poniedziałek, 31 października 2011

W pogoni za złotym meteorem



Walery Niecziporenko

O nietypowych meteoroidach już pisano niejednokrotnie na łamach „Nieznanego Świata”. Tym razem prezentujemy artykuł zamieszczony na łamach rosyjskiego tygodnika „Kalejdoskop NLO” nr 21/2007 z dnia 21 maja 2007 roku, a oto i on:

Spełniona wizja Julesa Verne’a

Ponad wiek temu, słynny francuski pisarz-fantasta i wizjoner Jules Verne (1828-1905) napisał powieść „W pogoni za meteorem” („La Chasse au Météore” [„Le Bolide”] 1901, w polskim wydaniu „Łowcy meteorów” – przyp. tłum.), której akcja zaczyna się od tego, że na orbicie wokółziemskiej pojawia się meteoroid złożony z czystego złota. Dwóch głównych bohaterów znajduje sposób, by spowodować spadek meteoru w określonym punkcie Ziemi na wybrzeżu Grenlandii, który wykupują za bezcen. No i wszystko by się powiodło, gdyby nie nieprzewidziany splot okoliczności…

Zostawiwszy na stronie perypetie awanturników zajmijmy się zagadnieniem: Czy istnieją w rzeczywistości złote meteoryty czy asteroidy? Jak powszechnie wiadomo, wiele z przewidywań Juliusza Verne’a się sprawdziło i okazuje się, że i tym razem genialny pisarz niewiele minął się z prawdą!

Zgodnie z ostatnimi danymi, w tzw. Pasie Asteroidów znajdującym się pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza, znajdują się ciała niebieskie, które składają się z materiałów deficytowych na Ziemi. I tak 90% ich masy przypada na żelazo, 9% na nikiel, zaś pozostały jeden procent na inne metale. (=> H. Carman – „Zbierając meteoryty zacznij od swego własnego podwórka”, Melbourne 1995)  Ktoś powie – jeden procent! – też coś? Dużo to, czy mało? Jeżeli przedstawimy sobie niewielki asteroid o masie 10.000.000 ton, to 1% z tej masy wynosi aż 100.000 ton, a to więcej złota, niż go wydobyto na Ziemi w ciągu całej historii Ludzkości!

Ale czemu mówimy tutaj tylko o złocie? Przecież kosmiczne żelazo ma tak wysoką jakość, że przydałoby się w wielu dziedzinach naszej gospodarki. Tak samo jak nikiel i inne metale, które wchodzą w skład asteroidów. Obliczono na przykład, że z masy 1 km³ materii asteroidu wystarczy z nadwyżką, by zabezpieczyć zapotrzebowanie na żelazo i nikiel dla całej naszej planety na wiele, wiele lat. Ekologicznego efektu wykorzystania kosmicznych rud nie można nie docenić.

Międzyplanetarne holowanie

Jak twierdzą specjaliści, taka operacja ściągnięcia i zakotwiczenia na wokółziemskiej orbicie metalowych asteroidów w celu eksploatacji ich rud będzie technicznie możliwa za jakieś 15-20 lat.

Holowanie kosmicznej bryły będzie trwała od kilku miesięcy do kilku lat, w zależności od parametrów orbity asteroidu i jego rozmiaru. Jej masę w pożądanym kierunku będzie kierował elektro-odrzutowy silnik, czerpiący energię ze słonecznych baterii.

Inną możliwością jest dokonanie serii eksplozji, które rozdrobnią kosmiczną bryłę i jedna z jej części zostanie skierowana w pożądanym przez nas kierunku. I tak doświadczenie wraz z nowymi technologiami pozwolą nam na zrealizowanie wizji Juliusza Verne’a (albo wizji sir Arthura C. Clarke’a, który zwarł ją w ostatniej części tetralogii – „Odyseja kosmiczna 3001 – Finał” – uwaga tłum.).

