poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Superwulkan Krzeszowice?


Największe znane erupcje wulkaniczne

Ostatnio modnym się stał temat istnienia i złowrogiej działalności superwulkanów.

Czymże jest superwulkan? To jest specyficzny twór, którego nie widać na powierzchni Ziemi. To twór, który można dostrzec dopiero z powietrza czy z kosmosu. Składa się on z wielkiej komory magmowej czy nawet kilku o objętości nawet tysięcy kilometrów sześciennych na głębokości kilku kilometrów pod powierzchnią ziemi. Póki komora się wypełnia, superwulkan jest niegroźny, ale kiedy się wypełni, to ciśnienie magmy zaczyna wzrastać i dochodzi do gigantycznej eksplozji, której skutki – te krótkoterminowe i w najdłuższej perspektywie są fatalne i mogą stać się grobem dla naszej cywilizacji. To właśnie dla nich otworzono ósmy stopień indeksu eksplozyjności wulkanów – VEI 8.


Wielkie bum!


Przedsmak tego mieliśmy 74.000 lat temu, kiedy to doszło do erupcji superwulkanu Toba w Indonezji. Supereupcja Toba omal nie doprowadziła do zagłady gatunku Homo sapiens. Potem rąbnął nowozelandzki Taupo/Oruanui, który eksplodował 25.360 lat temu. Aktualnie mamy w perspektywie supererupcję Yellowstone (USA), Campi Flegrei i Wezuwiusza (Włochy) oraz Laacher See (Niemcy).

Najpotężniejsze erupcje wulkaniczne o sile VEI 7 i 8

Jak na razie, do superwulkanów zaliczamy:
1.      Toba w Indonezji,
2.     Aira,
3.      Aso i
4.     Kikai w Japonii,
5.      Long Valley,
6.     Bruneau-Jarbridge,
7.      Valle Grande,
8.     La Gritta,
9.     Snake River i
10. Yellowstone w USA,
11.   Pola Flegrejskie i
12.  Laacher See w Europie oraz
13.  Taupo na Nowej Zelandii.
14.  Ostatnio doszły nam dwa nowe superwulkany w Rosji: Karymszyn na Kamczatce i
15.   superwulkan na Putorańskim Plateau niedaleko od Norylska.

Każdy z nich może wybuchnąć z siłą VEI 8, co spowoduje kres naszej cywilizacji. Przypominam, że wystarczyła erupcja wulkanu na Therze o mocy VEI 7, by po cywilizacji minojskiej na Krecie nie pozostało śladu… Te 15 zegarówek tyka powoli i bezustannie odmierzając termin istnienia życia na Ziemi.


A u nas?


W Polsce mamy takie wulkany, ale na szczęście wygasłe. Pierwszym z nich jest Ostrzyca Proboszczowicka k./Złotoryi. Jest to niewysoki i niewielki wulkan tarczowy – coś à la wulkany Hawajów.  Był on czynny w Trzeciorzędzie i dziś o jego aktywności świadczy tylko stożkowaty kształt i bazaltowe gołoborze. Jego obecna wysokość to 501 m n.p.m. Nawiasem mówiąc Pogórze Kaczawskie jest krainą wulkanów, gdzie dzisiaj można zobaczyć wiele formacji powulkanicznych. Obecnie jest tam rezerwat przyrody.

Drugim takim wulkanem jest Góra Wżar/Wdżar (766 m n.p.m.) na pograniczu Gorców i Pienin.  Wdżar jest szczególnie interesujący z geologicznego punktu widzenia. Jest bowiem jednym z kilku miejsc w okolicy (oprócz np. gór Jarmuty i Bryjarki), gdzie można spotkać magmową skałę wulkaniczną – andezyt pieniński. Ze względu na wyjątkową budowę geologiczną Wdżar jest przedmiotem szczegółowych badań naukowych od ponad 100 lat. Pierwotnie obszar ten zbudowany był z osadów fliszowych (piaskowce i łupki tzw. formacji szczawnickiej, należące do utworów płaszczowiny magurskiej). W Miocenie (ok. 20 MA temu) w osady te dwukrotnie wdzierała się magma – powstało ponad 100 drobnych intruzji andezytów starszych i 3 intruzje andezytów młodszych.

Nietypowy ani dla Pienin, ani dla Gorców andezyt opisano tutaj już w połowie XIX w., zaś w 1921 r. Stanisław Małkowski tak o nim pisał: „... gołym okiem widać dobrze zachowane prakryształy skaleni oraz wydłużone, połyskujące, czarne amfibole i augity, pogrążone w szarym, drobnoziarnistym cieście skalnym”.

