piątek, 19 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (1)



Daniel Laskowski


Torre del Greco – Morze Tyrreńskie

Dwudniowa jazda autobusem dawała o sobie znać tępym bólem stawów i mięśni. Ale to już koniec tej podróży. Wtaczaliśmy się powoli na ulice sennego pod neapolitańskiego miasteczka. Z lewej strony mieliśmy widok na zalany słońcem, zielony od winnic i gajów oliwnych stok Wezuwiusza, prawej głęboki lazur morza, na którym kołysało się w niemal zupełnym sztilu kilka jachtów i statków wycieczkowych. Marzyliśmy o tym, by wreszcie wysiąść z dusznego mimo klimatyzacji autokaru, zrzucić przepocone ciuchy i zanurzyć się w błękitnej wodzie Morza Tyrreńskiego. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy autokar zatrzyma się wreszcie. A kiedy się zatrzymał, z uczuciem niewymownej ulgi opuściliśmy jego wnętrze.
- No i nic, tylko zobaczyć Neapol i umrzeć… - powiedziała Krystyna pełnym egzaltacji tonem.
- Chyba z brudu i śmieci – mruknąłem. – Jak dotąd nie rozwiązano tego problemu.
- E, nie jest tak źle, tutejsza signoria postanowiła wrzucić ten cały chłam do głównego komina Wezuwiusza… - rzekła i roześmiała się w własnego konceptu.
- Zadzwoń i zaproponuj to im – zakpiłem. – Na szczęście jesteśmy wreszcie w Torre del Greco i nie mam zamiaru powracać do zacnego Neapolim – wzruszyłem ramionami. – Będzie w żałobie, kiedy będzie tu powtórka z siedemdziesiątego dziewiątego…
- Aha!
- No właśnie – stąd to „Zacne Neapolim w żałobie”… 
Szliśmy ciasną uliczką w kierunku portu przygadując tak sobie od czasu do czasu. Słońce Italii wreszcie przełamało złe uroki i świat się uśmiechnął, kiedy wreszcie weszliśmy do portu, gdzie nieopodal wejścia do jego basenu jachtowego kołysał się Atlantis MMII. Nasz jacht. Zupełnie niekonwencjonalny i przeznaczony do niezwykłych zadań.

- Ciekawa jestem, gdzie się podziały nasze towarzyszki podróży – zagadnęła Krystyna.
- Jak znam życie, to pławią się w słońcu albo w wodzie…
- … albo w słońcu i wodzie – dokończyła Krystyna rozmarzonym głosem. Wyjęła z żeglarskiego worka małe walkie-talkie i włączyła je.
- Holá Gemi! – powiedziała – gdzie jesteście?
- Holá Kris, holá Danielito – usłyszeliśmy w odpowiedzi – widzimy was.
- Gdzie jesteście? – powtórzyła.
- Tutaj!!! – usłyszeliśmy za sobą dwa rozbawione damskie głosy.
Odwróciłem się. Przy stoliku letniej kawiarni siedziały dwie kobiety odziane w żeglarskie stroje – jasne szerokie polarowe bluzy i spodnie do pół łydki, stopy obute w zwyczajne szmaciane tenisówki i czapki z daszkiem ma głowach. Ciemnowłosa, zielonooka Gemma i młodsza od niej kobieta. Wydaliśmy okrzyki radości i po chwili Gemma rzuciła się nam na szyje. Wycałowała nas mocno i podeszła do swej towarzyszki.
- Poznajcie się – powiedziała – to jest właśnie nasza tajemnicza Naïs – a właściwie profesor biologii morskiej, doktor Naïs Inez Castlemoore… - Naïs, to jest Krystyna Zalewska i Daniel Laskowski…
Podaliśmy sobie dłonie. Przyjrzałem jej się dokładnie. Była trochę wyższa i szczuplejsza od Gemmy. Naturalnie jasne włosy spływały falą na kark i opalone barki. Intensywnie niebieskie oczy miały przenikliwe spojrzenie naukowca. Przypominała mi Alę swymi ładnie zaokrąglonymi tu i ówdzie kształtami, ale jednocześnie była różnica – pomijając rzecz jasna różnicę wieku – od Naïs biła jakaś charyzma, której Ala nie miała.
– A raczej miała, ale inną – pomyślałem. – Ala była seksowna, a ta kobieta jest i seksowna, odważna i mądra. Pasuje do naszego zespołu. Człowiek czynu w prześlicznej powłoce cielesnej atrakcyjnej kobiety…
- Proponuję przejść na ty – powiedziałem – ale brudzia wypijemy dopiero na pokładzie.
- OK. – odpowiedziała Naïs akceptując ten fakt. Uśmiechnęła się, była bardzo ładna.
- Podoba ci się? – usłyszałem za sobą szept Krystyny.
- Yhm… - skinąłem głową. – Wygląda nieźle. Wygląda na to, że da sobie radę.
- Oczarowała zupełnie Gemmę i ciebie chyba też… - rzekła – Czy ona nie jest…
- Jest… - skinąłem głową intuicyjnie czując, co ma na myśli.
- No to jeszcze jeden cień przeszłości… - w głosie Krystyny usłyszałem nutkę, która kazała mi się trzymać na baczności. – Wybacz kochanie, ale zaczynam być zazdrosna…

