czwartek, 18 lipca 2019

Morskie cmentarzyska




Irina Bachłanowa


Historia żeglarstwa liczy sobie tysiące lat. I od niepamiętnych czasów w morzu każdego roku tonie ponad 2000 statków. Praktycznie rzecz biorąc każdego dnia idzie na dno statek o wyporności 100 RT i więcej. Oczywiście statków w przeszłym czasie było o wiele mniej. Ale technika była znacznie prymitywniejsza w tych czasach, na pokładach nie było radia, by można było nadać sygnał SOS, tak że ginął nie każdy setny, ale co dziesiąty statek. A dzisiaj dno Wszechoceanu stanowi prawdziwe cmentarzysko statków.


Groźny Atlantyk


Atlantyk z jego morzami zajmuje pierwsze miejsce w zatopionych statkach: przyjął on w swoją toń setki tysięcy statków, zbudowanych przez różne narody w różnych epokach. W przybrzeżnych wodach Francji na ten przykład, znalazło swoją ostatnią przystań ponad 3000 jednostek – od antycznych do współczesnych. Ale tak czy owak, stanowią one niewielką część z całej liczby statków, które spoczęły na dnie Oceanu Atlantyckiego, Morza Śródziemnego, Karaibskiego i innych.

Ale na tym podwodnym „cmentarzu” znajdują się oddzielne „kwatery”, gdzie statki literalnie leża jeden na drugim, gdzie antyczne triremy są przykryte długimi łodziami Wikingów, a te z kolei przykrywają karawele, na których leża korwety i fregaty z Nowych Czasów, zaś nad nimi stalowe kadłuby z ubiegłego i aktualnego stulecia. Szczególna ilość szczątków znajduje się pod najbardziej uczęszczanymi odcinkami morskich tras, gdzie na marynarzy czyhają rafy koralowe, ruchome piaski i podwodne skały.

U południowo-wschodniego wybrzeża Anglii, nieopodal portu Dover, znajdują się szeroko znane mielizny zwane Piaskami Goodwina – jest to duża grupa piaszczystych ławic, które pod wpływem prądów pływowych zmieniają swoją lokalizację i przenoszą się z miejsca na miejsce. Już od wielu wieków marynarze nazywają ten akwen Wielkim Pożeraczem Statków. W czasie ostatnich 200 lat zatonęła tu wielka liczba statków, a wraz z nimi na tym obszarze ruchomych piasków zginęło bez śladu 50.000 ludzi. Na początku lat 60-rych ubiegłego wieku geolodzy przewiercili świdrem 15-metrową warstwę piasku i wzięli próbki gruntu. W rdzeniach znaleźli oni kawałki drewna okrętowego i pordzewiałe żelazo ze statków. Wygląda na to, że Wielki Pożeracz cały czas pożywiał się statkami. Można sobie tylko wyobrazić, jakie znaleziska archeologiczne kryją Piaski Goodwina!


Przekleństwo czy łaska Boska?


Czytelnik ma prawo zapytać: dlaczego statki wpadały w pułapki i okazują się na mieliznach? Czy nie mogły ich opłynąć? Istnieją trzy różne przyczyny, z powodu których statki tonęły w tych miejscach, są to:

·        sztormy wyrzucające bezradne żaglowce na piaski;
·        mgły, które ograniczały widoczność i dezorientowały nawigatorów, i…
·        …silne prądy, które znosiły statki z kursu.

Kiedy one wpadały na mieliznę i kiedy w czasie odpływu nie udało się z niej ściągnąć, to statki zostawały już na zawsze w niewoli Neptuna…

Z żaglowcami było inaczej bo miały one sferyczne dno. Jeżeli żaglowiec wpadał na mieliznę w czasie przypływu, to w czasie odpływu piaski podsychały i statek kładł się na burtę. W czasie kolejnego przypływu mieliznę przykrywała 5-metrowa warstwa wody. Silny prąd zalewał przekręcony na burtę statek szybciej, niż zdołał on ustawić się do pionu. I zgodnie z regułą, w ciągu 3-4 dni wrak został zassany przez ruchome piaski. Jeżeli zaś statek ukazywał się na mieliźnie w czasie sztormu, jego los dopełniał się jeszcze szybciej, fale rzucały nim i topiły jeszcze szybciej – niemal błyskawicznie.

Inny obraz mógł zaobserwować naoczny świadek w przypadku parowców i motorowców. Statki te miały płaskie dno. Jeżeli wpadały na mieliznę w czasie odpływu, to stały na równej stępce. Ale już pierwszy przypływ namywał przy jednej z burt dużą łachę piachu wymytego spod drugiej burty. W ciągu 3-4 dni statek się przechylał i woda zalewała jego pomieszczenia pokładowe. Jeżeli statek stał dziobem czy rufą do kierunku nabiegu fal, to po kilku dniach dochodziło do wymycia piasku spod dzioby czy rufy i statek łamał się pod swym ciężarem na połowy. Zazwyczaj tak działo się z bardzo naładowanymi statkami.

Dla marynarzy Goodwin Sands były prawdziwym przekleństwem, ale mieszkańcy południowo-wschodniej Anglii widzieli w nich prawdziwe błogosławieństwo. Mieszkańcy tych brzegów wierzyli, że to sam Bóg przysyła im ładunki z wyrzuconych na mieliznę statków. Ludzie modlili się i czekali, kiedy Pan ześle im kolejny statek…


Ładunek tamaryszkowych sarkofagów


W Zatoce Tarenckiej na południowo-wschodnim wybrzeżu Italii, znajduje się jeszcze jedno cmentarzysko statków. Archeologom udało się zlokalizować 16 wraków statków, co stanowi niewielki procent wszystkich jednostek, które tu poszły na dno. Szczególną uwagę uczonych przykuł statek ze szczególnie osobliwym ładunkiem – w połowie wykończonymi sarkofagami z płytami marmuru wydobywanego w Turcji. Zagadkowy statek odkrył amerykański archeolog Peter Trockmorton. Dokładne oględziny jego pokładu przyniosły znalezienie monet i kawałków ceramiki, co nie tylko pozwoliło na ustalenie czasu zatopienia statku (od czasu jego budowy do zatonięcia minęło niemal stulecie), ale i ustalenie trasy rejsu i odtworzyć tragedię, która miała miejsce u wybrzeży Włoch ok. 2000 lat temu.

