wtorek, 30 kwietnia 2019

Epidemie – straszliwy dar bogów


Puszka Pandory i wychodzące z niej demony chorób


Dmitrij Ławoczkin


W czasie II Wojny Światowej, epidemia grypy hiszpanki (H1N1) zaczęła się w USA. Ale amerykańskie gazety nie napisały o niej (wojskowa cenzura) ani słowa, a hiszpańskie – pisały! 

W połowie lat 2000 świat dotknęły epidemie grypy, a potem jak diabeł z tabakierki wyskoczył wirus gorączki krwotocznej Ebola. Stronnicy STD - Spiskowej Teorii Dziejów – natychmiast stwierdzili, że choroby te mają nienaturalne pochodzenie, zaś popularny pisarz, badacz martwych języków Władimir Nikołajewicz Diegtiariew oświadczył, że jeszcze w dalekiej Przeszłości, bogowie kontrolowali populację ludzi na Ziemi przy pomocy różnych chorób.


Nie idźcie do niebiańskich domów


Z początku hipoteza o nieprzyjaznym odnoszeniu się bogów do ludzi zabrzmiała w starogreckim micie o szkatule Pandory – darze bogów dla ludzi – po otwarciu której to puszki na Ludzkość posypały się nieszczęścia. Do tego, wedle poglądów Władimira Diegtiariewa, Pandora w niektórych martwych językach znaczy dosłownie droga do domu bogów. A do tego siedlisko boga dawni ludzie w starych manuskryptach pokazywali jako coś, co dość dokładnie przypominało rakietę. W dniu dzisiejszym, teoria paleokontaktu jest doskonale znana i wspierana przez uczonych cieszących się autorytetem, a poza tym mówi o tym wiele tekstów dawnych cywilizacji na Ziemi. Tak więc bogom albo Przybyszom z Kosmosu, Kosmitom – jak będziemy Ich nazywać bardziej adekwatnie – według poglądów Władimira Nikołajewicza – denerwująca ich uwaga mieszkańców Ziemi była zupełnie niepotrzebna. Dlatego więc, by odgrodzić się od nich bogowie-Kosmici zdecydowali na podejściach do miejsca zaparkowania swych statków postawić zapory ze śmiercionośnych chorób, żeby ludzie uznali te miejsca za przeklęte. O tym, co czekało upartych bohaterów z miejscowych mieszkańców dokładnie opisano w sumeryjskim eposie o Gilgameszu

Pewnego razu Gilgamesz wraz ze swym towarzyszem zapragnął się pójść do cedrowego lasu po kwiat nieśmiertelności, o który chciał on poprosić w „domach bogów”. W rezultacie tego przyjaciel Gilgamesza zginął wskutek nieznanej choroby, a on sam cudem pozostał przy życiu. 

Niebezpieczeństwa groźnych i śmiertelnych chorób na drogach do „domów bogów” są opisane także w asyryjsko-babilońskich legendach, u dawnych Greków i Awarów, w Biblii, a także w skandynawskich i słowiańskich eposach. Do tego należy dodać, że bogowie-Kosmici źle się odnosili w stosunku do Ziemian. Oni po prostu chcieli, żeby nie zawracano Im głowy na próżno. Jednakże Ziemianie upierdliwie nie chcieli zostawić Kosmicznych Gości w spokoju, podobnie jak krajowcy na zagubionych na oceanie wyspach białych przybyszów ze Starego Świata. Poza tym bogom nie odpowiadał stały wzrost ludzkiej populacji przeszkadzającej w kolonizacji Ziemi. Planeta nasza była Im potrzebna jako źródło pożytecznych kopalin, które wydobywali wykonani w genetycznych laboratoriach niewolnicy. Zostało to dokładnie opisane w wielu świętych tekstach Starożytności – w tym także w Starym Testamencie. Idealną możliwością powstrzymania rozrostu populacji ludzkiej były rozliczne pan- i epidemie.


Ewa dwukrotnie zgubiła Ludzkość


Najbardziej interesujące jest to, że zgodnie ze Starym Testamentem – Ewa zgubiła Ludzkość dwukrotnie. Na początku, jak wiadomo, skusiła Adama do próbowania zakazanego owocu (jabłka) z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego (Rdz 3,6-7) za co oboje zostali wygnani z Raju, pod którym – wedle niektórych hipotez – znajdowała się podziemna baza Przybyszów z Kosmosu. Po raz wtóry, po śmierci Adama w wieku ponad 900 lat, Ewa wraz z synami przyniosła go do wrót Raju i jako kochająca żona poprosiła o lekarstwo do wskrzeszenia męża. Ale nie dostała. Wręcz na odwrót, Istoty przy pomocy genowej terapii ponownie stworzyli Adama i Ewę i wszyscy się zdziwili, że oni jeszcze żyją. W odpowiedzi na to, bogowie zesłali na ludzi mór (Księga Urantii, Przekaz 76,5-6).

