środa, 28 września 2016

Katastrofa na Zwodniczej Górze



Samolot Douglas C-47
 

Michaił Gersztejn


W czasach II Wojny Światowej na terytorium USA miało miejsce 7100 katastrof lotniczych z udziałem wojskowych samolotów transportowych, w których zginęło ogółem 15.599 ludzi. Wielu samolotów nie znaleziono do dziś dnia. 

Trasa lotu C-47

Wczesny ranek dnia 18.IX.1944roku. W Elmendorf AFB k./Anchorage, AK, przygotowuje się do startu samolot Douglas C-47. Na jego pokładzie znajdują się przede wszystkim żołnierze jadący na urlop. Po kilku godzinach piloci powinni znaleźć się w Fairbanks, AK. Zwyczajny lot, jakich tysiące. Wszystkiego 415 km… Ale ten lot był ostatnim. Samolot rozbił się w górach, a ludzie znikli bez śladu…


Lot w jedną stronę


Pilot Ray Prebstle po raz ostatni nawiązał łączność z lotniskiem o godzinie 07:42 AKDT, znajdując się na wysokości 2700 m. Czas płynął, ale na lotnisku Ladd AFB nie doczekano się przylotu. Kiedy minął przypuszczalny czas przylotu – ETA i samolot nadal nie przylatywał, wszyscy zrozumieli, że stało się coś niedobrego.

W trzy dni później, 21 września, jeden z pilotów zauważył szczątki na pustynnym szczycie pomiędzy górami Mt. Brooks (3384 m n.p.m.) i Mt. McKinley/Denali (6190 m) - jest to przestrzeń licząca ponad 22 km w tym dwa lodowce i 10 szczytów o wysokości >3000 m n.p.m. Długo krążył nad lodowcami, ale nie widział nikogo żywego. Żeby znaleźć się na tej górze, samolot zszedł z zaplanowanego kursu aż o 95 km i wzniósł się o dodatkowe 500 m. 

Pogoda na Alasce jest pełna niespodzianek. Opady śniegu, mgły i nisko wiszące obłoki mogą skrywać przed lotnikami górskie grzbiety, zaś niespodziewane podmuchy wiatru mogą zmuszać do zniżania lotu niebezpiecznie blisko szczytów gór. No, ale tego ranka pogoda była słoneczna, na niebie świeciła pełnia Księżyca. W kokpicie pracował żyrokompas i radiolatarnia niezależne od kaprysów atmosfery. 

Wojskowi wykluczyli możliwość porwania samolotu. Poza pilotami na jego pokładzie znajdowało się 16 żołnierzy i oficerów oraz jeden cywil – Carl Harris z Texarcany, TX. Piloci byli uzbrojeni w pistolety, a zaprawieni w bojach weterani mogli obezwładnić czy unieszkodliwić porywacza gołymi rękami.


Operacja poszukiwawcza


30 września do bazy lotniczej wezwano strażnika leśnego Granta Pearsona – alpinistę z 20-letnim stażem. Powinien on ocenić sytuację na miejscu zdarzenia i możliwość przeprowadzenia operacji poszukiwawczo-ratunkowej. Pearson kilka razy przeleciał nad górą, żeby się lepiej przyjrzeć zboczom i miejscu, w którym leżał wrak samolotu. 

Dowódcza bazy, płk Ivan Palmer był konkretny, on zadał tylko jedno pytanie:
- Czy może pan dostać się do samolotu?
Ranger odpowiedział jeszcze lapidarniej:
- Tak.
Przygotowanie okazało się być niełatwym. Pearson potrzebował co najmniej 40 doświadczonych wspinaczy, sprzętu, żywności, paliwa i sprzętu wspinaczkowego. Część sprzętu trzeba było dostarczyć samolotem, część była na miejscu. Wreszcie wszystko zostało zebrane. Osobna grupa, którą dowodził por. Allan Dillman i kpt. Perassa przetarła drogę do góry i rozbiła bazowy obóz. 