Gemma poczuła się w roli gospodarza, wzięła nasze worki i wrzuciła je do zodiaka przycumowanego do kei. Po kolei weszliśmy do niego, a Gemma  zdjęła cumę, i mocnym pchnięciem odbiła od kei. Odpaliła potężny zaburtowy silnik yamacha i ruszyliśmy w kierunku wyjścia z portu. Po jakichś dziesięciu minutach dobiliśmy do zwisającego trapu. Gemma szybko przycumowała zodiaka i po chwili wszedłem na pokład naszego jachtu. Pomogłem Krystynie i Gemmie wejść na pokład, a Naïs znalazła się na nim jednym skokiem poprzez reling.
- Kapitan na pokładzie – usłyszałem miły głos Atis. – Stęskniłam się za tobą…
- Ja też! Witaj Atis! – odpowiedziałem.
- Jakoś trudno mi do tego przywyknąć – usłyszałem za sobą głos Naïs.
- Myślę, że to jest właśnie przyszłość nawigacji… - sztuczna inteligencja za sterami wszelkich pojazdów. Lądowych, powietrznych, wodnych czy kosmicznych – rzekłem.
A po chwili rozgościłem się wreszcie w swej kabinie.

Resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku. Najpierw wskoczyliśmy w lazurowe wody, a potem przysypialiśmy leżąc na leżakach na tylnym deku. Gemma i Naïs przygotowywały jacht do drogi. Zaprawa, jaką Gemma odebrała w czasie szpicbergeńskiego rejsu teraz zaprocentowała i czuła się tutaj, jak ryba w wodzie. Po zapadnięciu zmroku podnieśliśmy kotwicę, a Atis wykreśliła optymalny kurs w stronę Cieśniny Messyńskiej.
- Kurs sto osiemdziesiąt – wydałem polecenie.
- Aye, aye sir! Jest kurs sto osiemdziesiąt – odpowiedziała Atis. Jacht obrócił się niemal w miejscu celując dziobem w kierunku południowym.
- Mała naprzód.
- Jest mała naprzód.
- Tak trzymać.
Ruszyliśmy, a światła Torre del Greco zaczęły cofać się w ciemność. Wyruszyliśmy przygodnie naprzeciw.
- Co to za światło? – zapytała Gemma wskazując na posępną sylwetę Wezuwiusza wiszącą nad zatoką, z której właśnie wyszliśmy.
- Gdzie? – zapytałem zdezorientowany.
- No tam – palec Gemmy wskazywał na szczyt wulkanu. – Widziałyśmy to także wczoraj i to z dużej odległości. Myślałyśmy, że to jakieś odbite w chmurach światła Neapolu, ale…
- Cholera, wykrakałem… - mruknąłem.
- Co? Co wykrakałeś? – zapytała.
- Wygląda na to, że Wezuwiusz zaczyna się budzić… - odparłem – a to wróży kłopoty. Wielkie kłopoty…

Nad ranem przepłynęliśmy Cieśninę Messyńską i przed dziobem Atlantis MMII otworzył się lazurowy przestwór Morza Śródziemnego. Po lewej burcie zostawiliśmy spalone słońcem brzegi Kalabrii, a po prawej widoczne z daleka, oświetlone wschodzącym słońcem stoki Etny, która też dymiła. Kiedy jej śnieżny szczyt ustawił się dokładnie na zachodzie, Atis wykonała skręt o dziewięćdziesiąt stopni w lewo – prosto we wschodzące słońce.
- Kurs zero dziewięćdziesiąt – zameldowała.
- Tak trzymać – odpowiedziałem – prędkość bez zmian.
- Jest cała naprzód, robimy trzydzieści węzłów.

- Świetnie – odpowiedziałem – następny przystanek w Warnie. 

CDN.

czwartek, 18 grudnia 2014

Legendy podziemi Donbasu

Donbas


Dina Kuncewa


W mieście Centralia, PA (USA), od 1962 roku „płonie ziemia”. Pożar zaczął się od tego, że strażacy podpalili śmieci w porzuconej kopalni, potem ugasili je, ale niedokładnie, bo ogień przerzucił się na główny pokład węgla i pożar przerzucił się następnie na inne szyby.

Donbas ostatnimi czasy najczęściej wspomina się w związku z niestabilną i skomplikowaną sytuacją na Ukrainie. A przecież ten górniczy kraj jest znany z wielu legend, z których zdecydowana większość jest związana z porzuconymi szybami i katakumbami.

