sobota, 15 września 2018

Sekrety Królowej Beskidów (6)



W dniu 14 września miałem okazję uczestniczyć w uroczystym otwarciu wystawy „Po dwóch stronach Babiej Góry. Dziedzictwo przyrodniczo-kulturowe” zorganizowanej przez Stowarzyszenie Podbabiogórze w jordanowskim MOK.




Impreza zgromadziła luminarzy kultury oraz miłośników tych ziem i Babiej Góry – Królowej Beskidów w szczególności. Składały się na nią wspaniałe fotogramy autorów z Polski i Słowacji, które ukazywało piękno Natury i ludzi w niej zamieszkałych – w powiecie suskim i gminie Oravska Polhora. 















Nie będą się tu strzępił – Czytelnik obejrzy to sobie sam na załączonych zdjęciach. Od siebie tylko dodam, że wcale się nie dziwię, gdyby się okazało, że wszelkie legendy i gadki ludowe otaczające te góry mają swe źródło w zjawiskowym, uduchowionym pięknie tych krain. Warto to obejrzeć już to w naturze, już to na zdjęciach.

Zapraszam! 

piątek, 14 września 2018

45 lat temu nad Tatrami


O obserwacji tego NOL-a pisałem już na łamach miesięcznika WOP „Granica” nr 1/1989, „Nieznany Świat” nr 7-8/1993 oraz „Sfinks” nr 3/1991.

Świadkami tego wydarzenia byli profesorowie i uczniowie i Technikum Leśnego w Brynku k/Tarnowskich Gór: zmarły niedawno mgr inż. leśnik Zbigniew D., również nieżyjący już mgr inż. chemik Rudolf Dz. wraz z 36 uczniami i przewodnik tatrzański z żoną. Byłem w tej grupie. Nasza klasa IVB pojechała wtedy na tydzień do Zakopanego i w Tatry. 13 września 1973 roku załamała się pogoda i musieliśmy się wycofać z Wąwozu Piekło w drodze na Giewont. Klasyczna „załamka” pogody: najpierw gwałtowny wzrost zachmurzenia, potem deszcz a w końcu deszcz ze śniegiem i śnieg. Jego pokrywa rychło osiągnęła grubość 5 cm. Na szczęście nie trwało to zbyt długo i wieczór powitał mas pogodą i widokiem wschodzącego nad Granatami Księżyca w pełni.

14 września mieliśmy w planie wypad do Morskiego Oka, a potem via Świstówkę Roztoczańską do Doliny Pięciu Stawów Polskich, gdzie mieliśmy postój w schronisku na popas. Następnie zejście Roztoką do Włosienicy i powrót do Zakopanego. Pogoda była cudowna i na niebie nie było ani jednej chmurki. Byliśmy zachwycenia wspaniałym majestatem surowej, górskiej przyrody. Około 10:00 wspięliśmy się na grzbiet Kępy i zaczęliśmy się rozglądać. Przed sobą mieliśmy widzieliśmy zerwy Granatów, kar Dolinki Buczynowej i ponure urwiska Wołoszynów. Na dole pięć odbić paryskiego błękitu w taflach Stawów Polskich, zaś na niebie...

Na niebie, nieco powyżej szczytów Granatów wisiał sobie jaskrawobiały na tle lazurowego nieba, równoramienny trójkąt, zwrócony najostrzejszym kątem w dół.
-To balon meteorologiczny – wyraził ktoś przypuszczenie.
-E, chyba nie – powiedział nasz przewodnik patrząc na obiekt przez 7,5-krotną lornetkę. Patrzyliśmy na to prawie wszyscy. Trójkąt był w opalizującym kręgu lornetki oślepiająco biały i nie było widać żadnego innego szczegółu. Musiał być bardzo wysoko.
Później pochłonął nas cudowny widok dookoła i nie zajmowaliśmy się już więcej tym NOL-em. Jedynie jeszcze około godziny 13:00 stwierdziliśmy jeszcze jego obecność na niebie z dna Doliny Roztoki, a potem nie zaprzątaliśmy sobie tym głów.


Aż do dnia następnego.

15 września była sobota i wyjeżdżaliśmy już z Zakopanego. Jeden z kolegów kupił „Gazetę Południową” (tak w latach 70. nazywała się „Gazeta Krakowska”), w której przeczytaliśmy o tym, że wielu ludzi zaobserwowało w dniu poprzednim UFO nad województwem krakowskim i znaczną częścią Słowacji. A co najważniejsze – ów NOL był zaobserwowany również przez dwóch zawodowych astronomów z Krakowskiego Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego – prof. dr hab. Kazimierza Kordylewskiego – słynnego na cały świat odkrywcy Pyłowych Księżyców Polskich w punktach L4 i L5 oraz jego asystenta prof. dr hab. Zbigniewa Dworaka (wtedy jeszcze magistra). NB, prawdziwość tej obserwacji potwierdził mi prof. Kordylewski w czasie Walnego Zjazdu PTMA w dniu 12 października 1974 roku i prof. Dworak w czasie spotkania ufologicznego we wrześniu 1996 roku w Białej Podlaskiej. Poza tym obserwowali go astronomowie słowaccy z Obserwatorium Astronomiczego w Skalnatym Plesie na szczycie Łomnicy.

Z ich pomiarów wynikało, że NOL unosił się nad Ziemią na wysokości około 100 km, a jego rozmiary wynosiły co najmniej 100 m od podstawy do wierzchołka, bowiem jego kształt przypominał ostrosłup. Żaden ziemski balon stratosferyczny nie ma takiego kształtu!... Przypominają mi się doniesienia z przełomu lat 60. i 70. XX wieku o niezwykłych obiektach tego rodzaju widzianych nad Sofią i Budapesztem.