Bradford Washburn

W tymże rejonie grupa wojskowych ćwiczyła działania bojowe w Arktyce. Dowodził nią Bradford Washburn – uczony – dyrektor Bostońskiego Muzeum Historii Naturalnej, pracujący dla US Army. Szefostwo poleciło Washburnowi dołączyć do Pearsona i jego ekipy. Nie patrząc na nikły wzrost i drobną budowę ciała, był on niesłychanie odporny i należał do najsłynniejszych alpinistów. Pearson znał go doskonale. W 1942 roku oni razem pokonali najwyższy szczyt góry McKinley. 

Razem z nim, w ekspedycji wzięło udział 44 ludzi, nie licząc pilotów, którzy dostarczyli ich i sprzęt do obozowiska. Potem podliczono, że przewieźli oni 4,5 tony ładunku.


Na miejscu katastrofy


W dniu 10.X.1944 roku, Washburn, Pearson, fotograf John Gleenee i st. sierż. James Gail wyjechali śniegołazem z obozu. Wznoszenie na początku było łatwe, ale potem coraz bardziej stromy stok nie pozwolił na rozwinięcie większej prędkości. Na wysokości 2300 m oni pozostawili maszynę i włożyli raki. A potem zaczęła się poważna robota. Każdy krok był bardzo trudny. Alpiniści zmieniali się w wyrąbywaniu stopni w lodzie. W południe wyszli na przełęcz i ujrzeli szczątki samolotu. Sterczący z obrywu silnik pokazywał, że samolot nie zmniejszając prędkości wbił się w pionową skałę. Nie było wybuchu czy pożaru. C-47 po prostu spadł w dół masą pogiętego metalu. 



Prace ekipy poszukiwawczej przy wraku samolotu
 
Żeby prowadzić roboty na górze, trzeba było rozbić nowy obóz. Ludziom przyszło leźć jeszcze wyżej i szukać dogodnego placu. Druga grupa alpinistów podeszła z dołu po gotowych stopniach niosąc potrzebne ładunki. Ostatni obóz rozbito na wysokości 3389 m. 

Rankiem 11 listopada, Washburn i dwój żołnierzy przeszli do samolotu, który znajdował się 200 m poniżej obozowiska. Następnie po rozciągniętej poręczówce zeszło następnych 10 ludzi. oni zaczęli rozkopywać śnieg wokół wraku, ale nie znaleziono ani śladu załogi i pasażerów. Tam leżały jedynie ich rzeczy: furażerka pilota, rozsypane karty do gry, trochę zdjęć, książka o matematyce należąca do Harrisa, przepustki należące do żołnierzy, guma do żucia i papierosy. W czasie kolejnych 7 i pół godziny wykopek nie znaleziono ani ciał pasażerów ani załogi. 

Straszliwe uderzenie powinno zgnieść na placek każdego, kto nie przypasał się pasami bezpieczeństwa i nie został zabity kawałkami rozerwanego metalu. Alpiniści spodziewali się ujrzeć rzekę krwi, ale odłamki okazały się być czystymi. Spadochrony mieli tylko piloci, pozostali ludzie nie mogli opuścić samolotu.


Tajemnica rozciągniętych pasów


- Wrak został zgnieciony i pogięty w połowie aż do prawego włazu awaryjnego – zapisał w swym dzienniku Washburn. – Stery właściwie pozostały całe, ale nabiło się w nie śniegu… Znaleźliśmy torbę kopilota. Tam była nierozbita butelka whisky, pudełko czekoladek i nieruszona guma do żucia. Obok leżało rozszczepione oparcie siedzenia kopilota ze sklejki i połówka pasa bezpieczeństwa, a do tego nie zerwanego, ale odpiętego. W tylnej części kabiny pasażerskiej znaleziono kilka pasów bezpieczeństwa i ani jeden z nich nie był zerwany czy zapięty. Prawy zbiornik paliwa był nienaruszony i w nim znajdowało się dużo benzyny. Zadziwiającym jest to, że nie znaleziono ani jednego ludzkiego szczątku.