Przydatnym też może się stać praktyczne zastosowanie tzw. Efektu Jarkowskiego. Chodzi o pokrycie części powierzchni asteroidu warstwą białej farby, w rezultacie czego zmieni się zdolność odbijania światła i w skutek tego zmienią się parametry jego ruchu.

Ale przede wszystkim trzeba wytypować asteroidy do przemieszczenia i eksploatacji. To zadanie nie jest proste, wszak większość kosmicznych brył składa się z bezwartościowej skały. Szacuje się, że w Układzie Słonecznym znajduje się około 100.000 asteroidów o rozmiarach w granicach 1-100 km i ogromna ilość drobniejszych ciał niebieskich, które nazywamy meteoroidami.

Jak więc nie pogubić się, nie błądzić w tym roju różnorakich ciał kosmicznych? Czy trzeba będzie badać je wszystkie po kolei?

W poszukiwaniach kosmicznej bonanzy

Istnieje projekt, dzięki któremu w czasie jednej misji będzie można dokonać rozpoznania kilkudziesięciu asteroidów. Plan tej misji jest taki: automatyczna stacja kosmiczna wylatuje z Ziemi i wchodzi na heliocentryczną orbitę o okresie wynoszącym kilkanaście lat, przy czym co każde 2, 3 czy 4 lata stacja ta będzie wracać w kierunku Ziemi i przekazywać zebrane w tym czasie informacje, a potem znów powracać na orbitę wokółsłoneczną. Przy tym ziemskie pole grawitacyjne będzie grało rolę swoistej „trampoliny”, która będzie odbijać stację z powrotem w stroną Pasa Asteroidów.

Wariant numer dwa: wykorzystanie sond lądujących na planetoidach. I tak np. z rakiety lecącej w kierunku Marsa w czasie zbliżenia do Pasa Asteroidów wystrzeliwuje się moduł, z którego z kolei rozlatują się sondy badawcze, które lądują na grupie kosmicznych brył materii. Takie sondy wyposażone w kamery video, przyrządy do podczerwonej radiometrii i polarymetry pozwolą dokładnie wyznaczyć skład chemiczny tej kosmicznej materii tych asteroidów.

Potem, w oparciu o zebrane w ten sposób dane, można będzie stworzyć na wybranych asteroidach bazy, z których będziemy wysyłać wyprawy na sąsiednie planetki, poszerzając w ten sposób wiedzę o tych małych światach i ich zasobach.

A potem? A potem wyznaczy się asteroidy do przeróbki i zmieni się ich orbity tak, by weszły na wokółziemską orbitę po to, by je następnie eksploatować na skalę kosmiczną i przemysłową.

Nie patrząc już na złożoność problemu, eksploracja i eksploatacja Pasa Planetoid będzie stanowiła dla Ludzkości ogromną wygodę, bowiem na stulecia, tysiąclecia a może i na zawsze Ludzkość będzie miała z głowy problem wydobycia rud metali i nie będzie musiała ryć we wnętrzu swej Matki-Ziemi…

Niebiańskie diamenty

Jeżeli możemy podyskutować na temat możliwości istnienia czy nieistnienia złotych asteroidów, to już istnienie kosmicznych diamentów jest poza dyskusją. To już nie jest fantastyka, ale naukowo stwierdzony i potwierdzony fakt. Rzecz w tym, że asteroidy poruszające się w przestrzeni kosmicznej z ogromnymi prędkościami, niejednokrotnie zderzają się ze sobą. W trakcie tych kolizji wytwarzają się ogromne ciśnienia i temperatury, które są odpowiednimi dla powstawania diamentów z zawartego w nich węgla. Nierzadko meteoryty zawierające takie diamenty spadają na Ziemię.

Pierwsze diamenty kosmicznego pochodzenia znaleziono w roku 1888 i dokonali tego pracownicy naukowi i wykładowcy z Sankt Petersburga M. Jerofiejew i P. Łaczinow, w kamiennym meteorycie, który spadł w Niżniegorodskiej Guberni.

