środa, 16 stycznia 2019

Niespodzianki Neptuna




Władimir Władimirow


Według znanego nurka Harry’ego Reisenberga, który poświęcił swe życie szukaniu skarbów pod wodą, na dzień dzisiejszy pod wodą znajdują się złoto, srebro, kamienie i inne cenne rzeczy o wartości 600.000.000 USD!

Poszukiwanie podwodnych skarbów w ciągu ostatnich dziesięcioleci stał się całkiem dochodowym biznesem. W Rosji u źródeł poszukiwań stał inż. morski Władimir Siergiejewicz Jazykow. Jakież to niespodzianki przygotował poszukiwaczom podmorskich skarbów bóg mórz Neptun?


„Black Prince”


- Feliksie Edmundowiczu, mnie przywiodła do was bardzo ważna dla naszego młodego państwa sprawa – rozpoczął swoją mowę obywatel, który kilka tygodni starał się o przyjęcie go przez wszechwładnego szefa OGPU Dzierżyńskiego.

Rzecz miała miejsce w 1923 roku. Żeby otrzymać audiencję u Żelaznego Feliksa, musiały być po temu bardzo ważkie przyczyny. I okazało się, że rzeczywiście takimi one były.
Gospodarz gabinetu kiwnął głową.
- Moi pomocnicy mówili mi o was, towarzyszu Jazykow, ale ja chciałbym usłyszeć o sprawie – jak to się mówi – z pierwszych ust. Siadajcie i dokładnie zreferujcie mi wasze stanowisko.
Przybyły odkaszlnął nerwowo i zaczął energicznie referować sprawę, z którą przyszedł.
- 2 listopada 1854 roku, na redzie Bałakławy wskutek straszliwego sztormu zatonął angielski parowiec SS Black Prince. Zginęła cała załoga nieszczęsnego statku, a na dnie znalazła się kasa z żołdem w złocie dla angielskich wojsk ekspedycyjnych. Tak więc proponuję, Feliksie Edmundowiczu, zorganizować pracę nad wydobyciem złota z morskich głębin przy pomocy nurków i specjalnej techniki. Wydatki na te prace są nieporównywalnie mniejsze niż wartość skarbu, i tak na to teraz należałoby patrzeć. Oczywiście wszelkie cenne rzeczy zostaną przekazane Skarbowi Państwa i będą przekazane na potrzeby naszego robotniczego narodu, o czym nie wątpię.

Po reakcji głównego czekisty widać było, że rzecz go zainteresowała. Feliks Edmundowicz wstał, pochodził po gabinecie nad czymś myśląc, a potem odrzekł:
- Prześlijcie dokładną informację na ten temat na moje nazwisko, w której wyszczególnicie wszystko, co będzie potrzebne dla tej ekspedycji. Mam na myśli niekonwencjonalne wyposażenie techniczne, specjalistów do jego obsługi i finansowe środki na ich wykonanie. Mam nadzieję, że wykonacie tą potrzebną i pożyteczną dla kraju pracę. Z mojej strony zrobię wszystko, żeby wam pomóc w jej wykonaniu.

Dzierżyński dotrzymał słowa, i wkrótce na świecie pojawiła się nowa organizacja – Ekspedycja Prac Podwodnych Specjalnego Znaczenia – EPRON. Do dyspozycji Jazykowa skierowano 30 doświadczonych specjalistów od podnoszenia statków i pracy nurków, którzy pragnęli podnieść skarb z wraku Black Prince’a.

Prace przedłużały się do 1926 roku. Z inicjatywy Jazykowa włączono do nich nawet specjalistów z Japonii. W tym czasie cieszyli się oni reputacją najlepszych i najbardziej doświadczonych podwodników. Podpisano z nimi kontrakt, na mocy którego wydobyte złoto podzielono 50/50 z Japończykami. Ale nie bacząc na rozmach i chęć wydobycia ładunku, zdobyczą fanatycznych poszukiwaczy znaleziono jedynie 7 złotych monet z epoki wiktoriańskiej. Trzy z nich dostało się Japończykom.


A złota nie było!


Żeby jakoś powetować sobie gigantyczne wydatki, została rozpuszczona pogłoska: samego Black Prince’a nurkowie nie znaleźli i dlatego współcześni nurkowie wciąż mają nadzieję na znalezienie tego załadowanego złotem wraka. Chociaż w latach 80-tych ub. stulecia nasi historycy definitywnie ustalili: złota na pokładzie Black Prince’a nigdy nie było. Potwierdziły to dokumenty brytyjskiej Admiralicji.

Szef ekspedycji Jazykow wcale nie ukrywał, że jego wizyta u Dzierżyńskiego miała na celu nie tyle szukanie mitycznego złota, ale utworzenie w kraju samodzielnej służby ratownictwa okrętowego, a także wszelkich innych prac podwodnych.