Nawet jeżeli założymy, że rozbawieni urlopowicze nie zdążyli się przypasać do foteli, to od pilotów należało wymagać takich środków ostrożności. Oni doskonale wiedzieli, że lot nad górami obfituje w kołysanie. Czy im się jakoś rozciągnęły pasy? Może wszyscy znajdujący się na pokładzie C-47 nagle zwariowali i sami wyskoczyli na zewnątrz? 

Następnego dnia uczestnicy ekspedycji kopali jak szaleni. Pearson zapisał w swym dzienniku:
- Rano wiał silny wiatr i było zimno. Odkopaliśmy szczątki skrzydła i część kadłuba wraku. Nie było tam ani ciał, ani bagażu. Nad wrakiem są trzy metry śniegu. Odkopaliśmy jego większą część, ale nie natknęliśmy się na zwłoki. Powstało pytanie: gdzie mamy dalej kopać? Dzisiaj kopaliśmy przez osiem godzin.

Na wszelki wypadek Washburn, Gail i dwóch żołnierzy wspięli się po linie do silnika sterczącego z skalnej ściany. Jeżeli załoga i pasażerowie znajdowali się w samolocie, to lody na miejscu zderzenia powinny być czerwone od ich krwi. Tam na pionowej ścianie śladów tragedii nie mógł zasypać śnieg. Tym niemniej śnieg był czysty, jego zanieczyściło jedynie rozlane paliwo i drobne odłamki.

Mt. Denali

Powrót z gór


Kierownik ekspedycji zrozumiał, że ich misja się zakończyła. Starając się zamknąć sprawę, Pearson napisał, że ciała mogły być wyrzucone w czasie zderzenia i spadły do głębokich szczelin, a potem wszystko przysypała lawina, która zeszła z uderzonego przez samolot stoku.
- Poszukiwania zaginionych nawet wiosną, kiedy jest dobra pogoda, jest bardzo problematyczny – głosił raport końcowy – tak jak zwłok nie znaleziono w samolocie ani wśród leżących obok wraku szczątków, to należałoby przekopać pas o długości 4 mil od miejsca uderzenia w skałę do miejsca znalezienia wraka. Nawet jeżeli to się zrobi, to nie ma gwarancji, że nie poleciały one do szczelin.
 
Członkom ekspedycji pozostał tylko jeden problem do rozwiązania: jak nazwać bezimienną górę, o którą roztrzaskał się samolot? Niektórzy proponowali nazwać ten szczyt na cześć mjr Bostlmana – najstarszego stopniem pasażera C-47. Inni zaś proponowali nazwę w rodzaju Góra Katastrofy albo Szczyt Urlopowiczów. Zwyciężyła nazwa Mount Deception – Góra Zwodnicza. Powojenne zmiany w Denali N.P.[1] wykazały, że jej wysokość wynosi 3517 m. 


Dnia 20.I.1945 roku, trzech kapelanów: katolik, protestant i rabin odprawili nabożeństwo żałobne w bazie Elmendorf. Potem samolot przeleciał nad miejscem katastrofy zrzucając tam trzy wieńce. Wszystkich uznano za zmarłych. 

Mówi się, że ta właśnie historia natchnęła Stephena Kinga do napisania powieści „Langoliery”[2] W nim ludzie, którzy przelecieli samolotem nad anomalną strefą – znikli. W samolocie pozostały tylko rzeczy. Nie zniknął tylko ten, kto spał – ale czekał go koszmarny los. Po tej stronie Czasu bowiem nie ma niczego, poza bezludnym światem i stworzeniami, które pożerają tkankę przestrzeni… 

O tym, jaki los spotkał tamtego ranka 19 osób my możemy się tylko domyślać. Kończąc sprawę oficer tak powiedział do kpr. Paula Louny’ego:
- Tylko jeden człowiek zna prawdziwą przyczynę tragedii, ale już nie ma go wśród żywych. 