Meteoryty spadają na powierzchnię Ziemi i znajduje się wszędzie diamenty meteorytowego pochodzenia. Dużą ilość niebiańskich diamentów znaleziono w rejonie krateru impaktowego Crater Cañon Diablo (Meteor Crater, Berringer Crater – przyp. tłum.) w Arizonie, USA. (=> American Mineralogist - http://www.minsocam.org/MSA/collectors_corner/arc/diamondm.htm - przyp. tłum.) W naszym kraju takie kosmiczne diamenty znaleziono na Syberii, na Uralu i na Wyżynie Środkoworosyjskiej…

Teoretycznie rzecz biorąc, to taki kosmiczny diament można znaleźć nawet wychodząc na spacer. Ale do tego trzeba być bardzo spostrzegawczym człowiekiem i mieć szczęście. A w Pasie Małych Planet diamenty można przerzucać łopatą…!










Foto - H. Carman - "Collecting Meteorites..."

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 30 października 2011

O UFOKATASTROFACH SPRZED II WOJNY ŚWIATOWEJ




Na jednej ze stron internetowych poleconych mi przez Henry’ego Stevensa[1] – znalazłem ciekawe materiały dotyczące ufokatastrof sprzed II Wojny Światowej, a oto ten materiał:

Rok 1936 – Schwarzwald, Niemcy

Członkowie Towarzystwa Vril byli najprawdopodobniej pierwszą grupą, która usiłowała odtworzyć maszynerię pozaziemskiego statku kosmicznego. Niemiecki autor Johann von Helsing opisał odkrycie wraka latającego talerza w Schwarzwaldzie, w okolicach Freiburga, w 1936 roku i twierdzi on, że technologia ta została zabrana i włączona do informacji, które Towarzystwo Vril osiągnęło dzięki channelingowi i stały się one podstawą programu zwanego Haunebu.

Historyk niemieckiej awiacji Henry Stevens mówi:

Haunebu I był najprawdopodobniej pierwszym wielkim Latającym Talerzem zbudowanym w Niemczech. Zgodnie z planami uzyskanymi z tajnych archiwów SS, Haunebu I mierzył około 25 m średnicy i najprawdopodobniej podniósł się z ziemi w sierpniu 1939 roku, na kilka dni przed wybuchem II Wojny Światowej.  Źródłem jego zasilania było Czarne Słońce, nieskończony promień światła, który – będąc niewidocznym dla ludzkiego oka – był z antymaterii.

Logo Vrilu było Czarne Słońce – tysiącletnia sekretna filozofia, która doprowadziła do powstania fundacji gromadzącej okultystów z III Rzeszy. Czarne Słońce można zobaczyć na wielu babilońskich i asyryjskich miejscach kultu. Opisują one Czarne Słońce symbolem swastyki.

Katastrofa w Polsce

Na krótko przed wybuchem II Wojny Światowej, w lecie 1938 roku, w okolicy dwóch wsi: Czernica i Kopaniec w Górach Kaczawskich, w powiecie jeleniogórskim, miało miejsce dziwne wydarzenie. Mieszkańcy tych miejscowości zobaczyli dziwny, dyskokształtny obiekt, który spadł z nieba. Po tej katastrofie UFO, oddział SS przybył z garnizonu w Jeleniej Górze i zabrał ten dysk do miasta, gdzie został on zbadany przez trzech znakomitych uczonych niemieckich: prof. Maxa von Laue, prof. Wernera von Heisenberga i prof. Otto Hahna. Następnie wrak UFO został odwieziony do Berlina-Dahlem, albo do supertajnej bazy w Górach Sowich. Legenda mówi, że Niemcy pracowali tam nad własną bombą A. W końcu, w latach 1944/45 zbudowano tam dyskokształtny samolot lepiej znany pod nazwą V-7 Vril albo Haunebu – który był jedną z cudownych broni Hitlera.

