wtorek, 22 września 2020

Coś dla fanów chemtrails

 


Dzisiaj trafiłem na FB na fajny filmik pokazujący kołowanie i start Airbusa A-380 tajskich linii lotniczych, który wystartował i spadł w chwilę potem. Ale to jeszcze nic, bo ktoś bardzo udatnie pokazał, jak powstają chemtrails.


Oczywiście cały film to fake, ale wrażenie robi – szczególnie chmury spalin i chemikaliów. Oczywiście dla wierzących będzie to jak najbardziej autentyk… Takie rzeczy mogą straszyć ludzi, którzy nie są w stanie zidentyfikować faktu, że jest to symulacja komputerowa. Ten samolot nie ma numeru rejestracyjnego na ogonie – a powinien mieć zaczynający się od liter HS. Gdy samolot opuścił terminal nie było żadnej załogi naziemnej. A-380 wymagają traktora, aby je odpychać, a nie odwrócić. Poza tym są i inne rzeczy, jeśli wiesz czego szukasz. A kontrola ruchu lotniczego nie pozwoliłaby samolotowi na kołowanie, a co dopiero na start. Ale efektownie to wygląda – nieprawdaż?

 

Źródło – Facebook

Jeszcze jedna tajemnica Tatr?

 

Rejon Tatr, gdzie znaleziono zwłoki Marka Willa

 Niedawno w Internecie ukazał się artykuł na temat kolejnej dziwnej śmierci w górach. Śmierć ta kwalifikuje się do Projekty Tatry, który prowadziłem onegdaj i sądzę, że warto byłoby tą sprawę odgrzać. A oto artykuł na ten temat z „Tygodnika Podhalańskiego 24tp.pl” na stronie https://24tp.pl/n/71736.

 

Tajemnica śmierci Marka Willa

 

Był ratownikiem GOPR i przewodnikiem tatrzańskim. W górach znał każdy kamień. 29 listopada 1981 roku wyszedł z domu i nigdy nie wrócił. Po dwóch latach odnaleźli jego szczątki w górach pracownicy MSW. Dzisiaj, po prawie dwudziestu latach, wciąż istnieją wątpliwości, co do przyczyny śmierci Marka Willa. W księgach wyjść tatrzańskiej grupy GOPR odnotowano jedynie dwie akcje ratunkowe - tak pisaliśmy na łamach TP 20 lat temu. Minęły kolejne 20 lat i nadal nie wiemy jak zginął Marek Will. Przypomnijmy ten tekst sprzed laty.

- Pamiętam dobrze Marka - opowiada Apoloniusz Rajwa, doświadczony przewodnik tatrzański. - To była taka niespokojna dusza. Ponad wszystko lubił chodzić w góry. Fascynowało go wyszukiwanie nowych przejść. Słyszałem, że w dniu ostatniego wyjścia szukał kompana do drogi. Poszedł jednak sam. Jego śmierć to jakaś dziwna, do dzisiaj nie wyjaśniona historia.

 

Wszelki ślad zaginął

 

Marek Will miał 33 lata. Był ratownikiem tatrzańskiej grupy GOPR. Pracował jako przewodnik tatrzański w Wojskowym Domu Wypoczynkowym. Miał dwójkę dzieci. Z żoną Krystyną poznali się w Bukowinie Tatrzańskiej. - Pochodzę z Dąbrowy Górniczej - wspomina Krystyna Will. - Kiedyś miałam do wyboru wczasy w NRD albo w Bukowinie Tatrzańskiej. Wybrałam Bukowinę. On tu, w FWP pracował. Pamiętam, jak poszłam z grupą na wycieczkę. Marek był naszym przewodnikiem. Od razu mnie wypatrzył. Mimo że szedł za nim sznur dziewczyn, oglądał się za mną. Był romantykiem, ale i dziwakiem. Gdy wędrowaliśmy po Bieszczadach, musiał wszystko sfotografować. I motyle, i pajęczynę na liściach. Dzięki niemu poznałam góry. On je kochał ponad wszystko. Kiedy urodziło się nam dziecko, miał do mnie pretensje, że nie mogę iść z nim w góry. On szedł. Byłam do tego przyzwyczajona. Gdy zostawał ze mną narzekał, że taka ładna pogoda, a cały dzień zmarnowany. Wolałam, jak wychodził. Wracał później z gór taki szczęśliwy.

Rodzice Marka Willa przyjechali w Tatry z Warszawy. Tu osiedlili się po wojnie. Marek, razem z bratem i siostrami, mieszkał w Poroninie. - Góry były jego życiem - opowiada Maria Will, siostra Marka. - Lubił sobie chodzić. Miał zawsze kompanów, czasem szedł sam. Był przewodnikiem, doskonałe znał góry. Wyjścia na Słowację nie były w tym czasie niczym szczególnym. Przez granicę nie można było przenieść wielu potrzebnych rzeczy. Marek kupował sobie czasem po tamtej stronie jakieś drobiazgi i przynosił je dla własnego użytku. Jakieś kijki narciarskie, plecak. Do dziś mam wyrzuty sumienia, bo któregoś dnia znajoma z Zakopanego powiedziała mi, że ma do przeniesienia na Słowację jakieś dwa futra. Zaoferowałam jej pomoc brata. On, jak zwykle, chętnie się zgodził.[1]

Marek wyruszył w góry 28 listopada 1981 roku. - Dobrze pamiętam ten dzień - mówi Krystyna Will. - Jechaliśmy jednym autobusem. Ja pojechałam z dziećmi do Poronina, a on wcześniej wysiadł i pojechał do Kuźnic. To był ostatni raz, kiedy go widzieliśmy. Noc z soboty na niedzielę Will spędził w siedzibie PIM-u na Hali Gąsienicowej. - Pracował tam jego przyjaciel, pan Konieczek. Nie pamiętam już jego imienia - mówi siostra Marka - ale pamiętam, że były andrzejki i zaczął padać śnieg. Pomyślałam wtedy, że będzie mu ciężko iść. Wiem, że w niedzielę rano, bez przeszkód wyruszył w dalszą drogę - dodaje. Marek nie wrócił do domu w niedzielę. Nie było go w poniedziałek, mimo że miał tego dnia być w pracy w WDW. Wieczorem siostra i żona dały znać do GOPR- u o zaginięciu Marka Willa. Od razu wskazały trasę, którą miał iść.