Gospodarz Szubin


Widmo górnika


Najbardziej popularną jest legenda o widmie, czy duchu jak kto woli, górnika o imieniu Szubin, który pomaga górnikom ratować się w czasie awarii. Przede wszystkim – Szubin to nie imię, ale nazwisko. Wedle podania, człowiek ten żył pod koniec XIX wieku i był z zawodu pokutnikiem – wypalaczem metanu, a więc mówiąc współczesnym językiem – prowadził on degazyfikację szybów. W tym czasie wentylacji na pokładach właściwie nie było – pokutnik ubierał na siebie zamoczony w widzie długi chałat z owczej wełny, zachodził z zapaloną pochodnią do szybu, rzucał ją pod strop, a sam padał na spąg. Jeżeli gazu nie było, lub było za mało, to było wszystko w porządku. Ale niekiedy dochodziło do silnego wybuchu. Tym bardziej, że właścicielami kopalni byli cudzoziemcy, których bezpieczeństwo miejscowych górników mało co obchodziło.

Jedna z legend głosi, ze Szubin z tych, którym nie poszczęściło się zginąć w kopalni od eksplozji metanu… Druga – jeszcze ciekawsza. Szubin zwadził się z właścicielem Niemcem. Miał on konfliktowy charakter, nieustępliwy, a Niemiec po prostu wyzyskiwał górników. No i pewnego razu Szubin po pijanemu poszedł do właściciela i doszło pomiędzy nimi do takiej rozmowy:
- Jakim prawem wysysasz z nas krew naszą górniczą?
A tamten oczywiście odpowiedział:
- Jestem tu gospodarzem i robię co chcę.
- A, właścicielem? – odpowiedział Szubin. – No to ja ci pokażę, kto tu jest prawdziwym właścicielem i gospodarzem!

I wypalacz odwrócił się i poszedł sobie, i wszelki ślad po nim zaginął. Opowiadano, że nie zmarł on swoją śmiercią, że po pijanemu polazł do kopalni i wysadził ją w powietrze wraz ze sobą.

I od czasu do czasu widywano go to tu, to tam… Duch Szunina pojawia się przed górnikami, żeby wyprowadzić ich spod zawałów czy uprzedzić o jakimś nieszczęściu. Według innej wersji, on straszy górników i może zawalić czy zatopić kopalnię. Szubin zamieszkuje opuszczone lub wyeksploatowane wyrobiska. Ci, którzy wierzą w istnienie tego ducha, nazywają go uprzejmie „gospodarzem”.


Diamenty zamiast metro


Jeszcze jedna „podziemna” legenda Donbasu jest związana z diamentami. Jeszcze za czasów radzieckich, w Doniecku mieli zamiar zbudować metro, ale nic z tego nie wyszło. Poszły plotki, że budowę zamrożono dlatego, że w czasie wiercenia do pierwszych linii metro napotkano na złoże dużych diamentów. Nawet znaleźli się naoczni świadkowie, którzy opowiadali, ze widzieli diamenty tak duże jak przepiórcze jajka.

Owszem, znaleźli się znawcy, którzy twierdzili, że w Donbasie „hoduje się” diamenty. Po pierwsze – one były znajdowane, jeszcze przed rewolucją. Ale z jakiejś niepojętej przyczyny nie podjęto ich wydobycia. Carski rząd zahamował prace, a inwestorzy się nie znaleźli.

Stare wyrobiska kopalń Donbasu

Widok na Mariupol


Mutanty pod Mariupolem


W donbaskim, nadmorskim mieście Mariupol znajdują się podziemne pieczary, które miejscowi nazywają „Sztolnią” albo „Żłobkiem”. Wedle pogłosek, za czasów Związku Radzieckiego, KGB wybudował w podziemiach sekretne laboratorium, gdzie jakoby badano wpływ promieniowania radioaktywnego na ludzi i zwierzęta.

Miejscowi najstarsi mieszkańcy ochoczo dzielą się z dziennikarzami i badaczami opowieściami i katakumbach. Jeden z nich o imieniu Roman wspomina opowiadania swego dziadka o tym, że w latach 50. i 60. XX wieku, w sztucznych pieczarach ciągnących się na wiele kilometrów znajdował się utajniony obiekt. I pomimo tego, że cały ten teren otaczał płot z drutu kolczastego, jakieś pogłoski przezeń przenikały. Najpopularniejszym był mit o mutantach, które „wyhodowano” w tajnych laboratoriach KGB.

Mutanty te od czasu do czasu nawiedzały pobliskie miejscowości – Czermałyk i Granitnoje.
- Coś im, chuliganom, odbiło i rzucali kamieniami na dach domu pewnej kobiety i tłukli dachówki – opowiada Władimir, mieszkaniec wsi Czermałyk. – Ona poskarżyła się synowi. Ten zwołał swoich kolegów – znaczy się chłopaków – i zaczaili się na nich. Ciemno się zrobiło, naraz słyszą jak furtka się otworzyła a potem stuk na dachu. Więc zerwali się i pognali za nieznanym, a ten w pola i uciekał w kierunku „Sztolni”. I owszem, wygonili łajdaka na polanę i świecą latarką, a tu cień jest, ale człowieka nie ma!