Wziąwszy ładunek tamaryszkowych sarkofagów i marmurowych płyt na tureckim brzegu, statek skierował się na zachód. Zrobił przystanek u brzegów Hellady i uzupełniwszy ładunek marmurem z greckich portów, kapitan kontynuował rejs wzdłuż greckich brzegów, co było normalnym w tych czasach, kiedy żeglowało się tak, by nie stracić brzegu z oczu. Tak więc statek przepłynął Morze Jońskie. U brzegów Italii, w Zatoce Tarenckiej, na statek uderzył silny wiatr. Kapitan polecił rzucić kotwice, ale wiatr stawał się silniejszy z każdą minutą, pierwsza kotwica się urwała i statek zaczęło znosić w kierunku brzegu.
Najlepiej opowie o tym sam kierownik badań podwodnych Peter Trockmorton:

Potem urwały się mocne sznury i obie kotwice się zerwały i utonęły. W gęstniejącym mroku statek sunął o 6 morskich sążni tam, gdzie była granica zatoki i otwartego morza. A wiatr wiał coraz to silniej. Nie pozostało nic innego jak rzucić pozostałe kotwice. I jeszcze na podobieństwo apostoła Pawła, modlić się by dożyć do świtu. O świcie byłaby jakaś szansa, choćby ta najmniejsza, by skierować statek ku brzegowi i uratować jego i ładunek no i oczywiście znajdujących się na burcie ludzi. To było ostatnią kartą kapitana i została ona przebita. Tej nocy w odległości 500 jardów od brzegu statek poszedł na dno. Stare poszycie nie wytrzymało. Jak zwykle bywa ze starymi statkami, jeśli się je bezlitośnie eksploatuje i jeśli w czasie remontu zamiast błyszczącego brązu daje się czarne żelazo.

Tak to chytrość armatora, który nie zrobił solidnego remontu swego statku, którego wiek wynosił 100 lat, doprowadziła do zguby statek i jego załogę.


Mordercze robaki


Taka chytrość stała się też przyczyną zguby innego statku w okolicy Cypru. Statek zatonął – jakby się wydawało – na zupełnie bezpiecznym miejscu – położonego na akwenie, na którym nie było żadnych skał, raf czy skrytych mielizn. A jednak mimo tego, że było to 2300 lat temu, archeologom udało się ustalić przyczynę tej tragedii. Kiedy z dna podniesiono dziobową część statku, to okazało się, że drewniany kadłub był podziurawiony wieloma kanałami – robota robaków-świdraków okrętowych (Teredo navalis).

Tak więc pierwsze uderzenie fali było decydujące. Właściciele statku zaoszczędzili na generalnym remoncie, załadowali go kredowymi kamieniami młyńskimi na wyspie Samos, do których na Rodos doładowano niemałą ilość amfor (które pozwoliły na datowanie statku i momentu katastrofy na IV wiek p.n.e.). W rezultacie czego zginął statek i jego załoga.

Archeologom udało się nie tylko podnieść statek ale i odtworzyć jego wygląd takim, jakim on był wypływając w swój ostatni rejs. Dzisiaj ten unikalny statek – rówieśnik Aleksandra Wielkiego Macedońskiego jest wystawiony w Uniwersytecie Cypryjskim do powszechnego oglądu.


Źródło – „Tajny i zagadki”, bn/2019, ss.26-27
Przekład z rosyjskiego – R.K.F. Leśniakiewicz  


środa, 17 lipca 2019

Zaćmienie Księżyca 16.VII.2019 roku




Zaćmienie w całości widoczne w prawie całej Afryce (za wyjątkiem części północno-zachodniej), w południowej i wschodniej Europie, w południowo-zachodniej Azji, oraz w zachodniej części Oceanu Indyjskiego i południowo-wschodniej części Atlantyku; w południowej  Azji,  w  Australii  i  we  wschodniej  części  Oceanu  Indyjskiego  przy zachodzie Księżyca; w pozostałej części Europy i Afryki oraz na północnym Atlantyku przy wschodzie Księżyca. Przebieg zaćmienia (czas w GMT/CEST):

·        Początek zaćmienia półcieniowego: 16.VII godz. 18h44m - 20:44
·        Początek zaćmienia częściowego: 20h02m - 22:02   
·        Maksimum zaćmienia: 21h32m - 23:32  
·        Koniec zaćmienia częściowego: 23h00m -  17.VII 01:00    
·        Koniec zaćmienia półcieniowego: 17.VII, 00h18m - 02:18      

Maksymalna faza zaćmienia cieniowego: 0.6531, geocentryczna  opozycja  Słońca  i  Księżyca  w  rektascensji  nastąpi 16.VII.2019 o godzinie 21h39m22.1s GMT czyli 23:39.22,1 CEST.










Oczywiście wszystko zależy od pogody, a ta ostatnia jest zazwyczaj kapryśna. O godzinie 19:30 temperatura wynosiła +16,3°C, ciśnienie – 1011 i powoli spadało, wilgotność powietrza – 53%, kierunek wiatru umiarkowanego i porywistego – N-NW. Zachmurzenie początkowo wynosiło ½ i było zmienne.
Niestety, pogoda jak zawsze była kapryśna i od północy szły nad Jordanów ławice chmur. Tym niemniej udało się mi zobaczyć początek zaćmienia częściowego – cień Ziemi nasunął się na Księżyc z północnego zachodu. Niestety, potem na widowisko nasunęły się ławice chmur od północy, które powoli przemieszczały się na południe aż do rana.


Piękne zdjęcie zaćmienia nadesłał Pan Krzysztof Dreczkowski ze słowackich Novych Zamków, a które pozwalam sobie zaprezentować Czytelnikom.

Gwoli ścisłości i prawdy historycznej należy dodać, że tego samego dnia miała miejsce koniunkcja Księżyca z Saturnem, który był widoczny jako świetlista kropka na północny-wschód od Księżyca w odległości ok 5°. NB, otrzymałem kilka sygnałów, że to jakieś UFO pokazało się blisko Srebrnego Globu. Musiałem rozczarować te osoby…


Te zdjęcia zaćmienia z Krakowa, nadesłała mi Pani Agnieszka Smaczyło:








A oto wspaniałe zdjęcia zaćmionego Księżyca wykonane z Rymanowa przez Pana Janusza Słowińskiego z Darz Grzyba:






Mam nadzieję, że następny tego rodzaju spektakl będzie przy lepszej pogodzie. A taka okazja nadarzy się w dniu 11.XI.2019 roku i będzie to tzw. tranzyt Merkurego na tle tarczy słonecznej. Nawiasem mówiąc, będziemy mogli zobaczyć, w jaki sposób odkrywa się planety krążące wokół dalekich gwiazd.  

niedziela, 14 lipca 2019

UFO czy trucizna?