 

Poszukiwania

 

Pierwsza akcja ratownicza wyruszyła jeszcze w poniedziałek. - Szukali. Naczelnik zapewniał nas, że zrobią wszystko - wspomina żona. - Pan Franek Spytek mówił mi kilka lat temu, że jemu nie pozwolono wziąć wówczas psa. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Po dwóch dniach, ze względu na kiepską pogodę, poszukiwania zawieszono. „Dziennik Polski” 3 grudnia 1981 roku informował: Na skutek szalejącej śnieżycy i groźby lawin, GOPR zmuszone zostało do przerwania poszukiwań zaginionego przewodnika tatrzańskiego i ratownika GOPR, 33-letniego Marka Willa. Akcję poszukiwawczą prowadziło pięć grup GOPR i dwie grupy słowackiej Horskiej Słužby z psami lawinowymi. W relacjach z tamtego czasu pojawia się też wspomnienie Wincentego Cieślewicza, przewodnika „lawinowca”: Widoczność była wtedy słaba, kładło śniegiem. Nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie szukać. Marek wyszedł z Gąsienicowej około 10., 11. rano. Było to dziwne, bo zwykle, jak człowiek decyduje się na nocleg w drodze, to po to, żeby na drugi dzień wyjść jak najwcześniej, a nie w południe. Ale Marek to niespokojny duch, energiczny, pełen życia. Tam, gdzie inni pokonywali trasę w 6 godzin, on szedł 3,5. Nie wiedzieliśmy, którędy miał iść. Którędy poszedł, czy nie uciekał, czy nie zabłądził... Przeszukaliśmy wszystkie możliwe do spenetrowania trasy. Przeszukaliśmy teren od Kasprowego po Świnicę.

Po wprowadzeniu stanu wojennego urwał się bezpośredni kontakt z ratownikami Horskiej Słužby. Zachowane relacje mówią jednak o kilku akcjach Słowaków, o prowadzonych poszukiwaniach, np. przy wytyczaniu nowych szlaków. Po 13 grudnia szanse na akcje w rejonie granicy były nikłe. W listopadzie 1982 r., po roku od zaginięcia ratownika, zapytany przez dziennikarkę „Dziennika Polskiego” zastępca naczelnika GOPR Andrzej Miodoński powiedział: - Wysłaliśmy 13 patroli. Szukamy Marka przy okazji wszystkich innych wypraw, lotów helikoptera. I nic, stale drepczemy w miejscu. Ze swej strony zrobiliśmy wszystko, co było możliwe.

 

Dziwne telefony

 

Z zaginięciem w Tatrach Marka Willa chyba by się pogodzono, gdyby nie pewien wątek tej historii. - Już następnego dnia po zaginięciu męża pojawili się u mnie oficerowie WOP-u. Pytali o Marka. O wszystko. Był z nimi Czesław Kurowski. Kapitan. Pytał, czy mąż uciekł na Węgry. Mówiłam im prawdę, że poszedł na Słowację. Mówiłam o tych futrach, niczego nie ukrywałam. Potem dowiedziałam się, że kilka dni po zaginięciu męża ktoś zatelefonował do GOPR- u, że Will się znalazł i można przerwać poszukiwania. Rozmówca przedstawił się jako wopista. Dowiedzieliśmy się takie, że podobny telefon wykonał ktoś z MSW do WOP-u.

Zainteresowanie pracowników WOP sprawą Willa wywołało domysły na temat prawdziwych powodów jego zniknięcia. - Kurowski często przychodził do mnie do domu. Podobno, jak dowiedziałam się od koleżanki, podejrzewał męża o przemyt albo prowadzenie działalności objętej zainteresowaniami kontrwywiadu. Pamiętam, że w listopadzie mąż z dwoma kolegami wracał z uroczystości na cmentarzu w górach na Słowacji nie autokarem, tylko na piechotę. Zaliczyli wówczas jakąś trasę. Później opowiadał, że tylko Romek miał narty, a oni nie, więc się zapadali w śniegu. WOP tego właśnie się czepiał. Podobno mówili w GOPR-ze, że podejrzane jest to łażenie w śniegu do pasa i przyjdzie czas, że go złapią na gorącym uczynku. Kiedyś narysował mi Kurowski takie koło i później małą kreskę, którą nazwał małym udziałem mojego męża w dużej grupie przemytników. Twierdził, że jak mu wszystko powiem, pojedzie do Słowaków, którzy go na pewno więzią i oni go wypuszczą. Kiedyś nawet pojawiła się pogłoska, że ktoś widział, jak przewożono Marka przez granicę. Teść pojechał w tej sprawie do Nowego Targu. Okazało się, że nikt nic nie wie. Pan Kurowski przychodził, wypytywał. Przynosił prezenty, raz były to pieniądze, kiedy indziej buciki dla dziecka. Wtedy myślałam, że on jest taki życzliwy. Sugerował mi, że mąż żyje. Gdy zapytałam, czy napiją się piwa, usłyszałam, że tak, ale dopiero wtedy, kiedy Marek będzie wśród nas.

 

Po dwóch latach

 

Tymczasem rodzina zaginionego nie ustawała w wysyłaniu próśb o poszukiwanie Marka. Zrozpaczony ojciec prosił o wznowienie poszukiwań, pisząc do kancelarii Rady Państwa, Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu, a nawet do MSW. W odpowiedzi napisano, że od tych spraw jest GOPR. - Tym bardziej dziwne wydaje się to, co stało się później - mówi pani Krystyna. - To było w lipcu 1983 roku, kilka dni po ogłoszeniu końca stanu wojennego. Do Zakopanego przyleciał helikopter MSW. Oto, co pisze na ten temat ratownik GOPR-u, Wojciech Bartkowski: - Komenda Główna MO, pismem z dnia 9 lipca 1983 roku powiadomiła naczelnika GOPR, że na 26 lipca jest zaplanowane poszukiwanie zaginionego Marka Willa przy użyciu śmigłowca w rejonie doliny Cichej. Jednocześnie zwrócono się do GOPR-u o wydelegowanie ratownika do udziału w tych poszukiwaniach. 9 lipca naczelnik GOPR powiadomił mnie, że będę brał udział w tych poszukiwaniach.

Według tego dokumentu, 26 lipca 1983 roku, o godz. 11.10 śmigłowiec MSW wylądował na Liliowym. Na poszukiwanie wyruszyły trzy osoby - Czesław Kurowski, Józef Michalec, oficer WP, przewodnik tatrzański z Gronika i ratownik GOPR Wojciech Bartkowski. - Według materiału przedłożonego przez Kurowskiego, poszukiwany mógł być w pasie linii spadku od Beskidu po Suchą Przełęcz, w paśmie kosówki, do lasu w Cichej. Rejonem proponowanym przez naszą Grupę Tatrzańską i przeze mnie był rejon od Przełęczy Liliowe, w kierunku Walentkowej, a w szczególności Żleb Zaremby, jako miejsce najbardziej zagrożone lawinami - relacjonuje Bartkowski. - O godz. 15.30 u wylotu Żlebu Zaremby znalazłem kijek narciarski. Po 10 minutach idąc w górę, Józef Michalec natrafił na zwłoki pod dużym progiem, 120 m od kijka. Po wykonaniu przez Kurowskiego dokumentacji fotograficznej, udaliśmy się na Liliowe do śmigłowca.

Lokalizacja Żlebu Zaremby - ciało znaleziono w jego dolnych partiach na lawinisku

Po dwóch latach odnaleziono więc szczątki Marka Willa. Były w stanie kompletnego rozkładu. Na miejscu był także plecak i fragmenty futer, które niósł wówczas. - Przez całe te dwa lata żyliśmy nadzieją, że Marek żyje. Nie będę ukrywała, że korzystaliśmy nawet z usług wróżek, jasnowidzów. Niektórzy potwierdzali nasze nadzieje. Nie dawało nam jednak spokoju, jak to się stało, że Marka odnaleziono tak szybko po tym, jak pojawił się śmigłowiec z MSW. Zdaniem rodziny, to jedna z kilku wątpliwości, które mogą potwierdzać, że ktoś znał już wcześniej miejsce, gdzie znajdują się szczątki Marka Willa. Notatka, która ukazała się na drugi dzień w prasie, dolała tylko oliwy do ognia.