I jeszcze jedno – w dniach 12 i 13 września 1973 roku w Krakowie miało miejsce sympozjum naukowe na temat MOŻLIWOŚCI ISTNIENIA ŻYCIA POZAZIEMSKIEGO!!! A żeby było jeszcze ciekawiej, to nadmieniam, że podobny obiekt latający widziałem w 1966 roku nad wodami Zalewu Szczecińskiego z pokładu statku wycieczkowego na trasie ze Szczecina – Dąbia do Świnoujścia. Niestety, nie udało mi się ustalić, czy w tym czasie w Szczecinie albo Międzyzdrojach nie odbywało się jakieś sympozjum na „nieziemski” temat... Podobne obserwacje miały miejsce w latach 1984 i 1985 nad Świnoujściem, co opisałem w opracowaniu „UFO nad granicą” (Kraków 2000) i monografii „Projekt Tatry” (Kraków 2002).

Opisywany w tym punkcie NOL był widziany także przez nauczycieli miejscowej Szkoły Podstawowej w Jordanowie, co zostało odnotowane w jej „Kronice szkolnej” przez panią Aleksandrę Leśniakiewicz.

Reasumując, było to klasyczne TRUFO - TRue UFO – „prawdziwe UFO”, potwierdzone obserwacjami wielu niezależnych od siebie świadków, w tym dwóch zawodowych obserwatorów-astronomów, którzy podali informacje o tym wydarzeniu mediom.

NB, zagadka ta nie jest wyjaśniona do dnia dzisiejszego… 

czwartek, 13 września 2018

Sekrety Królowej Beskidów (5)



Niestety, nie dane mi było zorganizować wypadu na Babią Górę, stan zdrowia i inne przedsięwzięcia nie pozwoliły mi na to – niestety. Tym niemniej postanowiłem poszukać jeszcze informacji na temat jaskiń, które się w niej znajdują i znalazłem dwa bardzo ciekawe teksty mówiące o tamtejszych „dziurach”. Pisze tedy Beata Szkaradzińska na łamach „Dziennika Polskiego”:

Tajemnice i skarby Babiej Góry

Na południowym stoku Babiej Góry już ponad kosówką, a tuż w pobliżu granicy ze Słowacją, pośród wielkich głazów ukryty jest podziemny chodnik. Legenda głosi, że prowadzi on do kościoła w Rabczycach po słowackiej stronie Orawy. Te podziemne piwnice są ponoć pełne zbójnickich skarbów i talarów.
Podziemia - jak mówią podania - otwierają się jednak jedynie raz do roku na kwietną, czyli Wielkanocną Niedzielę... Nie łatwo się też do nich dostać, trzeba bowiem znać tajemne zaklęcie. Jak zapewniają co bardziej wiekowi mieszkańcy Orawy, jeszcze nie tak dawno znali je starzy bacowie i wolarze.
Skarbów zbójników jednak jeszcze nie udało się im nigdy wydobyć, choć na Babią Górę w ich poszukiwaniu zapuszczali się z łuczywami od dawna śmiałkowie. Niestety, każdy z nich, jeśli chciał ocalić życie, musiał się wycofać.
Jedno z dawnych podań ludowych podaje, że pewna kobieta z Lipnicy Małej kiedyś, właśnie w Kwietną Niedzielę poszła z dzieckiem w góry. Znała legendę mówiącą, że w czasie, gdy w wielkolipnickim kościele jest podniesienie, otwierają się skały odkrywając swe skarby... Trzeba je jednak brać bardzo szybko i uciekać, zamykają się one bowiem ponownie tuż po podniesieniu. Ludzie mówią, iż kobieta weszła z dzieckiem w szczelinę. Niestety, "jej zdołało się uciec", ale dziecko we wnętrzu góry zostało. Kobieta o mało co nie oszalała. Przez cały rok czekała pod skałą. Gdy tylko jej czeluście ponownie się otwarły, szybko porwała żywe dziecko i uciekła. Tym razem nie myślała już o dukatach... Zrozumiała, iż nie ma na świecie niż cenniejszego niż własne dziecko.
Podanie też mówi, że we wnętrzu Babiej Góry śpią zaklęci rycerze. To ponoć oni przez rok zajmowali się dzieckiem kobiety we wnętrzu ziemi, karmiąc je i opiekując się nim. Stara orawska legenda głosi, że czekają oni, podobnie, jak zaklęci śpiący rycerze na Giewoncie, czy na Czantorii na Śląsku, na swój czas, czas interwencji...
To także tu u stóp Babiej Góry w Lipnicy Wielkiej wytryska cudowne źródełko o uzdrawiającej mocy. Do dziś można z niego czerpać wodę, a wskażą go chętnie miejscowi. Leczył tą cudowną wodą kiedyś skutecznie wszelkie rany, dolegliwości wewnętrzne, a szczególnie oczy, Piotr Borowy. Przed laty źródełko to poświecił sam biskup Józef Szkodoń. Obok postawiono kapliczkę Matki Boskiej Ludźmierskiej. Cudowną moc wody ma potwierdzać pewna historia. Pod koniec XX wieku starsza kobieta, będąca w agonii, nie chciała, aby opiekująca się nią siostra zakonna dała jej zastrzyk, który ulżyłby jej w chorobie. Poprosiła córki, aby przyniosły wody ze źródełka Borowego, które, jako młoda dziewczyna znała za młodu. Jak wspominają ludzie, gdy ją piła mówiła: "tu przy mnie jest Borowy". Po trzech dniach wstała o własnych siłach i żyła długie lata. Woda ta jest tak sławna, że Orawiacy jadąc do Stanów Zjednoczonych zabierają ją dla krewnych.
Jeśli będą jednak Państwo już na Babiej Górze, warto się przyjrzeć prapuszczy karpackiej. Rosną tu ponad trzystuletnie świerki, z pewnością pamiętające czasy rozbójników. Świerk ten jest ceniony za granicą, a szczególnie w Skandynawii. Trzeba też koniecznie przejechać się przepiękną trasą rowerową wiodącą przez dolinę malowniczego potoku Krzywań, wyznaczoną przez Galicyjskie Gospodarstwa Gościnne. Może uda się wam wówczas odkryć jedno z wejść do zbójnickich piwnic... Choć przestrzegam. Nie będzie to łatwe. Trzeba mieć dużą sprawność fizyczną.[1]

