środa, 1 lipca 2015

IV Spotkanie Ufologiczne w Brazylii


IV Spotkanie Ufologiczne w Brazylii będzie miało miejsce w Sao Paulo (SP), w dniach 29-30.VIII.2015 r. 

Tajemnica wybuchu w Sasowie




Walerij Nikołajew


W dniu 30.XI.1954 roku, meteoryt przebił dach domu Amerykanki – Ann Hodges i ranił ją w plecy i biodro. Przez kilka dni przebywała ona w szpitalu. Dzisiaj Ann jest jedynym człowiekiem, którego ugodził meteoryt.

Nam się poszczęściło – mieszkamy na bardzo pięknej planecie. Ale w tym czasie także tajemniczej nieprzewidywalnej i nie całkiem przystosowanej do komfortowej egzystencji. Od czasu do czasu pokazuje nam ona takie niespodzianki, których współczesna nauka nie jest w stanie objaśnić. Jednym z najbardziej zagadkowych wydarzeń XX wieku jest bez wątpienia wybuch w Sasowie, Riazańska Obłast’ (54°21’ N - 041°54’ E), w nocy 11/12.IV.1991 roku. Nawet teraz, w 24 lata po tym wydarzeniu, uczeni spierają się co do natury tego wybuchu. Wysunięto wielką ilość hipotez, co do przyczyn tego zjawiska, ale żadna z nich nie tłumaczy go w sposób zadowalający.



Niespodzianka w Dzień Kosmonautyki


To wydarzyło się o godzinie 01:34 MSK/22:34 GMT, kiedy większość mieszkańców miasta spokojnie spała. A oto jak opisuje to wydarzenie dyżurna stacji kolejowej Sasowo-Nikitina:

Naraz rozległ się narastający huk, zachwiały się ściany wieży kontrolnej, w której znajdowałam się wtedy. Potem rozległ się huk potwornego wybuchu. Z wybitych szyb na podłogę posypało się szkło...

Na miasto zwaliła się fala uderzeniowa. Ziemią zatrzęsło. Wielopiętrowe domy zaczęły się chwiać z boku na bok, a w mieszkaniach zaczęły się przewracać meble, telewizory, lustra rozbijały się w kryształowe drzazgi. Otępiałych, sennych ludzi wstrząsy zrzucały z łóżek i osypywało lawinami odłamków ze zbitego szkła. Tysiące okien i drzwi, stalowe umocowania i dachy wyrywało z korzeniami. Od dużych zmian ciśnienia zrywały velux’y i klapy wiodące na dachy, łomotało różnymi przedmiotami – puszkami, lampkami i nawet zabawkami. Pod ziemią pękały rury wodne. Na kilka minut padła łączność telefoniczna.

A oto jeszcze jedne zeznania świadków:

Dr W. Kałoszin (emerytowany lekarz wojskowy): Obudziłem się od wibracji i huku. Cały dom się trząsł i dygotał. Potem wszystko zostało oświetlone i podniósł się pył. Pomyślałem, że wybuchła bomba atomowa.
T. Kaljagina: Na jakieś 10 minut przed wybuchem rozbolała mnie głowa. Usiadłam na łóżku i zażyłam tabletkę przeciwbólową. Naraz rzuciło mnie na podłogę. Okna ocalały. Ale w kuchni wszystkie szklanki zbiły się na jedną kupę i rozbiły doszczętnie.
W. Żuczkow (mechanik samochodowy): Rury w kotłowni zostały wyrwane i rozrzucone. Wszystkie drzwi wzdłuż garażu pootwierały się na przestrzał, mimo tego iż były zamknięte od wewnątrz na masywną antabę. (Garaż jest przykryty wysokim budynkiem miejscowego węzła łączności i zwrócony jest frontem ku kraterowi i jego drzwi także.)
N. Koliewajewa, szefowa węzła łączności, którego budynek znajduje się w odległości 1 km od krateru: Najpierw usłyszeliśmy huk, a potem pod nami zatańczyły krzesła, następnie zaczęło rzucać przyborami, a w kilku pokojach osypał się sufit. Jakimś sposobem rozwaliło nam wewnętrzne przepierzenie, zabezpieczone ze wszystkich stron ścianami, wyrwało nam bloki na stanowiskach ATS… Myśleliśmy, że to koniec świata…

Kiedy ucichł grzmot, przerażeni nim ludzie usłyszeli ponowny huk. Tym razem jakby oddalający się…  

Fala uderzeniowa rozwalała okna we wsi Igoszino, znajdującej się 50 km od Sasowa. Specjaliści ocenili moc wybuchu na jakieś 30 ton TNT. Ale w mieście, które przyjęło na siebie główne uderzenie, nikt nie odniósł obrażeń. Do szpitala trafiło tylko 4 mieszkańców, poranionych przez rozbite szkło. Wybuchem jakby ktoś kierował robiąc tak, by on spowodował najmniejsze szkody. Oto, jaka niespodzianka przydarzyła się w Dniu Kosmonautyki!


Astroblem


Rankiem, 12 kwietnia, funkcjonariusze milicji odkryli w terenie zalewowym rzeki Cny, w odległości 800 m od torów kolejowych i bazy paliwowej krater o regularnym kolistym kształcie, o średnicy 30 m i głębokości 4 m. Na samym jego środku widać było górkę z wklęsłymi ścianami. Jej średnica wynosiła 12 m zaś wysokość ponad 1,5 m. Według danych ze stacji Sanepidu – radioaktywne tło gruntu w kraterze nie odbiegało od normy. Niewiarygodna siła wyrwała i rozrzuciła wielkie kawały gruntu w promieniu 200 m. Zdumienie wywoływał rozrzut kawałów czarnoziemu wyrzuconego z krateru mającego prawidłową formę. Dokładnie widać było cztery kierunki ich wyrzutu, które tworzyły nieprawidłowy krzyż. A do tego w bezpośredniej bliskości krawędzi trawa i krzaki nie ucierpiały ani od fali uderzeniowej, ani od pulsu termicznego.

Także fala uderzeniowa rozeszła się po mieście w kształcie krzyża. Ale baza paliwowa, znajdująca się w odległości 550 m od astroblemu od strony Sasowa, nie odniosła żadnych uszkodzeń. Zaś w mieszkalnych rejonach miasta, znajdujących się za bazą paliwową, zostały wybite ramy okienne i drzwi. I co najciekawsze – ramy okien wypadły na zewnątrz, tak jakby fala uderzeniowa działała od wewnątrz budynków!