 

Organ donosił

 

„Dziennik Polski” z 28 lipca 1983 r. pisał: Marek Will miał serdecznego przyjaciela w osobie kpt. Czesława Kurowskiego, którego hobby jest radiestezja. Kapitan Kurowski, bolejący nad stratą przyjaciela, zdecydowanie odrzucał krążące po Zakopanem płotki, jakoby Marek uciekł z kraju. Twierdził, że nie żyje i nawet określał miejsce tragedii. Po zniesieniu stanu wojennego, kpt. Kurowski postarał się o pomoc władz zwierzchnich i do Zakopanego przyleciał ciężki helikopter. (…) 26 lipca GOPR przy pomocy radiestety rozpoczął akcję poszukiwawczą. 11 lotów w Tatry wykonał lekki helikopter w służbie GOPR. Marek Will leżał w trudno dostępnym miejscu, przyczyną jego śmierci była lawina. Wzburzony tą informacją, ojciec Marka napisał sprostowanie. Proszę uprzejmie o bezzwłoczne zamieszczenie w Waszym piśmie sprostowania fałszywych wiadomości. Marek Will nie zginął początkiem grudnia, tylko 29 listopada. Nie wybrał się wówczas ze schroniska, a ze stacji PIM. Kpt. Kurowski nie był nigdy jego przyjacielem, ani nawet znajomym. Lekki helikopter nie wykonał jedenastu lotów, tylko dwa. Sprostowanie to nigdy nie zostało opublikowane.

Rodzinę poinformowano o odnalezieniu Marka nazajutrz po całej akcji. - Miałam tego dnia dyżur w pracy, kiedy zatelefonowano po mnie - opowiada Marta Will, siostra Marka. - Zwolniłam się i pobiegłam na milicję, gdzie czekał już ojciec. Zobaczyłam, że trzyma w ręku kijek bambusowy. Mówił, że oddano mu kij, który znaleziono przy szczątkach Marka. Zadziwiające było to, że był całkiem nowy. Przecież przeleżał tam dwa lata. Potem widziałam drugi kijek. Ten był cały sczerniały, zgniły. A na tym była lśniąca czysta skórka. 2 sierpnia odbył się pogrzeb Marka Willa. - Nie pozwolono nam wnieść trumny do kościoła - mówi siostra Marka. - Podobno nie zgodził się na to sanepid. Nie wiem, dlaczego. Msza Św. odbyła się w kościele, ale niestety, bez trumny. Dobrze pamięta ten fakt żona Marka. - Pojechałam do GOPR-u uzgodnić jeszcze jakieś szczegóły. Gdy weszłam, naczelnik Komornicki odkładał właśnie słuchawkę. Powiedział mi, że dostał właśnie telefon, że trumny nie można będzie wnieść do kościoła. Tak się stało.

Tego typu nieprzyjemności i dziwne zachowania towarzyszyły najbliższym Marka. - Gdy byliśmy na milicji - mówi dalej Krystyna Will - sugerowano nam, żebyśmy mówili, że był to wypadek, lawina. Teść odpowiedział wtedy, że nie potrzebnie chyba o tym mówią. Powiedziano nam, że jest już po oględzinach i że ciało można wziąć. Gdy poprosiliśmy o możliwość oglądnięcia zwłok, nastąpiła jakaś konsternacja. Po co? Nie ma sensu. To jest nieprzyjemne - mówiono. Postawiliśmy jednak na swoim. Po kilku godzinach oczekiwania otwarto nam prosektorium. Okazało się, że czekano na prokuratora. W progu przywitał nas w białym fartuchu. Do pracownika prosektorium burknął, że jeśli nie mają nic przyjemniejszego do oglądania, to niech oglądają. Zaraz pojawił się jakiś człowiek, który robił zdjęcia. Jedynie, z daleka pokazano nam kości męża i czaszkę.

 

Bezsilność ojca

 

Na pogrzebie było kilkaset osób. Ratownicy GOPR-u, przewodnicy tatrzańscy. Ojciec Marka długo przygotowywał się na ten moment. Wiedział, że jest to jedyne miejsce i czas, kiedy może powiedzieć, co czuje w związku ze śmiercią syna. Zachowała się mowa pożegnalna. Oto jej fragmenty: Moje słabe serce przytłoczył olbrzymi ciężar bólu i trudno mi mówić, ale może właśnie dlatego czuję instynktownie, że jeżeli zwierzę Ci się ze swoich trosk, to przynajmniej część tego ciężaru spadnie mi z serca. Przykro mi, że nie byłeś z nami na Mszy św. w kościele. Niestety, surowe przepisy zabraniają tego. Prasa, mówiąc delikatnie, mija się z prawdą. Nie zginąłeś w grudniu, lecz 29 listopada 1981 roku. Nie wyruszyłeś w góry ze schroniska, lecz ze stacji PIM na Halę Gąsienicowej. Kpt Kurowski nie był nigdy Twoim przyjacielem, nie był nawet znajomym. Helikopter GOPR nie wykonał 11 lotów, lecz tylko dwa. A jak wyglądało to, co prasa szumnie nazwała współdziałaniem radiestety z GOPR-em? Prawda Jest taka, że autorem i realizatorem planów wszystkich wypraw poszukiwawczych od początku do końca był GOPR. 26 lipca wyszło w Twoim kierunku dwóch doświadczonych ratowników i znalazło Cię u wylotu Żlebu Zaręby. Stało się to wbrew sugestiom rzekomego radiestety, który radził szukać Cię gdzie indziej, a więc tam, gdzie Cię nie było. Nieprawdą jest, że dostrzeżono Cię z wojskowego śmigłowca. GOPR odnalazłby Cię co najmniej rok wcześniej, gdyby nie stan wojenny i zakaz przekraczania granicy. Synu mój! Jest jeszcze wiele wątpliwości i pytań, na które ani dzisiaj, ani nigdy już nie otrzymamy odpowiedzi. Kto dzwonił dwa razy z WOP-u do GOPR-u z wezwaniem, by Cię nie szukać, bo żywy i cały powróciłeś do domu? Komu i w jakim celu spodobał się notes z adresami, który znajdował się w worku nylonowym, razem z Twoimi dokumentami ? Ale siłą złego na jednego. Najbliższa rodzina starała się uzyskać dostęp do zgromadzonej dokumentacji na temat śmierci Marka. Dopiero po wielu latach udało się to żonie. - Widziałam zdjęcia. Na czaszce z przodu widać spory ubytek. Twierdzą, że mógł uderzyć się w głowę. Podobnie może też wyglądać przecież wylot po kuli.

 

Śledztwo umorzone

 

Pod koniec sierpnia 1983 roku prokuratura umorzyła śledztwo. Z dokumentu, który udało nam się zdobyć, wynika, że pomylone zostały niemal wszystkie fakty. Dzień śmierci, miejsce odnalezienia zwłok i okoliczności całej tragedii. Widać wyraźnie, że dokument przygotowywany był przez osobę nie zorientowaną w tej sprawie. Umorzenie przygotowane zostało przez oficera milicji. Według niego, oględziny zwłok Marka Willa dowodzą, że nikt trzeci nie brał udziału w pozbawieniu go życia. Brak jednak zapisu mówiącego o sekcji, tudzież ekspertyzie Zakładu Medycyny Sądowej. Pod dokumentem widnieje także podpis wiceprokuratora Zbigniewa Rogowskiego. - Nie pamiętam tej sprawy. Rutynowo podpisywał się pod takim papierem prokurator. Raczej wątpię, aby ktoś zlecał ekspertyzę Zakładu Medycyny Sądowej. Należy pamiętać, jakie to były czasy. Prokurator, tak naprawdę, nie miał zbyt wiele do powiedzenia, jeśli sprawą zajmowało się MSW - mówi dzisiaj.

 

Wątpliwości

 

Pytania do dziś stawiają nie tylko członkowie rodziny Marka Willa, ale także przewodnicy tatrzańscy i ratownicy. Udział w sprawie WOP-u i jego funkcjonariuszy od początku budził emocje. Trzeba pamiętać, że WOP podlegał Ministrowi Spraw Wewnętrznych. Jego pracownicy byli równocześnie pracownikami Służby Bezpieczeństwa, która miała nieograniczone możliwości. Nie liczyła się ani z prokuraturą, ani milicją, ani z sądem. Najczęściej w sprawie Marka Willa pojawiało się nazwisko Czesława Kurowskiego, kapitana WOP, funkcjonariusza MSW. Kilka dni temu rozmawiałem z nim na temat śmierci Marka.

 

Interwencja Jaruzelskiego

 

Kurowski nie zgodził się na nagrywanie rozmowy. Mówił o swojej pracy i o tym, jak odkrył u siebie w latach 70. zdolności bioenergoterapeutyczne. Opowiadał o swojej pracy w Szczawnicy, gdzie kierował WOP-em i GOPR-em. Wspominał o odnalezieniu kobiety, która zaginęła w rejonie Wąwozu Homole oraz zwłok kobiety utopionej w Dunajcu. Jego zdolności potwierdziło podobno stowarzyszenie radiestetów w Poznaniu. Dzisiaj, będąc na emeryturze, pomaga ludziom jako bioenergoterapeuta.

Udział śmigłowca MSW w akcji poszukiwawczej tłumaczy listami interwencyjnymi u Jaruzelskiego. Osoby związane z WDW, gdzie Marek pracował, prosiły generała o pomoc. Wymienia tu nazwisko Para. Jest przekonany, że Marek Will zarobkowo zajmował się przemytem. Miał, jego zdaniem, mieszkanie w Popradzie, gdzie wraz z innymi dostarczał bądź odbierał towar. Ich mocodawczynią miała być kobieta o nazwisku Bar. Do niedawna podobno miała stragan w Krościenku. To ona miała wysyłać Marka z futrami przez zieloną granicę. Prowadząc badania operacyjne, WOP miał dowiedzieć się o jego sukcesach w przemycie. Kurowski opowiadał o pozostawianiu przez Willa wycieczek w Popradzie, na czas szybkiej wędrówki w góry, by przerzucić towar przez granicę. Jego zdaniem, to organizatorzy przemytu próbowali spowodować zamieszanie wokół sprawy zaginięcia Marka. Kurowski twierdzi, że to oni wykonywali fałszywe telefony w celu odwrócenia uwagi od siebie. Kapitan mówi dalej, że Barowa podczas przesłuchań nie chciała przyznać się do organizowania przemytu, bo bała się więzienia. Nie wiedziała, czy Marek żyje, czy jest w rękach słowackich. Nie chciała mówić na jego temat. Przyznał, że prowadził pracę operacyjną w domu żony Marka, że nie był nigdy ani jego znajomym, ani przyjacielem.

Dawanie prezentów i pomoc samotnej kobiecie z dziećmi traktował w kategoriach współczucia i nie należy doszukiwać się w tym innych podtekstów. Doboru ludzi do śmigłowca MSW sam dokonywał, razem z major Barbarą Suchorską z Komendy Głównej Milicji. Sam podjął decyzję, kto pójdzie przeszukiwać teren po słowackiej stronie. Pamięta, jak Józek Michalec krzyknął, że znalazł zwłoki Marka Willa. Przyznaje, że wiedział o informacjach krążących na temat okoliczności śmierci ratownika. Uważa za niedorzeczne, że Marek mógł zostać postrzelony przez służbę graniczną. Twierdzi, że nikogo tam nie było w tym czasie, a żołnierze WOP-u nie strzelaliby do niego. Nie zgadza się z tym, że kiedykolwiek zapowiadał schwytanie Marka na gorącym uczynku. Przyznaje, że WOP wiedział o związku Willa z grupą osób podejrzanych o przemyt. Według Kurowskiego, w śledztwie brano pod uwagę inny możliwy scenariusz. Marek mógł zostać zaatakowany gdzieś przez innych przemytników albo zatrzymany przez Słowaków, którzy teraz utrzymują to w tajemnicy. Szczątki Marka Willa, ich ułożenie świadczą jednak, że Will zginął w lawinie. Kilkakrotnie Kurowski powtarzał, że komuś zależało na tym, aby rodzinę Marka skłócić z WOP-em i z nim osobiście. Był zaskoczony informacją, że szczątków nie wysłano do Zakładu Medycyny Sądowej.

 

Ojciec mówił prawdę

 

- To jest zadziwiające - mówi Adam Marasek z TOPR-u, którego poprosiliśmy o przejrzenie ksiąg wypraw tatrzańskiej grupy GOPR. - Znalazłem zaledwie dwa zapisy, mówiące o akcjach poszukiwawczych. Pierwsza, z udziałem 33 ratowników i druga, następnego dnia, w której brało udział 23 ratowników. Wygląda na to, że później nikt z GOPR-u już nie szukał Marka. Naczelnikiem byt wówczas Jan Komornicki. Żona Willa twierdziła, że Komornicki kilkakrotnie zapewniał ją o prowadzonych na wielką skalę poszukiwaniach. Tylko ojciec Marka miał wątpliwości. Nad grobem swego syna mówił prawdę, gdy prostował prasowe rewelacje o jedenastu lotach śmigłowca. Zbigniew Will zmarł trzy lata po pogrzebie Marka.

 

Wizyta na Groniku

 

- Szukałem Marka na własną rękę - opowiada ratownik GOPR-u, Józef Kulig Piątek. - Ja nie mam wątpliwości, Jak on zginął - mówi „Ferko”, stary ratownik, przewodnik tatrzański. W świątecznym wydaniu „Tygodnika Podhalańskiego” zamieściliśmy pierwszą część artykułu pt „Tajemnica śmierci Marka Willa”. Ratownik GOPR-u, przewodnik tatrzański zaginął 29 listopada 1981 roku w Tatrach. Wokół jego śmierci narosło wiele pytań i wątpliwości. Dzisiaj ciąg  dalszy tej tajemniczej sprawy. - Jestem byłym mężem Barbary Will, siostry Marka - opowiada Józef Kulig Piątek, ratownik, przewodnik tatrzański. - Wtedy nieraz nosiło się przez granicę różne drobne rzeczy. Odżywki dla dzieci, ubranka. Dzień przed wyjściem, 27 listopada Marek był u mnie i proponował mi, żebym z nim szedł. Poszedłbym, ale na drugi dzień jechałem na wesele chrześnicy do Dąbrowy. Po powrocie, w poniedziałek dowiedziałem się od Basi, że Marek nie wrócił.