To wydarzenie przypomina wydarzenia sprzed paru lat, kiedy to w niektórych stanach USA zaobserwowano masowe pomory ptaków. Wtedy wytłumaczono to masowym użyciem rakiet i petard, którymi ludzie witali Nowy Rok.

Tym razem jednak ofiarami stały się ptaki z kontynentu kangurów, gdzie nie świętowano niczego. A oto ta informacja:


W pobliżu jednej ze szkół podstawowych na południu Australii padło około 60 ptaków z rodziny kakaduowatych. Jak opisywał świadek zdarzenia, ptaki "spadały z nieba". Teraz zostaną poddane badaniom.
Około 60 ptaków z gatunku kakadu cienkodziobych (łac. Cacatua tenuirostris) i kakadu sinookich (Cacatua sanguinea) znaleziono w środę w pobliżu szkoły podstawowej One Tree Hill, na północ od miasta Adelaide na południu Australii.
Jeden z wolontariuszy Casper's Bird Rescue - lokalnej organizacji zajmującej się ochroną zwierzęt - poinformował jej założycielkę o masowej śmierci ptaków.
- Otrzymałam telefon od opiekuna, który był bardzo przygnębiony. Mówił, że ptaki spadały z drzew, z nieba - powiedziała Sarah King, założycielka Casper's Bird Rescue w rozmowie ze stacją radiową ABC Adelaide.
- Przypominało to scenę z horroru - przekazała King w rozmowie z BBC. - Ptaki nie mogły latać, leżały na ziemi i zwijały się z bólu. Niektórym z dzioba leciała krew. Od razu pomyśleliśmy, że mogły zostać otrute, bo to już zdarzało się wcześniej - dodała.

Prawdopodobnie zostały otrute ?

Ptaki zostały zabrane do weterynarz Trudy Seidel, która próbowała im pomóc.
- U niektórych ptaków, które zbadaliśmy, odkryliśmy, że ich żołądki były pełne zboża, ale nie mamy żadnego raportu toksykologicznego, który by potwierdzał otrucie. Skontaktowaliśmy się z urzędem zajmującym się bezpieczeństwem biologicznym, ptaki są badane pod kątem tego, czy nie miały jakiejś egzotycznej choroby. 
King powiedziała, że raport toksykologiczny może pomóc w odnalezieniu sprawcy. - Osoby, które kupują truciznę, są rejestrowane - przekazała.
Australijski Departament Środowiska i Wody (Department for Environment and Water) poinformował, że nie można jeszcze potwierdzić przyczyny śmierci zwierząt.
- Trwają badania nad chorobami i toksynami, a ich ukończenie potrwa kilka tygodni - powiedziała w rozmowie z BBC rzeczniczka departamentu.

Oba te gatunki ptaków przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody uznawane są za pospolite, szeroko rozpowszechnione i nie grozi im wyginięcie ani nawet nie są bliskie takiego zagrożenia.


Co nam to przypomina? Mnie wydarzenia z Radziejowa Starego, gdzie na pewnej ograniczonej powierzchni padło około 200 ptaków krukowatych.

W związku z masowymi pomorami ptaków w USA, Szwecji i Chile, które miały miejsce na początku roku 2011, pragnę przypomnieć Czytelnikom pewne wydarzenia, które miały miejsce w południowej części województwa kujawsko-pomorskiego 23 lata temu – w grudniu 1983 roku. Przekazuję Czytelnikowi streszczenie materiału z kultowego reportażu Jana Trettera, który ukazał się na łamach „Ekspresu Reporterów”, Warszawa 1984, tom 5, ss. 59-98. A oto ten materiał:

* * *

Działo się to w Piotrkowie Kujawskim (N 52°33’03” – E 018°29’54”) w maju 1977 roku. Milicjant mający nocny obchód rewiru zbudził proboszcza miejscowej parafii twierdząc, że pali się kościół. Proboszcz wstał i zobaczył coś, co wprawdzie nie było pożarem, ale też nie przypominało czegoko0lwiek, co widział. Kopuła wieży kościelnej świeciła błękitnym światłem, a po chwili pojawiały się tego samego koloru „gwiazdy”. Inni świadkowie twierdzili, że wielokrotnie widzieli, jak wieża świeciła jasnym światłem, mimo tego, że była zbudowana z ciemnoczerwonej cegły. Zjawiska te nie zostały wyjaśnione do dziś dnia, a pewien uczony fizyk, który oglądał je na własne oczy stwierdził najzupełniej poważnie:
- Zwykłe zjawisko nadprzyrodzone.


Obserwacja Romana Kremplewskiego


W odległości 10 km na północ od Piotrkowa Kujawskiego leży Radziejów, a nieopodal – nieco na południowy-wschód od tego miasteczka znajduje się wieś Radziejów Stary (N 52°36’03” – E 018°35’33”) – miejscowość, w której dziwne rzeczy zaczęły się dziać w grudniu 1983 roku. Mieszka w niej Roman Kremplewski (lat 47), który w dniu 2 grudnia 1983 roku widział dziwne zjawisko na niebie:

- Był to piątek, udawałem się wtedy do Opatowic, jechałem od wschodu w kierunku zachodnim. Mogła to być godzina 19:30, kiedy zauważyłem, że od strony zachodniej, czyli od Radziejowa, coś leci. Była to grupa paru świateł. Widziałem światła z daleka i myślałem, ze zaraz usłyszę huk czy warkot silników. Ale nie usłyszałem niczego. Nadlatujące światła zbliżyły się i wówczas rozpoznałem, że są rozmieszczone na powierzchni długiego, wąskiego kształtu. Było to coś szarego wielkich rozmiarów. Przypominało mi właściwie długopis, niż cygaro, bo było smuklejsze. Naliczyłem 12 świateł w czterech kolorach: białym, niebieskim, czerwonym i zielonym. Światła rozmieszczone były niesymetrycznie i jakby bezładnie. Obiekt ten leciał według mojego rozeznania na wysokości około 300 metrów. Obrał kierunek na południowy-zachód. Widziałem go około 10 minut. Co mnie zaskoczyło, to to, że nie słyszałem żadnego huku ani szumu nawet. I rzecz najważniejsza – ten przedmiot lecąc zostawiał za sobą cztery smugi dymu jak odrzutowiec. Nazajutrz, kiedy opowiadałem sąsiadom, co widziałem, jeden z nich mówił, że w którymś z dzienników rannym mówiono, że coś takiego widziano wczoraj nad Sieradzem. (N 51°36’33” – E 018°47’14”) wymienił nawet godzinę – 20:00 – o której to „coś” pojawiło się nad Sieradzem. Potem szukaliśmy na mapie, gdzie to jest. Myślę, że tę przestrzeń – biorąc pod uwagę szybkość, przedmiot ten mógł przebyć w pół godziny.


