środa, 28 września 2016

Katastrofa na Zwodniczej Górze



Samolot Douglas C-47
 

Michaił Gersztejn


W czasach II Wojny Światowej na terytorium USA miało miejsce 7100 katastrof lotniczych z udziałem wojskowych samolotów transportowych, w których zginęło ogółem 15.599 ludzi. Wielu samolotów nie znaleziono do dziś dnia. 

Trasa lotu C-47

Wczesny ranek dnia 18.IX.1944roku. W Elmendorf AFB k./Anchorage, AK, przygotowuje się do startu samolot Douglas C-47. Na jego pokładzie znajdują się przede wszystkim żołnierze jadący na urlop. Po kilku godzinach piloci powinni znaleźć się w Fairbanks, AK. Zwyczajny lot, jakich tysiące. Wszystkiego 415 km… Ale ten lot był ostatnim. Samolot rozbił się w górach, a ludzie znikli bez śladu…


Lot w jedną stronę


Pilot Ray Prebstle po raz ostatni nawiązał łączność z lotniskiem o godzinie 07:42 AKDT, znajdując się na wysokości 2700 m. Czas płynął, ale na lotnisku Ladd AFB nie doczekano się przylotu. Kiedy minął przypuszczalny czas przylotu – ETA i samolot nadal nie przylatywał, wszyscy zrozumieli, że stało się coś niedobrego.

W trzy dni później, 21 września, jeden z pilotów zauważył szczątki na pustynnym szczycie pomiędzy górami Mt. Brooks (3384 m n.p.m.) i Mt. McKinley/Denali (6190 m) - jest to przestrzeń licząca ponad 22 km w tym dwa lodowce i 10 szczytów o wysokości >3000 m n.p.m. Długo krążył nad lodowcami, ale nie widział nikogo żywego. Żeby znaleźć się na tej górze, samolot zszedł z zaplanowanego kursu aż o 95 km i wzniósł się o dodatkowe 500 m. 

Pogoda na Alasce jest pełna niespodzianek. Opady śniegu, mgły i nisko wiszące obłoki mogą skrywać przed lotnikami górskie grzbiety, zaś niespodziewane podmuchy wiatru mogą zmuszać do zniżania lotu niebezpiecznie blisko szczytów gór. No, ale tego ranka pogoda była słoneczna, na niebie świeciła pełnia Księżyca. W kokpicie pracował żyrokompas i radiolatarnia niezależne od kaprysów atmosfery. 

Wojskowi wykluczyli możliwość porwania samolotu. Poza pilotami na jego pokładzie znajdowało się 16 żołnierzy i oficerów oraz jeden cywil – Carl Harris z Texarcany, TX. Piloci byli uzbrojeni w pistolety, a zaprawieni w bojach weterani mogli obezwładnić czy unieszkodliwić porywacza gołymi rękami.


Operacja poszukiwawcza


30 września do bazy lotniczej wezwano strażnika leśnego Granta Pearsona – alpinistę z 20-letnim stażem. Powinien on ocenić sytuację na miejscu zdarzenia i możliwość przeprowadzenia operacji poszukiwawczo-ratunkowej. Pearson kilka razy przeleciał nad górą, żeby się lepiej przyjrzeć zboczom i miejscu, w którym leżał wrak samolotu. 

Dowódcza bazy, płk Ivan Palmer był konkretny, on zadał tylko jedno pytanie:
- Czy może pan dostać się do samolotu?
Ranger odpowiedział jeszcze lapidarniej:
- Tak.
Przygotowanie okazało się być niełatwym. Pearson potrzebował co najmniej 40 doświadczonych wspinaczy, sprzętu, żywności, paliwa i sprzętu wspinaczkowego. Część sprzętu trzeba było dostarczyć samolotem, część była na miejscu. Wreszcie wszystko zostało zebrane. Osobna grupa, którą dowodził por. Allan Dillman i kpt. Perassa przetarła drogę do góry i rozbiła bazowy obóz. 

Bradford Washburn

W tymże rejonie grupa wojskowych ćwiczyła działania bojowe w Arktyce. Dowodził nią Bradford Washburn – uczony – dyrektor Bostońskiego Muzeum Historii Naturalnej, pracujący dla US Army. Szefostwo poleciło Washburnowi dołączyć do Pearsona i jego ekipy. Nie patrząc na nikły wzrost i drobną budowę ciała, był on niesłychanie odporny i należał do najsłynniejszych alpinistów. Pearson znał go doskonale. W 1942 roku oni razem pokonali najwyższy szczyt góry McKinley. 