Piątek natychmiast zgłosił się do swojego szefa na Groniku, gdzie był przewodnikiem, z prośbą o okolicznościowy urlop. - Pułkownik Obtułowicz, mój szef, dał mi tydzień wolnego, żebym zajął się sprawą. Prosto z Gronika pojechałem do GOPR-u. Szwagier zaginionego nie znalazł się jednak w grupie poszukiwawczej. - Wtedy źle żyłem z Komornickim. Dziwne było, że odsunął mnie od akcji. Prosiłem, ale Komornicki powiedział, że nie. Mało tego - zawiesił mnie w czynnościach ratownika. Kiedy wróciłem do domu, dowiedziałem się, że cofnięto mi tygodniowy urlop. Okazało się, że Jan Błaszczyk, oficer polityczny, cofnął mi ten urlop twierdząc, że to się stało bez jego wiedzy. Nieprzyjemności miał też podobno Obtułowicz. Kilka dni później zostałem wezwany na Murowanicę, do WOP-u. Przesłuchiwał mnie kapitan Czesław Kurowski. Wziął się za mnie ostro. Adresy, telefony. Pytał, czy wiem, że Marek był przemytnikiem itd. Dwóch oficerów przesłuchiwało mnie cztery razy.

 

Przyszła wiosna

 

- Czekałem na wiosnę. Latem 1982 roku zaczęliśmy szukać na własną rękę - opowiada dalej Józef Kulig Piątek. - Udawałem turystę. Ciągle wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. Bałem się przejść przez granicę. Znałem gniazda wopistów. W lipcu 1983 roku byłem na Groniku, gdy przyjechał do nas samochód MSW. Przyjechali po Józka Michalca. Gdy dowiedziałem się, że jadą szukać szwagra, powiedziałem, że chcę także jechać. Jacyś ludzie wyprosili mnie z samochodu. Pojechał tylko Michalec. Czekałem, kiedy wróci śmigłowiec. Niestety, nie doczekałem się, bo wylądował na Równi Krupowej. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego akurat tam. Myślałem, że wezmą go prosto do Zakładu Medycyny Sądowej. Około 21. poszedłem do szpitala. Portierzy mnie znali. Poprosiłem o klucz do prosektorium. Portier błagał, żebym nie zapalał światła. Marek był w worku. Pamiętam, że na butach miał raki. Niestety, niewiele wtedy zobaczyłem.

Nazajutrz Józef Kulig Piątek postanowił pójść do szpitala, żeby przygotować ciało szwagra do trumny. Zabrał ze sobą goprowski sweter. - A oni mnie, że tu ciała nie ma, że jest w Krakowie. Mówię, że przecież widziałem wczoraj wieczorem. A oni pytają, kto pozwolił. Dopiero wtedy zauważyłem, że w środku siedzą jacyś mężczyźni. Chodziłem później jeszcze przez kilka dni, ale mojego znajomego portiera już nie było. Chyba go wywalili. Od tego czasu zaczęły się też moje kłopoty na Groniku. Miesiąc po tym, jak dostałem medal „Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny”, nagle zwolniono mnie z pracy. Oficer polityczny powiedział mi wówczas, że powody zwolnienia są tajemnicą. Do dzisiaj ich nie znam. Na własną rękę szukał Marka Willa także Zdzisław Hoły - ratownik GOPR. - Szukaliśmy Marka z psami. Znałem go dobrze i wiem, że nie dałby się zaskoczyć lawinie. Był zbyt doświadczony - szedłby grzędą. Sądzę, że Kurowski kłamie. Panowała wówczas opinia, że zajmujemy się przemytem i że lepiej nas zastrzelić na granicy i będzie z nami spokój. Podejrzewam, że ktoś potrzebował tych dwu lat, żeby rozpadło się ciało i zostały same kości.

 

Różne opinie

 

W lipcu 1983 roku, w śmigłowcu MSW, który leciał na poszukiwanie Marka Willa, był Józef Michalec, przewodnik tatrzański z ośrodka wojskowego na Groniku i to on znalazł ciało. - Tak, to ja znalazłem szczątki Marka Willa. Znaliśmy się wcześniej z Kurowskim i dlatego wziął mnie na tę akcję. Szczątki Willa leżały dokładnie w miejscu, gdzie śnieg spadający z lawiną już zwalnia. Wszystko się zgadzało. Wtedy było lawiniasto. Nie chcę dzisiaj się wypowiadać, bo nie wiem, dlaczego tak mało akcji zorganizował wówczas GOPR. Pewnie powodem był stan wojenny - nie można było chodzić. Kapitan Czesław Kurowski był człowiekiem życzliwym. Zawsze starał się wszystkim pomóc. Stawał na głowie, żeby rozwikłać zagadkę zniknięcia Marka. Tak łatwo niesprawiedliwymi opiniami wyrządzić komuś krzywdę. Pracowałem z Kurowskim na placówce WOP w Podczerwonem i znam go dobrze. Wiem, że do dzisiaj pomaga ludziom.

O tamtych latach opowiada „Ferko” (wyraził zgodę na podanie jedynie pseudonimu) - przewodnik tatrzański, ratownik GOPR-u od lat sześćdziesiątych, właściciel psa lawinowego Bućko. - Mimo mojego żądania, nie przynieśli mi tzw. korka nasadkowego. To bardzo ułatwia psu pracę. Oficjalnie byłem tylko w pierwszej akcji poszukiwawczej. Później już mi nie pozwolono iść. Zresztą, jeszcze przed stanem wojennym nawet Słowacy ostrzegali, żeby nie przechodzić przez granicę, bo strzelają do wszystkiego, co się rusza. Później chodziliśmy na własną rękę, ale tylko do granicy ze Słowacją. Dalej nie. Od lat mam swoje zdanie na ten temat i sądzę, że WOP od początku wiedział, gdzie jest Will. Na temat tego, jak zginął, można by snuć wiele hipotez. Jedną z nich jest śmierć przez zastrzelenie. Co się tyczy przemytu, to są bzdury. Marek wybrałby dużo bezpieczniejsze miejsce do przekraczania granicy, np. przez Zawory do Trzech Studniczek i stamtąd do Popradu albo Smokowca. „Ferko” twierdzi, że ratownicy cały czas żądali od naczelnika GOPR-u Jana Komornickiego, żeby organizował akcje poszukiwawcze. - Komornicki, niestety, wtedy święty nie był i mimo naszych nalegań, akcji nie organizował. Myślę, że dzisiaj trzeba by było pana ambasadora w Bratysławie o to zapytać.