Skoro długość ludzkiego życia została ograniczona do stu lat (Biblia podaje 120 lat – Rdz 6,3), a żeby ludzie więcej nie chodzili do wrót Raju z rozmaitymi prośbami, wokół miejsc bazowania Ich statków kosmicznych – jak twierdzi Diegtiariew – został utworzony specjalny perymetr. Na jego obszarze ustawiono kontenery z wirusami śmiercionośnych dla ludzi chorób. Z biegiem czasu, bogowie-Przybysze opuścili Ziemię, a ludzie ośmielili się i coraz częściej zaczęli chodzić w zakazane miejsca, roznosząc po świecie straszne choroby. Wydawałoby się, że to fantastyka nie potwierdzona faktami? Nie! W zapisach na sumerskich i babilońskich glinianych tabliczkach, w czasie istnienia tychże cywilizacji nigdy nie pojawiały się choroby podobne w symptomach do grypy, dżumy, trądu, syfilisu, ospy czy odry. Sumeryjscy lekarze znali wszystkiego 12 chorób czy traum: katarakta (zaćma), niepłodność, zwichnięcia, złamania, zawał mięśnia sercowego, udar mózgu, rany cięte i kłute, i kilka analogicznych przypadków.


Siewcy chorób – konkwistadorzy


Wszelkie nieszczęścia Ludzkości zaczęły się od przemieszczania się karawan kupieckich, które poza towarami rozwoziły także choroby. W Średniowieczu – jak wiadomo – zagraniczni kupcy stali przez miesiąc na przymusowej kwarantannie poza murami miast, a ich towary okadzano dymem. Tym niemniej niebezpieczne infekcje ustawicznie rozprzestrzeniały się na całym świecie. Wynika z tego uzasadnione pytanie: skąd się pojawiły te choroby? 

Indianie umierający na ospę czarną


Wedle Władimira Diegtiariewa wszystkiemu są winni hiszpańscy konkwistadorzy, tępiący rdzenne narody Ameryki. W zamian z Nowego Świata Hiszpanie przywieźli syfilis, dżumę dymieniczą, a także grypę hiszpankę na którą w Europie zmarło 20.000.000 ludzi. Przy tym rdzenni Amerykanie na nie w ogóle nie chorowali, ale wiedzieli jak sobie z nimi poradzić. Rzecz w tym, że w trudno dostępnych górach Ameryki Pd. istniały zamknięte strefy, w których ukrywały się szczepy chorób pozostawionych przez bogów-Kosmitów. Ten właśnie fakt został odnotowany na piśmie u Inków i Majów. Kapłani ryzykując życiem udali się do stref zakazanych i przekazali grabieżcom skażone infekcjami złoto.


Gorączka krwotoczna Ebola


Według niektórych hipotez, gorączka krwotoczna Ebola, która niedawno wystraszyła Ludzkość, okazuje się być także darem bogów, ale tym razem afrykańskich. I znów, winę za to ponoszą kolonizatorzy. W XIX wieku sławę badacza Afryki zdobył misjonarz David Livingstone. Jako pierwszy Europejczyk przeszedł przez pustynią Kalahari, odkrył jeziora Igami i Dilolo, a w 1855 roku odkrył wodospad Wiktorii. Do tego niestrudzony badacz, którego obwiniono o przemyt broni do Afryki, w swoim manifeście z 1853 roku oświadczył dumnie: Albo otworzę nam Afrykę, albo zginę. I tak właśnie się stało.  

W czasie swej kolejnej podróży do Afryki Południowej w poszukiwaniu dopływów Nilu, Livingstone zachorował na tajemniczą gorączkę, a wkrótce potem przepadł. Podróżnika poszukiwało kilka ekspedycji i znaleziono go ledwie żywego w październiku 1871 roku. W dwa lata później uczony ten zmarł wskutek gorączki. Nie patrząc na ogromny wkład Livingstone’a do światowej nauki, w Afryce do jego działalności odnoszono się niejednoznacznie.