Przez dwie noce poimpaktowy krater się świecił, jakby go podświetlono od spodu. Silne bóle głowy i zawroty głowy zwalały z nóg ludzi, którzy ośmielili się wejść do niego. Ich elektroniczne zegarki czy mikrokalkulatory dawały błędne wskazania lub padały. Niektóre zdjęcia były zepsute, pokryte dziwnymi „blikami” (odblaskami światła na kliszy). Na koniec ktoś przekopał kanalik i wody rzeki Cny zalały astroblem i świecenie w zalanym kraterze zgasło…


Posłanie z Procjona


Istnieje wiele hipotez odnośnie tego wydarzenia: upadek meteorytu, eksplozja saletry (worki z którą znajdowały się blisko epicentrum wybuchu), eksplozja bomby paliwowo-powietrznej (termobarycznej, próżniowej) lub zbiornika paliwowego zrzuconego z samolotu wojskowego, itd. My rozpatrzymy tutaj najbardziej interesującą. 

Na 4 godziny przed wybuchem, 11 kwietnia, o g. 21:20 MSK, na bocznicach kolejowych stacji Sasowo znajdowała się dieslowska lokomotywa przetokowa, która oczekiwała na sygnał na semaforze. Jej maszynista – Iwan Kurczatow – naraz zobaczył z okna kokpitu BOL -  „kulę jaskrawo-białego koloru”. Pracownicy stacji i wielu podróżnych wyszli popatrzeć na UFO. Wielka kula wisiała nieporuszenie wprost nad stacją, a potem powoli odleciała na północny-wschód.

Na godzinę przed wybuchem, nad miejscem przyszłego astroblemu ukazało się dziwne świecenie. Na 30 minut przed impaktem, mieszkańcy peryferii miasta widzieli dwie jaskrawo świecące kule, które powoli przeleciały przez nieboskłon.

Świetliste kule z hukiem lecące po niebie pojawiły się nad wsią Czuczkowo – 30 km od epicentrum wybuchu. W czasie ich przelotu ludzie słyszeli huk i odczuwali wstrząsy ziemi. Niezwykłe obiekty na niebie widzieli także kursanci Szkoły Cywilnej Awiacji, kolejarze i rybacy.

Inspektor milicji P. N. Panikow i dzielnicowy N. N. Riabow, którzy wchodzili w skład grupy nocnego patrolowania sasowskiego MUSW, widzieli na niebie za torami kolejowymi (w kierunku miejsca, na którym miała miejsce eksplozja) kulę albo obłok wydzielający niebieskawe świecenie. Bezpośrednio przed eksplozją, nad miastem zaobserwowano dwa niebieskie błyski światła.
Jak tylko przebrzmiał huk wybuchu, na niebie pojawił się „obłok” z ostro odcinającymi się skrajami, lecący pod wiatr. On świecił się ze swego wnętrza białym światłem. A w czasie 3-4 minut, w dużej odległości od miasta widziano jasnoczerwonego BOL-a, który powoli zniknął, jakby zgasł.

Niezwykłym wydaje się być fakt pięciominutowej przerwy w łączności telefonicznej na stacji kolejowej, bezpośrednio po wybuchu – pisała miejscowa gazeta „Prizyw”. – Ponadto w dieslowskiej lokomotywie manewrowej CzS-7 w momencie wybuchu samorzutnie wyłączył się silnik. Podobne zjawiska, jak wiadomo, mają miejsce w czasie obserwacji  i lądowań UFO.

Wielu ludzi wspominało, że tuż przed eksplozją obudzili się oni z uczuciem nieuzasadnionego strachu, jakby ktoś ich uprzedził – zabierajcie się stąd jak najprędzej!

Hipotezę innoplanetarną znacząco potwierdza badanie skutków drugiego wybuchu, który miał miejsce w okolicach Sasowa w półtora roku później – w nocy 28.VI.1992 roku. Tym razem nie było żadnych szkód: szyby zadrżały, ale nie wypadły. Ale na polu kukurydzy sowchozu Nowyj put’ w pobliżu przysiółka Frołowskiego ział kolejny krater o głębokości 4 m i o 11,5 m średnicy.

Miejscowi uczeni – W. Wołkow i A. Faddiejew – w czasie badania tego krateru przeprowadzili eksperyment, opuściwszy weń mikrokomputer z pewnym programem badań. Pozostawiwszy go tam przez czas jakiś  specjaliści odkryli, że program został skasowany, a na jego miejsce został wgrany „cudzy”. Program ten stanowił ni mniej ni więcej, tylko ślady niebiańskiego posłania zaadresowanego do Ziemian od mieszkańców [układu planetarnego] Procjona, z gwiazdozbioru Małego Psa. Jednym z dowodów na prawdziwość tej hipotezy było to, że przy deszyfrowaniu cudzego programu, pojawiła się detalicznie dokładna mapa gwiezdna, na której najjaśniejszym obiektem był właśnie Procjon - a CMi.

N. D. Blinkow – radiesteta z Riazania, leczący tylko swych krewnych i znajomych (…) potwierdza hipotezę Faddiejewa i Wołkowa. To, co oni zakładali, on widział swym „trzecim okiem” – na głębokości 30-35 m znajduje się jakiś przedmiot – cylinder ze stożkowatym końcem. Zarejestrowana przez mikrokomputer i rozszyfrowana informacja także potwierdza istnienie tego materialnego obiektu. Blinkow wciąż domaga się poszukiwań tego cylindra, który według niego, jest kapsułą informacyjną. Badacze nie dokopali się – w dosłownym tego słowa znaczeniu – do jądra sasowskiej zagadki stanąwszy na połowie drogi.

Z każdym rokiem przybywa hipotez. Ale mamy nadzieję, że uczeni będą w stanie dać nam odpowiedź na pytanie, co tak właściwie stało się w Sasowie?


Moje 3 grosze


Jeżeli wydarzenia przebiegały tak, jak opisuje to autor, to rzeczywiście zagadka jest, a nawet są dwie. Dla mnie ciekawe jest to, że przypominają mi one jako żywo wydarzenia, które rozegrały się w dniu 14-21.I.1993 roku w podkrakowskich Jerzmanowicach, gdzie wieczorem 14 stycznia też doszło do dwóch silnych wybuchów o równoważniku trotylowym ok. 80-100 kg TNT. Dlatego też trudno jest porównywać eksplozje w Jerzmanowicach do eksplozji TCK, ale za to bardzo porównywalne są one do wybuchów w Sasowie. Co więcej, wydarzenia te miały miejsce we wczesnych latach 90. XX wieku.

I – jak sądzę – tu jest klucz do tej tajemnicy. Przypomnijmy sobie: na Bałkanach trwała wojna w Kosowie, która zaangażowała 26 krajów na trzech kontynentach. Użyto w niej nowego rodzaju broni – broń E. Dzięki bombom E rozpirzono cały system energetyczny w Belgradzie i innych miastach Serbii. Ich działanie zjawiskowo przypomina to, co widzieli mieszkańcy Sasowa i Jerzmanowic.

