całej kosmonautyce. Akademik Miszyn pukał do drzwi wysokich urzędników partyjnych i państwowych, pisał listy do uczestników XXV Zjazdu KPZR jeden z kierowników prób z rakietami Borys Dorofiejew. Uczeni prosili o „niewiele” – o zezwolenie na odpalenie dwóch już gotowych rakiet. Wszystko na próżno – los N-1 decydował się nie przez specjalistów, ale przez polityczne kierownictwo partyjno-państwowe.

Pierwszy księżycowy łazik - Łunochod-1

W historii niezrealizowanej ekspedycji księżycowej odbijają się problemy tamtych czasów. To nadmierne upolitycznienie nauki, zmiana najważniejszych celów na poboczne, odrzucenie kolegialności i przyjęcie doraźnych decyzji, utajnianie wszystkich i wszystkiego bez ładu, składu i sensu oraz nieumiejętność przewidywania perspektyw rozwojowych nauki. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie to lekcja dla współczesnego pokolenia uczonych, a także kierownictwa politycznego państwa.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 5/2018, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego – ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Chodzi o statek kosmiczny N-1/Ł-3 mający dolecieć i lądować na Księżycu, a nie o aparaty kosmiczne z serii Łunnik.

piątek, 10 sierpnia 2018

Tajemnica asteroidy 16 Psyche


Położenie asteroidy 16 Psyche w Układzie Słonecznym

Ten asteroid jest wart ponad 10.000 kwadrylionów dolarów!

Asteroida 16 Psyche została odkryta w dniu 17.III.1852 roku, przez włoskiego astronoma Annibale de Gasparis.

Jest to jedna z największych asteroidów z Pasa Planetoid pomiędzy Marsem a Jowiszem.

Naukowcy sądzą, że 16 Psyche jest jądrem jakiejś starej planety i twierdzą, że zawiera ono żelazo, nikiel, złoto, platynę i miedź tworząc wielką na 156 mi/250 km niewykorzystaną "kopalnię złota" tylko czekającą na to, by ją wykorzystać.

Przewiduje się, że samo żelazo z 16 Psyche jest warte 1 mln mld US$!


Tajemniczy metalowy asteroid...

Jednakże rzucenie takiej ilości dodatkowego dobra na ziemskie rynki będzie katastrofalne, bowiem cena tych metali może spaść niemal do zera!

NASA zamierza wysłać tam statek kosmiczny w roku 2030.

Ale jeszcze bardziej opłacalnym jest wysłanie go w roku 2026, chociaż głównym celem jest jego zbadanie a nie eksploatacja. Kosmiczne górnictwo już majaczy na horyzoncie.


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

czwartek, 9 sierpnia 2018

Nowy minerał z Kosmosu?




Katarina B.

Meteoryt z 2016 roku wzbogacił naszą planetę o nowy minerał i związek chemiczny! Czemu jest ten pozaziemski materiał taki wyjątkowy?

Rosyjscy uczeni zarejestrowali nowy minerał, którego zidentyfikowano w składzie chemicznym meteorytu Buriatinsk znalezionego w 2016 roku. Pierwiastek nazwany uakititem/wakititem został tak nazwany na cześć miasta Waikite (Nowa Zelandia), w którym został znaleziony przed dwoma laty.

Współpracując z uczonymi z Jekaterinburga, Ułan-Ude i Nowosybirska odkryto zupełnie nowy minerał, którego w przeszłości nikt nie odkrył. Został on odkryty w składzie meteorytu Buriatin, który spadł w 2016 roku i teraz dostał oficjalną nazwę – uakitit.


Przed rejestracją odkrytego minerału w Międzynarodowym Towarzystwie Mineralogicznym specjaliści musieli podać jego dokładny skład chemiczny. Okazało się, że w równych proporcjach znajdują się tam atomy azotu - N i wodoru - H. Taki skład w przyrodzie odkryto po raz pierwszy.

[Znane związki azotu z wodorem to przede wszystkim amoniak – NH3, hydrazyna – H2N-NH2, kwas azotowodorowy – HN3.]


Teraz uczeni muszą prowadzić badania nad tym, w jaki sposób te nietypowe związki chemiczne powstały w meteorycie Buriatin. Takie studia mogą potrwać kilka lat…   


Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz