środa, 16 kwietnia 2014

Pusta Ziemia

Zdjęcie "dziury w Biegunie Północnym" wykonane przez satelitę ESSA-7


Michaił Taranow


Na Biegunie Północnym i Południowym obowiązuje czas GMT (UT lub UTC), ale na stacji Amundsen-Scott położonej na Biegunie Południowym – obowiązuje czas Nowej Zelandii – NZST (GMT + 12 h).

W swej powieści fantastyczno-naukowej „Plutonia” (1924, wyd. polskie: Warszawa 1953), poświęconej także Arktyce, rosyjski geolog i geograf, akademik Władimir Afanasjewicz Obruczew zajrzał także… w głąb Ziemi. I ujrzał, że nasza planeta jest pusta w środku! Niewiarygodna hipoteza, nieprawdaż?


Plamy na Słońcu


O co chodzi w tej powieści? Na początku 1914 roku, geofizyk i astronom Nikołaj Nikołajewicz Truchanow, już od kilku lat nie wstający z krzesła inwalidzkiego, tworzy hipotezę, zgodnie z którą Ziemia jest pusta w środku. W jej wnętrzu znajduje się swoisty świat roślinny i zwierzęcy, oświetlony wewnętrznym światłem. Aby udowodnić tą hipotezę, Truchanow organizuje polarną ekspedycję na „Ziemię Nansena”, gdzie – według jego obliczeń – powinno znajdować się wejście do podziemnego świata. W skład ekspedycji wchodzą: geolog, meteorolog, zoolog, botanik i awanturniczy poszukiwacz złota. Zanim wybiorą się w podróż, otrzymują oni od Truchanowa zalakowaną kopertę…

I tak ekspedycja sforsowała górski grzbiet i zaczyna opuszczać się w dół. Jej uczestnicy osiągnęli już dno rozpadliny i zaczynają znowu wspinać się w górę, ale wskazania przyrządów mówią coś innego, a mianowicie: członkowie ekspedycji nie idą pod górę, ale wręcz odwrotnie – wciąż schodzą w dół, w bezdenną głębinę. Słońce nad nimi stoi w zenicie, i nie wiedzieć dlaczego pokrywają je ciemne plamy. Wtedy uczeni otwierają kopertę, którą dostali od Truchanowa, i dowiadują się, że celem ich ekspedycji jest dowiedzenie tego, że Ziemia jest pusta w środku i w jej wnętrzu istnieje życie.

W tej powieści, na tle niezmiernie ciekawych przygód znajduja się tez bardzo dokładne opisy dawnych zwierząt, z którymi spotykali się nasi podróżnicy, a także skał i rud pierwiastków, które znaleźli oni we wnętrzu planety. No i bardzo interesującym jest pytanie, dlaczego tak znany geolog, akademik, dyrektor instytutu i kierownik wielu ekspedycji naukowych W. A. Obruczew napisał taką fantastyczną powieść?

Północne wejście do Plutonii...


Gdzie spływają wody


Kilka lat temu miałem okazje przeczytać artykuł akademika Jewgienija Worobiewa, w której napisał on, że w 1947 roku kontradmirał US Navy Richard Byrd w czasie lotu badawczego nad Biegunem Północnym zaobserwował z powietrza na lodzie dziwną plamę. A potem jemu przyszło do głowy, że widzi miraż: zamiast białego lodowego pustkowia pod maszyną widział on zalesiony teren, rzekli i łąki, na których pasły się zwierzęta podobne do mamutów.

Kiedy po wielu latach opublikowano dziennik Richarda Byrda, to oczywiście nie dano im wiary. I nie ma się czemu dziwić. Przecież zgodnie z współczesnymi teoriami geologicznymi, pod ziemia znajdowała się tylko roztopiona magma.

Prawda jest taka, że byli uczeni, którzy tworzyli modele budowy Ziemi. jeden z nich – angielski astronom sir Edmund Halley w 1692 roku założył, że powierzchnia Ziemi jest ogromną skorupą o grubości 1000 km. W jej wnętrzu znajduje się jądro wielkości Merkurego, które ogrzewa wewnętrzną część planety, na której istnieje życie. I jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie astronoma. Efekt zórz polarnych objaśnił on tym, że „podziemna” atmosfera wyrywając się i mieszając z „ziemską” zaczyna świecić.

Współczesny Halleyowi szwajcarski matematyk Leonard Euler, akademik Petersburskiej Akademii Nauk, opracował podobną teorię. Według niego, nasza planeta Ziemia okazuje się być pustą w środku, zaś w jej centrum ma znajdować się jeszcze jedno słońce, które świeci nad zamieszkałymi kontynentami.

Byli też uczeni, którzy nie tylko wysuwali teorie o pustej Ziemi, ale i organizowali ekspedycje w celu udowodnienia swych tez i dostać się do podziemnego świata. W 1818 roku John Clive Symmons Jn. przedstawił kongresmenom i największym uczonym USA swoją hipotezę: Pusta Ziemia składa się z kilku koncentrycznych sfer, znajdujących się jedna nad drugą i ma na Biegunach wejścia do jej wnętrza… „Znajdziemy w niej ciepłe i bogate ziemie, obfite w kopalne surowce, rudy i zwierzęta, a może także i zamieszkałe przez ludzi, jak tylko osiągniemy 82 stopień szerokości geograficznej północnej” – argumentował on.
Hipotezie o „otworach w Biegunach, gdzie ściekają wody” niektórzy uczeni ochoczo przyklasnęli.


Dziwne zdjęcia


W ZSRR hipoteza Obruczewa o podziemnym świecie wpłynęła nie tylko na miłośników literatury sci-fi, ale i na kierownictwo państwa! Wedle poglądów badacza W. Kriesławskiego, aktywność radzieckich badań antarktycznych w latach 30. i 40. objaśnia się niczym innym, jak życzeniem władz zweryfikowania tej „zwariowanej” hipotezy słynnego uczonego.
[Radzieckie badania antarktyczne – wedle Wikipedii i WEP – rozpoczęły się dopiero po 1945 roku i stanowiły one przedmiot rywalizacji pomiędzy USA a ZSRR – podobnie jak rywalizacja w kosmosie. Wiąże się ona także z badaniami nad militarnym wykorzystaniem Antarktydy i Antarktyki przez oba supermocarstwa – uwaga tłum.]

Nie tylko radziecki rząd przedsiębrał próby przejścia przez otwory na Biegunach do podziemnej Plutonii. Słynny działacz polityczny i badacz Arktyki Michael Serrano w artykule, który opublikowano w 2006 roku, wyraził swe twarde przekonanie o istnieniu podziemnego świata:
…ważną jest kwestia wyjaśnienia argumentów i teorii, które dotyczą pustej Ziemi, w których ja widzę jedynie powtórzenie lub nawrót do dawnej idei, która przewija się w wielu mitach i legendach, a które wskazują Ludzkości szczególne znaczenie…  

Stosunek do realności istnienia Plutonii zmieniło się w końcu XX wieku, kiedy badacze dostali do swych rąk zdjęcia terytoriów polarnych zrobione z kosmosu przez sztuczne satelity i statki załogowe. Na nich uczeni zobaczyli dziwny rozkład zórz polarnych. Przez długi czas uważano zorze polarne za świecenie rozrzedzonych warstw powietrza pod wpływem protonów (p+) i elektronów (e-) przenikających do atmosfery z kosmosu.

To prawda. Fritjöf Nansen i inni badacze Arktyki pisali w swych wspomnieniach o polarnych krainach o ogniowych pełganiach zorzy, podnoszących się od horyzontu i ulatujących w górę, do zenitu. Na takie informacje poważni uczeni nie zwracali uwagi, póki w 1968 roku amerykański satelita ESSA-7 nie przekazał na Ziemię zdjęć Bieguna Północnego. Przy pełnym braku obłoków, co na tego rodzaju zdjęciach występuje niezmiernie rzadko, w rejonie Bieguna Północnego widoczna była ogromna dziura. Zdjęcie to przeszło pomyślnie wiele ekspertyz, które orzekły jego autentyczność…
[ESSA – to US Environmental Science Services Administration – a jej satelity wykonywały misje satelitów meteorologicznych z program Tiros. Satelity te wykonywały zdjęcia chmur, które dostarczały drogą radiową do US Weather Bureau i US National Meteorological Centre. Ogółem wystrzelono 9 satelitów ESSA, które pracowały przez 4 lata dostarczając kilkaset tysięcy zdjęć – zob. http://science.nasa.gov/missions/essa/. Zdjęcie „dziury” wykonane zostało także przez kamery satelity ESSA-3. „Dziura” ta ma swe naturalne wyjaśnienie i powstała wskutek przerw technicznych oraz wyłączania satelity w czasie przelotu nad nieinteresującym fragmentem kuli ziemskiej, co jest częstą praktyką w kosmonautyce i pozwala zaoszczędzić energii. Drugim powodem powstania takiej „dziury” jest obszar nocy polarnej w okolicach Bieguna Północnego. Podobne zjawiska obserwuje się także na Biegunie Południowym, a zdjęcie to nie jest pojedynczą fotką, ale mozaiką złożoną z wielu zdjęć. Gdyby była tam rzeczywiście jakaś „dziura” do wnętrza Ziemi, to na jej tle widoczne byłyby obłoki (których nie ma) a także widoczne byłoby centralne słońce zwane Plutonem i/albo Prozerpiną, czego też nie widać. A zatem zdjęcie jest autentyczne, ale jego interpretacja – fałszywa. A trochę szkoda… - uwaga tłum.]