On miał na myśli lotnika Raya Prebstla. Tylko ten, który siedział za wolantem samolotu wiedział wszystko – od początku do końca. 


 Mt. Denali i okolica

Moje 3 grosze




Studiując materiały robocze Pana Stanisława Bednarza do jego książki o katastrofach lotniczych wciąż natrafia się na dziwne zdarzenia. 

Szczególnie tkwi w moim mózgu podobny i bardzo tajemniczy przypadek katastrofy niemieckiego (wtedy jeszcze zachodnioniemieckiego) samolotu Learjet 25B nr rej. D-CDPD z dnia 18.V.1983 roku, który lecąc z Wiednia (VIE) do Hamburga (HAM) w locie treningowym z nieznanych przyczyn nie wylądował w Hamburgu i lecąc na autopilocie po wyczerpaniu się paliwa wpadł do Atlantyku w odległości 350 mi/560 km na pn-zachód od Szkocji, mniej więcej w okolicach punktu opisanego współrzędnymi N 61°57’ – W 010°51’. Przyczyną było najprawdopodobniej rozhermetyzowanie kabiny, które nastąpiło 40 minut po starcie z Wiednia, aczkolwiek piloci wojskowi, którzy przechwycili samolot, nie widzieli nikogo w kokpicie. Zginęły trzy osoby.  
    

I jeszcze jeden podobny wypadek: dnia 10.I.1980 roku - Cessna 441 na trasie z Shreveport do Baton Rouge, LA, przestaje komunikować się przez radio, leci daleko oczywiście na autopilocie, i ostatecznie wpada do Oceanu Atlantyckiego u wybrzeży Północnej Karoliny z powodu wyczerpania paliwa. Dwaj pasażerowie, nowy trener piłki nożnej z  Louisiana State University Bo Rein i pilot, zginęli w tej katastrofie. Zakłada się, że pilot stracił przytomność w locie z powodu niedotlenienia wynikającej z dekompresji kabiny. Amerykańska Wikipedia podaje, co następuje:
Bo Rein i doświadczony pilot Louis Benscotter polecieli samolotem Cessna 441. Lot miał trwać 40 minut, ale kiedy Benscotter skierował się na wschód, by ominąć burzę, kontrola lotu straciła z nim kontakt. Samolot wyszedł na wysokość 40.000 ft/~13.300 m i skierował się dokładnie na wschód. Samolot został przechwycony przez maszynę US National Guard w Północnej Karolinie o 1000 mi/1600 km od kursu i na wysokości 41.600 ft/13.870 m – o 6600 ft/3300 m wyższej od najwyższej certyfikowanej dla tego typu samolotu. Piloci wojskowi nie widzieli nikogo kokpicie. Samolot kontynuował lot nad Oceanem Atlantyckim, gdzie rozbił się po wyczerpaniu paliwa. Wrak maszyny był nie do odzyskania. Zwłoki pilota i pasażera nie zostały nigdy odnalezione. Przyczyna katastrofy jest nieznana, ale najprawdopodobniej dekompresja kabiny wywołała niedotlenienie i w rezultacie utratę przytomności przez pilotów.   

Czy obydwa te wypadki mogłyby być jakimś kluczem do zrozumienia tajemnicy katastrofy na Mt. Deception?