Będący fanatykiem swego dzieła, Jazykow osiągnął swoje. Dzięki jego odważnym przedsięwzięciom zaszedł poważny skok jakościowy w badaniach morskich głębin. Należy odnotować, że EPRON nie ograniczał się tylko do praktycznej działalności, ale operatywnie włączał się do prac naukowych. Inżynierowie, technicy i konstruktorzy zaprojektowali nasze podwodne aparaty ratunkowe pod egidą EPRON-u. najpierw posługiwali się nimi nurkowie-amatorzy, a w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej czyli II Wojny Światowej stały się one standardowym wyposażeniem piechoty morskiej.

Potężnym impulsem do podwodnych poszukiwań skarbów stało się wynalezienie przez Jeana Jacquesa Cousteau i Emile Gagnana akwalungu. Lekki, kompaktowy i wszechstronnego użytku aparat nieporównywalnie powiększył możliwości swobodnego nurkowania. Od razu znalazł on zastosowanie do poszukiwań i eksploracji wraków zatopionych statków i wydobywania z nich cennych ładunków. Nowy rodzaj podwodnej działalności otrzymał nazwę rock diving - swobodnego nurkowania. Szybko okazał się być bardzo niebezpiecznym sportem i szybko zwiększała się ilość jego ofiar – nurków ekstremalnych.

Ofiarą swobodnego nurkowania stał się ukochany syn J.J. Cousteau – Philippe Cousteau. On zginął w 1956 roku w czasie badań wraka zatopionego liniowca pasażerskiego SS Andrea Doria. 









Dzikie nurkowania


Podwodne poszukiwania skarbów to kosztowna zabawa. Samo wyposażenie swobodnego nurka kosztuje jakieś 3000 EUR, a podwodny wykrywacz metali, mieszalnik gazów i kompresor – dalszych 8000 EUR. Ale to nie zatrzymuje fanatyków swobodnego nurkowania. Szczególnie irytujący są dzicy nurkowie-poszukiwacze, którzy po barbarzyńsku pozyskują z wraków wszystko, co ma jakąś wartość. Najbardziej dostępnym dla naszych nurków Morze Czarne, ale jego dno zostało dokładnie oczyszczone w latach 60-tych XX wieku przez specjalistów wojskowych. Oni podnieśli wszystko, co było cenne z tych wraków statków zatopionych w okrutnych czasach wojny.

Statki drewniane, które zatonęły w czasach Wojny Krymskiej w 1854 roku, były zasypane kamiennymi bałwanami, które zrzucano na nie w czasie anty-dywersyjnych działań podjętych po tajemniczym zatonięciu pancernika Noworosyjsk, otrzymanego w ramach reparacji od Włoch[1] . Uważano, że miny pod kadłub pancernika podłożyli włoscy płetwonurkowie-dywersanci. Wysocy rangą wojskowi wysnuli hipotezę, że dywersanci ukryli się w pozostałościach okrętów wojennych, co posłużyło im jako baza do działań dywersyjnych.[2] W ten sposób Morze Czarne nie jest czymś interesującym dla współczesnych podwodnych eksploratorów.


Mistyczny trójkąt


Nie ma nic dziwnego w tym, że poszukiwacze skarbów zwrócili swą uwagę na egzotyczne kraje, gdzie znajdują się obiekty dla wykazania się męstwem, przebiegłością i mistrzostwem. Nurkowie-poszukiwacze wcale nie kryją się z tym, że pragną sławy i bogactwa dzięki znalezionym i wydobytym skarbom.

Ich nadzieję rozbudzają historie o poszukiwaczach, którym się powiodło. I tak np. roku 1985, pionier biznesu podwodnych poszukiwań Mel Fisher podniósł skarb złożony ze złotych monet z pokładu hiszpańskiego galeonu Nuestra Seniora de Atocha, który zatonął u amerykańskich brzegów w okolicach portu Florida Keys, FL w 1622 roku. Wartość znaleziska była oceniana na 400 mln USD. W 2015 roku amerykańska kompania „Odyssey”[3] , która od wielu lat specjalizuje się w poszukiwaniach zatopionych statków[4] , odkryła w Atlantyku tajemniczy galeon, na pokładzie którego znajdowało się 500.000 dziwnych monet, a także sztabki złota i srebra. Masa skarbu wynosiła 17 ton. Przybliżona wartość skarbu wynosiła 500 mln USD.  

Monety wydobyte przez Amerykanów z głębiny wedle ekspertów miały wielką wartość dla kolekcjonerów.

Współwłaściciel kompanii „Odyssey” – Greg Stemm oświadczył, że miejsce znalezienia skarbu znajduje się poza wodami terytorialnymi jakiegokolwiek państwa, a zatem nie należy do jakiegokolwiek kraju.

Drogocenny ładunek przewieziono do USA. Aby go zapakować potrzeba było 100 plastykowych kontenerów.