Dziwne kosmiczne zdjęcia zostały wykonane także na Antarktydzie. Obrazy wykonane przez sztuczne satelity NASA pokazują dokładnie, że pochodzenie zorzy polarnej jest z wnętrza Ziemi i tworzą one krąg w okolicy Południowego Wyjścia.
[Tak naprawdę, to jest to krąg, ale wokół Południowego Bieguna Magnetycznego, który aktualnie (rok 2010) znajduje się na Płaskowyżu Polarnym, na 80°08’ S - 107°79’ E – uwaga tłum.]

Amerykański zwolennik teorii pustej Ziemi – John Mac Nibbly wykazuje trzy zjawiska, które świadczą za słusznością teorii pustej Ziemi i istnieniem podziemnego królestwa. I tak:
1.   Na zdjęciach Antarktydy doskonale widać, że na jedną stronę plamy – interpretowanej jako wejście w głąb Ziemi – od spodu wypełza mgła. A skąd by się ona mogła pojawić, gdyby tam nie było podziemnego świata?
2.   Od tego obszaru kontynentu, gdzie znajduje się rzeczona plama, wylot do podziemnego królestwa podchodzi blisko do oceanu, a tam widać ogromną ilość gór lodowych. Jest to związane – według niego – ze zjawiskiem „wyciekania lodu z ciemnego okrągłego obszaru, który znajduje się na 84°24’ S - 39° E.”
3.   Jeżeli przyjrzymy się kierunkowi prądów powietrznych na Antarktydzie, to zauważymy iż większość z nich kieruje się do strefy w pobliżu Ziemi Królowej Maud i w ogóle ku afrykańskiej strefie Antarktydy. Wiatry powstają w wyniku zmiany lekkiego, ciepłego powietrza wylatującego z podziemnego świata, na bardziej ciężkie i zimne.
  
John Mac Nibbly także przeprowadził dowód na to, że i inne planety Układu Słonecznego są puste w środku. Jako dowód przytacza on znaleziony w Internecie obraz Wenus w promieniach podczerwonych, na którym widać, temperatura gazów atmosferycznych ostro zniża się w miarę zbliżania się do tamecznego bieguna północnego. A potem naraz w samym centrum nieoczekiwanie odkrywa się „plamka ciepła” – to jest punkt wenusjańskiego bieguna.
[Niestety – zdjęcia wykonane przez ziemskie statki kosmiczne nie potwierdzają rojeń stronników pustej Ziemi i cała ta pseudo-teoria pozostanie li tylko naukową ciekawostką. Tym niemniej istnieje możliwość istnienia planetarnego podziemia w formie rozległych pustek w skalnej skorupie ziemskiej, gdzie może istnieć podziemny świat Szambali-Agharty, którego tak poszukiwał Hitler i jego Parteigenossen z Himmlerem na czele. Nie udało się im go znaleźć, mimo intensywnych poszukiwań prowadzonych w latach 30. i 40. przez wyspecjalizowane ekipy uczonych SS, ale czy oznacza to, że Szambala nie istnieje? – uwaga tłum.]


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 50/2013, ss. 28-29

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                    

wtorek, 15 kwietnia 2014

Zaginiony samolot malezyjski (8)



Mija już 40 dzień od czasu tego tajemniczego zniknięcia rejsowego samolotu z Kuala Lumpur do Pekinu. Jak dotąd nie ma żadnego śladu po samolocie Boeing 777 z lotu MH370, który zaginął w dniu 8.III.2014 roku. Sprawdzono wiele śladów, szukano wielu szczątków – wszystko bezowocnie. Boeing 777 literalnie rozpuścił się w wodach Indyka…

Wbrew wcześniejszym poglądom, jestem w stanie przychylić się do opinii byłego szefa WSI – gen. Marka Dukaczewskiego – a zatem osoby kompetentnej, który w swych wystąpieniach radiowych stwierdził, że samolot ten mógł być uprowadzony albo przez jakichś terrorystów albo przez swoją własną załogę. Oczywiście w tle pojawiły się także UFO, ale raczej jako konkurencyjna hipoteza, a nie fakt oczywisty.