W innych miejscach w Polsce – zwłaszcza na Wybrzeżu Środkowym w okolicy Ustki – znajdowały się specjalne poligony, gdzie testowano niemieckie latające bomby Fi-103 A-2/V-1, rakiety A-4/V-2 oraz A-9/A-10/V-5 Urzel, które mogły być wystrzeliwane z pokładów U-bootów, superdziało V-3 Tausendfüßler, myśliwce rakietowe Ba-239/V-4 Natter, a także pociski rakietowe plot. Rheinbote i Rheintochter-1 oraz Rheintochter-3, które mogły latać z prędkością bojową 1,4 – 5,05 Ma.

Wszystkie te bronie zostały zdemaskowane przez wywiad Armii Krajowej w czasie II Wojny Światowej, który powiadomił MI6 oraz inne sojusznicze wywiady.

W roku 1946 Rosjanie użyli niemieckich rakiet w celach doświadczalnych. Wystrzeliwali je w kierunku Szwecji i innych krajów skandynawskich. W czerwcu 1949 roku, Rosjanie zabrali UFO Polakom sprzed nosa. To UFO było najprawdopodobniej zrobione przez hitlerowców i zostało zestrzelone przez Rosjan przy użyciu pocisków rakietowych klasy ziemia – powietrze. Dwaj piloci zostali ujęci przez Rosjan i następnie przesłuchani przez oficerów GRU, którzy potem ich zlikwidowali. Szczątki UFO zostały przetransportowane do bazy w Bornem-Sulinowie, a potem wywiezione do ZSRR.

Druga wersja ufokatastrofy w Czernicy

Miejsce: Czernica (III Rzesza, dziś Polska)
Data: lato 1937
Czas: nieznany

Wielokolorowe, kuliste UFO widziano jak spadło na pole (lub obok pola) należącego do rodziców Ewy Braun (późniejszej żony Adolfa Hitlera). Teren został otoczony przez jednostkę SS z Jeleniej Góry (Hirschberg). Wrak dysku został przewieziony do koszar jednostki SS w Jeleniej Górze, gdzie znajdował się pod silną strażą i w najgłębszej tajemnicy. Dysk miał 7,6 m średnicy i 3,8 m wysokości. Na jego grzbiecie znajdowała się duża kopuła, otoczona wąskim pierścieniem zewnętrznym. Mniejsza i płaska kopuła znajdowała się na spodzie dysku. Poza tym cała konstrukcja miała 6 małych, owalnych otworów, ale nie były to okna czy reflektory, a które były umieszczone u podstawy górnej kopuły – zob. ryc.

Na spodzie spodka pojazd miał 12 świateł. Kolor UFO był ciemnoszary metalik. Znajdowały się tam także oznaczenia w kształcie litery T po dwóch stronach pojazdu. Wejście do pojazdu znajdowało się na szczycie górnej kopuły. Ogólnie rzecz biorąc, kształt pojazdu przypominał nieco niemiecki hełm z mała wypukłością na spodzie. W okrągłej kabinie znajdowały się 3 małe siedzenia, poza tym całe wnętrze wypełniały panele tablic kontrolnych. W środku znaleziono trzy małe istoty: jedna była martwa, dwie żywe. Jeden z ocalałych Ufiastych zmarł wkrótce po katastrofie, pozostały przy życiu Obcy znajdował się pod strażą przez półtora miesiąca i też zmarł. Były to niewysokie istoty o wzroście 0,9 – 1 m z wielkimi, gruszkowatymi głowami, ich ciałka były chude, ręce długie i cienkie z 4 palcami u dłoni, szarawą skórą i wielkimi, czarnymi i skośnymi oczami. Niemcy bali się przenosić dysk na większe odległości, bowiem coś mogło w nim eksplodować w czasie transportu. Dlatego też zbudowano specjalne laboratorium na miejscu.