Eksperci uważają, że monety podniesione z dna oceanu znajdowały się na pokładzie statku towarowego, który uległ katastrofie morskiej w odległości 40 mn/72 km na SW brzegów Anglii w XVII wieku.

Interesujące fakty były przedstawione w 1973 roku przez angielski „Rejestr Żeglugowy Lloyda”. Wedle statystyk tego towarzystwa, do początków 1974 roku zatonęło ogółem 60.000 handlowych i rybackich jednostek o wyporności >100 RT. Są to jedynie przybliżone dane, zebrane przez jedno towarzystwo asekuracyjne.

Szczególną uwagę Anglików przyciągają cmentarzyska statków – wrakowiska, znajdujące się w takich miejscach jak mistyczny Trójkąt Bermudzki, przylądek Hatteras, zatoka Vigo i zatoka Zuider See.[5] Te cmentarzyska statków można nie bez kozery nazwać podwodnymi Klondyke’ami[6] .

Dla nurków nie chcących ryzykować życiem dla skarbów, obrotni biznesmeni organizują wyprawy do sztucznych podwodnych skarbów na sztucznych wrakowiskach. Oni umieszczają w wodzie zużyte wagony tramwajowe, autobusy, stare czołgi i inne pojazdy wojskowe, a potem kierują w głębiny grupy turystów-płetwonurków, pod kierownictwem instruktorów maja one pełną możliwość rozkoszowania się podmorskimi pejzażami i przy pomocy aparatów fotograficznych i kamer uwiecznić siebie na tle zatopionej barki czy czołgu.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 31/2018, ss. 12-13
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz          



[1] Pancernik Noworosyjsk ex Giulio Caesare. Uzbrojenie: 10 x 320 mm, 12 x 120 mm, 8 x 100 mm plot, 12 x 37 mm plot, 12 wkm x 13,2 mm plot. Okręt zatonął w dniu 28/29.X.1955 roku z powodu tajemniczego wybuchu w części dziobowej, z 1236 osób załogi zginęło 611 oficerów i marynarzy. Ostateczny raport z dnia 17.XI.1955 roku stwierdzał, że najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy była eksplozja pod dnem pancernika niewytrałowanej niemieckiej miny dennej z czasów II wojny światowej. Ponieważ dochodzenie pozostawiło bez odpowiedzi niektóre kwestie, sprawa zatonięcia pancernika Noworossijsk jest wciąż pożywką dla różnych teorii spiskowych. Pojawiają się np. twierdzenia, że za tą katastrofą stali brytyjscy lub włoscy płetwonurkowie-dywersanci, a ich celem miało być wywołanie wybuchu atomowego w porcie w Sewastopolu (w komorach amunicyjnych okrętu miały być przenoszone pociski artyleryjskie z ładunkami nuklearnymi) lub że była to prowokacja KGB (Wikipedia). 
[2] Coś takiego pokazano w jednym z filmów o agencie 007 – Jamesie Bondzie, który działał z takiej bazy we wpółzatopionym statku znajdującym się w awanporcie Hong Kongu.
[3] Odyssey Marine Exploration angażuje się w eksplorację głębin oceanów za pomocą innowacyjnych metod i najnowocześniejszych technologii zapewniających dostęp do najważniejszych zasobów na całym świecie. Naszym głównym celem jest odkrywanie, opracowywanie i wydobywanie minerałów głębinowych. Odyssey wykonuje także usługi morskie dla klientów prywatnych i rządów. (https://www.odysseymarine.com/)
[4] Obecnie przedsiębiorstwo to zaangażowało się w poszukiwania malezyjskiego Boeinga 777-200ER w lotu MH-370, który zaginął bez śladu w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach w dniu 8.III.2014 roku.
[5] Obecnie jezioro Ijsselmeer.
[6] Miejscowość Klondyke, podobnie jak Nome czy Teller na Alasce była znana w czasie alaskańskiej gorączki złota, z tego względu jej nazwa stała się synonimem wielkiego bogactwa.

wtorek, 15 stycznia 2019

Czy tylko dziki?




A teraz odgłosy prasy z terenu. Poniższy materiał prezentuję dzięki uprzejmości Redakcji portalu Sięmyśli.info.ke, której w tym miejscu dziękuję za zezwolenie do udostępnienia szerszej publiczności. A oto ten materiał:

 Niektórzy z sygnatariuszy apeli o odwołanie rzezi dzików, czemu przeciwni są nie tylko polscy naukowcy i ochroniarze przyrody, ale też leśnicy – mieli potem problemy z pocztą e-mailową, o ile ich skrzynka znajduje się na Onecie. Zamiast potwierdzenia faktu wysyłki jakiejś wiadomości, na ekranach komputerów pojawiała się powyższa, czerwona (co należy kojarzyć z dużym stopniem niebezpieczeństwa) plakietka. Znaczyła tyle, co „Wiemy, że myślisz wbrew decyzjom rządu. Uważaj, następnym razem możemy być mniej mili”.

Jak słychać, Komisja Europejska jest pomysłem odstrzału tysięcy zwierząt zachwycona:

Ponieważ Onet to portal ledwie polskojęzyczny (ledwie, bo kaleczy polszczyznę w sposób ubliżający tak fachowości dziennikarskiej jak samemu językowi), w rzeczywistości niemiecki, można ze sporym prawdopodobieństwem domniemywać, iż zamówienie na mięso i skóry dzików przyszło nie zza Wielkiej Wody, a z któregoś państwa UE. Kiedy bowiem nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie uporu urzędników „ochrony” środowiska w Warszawie w kwestii odstrzału dzików, niechże pomyśli o starej, aktualnej prawdzie: „Skoro nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze”. Dziki nie odwiedzają swych świńskich krewniaków w chlewniach. Wirusy pomoru afrykańskiego roznoszą ludzie (teraz będą to myśliwi) oraz puszczane samopas wiejskie psy i koty.

Łamigłówka się układa. Dziki kładzione są również. Pokotem.[1]



***


Ale to jeszcze nie wszystko w temacie dzików. Portal Lublin.112 zamieścił ciekawą informację na temat dzika, który dziwnym sposobem znalazł się na drzewie! Padła hipoteza, że dziki zarażone ASF-em są zrzucane z samolotów czy helikopterów na terytorium Polski, by wywołać epidemię wśród polskiej trzody chlewnej.[2] Nieprawdopodobne? – a jednak nie. Proszę sobie przypomnieć wiadomości z Przysposobienia Obronnego na temat prowadzenia dywersji biologicznej. To jest właśnie jedna z metod. Straż Graniczna niejednokrotnie meldowała o dzikich – nomen-omen – przelotach obcych maszyn przez granicę na Wschodzie, więc to wcale nie jest takie nieprawdopodobne, jak się wydaje. O ile dobrze pamiętam, to nawet jeden An-2 rozchrzanił się w latach 90-tych przy granicy z Litwą…  

A więc dlaczego nie? Talibów w Klewkach ponoć nie było, więzień CIA w Szymanach też miało nie być, a były… Ktoś ma interes w tym, by mieszać w polskim kotle i non-stop od przeszło 30 lat gra na polskiej głupocie – jak widać nader skutecznie! Lepiej pomyśleć nad tym, komu zależy na zniszczeniu polskich lasów i kto przyklasnął głupim decyzjom polskiego rządu w temacie walki z dzikami. No kto? No ten kraj, do którego wyeksportujemy polską dziczyznę… - zgodnie ze starorzymską zasadą – is id fecit cui bono, cui prodest.


poniedziałek, 14 stycznia 2019

Jeszcze o rzezi dzików




Po opublikowaniu materiału na temat planowanej rzezi dzików zostałem zaatakowany przez PiS-owszczyków, którzy powiesili na mnie wszystkie zdechłe psy, co jest dowodem na to, że coś w tym jest, co napisałem. Nie będę przytaczał ich wypowiedzi, bo nie robię reklamy oszołomionym niedokształciuchom, którzy nie widzą dalej poza swoje nosy i wytyczne prezia. W odpowiedzi zamieszczam list otwarty polskiego środowiska naukowego do premiera w sprawie masowego odstrzału dzików:

Szanowny Pan
Mateusz Morawiecki
Prezes Rady Ministrów

Jako naukowcy oraz eksperci zajmujący się profesjonalnie ochroną i zarządzaniem zasobami środowiska przyrodniczego, w tym także leśnictwem i gospodarką łowiecką, czujemy się zobowiązani do zaapelowania do Pana Premiera o uchronienie kraju od fatalnych konsekwencji gospodarczych i środowiskowych w związku z decyzją Ministerstwa Środowiska  o tzw. depopulacji (skoordynowanym odstrzale redukcyjnym, zmierzającym do maksymalnego obniżenia liczebności populacji) dzika w skali całego obszaru Polski, jako elementu walki z ASF.

Postulujemy natychmiastowe wstrzymanie planowanych masowych i wielkoobszarowych odstrzałów dzików.

Od 12 stycznia do końca lutego br. myśliwi mają przeprowadzić masowy, skoordynowany odstrzał dzików na zdecydowanej większości terytorium kraju. Odstrzelonych ma zostać nawet 210 tys. tych zwierząt, a resort środowiska domaga się maksymalnego obniżenia liczebności populacji tego gatunku. Uważamy, że decyzja ta zapadła pod naciskiem politycznym i nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia.
Masowy odstrzał dzików w ramach polowań zbiorowych nie zapewni realizacji celu, jakiemu ma służyć, tj. zatrzymaniu ekspansji wirusa ASF (afrykańskiego pomoru świń, ang. African Swine Fever) w Polsce. Przeciwnie – zarówno wytyczne Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), jak i krajowa praktyka wskazują, że zmasowane polowania na dziki walnie przyczyniają się do roznoszenia wirusa. Dzieje się to za sprawą (1) zwiększania zasięgów przemieszczania się spłoszonych zwierząt, które zarażają kolejne osobniki, (2) zanieczyszczania środowiska krwią zarażonych dzików, która może stanowić źródło nowych zakażeń, oraz (3) częstszego kontaktu z krwią i szczątkami zarażonych dzików przez myśliwych, bez możliwości skutecznego odkażenia w warunkach polowania. Zwiększona mobilność myśliwych w ramach masowych odstrzałów może prowadzić do transmisji wirusa na duże odległości.
Potwierdzają to statystyki, według których pomimo prowadzenia intensywnego odstrzału sanitarnego w latach 2015-2017, kiedy wybito w Polsce niemal 1 milion dzików, sukcesywnie wzrastała liczba przypadków zarażenia wirusem ASF w populacji tych zwierząt. W 2015 r. odnotowano jedynie 44 przypadki, w 2017 było ich już 678. Wirus nie tylko nie został zatrzymany przez masowy odstrzał dzików, ale miał doskonałe warunki do rozprzestrzeniania się. W 2018 r. stwierdzono już 3300 przypadków ASF u dzików.
Możliwość całkowitej lub prawie całkowitej eliminacji dzika na dużych obszarach kraju niesie ogromne ryzyko trudnych do przewidzenia skutków przyrodniczych. Praktyczne zniknięcie tego gatunku może spowodować istotne zaburzenia w funkcjonowaniu ekosystemów leśnych i prowadzić do negatywnych skutków dla gospodarki leśnej i zdrowia publicznego. Dziki są gatunkiem dominującym w zespole dużych ssaków w naszych ekosystemach. Jako zwierzęta wszystkożerne pełnią w lasach rolę sanitarną oraz mają istotny wpływ na wiele elementów środowiska.
Dziki żywią się m.in. owadami będącymi szkodnikami drzew, gryzoniami oraz padliną. Buchtując w poszukiwaniu pokarmu i roznosząc nasiona, odgrywają ważną rolę w naturalnym odnowieniu lasu i w procesach obiegu materii w przyrodzie. Eliminacja tego gatunku z ekosystemu może przyczynić się do zwiększenia intensywności gradacji owadów w lasach oraz częstości występowania patogenów przenoszonych przez gryzonie na ludzi (np. borelioza, kleszczowe zapalenie mózgu). Dziki stanowią również ważny naturalny pokarm wilka, a zmniejszenie jego dostępności może wywołać wzrost poziomu szkód powodowanych przez te drapieżniki znajdujące się pod ochroną.
Stoimy na stanowisku, iż dla osiągnięcia celu, jakim jest zatrzymanie epidemii ASF w Polsce, należy pilnie porzucić pozorowane i kosztowne działanie, jakim jest masowy odstrzał dzików. Eksperci z Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach wskazują, że wszystkie nowe ogniska zarażenia wirusem trzody chlewnej w Polsce są wynikiem przenoszenia wirusa przez ludzi. Prawdziwą przyczyną rozwoju ASF w Polsce jest bowiem brak bioasekuracji i niewystarczająca kontrola sanitarna w branży trzody chlewnej. Raport NIK z 2017 r. wskazuje, że w Polsce program bioasekuracji w związku z ASF był źle przygotowany i nierzetelnie wdrażany: 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń, program wdrażany był opieszale, a protokoły z kontroli weterynaryjnej – często fałszowane w celu stworzenia pozorów zabezpieczenia stad świń przed ASF. W efekcie choroba nie została zatrzymana i rozprzestrzenia się na kolejne województwa. W listopadzie 2017 r. wirus przekroczył linię Wisły.
Obecnie wirus zagraża najbardziej dochodowym chlewniom w województwie wielkopolskim. Jeżeli kierowany przez Pana rząd nie podejmie skutecznych i zdecydowanych działań w celu zapewnienia najwyższych standardów bioasekuracji i nadzoru weterynaryjnego, będzie on bezpośrednio odpowiedzialny za załamanie się branży trzody chlewnej w Polsce. Tego problemu nie rozwiąże masowy odstrzał dzika.
W miejsce nielimitowanego odstrzału dzików postulujemy wprowadzenie realnie działających mechanizmów odnajdywania padłych osobników tego gatunku. Zgodnie z wytycznymi EFSA, takie działanie (tzw. nadzór bierny) jest najskuteczniejszym sposobem wykrywania nowych przypadków ASF we wczesnym stadium na obszarach wolnych od chorób. Odnajdywanie i usuwanie padliny dzików zarażonych ASF stanowi również kluczowy element strategii ograniczenia długotrwałego utrzymywania się tej choroby w środowisku.
Najnowsze dane naukowe i rekomendacje EFSA sugerują złożoną i adaptacyjną strategię walki z ASF, zakładającą zmienną intensywność metod zarządzania populacjami dzika w zależności od fazy epidemii choroby na danym terenie oraz odległości od obszaru zakażonego. Natomiast obecnie wdrażana w Polsce strategia, oparta na drastycznej redukcji populacji dzika na obszarze całego kraju, stoi w sprzeczności z nowoczesnymi metodami kontroli chorób w populacjach dzikich zwierząt i współczesnymi wymogami ochrony przyrody.
Dlatego apelujemy o natychmiastowe cofnięcie decyzji o odstrzale redukcyjnym dzików i wdrożenie alternatywnych działań na bazie wiedzy naukowej i eksperckich opinii (ukierunkowanych na rzeczywisty mechanizm roznoszenia ASF związany ze świadomym bądź nieświadomym udziałem człowieka), mających na celu wstrzymanie dalszego rozprzestrzeniania się tej choroby w Polsce. Zgłaszamy jednocześnie swoją gotowość do udziału w pracach dotyczących przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się wirusa ASF w Polsce.
Liczymy na pilną i zdecydowaną reakcję Pana Premiera w tej sprawie.
Pod listem podpisało się 1043 naukowców[1]

I o to właśnie chodzi w tym cyrku...

To jest dokładnie to, o czym mówią leśnicy. Tylko pytanie – co ten list da? Raczej niewiele lub nic. Klamka zapadła, bo nie idzie tutaj bynajmniej o ASF ale o mięso i skóry tych zwierząt.

No bo powstaje od razy pytanie: co z ubitymi sztukami, a będzie ich 200 tysięcy? Przerobić na mydło? Spalić? Przekręt polega na tym, że się je sprzeda, bo ASF atakuje przede wszystkim świnie hodowlane, a nie dzikie, więc ich mięso będzie dobre do spożycia. A czy pojedzie do Niemiec czy gdzieś indziej, to nie ma znaczenia.

Cała ta sprawa ma jeszcze dodatkowy smrodek, o którym pisze portal Lublin112, wygląda wedle niego na to, że ktoś zrzuca na polskie lasy dzicze padło zarażone ASF-em.[2] Prawda to czy blaga? Talibów w Klewkach miało nie być, więzień CIA w Polsce też nie… - a jednak były, więc taka dywersja biologiczna też jest możliwa.

A więc cui bono? Cui prodest? Okazuje się, że KE przyklasnęła decyzji o masowej eksterminacji dzików! A zatem ktoś tam jest bardzo zainteresowany tym rabunkiem w polskich lasach i raczej zrobi wszystko, by Polacy sami rozwalili polskie lasy! Z żądzy zysku ludzie są w stanie posunąć się do każdej podłości, więc mnie już nic w tym kraju nie dziwi…  

piątek, 11 stycznia 2019

czwartek, 10 stycznia 2019

Dziki kontra szaleństwa „dojnej zmiany”


Ofiary obłędnej polityki PiS

Od kilku lat w Polsce mamy do czynienia z epidemią choroby zwierzęcej ASF- wirusa afrykańskiego pomoru świń, który to wirus powoduje śmierć naszych świń domowych. Choroba ta została najprawdopodobniej zawleczona zza wschodniej granicy, a konkretnie z Ukrainy, gdzie się tym nikt nie przejmuje. Idę o zakład, że ktoś podrzucił tego wirusa Ukraińcom, by mieli powód do walki z Rosjanami, wszak politycznym awanturnikom Majdan nie wyszedł, więc trzeba uderzyć w gospodarkę Ukrainy, a przy okazji Polski. Znamy to, znamy – już to raz przetrenowaliśmy w latach 80-tych XX wieku, kiedy nałożono na Polskę embargo by zmusić Polaków do powstania przeciwko swojemu rządowi… 

Ale u nas władza się przejęła i to aż za bardzo! Otóż odnośny minister ten od środowiska wpadł na genialny pomysł – oto by zatrzymać ASF należy… odstrzelić 200.000 dzików, ze szczególnym uwzględnieniem prośnych loch!!! Czegoś takiego nie wymyśliłby Goering z Himmlerem, ale polski minister od środowiska – jak widać – mógł…

Nie zmienia to jednak faktu, że sam zmasowany odstrzał dzików został zaplanowany i to w - jak przyznają często sami myśliwi - bardzo nieetyczny sposób. Ministerstwo nie tylko wyraziło zgodę, ale także zachęca do tego, by podczas polowań myśliwi zabijali przede wszystkim samice. Zarówno ciężarne, jak te, które już mają małe warchlaki. Chodzi bowiem o jak największe ograniczenie populacji dzika w Polsce.