W dniu dzisiejszym media doniosły o tym, że samolot – a raczej to, co z niego zostało – będzie poszukiwane przez urządzenie zwane podwodnym dronem, którego zadanie polega na wychwyceniu najsłabszych choćby sygnałów radiowych z nadajników czarnych skrzynek samolotu, które nadawały jeszcze trzy dni temu, a zatem 12 kwietnia. Od tego dnia nie wychwycono już żadnych sygnałów, mimo intensywnego nasłuchu prowadzonego z statków, okrętów i samolotów. Problem leży w tym, że czarne skrzynki powinny zamilknąć już 7 kwietnia, bowiem na tyle czasu pracy wystarczą akumulatory tych urządzeń. A zatem albo akumulatory dawały energię nadajnikom radiowym czarnych skrzynek, albo… - nadawał te sygnały ktoś inny…

Tak więc DSV Bluefin 21 zostanie spuszczony z pokładu australijskiego okrętu HMAS Ocean Shield, który nasłuchuje w rejonie ujawnionych radiosygnałów. Poza sygnałami namierzono także dużą plamę oleju na powierzchni Oceanu Indyjskiego, która może pochodzić z tego samolotu. Miało to mieć miejsce na zachód od miasta Perth. Teorie spiskowe twierdzą, że samolot ten został uprowadzony do bazy amerykańskiej na wyspie Diego Garcia – CIA przejęła wszystkich specjalistów od technologii „super stealth”, zaś pozostałych pasażerów uwięziła. Swoja drogą jestem bardzo ciekawy, co stało się z 2,5 tonami złota, które też ponoć znajdowały się na pokładzie tego Boeinga?

Bo jestem zdania, że mogło być tak: samolot doleciał do punktu odległego o 100 km od wybrzeży Wietnamu, pilot i kopilot skierowali go w kierunku zachodnim południowo-zachodnim ku wybrzeżom Malezji, wyłączając radio i transponder, prowadząc samolot na wysokości poniżej 1500 m, a tam – już nad Malezją wywalili cały ładunek na ziemię i wyskoczyli na spadochronach, uprzednio zaprogramowawszy autopilota na lot na wysokości <200 m w kierunku południowo-zachodnim – ku najmniej uczęszczanym akwenom Indyka, gdzie niepodobieństwem byłoby go szybko znaleźć. Spiskowcy tymczasem zapakowali towar na przygotowane pojazdy i tyle ich widziano. Mogło tak być? Mogło! I mamy piękną teorię spiskową!

W następnym odcinku – już po świętach postaram się przekazać Czytelnikom inne hipotezy. A zatem…


… CDN.        

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Miejsce katastrofy nuklearnej w Czarnobylu wciąż stanowi stałe zagrożenie (nieoczekiwany aspekt)




Martin Clemens


Jeżeli wierzycie Hollywoodowi, albo jego agendom na całym świecie, radioaktywne skażenie potencjalnie może spowodować powstanie ogromnych jaszczurek burzących miasta, a także nową rasę ludzi, świat nasycony egzotycznymi mutacjami dokonujących niesamowitych wyczynów w obronie prawa.


Jak się można domyślić, rzeczywistość rzadko jest aż tak poetycka.


Zagrożenie jądrowe było i jest zapisane w naszym umyśle. Od czasu pierwszego zdetonowania ładunku nuklearnego w Nowym Meksyku w 1945 roku, skulminowało się ono w apokaliptycznym ataku atomowym na miasta japońskie Hiroszima i Nagasaki w czasie II Wojny Światowej, pełny zakres zagrożenia przez broń jądrową stał się znany każdemu człowiekowi na tej planecie. Strach inspirowany przez niebezpieczeństwo przybrał wiele form przez całe dziesięciolecia, zaś Oscar Wilde wyraził to tak: „Życie imituje Sztukę o wiele bardziej, niż Sztuka imituje Życie”.


Ze względu na to, co Wilde nazywa samoświadomością Życia, która potrzebuje wyrazu, nasze kina i TV od długiego czasu serwuje nam obrazy tego, co się dzieje w przypadku kiedy energia jądrowa zostanie wyzwolona w sposób niebezpieczny. I chociaż my dzisiaj jesteśmy bardziej świadomi zagrożeń, niż jakiekolwiek inne pokolenie, ale to nie znaczy, że nasza wiedza jest kompletna. Mówiąc ogólnie – ludzie nie są świadomi tego, co promieniowanie robi z żywymi komórkami. Sądzimy, że wiemy, ale nasza wiedza jest zainfekowana przez popkulturę i patrzymy na nią przez pryzmat hollywoodzkich potworów.