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 46/2015, ss. 18-19
Przekład z rosyjskiego i angielskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz


[1] Zmiany te dotknęły także nazwy Mt. McKinley, która obecnie nosi nazwę Mt. Denali.
[2] Jest to scenariusz do mini-serialu TV „Langoliery – Pożeracze czasu” (1995)

Katastrofa na Zwodniczej Górze



Samolot Douglas C-47
 

Michaił Gersztejn


W czasach II Wojny Światowej na terytorium USA miało miejsce 7100 katastrof lotniczych z udziałem wojskowych samolotów transportowych, w których zginęło ogółem 15.599 ludzi. Wielu samolotów nie znaleziono do dziś dnia. 

Trasa lotu C-47

Wczesny ranek dnia 18.IX.1944roku. W Elmendorf AFB k./Anchorage, AK, przygotowuje się do startu samolot Douglas C-47. Na jego pokładzie znajdują się przede wszystkim żołnierze jadący na urlop. Po kilku godzinach piloci powinni znaleźć się w Fairbanks, AK. Zwyczajny lot, jakich tysiące. Wszystkiego 415 km… Ale ten lot był ostatnim. Samolot rozbił się w górach, a ludzie znikli bez śladu…


Lot w jedną stronę


Pilot Ray Prebstle po raz ostatni nawiązał łączność z lotniskiem o godzinie 07:42 AKDT, znajdując się na wysokości 2700 m. Czas płynął, ale na lotnisku Ladd AFB nie doczekano się przylotu. Kiedy minął przypuszczalny czas przylotu – ETA i samolot nadal nie przylatywał, wszyscy zrozumieli, że stało się coś niedobrego.

W trzy dni później, 21 września, jeden z pilotów zauważył szczątki na pustynnym szczycie pomiędzy górami Mt. Brooks (3384 m n.p.m.) i Mt. McKinley/Denali (6190 m) - jest to przestrzeń licząca ponad 22 km w tym dwa lodowce i 10 szczytów o wysokości >3000 m n.p.m. Długo krążył nad lodowcami, ale nie widział nikogo żywego. Żeby znaleźć się na tej górze, samolot zszedł z zaplanowanego kursu aż o 95 km i wzniósł się o dodatkowe 500 m. 

Pogoda na Alasce jest pełna niespodzianek. Opady śniegu, mgły i nisko wiszące obłoki mogą skrywać przed lotnikami górskie grzbiety, zaś niespodziewane podmuchy wiatru mogą zmuszać do zniżania lotu niebezpiecznie blisko szczytów gór. No, ale tego ranka pogoda była słoneczna, na niebie świeciła pełnia Księżyca. W kokpicie pracował żyrokompas i radiolatarnia niezależne od kaprysów atmosfery. 

Wojskowi wykluczyli możliwość porwania samolotu. Poza pilotami na jego pokładzie znajdowało się 16 żołnierzy i oficerów oraz jeden cywil – Carl Harris z Texarcany, TX. Piloci byli uzbrojeni w pistolety, a zaprawieni w bojach weterani mogli obezwładnić czy unieszkodliwić porywacza gołymi rękami.


Operacja poszukiwawcza


30 września do bazy lotniczej wezwano strażnika leśnego Granta Pearsona – alpinistę z 20-letnim stażem. Powinien on ocenić sytuację na miejscu zdarzenia i możliwość przeprowadzenia operacji poszukiwawczo-ratunkowej. Pearson kilka razy przeleciał nad górą, żeby się lepiej przyjrzeć zboczom i miejscu, w którym leżał wrak samolotu. 

Dowódcza bazy, płk Ivan Palmer był konkretny, on zadał tylko jedno pytanie:
- Czy może pan dostać się do samolotu?
Ranger odpowiedział jeszcze lapidarniej:
- Tak.
Przygotowanie okazało się być niełatwym. Pearson potrzebował co najmniej 40 doświadczonych wspinaczy, sprzętu, żywności, paliwa i sprzętu wspinaczkowego. Część sprzętu trzeba było dostarczyć samolotem, część była na miejscu. Wreszcie wszystko zostało zebrane. Osobna grupa, którą dowodził por. Allan Dillman i kpt. Perassa przetarła drogę do góry i rozbiła bazowy obóz. 