Razem z nim, w ekspedycji wzięło udział 44 ludzi, nie licząc pilotów, którzy dostarczyli ich i sprzęt do obozowiska. Potem podliczono, że przewieźli oni 4,5 tony ładunku.


Na miejscu katastrofy


W dniu 10.X.1944 roku, Washburn, Pearson, fotograf John Gleenee i st. sierż. James Gail wyjechali śniegołazem z obozu. Wznoszenie na początku było łatwe, ale potem coraz bardziej stromy stok nie pozwolił na rozwinięcie większej prędkości. Na wysokości 2300 m oni pozostawili maszynę i włożyli raki. A potem zaczęła się poważna robota. Każdy krok był bardzo trudny. Alpiniści zmieniali się w wyrąbywaniu stopni w lodzie. W południe wyszli na przełęcz i ujrzeli szczątki samolotu. Sterczący z obrywu silnik pokazywał, że samolot nie zmniejszając prędkości wbił się w pionową skałę. Nie było wybuchu czy pożaru. C-47 po prostu spadł w dół masą pogiętego metalu. 



Prace ekipy poszukiwawczej przy wraku samolotu
 
Żeby prowadzić roboty na górze, trzeba było rozbić nowy obóz. Ludziom przyszło leźć jeszcze wyżej i szukać dogodnego placu. Druga grupa alpinistów podeszła z dołu po gotowych stopniach niosąc potrzebne ładunki. Ostatni obóz rozbito na wysokości 3389 m. 

Rankiem 11 listopada, Washburn i dwój żołnierzy przeszli do samolotu, który znajdował się 200 m poniżej obozowiska. Następnie po rozciągniętej poręczówce zeszło następnych 10 ludzi. oni zaczęli rozkopywać śnieg wokół wraku, ale nie znaleziono ani śladu załogi i pasażerów. Tam leżały jedynie ich rzeczy: furażerka pilota, rozsypane karty do gry, trochę zdjęć, książka o matematyce należąca do Harrisa, przepustki należące do żołnierzy, guma do żucia i papierosy. W czasie kolejnych 7 i pół godziny wykopek nie znaleziono ani ciał pasażerów ani załogi. 

Straszliwe uderzenie powinno zgnieść na placek każdego, kto nie przypasał się pasami bezpieczeństwa i nie został zabity kawałkami rozerwanego metalu. Alpiniści spodziewali się ujrzeć rzekę krwi, ale odłamki okazały się być czystymi. Spadochrony mieli tylko piloci, pozostali ludzie nie mogli opuścić samolotu.


Tajemnica rozciągniętych pasów


- Wrak został zgnieciony i pogięty w połowie aż do prawego włazu awaryjnego – zapisał w swym dzienniku Washburn. – Stery właściwie pozostały całe, ale nabiło się w nie śniegu… Znaleźliśmy torbę kopilota. Tam była nierozbita butelka whisky, pudełko czekoladek i nieruszona guma do żucia. Obok leżało rozszczepione oparcie siedzenia kopilota ze sklejki i połówka pasa bezpieczeństwa, a do tego nie zerwanego, ale odpiętego. W tylnej części kabiny pasażerskiej znaleziono kilka pasów bezpieczeństwa i ani jeden z nich nie był zerwany czy zapięty. Prawy zbiornik paliwa był nienaruszony i w nim znajdowało się dużo benzyny. Zadziwiającym jest to, że nie znaleziono ani jednego ludzkiego szczątku.

Nawet jeżeli założymy, że rozbawieni urlopowicze nie zdążyli się przypasać do foteli, to od pilotów należało wymagać takich środków ostrożności. Oni doskonale wiedzieli, że lot nad górami obfituje w kołysanie. Czy im się jakoś rozciągnęły pasy? Może wszyscy znajdujący się na pokładzie C-47 nagle zwariowali i sami wyskoczyli na zewnątrz? 

Następnego dnia uczestnicy ekspedycji kopali jak szaleni. Pearson zapisał w swym dzienniku:
- Rano wiał silny wiatr i było zimno. Odkopaliśmy szczątki skrzydła i część kadłuba wraku. Nie było tam ani ciał, ani bagażu. Nad wrakiem są trzy metry śniegu. Odkopaliśmy jego większą część, ale nie natknęliśmy się na zwłoki. Powstało pytanie: gdzie mamy dalej kopać? Dzisiaj kopaliśmy przez osiem godzin.

Na wszelki wypadek Washburn, Gail i dwóch żołnierzy wspięli się po linie do silnika sterczącego z skalnej ściany. Jeżeli załoga i pasażerowie znajdowali się w samolocie, to lody na miejscu zderzenia powinny być czerwone od ich krwi. Tam na pionowej ścianie śladów tragedii nie mógł zasypać śnieg. Tym niemniej śnieg był czysty, jego zanieczyściło jedynie rozlane paliwo i drobne odłamki.