Oczywiście rzecz ma swój ciąg dalszy, oto notka z Onet.pl:

Nowa broń Boeinga rodem z filmów science fiction
(Na marginesie incydentu na Morzu Czarnym)

We współpracy w siłami lotniczymi USA Boeing testuje elektromagnetyczną broń impulsową. Nowa broń wykorzystuje potężne impulsy elektromagnetyczne, które doprowadzają do uszkodzenia elektronicznych obwodów urządzeń, w które została wycelowana.

SU-24 wyposażono w system radiowego obezwładniania przeciwnika o nazwie Chibiny (od polarnego masywu górskiego), który w ten sposób przetestowano w boju na sprzęcie amerykańskim. W realnych warunkach USS Donald Cook poszedłby na dno bez oddania jednego strzału. Docelowo Chibiny ma znaleźć się na wyposażeniu każdego rosyjskiego samolotu wojskowego. Żołnierze z amerykańskiego niszczyciela czują się zabici w walce 12-cie razy, bo tyle nalotów symulujących atak na okręt zrobił rosyjski pilot, podczas gdy drugi go ubezpieczał na wypadek nieprzewidzianych okoliczności...

Rosyjski samolot SU-24 zagrał z najnowocześniejszym niszczycielem amerykańskim w kotka i myszkę, gdy 12 razy przeleciał nad pokładem Amerykańców. Mógł ich zbombardować, storpedować, zniszczyć, zatopić, a oni jak barany patrzyli na to co się z nimi dzieje. Ich system namierzania został przez bombowiec po prostu wyłączony. I choć mieli rakiety Tomahawk i wiele innego uzbrojenia – nie mogli ich bez systemu naprowadzania wystrzelić. Byli po prostu bezbronni, siedząc na najnowocześniejszym niszczycielu US Navy.

Złom po ZSRR (rakiety Neva) które były na wyposażeniu armii serbskiej strąciły ultranowoczesny, niewidzialny dla radarów, rodem z science fiction samolot F-117 Night Hawk w 1999 nad Serbią. Kariera tego samolotu była potem kontynuowana jedynie w filmach Hollywood dla naiwnych „pożytecznych idiotów”. Szczątki można oglądać w muzeum w Belgradzie.

F 117 latał przez 10 lat zanim Rosjanie mieli tego pewność. To samo z bronią elektromagnetyczną. Oficjalnie nie istnieje aczkolwiek w Bagdadzie nowoczesny system obrony plot na który Saddam wydał w Rosji i we Francji 1.5 mld $ został zneutralizowany w kilka godzin, a ekipy zachodnich TV obwijali kamery folią aluminiową gdyż im z „niewiadomych przyczyn” wysiadały!

A zatem broń E istnieje i jest wykorzystywana już wcześniej – od czasu Project Rainbow. Jej istnienie wiele tłumaczy – w zasadzie wszystkie fenomeny obserwowane w styczności z UFO. Co ciekawsze – ona już raz była stosowana. Kiedy? A w starożytnych Indiach. Nazywało się to mohanastra i powodowało utratę właściwości bojowych pojazdów Vimana i wytrącało ze stanu koncentracji ich pilotów. (zob. M. Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” – Al. Mora – „Atomowa wojna bogów” - http://hyboriana.blogspot.com/2012/08/bogowie-atomowych-wojen-14_5.html i dalsze) A zatem nihil novi sub Sole. Koło historii zatoczyło pełny krąg i nasza cywilizacja zaczyna padać pod ciężarem swych problemów, które nie potrafi rozwiązać… 


Opinia Czytelnika


"A zatem broń E istnieje i jest wykorzystywana już wcześniej – od czasu Project Rainbow. Jej istnienie wiele tłumaczy – w zasadzie wszystkie fenomeny obserwowane w styczności z UFO. Co ciekawsze – ona już raz była stosowana. Kiedy? A w starożytnych Indiach. Nazywało się to mohanastra i powodowało utratę właściwości bojowych pojazdów Vimana i wytrącało ze stanu koncentracji ich pilotów. (...) A zatem nihil novi sub Sole. Koło historii zatoczyło pełny krąg i nasza cywilizacja zaczyna padać pod ciężarem swych problemów, które nie potrafi rozwiązać…" 

Natomiast mi obiło się o uszy, że Indie i Rosja kiedyś podpisały duży kontrakt na samoloty, co mnie w pewnien sposób zdziwiło i zastanowiło. Teraz chyba wiem, co w trawie piszczy. Być może dlatego Indie zamówiły maszyny z Rosji (300 sztuk) ponieważ współpracują ze sobą. Rozszyfrowują Wedy i inne stare teksty hindusów.

A propos, ponoć A. Einstein niczego nie wymyślił, ale to było gdzie napisane w kabale. Ale jemu przypadła rola tego ogłoszenia. Wybrany z wybranych.

Wołoszański zrobił program o tym, jak to żydzi plany bomby atomowej przewoziły w szafie do USA przed wybuchem II wojny. Tłumaczono, że to cenny antyk.

O tych rzeczach rodem z filmów Sci-Fi, można poczytać w starożytnych tekstach o "bogach". Nasza cywilizacja nie potrafi wyjść z tego zaklętego koła, odrodzenia rozwoju i totalnej zagłady. W religii to się nazywa jakoś, ale to informacje dla tzw. pożytecznych idiotów. Informują o bazach "obcych" w naszym Układzie Słonecznym. Dziwnych obiektach tu i tam. A mnisi buddyjscy modlą się nad miską ryżu. Aż śmiać się chce.


O cykliczności cywilizacji gadają od setek lat Indianie Ameryki Północnej. Dlatego głównie wybrali taki los, a nie inny. Wiedzą do czego prowadzi zachowanie białego człowieka. Za parę tysięcy lat w Egipcie znowu na tronie zasiądzie faraon. 
(Marcin S.)


Tekst i ilustracje -  „Tajny XX wieka” nr 51/2015, ss. 30-31

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

wtorek, 30 czerwca 2015

Syreny: Sześć niewyjaśnionych dźwięków wychwyconych przez NOAA

Lokalizacja źródła dźwięku, sygnału Bloop


Ivan Petricevic 


Czy pamiętacie lato 1997 roku i tajemniczy dźwięk nazwany Bloop? Tak, tak było, kiedy NOAA namierzyła ten dziwny dźwięk, nazwany potem Bloop. (Można to przetłumaczyć jako krótki hałas o niskiej częstotliwości emitowany przez urządzenia elektroniczne – przyp. tłum.). To jest właśnie jeden z tych tajemniczych dźwięków, które odnotowano przez ostatnie lata. Jest ich wiele i wszystkie zostały uznane za „niewyjaśnione” przez NOAA. Dźwięki te zostały wychwycone w ciągu 20 lat prowadzenia podwodnego nasłuchu Pacyfiku. Dźwięk Bloop wydaje się być emitowany przez jakieś zwierzę o wiele częściej, niż to sobie wyobrażamy…  

Źródło tego dźwięku zostało namierzone triangulacyjnie przez naukowców gdzieś na przecięciu się 50°S ze 100°W. Jest to odległy punkt Południowego Pacyfiku, daleko na zachód od południowego przylądka Południowej Ameryki. Bloop jest uważany za najgłośniejszy dźwięk, jaki został kiedykolwiek zarejestrowany pod wodą.