Tenże sam Władimir twierdzi, że na własne oczy widział koło „Sztolni” gigantyczne węże. Wspomina on:
- Kiedyś wieczorem jechałem z ojcem samochodem, i naraz ojciec zaklął i wściekle wdepnął na hamulec. Pomyśleliśmy, że to jakiś mędrek położył w poprzek drogi gruby wąż, gruby jak ten strażacki, samochód aż podskoczył, jak przezeń przejechaliśmy. Zatrzymaliśmy się, żeby sprzątnąć tego „węża”. Wychodzimy z samochodu, patrzymy, a on pełznie po drodze i syczy – w kierunku „Żłobka” pełznie. My do samochodu i gaz do dechy, byle jak najdalej…

Jeszcze do tego widziano w okolicy tego obiektu dziwne gryzonie, podobne do szczurów. Ale nie były to szczury, tylko wielkie owady, które od czasu do czasu wpełzały do miejscowych ogrodów, strasząc gospodarzy swymi rozmiarami.

A oto, co opowiadał Igor Krinicznyj z Granitnowego:
- Kilka lat temu wraz z kilkoma towarzyszami poszliśmy do prawej jaskini. Chcieliśmy się sfotografować przy jej najdalszej ścianie od wejścia. Szliśmy z pochodniami w rękach, widoczność była żadna, widać było tylko, gdzie można postawić nogę. W odległości jakichś 200 m usłyszałem jakiś jakby szelest. Stanąłem by się rozejrzeć, podniosłem jak najwyżej pochodnię, i jakby mnie prąd kopnął – na mnie patrzyło dwoje ogromnych oczu, jak u owada. Odskoczyłem ile było sił w nogach, a to „coś” zasypiało i ruszyła za mną – słyszałem, jak „to” swoim ciałem odwala kamienie.

Wedle innej wersji, pod Mariupolem nie było żadnych laboratoriów, ale istniała tam kopalnia uranu. Ale jedno drugiemu nie przeszkadza. Jeżeli jest uran, to wiadomo skąd się wzięła radiacja i mutanty! Wedle słów jednego z wysoko postawionych funkcjonariuszy partyjnych, tam przeprowadzano próby z górniczym budownictwem. Po rozpadzie ZSRR, nie można już było mówić o jakiejś tajności, więc katakumby okazały się porzucone i tam mają teraz swe schronienie miejscowi bandyci.

[A jednak coś było na rzeczy, bo w Morzu Czarnym pojawiły się delfiny trenowania do zabijania ludzi i niszczenia statków i okrętów – nawodnych i podwodnych, a także jakieś stwory atakujące delfiny – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2011/06/wojskowe-delfiny-one-zrobia-to-czego.html i  http://wszechocean.blogspot.com/2014/10/czarnomorski-waz-morski-istnieje.html - być może są to właśnie „odpryski” eksperymentów prowadzonych przez rosyjskich wojskowych na zwierzętach, co stało się m.in. kanwą na jedno z opowiadań Daniela Laskowskiego, które zamieszczę w ślad za tym materiałem – przyp. tłum.]

Korytarze i tunele katakumb mają wiele tajemnic...


Znaleziska stalkerów[1]


Dzisiaj z katakumb pozostał jedynie odcinek liczący dobie 400 m od wejścia. Pozostałe tunele zabetonowano. Często tam chodzą mariupolscy stalkerzy. Wedle słów tych „myśliwych” niejednokrotnie udało się im znajdywać ciekawe znaleziska – np. resztki nieznanego oprzyrządowania. A pewnego razu natknęli się oni na… suknię ślubną o kroju z lat 70.-80. Jak ona się dostała w tak obskurne miejsce – to zagadka. Czy ktoś wyprawiał tutaj wesele? Także w tych katakumbach znaleziono letni bucik bez pary – sądząc ze wszystkiego z tego samego okresu czasu, co i suknia.

Oczywiście nie obejdzie się tutaj bez mistyki. Stalker Zachar Berkut zapewnia, że jemu i jego towarzyszom udało się sfotografować ducha w jednej z jaskiń.

Zostawiliśmy tutaj aparat fotograficzny na statywie, o czasie ekspozycji B[2] i na zdjęciu, na końcu tunelu znalazła się doskonale widoczna sylwetka człowieka, chociaż nikogo z nas tam nie było – wspomina on. Natomiast najciekawszym jest to, że zagadkowe zdjęcie jakimś tajemniczym sposobem znikło z archiwum.


Krajobraz poindustrialny Donbasu

Miejscowi uczniowie szkolni maja tradycję – w dzień zakończenia roku szkolnego idą na spacer w okolicę katakumb. Tam też miał miejsce ostatni „metafizyczny” epizod.
- Na takim właśnie wieczorku, mój brat z pierwszoklasistami przyjechał bawić się na polanie i pod lasem – opowiada Władimir z Czermałyku. – Ktoś zaproponował zrobić zbiorowe zdjęcie i wszyscy wstali i się zgrupowali. Jakież było nasze zdumienie, kiedy na jednym ze zdjęć za grupą zobaczyliśmy bladą twarz jakiegoś człowieka.