Widoczki z Czarnobyla i Prypeci


Prypeć k./Czarnobyla


Dzisiaj będzie bardzo trudno znaleźć kogoś, kto nie jest na bieżąco nieobeznany z zagrożeniem płynącym do nas przez Pacyfik do naszego Zachodniego Wybrzeża z uszkodzonej japońskiej elektrowni atomowej, z czegoś, co się oficjalnie nazywa miejsce katastrofy nuklearnej Daiichi Fukushima I. Mamy okazję być świadkami najgorszej ze wszystkich katastrof nuklearnych (7°INES – przyp. tłum.) w naszej historii, i chociaż wytyka się wiele uchybień i błędów, które zostały popełnione, to największą winę za jej spowodowanie ponosi Matka Natura na pierwszym miejscu. Oczywiście przy takiej okazji tworzy się wiele teorii spiskowych i strachu, ale kilka „faktów”, o których możesz przeczytać na temat tej katastrofy jest prawdziwych.
[Oskarżenia pod adresem Matki Natury są co najmniej śmieszne, bowiem katastrofa w Daiichi Fukushima I EJ powstała tylko i wyłącznie z winy człowieka, który nie docenił potęgi Natury i jej praw. Gdyby elektrowni nie postawiono na brzegu morza lub gdyby obliczono falochrony na fale o wysokości >10 m i w ten sposób nie narażono na zalanie jej superfalami tsunami, to do całego nieszczęścia by nie doszło… – uwaga tłum.]

Skala INES


Zaskakujące jest to, że opinia publiczna dowiedziała się nieco od naszych doświadczeń w tym zakresie. Katastrofa jądrowa w Czarnobylu – której wiele szczegółów nadal jest owianych tajemnicą – zaoferowała nam unikalny wgląd na rzeczywiste skutki niekontrolowanej ekspozycji środowiska na promieniowanie jądrowe. I do tej pory, w ciągu 31 lat żaden gigantyczny potwór nie pojawił się z tundry we Wschodniej Ukrainie.
[Oczywiście autorowi coś się pokręciło, jako że na Ukrainie nie występuje tundra, a Czarnobyl znajduje się północnej części Ukrainy Zachodniej – uwaga tłum.]


Uczeni jednakże ostatnio odkryli, że rzeczy w zamkniętych strefach nie są tak spokojne, jak one wyglądają z daleka. W rzeczy samej, z oczywistej perspektywy, najciężej dotknięte katastrofą obszary otaczające Czarnobyl są tykającą bombą zegarową, która może w każdej chwili znów uaktywnić to zagrożenie, które przedstawiała ongi. A zapalnik do tej bomby pochodzi z najbardziej nieprawdopodobnych źródeł: naturalnych urządzeń do rozkładu materii organicznej.

Mikroorganizmy lądowe i morskie - najmniejsze ale najważniejsze w środowisku ofiary skażenia promienistego...


Drobnoustroje


Ze studium ostatnio opublikowanego w magazynie „Oecologia” wynika, że kilku naukowców odkryło, że ścioła na dnie lasu w zamkniętych strefach nie rozkłada się, albo precyzyjniej – nie rozkłada się właściwie jak powinna.[1]


Przez genialnie prosty eksperyment, naukowcy z Uniwersytetu Południowej Karoliny w Columbii, odkryli, że rozkład liści z terenów o różnym stopniu ekspozycji na promieniowanie rozkłada się w uderzająco różnych proporcjach. Po raz pierwszy zdano sobie sprawę, że może być to problem, gdy zauważyli oni, poprzez obserwacyjnych badań obszaru od 1991 roku, niezwykłe nagromadzenie ściółki na dnie lasu. Liście, opadłe z drzew w strefach zamkniętych wydają się tworzyć dywan dwa do trzech razy grubszy, niż na dnie nieskażonych radioaktywnie lasów. Na pierwszy rzut oka wydaje się to po prostu dlatego, że liście nie rozpadają się, co byłoby naturalne nigdzie indziej. Oczywiście, jeśli wziąć pod uwagę, dlaczego tak może być, trzeba najpierw zrozumieć proces rozkładu biologicznego.


Kiedy jakiś organizm umrze, czy to będzie drzewo, zwierzę czy człowiek, zawsze znajduje się cała armia mikroskopijnych stworzeń, która od razu zabierze się za rozkład struktury tej istoty. Te mikroby, małe owady i bakterie spożywają różne elementy nieżywej istoty i uwalniają inne pierwiastki i związki chemiczne do środowiska, które z kolei są używane przez inne żyjące istoty do swej przemiany materii. To jest wielki krąg życia.