Jest to niezwykle interesujący fenomen, a oto co NOAA ma na ten temat do powiedzenia:
Ten dźwięk  szybko narasta w swej częstotliwości przez około 1 minutę i te wahania mogą być wykryte przez wiele czujników, o zasięgu ponad 5000 km. Specjalista z NOAA – dr Christopher Fox nie wierzy w to, że jest to sygnał stworzony przez człowieka, jak np. okręt podwodny czy bomby, ani także znane zjawiska geologiczne jak wulkany czy trzęsienia ziemi.  inni uczeni zaś sądzą, że dźwięk Bloop jest generowany przez „trzęsienia lodowe” – pękanie krawędzi lodowców, które ma miejsce na Antarktydzie, zaś jeszcze inni uczeni sądzą, że pochodzenie odgłosu Bloop jest nieznane.

Uczeni próbowali i nadal próbują zaoferować nam jakieś wyjaśnienia tych dźwięków, i jedne z nich są jako-tako wytłumaczalne naukowo, ale większość z wychwyconych i zarejestrowanych nie ma żadnego wyjaśnienia i są uważane za wielką tajemnicę nauki.

Sonogram sygnału Bloop

Ale dźwięk Bloop nie jest jedynym dźwiękiem, który przyciąga uwagę i zainteresowanie, bo jest jeszcze więcej dźwięków, które są równie tajemnicze jak Bloop, które trzeba zbadać.

Sonogram sygnału Upsweep

Sygnał Upsweep (dosł.: wznoszący się – przyp. tłum.) po raz pierwszy zarejestrowany w 1991 roku – i zgodnie z badaczami, jest on słyszalny do dnia dzisiejszego, a zlokalizowano go w głębi Południowego Pacyfiku, w okolicach Antarktydy. Sygnał Upsweep jest najsilniejszy na wiosnę i jesienią. Początkowo sądzono, że są to dźwięki wydawane przez wieloryby, ale biolodzy morscy orzekli, że dźwięk ten nie ma charakterystycznych zmian dla waleni i jest w ogóle różny od tych biologicznego pochodzenia. Inni uczeni sądzą, że dźwięk ten ma związek z aktywnością wulkaniczną w regionie, ale nie ma żadnego dowodu na tą tezę, i właściwie nie wiadomo co je powoduje.

Sonogram sygnału Slowdown

Sygnał Slowdown (dosł.: spowolnienie, zwolnienie, zahamowanie – przyp. tłum.) został zarejestrowany w 1997 roku i dźwięk ten był słyszany przez lata. Na początku badań, uczeni namierzyli ten sygnał gdzieś w pobliżu Peru, ale obecnie skłaniają się do tego, że dobiega on gdzieś z Antarktydy. Badacze sądzą, że ma on związek z szybkimi ruchami lodowca, ale to są tylko przypuszczenia. Nie ma żadnego naukowego dowodu na potwierdzenie tych hipotez.

Sonogram sygnału Train

Odgłos Jadącego pociągu został tak nazwany dlatego, że jest podobny do dalekiego odgłosu jadącego pociągu. Sygnał po raz pierwszy zarejestrowano w 1997 roku, ale miejsce z którego dobiegał pozostaje tajemnicą. Uczeni sądzą, że dźwięk ten powstaje wskutek przemieszczania się prądów oceanicznych.

Sonogram sygnału Juliett

Sygnał Julia został odnotowany po raz pierwszy w 1999 roku. Wedle badaczy, dźwięk ten pochodzi z miejsca położonego 2400 km od Peru. Sygnał ten trwa ok. 15 s i może być wyłapany przez każdy czujnik zanurzony w wody równikowej części Pacyfiku. Jest to jeden z najbardziej tajemniczych dźwięków, jaki został zarejestrowany.

Sonogram sygnału Whistle

Sygnał Gwizdek został po raz pierwszy zarejestrowany w 1997 roku i jego źródło zlokalizowano 3700 km od Kostaryki. Źródło tego dźwięku pozostaje wciąż nieznane i uczeni nie mają pojęcia, co go powoduje. NB, ten dźwięk został zarejestrowany tylko przez jeden hydrofon!

Jak sądzicie, co jest źródłem tych niezwykłych dźwięków? Uczeni nie są pewni i mamy całe pole teorii, które usiłują je wyjaśnić, nie mamy żadnych naukowych dowodów, a tylko spekulacje co do natury i pochodzenia tych sygnałów. Czy te dźwięki są wytworem Natury? Czy są one wytworzone przez coś innego? I chociaż wszystkie one są zagadkowe i tajemnicze, to Bloop bije je wszystkie swą niezwykłością. Hipoteza „lodowa” może być łatwo wyłączona ze względu na lokalizację miejsca, z którego ten sygnał wychwycono. A zatem musi to być jakieś zwierzę, które jednak nie mogło być widziane (słyszane raczej) wcześniej.

Miejsce, z którego dopływał ten sygnał Bloop znajduje się mniej więcej w tej części Południowego Pacyfiku na miejscu, w którym H. P. Lovecraft  w swym opowiadaniu „Zew Cthulhu” (1928) umieścił swe podwodne, wielowymiarowe miasto R’lyeh - 47°09’ S - 128°34’ W (Zob. H. P. Lovecraft – „Zew Cthulhu” w zbiorku „Szepczący w ciemności” Warszawa 1992 – przyp. tłum.) Zbieżność? Cóż, nauka pozwoli nam wiedzieć, co się dzieje, wcześniej czy później, do tego czasu, możemy tylko spekulować na temat tych tajemniczych dźwięków.
   

Moje 3 grosze


Jest jeszcze jedna lokalizacja lovecraftowskiego R’lyeh podana przez pisarza, wydawcę i wielbiciela literatury fantasy Augusta Derletha, który podaje jego położenie na 49°51’ S - 128°34’ W. jak widać – obie te lokalizacje znajdują się grubo ponad 2000 km od lokalizacji sygnału Bloop podanej przez uczonych.

Osobiście nie łączę tych dwóch spraw – już prędzej R’lyeh mogłoby znajdować się gdzieś w miejscu, gdzie Jules Verne umieścił swoją Wyspę Lincolna – na 34°57’ S - 150°30’ W, czy Wyspę Tabor (Marii Teresy) na 37° S - 151°13’ W (wedle danych z 1843 roku) lub 36°50’ S - 136°39’ W (wedle pomiarów z 1983 roku) Dzisiaj są tam tylko mielizny – od 1 do 9 m głębokości, ale wcale nie oznacza to, że w połowie XIX wieku nie było tam wysp, które zapadły się wskutek już to jakiegoś kataklizmu (trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu) już to pod swym własnym ciężarem, jak tzw. gujoty – pisałem już na ten temat na łamach „Nieznanego Świata”.