Mt. Denali

Powrót z gór


Kierownik ekspedycji zrozumiał, że ich misja się zakończyła. Starając się zamknąć sprawę, Pearson napisał, że ciała mogły być wyrzucone w czasie zderzenia i spadły do głębokich szczelin, a potem wszystko przysypała lawina, która zeszła z uderzonego przez samolot stoku.
- Poszukiwania zaginionych nawet wiosną, kiedy jest dobra pogoda, jest bardzo problematyczny – głosił raport końcowy – tak jak zwłok nie znaleziono w samolocie ani wśród leżących obok wraku szczątków, to należałoby przekopać pas o długości 4 mil od miejsca uderzenia w skałę do miejsca znalezienia wraka. Nawet jeżeli to się zrobi, to nie ma gwarancji, że nie poleciały one do szczelin.
 
Członkom ekspedycji pozostał tylko jeden problem do rozwiązania: jak nazwać bezimienną górę, o którą roztrzaskał się samolot? Niektórzy proponowali nazwać ten szczyt na cześć mjr Bostlmana – najstarszego stopniem pasażera C-47. Inni zaś proponowali nazwę w rodzaju Góra Katastrofy albo Szczyt Urlopowiczów. Zwyciężyła nazwa Mount Deception – Góra Zwodnicza. Powojenne zmiany w Denali N.P.[1] wykazały, że jej wysokość wynosi 3517 m. 


Dnia 20.I.1945 roku, trzech kapelanów: katolik, protestant i rabin odprawili nabożeństwo żałobne w bazie Elmendorf. Potem samolot przeleciał nad miejscem katastrofy zrzucając tam trzy wieńce. Wszystkich uznano za zmarłych. 

Mówi się, że ta właśnie historia natchnęła Stephena Kinga do napisania powieści „Langoliery”[2] W nim ludzie, którzy przelecieli samolotem nad anomalną strefą – znikli. W samolocie pozostały tylko rzeczy. Nie zniknął tylko ten, kto spał – ale czekał go koszmarny los. Po tej stronie Czasu bowiem nie ma niczego, poza bezludnym światem i stworzeniami, które pożerają tkankę przestrzeni… 

O tym, jaki los spotkał tamtego ranka 19 osób my możemy się tylko domyślać. Kończąc sprawę oficer tak powiedział do kpr. Paula Louny’ego:
- Tylko jeden człowiek zna prawdziwą przyczynę tragedii, ale już nie ma go wśród żywych. 

On miał na myśli lotnika Raya Prebstla. Tylko ten, który siedział za wolantem samolotu wiedział wszystko – od początku do końca. 


 Mt. Denali i okolica

Moje 3 grosze




Studiując materiały robocze Pana Stanisława Bednarza do jego książki o katastrofach lotniczych wciąż natrafia się na dziwne zdarzenia. 

Szczególnie tkwi w moim mózgu podobny i bardzo tajemniczy przypadek katastrofy niemieckiego (wtedy jeszcze zachodnioniemieckiego) samolotu Learjet 25B nr rej. D-CDPD z dnia 18.V.1983 roku, który lecąc z Wiednia (VIE) do Hamburga (HAM) w locie treningowym z nieznanych przyczyn nie wylądował w Hamburgu i lecąc na autopilocie po wyczerpaniu się paliwa wpadł do Atlantyku w odległości 350 mi/560 km na pn-zachód od Szkocji, mniej więcej w okolicach punktu opisanego współrzędnymi N 61°57’ – W 010°51’. Przyczyną było najprawdopodobniej rozhermetyzowanie kabiny, które nastąpiło 40 minut po starcie z Wiednia, aczkolwiek piloci wojskowi, którzy przechwycili samolot, nie widzieli nikogo w kokpicie. Zginęły trzy osoby.  
    