Jest od dawna wiadomym, że dzikie życie w strefach zamkniętych cierpi przez lata od dnia katastrofy; zwierzęta są mniejsze, mają mniejsze mózgi i bardzo często są one fizycznie zdeformowane. Drzewa także cierpią. Czerwony Las – został on tak nazwany dlatego, że sosny tam rosnące zmarły i schnąc przybrały rdzawoczerwony kolor – ale one nie rozłożyły się – oferuje on wiele przykładów drzew i innych roślin, które cierpią na silne zahamowanie tempa wzrostu. Te cierpienia nie są ograniczone do stworzeń, które widzimy na co dzień.
[Rozkład materii organicznej jest podstawą obiegu materii w ekosystemie. Przerwanie jednego ogniwa tego łańcucha grozi zniszczeniem całego ekosystemu. Szczególnym reducentem w ekosystemie są przede wszystkim grzyby, które rozkładają martwą materię organiczną i tym sposobem użyźniają glebę, która z kolei daje możliwości rozwoju i życia wszelkich roślin, które z kolei są podstawą piramidy żywieniowej. Zanik grzybów prowadzi do przerwania łańcucha pokarmowego i co za tym idzie – zniszczenia podstawy piramidy żywieniowej i koniec życia na Ziemi – uwaga tłum.]

Fukushima - a właściwie płonące zakłady chemiczne w okolicach Sendai


Daiichi Fukushima I


Okazuje się, że te wszystkie zawsze ważne owady, mikroby i bakterie zostały poszkodowane przez promieniowanie i to teraz ma bardzo poważne skutki w tym biologicznym recyklingu. Ten sam mechanizm, który ma wpływ na inne dzikie zwierzęta, ma również wpływ na stworzenia, które są odpowiedzialne za spożywanie martwego materiału biologicznego i przywracanie go do gleby.


Ten efekt jest niebezpieczny dla całego ekosystemu. To zmniejsza ilość podstawowych składników odżywczych w glebie, tak, że żywe rośliny walczą o przetrwanie, i to odcina glebę i runo od bardzo potrzebnego światła słonecznego. Ostatecznie ten proces może doprowadzić do całkowitej dewastacji biosfery na obszarze Czarnobyla. Ale, o dziwo, nie jest to najbardziej bezpośrednie zagrożenie.


Biolog Timothy Mousseau – wiodący autor magazynu „Oecologia” ostrzega, że cały obszar katastrofy w Czarnobylu stanowi zagrożenie burzą ogniową. Oczywiście zwiększenie ilości suchych liści i igliwia w tamecznych lasach zwiększa ilość paliwa dla potencjalnego pożaru, a ogień spowoduje uwolnienie się do atmosfery niebezpieczne radioizotopy, aktualnie zamkniętych w strukturze drewna, liści i igieł oraz innych roślinach, i doprowadzając do skażenia wtórnego stref zamkniętych i – co gorsze – rozprzestrzeniając skażenia poza nie i w znaczącym stopniu.


Biorąc to wszystko pod uwagę i mając w pamięci, weźmy teraz pod uwagę katastrofę w Fukushimie. Oczywiście istnieje tam niewielkie ryzyko wystąpienia burzy ogniowej na Oceanie Spokojnym, ale mikroorganizmy odpowiedzialne za biologiczny recykling martwej materii organicznej są wszędzie. One działają także w oceanie, nawet bardziej niż w lesie, ale to co jest rozkładane w lesie leży na gruncie, natomiast to, co znajduje się w oceanie może być rozniesione na cały Wszechocean… roznosząc wszędzie skażenie radioaktywną trucizną.


Potencjał tych mechanizmów rozpowszechniania niebezpiecznych izotopów jądrowych na całym świecie jest przerażający, ale jakoś nikogo to nie martwi. Teraz musimy próbować zrozumieć zasięg tych katastrof, i musimy znaleźć sposoby, aby złagodzić potencjalne szkody, nie tylko dla nas, ale dla wszelkiego życia na naszej planecie.                              




Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©




[1] Timothy A. Mousseau, Gennadi Milinevsky, Jane Kenney-Hunt, Anders Pape Moller -  “Highly reduced mass loss rates and increased litter layer in radioactively contaminated areas” w “Oecologia”, 14.III.2014,  - http://link.springer.com/article/10.1007%2Fs00442-014-2908-8#

niedziela, 13 kwietnia 2014

Nawet „mała” wojna nuklearna może spowodować katastrofalne ochłodzenie



Charles Q. Choi


Nawet relatywnie mały regionalny konflikt z użyciem broni jądrowej może spowodować globalne ochłodzenie klimatu (efekt globalnej zimy - EGZ), zniszczenie warstwy ozonowej i katastroficzną suszę na okres ponad dekadę – twierdzą naukowcy. Ustalenia te powinny przyspieszyć eliminację ponad 17.000 jednostek broni nuklearnej, które istnieją w dniu dzisiejszym na świecie – uczeni dodają.