Dość częstym chwytem marketingowym jest nazywanie Wdżaru wygasłym wulkanem. Być może góra nieco przypomina stożek wulkaniczny, jednakże nie ma naukowych dowodów na to, że w tym miejscu znajdował się wulkan. (Bzdura, bo skoro nie, to skąd tam się wzięły skały wylewne???) Aktywność tego wulkanu datuje się na 30-40 MA temu (Eocen). Pozostały po niej rudy żelaza i ołowiu oraz srebro i złoto.

Mapa geologiczna okolic Krzeszowic

Nieco na południe od szczytu widać niewysokie, ostrokrawędziste baszty i stoły skalne, które są typową formą wietrzenia andezytu. Na dwóch skałkach (miejsce zaznaczone czerwoną farbą) znajdują się unikatowe anomalie magnetyczne (po przyłożeniu kompasu igła wychyla się nawet do położenia odwróconego). Ich geneza jest sprawą dyskusyjną: stanowią przejaw paleomagnetyzmu (minerał magnetyt tkwiący w skale „zapamiętał” namagnesowanie Ziemi w momencie zastygania magmy, odmienne od dzisiejszego) lub powstały na skutek uderzenia pioruna. Poniżej skałek znajduje się niewielkie rumowisko andezytowe. Tyle podaje Wikipedia. Górę można sobie obejrzeć z drogi DW 969 Nowy Targ – Szczawnica.

Obszar dawnej kaldery superwulkanu w okolicach Krzeszowic

Ale to były zwykłe wulkany, natomiast superwulkan mógł czaić się tam, gdzie dzisiaj znajdują się miasto Krzeszowice i miejscowości Miękinia, Alwernia i Tenczyn. Dziś są tam kamieniołomy marmurów, melafirów i tufów. Jakieś 240 MA temu (środkowy Trias) powstał tam ogromny krater, po którym pozostała 25-kilometrowa kaldera, która przetrwała do 200 MA temu (wczesna Jura), a potem została zalana przez morze. Dzisiaj znajdują się tam pokrywy lawowe grube na 20 m, jak pisze Wiktor Niedzicki. Mógł to być właśnie superwulkan zważywszy rozmiary kaldery…

W każdym razie nie ma się czego bać – superwulkan w naszym kraju nie powstanie. Na razie.


Zmiany klimatyczne


Bo najgorsze w przypadku supererupcji są zmiany klimatyczne. W takim przypadku w górne warstwy atmosfery wylatują całe kilometry sześcienne pylistej tefry i gazów – CO2, H, SO2, F, Cl, HCl, H2S, CH4, NH3, HF i pary wodnej – które powodują kwaśne deszcze i obumieranie roślin oraz oparzenia i zatrucia zwierząt. Poza tym związki siarki powodują odbijanie promieni słonecznych w kosmos a co za tym idzie zimę poerupcyjną na powierzchni Ziemi, która może być małą epoką lodową. Wszystko to powoli opadnie na powierzchnię Ziemi z deszczem i śniegiem, ale potrwa to kilka a nawet kilkadziesiąt lat…

Osobiście jestem zdania, że tak właśnie wyginęły dinozaury. Asteroida Chicxulub i inne spadły na Ziemię powodując lokalne katastrofy i na tym się skończyło. Natomiast przysłowiowy coup de grâce zadał dinozaurom i innym zwierzętom o masie ciała >10 kg spowodowany przez ogromne terremoto wybuch superwulkanu na wyspie Dekan, która prawie przepływała nad antypodami miejsca upadku asteroidy Chicxulub. Pozostały po tym Trapy Lawowe Dekanu w dzisiejszych Indiach. Niewykluczone, że niejako przy okazji łupnęło kilka innych. I to był koniec dinozaurzego świata.

Niewykluczone, że coś takiego wydarzyło się na granicy Permu z Triasem. Uczeni opowiadają o tym, jak to od jądra Ziemi oderwał się jakiś masywny kawał magmy, który przetopił sobie drogę w płaszczu i skorupie Ziemi i wylał się na Plateau Tunguskim tworząc Tunguskie Trapy Lawowe. OK., skoro tak, to dlaczego takie zjawisko się nie powtórzyło wcześniej czy później? Bo go po prostu nie było, ale pod Tunguską znajdował się superwulkan, czy nawet kilka, które sobie drzemały. I wszystko byłoby OK., aliści jakieś 251 MA temu na Syberię spadł duży meteor albo nawet mała asteroida à la Chicxulub i trafiła w któryś z superwulkanów. Efekt synergicznego działania tych dwóch wydarzeń mógł być tylko jeden – kolejne Wielkie Wymieranie – największe w dziejach naszej planety, trwające 2-3 MA i kolejne odrodzenie w późniejszych epokach geologicznych, aż do następnego Wielkiego Wymierania na granicy Kredy i Paleogenu - K/Pg 64.800.000 lat temu.

I tak należałoby, moim zdaniem, na to patrzeć. 