Być może są to duchy budujących te katakumby zeków?[3] A może to mutanty? Kto to wie, może to promieniowanie zamienia ludzi w fantomy? Tak czy inaczej w odróżnieniu od młodzieży, starsi mieszkańcy na wszelki wypadek omijają zakazany obiekt szerokim kołem…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 24/2014, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©



[1] Osoba wydobywająca i przemycająca artefakty ze wszelkiego rodzaju stref niebezpiecznych czy zakazanych.
[2] Bez ograniczeń.
[3] Więźniowie polityczni.

środa, 17 grudnia 2014

Nietypowy przewodnik po Słowacji



Najnowsza książka dr Miloša Jesenský’ego stanowi nietypowy przewodnik po jego kraju rodzinnym. Pokazuje on inną Słowację – jako krainę zagadek i tajemnic, tajemniczych zjawisk, zadziwiających pomników z dawnej przeszłości, tajemniczych symboli i inskrypcji, niezbadanych podziemnych przestrzeni, przeklętych budowli, zadziwiających wydarzeń mrożących krew w żyłach.

Dowiesz się z niej Czytelniku o tragicznych klątwach, które opanowują ruiny starych zamków, o przedziwnych zjawiskach w domach miejskich katów, na miejscach dawnych tragedii, o skarbach, które czekają na szczęśliwego znalazcę…

Praca ta jest ekskluzywnym, tajemniczym bedekerem, który dla Was został sporządzony przez renomowanego badacza tajemnic, obejmuje 200 lokalizacji – od Abranoviec do Żyliny – i pół tysiąca poruszających zagadek.


Tyle wydawca. A od siebie dodam, że w miarę możliwości postaram się przybliżyć, na początku przyszłego roku, polskiemu Czytelnikowi tą niezwykłą pracę na blogu Xięgi Niewydane – WWW.hyboriana.blogspot.com, za uprzejmym zezwoleniem Autora. 

Nowy „potwór” znaleziony na Google

Potwór z Oke Bay (GoogleEarth)


Clas Svahn


W przeszłości naukowcy i poszukiwacze przygód przez miesiące a nawet lata przechodzili przez nieznane lady i obszary dżungli. Alexander von Humboldt (1769-1859) podróżował po północno-zachodniej części Ameryki Południowej, Sven Hedin (1865-1952) przedzierał się poprzez Tybet i Chiny i Vasco da Gama (1460-1524) odkrył drogę morska do Indii.

Dzisiaj wszystko to możemy zrobić w krótkim czasie klikając na internetową stronę GoogleEarth. Dokonujemy odkryć, które mogą być bardzo kuszące i od czasu do czasu możemy tam znaleźć coś, co wygląda tajemniczo. Zdjęcie zaprezentowane powyżej zostały wykonane przez satelitę 30.I.2014 roku. Wydłużony kształt został wykryty przez Pita Whitehira, kiedy chciał znaleźć kilka ciekawych porad dotyczących podróży na wakacje. A kiedy skierował on wzrok na powiększoną Oke Bay w północno-wschodniej Nowej Zelandii, miejsce które znał dobrze, niespodziewanie zobaczył coś, co przypominało długiego węża.

Whitethira, który ma dom w pobliżu zatoki mówi - zgodnie z serwisem Inquisitr – że obiekt wydaje się zbyt duży, aby być rekinem i zbyt szybki jak na wieloryba.

Wokół podłużnego, czarnego przedmiotu widoczne są fale na powierzchni, jakby coś przemieszczało się w wodzie.

Czy tak właśnie było?

A zatem co to było, co widzimy na GoogleEarth? Trudno powiedzieć. Być może jest to coś tak prostego, jak kilwater łodzi, która właśnie przepłynęła? Albo…?
(Ja tak uważam sam dla siebie. Poniżej widzimy powiększony koniec „węża” i wydaje się, że jest to coś, co zmierza w kierunku prawej strony zdjęcia – to łódź!)


Moje 3 grosze


OK., rzeczywiście – wygląda na to, że to faktycznie jest łódź. Ale co płynie za łodzią? Bo na kilwater to nie wygląda, a na długi, ciemny przedmiot, który zdaje się za tą łodzią podążać, a nawet ją ściga…?
Ale może to równie dobrze być jakieś pasmo wodorostów czy plama z mieszaniny ropy, wodorostów i mikroorganizmów w rodzaju alaskańskiego „goo” zaobserwowanego kilka lat temu, o czym poniżej:


Czarny "blob" dusi stworzenia morskie

Informacja w portalu Onet.pl:

Tajemnicza plama dryfuje po Morzu Czukockim

Gigantyczna czarna i tłusta plama składająca się z materiałów biologicznych dryfuje w zimnych wodach arktycznych po Morzu Czukockim na północ od Cieśniny Beringa, pomiędzy miejscowościami Wainwright i Barrow (USA) - podaje „Anchorage Daily News”.

- To z całą pewnością nie jest produkt pochodzenia naftowego. Nie ma właściwości ropy naftowej lub innej substancji niebezpiecznej – mówi Terry Hasenauer, strażnik wybrzeża.
- Nie będzie dla mnie niespodzianką, jeśli ta substancja okaże się naturalnie występującym w przyrodzie zjawiskiem, ale trzeba czekać na wyniki analizy próbek tajemniczej cieczy – dodaje dla „Anchorage Daily News” Hasenauer.