I jeszcze jeden podobny wypadek: dnia 10.I.1980 roku - Cessna 441 na trasie z Shreveport do Baton Rouge, LA, przestaje komunikować się przez radio, leci daleko oczywiście na autopilocie, i ostatecznie wpada do Oceanu Atlantyckiego u wybrzeży Północnej Karoliny z powodu wyczerpania paliwa. Dwaj pasażerowie, nowy trener piłki nożnej z  Louisiana State University Bo Rein i pilot, zginęli w tej katastrofie. Zakłada się, że pilot stracił przytomność w locie z powodu niedotlenienia wynikającej z dekompresji kabiny. Amerykańska Wikipedia podaje, co następuje:
Bo Rein i doświadczony pilot Louis Benscotter polecieli samolotem Cessna 441. Lot miał trwać 40 minut, ale kiedy Benscotter skierował się na wschód, by ominąć burzę, kontrola lotu straciła z nim kontakt. Samolot wyszedł na wysokość 40.000 ft/~13.300 m i skierował się dokładnie na wschód. Samolot został przechwycony przez maszynę US National Guard w Północnej Karolinie o 1000 mi/1600 km od kursu i na wysokości 41.600 ft/13.870 m – o 6600 ft/3300 m wyższej od najwyższej certyfikowanej dla tego typu samolotu. Piloci wojskowi nie widzieli nikogo kokpicie. Samolot kontynuował lot nad Oceanem Atlantyckim, gdzie rozbił się po wyczerpaniu paliwa. Wrak maszyny był nie do odzyskania. Zwłoki pilota i pasażera nie zostały nigdy odnalezione. Przyczyna katastrofy jest nieznana, ale najprawdopodobniej dekompresja kabiny wywołała niedotlenienie i w rezultacie utratę przytomności przez pilotów.   

Czy obydwa te wypadki mogłyby być jakimś kluczem do zrozumienia tajemnicy katastrofy na Mt. Deception?

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 46/2015, ss. 18-19
Przekład z rosyjskiego i angielskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz


[1] Zmiany te dotknęły także nazwy Mt. McKinley, która obecnie nosi nazwę Mt. Denali.
[2] Jest to scenariusz do mini-serialu TV „Langoliery – Pożeracze czasu” (1995)

poniedziałek, 26 września 2016

Jeszcze jedna Czupa




Mieszkańcy niewielkiego przysiółka znajdującego się na brzegu rzeki Carmen del Parana, Paragwaj, wyłowili z wody zwłoki dziwnego zwierzęcia i stwierdzili, że przed sobą mają słynną Chupachabrę

Władze uważają, że zwłoki zwierzęcia należą do małpy – nikomu nieznanego wcześniej gatunku. Ale miejscowi są przekonani o tym, że ich znalezisko jest to właśnie nic innego, jak sławetna Czupa – mityczne stworzenie, które po nocach wysysa krew ze zwierząt domowych, a w szczególności z bydła. Na dowód potwierdzający ich wersję, krajowcy opowiadają, że nie tak dawno w tej miejscowości znaleziono trupy krów i owiec, nad którymi „popracował” jakiś zagadkowy drapieżnik.


Tekst i zdjęcie – „Tajny XX wieka”, nr 46/2015, s. 11
Przekład z rosyjskiego –  ©Robert K. Leśniakiewicz

sobota, 24 września 2016

Pagan Island i Tinian zagrożone dewastacją przez USMC!



Wulkany świata Blog: Pagan Island i Tinian zagrożone dewastacją przez w...: Fakty są następujące: Pentagon planuje zamienić wyspę wulkaniczną Pagan w archipelagu Marianów w symulowaną strefę wojny...  

Pagan Island

Pijana kometa Lovejoy



Kometa Lovejoy

Kometa C/2011 W3 czyli kometa Lovejoy’a została odkryta przez australijskiego astronoma Terryego Lovejoya w dniu 27.XI.2011 roku. W styczniu 2015 roku kometa po raz kolejny pokazała się w bliskości naszej planety i można ją było dokładniej zbadać. 

Ale najbardziej interesującą rzeczą, którą odkryli uczeni na komecie jest alkohol etylowy – C2H5OH! 

- Wyjaśniliśmy, że kometa Lovejoya w każdą sekundę wyrzuca w otaczającą ja przestrzeń kosmiczną tyle alkoholu, ile znajduje się w 500 butelkach wina – szczególnie w czasie szczytowych okresów swej aktywności mówi pracownik Obserwatorium Paryskiego – Nicola Buvet



Astronomowie dopuszczają taka możliwość, że molekuły alkoholu etylowego i cukrów – C6H12O6 i C12H22O11 – znajdują się w wielkiej ilości nie tylko w komecie Lovejoy’a, ale i na innych kometach i mogły się one przyczynić do powstania i podtrzymania życia na naszej Ziemi i na innych planetach. 

Ta hipoteza nie brzmi aż tak fantastycznie, jakby to się zdawało – szczególnie jeżeli przypomni się o tym, że tak np. na komecie 67/P Czuriumowa-Gierasimienki – a dokładniej w obłoku gazu (komie) otaczającej ten obiekt kosmiczny, uczeni odkryli molekuły tlenu.