Obserwacja Jana Gralewskiego


Tego samego dnia miała miejsce jeszcze jedna obserwacja UFO z zagrody należącej go Jana Gralewskiego (46), która mieści się w odległości pół kilometra od zabudowań Kremplewskich i w odległości 2 km od miejsca, gdzie Roman Kremplewski widział świecący światełkami NOL na niebie.

A oto relacja Jana Gralewskiego i jego syna Krzysztofa (18) o tym, co widzieli wieczorem, dnia 2 grudnia 1983 roku:

- Była późna godzina wieczorna, tak około 22:00, kiedy wyszedłem na podwórko. Nagle zobaczyłem, jak z kierunku zachodniego nadlatuje dużo świateł, może dwadzieścia, a może jeszcze więcej. Pomyślałem, że są to samoloty i zastanowiło mnie to, jak one mogą lecieć tak blisko siebie i nie trącić się skrzydłami? Wieczór był cichy, czekałem na jakiś warkot, może huk, ale nic takiego nie nastąpiło. Kiedy światła były już nade mną dostrzegłem, że były one rozmieszczone regularnie w grupach po trzy, i że trójki tworzą koło. Każda trójka świateł była w innym kolorze: białym, żółtym i czerwonym. Uważam, że światła te mogły lecieć na wysokości co najmniej 100 metrów lub wyżej. Ich szybkość była podobna do szybkości lotu samolotu.

Krzysztof Gralewski potwierdza tą relację i dodaje, że świateł było co najmniej 20 ale mniej niż 50. Poruszały się z prędkością samolotu odrzutowego, a na niebie po ich przelocie pozostały cztery smugi podobne do smug, które pozostawia za sobą samolot odrzutowy.

Porównując szczegóły to (pomijając różnicę w czasie) można stwierdzić, że obie relacje dotyczą tego samego wydarzenia. [Różnica w czasie mogła wyniknąć z missing time, któremu ulegli świadkowie, a to sugeruje, że któryś ze świadków stał się ofiarą CE-III-G lub CE4, co już jest – niestety – nie do udowodnienia.]


Obserwacja Marii Czynszak


W dniu 11 grudnia 1983 roku, mieszkająca na skraju Radziejowa Starego Maria Czynszak (52) wyszła z domu na podwórko swego obejścia i zobaczyła coś niezwykłego:

- Było około 19:00, o tej porze chodzę do obrządku. Szłam w stronę chlewu. Przy oborze paliła się silna co najmniej 150 W żarówka rtęciowa w kloszu, oświetlająca podwórze silnym światłem. Mimo to na podwórku zrobiło się nienaturalnie jasno, jakby błysk znad dachu chałupy. Z nieba spadł snop światła tak wielkiego, podobnego do dużej gwiazdy z ogonem. Światło było zielonkawe, niebieskie i żółte. Znikło po dwóch, może trzech sekundach za dachem stodoły. Było ono tak duże, jakby nad podwórkiem został zapalony silny reflektor. Leciało ze wschodu na zachód. Dźwięku, szumu, huku nie było przy tym wszystkim słychać. Leciało szybko jak samolot, a może nawet szybciej. Kiedy wróciłam do mieszkania, to córka zapytała mnie: „Mamo, czy to było UFO?” Roześmiałam się i powiedziałam – „Tak, ale nie wykazało do mnie zaufania i nie zabrało mnie.”

Ciekawą relację zdała jej córka – Elżbieta Czynszak, która w tym czasie była w mieszkaniu:

- Stałam właśnie pośrodku kuchni, kiedy na podwórku zrobiło się bardzo jasno. Spojrzałam w okno i bardzo wyraźnie dostrzegłam idącą przez podwórze mamę. Zobaczyłam nad podwórkiem błysk i lecące na niebie silne światło. Wyraźnie odróżniłam kolor zielony i jakby żółty, może przy ogonie nieco czerwieni. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam, a było to raczej dziwne i może dlatego zadałam mamie to pytanie o UFO.

Żadna z obu kobiet nie jest w stanie określić wysokości na jakiej poruszało się światło czy świecący przedmiot.
A potem był ów dziwny dzień 28 grudnia 1983 roku.


Masakra ptaków 28 grudnia 1983 roku…


Ten dzień zapisał się w kronikach ufologicznych jako jeden z najciekawszych w naszym kraju. To właśnie wtedy doszło do masakry ptaków krukowatych w okolicach Starego Radziejowa. Tak opisuje to Jan Tretter:


Relacja Marii Mielcarkowej:


28 grudnia byłam zajęta w gospodarstwie, właśnie zmierzałam do mieszkania, kiedy – ni z tego, ni z owego – spadła mi na głowę kawka. Ptak był jeszcze żywy, ale już niezdolny do lotu. Nie wyglądał na zranionego. Pomyślałam, że żerujące gdzieś w obejściu kawki dostały się w jakieś tarapaty, może którąś przytrzasnęły drzwi stodoły, albo coś w tym rodzaju… Był silny wiatr, przypadek taki wydawał mi się bardzo prawdopodobny.
Zawołałam męża. Myślał, że chcę coś zrobić, aby ptaka ratować. Ale zanim mąż przyszedł, ptak już chyba nie żył. Mąż chwycił go za skrzydło i wyrzucił poza podwórze. Rzucił się za nim jeszcze nasz pies, wyżeł. Jeżeli ptak jeszcze wtedy żył, co jest mało prawdopodobne, to pies go dodusił. Zresztą później zjadł go częściowo.
Nie przywiązywałam do tego większej wagi, nie było w tym nic nadzwyczajnego, wszystko można było prosto wyjaśnić… Pies jest zdrów do dzisiaj, żadnych objawów zatrucia czy niedomagań nie wykazuje.