Rzecz w tym, że będąc zagorzałym chrześcijaninem , podróżnik nawracał na swoją wiarę miejscowe plemiona, zmuszając je do wyrzeczenia się swoich idoli. Bardzo często robił to z powodzeniem, co silnie wzburzało miejscowych czarowników. W czasie swych wypraw Livingstone niejednokrotnie odwiedzał terytorium Zimbabwe[1] w tym także badając bieg rzeki Ebola, jak potem nazwano od niej chorobę, która potem dotknęła Afrykańczyków. A do tego wszystkiego, zdaniem Livingstone’a, w jednym z miejscowych narzeczy słowo „Ebola” tłumaczy się jako To-tutaj-bóg-zesłał-na-nas-chorobę. Biorąc pod uwagę to, że podróżnik zmarł od gorączki, a epidemie zaczęły się w latach 10-tych XXI wieku w tych miejscach, to rozczarowujący wniosek nasuwa się sam z siebie.[2]  

Powstaje pytanie: Jakim sposobem Ludzkość ochroni się od podobnych podarunków dawnych bogów – wszak zgodnie z badaczem Diegtiariewem – z puszki Pandory pojawiły się jeszcze nie wszystkie „niespodzianki”? Odpowiedź jest prosta: Należy dokładnie przyglądać się dawnym przesłaniom o zaklęciach, przekleństwach i tajemniczych zgubnych miejscach, obchodząc je z daleka do czasu dokładnego zbadania ich przez uczonych.     


Źródło: „Tajny XX wieka”, nr 5/2019, ss. 26-27
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Dawniej Rodezja.
[2] Pierwsze epidemie wirusa Ebola pojawiły się w 1978 roku – Ebola Marburg, potem Ebola Kenia i Ebola Uganda a także Ebola Zair, która rozprzestrzeniła się wzdłuż Szosy Kinszaskiej na afrykańskie Zachodnie Wybrzeże, gdzie wybuchły jej epidemie w 2014 roku – zob. https://wszechocean.blogspot.com/2014/06/najgorsza-epidemia-eboli-poza-wszelka.html i dalsze.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

„Hydrozagadka”: kultowa i wizjonerska




Stanisław Bednarz


Ostatnio omawiając postać Tadeusza Plucińskiego napomknąłem o filmie „Hydrozagadka”. Uważam go za najbardziej finezyjny film PRL wyprzedzający epokę. 

W stolicy trwa fala upałów. Na domiar złego, w całym mieście brakuje wody. Nie tylko w wodociągach, ale i w zbiornikach wodnych. Problem stara się rozpracować profesor Milczarek (Wiesław Michnikowski), lecz gdy jego wysiłki nie przynoszą żadnych efektów, postanawia wezwać na pomoc o wiele potężniejszą od siebie osobę. Mowa o Asie, najpotężniejszym człowieku w stolicy.. Tutaj na chwilę się zatrzymam. Występ Józefa Nowaka to komediowa klasa sama w sobie. Choć Amerykanie w latach dziewięćdziesiątych dorobili się Kapitana Planety, to Polacy dwie dekady wcześniej stworzyli archetyp bohatera, o wiele bardziej prawego i nieskalanego żadną moralną słabością. 

Jaki był pomysł na socrealistyczną wersję Supermana? Głównym bohaterem „Hydrozagadki” jest kreślarz Jan Walczak (w tej roli Jan Nowak. Niepozorny Walczak, wzorem Clarka Kenta z komiksu Marvela, przeistacza się w odważnego superbohatera Asa, który odkrywa podstępną intrygę demonicznego doktora Plamy (Zdzisław Maklakiewicz) i maharadży Kawuru (Roman Kłosowski). Zamierzają oni przy pomocy reakcji jądrowej odparować wodę z polskich akwenów i przetransportować ją w postaci chmur, celem nawodnienia pustyni, na terytorium państwa Kawuru. Boję się, że moje dalekosiężne plany może pokrzyżować As. Jego nie można kupić - mówi w filmie doktor Plama. - Czy to jest Batman? - pyta się książę Kawuru. - Gorzej, stosując nomenklaturę narodową, Superman - odpowiada. 





Zdzisław Makalkiewicz daje tu także rewelacyjny popis umiejętności aktorskich. Kreacja Doktora Plamy, to postać, której nie powstydziłyby się parodie szpiegowskich thrillerów, lub komedii. Jest dokładnie taki, jaki powinien być kreskówkowy złoczyńca. Elegancki, bogaty i bezwzględnie inteligentny… 

Aktorzy drugoplanowi również stawiają poprzeczkę niezwykle wysoko. Nadmierny konsumpcjonizm i hedonizm cechuje zresztą wszystkie negatywne postacie obecne w filmie, między innymi adoratora panny Joli – Jurka (w tej roli, Tadeusz Pluciński), Panna Jola (Ewa Szykulska) ulega początkowo urokowi tego playboy’a, ale jego upodobanie do zachodniego stylu życia (Czytam Time i Epocę, pijam tylko Ballantinesa, palę Winstony) powodują ze porzuca go. 

Pomysł doktora Plamy z kradzieżą wody jest humorystycznym odniesieniem do PRL-owskich ciągłych niedoborów. Oferując zabawną grę, akcentując sztuczność i przesadę, mieszając kulturę wysoką (np. obecne w filmie cytaty z Szekspira oraz Goethego) i popularną (komiks). 