Ciekawe są komentarze internautów do tego tekstu:

·        Tak jak w temacie, chciałbym się dowiedzieć czy jest możliwość legalnego oglądnięcia babiogórskich jaskiń, chyba że to jest legalne a ja mam złe informacje. Chodzi mi o te trzy groty: "Zlota Studnia", "Grota Zbójecka", "Orawska Piwnica"
·        W ostatnią niedzielę właśnie sam zwiedziłem te Orawskie Piwnice i szczerze powiem że się trochę zawiodłem, bo faktycznie to są krótkie norki. Znalazłem dwa wejścia które miały ledwo 3-4 m korytarzy. Złotej Studni szukałem już dwa razy z czego w tą niedzielę ok. 3h i nie znalazłem. Wczoraj się dowiedziałem, że jest ponoć zasypana żeby ludzie nie wchodzili, jeśli faktycznie jest zasypana to już wiem czemu nie mogłem znaleźć.
·        Dzięki za info, właśnie trochę poczytałem o tej jaskini i aż mi się gorąco zrobiło.

Inny ciekawy materiał znalazłem u Wojciecha W. Wiśniewskiego, który tak pisze na temat jaskiń na Babiej:

Najczęściej opisywaną jaskinią z tego terenu jest Złota Studnia, znajdująca się na zachodnim grzbiecie Małej babiej Góry, koło siodła zwanego Złotą Przełączką, kilka metrów od szlaku , w rowie rozpadlinowym po słowackiej stronie granicy. Ma długość ponad 10 metrów i głębokość 4,5 m. była znana od bardzo dawna, a gdy w 1922 roku odkryto ją dla turystyki, istniała w niej stara, drewniana obudowa. Obok leży nieco mniejsza Złota Studnia II.
Interesujące możliwości stwarzają Orawskie Piwnice, położone na słowackiej stronie Diablaka, na wysokości 1650-1680 m n.p.m. Grotołazi słowaccy wstępnie poznali je już w 1962 roku, ale choć miejscowi pasterze informowali o istnieniu w tym rejonie większej liczby jaskiń i to jeszcze większych, nie podjęto tam dotąd systematycznych badań speleologicznych. Największy ze zbadanych obiektów miał ok. 15 m długości. Ostatnio tymi jaskiniami zainteresowali się polscy i słowaccy ufolodzy, którzy tu próbują lokować mityczną Księżycową Jaskinię. Miał ją poznać w czasie II Wojny Światowej jeden ze słowackich partyzantów, który w 1965 roku na emigracji w Ameryce opublikował jej opis. Wynika z niego jednak, że chodzi o naturalną jaskinię, a nie „obiekt o metalowych ścianach”, jak chcą ufolodzy. Uważają oni w dodatku, że jedna z jaskiń pod Diablakiem wprowadza do stromo nachylonego tunelu o szklistych ścianach i kolistym przekroju, biegnącego pod wschodnim zboczem Babiej Góry i prowadzącego w głąb ziemi.    

Szanowny Autor pomieszał tutaj dwie sprawy: Tunel o Szklistych Ścianach i Księżycowy Szyb. Dzisiaj wiemy, że są to dwa różne obiekty położone w dwóch różnych lokalizacjach, o czym pisaliśmy onegdaj w opracowaniach „Tajemnica Księżycowej Jaskini” i „Powrót do Księżycowej Jaskini”.[2]


Na mapach BgPN zainteresował mnie jeszcze jeden obiekt, którego nazwa dziwnie koresponduje z obserwacjami UFO, o których pisali m.in. mgr Kazimierz Bzowski i inż. Miłosław Wilk w swych pracach.[3] Jest to Diabli Kamień położony po stronie słowackiej, ok. 1500 m na południowy-zachód od Diablaka – przy żółtym szlaku do Rabczyc, przy jego zakręcie na południe, na wysokości ok. 1410 m n.p.m. nieopodal granicy lasu i kosówki. Przypominam, że wartość ta jest niewiele mniejsza od wysokości 2/3hBG = 1480 m n.p.m. Diabli Kamień znajduje się w miejscu idealnie pasującym do relacji informatora prof. dr inż. Jana Pająka

Nie, żebym wierzył w teorie Kazimierza Bzowskiego i Miłosława Wilka, ale jest za dużo diabłów w tej całej sprawie. Obserwacje UFO z rejonu Babiej Góry były poczynione w przeszłości i to być może legło u podstaw tego „diabelskiego” nazewnictwa, albo…

Być może w dawnych czasach Babia Góra była jakimś centrum kultowym, którego śladów nie znaleziono (a kto ich tam szukał???), które potem zlikwidowano już w czasach narzucania nam chrześcijaństwa, sanktuarium zburzono, materiały pisane czy graficzne zatarto, posągi bóstw spalono, zaś pogańskich kapłanów wymordowano, jak w wielu miejscach na świecie.

Tak czy inaczej, Babia Góra powinna być wreszcie dokładnie przebadana przez naukowców nie bojących się stawiać trudne pytania. Nie sądzę, by odkryli jakieś tunele o szklistych ścianach do Ameryki czy Księżycowy Szyb – który znajduje się całkiem gdzie indziej – ale może odkryją jeszcze zachowane ślady pogańskiej przeszłości. I to byłoby odkrycie na skalę europejską.     