Relacja Józefa Mielcarka (47):


Po zdarzeniu z kawką, do którego podobnie jak żona nie przywiązałem większej wagi, zbyt zajęci byliśmy w gospodarstwie, około godziny 12:30 wyjeżdżałem ciągnikiem z podwórka na przebiegającą obok domu szosę. Nagle zobaczyłem, że na moje pole spada gawron, jakby postrzelony. Widziałem jak kołują nad nim inne ptaki, jak zwykle wtedy, kiedy jednemu coś się stanie. Spojrzałem na drogę przed sobą i zobaczyłem, że leżą tam trzy martwe ptaki.
Nie ulegało wątpliwości, byłem świadkiem bardzo dziwnego zjawiska. W powietrzu kołowało olbrzymie stado. Ptaki nadlatywały ze wszystkich stron i nagle, jakby ulegając jakiemuś porażeniu, zaczęły bezładnie bić skrzydłami i „fajtać” jak to czasem mówią myśliwi i padać. Tam na ziemi jeszcze trzepały się przez chwilę i stawały się martwe. W sumie w krótkim czasie na polu było około 100 do 150 martwych gawronów i kawek , ale były też i szare wrony.
Wyglądało to dziwnie – mam na myśli ten moment, kiedy lot ptaka się załamywał – zupełnie tak, jakby uderzał w jakąś niewidzialną ścianę, i to gdzieś na wysokości 40 metrów. Dolatywał tam zupełnie normalnie i nagle, jakby porażony, padał.
Wszystko odbywało się w kwadracie 300 na 300 metrów. W innym miejscu niczego takiego nie było, ptaki przelatywały normalnie. I jeszcze jedno. Nad obszarem tym, dołem także przelatywały ptaki, mniejsze – chyba wróble, z nimi również nic się nie działo. Przelatywały najzupełniej normalnie, bez niemniejszych zakłóceń.
Uznałem, że zjawisko to jest na tyle niecodzienne, że należy zawiadomić milicję. Nie zwlekając zadzwoniłem do Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Radziejowie.

Milicja i służby weterynaryjne pojawiły się szybko na miejscu incydentu, i…


Relacja lekarza weterynarii Andrzeja Skrzyńskiego:


[…] Zjawisko wystąpiło tylko na terenie jednej wsi – Stary Radziejów i to na bardzo małym obszarze. Czy wystąpiło jeszcze gdzieś? Nie wiem, nie słyszałem, nie mieliśmy żadnych sygnałów. Padały przede wszystkim kawki i wrony, a więc krukowate. Wróble i inne ptaki się nie truły.
Byłem tam. Pozostawiłem całą grupę i spokojnie bez pospiechu, dość uważnie patrząc, co się będzie działo, wszedłem na to pole. Niczego nie odczuwałem. […]
Obserwowałem padające ptaki. Nawet przypominam sobie, patrzyłem na taką jedną kawkę, która upadła w pobliżu mnie i wydawało się, że jest w dość dobrym stanie. Podszedłem, ptak zajął postawę obronną taką jakby chciał jeszcze zaatakować, ale już nie miał na to siły. Czekałem przez chwilę sądząc, że poleży i odpocząwszy jakoś z tego wyjdzie. Po chwili nastąpiła śmierć
Wszystkie martwe ptaki jakie obserwowałem miały dzioby uwalane w ziemi, być może osłabłe usiłowały się podpierać nimi. Ale mogły też wcześniej żerować gdzieś na polu.
Zdychające ptaki krzyczały. Może to był lęk, a może – co najprawdopodobniejsze – ból. Ich śmierć następowała w męczarniach. Stojąc na polu naliczyłem w zasięgu wzroku dwadzieścia martwych ptaków.[…] Wszystkie one padły tylko w tym miejscu.
Wyniki sekcji zwłok nie dały odpowiedzi na pytanie, co je zabiło. Przyjęto że było to zatrucie jakimiś środkami chemicznymi używanymi w rolnictwie.

* * *

Dziwne to wszystko – nieprawdaż? Być może w Australii miało miejsce takie właśnie wydarzenie? Obawiam się, że przyczyna może być równie prozaiczna, jak w przypadku zatrucia stada wróbli w Oświęcimiu, gdzie stadko ptaków wpadło w chmurę chloru, która wydobyła się z tutejszych zakładów chemicznych.

Osobiście zetknęliśmy się z podobnym przypadkiem, który miał miejsce w Oświęcimiu we wrześniu 2005 czy 2006 r., gdzie znaleziono – na jednej z ulic miasta! – stadko padłych ptaków. Prasa wysnuła hipotezę, że winnym jest kierowca TIRa, który wbił się swym samochodem ciężarowym w lecące stado ptaków i po prostu je zabił. Hipoteza dobra jak każda inna, ale…

Oczywiście udaliśmy się na miejsce tego incydentu i po oględzinach doszliśmy do jednego wniosku. Nie mógł to być żaden wypadek samochodowy, bowiem ptaki padły niemal na skrzyżowaniu, a zatem domniemany kierowca musiałby przejechać przez nie z prędkością co najmniej 80 – 100 km/h, a to było już fizycznie niemożliwe. Po pierwsze dlatego, że było to ruchliwe skrzyżowanie, a po wtóre – musiałby się przed nim zatrzymać, nawet gdyby miał pierwszeństwo przejazdu.

Hipoteza „samochodowa” odpadała w przedbiegach. Rozpytaliśmy zatem ludzi w okolicznych sklepach i zakładzie fryzjerskim oraz ludzi na ulicy. No i co się okazało? Ano okazało się, że w tym samym dniu – w którym znaleziono padłe ptaki – w całym mieście czuć było wyraźny „chemiczny” zapach, który niektórzy ludzie określili jako woń chloru lub czegoś podobnego.

A zatem sprawa była jasna – w Zakładach Chemicznych Oświęcim musiało dojść do ulotu chloru, który – jako cięższy od powietrza – spłynął pomiędzy ulice. Pogoda w tym czasie była niemal bezwietrzna i słoneczna, co nie sprzyjało rozprężaniu się toksycznego obłoku, a co więcej – doszło także do reakcji chloru z dwutlenkiem węgla, co wytworzyło zabójczy gaz bojowy – fosgen – COCl2. Jest to bezbarwny gaz, silnie trujący i duszący, o zapachu świeżo skoszonej trawy, zgniłych owoców. Nazwa oznacza zrodzony ze światła jako, że po raz pierwszy w 1812 roku został zsyntezowany przez Johna Davy'ego podczas ekspozycji mieszaniny tlenku węgla i chloru na światło słoneczne. Stężenie 0,1 g fosgenu w 1 m³ powietrza powoduje nagły zgon, stąd niegdyś (I wojna światowa) był wykorzystywany jako gaz bojowy na polu walki, stanowiąc przyczynę ok. 80% zgonów spowodowanych przez gazy bojowe. Po raz pierwszy został użyty jako bojowy środek trujący w formie gazu przez Francję i Niemcy w czasie I wojny światowej w 1915 roku.