W Czechosłowacji, w II połowie lat 60. XX wieku, Vaclav Vorlicek również sięgał po motywy z popularnego kina zachodniego („Koniec agenta W4C”) i komiksów („Kto chce zabić Jessie?”). Radze oglądnąć może jest gdzieś na You Tube.





Moje 3 grosze


Co tu dużo gadać, film jest odlotowy i niezwykle wizjonerski. Do tego, o czym pisałeś dodam jeszcze przemyt materiałów radioaktywnych (u nas w latach 90.), niedobory wody w krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu, energia jądrowa zastosowana do dziwnych celów sztucznie wywołanych zmian klimatu... To wszystko reżyser i scenarzyści przewidzieli już na przełomie lat 60. i 70. ub. stulecia. No i nasz As! To była błyskotliwa odpowiedź na Supermanów i innych Batmanów z USA, tak jak Hauptmann Kloss był polską odpowiedzią na brytyjskiego Jamesa Bonda 007. Prawdę powiedziawszy, to „Hydrozagadka” kwalifikuje się do Oscara za pomysł i wykonanie!

niedziela, 28 kwietnia 2019

O redukcji wielkości dorsza bałtyckiego




Stanisław Bednarz


Przeciwko tej rybie sprzysięgło się wszystko. Kiedyś dorsz bałtycki – Gadus morhua – zwany też atlantyckim królował na Bałtyku. Maksymalna długość dorsza bałtyckiego – 1,3 m (przeciętnie 30-90 cm). Niestety łowione dziś dorsze to faktycznie cień ryb. To, co wpada w sieci to ryby chude, małe. Długość nie przekracza 30 cm. 

Spróbujmy na zimno zdiagnozować sytuację. Zbyt wysokie połowy, przez co jego populacja nie jest w stanie się odradzać. Za przełowienie obwiniano statki ze Szwecji. Zbyt wysokie połowy innych ryb, którymi żywią się dorsze. Wielkie 50-metrowe trawlery tzw. „paszowce”, pływając parami ciągnąc przez morze sieć wielkości boiska do piłki nożnej. Dokonują w ten sposób połowów na mączkę rybną. Ich sieci o małych oczkach zbierają po drodze wszystko, co napotkają Wpadają w nią ryby, będące pożywieniem dorszy tj. śledzie i szproty. 


Masowo stosowane przez rolników nawozy azotowe i fosforowe spływają rzekami do Bałtyku, podobnie jak gnojowica z hodowli świń. Powoduje tworzenie beztlenowych stref śmierci. W ostatnim stuleciu powiększyły się z 5 tys. km² aż do obecnych 60 tys. km². 

Dorsze tracą przestrzeń do rozrodu. Wlewy świeżych wód słonych z Morza Północnego są coraz rzadsze i to też jest główną przyczyną. Dawniej były co roku… 

Na głębokości 6-12 m woda przestaje być wystarczająco przezroczysta dla roślin. Tracimy podwodne łąki, wyginął morszczyn. Sytuację pogarszają zmieniające się warunki klimatyczne. Dorsz zasiedla teraz wody między innymi Morza Barentsa, które jeszcze 50 lat temu było pokryte lodem. Z powodu ocieplenia się klimatu rośnie też temperatura Morza Bałtyckiego. Dorsze, które dobrze czują się w chłodnych wodach, migrują na północ. Te zaś, które zostają, nie mają pożywienia, bo pozostałe jeszcze ławice szprota przesunęły się na północny Bałtyk w okolice Finlandii. 






No i największa bomba: nasi mędrcy spod znaku czynienia sobie ziemi poddaną na konferencji w Gdyni w Instytucie Rybackim ogłosili, że (uwaga!!!) powodem wymierania ryb może być zbyt restrykcyjna polityka oczyszczania rzek wpływających do Bałtyku, co wyjaławia wodę i pozbawia ją dużej ilości związków chemicznych wpływających na rozwój życia w morzu

Zupełnie „nie kupuję” tezy, że zrzucanie ścieków komunalnych miałoby służyć rybom. Według ich pokrętnego rozumowania w Średniowieczu gdy ścieki komunalne nie spływały, nie powinno być ryb. Odnoszę wrażenie, że coś takiego mógł wymyślić tylko skrajnie ortodoksyjny stronnik „czynienia sobie Ziemi poddaną”. Jeśli chcemy, żeby ryby się odrodziły, potrzebne jest radykalne ograniczenia ich połowów... 

Potrzebne jest moratorium na trałowanie. Potrzebne są przepisy ograniczające spływ nawozów i gnojowicy do wód. Dostaniemy wtedy czysty i bogaty w życie Bałtyk, przeszkody znajdują się w naszych głowach. Uczeni ostrzegają, że populacji dorsza zagrażają zmiany klimatu, spływ zanieczyszczeń i zła gospodarka zasobami. Jednym słowem - ludzie. Nie zwalicie tego na foki.