Z Jeleniej Góry wrak został przetransportowany do nieodległego kompleksu zwanego „Der Riese”, który znajdował się w Górach Sowich, gdzie także wydobywano i flotowano rudy uranu. Kompleks ten składał się z podziemnych hal i hangarów połączonych ze sobą tunelami. Tam właśnie przetransportowano żyjącego Ufitę i zwłoki dwóch pozostałych. Wygląda na to, że ten, który żył najdłużej, przekazał Niemcom część swej wiedzy, której rozpaczliwie potrzebowali nazistowscy bonzowie i uczeni. Na szczęście zmarł on, bo niemieccy lekarze nie byli w stanie mu pomóc ze względu na odmienną budowę ciała i funkcji jego organizmu. Obcy zmarł wskutek nieznanej choroby.

Rozbity dysk najwidoczniej pochodził z podwójnego systemu gwiezdnego RA znanego na Ziemi jako 78 mu-1 Cygni, odległego o 73,1 ly. Spośród informacji, które Ufita przekazał Niemcom była także i o tym, że Oni wybudowali podziemną bazę w polarnym regionie kanadyjskiego terytorium północnego – być może na Ziemi Baffina. Natychmiast przekazano tąże informację samemu Adolfowi Hitlerowi. Na szczęście Obcy nie przekazał żadnych dokładnych technicznych szczegółów, które by umożliwiły hitlerowcom na skopiowanie tej technologii, pomimo ich desperackich prób uzyskania interesujących ich danych. Ufiasty, który przeżył powiedział Niemcom, że katastrofa była skutkiem jakiejś technicznej niedyspozycji. Przetrzymywano go i przesłuchiwano w tej samej bazie, co wrak jego pojazdu.

Adolf Hitler i niektórzy z jego bonzów, w tym dr Wernher von Braun i Reichsmarschall Hermann Göring obejrzeli wrak dysku oraz zwłoki Obcych oraz przepytali uczonych na temat możliwości użycia go jako tajnej a cudownej broni. Byli to m.in. Max von Laue, Werner von Heisenberg  i Otto Hahn – który odkrył syntezę jądrową. Na szczęście dla Ludzkości, technologie Obcych były zbyt zaawansowane technicznie i za trudne do zrozumienia dla ludzi. Jednakże latający dysk zainspirował hitlerowców do budowy różnych modeli dyskokształtnych samolotów i tzw. latających bomb. Hitler miał nadzieję zaczynając II Wojnę Światową, że uda mu się rozpracować technologie Obcych i użyć ich do podbicia całego świata.  Z tego też powodu podziemny kompleks zawierający te artefakty został wysadzony w powietrze przed nadchodzącą Armią Czerwoną i latający dysk wraz z jego pasażerami został pogrzebany w jednym z podziemnych tuneli, którego wejście zostało zawalone ogromnymi głazami. Te rzeczy wciąż się tam znajdują w miejscu nieznanym dla polskiego rządu. Wrak latającego dysku wciąż promieniuje ze swego reaktora trakcyjnego, ale ze względu na to, że w Górach Sowich znajdują się złoża rud uranu, to namierzenie go jest niemożliwe.  

* * *

Kiedy pisałem wraz z dr Milošem Jesenským nasz „Wunderland…”, to wierzyłem w to, że Niemcy usiłowali odtworzyć, czy zbudować – bardziej pasuje tutaj słowo „sklecić” – coś na modłę UFO przybyłego do nas z Kosmosu i które uległo awarii w Schwarzwaldzie czy w Górach Kaczawskich. Na przeszkodzie stanęły im braki i luki w naszej wiedzy, które im to skutecznie uniemożliwiły. Na szczęście dla nas wszystkich.

Oczywiście nie łudziliśmy się nawet, że dowiemy się czegoś ponad to, co napisali inni autorzy – w tej robocie obowiązuje Prawo Burdego i nikt nie powie więcej ponad to, co może powiedzieć. UFO wykorzystane jako broń pierwszego uderzenia i wektor BMR wydawał się nam czymś oczywistym, więc nie zastanawialiśmy się nad tym głębiej. A trzeba było…