 

Akta w prokuraturze

 

Dzięki uprzejmości zakopiańskiej prokuratury, udało nam się dotrzeć do akt sprawy zaginięcia i śmierci Marka Willa. Jest to jedna teczka, w której znajduje się 17 różnych dokumentów. Są m.in. notatki służbowe milicjantów zajmujących się sprawą. Do najciekawszych należy niewątpliwie ta podpisana przez porucznika Walczaka. Znajduje się w niej informacja o prowadzonej przez WOP sprawie pod kryptonimem „Limba”. „Pod tym kryptonimem 14 grudnia 1981 roku wszczęto śledztwo, które ma na celu potwierdzenie, że Marek Will i inne osoby dokonują przestępstw granicznych”. Dalej czytamy: „Ustalono informację, że Will około 20.12.1981 roku przeprowadzi z Polski na Słowację sobie wiadomą osobę i otrzyma za to 5 tys. dolarów amerykańskich”. Notatka z 26 sierpnia 1982 roku kończy się informacją, że „Zaginięcie Willa nastąpiło prawdopodobnie na skutek wypadku, podczas którego spadł on w przepaść z powodu złych warunków pogodowych”.

W zebranych przez prokuraturę aktach znajdują się zdjęcia miejsca, w którym odnaleziono szczątki ratownika oraz fotografie wykonane podczas ich badania. Powołano wówczas biegłego lekarza Bronisława Czemańskiego - specjalistę chorób wewnętrznych. Badanie odbyło się w zakopiańskim prosektorium. Dokument, ręcznie pisany przez lekarza, zawiera głównie opis znalezionych przy Willu rzeczy - czapki, plecaka, kurtki, butów. Oto, co napisał lekarz na temat wyglądu czaszki: „Czaszka w rozkładzie, z ubytkiem okolicy lewej ciemieniowej, o powierzchni 10x10 cm, z rozległymi pęknięciami okolicznych stawów”. Nie ma opisu pozostałych części szkieletu, nie ma też informacji na ten temat. Akta zamyka dokument cytowany już przez nas poprzednio, dotyczący umorzenia śledztwa.

 

Jurek Jurecki

„Tygodnik Podhalański” 16-17/2000

 

Sprawa jak sprawa – takich znamy wiele. Czekają od lat na rozwiązanie i poczekają kolejne lata. Czytając artykuł J. Jureckiego przypomniała mi się sprawa niezwykłego zaginięcia dwojga młodych turystów z Warszawy – Piotra G. i Justyny T., którzy zniknęli w Tatrach Zachodnich, a w mojej pracy „Projekt Tatry” (Kraków 2002) pisałem o tym tak:

 

Tej dziwnej sprawie zaginięcia w Tatrach dwojga 20-latków: Piotra G. i Justyny T. poświęcono cykl artykułów na łamach „Nieznanego Świata”. Dziewczyna i chłopak literalnie rozpłynęli się wśród regli Doliny Kościeliskiej, dokąd wybrali się feralnego dla nich dnia 2 marca 1981 roku. Poszukiwania spełzły na niczym. Psychotronicy, którzy ich poszukiwali, podawali miejsca przebywania ich zwłok od Doliny Chochołowskiej i Grzesia aż do Wantul i masywu Giewontu i Czerwonych Wierchów. Jest to obszar o powierzchni niemal 45 km² terenu nader urozmaiconego. Ciekawe jest zaś to, że jedna z lokalizacji – Przysłop Miętusi znajduje się w miejscu, z którego widać doskonale trzy tutaj wymienione „podejrzane” miejsca: Giewont, Czerwone Wierchy i Kominiarski Wierch... A nie zapominajmy, że tutaj właśnie widziano tajemnicze NOL-e...

Przysłop Miętusi jest węzłem dróg turystycznych, wiodących na gmach Czerwonych Wierchów i należące doń doliny reglowe. W sezonie letnim i zimowym panuje tutaj ogromne natężenie ruchu turystycznego, a mimo tego, zdarzają się dziwne przypadki zaginięć czy tajemniczej śmierci ludzi.

Jaki był los Piotra i Justyny? Mogli oni być porwani przez NOL-a, co swego czasu wylansowało dwoje jasnowidzów z Lublina (dane personalne zastrzeżone), którzy w transach   w i d z i e l i   moment samego porwania ich na pokład NOL-a, a potem pobyt na nieznanej planecie wśród nieznanych Istot o zupełnie różnej od nas mentalności... Jak bardzo jest to prawdziwe? – tego nie wiem. Być może lubelscy jasnowidze mają rację i Piotr z Justyną rzeczywiście żyją na innej planecie czy w innym wymiarze Rzeczywistości.

Niestety, nie jestem takim optymistą. Być może wpisali się oni w SCHEMAT A i ich zwłoki poniewierają się gdzieś na dnie lasów reglowych Kościeliskiej, albo leżą połamane w jakiejś „mikro-jaskini Łataka”.

Mogli oni spotkać się z fatalnym dla nich skutkiem, z jedynym tatrzańskim zwierzęciem, które jest w stanie zagrozić człowiekowi – z niedźwiedziem brunatnym – Ursus arctos. Co więcej – głodny miś, podobnie jak śp. Kuba Kondracki  czy Magda Roztoczanka – szuka towarzystwa człowieka, bo wie, że dostanie od niego smaczny kąsek, co akurat wiem z własnych doświadczeń z niedźwiedziami, kiedy służyłem jeszcze na Łysej Polanie... NB, obydwa te misie są już historią, bowiem zabiła je źle pojmowana miłość do zwierząt, która obróciła się przeciwko nim...  Marzec jest miesiącem przebudzenia tych zwierząt ze snu zimowego i być może, jakiś głodny niedźwiedź spotkał się z Piotrem i Justyną. Dobrze, ale co się stało z ich rzeczami? Nie wyobrażam sobie misia, który pożarłby człowieka wraz z plecakiem i ubraniem. Coś zawsze   m u s i a ł o b y   zostać!

Istnieje jeszcze jedna ponura strona tego medalu – Piotr i Justyna mogli paść ofiarą ludzi. Kogo? Przede wszystkim chodzi mi tutaj o kłusowników i przemytników, którzy bardzo nie lubią, kiedy podgląda się ich „przy robocie”. […]

Zagadka zniknięcia Piotra i Justyny w dalszym ciągu pozostaje nierozwiązaną. O ich domniemanych losach pisano na łamach „Nieznanego Świata”.

 

Wysunąłem tam także hipotezę, że mogło tam dojść do mordu politycznego, bowiem oboje byli zaangażowani w antykomunistyczny ruch polityczny, ale czy SB czy nawet KGB zajmowałaby się dwojgiem studentów mając większe problemy z „Solidarnością”? takie sensacje zostawiam p. Jureckiemu, to prawie dla niego.

Uważam, że nie ma żadnej sprawy Marka Willa, bo to był zwyczajny wypadek. Po prostu miał pecha, bo wszedł w drogę lawinie, która oberwała się z górnej partii Żlebu Zaremby. I to wszystko. Reszta to już tylko legenda – kolejna na temat ponurych tajemnic gór.