Moje 3 grosze


Na UFO czy USO też nie…

Miałem okazje widzieć te wszystkie rzeczy, o których pisze Autor i wiem, że to prawda. Najstraszniejsze jest to, że mówią to ludzie związani zawodowo i życiowo z morzem i ze zwierzętami w nim zamieszkującym, a co gorsze – mający się za uczonych. Niestety – namnożyło się w kraju różnych tzw. Hogwartów – tj. prywatnych czy kościółkowych pseudouczeni wyższych, które wypuszczają zindoktrynowanych matołów o pustych głowach, ale za to z wielkimi ambicjami i apetytem na kasę. Efekty mamy na każdym kroku: zniszczone lasy, zdewastowane Parki Narodowe, karczowana Mierzeja Wiślana, wybijane dziki,  foki i inne zwierzęta przez kumpli zapijaczonego dostojnika kościelnego… Można by to wyliczać do upadłego. A wszystko to robione jest nie dla rozwoju kraju, ale dla kasy, kasy i jeszcze raz kasy. 

Wracając do dorszy, to nie tylko one podlegają redukcji – rzecz dotyczy także populacji innych ryb bałtyckich. Nie zapominajmy, że zatopione na dnie naszego morza BŚT powoli, ale wciąż przenikają do wody zatruwając żyjące w niej organizmy. I znowu, dużo się o nich gada i… - jak zwykle - nic się nie robi… 

Ten stan nie może trwać zbyt długo. 

sobota, 27 kwietnia 2019

Broń M – meteo



Anteny instalacji HAARP k./Gakona (AK)



Oleg Fajg

Niedawno pojawiła się w mediach informacja o sporządzeniu na zlecenie Pentagonu laserowej instalacji, mogącej spowodować „błyskawiczne ulewy”. W tym celu urządzenie emituje dwie wiązki energii, gdzie zasadnicza wiązka jest okrywana przez wiązkę o mniejszej intensywności.

Jeszcze w dalekiej Przeszłości ludzie opowiadali legendy o uczestnictwie groźnych sił Przyrody w wojnach i potyczkach. Weźmy np. antyczne mity, w których olimpijscy bogowie wojując z sobą i ze śmiertelnymi szeroko posługiwali się huraganami, sztormami, burzami… A główny bóg Zeus mniał swój najważniejszy atrybut – wiązkę piorunów. 

Minęły millenia, i w II połowie XX wieku podobne marzenia zaczęły stawać się rzeczywistością. Nasamprzód konspirologowie z fantastami, a potem i fizycy z meteorologami zagadali o tajemniczej, broni geofizycznej – broni M spoza triady broni A, B i C – BMR czyli broni masowego rażenia… I pierwszym krokiem zrobionym jeszcze w latach 50-tych stały się eksperymenty ze sztucznym schładzaniem pokrywy chmur wywołującym obfite opady.


Operation Popeye


Pierwszym znanym doświadczeniem nad zastosowaniem klimatycznej, a dokładniej pogodowej BMR były eksperymenty z czasów Wojny Wietnamskiej. Tak więc w toku Operacji Popeye (to postać z disnejowskiej kreskówki – przyp. aut.) trwającej w latach 1967-1972, Amerykanie rozpylili nad dżunglą ponad 5400 ton jodku srebra i dwujodku ołowiu (AgI i PbI2). W ostatecznym rezultacie pora deszczowa wydłużyła się o pół miesiąca, a ilość opadów w górnym biegu Mekongu wzrosła trzykrotnie. Apoteozą uderzenia klimatycznego stała się katastrofalna powódź w 1971 roku, która zatopiła 1/10 część terytorium nie tylko Północnego, ale także Południowego Wietnamu.

Operacja Popeye

Operacja Popeye pokazała dokładnie całą złożoność używania broni M. Nie patrząc już na użyte kolosalne środki, celem operacji było zatopienie „drogi Ho Chi Mina”, którą przemieszczali się partyzanci z Vietcongu, tak by nie była ona dostępna, jednakże Popeye była jedynie częścią strategii tej wojny. Istniała specjalna amerykańska jednostka inżynieryjna, która przy pomocy ciężkiej techniki do prac ziemnych likwidowała wierzchnią warstwę żyznej gleby, przekształcając wielkie areały pól ryżowych i przylegającej do nich dżungli w jałowe, nieurodzajne błota.[1]


Potworny projekt


Pełne fiasko wietnamskiej awantury w żaden sposób nie ochłodziła gorących głów waszyngtońskich „jastrzębi”.[2] I tak do 1983 roku, w sekretnych centrach Pentagonu całą parą szły prace i badania do Project Stormfury. Tym razem Waszyngton postawił przed uczonymi ambitne zadania: znaleźć sposób na sztuczne stworzenie takich niszczących zjawisk jak: tornado, huragany, tajfuny i sztormy. 