Fot. A. Smaczyło


[1] „Dziennik Polski 24”, 2.VII.2011 r.
[2] Dostępne w Internecie na stronie „Xięgi niewydane” – www.hyboriana.blogspot.com.
[3] K. Bzowski  – „Sieć Wilka”.

sobota, 8 września 2018

Tajemnica „Grafa Zeppelina”


Lotniskowiec Graf Zeppelin na wodzie

Kriegsmarine nie widziała specjalnego powodu, dla którego miałaby mieć w swym składzie lotniskowce. Owszem – superpancerniki w rodzaju Bismarcka czy Tirpitza, pancerniki kieszonkowe w rodzaju Admiral Graf von Spee, Lützow, Gneisenau czy Scharnhorst i inne ciężkie okręty – tak, okręty podwodne szczególnie typu XXI – jak najbardziej, ale lotniskowce? Jakoś nie bardzo. Niemieccy sztabowcy nie widzieli dla nich zastosowania. Wielkie to i kosztowne w budowie i eksploatacji… Jeden z czterech lotniskowców, które miały powstać w ramach programu rozbudowy floty nawodnej, bardziej znanej jako plan „Z”. Z tej czwórki Graf Zeppelin był jedynym, który był bliski ukończenia i wcielenia do służby. I dalej portal „Wraki Bałtyku” podaje tak:

Zamówienie na lotniskowiec „A”, przyszły Graf Zeppelin, zostało złożone w listopadzie 1935 roku w stoczni Deutsche Werke w Kilonii, jako drugi z planowanej serii, jednak jako jedyny prawie ukończony. Jednostka Graf Zeppelin projektowano z pokładem lotniczym ciągnący się przez całą długość kadłuba i wyspową nadbudówka na prawej burcie na której umieszczony został także komin. Sam kadłub był podzielony na 21 przedziałów wodoszczelnych mieścił wewnątrz dwa hangary umieszczone jeden nad drugim, każdy o szerokości 16 metrów. Komunikację między nimi a pokładem startowym zapewniały trzy windy lotnicze. Starty samolotów miały odbywać się poprzez katapulty, miejsce dla dwóch przewidziano w dziobowej części pokładu lotniczego. Do napędzania okrętu miało posłużyć 16 wysokociśnieniowych kotłów zgrupowanych po cztery w czterech kotłowniach. Każda z kotłowni przekazywała parę do jednego z czterech zespołów turbin, które z kolei napędzały okręt poprzez cztery śruby napędowe. Ogólna moc maszyn, 200.000 KM, miała pozwolić rozpędzić lotniskowiec do prędkości 35 węzłów. Lotniskowce tego typu miały zostać także częściowo opancerzone. Burty miał chronić pancerz o grubości 100 mm , osłaniał on maszynownie i magazyny z amunicją. Kadłub pod hangarami był chroniony przez 50 mm stali, dodatkowo pokład lotniczy został obłożony 30 mm pancerza. Całość zapewniało osłonę przed odłamkami i bombami lotniczymi. Ukończony w ponad 90 % lotniskowiec Graf Zeppelin został przeznaczony do budowy zapory portowej i odholowany do Szczecina. Tam została zdemontowana z niego większa część maszyn i uzbrojenia.

Miejsce zatopienia Grafa Zeppelina

Dnia 24.IV.1945 lekko uszkodzony przez artylerię polową okręt został zdobyty w przez wojska radzieckie, które następnie odholowały go do Świnoujścia. W 1947 roku postanowiono odesłać go do Leningradu z zamiarem wykorzystania do celów badawczych. Graf Zeppelin zatonął 17.VIII.1947 podczas holu na Morzu Bałtyckim. Jego wrak spoczywa w miejscu określonym współrzędnymi: N 55° 31' 03" – E 018° 17' 09", -87 m n.p.m.[1] 

Wikipedia podaje następujące informacje:

Prace projektowe nad niemieckimi lotniskowcami rozpoczęto na wiosnę 1934 roku. Podjęto decyzję o budowie dwóch jednostek Flugzeugträger A (Graf Zeppelin) i Flugzeugträger B (Peter Strasser – ku czci twórcy niemieckiego lotnictwa morskiego) o wyporności 23.430 ton. Prace nad okrętem trwały od 28 grudnia 1936. 8 grudnia 1938 w Kilonii w obecności Adolfa Hitlera i Hermanna Göringa dokonano wodowania pierwszego lotniskowca, któremu nadano imię na cześć konstruktora lotniczego Ferdinanda von Zeppelina. Prace nad obiema jednostkami trwały do wiosny 1940. Mimo znacznego zaawansowania w budowie zostały one jednak nagle przerwane na rozkaz Adolfa Hitlera. Prace pozwolono wznowić dopiero w 1941, ale tylko w odniesieniu do zwodowanego trzy lata wcześniej Grafa Zeppelina. W tym czasie kadłub okrętu był przeholowywany najpierw do Gotenhafen (okupacyjna nazwa Gdyni), a później z powrotem w Kilonii. W 1943 w związku z pogarszająca się sytuacją na froncie wschodnim i brakami w dostawie materiałów budowę po raz kolejny wstrzymano. Ukończony w ponad 90% lotniskowiec Graf Zeppelin został przeznaczony do budowy zapory portowej i odholowany do Szczecina. Tam została zdemontowana z niego większa część maszyn i uzbrojenia.