Mapki - Internet.   

sobota, 4 kwietnia 2020

Wulkany i wulkaniska


Mt. Pinatubo

Stanisław Bednarz


Matka Ziemia Gaja posiada potężną broń przeciw ludzkości - wulkany. Raz na czas zdarzają się erupcje globalne. Erupcję filipińskiego wulkanu Pinatubo w czerwcu 1991 była ostatnią globalną.

Znajdujący się na wyspie Luzon stratowulkan Pinatubo zasłynął drugą najpotężniejszą erupcją wulkaniczną w XX wieku (ta najsilniejsza to erupcja N0varupta-Katmai na Alasce w 1912 roku). Siła kataklizmu - 6 w skali VEI.

Pinatubo nie wyróżniał się, zerodowany, porośnięty lasem. Do czasu… Zwiastunem przebudzenia mogło być trzęsienie M7.8, którego epicentrum znajdowało się około 100 km od Pinatubo. Miało ono miejsce w marcu 1991 roku.

7 czerwca Pinatubo zdecydowanie się ożywia, generując obłok erupcyjny o wysokości 8 km.

9 czerwca kopuła lawowa staje się niestabilna. Formują się spływy piroklastyczne. Ewakuacja mieszkańców okolic rozpoczęła się już 7 kwietnia…

Po objęciu Pinatubo piątym stopniem alarmu 13 czerwca władze ewakuują około 60 tys. ludzi. Wkrótce po tym, 12 czerwca 1991 roku, dochodzi do pierwszej z serii potężnych erupcji. Pliniańska kolumna erupcyjna sięga wysokości 19 kilometrów. Czternaście godzin później Pinatubo wyrzuca popiół już na wysokość 24 km. Potężne wybuchy powtarzają się 13 i 14 czerwca. Okazuje się jednak, że wulkan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 15 czerwca 1991 roku wybucha po raz kolejny, w dodatku erupcja jest najpotężniejsza. Trwa przez dziewięć godzin, wytwarzając 5 km³ magmy. Popioły wznoszą się na 34 kilometry. Potężne spływy piroklastyczne docierają na 16 km.



Wskutek opadania popiołów na wyspie Luzon zapadają ciemności. Popioły opadają na obszary Wietnamu, Kambodży i Malezji. Wierzchołek wulkanu zapada się, formując kalderę o średnicy 2,5 km, w której pojawia się jezioro. Pinatubo „maleje” – z 1745 m n.p.m. na 1485 m n.p.m.

Jakby nie było jeszcze dość, w tym czasie w odległości 100 km przechodzi tajfun YUNYA. Ulewne opady deszczu przyczyniają się do powstania potoków błota (laharów), które mkną, niszcząc wszystko na swojej drodze. Bujne lasy u stóp wulkanu zostały pokryte warstwą popiołu 200 metrów.

 Duża część aerozoli trafiła do stratosfery na wysokość 34 km, a następnie rozeszła się na boki po całej planecie. Miało to swe globalne skutki, gdyż w 1992 roku zanotowano średni spadek temperatury o 0,5°C. Zginęło 847 osób, z powodu zawalania się na ich głowy zasypanych popiołem dachów. Zginęły 800 tys. zwierząt hodowlanych. Kompletnemu zniszczeniu uległo 8000 domów. Zdewastowane zostały dwie amerykańskie bazy: lotnicze. Gdzieś tam na naszej planecie wśród setek czynnych i drzemiących wulkanów znajduje się drugi 'Pinatubo', który wybuchnie z podobną miażdżącą siłą w XXI wieku, za rok, dwa, 10 lat... Statystyka nie kłamie. Zbliża się potężna erupcja wulkaniczna, która ochłodzi klimat…




Moje 3 grosze


Bardziej niż Pinatubo obawiam się europejskich drzemiących superwulkanów Campi Flegrei we Włoszech, Laacher See w Niemczech i Wezuwiusza we Włoszech oraz podwodnych: wulkan Empedoklesa w Cieśninie Sycylijskiej czy Marsilli w Morzu Tyrreńskim oraz 5 nowo odkrytych tamże. Wydaje się, że szczególnie podminowane wulkanami są Włochy, które doświadczone teraz przez pandemię COVID-19/SARS-2 w przypadku erupcji któregokolwiek z nich by się chyba już nie podźwignęły…

Zastanawiające jest to, że te przewidywania zbiegają się z wizjami różnych wizjonerów i przepowiadaczy przyszłości, którzy wieszczą upadek Watykanu – być może właśnie w związku z wybuchem wulkanu/ów i ich następstwami. Tutaj całkowicie zgadzam się z Autorem, który twierdzi, że zbliża się kolejny wulkaniczny event.   

piątek, 3 kwietnia 2020

Zagadkowy kataklizm z 536 roku




Rok 536 był najtragiczniejszy w historii ludzkości. „Tajemnicza chmura zabiła miliony ludzi”

Zagadkowe zjawisko wystąpiło w 536 roku. Kronikarze wspominają o tajemniczej chmurze, która niczym mgła przysłoniła Słońce, przynosząc śnieg i mróz w samym środku lata, i powodując śmierć milionów ludzi. Jak wytłumaczyć ten fenomen?