A zatem przedwieczny Cthulhu czy istoty z Y’ha-nathlei położonego gdzieś obok Devil’s Reef nieopodal miasta-widma Innsmouth, MS, mogą być istotami z krwi i kości będące w rzeczywistości Morskim Ludem – Syrenami? (Zob. H. P. Lovectraft – „Widmo nad Innsmouth”) Z jednej strony jest to możliwe, boż Syreny istnieją naprawdę – jak twierdzą niektórzy kryptozoolodzy, a z drugiej strony mogą to być Przybysze z Kosmosu, którzy osiedlili się we Wszechoceanie i stamtąd prowadzą obserwację nas, mieszkańców planety Ziemia.


Opinie z KKK


Czasem zastanawiam się, jak bardzo dziwne i tajemnicze wyda się nasze działanie, gdy inne naczelne rozwiną swój wachlarz możliwości na Ziemi. My nadal pewnie na niej będziemy, być może będzie nas więcej niż dwa rodzaje (domniemywa się, że w ciągu tysiąca lat stworzą się dwie odmiany ludzi - wysocy i niscy), i być może uwarunkujemy się geograficznie (nawet kosmicznie, wg wzoru Diuny F. Herberta) do tego stopnia, by stworzyć podgatunki. Co dalej? Być może dalsza dywersyfikacja, a jeśli tak, to czemu by nie i chlup - do wody? Jeśli zajdą w naszej kulturze zmiany pozwalające na auto-podrasowywanie, ów podrasowani ludzie będą nowym pokoleniem nowego podgatunku stworzonego do rozprzestrzenienia się na nowe terytoria, choć o powiązanych z tym celach nie śmiem dalej napomykać.

Tacy ludzie mogą być protoplastami nowej kultury i z czasem odłączyć się, wyjąć spod zwierzchnictwa swych stwórców. O ile nie będzie to nieuzasadnione, taka kultura będzie zachowana dla celów poznawczych, i kto wie... może kolejni dzierżawcy Ziemi będą kiedyś zaskoczeni odkryciem nowej kategorii ludzi, której genezy nie będą w stanie uzasadnić ani wyjaśnić...

Wypływając na szersze wody, czy panspermia nie ma właśnie takiej formy? Stworzyciele tworzą stworzycieli, a potem lawina się toczy?

Niekiedy też zastanawiam się nad tym, jaka jest historia lub możliwa genealogia obecnych zjawisk, np. duchów. Dużo mówi się o matrixie, teorii symulacji, o płaszczyznowości naszej egzystencji, o teoriach świadomości, ale jakby to było być duchem i rozumieć to, czego nie można zrozumieć jako człowiek? Jak to byłoby być kosmitą i wiedzieć to, czego nie wiedzą ludzie? Na ten przykład, lecę dronem w celu wykonania zadania służbowego, ta planeta od zawsze była i jest domem mego gatunku, a ci na dole niczego nie rozumieją, tak bardzo nie rozumieją. Albo kiedy indziej - naturą mej egzystencji jest przenikać światy, dyrygować pozycją w przestrzeni i zawiadywać informacją, a ci twardzi nie rozumieją niczego, tak bardzo nie rozumieją niczego. Ani początku, ani tego, jak zaczęli wyznawać swoje poglądy, ani gdzie się mylą, ani nawet co myśleć. Biorą pierwsze lepsze zasłyszane, ponieważ szukając tylko to znajdują u siebie. Jeszcze inaczej - a co, gdybyśmy to my byli ślepi, a wszyscy niemożliwi patrzyli i byli obecni? Obecni tam, obecni tu, obecni bardziej od nas, błądzących w swych życiach i umysłach? Co, jeśli nasz świat, nasze 100%, byłoby zaledwie 1% dla tych, których ze śmiechem niedowiarka zaczynamy poznawać? (Smok Ogniotrwały)

Zgadzam się całkowicie z tezą, że znamy lepiej powierzchnię Księżyca, niż Wszechocean naszej własnej (czy tak naprawdę własnej?) planety. I wciąż pozostawiam otwartym pytanie, czy jesteśmy tu sami? Odpowiedź brzmi – NIE. Poza nami mogą (ale nie muszą) egzystować inne istoty, z którymi dzielimy Ziemię, a nie zapominajmy, że cała nasza działalność, z której jesteśmy tak dumni, zawiera się na ok. 1/4 powierzchni planety. A gdzie pozostałe¾3/4? Co się dzieje w głębinach Błękitnego Kosmosu, których prawie nie znamy? Na to na razie odpowiadają tylko pisarze sci-fi i bajkopisarze. Wodni Ludzie mogą istnieć – ale ich cywilizacja na pewno nie będzie kalką naszej cywilizacji. Obawiam się, że w tym właśnie przypadku rację miał Stanisław Lem pisząc w „Inwazji z Aldebarana” o rozumnych istotach wykorzystujących do swych celów inne – mniej rozumne – istoty, które zresztą sami stworzyli. Dlatego też uważam, że wcale nie jest takim nonsensem stwierdzenie, że foki są ulubionymi pieskami Syrenek, a delfiny ich posłańcami i służącymi. Ten ktoś, kto to powiedział był być może bardzo blisko prawdy… (Daniel Laskowski)   


Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Mgła nad jeziorem Wostok



Wiktor Miednikow


Na jednej z wysepek Antarktyki znajduje się spłachetek trawy w kształcie dwumetrowej litery „M”. Tą literę kilka lat temu zrobił pewien polski uczony z ekskrementów pingwinów na cześć swej ukochanej Magdy.

Wydawałoby się, że epoka wielkich odkryć geograficznych została już za nami, stała się już historią. Na Ziemi nie ma już białych plam. Za pomocą satelitów został narysowany „portret” planety z dokładnością do 1 metra. Czasami uda się odkryć w zabitej dechami leśnej głuszy Amazonii jakąś rzeczułkę ukrytą pod nieprzeniknionym dla kosmicznych „oczu” dywanem konarów drzew. I naraz w II połowie XX wieku na Ziemi znaleziono ogromne jezioro, swymi rozmiarami przypominające Ładogę. Nie odkryto je wcześniej dlatego, że jest nakryte 4-kilometrowym pancerzem lodowym! To jest jezioro Wostok/Vostok na Antarktydzie – największe odkrycie geograficzne XX wieku, i jedna z największych zagadek wieku bieżącego.