Bradford Washburn

W tymże rejonie grupa wojskowych ćwiczyła działania bojowe w Arktyce. Dowodził nią Bradford Washburn – uczony – dyrektor Bostońskiego Muzeum Historii Naturalnej, pracujący dla US Army. Szefostwo poleciło Washburnowi dołączyć do Pearsona i jego ekipy. Nie patrząc na nikły wzrost i drobną budowę ciała, był on niesłychanie odporny i należał do najsłynniejszych alpinistów. Pearson znał go doskonale. W 1942 roku oni razem pokonali najwyższy szczyt góry McKinley. 

Razem z nim, w ekspedycji wzięło udział 44 ludzi, nie licząc pilotów, którzy dostarczyli ich i sprzęt do obozowiska. Potem podliczono, że przewieźli oni 4,5 tony ładunku.


Na miejscu katastrofy


W dniu 10.X.1944 roku, Washburn, Pearson, fotograf John Gleenee i st. sierż. James Gail wyjechali śniegołazem z obozu. Wznoszenie na początku było łatwe, ale potem coraz bardziej stromy stok nie pozwolił na rozwinięcie większej prędkości. Na wysokości 2300 m oni pozostawili maszynę i włożyli raki. A potem zaczęła się poważna robota. Każdy krok był bardzo trudny. Alpiniści zmieniali się w wyrąbywaniu stopni w lodzie. W południe wyszli na przełęcz i ujrzeli szczątki samolotu. Sterczący z obrywu silnik pokazywał, że samolot nie zmniejszając prędkości wbił się w pionową skałę. Nie było wybuchu czy pożaru. C-47 po prostu spadł w dół masą pogiętego metalu. 



Prace ekipy poszukiwawczej przy wraku samolotu
 
Żeby prowadzić roboty na górze, trzeba było rozbić nowy obóz. Ludziom przyszło leźć jeszcze wyżej i szukać dogodnego placu. Druga grupa alpinistów podeszła z dołu po gotowych stopniach niosąc potrzebne ładunki. Ostatni obóz rozbito na wysokości 3389 m. 

Rankiem 11 listopada, Washburn i dwój żołnierzy przeszli do samolotu, który znajdował się 200 m poniżej obozowiska. Następnie po rozciągniętej poręczówce zeszło następnych 10 ludzi. oni zaczęli rozkopywać śnieg wokół wraku, ale nie znaleziono ani śladu załogi i pasażerów. Tam leżały jedynie ich rzeczy: furażerka pilota, rozsypane karty do gry, trochę zdjęć, książka o matematyce należąca do Harrisa, przepustki należące do żołnierzy, guma do żucia i papierosy. W czasie kolejnych 7 i pół godziny wykopek nie znaleziono ani ciał pasażerów ani załogi. 

Straszliwe uderzenie powinno zgnieść na placek każdego, kto nie przypasał się pasami bezpieczeństwa i nie został zabity kawałkami rozerwanego metalu. Alpiniści spodziewali się ujrzeć rzekę krwi, ale odłamki okazały się być czystymi. Spadochrony mieli tylko piloci, pozostali ludzie nie mogli opuścić samolotu.


Tajemnica rozciągniętych pasów


- Wrak został zgnieciony i pogięty w połowie aż do prawego włazu awaryjnego – zapisał w swym dzienniku Washburn. – Stery właściwie pozostały całe, ale nabiło się w nie śniegu… Znaleźliśmy torbę kopilota. Tam była nierozbita butelka whisky, pudełko czekoladek i nieruszona guma do żucia. Obok leżało rozszczepione oparcie siedzenia kopilota ze sklejki i połówka pasa bezpieczeństwa, a do tego nie zerwanego, ale odpiętego. W tylnej części kabiny pasażerskiej znaleziono kilka pasów bezpieczeństwa i ani jeden z nich nie był zerwany czy zapięty. Prawy zbiornik paliwa był nienaruszony i w nim znajdowało się dużo benzyny. Zadziwiającym jest to, że nie znaleziono ani jednego ludzkiego szczątku.