Najnowsze odkrycie naukowców na pierwszy rzut oka przypomina scenariusz horroru rodem z Hollywood. Jednak to zdarzyło się w rzeczywistości i aż po dziś dzień pozostaje zagadką. Mowa o tajemniczym zjawisku, które miało miejsce w latach 535-537.

Historycy sądzą, że to, co wówczas się zdarzyło, mogło zapoczątkować tzw. wieki ciemne, czyli czasy upadku kultury, powstawania barbarzyńskich królestw i ekspansję Arabów. Źródeł pisanych było wówczas znacznie mniej niż w poprzednich latach, a te które się pojawiły, opisywały jeżący włosy na głowie kataklizm.

W tym czasie niebo od Europy przez Azję Mniejszą aż po Chiny przysłoniła tajemnicza chmura, która przez 18 miesięcy zmieniała dzień w noc. Jan z Efezu, jeden z ważniejszych historyków i filozofów tego okresu pisał:
Słońce dawało ciemne światło, tak jak Księżyc, przez cały rok. Przypominało to Słońce podczas zaćmienia, jego promienie nie były tak jasne, jak zazwyczaj.

Inni, jak na przykład bizantyński historyk Jan Lydos, pisali o całkowicie zniszczonych przez tajemniczą mgłę plonach, co miało doprowadzić w Europie do ogromnych problemów:
Słońce pociemniało, gdyż powietrze było ciężkie od wilgoci. Plony zostały zniszczone w tym trudnym czasie.


Zmarły miliony ludzi


W wielu krajach o ciepłym lecie można było zapomnieć. Było tak zimno, że prószył śnieg. W Chinach wyjątkowo wczesne śnieżyce i chłody spowodowały zniszczenie większości upraw na polach. Rolnicy nie byli w stanie wytworzyć chleba. Nastała klęska głodu, która trwała przynajmniej kilka lat.
Niektóre źródła podają, że na brak plonów i w związku z tym żywności, skarżono się nawet do 539 roku. Ludzie umierali na masową skalę, nie tylko w Chinach, ale też w południowej Azji i niemal całej Europie, a zwłaszcza w jej północnej części.

W tym czasie naszą planetę zamieszkiwało około 300 milionów ludzi, czyli niecałe 8 razy więcej niż mieszka dzisiaj w Polsce. Klęska głodu sprawiła, że wymarło aż 80 procent ludności Chin i 30 procent populacji Starego Kontynentu. To miliony ludzkich istnień.
Najgorzej sytuacja wyglądała w Skandynawii, gdzie na terenie dzisiejszej Szwecji opuszczono w tym czasie około 75 procent wiosek, a na południu Norwegii odnotowano wzrost liczby pochówków o 90-95 procent.


Rozwiązanie zagadki


Po raz pierwszy opisano ten fenomen w latach 80. ubiegłego wieku. Wówczas amerykańscy naukowcy wysnuli podejrzenie, że przyczyną tego kataklizmu mogła być erupcja, i to nie jednego, lecz wielu wulkanów, jednocześnie lub jeden po drugim.

Nie wiadomo jednak było, których. Według jednych badaczy odpowiedzialny był wulkan Tavurvur w dzisiejszej Papui-Nowej Gwinei, a według innych, że słynny wulkan Krakatau na Indonezji, ten sam, który ponownie wybuchł z olbrzymią siłą w 1881 roku.

Dowody na potwierdzenie zapisów historycznych udało się znaleźć w słojach sosen, dębów i wyczyńców w Europie i Ameryce Północnej, a także w Mongolii i na Syberii. Dostrzeżono różnice pomiędzy konkretnymi regionami, w niektórych największy kryzys zaczął się kilka lat wcześniej niż w innych, lecz ogólnie można mówić o 10-letniej anomalii klimatycznej.








Klimat na niemal całej planecie ochłodził się z powodu ograniczonego docierania do powierzchni ziemi promieni słonecznych. To zjawisko mogły spowodować gwałtowne, masowe erupcje wulkaniczne. Jako, że epicentrum zaciemnienia wskazywano Skandynawię, to prawdopodobnie w tym regionie wybuchł pierwszy wulkan.