Graf Zeppelin pod obstrzałem

24 kwietnia 1945 lekko uszkodzony przez artylerię polową okręt został przejęty w przez wojska radzieckie, które następnie odholowały go do Świnoujścia. W 1947 postanowiono odesłać go do Leningradu z zamiarem wykorzystania do celów badawczych. Graf Zeppelin zatonął 17 sierpnia 1947 podczas holu na Morzu Bałtyckim prawdopodobnie jako okręt-cel w wyniku przeprowadzania na nim testów wytrzymałości na trafienia. Niewykluczone jest jednak, że został zatopiony przez marynarkę radziecką pod naciskiem armii sojuszniczych, które nie chciały dopuścić do tego, aby ZSRR miał w swoim posiadaniu lotniskowiec.
12 lipca 2006 kadłub lotniskowca odnalazła zajmująca się poszukiwaniem i wydobyciem ropy naftowej firma Petrobaltic w wodach Bałtyku 55 km na północ od Władysławowa na głębokości 87 m. Wykorzystywany przez nią statek badawczy RV St. Barbara zaopatrzony w specjalistyczny sprzęt do sondowań podwodnych namierzył i zarejestrował wrak, jako pierwszy. 26 lipca 2006 okręt hydrograficzny ORP Arctowski przeprowadził podwodne badania zatopionej jednostki. 27 lipca 2006 polska Marynarka Wojenna oficjalnie potwierdziła, że zatopiony wrak to Graf Zeppelin. (Wikipedia)

Na temat jego zatopienia pisze Mieczysław Fedorowicz:

Zdobyta flota niemiecka została podzielona pomiędzy światowe mocarstwa przez trójstronną anglo-amerykańsko-radziecką komisję morską. Graf Zeppelin został zakwalifikowany do kategorii „C” i przyznany Związkowi Radzieckiemu. Jednostki podległe tej kategorii musiały zostać wcześniej czy później zatopione lub złomowane.
Okręt planowano pierwotnie wykorzystać jako stanowisko prób. Jednakże ta propozycja wysunięta przez admirała Kuzniecowa, została odrzucona. Rząd postanowił zgodnie z zaleceniami komisji trójstronnej zatopić okręt. Decyzją nr 601-209ss z 19 marca 1947 r. postanowiono zniszczyć wszystkie zdobyczne jednostki należące do kategorii „C”. Fakt ten dowództwo WMF[2] postanowiło wykorzystać do przeprowadzenia testów nad żywotnością okrętów.
Przygotowaniem likwidacji okrętów kategorii „C” zajęła się specjalna komisja pod dowództwem wiceadmirała J.F. Ralla, powołana 17 maja 1947 r. Planowano przeprowadzenie doświadczeń nad skutkami wybuchów bomb lotniczych, pocisków artyleryjskich, min oraz torped w dwóch układach.
Pierwszy układ przewidywał eksplozję umieszczonych na pokładzie ładunków, drugi zakładał symulowane ataki z wody i powietrza. Podniesieniem okrętu zajął się 77 Oddział ASS KBF (Awaryjno-Spasatielnaja Służba Krasnoznamiennogo Baltijskogo Flota).
Już 17 sierpnia 1945 r. zostały przeprowadzone oględziny wraku.
Sygnalizowano 36 przebić w burtach od pocisków i odłamków o wymiarach 1,5 x 1 metr. Maszyny napędowe, kotły, generatory były wysadzone. W rejonie maszynowni stwierdzono zniszczone eksplozją grodzie wodoszczelne. W podwodnej części kadłuba wykryto otwór o wymiarach 0,8 x 0,3 m oraz szczelinie o długości 0,3 m. Windy lotnicze wysadzone, a pokład lotniczy podziurawiony od pocisków lub odłamków.(…)[3] 


A zatem się zgadza – okręt został rozmyślnie zatopiony przez Rosjan, którzy zrobili z niego okręt-cel. Cel ćwiczenia był oczywisty – opracować metodę jak najbardziej skutecznej walki z lotniskowcami Amerykanów i Brytyjczyków na potrzeby przyszłych działań wojennych… Jak widać z jego wraka, twierdzą specjaliści - Graf Zeppelin zatonął po zdetonowaniu mu na pokładzie kilku 2000-kilogramowych bomb lotniczych i dodatkowym bombardowaniu przez bombowce horyzontalne i nurkujące. Nazistowski lotniskowiec poszedł na dno po zdetonowaniu tony materiałów wybuchowych na pokładzie startowym i 5-6 trafieniach bomb na 90 zrzuconych.[4]

Opowiastki o naciskach Amerykanów i Brytyjczyków wkładam pomiędzy bajki, bo Stalin by je po prostu zignorował. Mając 11 mln żołnierzy w Europie mógł sobie na to pozwolić, a poza tym wiedział, że Truman nie miał już żadnej bomby atomowej do dyspozycji, by wywrzeć nań jakikolwiek nacisk… Poza tym potrzebna mu była wiedza na temat niemieckich technologii oraz sposobów walki z lotniskowcami, których Czerwona Flota nie miała, bowiem nie walczyła z nimi w czasie działań wojennych na morzu.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewien list od świadka obserwacji i CE2 z UFO, które miało miejsce w 1947 roku w Świnoujściu, a którzy otrzymali autorzy książki „NLO prosit posadki”(Profizdat, Moskwa 1991) A.S. Kuzowkin i N.N. Niezapomniaszczyj, a który brzmiał tak:

Pozdrawiam Was Fiodorze Fiodorowiczu!