Najbardziej kontrowersyjne jest stwierdzenie, że Vril posługiwało się w swych „badaniach” tzw. kontaktowcami. Osobiście nie wierzę w to, że kontaktowcy byli w stanie dać jakieś logiczne informacje na temat UFO – zakładając, że są one pojazdami kosmicznymi Obcych. Wynika to z kilku przesłanek, a mianowicie:
v    Obcy musieli się orientować, jaką ideologię reprezentowali sobą Niemcy z czasów III Rzeszy i trudno przypuścić, by się z nią zgadzali;
v    Trudno przypuścić, by znając możliwości techniczne i mentalne Ziemian Obcy nie zabezpieczyli się przed próbami spenetrowania ich sekretów technologicznych – w tym budowy Ich pojazdów latających, o systemach obronnych nie mówiąc, bo to jest oczywiste;
v    Zakładając, że mimo obydwu powyższych zastrzeżeń, Obcy zdecydowali się jednak na współpracę techniczną z Niemcami, to dlaczego nie zastosowano tych nowych technologii na szeroką skalę w toku działań II Wojny Światowej?
v    Dlaczego Obcy – wiedząc, że Ich technologiczne artefakty wpadły w ręce ludzi – nie odebrali im niebezpiecznych zabawek i pozwolili, by pozostały w ich rękach?

Niestety, wbrew większości ufologów jestem zdania, że wartość kontaktowców jako osobowych źródeł informacji jest równa zeru lub prawie zeru. Swego czasu doszedłem do wniosku – po przebadaniu kilkudziesięciu relacji kontaktowców na temat Obcych i tego, co Oni robią na Ziemi – że są oni albo celowo dezinformowali przez Obcych nadawców, albo ich mózgi choć czułe na przekazy od Obcych, nie są w stanie odbierać je prawidłowo, a jeżeli nawet, to nie potrafią ich należycie interpretować. Po prostu dlatego, że mózg ludzki w toku rozwoju cywilizacyjnego utracił zdolności do postrzegania pozazmysłowego – a tak naprawdę odbioru fal radiowych lub np. neutrin – i dlatego tylko nieliczni są w stanie je odbierać. Poza tym populacja ludzi zdolnych do ich odbioru została znacznie zredukowana w czasie szaleństwa terroru Świętej Inkwizycji i Kościoła katolickiego (oraz także kościołów protestanckich), dla których była to przesłanka kontaktów z Szatanem, a nie Obcym Rozumem – a nade wszystko doskonały pretekst do przejęcia ziemskich dóbr swych ofiar… Ta zbrodnia chrześcijaństwa najprawdopodobniej przekreśliła możliwość mentalnego Kontaktu z Nimi. I dlatego pojawiły się NOL-e.    

Obecnie wydaje mi się, że Gerd Burde wiedział coś więcej o przeznaczeniu tych wszystkich Vrili i Haunebu, kiedy w swym filmie sugerował, że Niemcy za wszelką cenę chcieli zbudować nie tyle dyskoplan, ile coś, co pozwoliłoby im na zmianę Rzeczywistości na korzyść – rzecz oczywista – III Rzeszy i jej Führera. Co to takiego było?

Odpowiedź nasuwa się sama – czasolot. I dlatego wreszcie staje się oczywistym, dlaczego niemieccy uczeni tak desperacko kopali się w historii ludów azjatyckich i bliskowschodnich. Poszukiwali oni różnych rodzajów broni, które Hitler mógłby rzucić przeciwko reszcie świata. To jest oczywiste. Ale to nie wszystko. Hitlerowscy uczeni poszukiwali także dowodów na to, że Niemcom udało się skonstruować pojazdy poruszające się w Czasie i przeniknąć do wcześniejszych cywilizacji w celu zmiany istniejącej Rzeczywistości. Gdyby te obłąkańcze rojenia się powiodły, to mogliby oni spowodować to, że np. bitwa pod Cedynią rozegrana pomiędzy wojami Mieszka I a knechtami margrabiego Hodona i Zygfryda von Walbecka, w dniu 24 czerwca 972 roku skończyłaby się porażką Polaków, a czego efektem byłaby totalna eksterminacja plemion polskich i rozrost Marchii Łużyckiej, a w dalszym ciągu wydarzeń ekspansję niemiecką na Wschodzie. I tak dalej, i temu podobnie. Cel jest jeden – hegemonia hitlerowskich Niemiec nad resztą świata.