Dowód znaleźć można w skandynawskich kronikach, które wspominają o Fimbulvinter, czyli trzyletniej, strasznej zimie, która według mitologii nordyckiej miała poprzedzać zniszczenie świata, czyli Ragnarök. Źródłem tzw. zimy wulkanicznej miała być erupcja wulkaniczna na Islandii.

Nowe światło na ten kataklizm rzuciły badania paleoklimatologa Dallasa Abbotta z Uniwersytetu Columbia i Johna Barrona z Amerykańskiej Służby Geologicznej (USGS). Przebadali oni rdzenie lodowe na Grenlandii i dowiedli, że źródłem zjawiska z 536 roku była erupcja podmorskich wulkanów z okolic równikowych.

Okazuje się, że w rdzeniach lodowych doszukali się skamielin mikroorganizmów, które zwykle zamieszkują ciepłe wody oceaniczne ze strefy międzyzwrotnikowej. Skąd wzięły się one na dalekiej północy? Zostały wyrzucone w powietrze podczas erupcji i wraz z popiołem wulkanicznym obiegły Ziemię, z czasem opadając m.in. na Grenlandię.


Odrzucone teorie


Istnieje też możliwość, że mikroorganizmy trafiły do Arktyki również z powodu uderzenia w okolice równika planetoidy. Jednak wówczas w rdzeniach lodowych i osadach pojawiłyby się ślady pyłu kosmicznego. Jedna jego nie znaleziono, co zmniejsza prawdopodobieństwo tej drugiej teorii.

Z tego samego powodu odrzuca się też teorię o bliskim przelocie komety, która miałaby pozostawić pył, który zaćmił wyższe warstwy troposfery, a nawet dolną stratosferę na długie lata. Ostateczna odpowiedź na pytanie, co wówczas się zdarzyło, nadal pozostaje bez odpowiedzi.

Naukowcy okrzyknęli 536 rok najtragiczniejszym w historii ludzkości. Jego pokłosie najprawdopodobniej trwało stulecie zanim cywilizacja ponownie stanęła na równe nogi. Ślady ołowiu w alpejskich lodowcach, datowane na 640 rok, wskazują, że zaczęła się wówczas nowa epoka, którą zapoczątkowało wybijanie pierwszych srebrnych monet. Nawet taki kataklizm nie był w stanie całkowicie unicestwić człowieka.


Moje 3 grosze


 Istnieje jeszcze jedna możliwość – obłok ciemnej materii, który znalazł się pomiędzy Słońcem a Ziemią, a który absorbując światło Słońca doprowadził do wychłodzenia Ziemi.

Jest to pomysł rodem z powieści „The Black Cloud” Freda Hoyle’a, ale nie tak fantastyczny, jakby się to wydawało. Problem polega tylko na tym, że nie można by go było zlokalizować w Układzie Słonecznym, no chyba że był to jakiś gęsty obłok międzygwiezdnej materii, który leciał po hiperboli i po drodze przesłonił Słońce naszej planecie.

Ale bardziej jest przekonująca teoria podwodnej erupcji wulkanicznej, ale gdzie??? Gdzieś w strefie równikowej Ziemi? To ogromny obszar obejmujący trzy oceany. Myślę, że taki event mógłby się powtórzyć i to w każdej chwili… - a wtedy znów byłoby to, co nam sprawił islandzki wulkan Eyjafjallajökull w kwietniu 2010 roku razy dziesięć, albo sto… Jedno jest pewne – musiałaby to być erupcja o sile co najmniej VEI 7 – coś à la erupcja wulkanu na Therze w czasie której wulkan wyrzucił 80 km³ magmy i piroklastyków.

Ale obawiam się, że mógł to być wybuch jeszcze silniejszy i bardziej niszczycielski, o VEI 8 – a zatem wybuch superwulkanu takiego jak Yellowstone, Laachar See czy Campi Flegrei. Tylko że było to na półkuli południowej albo strefie równikowej. Powtórka supererupcji Toba Lake (Indonezja) czy Taupo/Oruanui (Nowa Zelandia)?
Tak nawiasem, czy ktoś wie, jak wygląda lub wyglądałaby taka supererupcja pod wodą?

Na te właśnie pytania trzeba znaleźć odpowiedź.