Pomiędzy nimi, próby stworzenia geofizycznej broni M były prowadzone przez Amerykanów na długo przed awanturą w Wietnamie. I tak pod koniec lat 40-tych, w USA szły prace w ramach Project Seal. Był on poświęcony zastosowaniu bomb atomowych na płyciznach i przybrzeżnym szelfie kontynentalnym. Zakładano, że wybuchy megatonowych ładunków spowodują potężne tsunami, które zmyje wszelkie nabrzeżne instalacje nieprzyjaciela. Jednakże podobne eksperymenty wykazały, że ich rezultaty są niejednoznaczne i je wkrótce przerwano. Kiedy o tym dowiedział się akademik Andriej Sacharow, to zaproponował wsteczny wariant – założyć atomowe fugasy wzdłuż atlantyckiego wybrzeża USA i zdetonować je, niszcząc co większe centra przemysłowe. Ów potworny projekt był odrzucony przez Sztab Generalny z powodu niezmiernych strat w ludności cywilnej.[3]


Za zasłoną tajemnicy


Bez względu na otaczający te sprawy woal tajemnicy, część badań geofizycznych była prowadzona (i do tego czasu jest prowadzona) w sposób jawny. Jest po temu kilka przyczyn:


  • Po pierwsze – mają miejsce manipulowanie opinią publiczną pod przykryciem humanitarnych celów zapobiegania i walki z biedą i nieszczęściami;
  • Po drugie – służby specjalne USA zrozumiały, że ufolodzy i konspirolodzy otworzyli przed nimi złote wrota do magazynu informacyjnych „przykrywek”. Wystarczy teraz tylko lekko popchnąć w pożądanym przez nie kierunku najbardziej zaangażowanych entuzjastów niezależnych badań. Zupełnie tak, jak w serialu „Z Archiwum X”, gdzie sedno sprawy zawsze znajduje się gdzieś obok…[4] 
  • Po trzecie – chociaż wielkoskalowe eksperymenty z bronią M i zmianami klimatu byłyby praktycznie nie do ukrycia przed oczami przeciwnika, to dlatego należy odwrócić jego uwagę od nich i skierować ją na fałszywe tropy.[5]

 
Pod koniec lat 60-tych prasę obiegły wieści o jakichś dziwnych, mobilnych stanowiskach, które były chronione przez paramilitarne jednostki ochronne. Najczęściej widziano je w pobliżu słynnej „Alei Tornad” wiodącej od Zatoki Meksykańskiej do Środkowego Zachodu. Wedle niektórych świadectw, były to stanowiska wyrzutni kontr-tornado, będące w stanie wygasić potworne wiry powietrzne, puszczając im na spotkania analogiczne wichury. 

Jak tylko o tym zaczęły się wypowiadać centralne media, to od razu pojawiły się plotki i pogłoski, że te tajemnicze, cudowne klimatrony są winne pojawieniu się kilku tornad, które w 1969 roku nawiedziły Panamę. Od tego czasu stosunki tego kraju z Białym Domem były naprężone i wielu uwierzyło w tą legendę miejską. Jednak później mobilne klimatrony nijak nie były w stanie ochronić południowych stanów USA przed huraganem Katrina i jej „siostrami”.


Widok na zespół anten instalacji SURA k./Niżniegorodska



Gra na „jonosferycznej harfie”


Dzisiaj, kiedy mówi się o stworzeniu klimatycznej broni masowego rażenia, przede wszystkim mówi się o Programie Badań Zórz Polarnych Promieniowaniem Radiowym o Wysokiej Częstotliwości tak nazwanym projektem HAARP – High Frequency Active Auroral Reseach Program – czyli dziennikarskiej jonosferycznej harfy.  

Rozmieszczony w okolicach Gekona na Alasce poligon HAARP jest podobny do boiska piłkarskiego z całym lasem pionowych, telewizyjnych anten. Głównym celem jonosferycznej harfy było zbadanie najwyższej warstwy atmosfery Ziemi – jonosfery. I tak np. przy pomocy oprzyrządowania HAARP badało się zachowanie potoków cząstek naładowanych, które przynosi wiatr słoneczny w magnetosferę Ziemi. 

Autorzy legend miejskich twierdzili od samego początku, że anteny HAARP są przeznaczone do tworzenia jakichś „efektów rezonansowych” po to, by zrobić w jonosferze jakieś „zgęstki energii” i przy ich pomocy wywołać w dowolnym miejscu planety huragany, tajfuny, susze i powodzie. 