Nawet jeżeli założymy, że rozbawieni urlopowicze nie zdążyli się przypasać do foteli, to od pilotów należało wymagać takich środków ostrożności. Oni doskonale wiedzieli, że lot nad górami obfituje w kołysanie. Czy im się jakoś rozciągnęły pasy? Może wszyscy znajdujący się na pokładzie C-47 nagle zwariowali i sami wyskoczyli na zewnątrz? 

Następnego dnia uczestnicy ekspedycji kopali jak szaleni. Pearson zapisał w swym dzienniku:
- Rano wiał silny wiatr i było zimno. Odkopaliśmy szczątki skrzydła i część kadłuba wraku. Nie było tam ani ciał, ani bagażu. Nad wrakiem są trzy metry śniegu. Odkopaliśmy jego większą część, ale nie natknęliśmy się na zwłoki. Powstało pytanie: gdzie mamy dalej kopać? Dzisiaj kopaliśmy przez osiem godzin.

Na wszelki wypadek Washburn, Gail i dwóch żołnierzy wspięli się po linie do silnika sterczącego z skalnej ściany. Jeżeli załoga i pasażerowie znajdowali się w samolocie, to lody na miejscu zderzenia powinny być czerwone od ich krwi. Tam na pionowej ścianie śladów tragedii nie mógł zasypać śnieg. Tym niemniej śnieg był czysty, jego zanieczyściło jedynie rozlane paliwo i drobne odłamki.

Mt. Denali (foto. Internet)

Powrót z gór


Kierownik ekspedycji zrozumiał, że ich misja się zakończyła. Starając się zamknąć sprawę, Pearson napisał, że ciała mogły być wyrzucone w czasie zderzenia i spadły do głębokich szczelin, a potem wszystko przysypała lawina, która zeszła z uderzonego przez samolot stoku.
- Poszukiwania zaginionych nawet wiosną, kiedy jest dobra pogoda, jest bardzo problematyczny – głosił raport końcowy – tak jak zwłok nie znaleziono w samolocie ani wśród leżących obok wraku szczątków, to należałoby przekopać pas o długości 4 mil od miejsca uderzenia w skałę do miejsca znalezienia wraka. Nawet jeżeli to się zrobi, to nie ma gwarancji, że nie poleciały one do szczelin.
 
Członkom ekspedycji pozostał tylko jeden problem do rozwiązania: jak nazwać bezimienną górę, o którą roztrzaskał się samolot? Niektórzy proponowali nazwać ten szczyt na cześć mjr Bostlmana – najstarszego stopniem pasażera C-47. Inni zaś proponowali nazwę w rodzaju Góra Katastrofy albo Szczyt Urlopowiczów. Zwyciężyła nazwa Mount Deception – Góra Zwodnicza. Powojenne zmiany w Denali N.P.[1] wykazały, że jej wysokość wynosi 3517 m. 

Mt. Denali (fot. Internet)

Dnia 20.I.1945 roku, trzech kapelanów: katolik, protestant i rabin odprawili nabożeństwo żałobne w bazie Elmendorf. Potem samolot przeleciał nad miejscem katastrofy zrzucając tam trzy wieńce. Wszystkich uznano za zmarłych. 

Mówi się, że ta właśnie historia natchnęła Stephena Kinga do napisania powieści „Langoliery”[2] W nim ludzie, którzy przelecieli samolotem nad anomalną strefą – znikli. W samolocie pozostały tylko rzeczy. Nie zniknął tylko ten, kto spał – ale czekał go koszmarny los. Po tej stronie Czasu bowiem nie ma niczego, poza bezludnym światem i stworzeniami, które pożerają tkankę przestrzeni… 

O tym, jaki los spotkał tamtego ranka 19 osób my możemy się tylko domyślać. Kończąc sprawę oficer tak powiedział do kpr. Paula Louny’ego:
- Tylko jeden człowiek zna prawdziwą przyczynę tragedii, ale już nie ma go wśród żywych. 