Pod przykryciem służb specjalnych


Istnienie tego jeziora, jak i innych podlodowych jezior, było przepowiedziane przez znanego uczonego A. P. Kapicę jeszcze w latach 1955-1957, ale uważa się, że samo odkrycie miało miejsce stosunkowo niedawno, bo w 1996 roku. Jezioro odkryli rosyjscy polarnicy. Swoja nazwę ma ono od rosyjskiej stacji polarnej Wostok, która znajduje się 4 km wyżej na lodowej caliźnie nad powierzchnią zbiornika wodnego. Badania i sondaż sejsmiczny wykazały, że jezioro to ma ogromne rozmiary: długość – ok. 250 km, szerokość – ok. 50 km, głębokość – ponad 1200 m, powierzchnia – ok. 16.000 km². Jest ono całkowicie odcięte od kontaktu ze słońcem i powietrzem, wiatrami i życiem na powierzchni czterokilometrowej grubości lodu, znajduje się ono w izolacji od 14 MA. Jednak temperatura wody z jest w nim wysoka i wynosi +10°C, co świadczy o jakimś podziemnym źródle ciepła.

[Na temat takich właśnie podziemnych jezior i ich wykorzystania pisał swego czasu Kim Stanley Robinson w powieści pt. „Antarktyka” (Warszawa 1999), którą Czytelnikom polecam – uwaga tłum.]

Równolegle do rosyjskich uczonych, badania jeziora Wostok prowadzili Amerykanie. Otrzymane dane z satelitów amerykańskich wskazywały na to, że nad powierzchnią wód jeziora istnieje kopuła wolnej od ludu przestrzeni o wysokości mniej więcej 800 m. Poza tym w jego zachodniej części została odnotowana silna anomalia magnetyczna. I tu zaczyna być ciekawie. W lutym 2000 roku dalszą kontynuację amerykańskiego programu badawczego naraz zamknięto, i wszyscy cywilni specjaliści zostali z niego wycofani. Kierownictwo projektu zostało zlecone rządowej agencji – Narodowej Agencji Bezpieczeństwa – NSA.

Do rosyjskiej stacji Wostok przybył nowy kontyngent specjalistów, z którymi przybył także ultra-drogi sprzęt najnowszej generacji. A wszystko to działo się w najgłębszej tajemnicy…

Po pewnym czasie, po tych wydarzeniach, z australijskiej stacji Casey wystartowały dwie turystki ekstremalne z zamiarem przejścia kontynentu w poprzek na nartach. Kiedy szły one po powierzchni lodowej pokrywy jeziora, nieopodal nich wylądował samolot USAF i jakieś „osoby w mundurach” kazały im wejść na pokład twierdząc, że przybyły je ratować. Najciekawsze było to, że dziewczyny miały środki łączności i nie wzywały pomocy. Wiadomo natomiast, że w czasie marszu te dziewczyny powiedziały przez telefon satelitarny, rodzinie i przyjaciołom, że po powrocie opowiedzą im o czymś najzupełniej niewiarygodnym. Jednakże powróciwszy do domu, one niczego nikomu nie opowiedziały, nie dawały wywiadów, zaś konferencje prasowe nigdy nie dochodziły do skutku. Od tego czasu wszelkie prace w rejonie jeziora Wostok są prowadzone pod gryfem najwyższej tajności.


Supergłęboki odwiert


Jedyną jawną informacją są prace nad supergłębokim odwiertem 5G-1 prowadzonymi przez rosyjskich polarników. Celem podstawowym tego głębokiego wiercenia w lodach było uzyskania rodowego rdzenia – cylindrycznego kawałka lodu – będącego przekrojem przez lądolód, którego zbadanie dałoby możliwość ustalenia klimatu naszej planety przez ostatnie 420.000 lat. Ale kiedy w 1996 roku odwiert sięgnął poziomu 3539 m, zaczął się lód – jak wynikało z jego składu chemicznego i izotopowego oraz krystalograficznej struktury – będący zamarzniętą woda jeziora. Wiercenie z 1999 roku doszło do głębiny 3623 m, a potem nieoczekiwanie zatrzymano je w odległości 120 m od przypuszczalnej powierzchni jeziora – na żądanie zagranicznych organizacji ekologicznych (za którymi oczywiście stały państwowe struktury, którym nie pasowały priorytety Rosji w tym zakresie). Ekolodzy wskazywali na wykorzystywanie nafty, freonu i etylenoglikolu do wierceń i jakoby możliwość ich dostania się w wody jeziora, co mogło naruszyć jego unikalny ekosystem. Stwierdzenia rosyjskich specjalistów, że metoda ta jest bezpieczna i była już stosowana na Grenlandii przedstawione na 26. konsultacyjnym posiedzeniu SCAR w Madrycie w 2003 roku pozostały bez echa. Tak więc przyszło specjalistom z Sankt-Petersburskiego Instytutu Górnictwa opracować nową ekologiczną technologię i w 2006 roku wiercenia wznowiono.



„Kostka cukru” dla dziennikarzy 


W dniu 5.II.2012 roku, na głębokości 3769,3 m uczeni ukończyli wiercenie i dotarli do powierzchni podlodowego jeziora. W dniu 10.IV.2013 roku otrzymano pierwszy rdzeń lodowy z lodu z jeziora o długości 2 m. znaleziono w nim nieznane wcześniej nauce gatunki bakterii, które uzyskiwały energię z reakcji oksydacyjnych, a nie z organicznych związków chemicznych i zdolnych do egzystencji w ekstremalnych warunkach środowiskowych – w tym w podlodowych oceanach księżyców Jowisza (Europa, Ganimedes i Callisto) czy Saturna (Enceladus)

W lipcu 2013 roku, dzięki nowoczesnym metodom metagenomiki uczonym udało się wyróżnić ponad 3500 gatunków różnych żywych organizmów zamieszkujących jezioro. Ale odpowiedzi na mnogie pytania mogą być udzielone w sezonie 2014-2015 roku, kiedy polarnicy zaczną badać głębiny jeziora spuszczając w nie sondy.

Ważności tych prac nie można nie ocenić i wydaje się, że cały ten hałas wokół 5G-1 jest robiony sztucznie. To jest właśnie taka „kostka cukru” rzucana światowym mediom po to, by odciągnąć ich uwagę od tego, co robią na jeziorze Wostok Amerykanie. A prace te są przykryte grubą warstwą tajemnicy.


Podziemna cywilizacja


Co się ukrywa w głębinach Ziemi pod jeziorem Wostok? Rosyjskie i amerykańskie satelity zwiadowcze niejednokrotnie odnotowywały starty UFO spod wody w rejonie Antarktyki. Istnieje hipoteza o istnieniu pod kontynentem, a dokładniej w rejonie jeziora Wostok ogromnej pustej przestrzeni – a dokładniej – całego systemu jaskiń połączonych z oceanem podwodnymi tunelami. Oczywiście te podziemne pustki mają warunki sprzyjające życiu, bo mają one geotermalne czy inne źródła ciepła.