W czasie Zimnej Wojny, wymiana nuklearnych ciosów przez supermocarstwa groziła nam przez całe lata. Jedną z możliwych konsekwencji globalnej wojny jądrowej była „zima nuklearna” – spowodowana tym, że wybuchy jądrowe powodowałyby ogromne pożary, których dymy, pyły i popioły zablokowałyby słoneczne promienie, w rezultacie czego pojawiłoby się zjawisko „zmierzchu w południe” przez całe tygodnie. Większość ludzi zginęłaby wskutek załamania się produkcji żywności i w jej konsekwencji katastrofalnego głodu.

W dniu dzisiejszym, kiedy tylko USA są supermocarstwem, „nuklearna zima” wydaje się być odległym zagrożeniem. Jednakże wojna nuklearna pozostaje wciąż bardzo realnym zagrożeniem; np. pomiędzy dwoma rozwijającymi się lokalnymi mocarstwami nuklearnymi takimi jak Indie i Pakistan.

Aby zobaczyć, jakie efekty klimatyczne może dać regionalny konflikt nuklearny, uczeni przeprowadzili modelową wojnę jądrową pomiędzy Indiami a Pakistanem, z użyciem 100 ładunków nuklearnych typu Hiroszima, z których każdy byłby ekwiwalentem 15.000 ton TNT – czyli 15 kt – to jest bardzo niewiele, w porównaniu z światowym arsenałem jądrowym. Oni zasymulowali interakcje w i pomiędzy atmosferą, Wszechoceanem, lądem i morskimi lodami tworzącymi ziemski klimat.

Naukowcy stwierdzili, że efekty takiej wojny byłyby katastroficzne.
- Większość ludzi mogłoby się zdziwić tym, jak taka mała regionalna wojenka atomowa na drugim końcu świata może źle wpłynąć na globalny klimat na co najmniej dekadę i wymazać warstwę ozonową na 10 lat – twierdzi w swym studium Michael Mills, badacz atmosfery w National Center for Atmospheric Research w Kolorado w wywiadzie dla „Live Science”.

Naukowcy przewidują w związku z tym, że szalejące burze ogniowe mogą wyrzucić do atmosfery 5.000.000 ton węgla w postaci sadzy w wysokie warstwy atmosfery. Te popioły zaabsorbują promienie słoneczne, ochładzając w rezultacie powierzchnię Ziemi poniżej.

Symulacje wskazują na to, że po takiej wojnie, średnia temperatura naszej planety spadnie nagle o 2,7°F/1,5°C, poniżej najniższego poziomu od 1000 lat. W niektórych miejscach będzie jeszcze zimniej i temperatury spadną tam jeszcze bardziej – szczególnie w Ameryce Północnej, Azji, Europie i na Bliskim Wschodzie mogłyby doświadczyć zim, które byłyby o 4,5 – 10,8°F/2,5 - 6°C chłodniejsze oraz lat, które byłyby chłodniejsze o 1,8-7,2°F/1 - 4°C. Niskie temperatury mogłyby doprowadzić do śmiertelnych mrozów, które mogłyby skrócić sezon wegetacyjny o 10 – 40 dni rocznie przez kilka lat.

Popioły, które absorbowałyby ciepło w górnych warstwach atmosfery, w stratosferze, przyspieszają reakcje chemiczne likwidujące warstwę ozonową. To z kolei powoduje zwiększona ilość promieniowania UV docierającego do powierzchni Ziemi, co powoduje z kolei wzrost o 30-80% ilości ultrafioletu w atmosferze na średnich szerokościach geograficznych (a zatem dotyczy to szczególnie Polski położonej pomiędzy 49 a 53°N – przyp. tłum.) stwarzając zagrożenie dla ludzkiego zdrowia, rolnictwa i ekosystemu lądów i Wszechoceanu.

Modele także sugerują to, że niższe temperatury zredukują globalne opady deszczu i śniegu o około 10%. To z kolei może wywołać ogromne pożary w takich regionach jak Amazonas i może znów wpompować jeszcze więcej sadzy do atmosfery.
- Wszystkie te efekty mogą negatywnie wpłynąć na produkcję żywności i ekosystemy – mówi Mills.