Tekst i ilustracja – „Tajny XX wieka”, nr 45/2015, s. 10
Przekład z rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz

czwartek, 22 września 2016

Golem: u źródeł Legendy




Zagadka Golema opisana przez Hermana Michajłowa - http://wszechocean.blogspot.com/2016/09/w-poszukiwaniach-praskiego-golema.html ma swój ciąg dalszy – zwróciłem się tedy do samego źródła tej Legendy. Dr Miloš Jesenský pisał o Golemie w swoich książkach „Čtyři hodiny do středověku” (Ústi n./Labem 1997) oraz „Utajené dějiny středověku” (Ústi n./Labem 2014). Najciekawszą częścią tych prac jest bez wątpienia korespondencja w tej sprawie pomiędzy nim, a inż. Ivanem Mackerle, który badał ten problem. W VIII rozdziale powołanej pracy dr Jesenský pisze tak:


Automaty, androidy… Golemowie


Opowiadania o wytworzonych sztucznych ludziach-androidach są w Europie ściśle związane z tradycjami Golemów, przy czym samo słowo Golem jest wzięte z języka aramejskiego i oznaczało w swym podstawowym znaczeniu coś nieforemnego, bezkształtnego, niedokończonego, coś w rodzaju „embrionalnej formie materii”. Takie znaczenie tego słowa pojawia się po raz pierwszy w oryginale „Psalmów króla Dawida”, które są zbiorem liturgicznych pieśni śpiewanych w czasie nabożeństw, które prawo hebrajskie umieszcza pomiędzy pismami sakralnymi (ketubim). Jako synonimu dla sztucznie wytworzonego człowieka używa się pojęcia „golem” już w Talmudzie – zbiorze traktatów objaśniających Biblię, które są pewnym kompendium wiedzy i encyklopedią w swoich czasach. Definitywne zestawienie tekstów Talmudu datuje się na V-VI wieku, kiedy w nim były zgromadzone pokłady wiedzy w języku babilońsko-aramejskim z ogromnego terytorium – czyli tzw. Babiloński Talmud. W jednym z traktatów pt. „Sanhedryn” znajduje się wzmianka o tym, jak pewien żydowski uczony imieniem Raba (IV wieku), który stworzył człowieka z gliny, który był jednak niemy. 

Dalszą legendę o Golemie znamy z wersji z XII wieku, kiedy to w Hiszpanii zbudował żydowsko-arabski polihistor Szelomo ben Juda ibn Gabirol jakiegoś żeńskiego Golema do wykonywania prac domowych. 

Następna wzmianka wiedzie nas do XII wieku, ku osobie rabina Eliezera z Worms/Wormacji (Nadrenia-Palatynat), który w swych pismach zajmował się problematyką konstrukcji i ożywiania sztucznie stworzonych istot. Niestety, z szeroko rozgałęzionego dzieła tego uczonego do współczesności nie pozostało nam właściwie nic. Przepadło bezpowrotnie w czasie jednego z pożarów Wormacji w czasie Wojny Trzydziestoletniej. 

Podobny los spotkał rękopisy innego rabina – żydowskiego uczonego Eliego ben Judy, który żył gdzieś w połowie XVI wieku w polskim Chełmie. Wiadomo o nim tylko to, że należał on do wielkich znawców Kabały i był ostatnim konstruktorem Golema przed znanym Golemem rabbiego Löwy. Jedna z wersji tej legendy mówi, że ben Juda zbudował Golema, który się potrafił ruszać, a kiedy się przewrócił na ziemię, to zranił swego konstruktora. 

U nas (w byłej Czecho-Słowacji – przyp. tłum.) jest powszechnie znana opowieść o Golemie, którego skonstruował Jehuda Löwe Ben Bezalel/Becalel. Pierwszym krokiem przy próbie przeprowadzenia jej weryfikacji miałoby być potwierdzenie realności osoby tego uczonego, jako protagonisty całego wydarzenia. To by mogło dać naszym rozważaniom właściwy kierunek i dostatecznie dużo punktów oparcia do rozwijania dalszych hipotez.      

Uzyskanie odpowiedzi na pytania dotyczących problemu istnienia samego rabina stało się celem długotrwałych poszukiwań prywatnego badacza inż. Ivana Mackerlego, którego poprosiłem o informacje na ten temat. Pozwoliłem sobie zacytować jego odpowiedź na mój list, który zastał go prawie w czasie, kiedy przygotowywał do wydania końcową wersję swej książki w swej daczy w Północnych Czechach.