W niskim stężeniu chlor i fosgen nie szkodził ludziom, ale małym ptakom mógł zaszkodzić. Wystarczyło, że stadko sikorek czy wróbli wleciało w obłok mieszanki chloru i fosgenu, by doszło do ich zatrucia i uduszenia. Rezultat mógł być tylko jeden – śmierć… Całą sprawę opisaliśmy na łamach nieistniejącego już czasopisma „Eko Świat”.

A zatem powstaje pytanie: czy w opisanym przez Jana Trettera przypadku mieliśmy do czynienia z Niewidzialnym Nieznanym Obiektem Latającym (NNOL) czy z obłokiem trującego BŚT w rodzaju np. sarinu czy choćby – jak w przypadku oświęcimskim – mieszaniny chloru z fosgenem? Odpowiedź brzmi – nie. Nie mógł to być obłok gazu trującego, bowiem wszystkie relacje mówią, że tego właśnie dnia było pochmurno i wiał silny wiatr, który musiałby doprowadzić do rozproszenia się i rozcieńczenia hipotetycznego obłoku gazowego. Poza tym gaz musiałby być wyczuty także przez ludzi i inne zwierzęta – szczególnie psy i lisy. A te zachowywały się spokojnie. Co więcej – i psy i lisy zjadały padłe ptaki, bez żadnej szkody dla siebie…

A zatem pozostał tylko NNOL albo jeszcze coś, co mogło mieć związek z programami amerykańskich i radzieckich „gwiezdnych wojen”. A zatem broń falowa, cząsteczkowa, radiacyjna broń laserowa i inne cudeńka z arsenału SDI/NMD.


sobota, 13 lipca 2019

Dawno temu w Czernobylu…




Katastrofa w CzEJ wydarzyła się w ponad trzy dekady temu i wciąż wokół nie stoją znaki zapytania i coraz to nowsze tajemnice wychodzą na światło dzienne. Jedną z nich ujawniła niedawno lubelska witryna internetowa „Się myśli”, która opublikowała wspomnienia Jacka Wałdowskiego – artysty-plastyka z Lublina. A oto ten zdumiewający materiał:


Ta przygoda zaczęła się trzy dni wcześniej, przed 26. kwietnia 1986. Poszedłem do wojska, gdzie powołano mnie na stanowisko plastyka. Najpierw 3-miesięczne szkolenie w Warszawie. Było nas 12 osób. Potem przydzielono wszystkich do różnych okręgów wojskowych, mnie trafił się pomorski, ze sztabem dywizji w Koszalinie. Zostałem plastykiem dywizyjnym na czas pokoju. W czasie wojny natomiast wyznaczono mnie jako dowódcę wozu chemicznego, o czym nie miałem zielonego pojęcia. Wóz ukryty w garażu widywał jedynie mechanik, ja się na tym nie znałem.

Którejś pięknej nocy (była akurat przysięga młodego rocznika) miałem 3-dniowy okres pracy, bo trzeba było przygotować uroczystość. Zbudził mnie mój dowódca, którego zobaczyłem pierwszy raz na oczy, choć służyłem już rok. Zakomunikował mi, że czym prędzej muszę przeszkolić się w obsłudze wozu chemicznego. Gdy spytałem, co się stało, okazało się, iż sam nie wiedział, o co chodzi. Szkoliłem się półtora dnia, o godzinie 22:00 w nocy –  wyjazd. Ogólny rozkaz: w stronę Elbląga. Kazali mi badać powietrze, grunt, oczywiście numery taktyczne ukryte, w dzień musieliśmy kryć się w lesie, pracowaliśmy tylko w nocy. Zastanawiały mnie te dziwne ćwiczenia, bo promieniowanie było 10 razy większe, niż normalnie. Na nasze pytania dowódcy nie odpowiadali, podejrzewam, że nie znali prawdy, sami uważali, iż to kolejne szkolenie. Mój bezpośredni przełożony był w panice, bo szkolenie dowódców takich wozów trwa ok. pół roku. W ciągu 2 nocy dojechaliśmy do Elbląga, pod Elblągiem chciała nas zatrzymać policja[1], bo pobieraliśmy próbki przy drodze (całkowicie zmechanizowanym sposobem, bez wychodzenia z maszyny pobiera się próbki gleby itp.). Policja kazała nam wychodzić. Zadzwoniłem do dowódcy: co mam zrobić, bo policja chce nas spisać. Polecił zignorować ich i odjechać. Z Elbląga jechałem w kierunku Białegostoku. Promieniowanie było coraz większe. Człowiek, odpowiedzialny za stronę chemiczną, był przerażony. Wyglądało to według niego, jakby gdzieś wybuchła bomba atomowa.

 Dojechaliśmy do miejscowości, gdzie była baza przeładunkowa w głębokim lesie, nie pamiętam jej nazwy. Czekaliśmy tam jeden dzień, w międzyczasie nasz wóz załadowano na eszelon. W nocy ruszyliśmy, ale nie miałem zielonego pojęcia – dokąd. Jeśli staliśmy, to w szczerym polu, bez kontaktu z ludźmi. Rosjanie pilnowali nas, jakbyśmy jechali na Sybir. Na miejsce dojechaliśmy w nocy. Mieszkaliśmy w szkole, spaliśmy w sali lekcyjnej.

Na drugi dzień przyjechał łazik, zawieźli nas do jakiegoś miasteczka. Podszedł do nas facet w dziwnym mundurze – okazało się, że Francuz. Francuskie oddziały chemiczne były tam od samego początku – słodka tajemnica Układu Warszawskiego. Opiekowali się nami, dopiero od Francuzów dowiedziałem się, gdzie jestem i że w ogóle w Czernobylu jest elektrownia atomowa i że to jest na Ukrainie, czyli wówczas w Związku Radzieckim.

 Mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Głównie dzięki Francuzom, bo przez cały czas, gdy tam byłem, rzadko widywałem rosyjskich żołnierzy. Na drugi dzień samochód zawiózł nas na teren elektrowni. Dwóch naukowców pojechało z nami, by wziąć próbki gleby, powietrza, zrobić zdjęcia. Na samochodzie bojowym zainstalowana była kamera. Byliśmy w najbardziej zagrożonej strefie ok. pół godziny. Później w książkach opisywali tych samobójców – komsomolców, którzy w samych fartuchach, bez żadnego zabezpieczenia, wynosili stamtąd gruz. Było takich trochę. A przecież 3 dni tam to śmierć. My odkażaliśmy się i badano nas po każdym pobycie. Dostaliśmy francuskie mundury. Musieliśmy codziennie zjeść tabliczkę czekolady i 2 pomarańcze, obowiązkowo. I tak 50 km od Czernobyla, gdzie była baza, też było potężne promieniowanie, ale żeby zachorować – trzeba by było siedzieć tam pół roku. Ja byłem tam 4 dni, nie wiem jednak, czy moje obecne dolegliwości nie są powiązane z pobytem w Czernobylu. Ale żaden medyk nie umie tego na 100% potwierdzić. Każdego dnia po powrocie z wypadu, procedura się powtarzała. Przyszedł jakiś pułkownik rosyjski i zrobił straszną awanturę, że polski żołnierz ubrany jest we francuski mundur. Na drugi dzień znalazły się polskie mundury.

Na miejsce katastrofy dotarła jeszcze inna jednostka chemiczna z Polski, ale tak załogą manewrowano, że nie wiedziałem o tym, nie spotkaliśmy się. Przyjechali też Holendrzy, ale ich nie widziałem. Razem zrobiłem 7 wypadów, najbliżej od silosa[2] byłem ok. 10 metrów. Wóz był bezpieczny, ten typ wytrzymuje wybuch bomby atomowej, jest szczelny nawet przy fali uderzeniowej. W Układzie Warszawskim były 4 takie, przygotowane, wozy. Pewnej nocy załadowali nas, dostaliśmy prowiant od Francuzów na 3 dni i któregoś pięknego dnia obudziliśmy się w Elblągu. Przyjechał po nas samochód z Koszalina i pojechaliśmy tam. Szkolono nas przez 3 dni, co mamy mówić, a czego nie, jakie obowiązują nas tajemnice. Jeszcze z tydzień posiedzieliśmy w jednostce i wysłano nas na urlop. W Polsce nie interesowano się nami, żadnych badań lekarskich, nic, choć wszyscy – lekarze, wojskowi, a po nagłośnieniu wypadku przez Szwedów i opinia publiczna – wiedzieli, co wydarzyło się w Czernobylu. Ale to jeszcze czasy, kiedy wszystko było podszyte polityką, więcej do powiedzenia miał oficer polityczny, niż fachowiec. Połowa mojego szkolenia to tyrady jakiegoś pana od polityki.

Po ok. 10 latach zapomniałem o ukraińskim epizodzie. W rok po wojsku szwagier robił mi badania lekarskie i nie wykrył żadnych dziwnych nieprawidłowości. Ale po 10 latach, w 1995 chyba, miałem wezwanie do WKU. Była jakaś dziwna rozmowa, pytali się o mój stan zdrowia, co teraz robię. Zdenerwowałem się, ale nie chcieli do końca powiedzieć czy chcą mnie brać do wojska, o co im w ogóle chodzi. Więc wyszedłem, nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego. Poza tym nie interesowali się mną już później. Utrzymuję kontakt z ludźmi, którzy ze mną tam byli. Różnie się ich losy potoczyły: jeden jest alkoholikiem (czy to wpływ promieniowana?), inny jeździ wywrotką (zawsze lubił duże samochody). Nimi też państwo się nie interesuje i raczej nie mają problemów zdrowotnych, związanym z promieniowaniem.

O naszej przygodzie nigdy nie próbowaliśmy informować mediów. To był tylko epizod, jedynie 3 osoby. Druga grupa chemiczna z Polski składała się 7 osób. Może był ktoś jeszcze. Nasza trójka chyba pierwsza dotarła do silosa. Widok był zatrważający, silos miał kolor siny – siny beton, porozrywany i wszędzie ludzie kręcący się tam bez zabezpieczeń. Widziałem też tego słynnego reportera z Moskwy, którego zdjęcia jako pierwsze obiegły świat, bo Moskwa je puściła. Był bardzo sympatyczny. Pół roku później zmarł na chorobę popromienną. On też chodził tam bez zabezpieczeń, jego kierowca powiedział mu, że nie ma potrzeby. Widziałem akcję wywożenia miejscowej ludności, autobusy na okrągło ich wywoziły, ale tylko z najbliższej, tzw. drugiej strefy. A powinny wywozić też mieszkańców 3. strefy (30 km od centrum wybuchu). Mieliśmy szczęście, bo po awarii spadły deszcze i chmura była mniejsza, w jeziorach mazurskich rybki pewnie ładnie by świeciły. W Polsce podawano chociaż jod, ale w Związku Radzieckim nie było żadnej opieki medycznej. Wiem to od naukowców francuskich. Francuski sierżant Kowalski – pięknie po polsku mówił – był naszym tłumaczem i opiekunem (pochodził z rodziny emigrantów).

Cały czas były polityczne naciski, by odizolować nas od Francuzów. Ale Rosjanie nie mogli nam niczego zaoferować, sami ściągnęli z całym sprzętem dopiero 2 tygodnie po wybuchu, wcześniej było tylko ich wojsko. Nasz sprzęt? Wóz bojowy: BWP (Bojowy Wóz Piechoty) – to taki lekki czołg, który również podobno pływa, choć pewnie poszedłby na dno pod ciężarem  przywiezionej  aparatury.

Po powrocie do jednostki – sprzęt też wrócił, umyty pięknie – zobaczyłem jak stał z powrotem w specjalnym garażu, zamknęliśmy go i do końca służby go nie widziałem. Nawet, gdy ogłaszano alarmy, ćwiczenia, tego wozu nie używano. A ja jeździłem jako adiutant mojego dowódcy politycznego, człowiek od grania w szachy. Potem „Dziadek” nie zabierał mnie już na poligony.

W wojsku nas, niepoprawnych moralnie plastyków, uczono musztry, by taki brudny pacyfista jakoś wyglądał i wpajano nam myśl marksistowsko-leninistowską. Często były zabawne awantury. Olewaliśmy to, jak mogliśmy, byliśmy tam jak za karę. W wojsku zarabiałem więcej niż wcześniej, w teatrze, ale nie było warto.