Jednakże nawet teoretycznie HAARP nie mógłby zmienić stanu jonosfery wskutek wielu warunków. Moc promieniowania poligonu na Alasce może wystarczyć na jakieś innowacyjne badania, ale nie na jakieś „globalne ataki atmosferyczne”. No i wreszcie puszczono w obieg pogłoski o tajnej broni M w czasie pełnego przerwania i ukończenia badań w lecie 2014 roku. Gdyby uczeni z Pentagonu i NASA uczestniczący w tej misji otrzymali jakieś wyniki zachęcające do kierowania pogodą, to czy Kongres USA przerwałby te badania Projektu HAARP? Owszem, przerwanie prac nad „sondowaniem jonosferycznym” mogło być „przykrywką” dla następnego stadium badań z podwyższonym gryfem tajności. 

No i niestety, do dziś dnia nikt nie może objaśnić zasad „klimatycznego” oddziaływania poligonu na Alasce i jego odpowiedników rozmieszczonych na całym świecie: od Grenlandii do Australii. Podpowiedzi można znaleźć w analogicznych projektach w rodzaju: EISCAT, SPEAR czy w byłym radzieckim zestawie SURA.


Anteny SURA



Stukanie elektronicznego „Dzięcioła”


W swoim czasie u ufologów i konspirologów był bardzo popularny pogląd o tym, że rosyjskim odpowiednikiem alaskańskiego HAARP była instalacja SURA w Obwodzie Niżniegorodskim. Ufolodzy do dziś dnia twierdzą, że niżniegorodska instalacja służy do łączności z Kosmitami, a konspirologowie dowodzą, że to właśnie tutaj ukrył się międzynarodowy „spisek klimatyczny”. Z powodu charakterystycznego dźwięku przekazywanych sygnałów radziecki HAARP otrzymał w kręgach niezależnych badaczy zjawisk anomalnych nazwę „Dzięcioł”.[6]  

Miedzy innymi, na oficjalnej stronie Projektu można zaczerpnąć informację o tym, że ten jonosferyczny zestaw składa się ze 144 anten promieniujących z mocą 750 kW. Tam odbywają się badania regularnej generacji sztucznej turbulentności i sztucznego promieniowania elektromagnetycznego plazmy jonosferycznej w różnych przedziałach przy działaniu silnego promieniowania mikrofalowego

No i oczywiście ta informacja stała się urodzajną glebą dla kolejnych plotek o pracach nad radziecką bronią M. Do tego entuzjaści hipotezy o wszechświatowym spisku i ufolodzy nie przyjmują do wiadomości faktu, że moc SURY jest o wiele mniejsza niż moc jednego tylko stanowiska HAARP.

Do tego finansowanie przez długie lata Projektu przez Ministerstwo Obrony mogły działać na korzyść hipotezom o wojskowym zastosowaniu SURY.


  • Po pierwsze – to ultratajna tematyka pozahoryzontalnych stacji radiolokacyjnych, które byłyby w stanie wykrywać odpalenia ICBM za oceanem.
  • Po drugie – plazmowe zgęszczenia w jonosferze, jeszcze z czasów SDI rozpatruje się jako sposób neutralizacji tychże ICBM. Należy zauważyć, że podobną ideę rozwinął akademik R.F. Artiemienko. A jeżeli nawet takie eksperymenty przeprowadzano, to można tu tylko mówić o bazowych, podstawowych, fundamentalnych pracach nad opracowaniem broni jonosferycznej w dalekiej przyszłości. 


Na drodze skonstruowania wojskowych systemów kierowania pogodą stoja także trudności prawne. Wiodące mocarstwa podpisały cały szereg umów i traktatów oraz memorandów kategorycznie zabraniających używania jakichkolwiek typów i rodzajów bojowych klimatronów

Do tego dochodzi jeszcze jedna – główna przyczyna niesterowności huraganami jest energetyczna. Energię zwyczajnej chmury deszczowej można porównać do energii zawartej w jednej głowicy nuklearnej o średniej mocy. Do ogrzania tylko 1 km³ przestrzeni powietrznej potrzebna jest stacja energetyczna o ogromnej mocy. A m.in. dla globalnego wpływu na pogodę, należy kierować kolosalnymi masami powietrznymi, wytwarzającymi także nieduże tajfuny albo tornada.


Anteny zestawu radiolokacji pozahoryzontalnej DUGA 2 w okolicach Czarnobyla



Moje 3 grosze




Sterowanie pogodą stanowi odwieczne marzenie człowieka, a szczególnie stało się ważne w czasach, kiedy pogoda jest coraz bardziej rozregulowana i występujące z powodu EGO anomalie pogodowe są coraz silniejsze i co za tym idzie – groźniejsze, a także całkowicie nieprzewidywalne. Piszę te słowa patrząc w okno, za którym lśni palące, kwietniowe słońce, temperatura sięga +25ºC a wiatr kłębi północno-afrykański pył, który osadza się wszędzie, gdzie tylko zdoła się wcisnąć i wraz z pyłkami kwitnących roślin torturuje przede wszystkim alergików. 