Opinie i sugestie z KKK


A to ciekawe! Możliwe, że była to chmura pochodzenia wulkanicznego, jeszcze gorsza od chmury poerupcyjnej wulkanu Eyjafjallajökull w 2010 roku. Być może była to chmura pyłu kosmicznego, która otoczyła nasz glob jak w powieści Freda Hoyle'a... Jak na razie, to możemy sobie gdybać! (Daniel Laskowski)

Cytuję: W tym czasie niebo od Europy przez Azję Mniejszą aż po Chiny przysłoniła tajemnicza chmura, która przez 18 miesięcy zmieniała dzień w noc. Jan z Efezu, jeden z ważniejszych historyków i filozofów tego okresu pisał:
Słońce dawało ciemne światło, tak jak Księżyc, przez cały rok. Przypominało to Słońce podczas zaćmienia, jego promienie nie były tak jasne, jak zazwyczaj." Przypomina to biblijne opowieści o trzech dniach ciemności.... (Eleonora)

Źródło: TwojaPogoda.pl / AGU / Nature.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Ku pokrzepieniu serc: ospa we Wrocławiu


Tablice informacyjne o epidemii ospy na rogatkach Wrocławia w lipcu 1963 roku


Stanisław Bednarz


Jak PRL zwalczył ospę prawdziwą? Był upalny lipiec 1963. Choroba przywleczona została przez powracającego z Indii podpułkownika MSW (nie SB jak głoszą „specjaliści” z IPN).

Po powrocie do Wrocławia 22 maja zdiagnozowano u niego malarię wyzdrowiał i w połowie czerwca został wypisany. W rzeczywistości oprócz malarii zainfekowany był również wirusem ospy prawdziwej, którym zdążył zarazić w czasie pobytu w separatce salową – która stała się wtórnym źródłem epidemii.

Pierwszą śmiertelną ofiarą epidemii we Wrocławiu była zmarła 8 lipca Lonia Kowalczyk córka salowej. Następnym chorym był syn salowej, kolejnym lekarz, u którego salowa szukała porady, jednak ospy prawdziwej wciąż nie rozpoznano i dopiero półtora miesiąca po pierwszych zachorowaniach, 15 lipca 1963 (dzień ten zwano później „czarnym poniedziałkiem) w mieście ogłoszono stan pogotowia przeciwepidemicznego.

Od pierwszego zachorowania do momentu ogłoszenia epidemii minęło aż 47 dni. Spostrzeżenie, że w mieście rozprzestrzenia się epidemia Variola vera przypisuje się doktorowi Bogumiłowi Arendzikowskiemu. Pierwsze izolatorium urządzono 18 lipca. W sumie izolowano 1462 osoby podejrzane o kontakt z wirusem, zdecydowano o obowiązku zaszczepienia mieszkańców Wrocławia.

W „Gazecie Robotniczej” ogłoszono listę osób poszukiwanych w związku z kontaktem z chorymi. Mimo drastycznych zarządzeń choroba wydostała się z Wrocławia. 19 lipca w Opolu zachorowała osoba mająca wcześniej kontakt z pacjentem zero. W tym czasie chory zdążył już zarazić dwie osoby. Do 24 lipca stwierdzono dwa przypadki zachorowań: w Oławie i Legnicy. Ponadto przypadki zachorowań stwierdzono w Wieruszowie i Gdańsku. Stan bliski paniki osiągnięto, gdy zachorował motorniczy tramwaju 0, linii łączącej największe dworce wrocławskie: Wrocław Główny, i Świebodzki. Ostatnią śmiertelną ofiarą był doktor Stefan Zawada, który zmarł 5 sierpnia.

10 sierpnia nastąpił ostatni przypadek zachorowania na ospę mający miejsce poza izolatoriami i szpitalami. Łącznie 99 przypadki, 7 ofiar. Wrocław stał się miastem otoczonym kordonem na szosach wyjazdowych patrole milicji legitymowały podróżujących i sprawdzały szczepienia. Ospa zwalczała epidemię biurokracji. Nie czekano na pisemka, powiadomienia, pokwitowania, zarządzenia. W tym czasie urzędy nie „urzędowały”, lecz pracowały, działacze nie „działali”, lecz harowali, sprawy mało znaczące były rzeczywiście mało znaczące i załatwiane od ręki, a bardzo trudne nie znaczyły niewykonalne. W związku z brakiem dostatecznej informacji krążyły plotki, że we Wrocławiu na chodnikach leżą trupy. Kiedy do izolatorium dostarczono komorę dezynfekcyjną, przypuszczano, że to piec krematoryjny. Plotki krążyły: choroba miałaby być przywleczona do Wrocławia przez cyrk, w którym zachorowała tancerka na linie, lub też przez Murzyna…


Moje 3 grosze


W peerelowskiej szkole podstawowej była czytanka na temat tej epidemii. Nie pamiętam w której klasie, zresztą nieważne – ale była. Dzisiaj wspomina się tylko ospę we Wrocławiu w tym najbardziej negatywnym kontekście. Mało mówi się bohaterskiej postawie lekarzy i białego personelu, a także zwykłych ludzi – dzisiaj mówi się, jakie to złe były radzieckie szczepionki. Jakie były, ale były. Innych nie było. Oczywiście amerykańskie pojawiły się post factum, jak zwykle. Łatwo jest krytykować – teraz po latach. Oczywiście wyolbrzymia się niedostatki szpitali i braki lekarstw, sprzętu, itd. itp. 