Istnieje hipoteza, że 14-15 MA temu Antarktyda była kwitnącym kontynentem, wolnym od lodu. I to właśnie tam powinno się szukać legendarnej Atlantydy. To właśnie tam żyła potężna cywilizacja Atlantów, której rozwój przewyższał naszą o kilka rzędów wielkości. Jednak pewnego razu doszło do wojny pomiędzy Atlantami a drugą supercywilizacją Ariów, w czasie której używano BMR w skali całej planety.

W jej rezultacie zmieniło się nachylenie ziemskiej osi, przebiegunowanie, erupcje superwulkanów i supertsunami doprowadziły do zagłady wszystko, co żyło na kontynentach. Przeżyło niewielu ludzi i cofnęli się oni do stanu pierwotnego. Cywilizacja została odrzucona na miliony lat wstecz, zaś Atlantyda przekształciła się w Antarktydę – królestwo zimy.

Jednakże część Atlantów zdołała ukryć się pod ziemią, uchroniwszy swoją cywilizację. Ale z tymi, którzy pozostali na powierzchni oni nie chcieli mieć niczego wspólnego. Tylko w latach 40. hitlerowcom udało się nawiązać kontakt z nimi jakimś sposobem.

W 1941 roku, Niemcy zdesantowali się na Antarktydzie, na Ziemi Królowej Maud i złożyli tam swoją stację Oazis. Terytorium to anektowano u Norwegii i nazwano Neuschwabenland – Nową Szwabią. Ale oczywiście jeszcze wcześniej, niemieckie okręty podwodne znalazły podziemne tunele wiodące do przystani podziemnych miast Atlantów. Jak nazistom udało się pozyskać sympatię „bogów” nie wiadomo, ale bezsprzecznym faktem jest, że Niemcom pozwolono osiedlić się w Antarktyce, ale także podzielili się z nimi swymi niektórymi technologiami. Wiadomym jest, że Niemcy stworzyli i wypróbowywali swoją supertajną „broń odwetową” V-7 – ponaddźwiękowe dyskoplany poruszane przy pomocy rakietowych, czy nawet jądrowych silników. A po pokonaniu hitlerowskich Niemiec, okrętami podwodnymi zwieziono najbardziej cenne archiwa III Rzeszy i to właśnie tutaj znalazł spokojną przystań niejeden z nazistowskich wodzów.

W styczniu 1947 roku, USA postanowiły spróbować zniszczenia Nowej Szwabii, organizując ekspedycję pod kryptonimem High Jump, pod dowództwem adm. Richarda Byrda. W operacji wzięło udział 13 okrętów US Navy – w tym lotniskowiec, lodołamacze, zbiornikowce i okręt podwodny. Lotnicze środki transportowe posiadały 15 samolotów transportowych, samoloty dalekiego rozpoznania, helikoptery i latające łodzie (hydroplany). Ciekawy jest kadrowy zestaw tej ekspedycji. Było tam 25 pracowników naukowych i… 4500 żołnierzy USMC, żołnierzy i oficerów. Operacja wojskowa była zaplanowana na 6-8 miesięcy, ale już po trzech tygodniach eskadra porzuciła brzegi Antarktydy. Adm. Byrd w swym meldunku napisał, że na Lodowym Kontynencie starli się z tak silnym przeciwnikiem, że odeprzeć go US Army nie była w stanie. Wedle słów admirała, amerykańska flotylla poniosła straty wskutek ataku „latających talerzy”, które wyskakiwały spod wody i literalnie rozstrzeliwały okręty.

Od tego czasu nikt nie usiłuje dostać się do podziemi Atlantydów. Czy jest możliwy nowy kontakt? Czas pokaże.


Moje 3 grosze


Jakoś mi się nie chce wierzyć w te wszystkie cudowności opisywane przez autora w końcowych akapitach. Jako sceptyk wolę sądzić (nie wierzyć) w to, że Niemcy faktycznie byli na Antarktydzie i poszukiwali tam Atlandytów, ale tylko dlatego, że taki był rozkaz SS-Reichsführera Heinricha Himmlera i samego Hitlera. To akurat wpisuje się w działania SS, które zmierzały do wyciągnięcia z Przeszłości wszystkiego, co mogło się przydać III Rzeszy w Przyszłości. Niemieckie wyprawy archeologiczne rozpełzły się na wszystkie kontynenty – w tym na Antarktydę, więc nie ma co tutaj robić z tego dodatkowej sensacji. Nie sądzę, by coś tam znaleźli, poza minerałami i lodem, które same w sobie już stanowiły pewne bogactwo naturalne. Ale chyba nawet nie znaleźli śladów po Atlantydach, bo zostały one starte przez ruch lodowców i to bardzo dokładnie. A co do tuneli – owszem, takowe istnieją, ale są tylko kanałami spływu wody spod topniejących lodowców.

Mówiąc krótko – Niemcy nie mogli tam znaleźć niczego bez ciężkiego sprzętu i nade wszystko metod poszukiwawczych z końca XX i początków XXI wieku.

Co zaś do wyprawy adm. Byrda, to miała ona za zadanie wykurzenie Niemców z Nowej Szwabii. To brzmi rzeczywiście wiarygodnie, ale mam pytanie: czy wzięto jakichś jeńców? Czy przejęto jakichś naukowców? Jeżeli tak, to co się z nimi stało? Co się stało z zabitymi w trakcie tych działań? Gdzie ich pochowano? Czy wrzucono ich do oceanu? Co się stało w niemieckimi instalacjami na Antarktydzie? Zniszczono je czy przejęto? Na te pytania nie ma odpowiedzi i o ile wiem, to nikt ich nie zadał. Tak więc sprawa jest nadal otwarta.


Głos z KKK


Czyż Nowej Szwabii nie upatrywano we wnętrzu Ziemi? Admirał Byrd z kolei to postać w woalu kontrowersji, bowiem relacja z jego udziałem nie koniecznie wyzwala odczucie realizmu sytuacji, choć sensacyjności odmówić jej nie można.
Z jednej strony wiadomo, że krzyżowanie informacji, mieszanie ich z faktami do poziomu fałszu graniczącego z prawdą to zabieg dezinformacyjny, z drugiej zaryzykować można domysłem, iż w przypadku zaawansowanych cywilizacji wszystko to, co wyśmiewamy dzisiaj jako zbyt fantastyczne, jest dla nich przeżytkiem i historią, ale zastanowić się trzeba, czy takie 'kąsanie' strzępami informacji czy okruchami plotek to droga do czegoś innego, niż zwyczajne poszerzanie horyzontów.
Poszerzenie świadomości odbywa się dzięki szerokim horyzontom, ale obecnie jesteśmy na etapie krakenów za końcem lądów i przepaścią na skraju wód oceanów. Tam mieszkają smoki, a co sami dorzucimy, będzie nas straszyć do samego rana, gdy w końcu wyczerpani siądziemy przy łóżku rozkopanego myślami umysłu i zorientujemy się, że 'warto było', ale tylko raz, bo inaczej wszystko jest do kitu...
Siedząc na miejscu, które wyznacza mu siedzisko krzesła czy fotela, arcysceptyk powie, że wszystko można zmyślić, łatwowierny powie, że nie można temu zaprzeczyć, a ja powiem, że poczekam na dalsze rewelacje. Już teraz wychwycić można krzyżowanie wątków, zestaw domniemań, rewelacji a'la oskarżenia, itp.
Jest pewien poziom czy scena informacji, która bardziej przypomina młyn do mielenia infogeeków niż infoserwis dla ciekawych. Im więcej tekstu kryje się pod hasłem: 'według mnie lub tego, co pewnie jest prawdą', tym mniej wartościowy dany zestaw informacji w ostatecznym rozrachunku.
Jak odparować konstruktywne informacje? Przez rozcieńczenie ich dezinformacją i podgrzanie uczuciami. Warto patrzeć na to, jak dana informacja rezonuje w nas, jaki efekt przynosi, co uzyskujemy dzięki niej dla nas. Choć prawdą jest, że i wyśniona scena ma pożyteczny wpływ, a z drugiej strony nie wszystko można sprawdzić osobiście, jednak stałe elementy z podobnej otoczce czarów i mitów to danie, które kiedyś na szczęście przeje się każdemu.
Nie skreślam w całości, ale wkładam na półkę gdzieś na strychu. (Smok Ogniotrwały)