Jest jeszcze jedna hipoteza, która przyszła mi do głowy, kiedy pisałem książkę „UFO i Czas”, a mianowicie – rację mają ci, którzy twierdzą, że Oni (kimkolwiek są) wystosowali do nas Bardzo Poważne Ostrzeżenie, a wrak tego (i innych) UFO i zwłoki „Kosmitów” stanowi jedynie jego element. Sens tej gry jest taki:

Ostrzegamy Was! Róbcie tak dalej, a będziecie wyglądali jak My: istoty o wysokim rozwoju technologicznym, ale skarlałe fizycznie i mentalnie! Czy chcecie tak żyć?…

Szczegóły w powołanej tu książce. Oczywiście mogę się mylić i chciałbym, by to była nieprawda, ale kiedy patrzę na to, co się dzieje wokół nas i do czego zmierzamy jako gatunek, to ogarnia mnie coraz silniejszy niepokój o losy naszego gatunku, który powoli ale bezlitośnie zmierza w kierunku totalnej degrengolady fizycznej i psychicznej. Gatunku, który bezpowrotnie zmienił już obraz naszej planety bezsensownie trwoniąc jej zasoby żywe i mineralne, skażając atmo- i hydrosferę wyziewami swej cywilizacji. I za to wszystko przyjdzie nam zapłacić… Już płacimy. Cena będzie bardzo wysoka – utrata człowieczeństwa.

I kto wie, czy Oni nie będą chcieli wrócić z powrotem do wieku niewinności, kiedy świat był jeszcze młody? Ta myśl wcale nie jest taka bezdennie głupia, jakby się to wydawało na pierwszy rzut oka. Niemcom nie wyszła budowa chronotraka czy chronołazu – wszak kryptonim budowy takiego dyskoidalnego urządzenia brzmiał „Chronos” czyli bóg Czasu. Czy jest to tylko przypadek? Nie ma przypadków. Niemcom się to nie udało, ale kto wie, czy nie udało się komuś po nich? Kontynuatorom po obu stronach Atlantyku?

I tutaj kolejna rzecz ciekawa – jak mało w piśmiennictwie popularno-naukowym pisze się o Czasie jako zjawisku fizycznym. Zjawisku, które należałoby zbadać. Podobnie było z rozszczepieniem atomu. Władze po prostu nałożyły czapę i knebel na informacje o tym zjawisku, a wszyscy pracowali nad nim w ultratajnych laboratoriach. Dopiero od kilku tygodni pisze się więcej o chronomocji w kontekście badań nad neutrinami przeprowadzonymi w CERN przez włoskich uczonych, którym wyszło, że neutrina potrafią poruszać się z prędkością –

v > c

- co jest niemożliwe z punktu widzenia OTW i STW Alberta Einsteina. Neutrina lecące z Abruzji do CERN pokonywały 730 km w czasie o 60 ±10 ns krótszym od czasu przelotu promienia świetlnego. Niby niewiele, ale wystarczająco, by zatrząść całym gmachem współczesnej fizyki relatywistycznej. Podróże w Czasie staną się faktem. Nie wiem kiedy, ale jestem pewien, że do tego dojdzie i że to będzie jednocześnie wyjaśnieniem tajemnicy UFO.

Jordanów, 2011-10-29          

sobota, 29 października 2011

ŚLAD NIEBIAŃSKIEGO PRZYBYSZA



Dimitrij Pisarenko


Rok temu wszystkie agencje prasowe podały elektryzującą informację: Zagadkowe ciało kosmiczne powaliło 100 km2 lasu w syberyjskiej tajdze. Poniższy artykuł pochodzi z gazety „Argumenty i fakty” nr 32/2003.