On miał na myśli lotnika Raya Prebstla. Tylko ten, który siedział za wolantem samolotu wiedział wszystko – od początku do końca. 


 Mt. Denali i okolica (Internet)

Moje 3 grosze




Studiując materiały robocze Pana Stanisława Bednarza do jego książki o katastrofach lotniczych wciąż natrafia się na dziwne zdarzenia. 

Szczególnie tkwi w moim mózgu podobny i bardzo tajemniczy przypadek katastrofy niemieckiego (wtedy jeszcze zachodnioniemieckiego) samolotu Learjet 25B nr rej. D-CDPD z dnia 18.V.1983 roku, który lecąc z Wiednia (VIE) do Hamburga (HAM) w locie treningowym z nieznanych przyczyn nie wylądował w Hamburgu i lecąc na autopilocie po wyczerpaniu się paliwa wpadł do Atlantyku w odległości 350 mi/560 km na pn-zachód od Szkocji, mniej więcej w okolicach punktu opisanego współrzędnymi N 61°57’ – W 010°51’. Przyczyną było najprawdopodobniej rozhermetyzowanie kabiny, które nastąpiło 40 minut po starcie z Wiednia, aczkolwiek piloci wojskowi, którzy przechwycili samolot, nie widzieli nikogo w kokpicie. Zginęły trzy osoby.  
    

I jeszcze jeden podobny wypadek: dnia 10.I.1980 roku - Cessna 441 na trasie z Shreveport do Baton Rouge, LA, przestaje komunikować się przez radio, leci daleko oczywiście na autopilocie, i ostatecznie wpada do Oceanu Atlantyckiego u wybrzeży Północnej Karoliny z powodu wyczerpania paliwa. Dwaj pasażerowie, nowy trener piłki nożnej z  Louisiana State University Bo Rein i pilot, zginęli w tej katastrofie. Zakłada się, że pilot stracił przytomność w locie z powodu niedotlenienia wynikającej z dekompresji kabiny. Amerykańska Wikipedia podaje, co następuje:
Bo Rein i doświadczony pilot Louis Benscotter polecieli samolotem Cessna 441. Lot miał trwać 40 minut, ale kiedy Benscotter skierował się na wschód, by ominąć burzę, kontrola lotu straciła z nim kontakt. Samolot wyszedł na wysokość 40.000 ft/~13.300 m i skierował się dokładnie na wschód. Samolot został przechwycony przez maszynę US National Guard w Północnej Karolinie o 1000 mi/1600 km od kursu i na wysokości 41.600 ft/13.870 m – o 6600 ft/3300 m wyższej od najwyższej certyfikowanej dla tego typu samolotu. Piloci wojskowi nie widzieli nikogo kokpicie. Samolot kontynuował lot nad Oceanem Atlantyckim, gdzie rozbił się po wyczerpaniu paliwa. Wrak maszyny był nie do odzyskania. Zwłoki pilota i pasażera nie zostały nigdy odnalezione. Przyczyna katastrofy jest nieznana, ale najprawdopodobniej dekompresja kabiny wywołała niedotlenienie i w rezultacie utratę przytomności przez pilotów.   

Czy obydwa te wypadki mogłyby być jakimś kluczem do zrozumienia tajemnicy katastrofy na Mt. Deception?

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 46/2015, ss. 18-19
Przekład z rosyjskiego i angielskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz


[1] Zmiany te dotknęły także nazwy Mt. McKinley, która obecnie nosi nazwę Mt. Denali.
[2] Jest to scenariusz do mini-serialu TV „Langoliery – Pożeracze czasu” (1995)