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 51/2014, ss.6-7
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©  

niedziela, 28 czerwca 2015

Chupacabra atakuje Czelabińsk?

Tajemnicza Chupacabra z Czelabińskiej Obłasti...


Igor Nikitin


Mieszkańcy Czelabińskiej Obłasti pozostają w niepewności – aktualnie nieznany drapieżnik zabija zwierzęta domowe i, sądząc ze wszystkiego, wypija z nich krew. Co to za zagadkowy wampir?


Ptaki, świnie, króliki, kozy…


W październiku bieżącego roku (2014), w jednym z gospodarstw w Czelabińskiej Obłasti było 13 kaczek. Pewnego ranka, ich gospodarz znalazł 10 z nich martwych i pozbawionych krwi. Niemal w tym samym czasie, mieszkańcy sąsiedniej farmy stracili kilka świń – chrumcie leżały w swych boksach z przegryzionymi do kości szyjami. Następnego dnia podobnie straszną śmiercią padło jeszcze kilka loszek. W ściance chlewa znaleziono nieduży otwór, a na ziemi gospodarze znaleźli dziwne ślady, które trudno było przypisać jakiemukolwiek znanemu nauce zwierzęciu.

Jak by na to nie patrzeć, podobne rzeczy zdarzały się tu często. Tego lata (2014 r.) w ten sposób pewne gospodarstwo straciło kilkadziesiąt królików. W sąsiedztwie nieznany drapieżnik zabił całe stado kóz, a w czasie kilku nocy – kilka świń.


Niezwykły apetyt


Ale powróćmy kilka lat w Przeszłość.

W 2011 roku, w jednym z gospodarstw nieznany drapieżnik zadusił 60 królików. Ich właściciele twierdzą, że pies zawsze czujnie reagujący na wszystkich obcych w okolicy, w tą noc nie szczekał, a w następne kilka dni zachowywał się bardzo dziwnie – siedział w budzie i nie wytknął nawet z niej nosa, jakby się czegoś bał…

W sierpniu 2011 roku, właścicielka dużej ptasiej fermy z przerażeniem odkryła, że wszystkie 115 przepiórek jest martwych. Gardła ptaków były przegryzione, a krew wypita co do kropli. Pies w tym przypadku także nie reagował. Zaś we wrześniu tego samego roku, odniosły straty także inne gospodarstwa.

Tak samo były zaduszone i wyssane króliki, wszystkie ptaki domowe i nawet kilka owiec. Być może działał tam nie jeden, ale kilka wampirów? Ale jeżeli mowa jest o jednym, to odznaczał się on nieprawdopodobnym apetytem.

[To można objaśnić tym, że krew jako pokarm nie jest zbyt wartościowa, i dlatego ten drapieżnik – czymkolwiek jest – musiał wypić jej dużo, by się nasycić – uwaga tłum.]

...i jej ofiary - zwierzęta domowe...


Polowanie na ludzi?


Według słów poszkodowanych hodowców, nieznany drapieżnik jest bardzo sprytny, zręczny i silny. On po prostu wyrywa drzwi z zawiasów, zrywa skoble, rozrywa klatki i przegryza się przez grube ściany z desek. Przy czym nikt go nie widział i dlatego wszyscy skłaniają się do myśli, że w Czelabińskiej Obłasti szaleje wszystkim znana (a dokładniej mówiąc - nieznana) Chupacabra.

Miejscowi leśnicy i weterynarze są w rozterce. No bo z jednej strony z ich doświadczenia zawodowego wynikałoby, że sprawcą tych wszystkich masakr jest po prostu ryś. Z drugiej strony, ryś nie pogardziłby mięsem swych ofiar i na pewno by się nim pożywił nie ograniczając się do wypicia samej krwi. Do tego ten „przestępca” praktyce wszędzie pozostawia kłaczki swej sierści, ale żaden z myśliwych nie jest w stanie nawet w przybliżeniu zidentyfikować jej właściciela. Mogą powiedzieć tylko tyle, że i ślady i sierść należą do krótko-ogoniastego, kota z tajgi. W każdym wypadku, niebezpieczeństwo wydaje się być tak duże, że miejscowi zaczęli przewozić dzieci do szkoły i przywozić je po lekcjach, obawiając się, że nieznany drapieżnik zacznie polowanie na ludzi.


Inwazja wilków czy nie?


Interesujące, że napady zagadkowej Chupacabry na czelabińskie gospodarstwa zaczęły się dosyć dawno, bo jeszcze w latach 40. XX wieku. Najpierw po II Wojnie Światowej tutaj był organizowany w szczerym polu kołchoz składający się z niewielkiej owczej fermy, skromnego stada krów i kilkuset gęsi. I pewnego zimowego poranka kołchoźnicy odkryli, że w nocy zabito i pozbawiono krwi wszystkie gęsi – co do jednej. Wtedy pomyślano o wilkach, ale dlaczego wilki nie zjadły ani jednej gęsi, a tylko wypiły ich krew? Wilki ze swej natury nie są wampirami. Wtedy mało kto o tym myślał, ale nie jest wykluczone, że to właśnie była pierwsza – ale nie ostatnia – wizyta Chupacabry w Czelabińskiej Obłasti.

[U nas w Polsce mieliśmy w 2007 roku podobną sprawę na Pomorzu Zachodnim, gdzie w dziwny sposób zginęło kilka ptaków domowych i królików, ale rychło się okazało, że za tym tajemniczym wydarzeniem stał zwyczajny rosomak. Sprawę swego czasu badała GBNOL z Poznania – uwaga tłum.]


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 51/2015, s. 3

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©