Tymczasem Ministerstwo Środowiska za zabicie dorosłego samca dzika płacić będzie kołom łowieckim 300 zł za każdą sztukę. Cena samicy jest ponad dwukrotnie większa - to 650 zł za każdą. - To będzie prawdziwa masakra - mówi Onetowi Marzena Białowolska z fundacji Dzika Ostoja w Szczecinie, która zajmuje się ratowaniem dzikich zwierząt. - Żeby zabić taką liczbę dzików, trzeba będzie strzelać od rana do wieczora. Obawiam się, że ta masakra obejmie nie tylko dziki. Obawiam się, że podczas tych tygodni nieraz usłyszymy o postrzelonym innym dzikim zwierzęciu, zwierzęciu domowym, a nawet myśliwym - dodaje.

Choć ministerstwo swoją decyzję tłumaczy ASF, czyli afrykańskim pomorem świń, który ma zagrażać polskiej trzodzie chlewnej, to aktywiści w takie tłumaczenia nie wierzą. Ich zdaniem głównym powodem są pieniądze. Chodzić ma o koszty, które ministerstwo ponosi z powodu odszkodowań wypłacanych rolnikom. Powód - zdaniem działaczy - ma być jeszcze jeden. To walka o elektorat wśród mieszkańców wsi, którym dziki niszczą plony.

- Tymczasem za AFS i jego roznoszeniem stoją przede wszystkim ludzie. Kiedy jakiś czas temu pojawiły się wytyczne dotyczące niewpuszczania zwierząt udomowionych do trzody chlewnej, pojawiło się wielkie oburzenie. - Jak to? Przecież psy i koty z krowami i świniami nawiązują więź - burzyli się rolnicy. Tylko że te koty i psy chodzą swobodnie do lasu i mogą przenosić ASF. Przecież dzik sam nie wejdzie do świń. Winni są też często sami hodowcy, którzy nie zachowują odpowiednich środków bioasekuracji - mówi Białowolska. (Onet.pl)

Moi koledzy-leśnicy są tym przerażeni, bo dziki są przede wszystkim ochroną sanitarną lasów chroniącą je przede wszystkim przed szkodliwymi owadami takimi jak poproch cetyniec czy chrabąszcz majowy! O innych zaletach tego zwierzęcia długo by mówić. Ale to rozumie leśnik, a nie jakiś tuman, którego na stanowisko wyniósł partyjny fawor.

Poza tym jest oczywiste, że dziki NIE SĄ wektorami przenoszenia ASF, bowiem ich kontakt z trzodą chlewną jest zerowy. Mogą za to nim być pasożyty, muchy i inne owady, które mają kontakt ze zwierzętami. Wirusa mogą przenosić także, a właściwie przede wszystkim ludzie np. w skażonej nim żywności, odzieży i innych przedmiotach użytku codziennego, które w totalnej niefrasobliwości wyrzuca się do lasu. W ten sposób przywleczono ten dopust boży zza wschodniej granicy.

Przed czymś takim ostrzegałem jeszcze we wczesnych latach 90-tych, ale kto by tam słuchał ostrzeżeń jakiegoś pogranicznika! To były czasy rządów hurra-bogo-ojczyźnianych oszołomów z AWS i ultraliberałów z UW, którzy tłukli kasę na wszystkim, co tylko się dało i wszelkie ostrzeżenia mieli sami-wiecie-w-czym. Ten idiotyzm musiał się skończyć tak, a nie inaczej. Ale winnymi byli – oczywiście jak zwykle – „lewacy”, cokolwiek ten wyraz oznacza. Teraz władza ma problem, który załatwić chce radykalnie i najgłupiej w świecie – rozwalić wszystkie dziki, zlikwidować całą populację. Tylko że ten idiotyczny krok wykończy polskie lasy, z których tacy jesteśmy dumni. Dzięki Bogu, że nie dożył tego dnia red. Andrzej Zalewski, dla którego las był Świątynią Przyrody i cudem Natury – boską emanacją, bo by Go chyba szlag na miejscu trafił…


Wariackie rządy „dojnej zmiany” znane są z antyekologicznych posunięć: prób likwidacji puszczańskiego Białowieskiego Parku Narodowego, zamachów na bobry, łosie, żubry i foki, a teraz na dziki. Odnoszę wrażenie, że to jakiś pomysł wariatów, którzy chcą sobie postrzelać do żywych celów. W Malezji wojsko trenowało na świniach, które zabijano w związku z epidemią jakiejś choroby. Czyżby nasze WOT miano wykorzystać do uśmiercania dzików jak w Malezji? W tym kraju żaden idiotyzm mnie już nie zdziwi…

I na koniec jeszcze jedna kwestia: pieniądze. Odstrzał 200.000 zwierząt będzie kosztował kupę kasy – za jednego dzika 300,- PLN, za prośną lochę nawet 650 ,- PLN. Zakładając, że mamy 50/50 samców i samic, to wyjdzie jakieś 65 mln PLN za samice i 30 mln za knury – razem jakieś 95.000.000,- PLN. Kto zapłaci za ten obłęd? I co się zrobi z odstrzelonymi zwierzętami? W Malezji je palono, a u nas?