A oto jego odpowiedź:

Doubice, 12.VIII.1991 roku

Szanowny Panie Jesenský,

- właściwie całe życie rabbiego Löwy’ego jest otoczone mgłą tajemnicy. Było o nim napisane bardzo wiele, ale w większości były to jedynie domysły czy nawet legendy. Nie ma się czemu dziwić, że niektórzy ludzie domniemywali, że jest to w ogóle postać wymyślona. Ale rabbi Löwy rzeczywiście żył, ale niestety źródeł informacji o nim zachowało się bardzo mało. W książkach, które napisał, o swej osobie pisze bardzo mało, także historycy narzekają na brak źródeł. Na przykład z napisu na jego steli nagrobnej – na szczęście dość obszernego – albo z jednego rozdziału kroniki Cemach Dawid („Gałąź Dawidowa”). Żydowski kronikarz David Ganz w wyd. I, rozdz. 64b, z roku 6352 (1592) pisze:
«Rabbi Löwe jest wielkim nauczycielem, koroną mędrców, cud naszego pokolenia, za jego światłem idą całe narody, z jego wód piją wszyscy Izraelici. To jest ten, który napisał księgę Gur Arje, komentarz do „Rašiho blahé pověsti” , księgę Govurat ha-szem, księgę Doroch chajjim, komentarze do Pirke avot. Napisał jeszcze wiele innych, ale tych nie miałem możliwości zobaczyć. Był głową starszyzny i naczelnym rabinem na całej ziemi morawskiej przez 20 lat. potem przybył w roku 333 do świętej ziemi praskiej, gdzie wychował wielu uczniów i założył dom nauki dla swych uczniów, wielką i słynną uczelnię, którą nazywa się „Klauz”, a w nim szerzył światło nauki przez 15 lat. W czwartek, 4 Ijjaru roku 352[1] skierował swe kroki do świątyni w mieście Poznaniu, gdzie dwukrotnie obwołano go naczelnikiem starszyzny i wielkim rabinem Wielkopolski.[2] I tak Bóg przedłużył jego dni i lata, niech nasze oczy ujrzą króla w jego krasie, niech sądzi narody wedle Prawa.»

Inż. Mackerle w swym liście podaje dalsze cytaty z ówczesnych źródeł, których jednak ze względu na ich objętość nie podam. Idzie o notatkę o audiencji, którą udzielił rabinowi Rudolf II. (dr L. Silbermann, Ha-magid # 14 (1872) i zapis z kroniki Cemach David od Davida Ganza, którą autor skomentował według eksponatu znajdującego się w Państwowym Muzeum Żydowskim w Pradze (przyp. aut.) I dalej: 

Gdzie i kiedy się on urodził, tego nikt do dziś dnia nie wie. Według Blocha było to w Wormacji w roku 1512, według Rosenberga w roku 1513, Grün twierdzi wreszcie, że urodził się on w 1520 roku, w Poznaniu. Wiarygodnych relacji o nim z jego młodości właściwie nie ma żadnych. Żył on długo życiem spokojnym i bogobojnym, ożenił się mając 32 lata, ze swą (drugą – przyp. tłum.) żoną Perl miał syna i sześć córek. W latach 1553-1573 był rabinem i rektorem w Mikulovie na Morawach. Do Pragi przyjechał w 1573 roku, kiedy miał już 60 lat. Założył tam swoją szkołę talmudyczną przy Synagodze Klausowej i był jej rektorem. Swój pobyt w Pradze kilkakrotnie przerwał. Pierwszy raz w latach 1584-1588, po raz drugi opuścił Pragę w roku 1592, kiedy stał się rektorem szkoły w Poznaniu i naczelnym rabinem Wielkopolski.
Kiedy potem wrócił do Pragi, to było już pod koniec jego życia w 1597 roku. Mieszkał w getto na ulicy Pinkasovej (dzisiaj Široká) nr 36. W swoim środowisku był wysoce poważanym jako człowiek bardzo mądry i sprawiedliwy. Jego ziomkowie nadali mu przydomek Maharal mi-Prag – Wielki Mistrz z Pragi – co odzwierciedlało nie tylko jego wysoki wzrost, ale wielkość serca i ducha. Napisał on 17 wydanych drukiem ksiąg, wszystkie o charakterze filozoficzno-religijnym, ich tytuły wymieniono na jego nagrobku. Zmarł w 1609 roku i pochowano go na praskim kirkucie.
Rabin był wszechstronnym uczonym, zajmował się matematyką, astronomią, alchemią, mechaniką, ale przede wszystkim wiedzą tajemną, a w szczególności Kabałą. Pokazał nawet rzeczy nadprzyrodzone. Dlatego go tak często odwiedzali różni uczeni z dworu cesarza Rudolfa II i z całego świata.
To są historycznie dowiedzione i uznane fakty. W jego życiorysie jednak jest wiele ciemnych plam i niewyjaśnionych faktów, z czego powstała żyzna gleba dla bajek i legend o jego niezwykłych czynach i dokonaniach.
Jak i dlaczego te opowieści powstały, tego możemy się tylko domyślać. Dawniej do tego wystarczył jakiś drobiazg, nieopatrzny impuls, który inspirował ludzi i podniecał ich fantazję. Innym razem opowieści się opierają o fakty historyczne i o rzeczywiste wydarzenia.
I to byłoby wszystko.
Życzę panu powodzenia i z serdecznymi pozdrowieniami –