Żaden mieszkaniec North Slope nie przypomina sobie, by kiedykolwiek miało miejsce podobne zdarzenie. Plama jest niezwykle groźna dla zwierząt. Meduzy i różne gatunki ptaków morskich wpadają w lepką i brzydko pachnącą substancję i nie mogąc się z niej wydostać, giną.

Właściwie nie ma tu czego komentować - przerażające jest to, w jaki sposób zaświniono całą Arktykę i do odpadów chemicznych i radioaktywnych dołączyły również biologiczne. Jest to o tyle niebezpieczne, że nie wiadomo, skąd to się wzięło i jakich mechanizm fizyczno-chemiczny jest odpowiedzialny za jej powstanie. Być może ma to coś wspólnego z opisanym przez Ala Rosalesa i Cathy Zollo z Florydy czarnym zakwitem wód w Zatoce Meksykańskiej, o czym pisałem onegdaj na łamach „Nieznanego Świata”. Tamtejszy „czarny blob” powstał wskutek wymieszania się zanieczyszczeń chemicznych po powodzi w dorzeczu Mississippi-Misouri.

Obawiam się, że to właśnie takie wymieszanie się zanieczyszczeń jest odpowiedzialne za masową śmierć ryb w Zalewie Zegrzyńskim i rzekach, które doń wpadają. I oczywiście nie będzie odpowiedzialnych za tą hekatombę zwierząt. W tej chwili z tych zatrutych wód wyłowiono 80 ton ryb. A ile jeszcze zostanie wyłowionych, to wie jedynie Pan na Wysokościach...   



Tajemniczy "blob" z wód Alaski w wiadrze...

video

video
...i z samolotu Straży Przybrzeżnej (USCG)

Tak czy inaczej, na razie nie wylewajmy węża z kąpielą…



Przekład z j. szwedzkiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

wtorek, 16 grudnia 2014

10 najstraszniejszych miejsc świata

10 najstraszniejszych miejsc na Ziemi


Andriej Leszukonskij


500 fabryk, które mieści się na brzegach rzeki Chitarum na wyspie Jawa, Indonezja, zrzuca i zlewa do niej odpady poprzemysłowe. Pod warstwą zanieczyszczeń woda jest niewidoczna. Ale miejscowi piją tą wodę bez zahamowań.

Zapytajcie średniego statystycznego turystę, dokąd chciałby pojechać? Odpowiedź może być łatwa do przewidzenia: „Tam gdzie ciepło, wygodnie i oczywiście – pięknie!” Ale niektórych amatorów adrenaliny na odwrót, przyciągają ich miejsca na mapie, gdzie miejscowa energetyka szkodzi, czy gdzie czeka na nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Proponujemy Wam pojechać w 10 najstraszniejszych miejsc na Ziemi. Właśnie sporządziliśmy ranking tych miejsc na mapie. I tak:



Miejsce 10. - Pacyfik


Ogromna plama śmieci na Oceanie Spokojnym… Góry odpadków – od plastykowych butelek do zwłok topielców – które przynosi tutaj prąd morski, a które zajmują miejsce o powierzchni 700.000 km². Z każdym rokiem Wielka Plama Śmieci powiększa się. Bez względu na to, że warstwy te mają wiele metrów grubości, ktoś kto chciałby się po nich przespacerować zostałby przykryty grubą warstwą śmieci, bez jakichkolwiek szans na ratunek.

[Problem ten opisywano tu już na stronach: http://wszechocean.blogspot.com/2012/03/wszechocean-stan-kleski-rozumu-1.html i dalszych - przyp. tłum.]




Miejsce 9. – Szkocja


Właścicielom psów nie radzimy zbliżać się ze swymi zwierzętami do mostu Overtoun House koło szkockiej miejscowości Milton. W połowie XX wieku zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy: psy znienacka skakały na parapet mostu i skakały w dół z wysokości 15 m. Te, którym udało się to przeżyć, ponownie wracały na most i znów wykonywały skok! Ani właściciele, ani weterynarze czy kynolodzy nie potrafili znaleźć wyjaśnienia dla tego fenomenu. Psychotronicy, którzy przyłączyli się do dochodzenia, odnotowali podwyższoną energię w tych miejscach i założyli, że w nich przebiega granica pomiędzy światem żywych i umarłych.

[Rozwiązanie zagadki jest bardziej prozaiczne. W konstrukcji mostu zamieszkały borsuki i wiewiórki, które powodują to, że psy węszą je i  usiłując je złapać, z rozpędu wskakiwały w przepaść. Jednakże to nie tłumaczy wszystkich dziwnych incydentów na tym moście, nie mówiąc już o tym, że dziwnym jest to, że borsuki czy/i wiewiórki zagnieździły się dopiero w latach 50. XX wieku, wszak most został zbudowany już w 1859 roku… – przyp. tłum. ]