A dzisiaj? Ciekawy jestem, co byłoby teraz, gdyby ospa pojawiła się w RP nr IV? Nawet nie chcę myśleć. W stanie, kiedy służba zdrowia jest w proszku, a wszystkie rządy po 1989 roku miały i mają ją gdzieś, Polska bardzo szybko by się wyludniła. I tak naprawdę to o to rządzącym chodzi. Przyznam, że jak usłyszałem jak kandydatka na prezydenta RP obiecała przywrócenie wieku emerytalnego do 67 lat, to zdrętwiałem. To oczywiste, bo tu chodzi o to, żeby zaoszczędzić na emerytach. Idiotyzm pani kandydat polega na tym, że będziemy mieli 67-letnich policjantów, 67-letnich żołnierzy i 67-letnich strażaków, strażników granicznych i innych mundurowych. 67-letnich nauczycieli użerających się z bezstresowo wychowywanymi bandytami in spe… No i oczywiście taki emeryt ma przed sobą 3 no 5 lat życia i do widzenia w parku sztywnych. Liberalne idiotyzmy są jeszcze groźniejsze od pisowskich. Mam nadzieję, że SARS-2 przeorze świadomość tego ogłupionego narodu, którego do myślenia trzeba zmuszać kopniakami. Niestety.

A dowodem na powyższe jest to, że wielu ludzi w Polsce wierzy w różne brednie antyszczepionkowców, płaskoziemców, antybitbergowców i innych pomyleńców i hochsztaplerów, którzy mącą im w głowach głosząc „jedynie słuszne” prawdy.  

środa, 1 kwietnia 2020

Słowacja - ziemia tajemnicza


Jeden ze słowackich agrosymboli w zbożu


Karel Dudek


Dziś pomijamy tajemniczy płaskowyż Nazca z dziwnymi wizerunkami zwierząt. Nie musimy dziś krążyć wokół Stonenhenge w tłumie ciekawskich turystów i podziwiać kamienie, które utrwalają właściwy, ale niewidoczny betonowy fundament naszych czasów. Nie będziemy przechodzić się za płotami otaczającymi szeregi kamieni w Carnac. Ogrodzenia, kioski z pocztówkami i wstępem. Genius loci stało się atrakcyjną finansowo atrakcją dla ciekawskich, którzy podróżują po całej Europie w ciągu tygodnia. Zalicz, zobacz, Następnie siądź w samolocie i zapomnij. Czy jest jakiś kraj, w którym możemy poczuć chłód z niewytłumaczalnego uczucia?

Od tej pory Europa Środkowa jest idealna do podobnych badań. Ogrodzenia Żelaznej Kurtyny opadły stosunkowo niedawno, a tajemnice, o których wiedzieli tylko konsekrowani i ich świadomi, pokazały ich pełne piękno. Nierozwiązane, nierozpoznane, czekające na ujawnienie. Po 1989 r. wybuchła aktywność wciąż tłumionej ciekawości ludzi we wszystkich kierunkach. Utworzono setki stowarzyszeń i asocjacji. Czas, niecierpliwość, problemy gospodarcze, a czasem urzędnicy, dokonali bezwzględnej selekcji, a ich liczba zaczęła się zmniejszać. Każdy start jest trudny i konieczne było zaciśnięcie zębów. Poświęć swój wolny czas, mecz piłki nożnej lub randkę. Stanie się fanatykiem tego zainteresowania jest jedynym sposobem na sukces.

 Impreza SAVPJ
 Ruiny Czachcickiego Zamku, w którym rezydowała słynna morderczyni - krwawa hrabina Elżbieta Batory mająca na sumieniu życie co najmniej 650 dziewcząt...
Członkowie SAVPJ w czasie zebrania
 Tajemnicza kamienna kula w kamieniołomie na Kysucach
Przewodnicząca SAVPJ - Pani Gabriela Slovakova

Bycie fanatykiem tajemnic nie jest wyjątkiem. Być może tylko to oznacza poszukiwanie informacji, rozumienie fizyki, chemii, astronomii, biologii. Kochanek tajemnic chce wiedzieć, a nie wierzyć. Opiera się na nauce, ale z krytycznym dystansem i nienawidzi boskich dogmatów. Nie wydaje się, że tajemnica nie istnieje, jeśli nauki, z poziomu 2020 r., nie są w stanie jej wyjaśnić. Na Słowacji tajemnice są traktowane tak odpowiedzialnie, jak nigdzie indziej. Różne kultury pozostawiły tu swój niezatarty charakter od czasów starożytnych. Może prawdziwy, a który wciąż możemy znaleźć na skale zamku w Trenczynie - to podpis rzymskich legionistów Marka Aureliusza.