Cała sprawa wydaje się być propagandową zagrywką PiS pod polskich rolników – wszak wybory w tym roku, trzeba czymś zaskarbić sobie głosy elektoratu! W końcu – jak się wyraził pewien wielce waży pisowiec – naród jest głupi i to kupi. A eurokasa pachnie im bardzo i coraz bardziej…

Jak zwykle.     



Opinie z KKK


A najgorsze jest to, że takie łachmyty, które niszczą polską przyrodę, pozostaną bezkarni. Pozdrawiam i ponawiam życzenia noworoczne, aby tych psycholi szlag trafił.
PS. Co do odstrzeliwania dzików przez „terytorialsów”... Do czegóż innego nadaje się ta zbieranina grubasów o mentalności motłochu? Przecież nie do walki z wrogim wojskiem. W wypadku takiej konfrontacji, wzorem swych poprzedników z pospolitego ruszenia, zastosowaliby zapewne taktykę, jak spod Ujścia w 1655 roku - spieprzaliby, gdzie pieprz rośnie. (M.K.)


Przerażająca jest bezmyślność narodu, który pozwala sobie na narzucanie różnych idiotyzmów. A co do odstrzału dzików, to najprawdopodobniej chodzi o to, że gdzieś jest zapotrzebowanie na dziczyznę i skóry dzików. PiS na gwałt potrzebuje kasy na zaspokojenie zachcianek partyjnych bonzów i ich czarnych popleczników, więc ASF stał się błogosławieństwem, bo to wybory blisko i trzeba spłacać różne zobowiązania, więc to jest samozrozumiałe. Z Puszczą nie wyszło, to może dziki? Podejrzewam, że komuś – wiadomo komu! – zależy na zniszczeniu Lasów Państwowych i zamienieniu ich na brzęczącą monetę! (Daniel Laskowski)  


Odstrzał dzików to jest kolejny przekręt, którego normalny człowiek nie ogarnia. Nie wyszło z Puszczą, nie wyszło z łosiami, nie wyszło z bobrami, nie wyszło z fokami, no to teraz zabrali się za dziki. Zauważmy jedno, że ci panowie za co się zabiorą to spieprzą. Potrzeba im kasy, więc łapią każdą okazję. ASF to jest właśnie kolejna taka okazja. Mięso odstrzelonych dzików nie będzie skażone ASF, więc będzie można je wyeksportować za ciężką kaskę - kto ją przytuli? Bo zdaje się o to właśnie chodzi. ASF zagraża świniom domowym, a nie dzikom. Każdy leśnik to powie.
Wybicie stad dzików, będzie wyrokiem śmierci na lasy. Dziki są zwierzętami na szczycie piramidy troficznej, a co za tym idzie pożerają wszystko, co tylko zjeść się da - w tym poczwarki, pędraki i inne szkodliwe patogeny. Wataha 15-20 osobników jest w stanie odrobaczyć, odpędraczyć 1 ha lasu/dzień. Kiedy ich nie będzie, lasy zeżrą szkodliwe owady: chrabąszcze majowe, wałkarze, guniaki, wszelkie inne szkodniki. Czy to jest takie trudne do ogarnięcia?
Odstrzał prośnych i zaciążonych loch, to co to ma być? To jest oczywista aborcja. Aborcja w tak arcykatolickim kraju, jak Polska??? A co na to Kościół ??
I jeszcze jedno: gdzie się podziało 35 mln PLN na walkę z ASF, które dostaliśmy od UE? No gdzie są te pieniądze ?? Może zapytam tak: kto je przytulił? Kto pozwolił je „wyprowadzić” czytaj: ukraść? To jest pytanie do prokuratury i organów ścigania!

I sprawa z dnia wczorajszego - https://nczas.com/2019/01/12/wiemy-co-m ... k7v7EZ-gLk Nie wierzę Korwinowi-Mikkemu, bo to błazen i antysocjalistyczny przygłup, ale w tym przypadku coś jest na rzeczy. A dziki, to tylko taka zasłona dymna dla kolejnego przekrętu PiS. (Arystokles)

Dzik jest dziki, dzik ma pecha
Dzik roznosi ASF-a!
Tak dzikowi źle jest gdyż
W kraju teraz rządzi PiS.
Gdy pisiorów partia znika
Dziki wrócą do paśnika
Smutna prawda właśnie TA –
W kim dzik konkurencję ma?!

(Procjon)