 Jeszcze rok służyłem „ku chwale Ojczyzny”. Nikt już nie zajmował się naszym BWP-em.

Chemik zaczął pić już w wojsku. A ja dostałem awans na starszego kaprala, byłem podobno strasznie zaawansowany wojskowo. Przyszła moda, żeby każda żona oficera prowadziła własny modny butik, robiłem im reklamy, ale nie za darmo. Wróciłem do funkcji wojskowego plastyka. Trochę kasy się ukręciło.

Potem cywil i tyle. Czernobyl dawno wymazałem z pamięci. Chociaż…[3]

Jacek J. Wałdowski


Moje 3 grosze


Pamiętam, jak służąc w GPK WOP Świnoujście, w pierwszych dniach kryzysu czarnobylskiego, mieliśmy polecenie zbierania wszelkich informacji na temat zasięgu i poziomu radiacji, bowiem – jak się okazało – nie mieliśmy żadnych swoich źródeł, a te, które były w PRL podawały różne dane. A to było tak: pamiętam, jak zaraz pierwszego dnia nadjechała z Ystad wycieczka dzieci z Goeteborga czy Malmö i ich opiekunki zaskoczyły mnie pytaniem o poziom promieniowania w Polsce. Powiedziałem, że nic mi o tym nie wiadomo, na co ona pokazała mi „Expressen” i „Svenska Dagbladet” z mapką skażeń na terenie Europy Środkowej i Północnej. Oczywiście zrobiłem fotokopię tej mapki i powiadomiłem o wszystkim przełożonych. Jeszcze tego samego dnia przyszło z Warszawy to właśnie polecenie.

Przebąkiwano także o tym, że do Czarnobyla pojechali polscy specjaliści wojskowi z Wojsk Chemicznych z Krakowa, a zatem była to jakaś część prawdy. Ciekawa jest wzmianka o żołnierzach francuskich i holenderskich, jako że w żadnej książce na temat katastrofy w CzEJ nie było o tym żadnej wzmianki – nawet po 1989 roku…

Potem przez jakiś czas myto wszystkie wagony przyjeżdżające na Bazę Promów Morskich PŻB ze wschodniej granicy i były ładowane na MF Mikołaj Kopernik i MF Jan Heweliusz, które je woziły do Szwecji. Niektóre z nich wypromieniowywały nawet 300 mR/h – i te były myte silnym strumieniem wody, która szła do kanału portowego i do Bałtyku... Podobnie robiono w Ystad. Obawiam się, że było to robione tylko dla uspokojenia ludności, bo w sumie radioaktywne paskudztwa i tak wchodziły do ekosystemu…    


Opinie Czytelników


Robert, że też wygrzebałeś taką perełkę! Wątek z wojskiem francuskim zupełnie mnie zaskoczył, przynajmniej ja nigdy nie słyszałem o czymś takim. Okazuje się, że z polityką jest jak z duszą - ciało swoje, dusza swoje... a wojsko jeszcze swoje (Avicenna)

Także "służyłem "w tym czasie w wojsku, a dokładnie w Lublinie w jednostce na Majdanku i podobnie jak autor wspomnień byłem plastykiem w jednostce choć na takie wycieczki mnie nie zabierano, wspomnień oczywiści moc ale to na inny post, może ... (Bogusław Nosidlak)


Proszę o więcej takich wiadomości. (Atena)

Udostępniłam u siebie. Bardzo ciekawe wspomnienia i z "pierwszej ręki". Nikt takich jeszcze nie publikował. Dzięki Robercie, Twoje wiadomości z wielką uwagą czytam. (Elżbieta Slubowska)


Rewelacyjne wspomnienia, bez niepotrzebnych ozdobników, robi wrażenie ! (Zofia Dudek)  

Przed 2000 rokiem czytałem w polskiej prasie artykuł na temat katastrofy w Czarnobylu. Podzielę się z Panem, o tym co pamiętam z tego artykułu. W ZSRR w 1986 roku w pełni rozkwitała Głasnost’ i Pierestrojka. Gorbaczow pozwolił  na współpracę i wymianę myśli technicznej z Zachodem instytutom w ZSRR. Około 99% artykułów opisuje skutki katastrofy a nie przyczynę. Przyczyną był eksperyment-jak zachowuje się reaktor w ekstremalnych warunkach tj. przy wyłączonym chłodzeniu. Jakie ilości plutonu można wtedy wyprodukować? Może fizyk jądrowy wypowie się na ten temat,  a nie dyletanci w Twoim artykule. Owe eksperymenty były zlecone przez USA w ramach wymiany naukowej. ZSRR akademik który zlecił ten eksperyment (nie pamiętam imienia) popełnił samobójstwo. Taki sam reaktor jak w Czernobylu pracuje w Chmielnickim. Ale w 1986 roku dyrektor Chmielnickiej Elektrowni odmówił wykonania tego rodzaju eksperymentu. Niech Pan sprawdzi - są takie same reaktory w obydwu elektrowniach. Ten w Chmielnickiej pracuje do dzisiaj.
Katastrofa w Czernobylu nie była przyczyną rozpadu ZSRR. Koszt katastrofy ok 30mln $ był do udźwignięcia przez gospodarkę ZSRR. Po prostu ryba psuje się od głowy tj. Gorbaczowa - anarchia, załamanie struktur państwowych i rozpad.
Mathias Rust nie doleciałby do Moskwy bez międzylądowania i tankowania paliwa w 1987 oraz protekcji że nie zostanie zestrzelony. Czy Pan wierzy ze Rust wylądował na polu i z pobliskiego traktora zatankował naftę lotnicza??? Konsekwencja lądowania Rusta na Placu Czerwonym była czystka w armii – tj. 3tys dowódców w armii zostało zdymisjonowanych. Podobnie jak w 1936-1937 za Stalina.
Próby odzyskania kontroli nad Rosja przez patriotów w 1993 roku zakończyły się fiaskiem. Słynne strzelanie z czołgu do Parlamentu. Wtedy to „demokraci z USA” walizkami dolarów przekupywali  dowódców rosyjskiej armii. Dzięki tym działaniom ograbiona Rosja zbankrutowała w 1998. Emeryci przez 6 m-cy nie otrzymywali emerytur czy rent. Taka jest prawda. (Mariander





[1] Wtedy jeszcze Milicja Obywatelska (MO).
[2] Chodzi o budynek reaktora nr 4, który uległ katastrofie.