Zagadki, które możemy znaleźć w podręcznikach szkolnych już nie są zagadkami. Każda kultura pozostawiała tutaj nie tylko materialny ślad, ale także takie, których naukowcy i inni specjaliści zupełnie nie kochają, a które mają swój wymiar duchowy, co nie poruszy strzałek urządzenia, ale jest tutaj, a osoba wrażliwa i empatyczna wie o tym wymiarze. Czujesz się niekomunikowalny, ale na tyle realny, by uznać go za prawdziwy. Widziałeś coś, czego nie możesz wyjaśnić. Czy doświadczyłeś czegoś, co nie pasuje do żadnej przegródki naukowej? Tutaj możesz się zwierzyć i nikt nie poprosi o zbadanie twojego stanu psychicznego. Gdzie dokładnie?  

 Klasztor w Holiczy
 Kościółek św. Małgorzaty w Kopczanech
 Członkowie SAVPJ na konfrencji naukowej
Ruiny Zamku Divin

A dokładnie tutaj, w SAVPJ – Słowackim Towarzystwie Badań Zjawisk Paranormalnych – obywatelskim stowarzyszeniu miłośników zagadek. Znajdziesz tam ludzi wykształconych, z wieloletnią pracą badawczą, amatorów w najlepszym tego słowa znaczeniu. Praca w wolnym czasie z miłości do czegoś, to amatorstwo. Amator z pewnością nie oznacza tego samego co nieprofesjonalny. Spotkasz się tutaj z autorami książek, które przedstawiają alternatywne spojrzenie na zjawiska, które nie zostały jeszcze wyjaśnione, i rozbicie niekwestionowanych dogmatów. Ale nie martw się o przeciwną skrajność. Tutaj nikt nie wierzy, że nasza planeta jest płaska. Spotkania tego stowarzyszenia nie odbywają się w piwnicy gotyckiego zamku i pod pochodnią, choć na pewno byłoby miło. Jest to stowarzyszenie otwarte dla wszystkich ludzi, którzy nie są rewelacyjnymi myśliwymi, którzy nie tylko jeżdżą na koniach, ale sami są aktywni i nie oczekują, że ktokolwiek przyniesie im rozwiązanie. Szacunek dla drugiego nie oznacza bezmyślnej zgody, a nieporozumienie nie stanowi naruszenia. Tutaj siła argumentu nie jest decydująca.

Sekrety Księżycowej Jaskini vel Księżycowego Szybu, UFO, widoczne nad latające kule nad Popradem, Dolina Gigantów, Babia Góra, zamek Uhrovec, zamek Cachtice. To tylko ułamek tajemnic, które Słowacja odkrywa, nawet w przypadku najbardziej fantastycznych teorii. SAVPJ, pod kierownictwem pisarki Gabrieli Slovákovej, przekroczyła już granice Słowacji. Wynika to nie tylko z doskonałej organizacji, ale także z osób uczestniczących w wydarzeniach tego stowarzyszenia. Koledzy z Czech, Polski, Węgier, a nawet Niemiec i USA. Weekendowe spotkania z wykładami na poziomie, na cały, różnorodny zakres tematów. Wykłady poparte faktami, a nie fikcją. Wykłady, z którymi pracowali ich autorzy i które nie są przyszywane linami okrętowymi. Tutaj ludzie chcą wiedzieć, a nie wierzyć. Kolejne spotkanie SAVPJ odbędzie się podczas przesilenia w letni weekend tego roku w Nitrze. Międzynarodowy udział wykładowców gwarantuje, że jakość będzie najważniejsza.[1]


Moje 3 grosze


Tak się składa, że współpracuję ze Słowakami i Czechami od lat i mogę tylko tyle powiedzieć, że słowa Pani Gabrieli Slovákovej są prawdą. Nasi południowi sąsiedzi maja to do siebie, że zajmują się tymi rzeczami na serio i bez głupich prześmiewek ze strony sceptyków. Po prostu są otwarci na nowe fakty i sytuacje. Współpraca na szczeblu międzynarodowym jest bardzo satysfakcjonująca i stwarza wiele nowych możliwości – np. wspólne publikacje wydawane w naszych krajach, a także w Niemczech, Wielkiej Brytanii i USA, gdzie np. ufologia doszła już do ściany i nie ma nowych tematów, dlatego nasze prace budzą tam zainteresowanie. W dużej grupie międzynarodowych ekspertów takich jak dr Miloš Jesenský można zrobić o wiele więcej, niż samemu, lub w wąskiej grupce zainteresowań. Jednym słowem: RAZEM MOŻNA WIĘCEJ.

Pozdrawiam Koleżanki i Kolegów ze Słowacji i życzę im powodzenia w ich badaniach Nieznanego!


Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Spotkanie to na razie zostało zawieszone ze względu na pandemię koronawirusa.