Ivan Mackerle

I to wszystko na ten temat od inż. Mackerlego, który wykonał ogromną pracę wertując stare źródła historyczne dotyczące postaci tajemniczego rabina, ale jak się wydaje, nie ma w nich ani jednej wzmianki o tym, by skonstruował on Golema. To się obserwuje aż do połowy XVIII wieku. Jednakże niektórzy badacze przecież spróbowali poszukać choćby wskazówek potwierdzające racjonalne jądro opowieści w tym aspekcie.

 Golem 2 - grafika ze strony www.golemphysilogyfile

Sługa to czy obrońca?


Sytuacja jest o wiele bardziej złożona, jak twierdzi to Vladimír Liška – autor kilku monografii na ten tamat (zob. V. Liška – „Zvláštní zpráva o pražském Golemovi, Historycké otazníky”, wyd. I., Praga 1990, ss. 1-10, „Causa Golemové” – ibidem, ss. 81-87), że o stworzeniu Golema istnieją co najmniej dwie wersje:

  •   wedle pierwszej został on stworzony przez samego rabina;    
  • wedle drugiej pomagał mu jego zięć i jeden z jego uczniów.

Za miejskimi murami ulepili oni z gliny postać podobną do człowieka, a ożywili ją przy pomocy zaklęć na skrawku pergaminu z jakiegoś starego magicznego rękopisu. To był właśnie tenże szem, który był zasadniczym pierwiastkiem w realizacji całego życiotwórczego procesu. 

W tym kontekście często się uważa, że Golemowi nigdy nie były dane ludzkie właściwości, ale mówiło się o nim jako o istocie człekopodobnej. Ponadto – jak napisali to w swych ostatnich relacjach o Golemie Judy ibn Gabriola czy Eliasz ben Juda z Wormacji – on nie mówił. Był zatem niemy. Cel jego egzystencji nie jest nawet z grubsza jednoznaczny, i kiedy starsza wersja Legendy mówi o nim jako o słudze, zaś nowsze przydają mu funkcję jakiejś nieznanej broni. To zaś by wyjaśniało, dlaczego po śmierci rabbiego Löwy’ego było takie zainteresowanie Golemem. 

Jedna z legend mówi, że po śmierci rabina android został skradziony ze strychu Staronovej Synagogi przez pomocnika rabina Abrahama Chajima, który jako że był asystentem rabbiego, to przyczynił się do aktywacji Golema. Przy pomocy swego szwagra Abrahama ben Secharjego ukryli go w piwnicy Pinkasowej Szkoły, a potem do domu zięcia Chajima – Aschera Balbiera, który był kabalistą. W jego domu wszyscy trzej prowadzili eksperymenty nad aktywacją Golema. 

Jeżeli przyjmiemy za prawdę domniemanie, że Golem był jakąś maszyną bojową, jakimś rodzajem nieznanej broni, to problematycznym pozostaje pytanie o materiał, z którego go skonstruowano. Tradycja mówi, że była to glina, ale jest wiadomym, że glina z powodu swych właściwości do tego celu się nie nadaje. Natomiast racjonalne wyjaśnienie korespondujące z Legendą przynosi co następuje:

Glina mogła rzeczywiście posłużyć jako materiał podstawowy np. jako forma do odlewów z metalu. Taka technologia była znana i stosowana w XVI wieku, a skoro Golem miał funkcję jakiejś broni, to jego odporność i twardość musiała być oczywista. […] Mówi się, że przez długi czas z Golema pozostała jedynie metalowa obręcz, która obejmuje teraz pierwszą kolumnę we wnętrzu Staronovej Synagogi. Potwierdzałoby to domniemanie, że Golem był wykonany z metalu. (zob. V. Liška – „Zvláštní…” s. 7) 

O następnym ważnym szczególe legendy Golema już był wspomniany. Jest to element, który go ożywił – szem. Według Legendy, rabin w każdą sobotę wyjmował mu z ust szem, i tym samym go dezaktywował, żeby sobie wypoczął i ładował akumulatory na następny pracowity tydzień. Zaniechanie tej czynności doprowadziło do zakłóceń pracy robota. Kiedy odrzucimy opowiadanie o tym, że szem był kawałkiem pergaminu zapisanego kabalistycznymi formułami, to musimy przyjąć, że był to jakiś mechaniczny aktywator, którego można było wykonać bez jakichś specjalnych problemów. Wymiana starego, zużytego szemu na nowy miała miejsce każdego tygodnia. 