Miejsce 8. – Ukraina


Prypeć. Miasto znajdujące się nieopodal Czarnobylskiej EJ, a w 1986 roku w kilka godzin straciło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, którzy ratowali się przed nuklearną katastrofą. Obecnie w mieście-widmie znajduje się strefa zakazana. Otwarte drzwi i okna, porzucone w pośpiechu rzeczy, zabawki dziecięce, ciuchy szarpane przez wiatr… Strefa miejscami jest śmiertelnie niebezpieczna: całe odcinki są silnie radioaktywne. A jednak turyści nie są tutaj rzadkością. Na życzenie (i za ekstra opłatą – przyp. tłum.) można nawet podejść do sarkofagu CzEJ. Ale czas przebywania tam jest ograniczony, bo inaczej można się napromieniować. Jednak mieszkają tam dzicy lokatorzy – to mieszkańcy Prypeci, którzy powrócili po jakimś czasie – oczywiście bez zezwolenia, którzy starają się nie myśleć o radioaktywnym zagrożeniu.



Miejsce 7. – Włochy


Na włoską wyspę Poveglia (położoną w weneckiej lagunie – przyp. tłum.) w XIV wieku zwożono ludzi chorych na dżumę. Góry martwych ciał spalało potem specjalne komando. Zgodnie z kronikami, skremowano tam dziesiątki tysięcy ludzi, a ziemia na wyspie jest nadzwyczaj urodzajna, w połowie składa się z ludzkiego popiołu.

W 1922 roku, na Poveglii wybudowano szpital psychiatryczny. Chorzy skarżyli się, że odwiedzają ich widma zadżumionych. W końcu właściciel kliniki i główny lekarz, wyskoczył z okna wieży. Od tego czasu ludzie opuścili wyspę, ale turyści nierzadko przybywają na Poveglię, by zobaczyć mroczne ruiny kliniki.



Miejsce 6. – Japonia


Aokigahara – japoński las samobójców – rosnący obok świętej góry Fuji-san. Ludzie przybywają tutaj nie na pikniki, ale po to by rozstać się z życiem. W lesie o powierzchni 35 km² w każdym roku znajdują 70 – 100 wisielców. Miejscowe władze raz na rok wysyłają tam komando wolontariuszy, które oczyszcza las ze zwłok samobójców. W Aokigahara praktycznie na każdym kroku spotyka się plakaty z napisami w rodzaju: „Jeszcze raz się zastanów! Życie jest bezcenne!”. Jednakże samobójców to nie zatrzymuje. Korzystają na tym rozmaite hieny cmentarne, które okradają samobójców ze wszystkich kosztowności…



Miejsce 5. – Turkmenistan


Darwaza – to gigantyczny gazowy krater w Turkmenistanie – miejscowi nazywają go Wrotami Piekieł albo Wejściem do Piekła. W 1971 roku, w rezultacie pomyłki geologów, stacja wiertnicza i kilka jednostek techniki wpadły do ogromnej podziemnej jaskini. Szkodliwe dla ludzi i zwierząt gazy wydostały się na powierzchnię.  Geolodzy podpalili je sądząc, że za parę dni wszystko się wypali, jednakże krater o średnicy 60 m i o głębokości 20 m pali się do dziś dnia. Jego widać nawet z kosmosu. Ludzie w tym rejonie nie zamieszkują od 2004 roku, kiedy została zburzona i tak już opustoszała wieś Darwaza. Gazy trujące, wydostające się na powierzchnię od czasu do czasu osiągają stężenie niebezpieczne dla człowieka, dlatego turystom przyjeżdżającym podziwiać Wrota Piekieł poleca się nosić maski przeciwgazowe.


Miejsce 4. – Etiopia


Wulkaniczna pustynia Danakil znajduje się na północy Etiopii i jest niezwykle niebezpieczna. Podróżnicy, którzy tu zawędrują, nazywają ją Piekłem na Ziemi. temperatura +50°C, kamienie topiące się pod nogami, jamy wypełnione lawą, ledwie co przykryte warstewka gruntu (w które jest łatwo wpaść!), a na dodatek wszystkiego – ostry i duszny zapach siarki. Miłośnicy ekstremaliów, którzy ryzykują przyjazd w to miejsce, polecają nie rozstawać się z maską przeciwgazową czy tlenową. Wszak koncentracja par siarki sięga tutaj śmiertelnego poziomu! I jeszcze jedno niebezpieczeństwo – to miejscowe plemiona, które wypowiedziały wojnę wszystkim obcym. Tak więc dla turysty istnieje nie tylko groźba uduszenia lub/i zatrucia, ale także dostania serii z kałasznika, w które są tu wszyscy uzbrojeni, bez wyjątku…



Miejsce 3. – USA


Bagna Manchac, stan Luizjana, pojawiły się w 1915 roku, po silnym huraganie, który runął na to miejsce. Zgodnie z opowieściami, wywołała go potężna czarownica wudu, którą aresztowała miejscowa policja. Rzuciła ona klątwę na swoich prześladowców, a wkrótce zaczęło się szaleństwo żywiołów, które zniszczyło na początku trzy miejscowości. Kilka małych rzek zmieniło swój bieg, zaczęła się powódź, po których pozostały gigantyczne bagna. Ogromne cyprysy leżą powalone i obrośnięte mchem, a na ich pniach wylegują się aligatory…