Pan Jurecki ma śmieszne pretensje do żołnierzy WOP, że pilnowali granicy i nie pozwalali góralom przemycać towarów w obie strony granicy. Od tego byli. Tak już nawiasem mówiąc, to należałoby zapytać: kto na Podhalu NIE był przemytnikiem? Do reszty jego bredni nawet się nie ustosunkowuję, bo nie ma zielonego pojęcia o tym, co pisze i szkoda mi czasu na polemikę. Dość, że przypomnę tylko Prawo Burdego: kto wie – milczy, kto mówi – nie wie nic. Nawet po wprowadzeniu bandyckich ustaw deubekizacyjnych w 2009 i 2016 roku. 

Natomiast prawdziwą zagadką są losy Piotra i Justyny oraz innych osób wymienionych w „Projekcie Tatry”, a jest ich kilkanaście. Zainteresowanych odsyłam do tego opracowania – jest w Internecie na stronie - http://hyboriana.blogspot.com/2014/05/maopolskie-centrumbadan-ufo-i-zjawisk.html i dalsze.


[1] Tu i dalej podkreślenia moje – R.L.

środa, 16 września 2020

Spadają i znikają…

 

Wieś Iwięcino w Zachodniopomorskim - miejscowość w której spadł niezwykły "meteoryt"...

O dziwnych „meteorytach”, które spadają z nieba i znikają po upadku dowiedziałem się po raz pierwszy w latach 90., kiedy to zbierałem materiały do książki „Projekt Tatry” (Kraków, 2002). Wtedy to miało miejsce ciekawe wydarzenie w niewielkiej miejscowości Iwięcino na Pomorzu Środkowym, w powiecie koszalińskim, N 54°17’45” – E 016°16’33”. Opisałem to tak w mojej książce:

 

Mimo tego, że wioska Iwięcino leży koło Suchej Koszalińskiej w województwie zachodniopomorskim, to zainteresowały mnie wydarzenia, które tam się rozegrały w dniu 18 lutego 1998 roku, około godziny 04:00 CET. Opisał je najpierw tygodnik „Chwila dla Ciebie” i pozwolę sobie zacytować fragmenty tego raportu:

Z KOSMOSU DO IWIĘCINA

Coś takiego może zdarzyć się raz w życiu! - Zdarzyło się to 18 lutego br. około 4 nad ranem - mówi pani Beata z Iwięcina.

- Wstałam, by nakarmić dziecko. Nagle w oknie ukazało się światło! Żółtawe, podobne do światła żarówki, ale bardzo ostre. Podeszłam do okna. Zobaczyłam świecący półksiężyc. Spadał z nieba z dużą prędkością. Najpierw szybko, potem  wolniej.  Nad ziemią 3 razy światło zapaliło się i zgasło.(!!!) Jak twierdzą inni świadkowie - zjawisko było znakomicie widoczne także w Darłowie, około 15 km od Iwięcina.

Następnego dnia pani Beata opowiedziała o wszystkim matce. Obie postanowiły poszukać tego, co spadło z nieba. Wkrótce znalazły spory, ciepły, błyszczący w dotyku kamień. Mama pani Beaty pracująca w miejscowej szkole zaniosła znalezisko do dyrektora szkoły - jednocześnie nauczyciela fizyki.

- Zastanawialiśmy się, co to jest - mówi dyr. Zimnowłodzki - rozważałem, czy nie jest to fragment meteorytu? (...)

Dyrektor mgr inż. Włodzimierz Zimnowłodzki posłał „meteoryt” do mgr Andrzeja S. Pilskiego z Fromborka, który orzekł, że to jest zwyczajny ziemski kamień,  a nie meteoryt. No cóż - dyrektor Zimnowłodzki zaciął się jednak i obiecał, że będzie szukał tego meteorytu...

Poprzez redakcję „Chwili dla Ciebie” skontaktowałem się z dyrektorem Zimnowłodzkim i w czerwcu 2001 roku otrzymałem od niego list z informacjami uzupełniającymi relacje zamieszczone w tym czasopiśmie. Potwierdzało to moje przypuszczenia - na terenie Polski Obcy zaczynali jakieś tajemnicze działania, w których kamienie odgrywają czołową rolę!... i to już od 1991 roku.

 

Tak mi się wtedy wydawało. Byłem pod urokiem teorii Wilka-Bzowskiego o kanałach i sieciach nawigacyjnych UFO, i wydarzenie to pasowało do tej hipotezy. Rzeczywistość jednak okazała się inna i – jak zwykle – ciekawsza. Okazało się bowiem, że nie był to żaden meteoryt, a jeżeli nawet, to bardziej może spokrewniony z pwdre ser – odchodami gwiazd niż z uczciwymi kamieniami z nieba.

O innym ciekawym incydencie opowiedziała mi pewna osoba z Jordanowa, która na wiosnę 2019 roku zaliczyła niezwykle ciekawą obserwację świecącego „kamienia”, który spadł pod mur sąsiedniej posesji. Około godziny 02:00 CET świadek wyszła z domu na podwórko. W pewnej chwili zauważyła lecący powoli z ciemnego nieba świecący czerwono przedmiot, który bezgłośnie spadł pod mur stodoły na sąsiedniej posesji i powoli zgasł. Kiedy się rozwidniło, kobieta poszła poszukać domniemanego „meteorytu” i mimo dokładnych poszukiwań nie znalazła nic…

Z kolei ja zaliczyłem kolejną obserwację w nocy 15/16.IX.2020 r., kiedy to o godzinie 02:05 CEST obudziła mnie moja suczka Nina prosząc o wypuszczenie na podwórko. Wstałem więc i wyszedłem z nią na zewnątrz. Stanąłem w półotwartych drzwiach wiodących na podwórko. Nina stanęła przy mojej nodze. Trochę mnie to zdziwiło, bo zazwyczaj wypadała na podwórko, a teraz stała patrząc na mnie. Spojrzałem przed siebie i nieco w prawo i mój wzrok wychwycił niewielką plamkę dość silnego światła jakieś półtora metra od nas.

Owa plamka białego światła miała długość 2-3 cm i skojarzyła mi się z jakimś odłamkiem gałęzi przerośniętym świecącą grzybnią opieńki miodowej. Jednakże szybko przypomniało mi się, że grzybnia świeci zielonym lub niebiesko-zielonym światłem, zaś to „coś” świeciło białym światłem, które szybko przygasało i może po 15 sekundach całkiem zgasło. Ninę jakby odblokowało – smyrgnęła w krzaki, a ja poszedłem do domu po latarkę. Po pół minucie wróciłem na to miejsce uważnie świecąc po trawie i ziemi. Nie znalazłem niczego.

Ponownie wszcząłem poszukiwania po wschodzie słońca. Rezultat był identyczny – nic, nawet kawałków gałęzi, które Nina przynosiła czasem z ogródka… - a jestem absolutnie pewien, że mi się to nie przyśniło.

Dlaczego skojarzyło mi się to z pwdre ser? – zapytacie. Ano dlatego, że pwdre ser też po jakimś czasie paruje, schnie, słowem znika. Tak samo jak te świecące „meteoryty”. Zagadka jak na razie jest nierozwiązana.

I co najciekawsze – nasze psy starają się unikać tych miejsc, jakby coś im tam zagrażało. Ale co???