- zadał mi Pan 11 pytań, na które odpowiadam jak umiem najlepiej i po kolei. Te latające talerze widziało wielu ludzi. To było na wiosnę, w 1947 roku – kiedy dokładnie, tego nie pomnę. To było w Niemczech – w Swinemünde (dziś Świnoujście) nad brzegiem Morza Bałtyckiego – w odległości 400-500 m od niego. Około godziny 10 czy 11-tej przed południem, była wtedy ładna i ciepła pogoda, nawet trawa się nie kołysała – był absolutny sztil.
Latało tam wiele talerzy, pośrodku formacji znajdował się większy obiekt – przypominał on oponę od GAZ-a 51. Obiekty wznosiły się pionowo, potem kładły lot do poziomego i powoli odlatywały. Były one jasne jak duraluminium. Na większych kładł się tęczowy blask. Większe trzymały się na wysokości 150-200 m, zaś mniejsze opuszczały się ku ziemi. Niektóre z nich znajdowały się w odległości dwóch metrów ode mnie! Chciałem złapać jeden z nich, ale nie dogoniłem go. Dwa talerze obleciały dookoła stanowiska artyleryjskie, natomiast większe wisiały nieruchomo w powietrzu i kołysały się na boki. Potem małe talerze podleciały do większych i wszystkie razem powoli się oddaliły. Próbowałem doń sięgnąć bagnetem, ale mi się nie udało…
Sądzę, że będzie lepiej skontaktować się Panu z ówczesnym dowódcą 612. daplot – mjr. Bielajewem. Mówił on wtedy, że to Amerykanie fotografowali nasze działa i okręty w północnej strefie OWR[5] . Inni znowu mówili, że na lotniskowcu Graf Zeppelin  doszło do eksplozji jakiegoś urządzenia – utajnionego rzecz jasna – choć jak wszyscy wiedzieli – został on zatopiony w morzu. Kolor obiektu był podobny do pokrętła odbiornika radiowego „Meridian” , z punktami na obwodzie talerza. Talerze te leciały z morza na południe. W tym czasie coś się stało z naszą SON.[6] 
Kiedy było już po wszystkim, zaczęto zbierać od nas oświadczenia i kazano podpisać zobowiązanie o zachowaniu wszystkiego w absolutnej tajemnicy. Potem przeniesiono mnie do Pilau[7]  i nikomu o niczym nie mówiłem.

Niestety, autorzy nie podali nazwiska czy adresu nadawcy, a imię i patronimik Fiodor Fiodorowicz niczego nie mówi…

Pytanie zatem brzmi: czy Graf Zeppelin będąc w radzieckich rękach w okresie od 24.IV.1945 do 17.VIII.1947 roku był przebadany przez ich uczonych i konstruktorów? To oczywiste. Przez dwa lata z ogonkiem można go było obejrzeć dokładnie i zrobić wszystkie badania, a potem idąc zgodnie z naciskami Aliantów Zachodnich po prostu zatopić w czasie przeholowywania go do Leningradu jako okręt-cel dla bombowców i/albo rakietowych pocisków przeciwokrętowych stanowiących ulepszoną wersję latających bomb V-1 i pocisków balistycznych V-2. Wywalenie trzydziestometrowej dziury w pokładzie mogła dokonać eksplozja tony trotylu w głowicy takiego pocisku. Czyżby więc lotniskowiec był pierwszą ofiarą broni nowej generacji – broni rakietowej? To właśnie jest jedna z tajemnic Grafa Zeppelina, ale nie ostatnia.

Obserwacja UFO nad Świnoujściem musiała mieć miejsce już po zatopieniu Grafa Zeppelina, a zatem po 17 sierpnia 1947 roku. Czym były zaobserwowane latające spodki możemy się tylko domyślać. Oczywiście mogły to być pojazdy Vril czy Haunebu z ośrodków badawczych w Peenemünde i/albo umieszczone na pokładzie niedoszłego lotniskowca. Tak czy inaczej, list ten i zawarte w nim informacje stanowią zagadkę nie rozwiązaną do dziś dnia.

Trzecia zagadka wiąże się nie tyle z Grafem Zeppelinem ile z obiektem naziemnym. Chodzi konkretnie o magazyny Luftmuny w miejscowości Mosty, w Zachodniopomorskiem. Luftmuna, to określenie magazynów amunicji dla Luftwaffe. Do tej pory historykom nie udało się wyjaśnić tej zagadki II wojny światowej. Na Zalewie Szczecińskim alianckie samoloty zatopiły statek MS Artushof, którego ładunek budzi zdziwienie: w ładowniach było m.in. 38 słupów grafitowo-węglowych oraz pół tony grafitu prasowanego w rolkach. Czy mógł to być materiał dla reaktora atomowego? Czy statek miał je wyładować w niewielkiej przystani w pobliżu tajnego ośrodka Luftmuna w miejscowości Speck (dzisiaj Mosty)? Na jego terenie jest okrągły basen o głębokości 7 metrów, łudząco podobny do basenu w Haigerloch, gdzie wojska amerykańskie odkryły niemiecki reaktor nuklearny.[8] 

Reaktor ten był bardzo prymitywny, ale działał i to było najważniejsze. Niemcy mogli uzyskać w nim uran-235 do bomb atomowych, które zdetonowano w kilku miejscach Rzeszy: w Jonastal, w Ohrdruf, na Rugii oraz w okolicach Homla, w ZSRR.[9]  Nie były to jakieś cuda – ich moc wynosiła mniej niż 10 kt TNT.