Miejscowi przewodnicy, by przyciągnąć turystów, fundują im atrakcję – nocne rejsy łodziami po bagnach. Podróżnicy krzyczą ze strachu, kiedy nad bagnami rozlega się ponure wycie. Przewodnicy twierdzą, że te dźwięki wydają wilkołaki, które tam zamieszkują…


Miejsce 2. – Boliwia


La Carretera de la Muerte - „Droga Śmierci” w Boliwii każdego roku pochłania życie 200-300 ofiar. Wąska (dwa samochody nie mogą się wyminąć na niej), niewiarygodnie stroma, łączy ze sobą północną część kraju ze stolicą i wybudowano ją w latach 30., siłami skazańców. Bez względu na niebezpieczeństwo, droga ta jest silnie eksploatowana – jadą po niej ciężarówki i autobusy z pasażerami. W tych miejscach często zdarzają się osuwiska ziemi i mgły, a zaasfaltowane jest jedynie 20 km z 70. Pozostałe 50 km to glina i błoto. Paskudna sława przyciąga na „Drogę Śmierci” miłośników turystyki ekstremalnej, ale nie zawsze wracają oni do domu. Trasa jest dosłownie usiana krzyżami i pomnikami tych, którzy tu zginęli. Autobusy z turystami każdego roku spadają w przepaść, ale najwięcej ginie kierowców ciężarówek, którzy nie są w stanie utrzymać ciężkiego pojazdu na stromej, wąskiej i gliniastej drodze.



Miejsce 1. – Birma


Wyspa Ramree znajduje się niedaleko wybrzeży Birmy i jest uznana za najbardziej niebezpieczne miejsce naszej planety. Miejscowe bagna kipią od zwierząt, jadowitymi owadami i moskitami. Ale prawdziwym postrachem tutaj są krokodyle. Birmańczycy przywożący na brzegi Ramree amatorów ekstremalnej turystyki, opowiadają o tragedii, która rozegrała się tutaj w 1945 roku. Po pokonaniu Japonii w II Wojnie Światowej, ponad 1000 żołnierzy boskiego mikado zdecydowało się nie poddawać Amerykanom i usiłowało uciec w głąb wyspy. Po tygodniu ani jeden z nich nie pozostał żywym. Nie udało się znaleźć nawet zwłok – tylko bron i oporządzenie. Żołnierzy pożarły krokodyle! Obecnie krokodyle w wielkiej liczbie zamieszkują na Ramree i turyści mogą zwiedzać tylko niewielki skrawek plaży. Wypad w głąb wyspy zawsze kończy się fatalnie…

[Nieco inaczej opisuje to Andrzej Trepka w swej książce pt. „Zwierzęta wychodzą z mórz”, a oto ten fragment:

Groźne dla człowieka bywają zasadniczo tylko dwa gatunki tych gadów: afrykański krokodyl nilowy (Crocodilus niloticus), a w szczególności wspomniany azjatycko-australijski Crocodilus porosus. Właśnie te wielkie opancerzone potwory o morskich upodobaniach dopuściły się jedynego w historii zmasowanego ataku na ludzi. To sensacyjne wydarzenie, udokumentowane ponad wszelką wątpliwość, było wnikliwie analizowane przez zoologów.
Widownię tragedii stanowiła niewielka wyspa Ramreex w Zatoce bengalskiej, 30 km od zachodniej granicy Birmy. 19.II.1945 roku brytyjska piechota morska oskrzydliła tam ponad 1000 żołnierzy japońskich silnym ogniem broni maszynowej spychając ich ku bagnistym gąszczom  namorzyn. Z zapadnięciem nocy Japończycy, ostrzeliwani i zaciekle ostrzeliwujący przeciwników, zostali niespodziewanie zaatakowani od tyłu – ale nie przez ludzi. Szturm prowadziły krokodyle, fala za falą; coraz to nowymi zastępami nacierając od strony morza, z nadzwyczajną zaciekłością rzucały się bez wyboru na zdrowych, rannych bądź zabitych. O świcie – zdumionym oddziałom brytyjskim poddało się na krokodylim pobojowisku ostatnich 20 pozostałych przy życiu Japończyków. (…)
Przyczyny tak niezwykłej agresywności wielkich gadów musiały być inne – dobitnie sprowokowane przez ludzi. po pierwsze – przybrzeżne bagna były przesiąknięte zapachem krwi i trupów. To zaostrzało apetyt drapieżnych zwierząt. Po drugie – nieustający huk dział i grzechot broni maszynowej wprowadziło krokodyle w stan niewiarygodnego podniecenia. (…) Czyż wylegującym się spokojnie w bagnie tysiącom krokodyli bitewna kanonada nie mogła się wydać czymś w rodzaju superpotężnej walki godowej, jakiej nigdy w życiu nie słyszały? Wprawione w bojowy szał ruszyły do natarcia.

A.Trepka – „Zwierzęta wychodzą z mórz”, Katowice 1977, op. cit., ss. 260-261 – przyp. tłum.]


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 26/2014, ss. 18-19

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©