Czy moi Czytelnicy spotkali się z takim zjawiskiem? Bardzo proszę o odzew.    

piątek, 11 września 2020

Żwirko i Wigura - legenda polskich skrzydeł

 


Stanisław Bednarz


Ci wspaniali mężczyźni na swych latających maszynach - 11 września przypada 88. rocznica śmierci w katastrofie lotniczej pilota Franciszka Żwirki i konstruktora Stanisława Wigury. Byli to doskonali piloci wyczynowi. 

Franciszek Żwirko urodził się w 1895 r. Był porucznikiem armii rosyjskiej i kapitanem polskiego lotnictwa wojskowego. Stanisław Wigura był o 6 lat młodszy. Był pilotem i inżynierem lotniczym, wykładowcą Politechniki Warszawskiej. Wraz z Rogalskim i Drzewieckim stworzyli rodzinę samolotów RWD. Między 9 sierpnia a 6 września 1929, Żwirko i Wigura dokonali lotu okrężnego wokół Europy, na trasie Warszawa-Frankfurt-Paryż-Barcelona-Marsylia-Mediolan-Warszawa, długości prawie 5000 km, na pierwszym egzemplarzu lekkiego samolotu RWD-2.

16 października Żwirko ustanowił z Antonim Kocjanem na RWD-2 międzynarodowy rekord FAI wysokości lotu 4004 m w klasie samolotów o ciężarze własnym do 280 kg, uzyskując pierwszy rekord lotniczy dla Polski... 

7 sierpnia 1931 Żwirko i Stanisław Prauss podjęli próbę pobicia rekordu wysokości lotu samolotem RWD-7, uzyskując 5996 m, lecz federacja FAI nie uznała go z powodu niestandardowych przyrządów pomiarowych. 

W zawodach rozegranych w dniach 20–28 sierpnia 1932, załoga Żwirko i Wigura, na samolocie RWD-6, zajęła pierwsze miejsce, wygrywając z uważanymi za faworytów załogami niemieckimi oraz reprezentacjami z pozostałych krajów i przynosząc wielki sukces polskiemu lotnictwu, będący wspólnym osiągnięciem pilota i konstruktora. Na pamiątkę tego wydarzenia Święto Lotnictwa Polskiego jest obchodzone w dniu 28 sierpnia. 







Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura zginęli w wypadku lotniczym 11 września 1932 r. Samolot, którym lecieli, spadł w okolicach Cierlicka. Podczas silnego wiatru postanowili zawrócić maszynę, którą lecieli do Pragi na święto lotnicze. Lekka konstrukcja
RWD-6 nie wytrzymała naporu wiatru. Złamało się skrzydło. Piloci zginęli na miejscu. Spoczęli na warszawskich Powązkach. W pogrzebie z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego uczestniczyło 300 tys. osób. 

Miejsce tragedii na stokach wzgórza Kościelec nazwano Żwirkowiskiem. Zostało upamiętnione przez miejscowych Polaków, którzy nadal się nim opiekują. W 1935 r. powstało tam mauzoleum i brama z napisem „Żwirki i Wigury start do wieczności”. Zakonserwowano pnie świerków, o które roztrzaskał się samolot, i utworzono symboliczne mogiły lotników. W mauzoleum umieszczono dzwon upamiętniający Żwirkę i Wigurę, który został ufundowany ze składek czytelników ,,Ilustrowanego Kuriera Codziennego''. Liczył on ok. 1,5 m wysokości i ważył 1,5 t. 

Niemcy, w grudniu 1940 r. rozebrali mauzoleum.Po wojnie miejsce zostało odnowione. W 1950 r. ustawiono pomnik. Poniżej znajdują się dwa symboliczne groby lotników i kamień z zachowanym sprzed wojny napisem: „Żwirko Wigura – 11.9.1932”. Dom Polski w Cierlicku, w którym znajduje się ekspozycja poświęcona tragicznie zmarłym polskim lotnikom. Zobaczyć można m.in. fragmenty samolotu RWD-6, w którym zginęli w katastrofie w 1932 r. Dom należy do Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego, największej organizacji zrzeszającej naszych rodaków w Czechach.

czwartek, 10 września 2020

Tajemnice belemnitów

 


Stanisław Bednarz

 

Dziś w walce o opis skamieniałości wygrały belemnity zwane pospolicie strzałkami piorunowymi.

Balin koło Chrzanowa, Czerna koło Krzeszowic i Dolina Racławki to najbardziej znane miejsca występowania bogatych zespołów belemnitów. Odsłonięcie w nadkładzie kamieniołomu porfiru w Zalasie koło Krzeszowic i małe łomy wapieni w Podłężu koło Brodeł pozwalają na zebranie kolekcji belemnitów. Sam miałem taką kolekcję podczas praktyk w Zalasie.

Belemnity (z gr.: belemnon–- pocisk, strzała) – rząd wymarłych morskich głowonogów należący do dziesięciornic, nie są to więc ośmiorniczki na których pośliznęła się zresztą niesłusznie pewna partia polityczna...







Dawniej nazywano często znajdywane skamieniałe rostra belemnitów kamieniami piorunowymi, strzałkami piorunowymi , błędnie sądząc, że powstają w miejscu uderzenia pioruna. Belemnity żyły od późnego Triasu do późnej Kredy (około 200-65 mln lat temu) i wymarły w czasie masowego wymierania kredowego.

Belemnity posiadały kalcytowy endoszkielet, złożony z wydłużonego, kolcopodobnego rostrum, w którego przedniej części w stożkowatym zagłębieniu tkwił fragmokon – stożkowata muszla podzielona przegrodami na komory gazowe, pełniąca funkcję hydrostatyczną. Najczęściej zachowują się jako skamieniałości rostra z alweolą lub bez niej. Odciski ciała znane są tylko z kilku stanowisk na świecie, gdzie warunki środowiskowe były wyjątkowo sprzyjające fosylizacji. Zwierzęta te przypominały współczesne kałamarnice, ale zamiast obecnych u kalmarów przyssawek, ich dziesięć odnóży było wyposażone w haczyki. Długość ciała wynosiła od kilku centymetrów do ok. 6 m. Wypolerowane rostra służą nieraz za naszyjniki.

 

Moje 3 grosze

 

Onegdaj na plaży w Świnoujściu znalazłem rostrum belemnita i dziwiłem się wielce, skąd się ono tam wzięło. Autor uświadomił mnie, że w okolicach Świnoujścia pod piaskiem i glinami znajdują się osady kredowe (zielone na mapce) oraz jurajskie (niebieskie), więc być może rostrum trafiło na plażę właśnie stamtąd. Tak czy inaczej, był to dla mnie namacalny ślad Prehistorii.


Zabawne jest to, że początkowo sądziłem, że jest to pocisk z „kałacha”, jako że jego kształt i nawet kaliber mi pasował – 7,62 mm/.30! Tylko że był on zrobiony z żółtokremowego kalcytu a nie z metalu i nie nosił śladów uderzenia w cel. A zatem warto jest pogrzebać w piaskach Pomorza Zachodniego nie tylko w poszukiwaniu bursztynów!