Jak na razie zdani jesteśmy na siły Natury i to jest wiadomość zła. Gorsza wiadomość jest taka, że mało kto kwapi się by robić coś w celu zmniejszenia EGO. Na razie sytuacja przypomina czekanie na Godota: „siedzita tu i godota, a Godota jak nie było tak nie ma…” To, co się robi to kropla w morzu tego, co zrobić należy; przywrócić ziemi szatę roślinną, sadzić lasy i przejść na czystą energię odnawialną. Zresztą o czym mówimy – obłędna gospodarka rabunkowa prowadzi do totalnej dewastacji lasów. W normalnych czasach, za tzw. komuny w średniej wielkości nadleśnictwach pozyskiwano 2500 m³ drewna – dzisiaj corocznie wycina się co najmniej 4500 m³! Na stokach gór Pasma Babiogórskiego corocznie są coraz to większe dziury w caliźnie pokrywających je lasów…


Tak jest w lasach państwowych, gdzie wycięte połacie się jednak zalesia. A w prywatnych? Te są cięte bez opamiętania, a o zalesieniach nie ma mowy – chłopki-roztropki liczą na naturalne odnowy… Efekty są nieciekawe – osuwiska ziemne, straty w zwierzostanie, migracje zwierząt w pobliża ludzkich siedzib, susza glebowa, pożary i gradacje szkodników… Ale kogo to obchodzi? Najważniejsza jest kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Czasami łapię się na tym, że myślę iż red. Andrzej Zalewski umarł w porę – gdyby zobaczył to, co się dzieje w lasach, to by Go szlag na miejscu trafił! 

Wszelkiego rodzaju legendy miejskie są tworzone właśnie po to, by odwrócić uwagę ludzi od prawdziwych problemów i skupić ją na pozornych: na LGBT, na wychowaniu seksualnym, na podłych komuchach, podłych nauczycielach czy migrantach, a w międzyczasie sprzedaje się kraj za psie pieniądze i organizuje ogłupiałym ludziom igrzyska w czasie których rzuca się im ochłapy z jaśniepańskiego stołu: a to 500+, a to 100+ - same, kurwa, plusy minusów nie ma! 

No bo o to tu chodzi – chlebek dla nich, igrzyska dla czerni, a od czasu do czasu jakiś problemik: a to chemtrails, a to szczepionki, a to jakieś haarpy i sury, a to zbiórka na katedrę we Francji… - nich czerń się czymś zajmie i nie patrzy władzy na ręce. W końcu miodek i sperka jest dla nich, a bryndza dla nas.                 



 Źródło - "Tajny XX wieka" nr 5/2019, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Na tym właśnie polegał sens tej wojny – zagłodzić naród tak, by powstał przeciwko swojej władzy. Wietnamczycy nie ulegli, za to wariant ten przećwiczono z dobrym skutkiem w Polsce w latach 80-tych, poprzez nałożenia embarga na żywność i pasze z Zachodu.
[2] Jednym z tych „jastrzębi” był Amerykanin polskiego pochodzenia prof. Zbigniew Brzeziński, fanatyczny antykomunista i zwolennik wojny jądrowej z ZSRR.
[3] Za to Amerykanie jakoś nie wahali się przed projektowaniem pasa min i fugasów jądrowych na granicy RFN-NRD, które miały za zadanie zatrzymanie armii Układu Warszawskiego na granicy tych krajów i zasypanie opadem radioaktywnym terytoriów NRD, Czechosłowacji i Polski, nie mówiąc już o zaatakowaniu naszych krajów przy pomocy ładunków jądrowych i termojądrowych o mocy od 20 kt do 0,5 Mt TNT, celem których byłyby większe miasta – w tym 77 miast w Polsce.
[4] To jest właśnie to, co nazywam „ufologią kreatywną”, w której ufolodzy tworzą kolejne legendy o UFO zainspirowani przez służby, które potem mają wygodna przykrywkę do swej niecnej działalności, jak to miało miejsce m.in. w Roswell w 1947 czy Gdyni w 1959 roku. 
[5] Jak wiadomo bowiem, nie ma lepszej przykrywki dla tajemnicy jak inna tajemnica. Nie ma lepszej przykrywki dla eksperymentów wojskowych niż UFO…
[6] Podobną nazwę miała ogromna instalacja radarowa z okolic Czarnobyla opuszczona po kwietniu 1986 roku.