Liška widzi ten problem w związku z rodzajem energii, który był siłą napędową automatu rabbiego, takimi słowy:

Jeżeli był Golem maszyną lub przyrządem (np. nieznaną bronią), to jest oczywistym, że musiało istnieć źródło energii, które było wykorzystane do jego napędu:
1.      Energia mechaniczna, np. na zasadzie rozkręcania się sprężyny. Szem mógł być kluczem, którym się Golema „nakręcało”. Jednakże w takim przypadku do manipulacji z szemem musiało dochodzić wielokrotnie w tygodniu, a nie tylko w sobotę, jak twierdzi Legenda.
2.    Energia chemiczna, np. na zasadzie baterii, które znane były w Średniowieczu.[3] Wynikiem tego mógł być napęd elektryczny, zaś szem mógłby działaś jako wyłącznik. Tej możliwości nie wolno wykluczyć.
3.    Inny, nam nieznany rodzaj energii, który mógłby być opisany w niektórych starych księgach i innych źródłach mówiących o osiągnięciach naukowych dawnych uczonych. (zob. V. Liška – „Zvláštní…” s. 9)

Golem - obraz Warrena Criswella (1979)


[…] a co z kradzieżą Golema ze strychu synagogi? Wszystkie legendy zgodnie twierdzą, że kiedy próby ożywienia Golema się nie powiodły, to Ascher Balbier zakopał nieaktywny automat na kirkucie na wierzchołku św. Krzyża, gdzie jego szczątki zmieszały się z gliną tzw. morowego cmentarza.[4] Dzisiaj już tego świadectwa nie jesteśmy w stanie zweryfikować. Na miejscu starego cmentarza strzela w górę wieża przekaźnika TV, i w jej cieniu wstępujemy do dalszego etapu wykładu o średniowiecznej cybernetyce. (M. Jesenský - „Čtyři hodiny do středověku”, op. cit. ss.184-191)


* * *

Moje 3 grosze





Tyle na ten temat pisze dr Miloš Jesensky. Wszystko to brzmi zgoła fantastycznie i nieprawdopodobnie: androidy w Średniowieczu? Automaty napędzane nieznaną energią? Co to za bzdury! 

Praski Oroloj - zegar odliczający czas do Armagedonu...
 

A jednak nie. Przypomnij sobie Czytelniku artykuł dr Jesenský’ego na temat jednego z najbardziej tajemniczych artefaktów Średniowiecza tak skomplikowanego i zaawansowanego technicznie, że wprost niewiarygodnego. Ale jednak taki artefakt w przeciwieństwie do Golema istnieje i co najciekawsze – działa do dziś dnia! Jest nim tajemniczy „zegar końca świata”, „zegar zagłady” – praski Oroloj. (Zob.: M. Jesenský, R. Leśniakiewicz - http://wszechocean.blogspot.com/2012/01/sprawa-nr-010x-tajemnica-orloja-1.html i dalsza) 

Oroloj powstał najprawdopodobniej gdzieś w połowie XIV wieku, a zatem jest jeszcze starszy od automatu rabina Löwego. I równie skomplikowany. Pisaliśmy o tym na łamach „Nieznanego Świata” bodaj czy nie w 2002 roku, i postawiliśmy tam tezę, że mechanizm te pochodzi z bardzo odległej Przeszłości i być może takim mechanicznym robotem był także i Golem. (M. Jesenský - „Utajené dějiny středověku”, op. cit. ss. 352-360, zob. także: Oleg Gorosow - http://wszechocean.blogspot.com/2011/06/chronomocja-czy-oszustwo-artefakty-z.html

I wcale by nas to nie zdziwiło…


[1] Data podana według kalendarza żydowskiego, w którym nazwy miesięcy pochodzą z czasów niewoli babilońskiej, zaś rok podany jest w formie skróconej – trzycyfrowej. Tak więc pełna data powinna być zapisana 4 ijjar 6352 roku.
[2] Według innych źródeł był on naczelnym rabinem całego Królestwa Polskiego.
[3] I nie tylko, bowiem baterie chemiczne znano już w Starożytnym Egipcie i Mezopotamii.
[4] Chodzi o cmentarz ofiar epi- i pandemii chorób zakaźnych dziesiątkujących ludność Europy w Średniowieczu i Odrodzeniu.