Jak twierdzi Bogusław Wołoszański, Niemcy odczytywali przy pomocy prymitywnego lampowego komputera Schwetfisch zaszyfrowane depesze radzieckiej agentury uplasowanej w amerykańskim Project Manhattan. W depeszach tych znajdowały się konkretne dane umożliwiające budowę reaktora jądrowego i bomby A… No i oczywiście im się to udało – pierwszą bombę A zdetonowano w okolicach Homla na Białorusi, jesienią 1943 roku w ramach Projektu Lokki.[10]  

Na ten temat pisał Iwan Barykin w swym cyklu wywiadów z SS-Obersturmbannführerem Walterem Schulke na łamach „Tajny XX wieka”, a przekłady tych materiałów zamieściłem na stronach: http://wszechocean.blogspot.com/2014/03/hiperboloida-ss-gruppenfuhrera-kammlera.html;  http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.html;  http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.html;  https://wszechocean.blogspot.com/2014/02/bronie-odwetowe-v-w-rosji.html   a w szczególności - http://wszechocean.blogspot.com/2015/02/superbomba-dla-fuhrera.html.
W swych relacjach Schulke opowiada o eksperymencie z bombą o potwornej sile rażenia, który został przeprowadzony w okolicach Peenemünde. A zatem ten adres by się zgadzał. Wprawdzie Schulke mówił tam o Rugii, ale czy tak było na pewno, za to nie ręczę. Być może doszło do nieporozumienia, bowiem nazwy Rugia - po niemiecku Rügen i Rudden są do siebie fonetycznie podobne…

I znowu: czy te wszystkie wydarzenia mają ze sobą jakiś związek?

Przede wszystkim Bogusław Wołoszański może się mylić – MS Artushof wiózł ładunek grafitu nie do, ale z Luftmuny. Niemcy nie budowali reaktora jądrowego, tylko zwijali interes – nie chcieli, by reaktor wpadł w ręce Rosjan nacierających ze wschodu i południa. Najprawdopodobniej chcieli go przenieść gdzieś w bezpieczniejsze miejsce. Pomorze Zachodnie wyzwalała 3. Armia Uderzeniowa, działająca na kierunku Goleniów, Wolin, Kołobrzeg i Białogard oraz 6., 61. i 47. Armia idące na Szczecin. Przeciwko sobie miały wojska Grupy Armii „Wisła”. W lutym i marcu 1945 roku 1 Front Białoruski rozwijał swoje powodzenie w płn.-zach. części Pomorza, osiągając 6.III.1945 roku Kamień Pomorski, a następnego dnia wybrzeże Bałtyku w rejonie Dziwnówka i Pobierowa oraz Zalew Szczeciński w rejonie Stepnicy. W tym samym dniu zdobyto także Goleniów. Pozostałe armie frontu tj. 47. i 61. Armia, powoli wypierały wojska niemieckie w kierunku Dąbia i Gryfina, napotykając na silny opór i liczne kontrataki. 1 Armia Wojska Polskiego po likwidacji zgrupowania świdwińskiego, głównymi siłami podeszła pod Kołobrzeg, a część sił wydzieliła do likwidacji zgrupowania niemieckiego pod Trzebiatowem. Na zachodzie Pomorza, utrzymywał się silny przyczółek niemiecki w rejonie Dąbia i płn. części Gryfina. 14 marca wojska 1 FB rozpoczęły natarcie mające na celu likwidację tego przyczółka. 19 marca udało się rozerwać przyczółek na dwie części (Dąbie i Gryfino). Po nieudanym kontrataku niemieckim, rozpoczął się odwrót z przyczółka i do 20 marca został on zlikwidowany. Pozostające na lewym brzegu Odry, na wyspie Wolin i wyspie Uznam wojska niemieckie nie były naciskane przez Armię Czerwoną, aż do rozpoczęcia operacji berlińskiej w dniu 20 kwietnia.[11] 

No i to właśnie poprzez wyspy – korzystając z zaangażowania wojsk radzieckich na innych kierunkach - ewakuowano niemiecki stos atomowy i najprawdopodobniej obsługujący go personel. To właśnie dlatego radzieckie okręty podwodne tropiły i topiły statki z uciekającymi Niemcami, czego ofiarą stały się m.in. MS Wilhelm Gustloff, MS Goya i MS General von Steuben… Chodziło o to, by uniemożliwić Niemcom wykorzystanie najnowocześniejszych technologii przeciwko nadchodzącym wojskom radzieckim i polskim. To właśnie dlatego wraki te były intensywnie penetrowane przez radzieckich nurków – poszukiwano przewożonych przez te statki artefaktów i dokumentacji technicznej.


Graf Zeppelin na dnie Bałtyku - sonogramy wykonane z okrętów Marynarki Wojennej

Z lotniskowcem było nieco inaczej. Został on zatopiony rozmyślnie po zdemontowaniu z niego wszystkiego, co się tylko dało i było nowatorskie – i mogło się przydać w toku działań III Wojny Światowej. Była to pusta skorupa, którą wreszcie posłano na dno Bałtyku, po uprzednim przetrenowaniu na niej bombardowań z powietrza i być może ostrzału pociskami typu V-1. Rosjanie przechwycili ogółem 22.000 jednostek tej broni, więc materiału do badań mieli skolko ugodno.

To, o czym było powyżej to tylko moja hipoteza, która nasunęła mi się po programie Bogusława Wołoszańskiego na temat Luftmuny i możliwej produkcji ładunków uranowych czy plutonowych do nazistowskich bomb A, z których jedna była zdetonowana całkiem niedaleko – na wyspie Rugii czy Rudden…   
  



[2] Radziecka Flota Wojenna.
[3] „Graf Zeppelin” – historia niemieckiego lotniskowca - https://tu.swinoujscie.pl/2017/12/graf-zepplin-historia-lotniskowca/
[4] Film dokumentalny „Wyprawa na dno – II Wojna Światowa”, National Geographic Channel.
[5] Garnizonu. Całe wydarzenie miało miejsce na terenie Fortu Zachodniego, gdzie znajdowały się stanowiska artylerii plot.
[6] Stacja namiarów artyleryjskich.
[7] Dzisiaj Bałtijsk.
[8] Bogusław Wołoszański – „Zagadka Luftmuny”, w „Sensacje XX wieku”.
[10] Ibidem.
[11] Wikipedia.

środa, 5 września 2018

Czy 1I/’Oumuamua jest jedyną znaną asteroidą pozaukładową?