Poprzednie studia oceniały, że globalne temperatury powrócą do normy po około 10 latach. Jednakowoż ostatnie prace wskazują na to, że okres ten wydłuży się nawet do 25 lat i więcej – czyli o wiele dalej w przyszłość, jak przewidywały to symulacje. Dwa największe współczynniki spowoduja to przedłużone ochłodzenie – ekspansja morskich lodów, które będą odbijały więcej światła słonecznego w kosmos i znaczne ochłodzenie górnej warstwy wód Wszechoceanu do głębokości 330 ft/100 m, które z powrotem mogą nagrzewać się bardzo wolno i stopniowo.
- To jest trzeci niezależny model przewidujący efekty regionalnej wojny jądrowej w atmosferze, Wszechoceanie, na lądach a jego wnioski wspierają inne – mówi Mills. – Jest interesującym to, że kiedy zbliżamy się do tego samego zagadnienia przy pomocy bardziej wyrafinowanych modeli, efekty wydają się być bardziej oczywiste.
- Te wnioski pokazują nam, że można stworzyć globalną klęskę głodu przy pomocy tylko 100 małych ładunków nuklearnych – mówi Mills. – Na naszej planecie mamy 17.000 głowic jądrowych i termojądrowych aktualnie, a większość z nich jest o wiele mocniejsza, niż te zakładane 100 15-kilotonówek, jakie rozpatrywaliśmy w czasie naszych studiów. Nasuwa się wciąż pytanie, dlaczego wciąż istnieje taka ilość tej broni i czy nie da się jej wykorzystać w innym celu.

Uczeni przekażą dokładne wyniki swych badań w marcowym wydaniu magazynu „Earth’s Future”.   



Moje 3 grosze

Ograniczona wojna jądrowa, to było marzenie wszelkiej maści popapranych „jastrzębi” z Białego Domu i Kremla, a także odwetowców z Bonn i innych podpalaczy świata. Ludzie nie zdawali – i nadal nie zdają sobie sprawy z tego, że każde użycie broni jądrowej w masowej skali, MUSI doprowadzić do wyraźnych i ostrych zmian w klimacie naszej planety. Taką wojnę można porównać tylko z erupcją potężnego wulkanu w stylu erupcji Pinatubo czy Krakatau. Tyle, że są to erupcje punktowe – w przypadku wojny nuklearnej działania i użycie broni jądrowej będzie prowadzone na dużych obszarach planety, a co za tym idzie – będzie ono miało już to większy zasięg, już to jego działanie będzie silniejsze i bardziej długofalowe choćby ze względu na działanie promieniowania radioaktywnego, które porazi przede wszystkim wszelkie drobnoustroje zapewniające przemianę materii organicznej na proste związki chemiczne, które służą jako pokarm podstawie piramidy żywieniowej, czy jak kto woli, początku łańcucha troficznego, o czym w następnym materiale. Każda wojna z użyciem broni jądrowej stwarza niebezpieczeństwo zmian klimatycznych i skażeń na nieznaną dotychczas skalę, a co da się tylko porównać z katastrofami elektrowni jądrowych w USA, b. ZSRR i Japonii. A najgorsze jest to, że nie widać końca tego szaleństwa…
                       


Źródło – „Live Science”

Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

piątek, 11 kwietnia 2014

Czerwony Księżyc – kolejny Armagedon?



Media podrzuciły, poza codziennym bełkotem o Ukrainie i reportażami z obchodów smoleńskich, także informacje na temat zjawiska tzw. czerwonego Księżyca. Oczywiście skojarzono to z opozycją Marsa, która miała miejsce 8.IV, to znaczy z sytuacją, w której Słońce, Ziemia i Mars znalazły się na jednej prostej. Aktualnie Mars znajduje się w konstelacji Panny – RA = 13h08m53s DEC = -04°45’20” (2014-04-11, g. 19:00 GMT), jasność -1,25 mag.

Wielbiciele sensacji od razu skojarzyli sobie to zjawisko z zaćmieniem Księżyca, który będzie miało miejsce w dniu 15.IV.2014 roku – ale niestety nad Ameryką Północną. Tak więc będzie ono widoczne w Europie Zachodniej, Zachodniej Afryce, na Islandii, Grenlandii i obu Amerykach, a także w Australii i Wschodniej Azji. Zaćmienie całkowite – dlatego Księżyc nabierze czerwonej barwy, kiedy znajdzie się w cieniu Ziemi – zacznie się o godzinie 04:53 GMT/05:53 CET, maksimum osiągnie o 07:46 GMT/08:46 CET i zakończy się o 10:40 GMT/11:40 CET, co oznacza, że w Polsce zaćmienie to będzie NIEWIDOCZNE… NB, obok Księżyca będzie widoczny także Mars…

Obszar widzialności zaćmienia Księżyca w obu Amerykach

A zatem możemy tylko żałować, że ominie nas taki interesujący niebiański spektakl!

Foto - Internet