Libor Čermák

W ubiegłym roku (2017) Układ Słoneczny przeżył bardzo dziwną wizytę pewnego przedziwnego ciała niebieskiego, które ekscytowało ludzką fantazję, bo ludzie sądzili, że mają do czynienia z wrakiem pozaziemskiego statku kosmicznego. Co o nim wiemy?

Było to w dniu 19.X.2017 roku, kiedy przy pomocy teleskopu Pan-STARS na Hawajach odkryto dziwny obiekt, któremu nadano nazwę od imienia posłańca z dalekiej przeszłości ‘Oumauamua. Dlaczego tak? Obiekt już jakiś czas temu przemieszczał się w Systemie Słonecznym. Nadleciał on z kierunku gwiazdozbioru Lutni, a w czasie swego odkrycia znajdował się poza punktem peryhelium i perigeum. Kiedy uczeni zaczęli mu się dobrze przyglądać, zaczęły pojawiać się pierwsze informacje o tym obiekcie, i tak:

1.      Obiekt przyleciał do nas z gwiazdozbioru Lutni. W nim znajduje się jedna z najjaśniejszych gwiazd – Vega (jasność 0,0 mag.), odległa o 26 ly (lat świetlnych). Jest to najjaśniejsza gwiazda nieba północnego.
2.    Bardzo dziwnym był kształt obiektu. Jego wymiary wynosiły 35 x 35 m. Jego długość niekiedy szacowana była na 230 m, co jest co najmniej 7 razy więcej, niż pozostałe dwa wymiary. Niekiedy podaje się długość nawet 400 m, co jest 11 razy więcej, niż jego średnica. Wyglądało na to, że jest to jakiś słup czy kolumna lecąca przez Kosmos.
3.    Asteroid poruszał się z dużą prędkością, ok. 26 km/s. Dla porównania – dystans Ziemia – Księżyc ‘Oumuamua byłby w stanie pokonać w 4 godziny – tymczasem Apollo 11 potrzebował na to aż 4,5 dnia!
4.    W czasie swego przelotu, obiekt zwiększył prędkość do 32 km/s a to dlatego, że z jego powierzchni pod wpływem słonecznego ciepła ulatniał się pył i gaz. (zob. - https://www.novinky.cz/veda-skoly/476807-zahadny-objekt-oumuamua-letel-rychleji-nez-mel-vedci-zjistili-proc.html). Z taką prędkością doleciałby on na Księżyc w 3 godziny.
5.     Obiekt ten zmierza w kierunku konstelacji Pegaza. Kiedy patrzyłem na mapę gwiaździstego nieba, dokąd on konkretnie zmierzał, to stwierdziłem, że leci on do miejsca, w którym w odległości 40 ly znajduje się gwiezdna gromada, w której znajduje się żółta gwiazda podobna do naszego Słońca. Jest to gwiazda oznaczona jako 85 Pegasi. Jest ona w wieku naszego Słońca – czyli jakieś 4,4 mld lat. A w odległości 10 AU od niej – co w naszym układzie planetarnym odpowiada odległości do Saturna – obiega ją nieco chłodniejszy, pomarańczowy karzeł – 85 Pegasi B. Tego z kolei obiega mały czerwony karzeł 85 Pegasi Bb. Cały ten układ znajduje się na RA = 00h02m10,16s DEC = +27°04’56,1”.
6.    Odkryto, że ‘Oumuamua jest bogaty w ciężkie metale o wysokiej gęstości, co spowodowało powstanie poglądu iż mamy do czynienia ze statkiem kosmicznym jakiejś pozaziemskiej cywilizacji. Ale niestety obiekt nie wysyłał żadnych sygnałów radiowych.

Czy można by ten obiekt zaliczyć do naszego bogatego zbioru informacji o katastrofach UFO? Na razie jest to przedwczesne. Ale dziwnym jest to, że tak długie ciało niebieskie w czasie swego długiego lotu nie rozpadło się na kilka mniejszych ciał. Zawiera ono wiele metalu, leci z dużą prędkością i zmierza do miejsca, w którym znajduje się gwiazda podobna do Słońca. Byłoby to zgodnie z teoriami o możliwym pozaziemskim statku kosmicznym, gdyby astronomowie poszukujący egzoplanet spróbowali poszukać ich w układzie gwiezdnym 85 Pegasi. Ale w każdym razie uczeni wyjaśnili, że mamy tutaj pierwsze ciało niebieskie pochodzące spoza Układu Słonecznego.


Tym niemniej wiem o jeszcze jednej asteroidzie, która nie powstała w naszym Układzie Słonecznym. Dowiedziałem się o niej całkiem niedawno, kiedy kupiłem ostatni numer czasopisma „ABC”. Tam przeczytałem artykuł na temat asteroidy 2015 BZ509. Ma ona średnicę około 3 km, a znajduje się na eliptycznej orbicie tak daleko od Słońca jak planeta Jowisz. Jednakże jej odmienność od reszty obiektów Układu Słonecznego jest taka, że 2015 BZ509 porusza się w kierunku przeciwnym do ich ruchu! A zatem wygląda na to, że ten obiekt przybył do nas z głębokiego Kosmosu i w przeszłości zostało schwytane przez grawitację Słońca i Jowisza, i do dziś dnia orbituje w Układzie Słonecznym. Tak więc mamy tutaj ciało niebieskie, które powstała gdzieś indziej. Byłoby to bardzo pożytecznym, gdyby wystrzelono w jego kierunku jakąś sondę badawczą, która by ten obiekt zbadała. Byłaby to iście wspaniała nagroda za odkrycie 1I/‘Oumuamua, którego już żadna ziemska sonda nie dogoni i o jego budowie i właściwościach już się niczego nie dowiemy…  
       

Źródła:
Przełożył i opracował – ©R.K.F. Leśniakiewicz