Oczywiście została natychmiast zawiązana ekspedycja Towarzystwa Naukowo-Badawczego „Kosmopoisk”[1], która przeszukała miejsce spadku Meteorytu Witimskiego, który spadł na Ziemię we wrześniu 2002 roku. Uczeni twierdzą, że jest im jasna natura i pochodzenie tego zagadkowego ciała kosmicznego. Przypominamy, że kosmiczny pocisk eksplodował w tajdze pod Irkuckiem, w nocy 24/25 września 2002 roku. Po tym incydencie, w ciągu kilku dni miejscowi mieszkańcy  obserwowali na niebie dziwne świecenie, cierpieli na bóle głowy i kichanie. Niektórzy z nich pośpieszyli się z zawiadomieniem mediów, że w tajdze rozbił się UFO.

- We wskazanym punkcie las okazał się czystym – mówi szef „Kosmopiska” Wadim Czernobrow. – Zrobiwszy standardowe badania i obliczenia, postanowiliśmy udać się na południowy-wschód i po kilku dniach zobaczyliśmy pierwsze złamane drzewa. Wkrótce badacze zobaczyli następujący obraz – na obszarze o powierzchni około 100 km2 leżały drzewa opalone ogniem i powyrywane z korzeniami. Na koniec znaleźli oni około 20 niewielkich kraterów. Niektóre z nich mierzyły 20 m średnicy.

- To dało nam możliwość założyć, że ciało to rozpadło się w atmosferze na wiele odłamków. Wybuch miał miejsce na wysokości około 5 km, przy czym nad tym spokojnym krajobrazem doszło do efektu kumulacyjnego eksplozji – mówi Czernobrow - epicentrum eksplozji okazało się być nad ziemią. Sądziliśmy początkowo, że ów tajemniczy bolid nie był meteorytem, ale kometą. Świadczy o tym cały szereg poszlak, a w pierwszym rzędzie – promieniowanie. W czasie spadków meteorytów, poziom promieniowania radioaktywnego tła Ziemi nie podnosi się. Natomiast w opisywanym przypadku, radioaktywność wzrosła dwukrotnie!

Ekspedycja „Kosmopoiska” przywiozła do Moskwy próbki kometarnej materii – w gałęziach drzew znaleźli oni jednorodne krople szkliwa, odłamki i pyły, w kraterach znaleziono kry lodowe z anormalnie podwyższoną zawartością radioaktywnego izotopu wodoru – 3H - trytu (T).

- Tryt spotyka się w Przyrodzie, ale jego koncentracja jest zazwyczaj setki razy mniejsza. Taką koncentrację tego izotopu można napotkać tylko w okolicach elektrowni atomowych – mówi pracownik naukowy Instytutu Fizyki Rosyjskiej AN dr Rusłan Sarimow. – We wziętych stamtąd próbkach wody znaleźliśmy kobalt (Co) i selen (Se) – pierwiastki, które w warunkach ziemskich szybko rozpadają się. A zatem, spadłe ciało kosmiczne nasiąkało pierwiastkami radioaktywnymi w czasie podróży przez kosmiczne przestrzenie.

Badacze wspominają, że roztopiony śnieg, którego oni używali do picia i przyrządzania jedzenia, miał gorzki smak. Wadim Czernobrow uściśla: po spadku Meteorytu Tunguskiego w czerwcu 1908 roku, zamieszkujący tajgę Ewenkowie twierdzili, że śnieg miał gorzki smak. Uczeni nie zwrócili wtedy uwagi na to spostrzeżenie.

Według opowiadania Czernobrowa, miejsce epicentrum eksplozji pozostawia przygniatające wrażenie i ponure wspomnienia. Z tego miejsca uciekły zwierzęta, nie ma nawet kleszczy i komarów! – tego przekleństwa syberyjskich lasów i mokradeł.

- To martwa strefa. Przy tym nie bardzo wiadomo, dlaczego niektóre drzewa są spalone, zaś niektóre stoją całe i nienaruszone – opowiada jeszcze jeden uczestnik ekspedycji, geolog dr Aleksandr Solenyj. – Zdarzały się także zupełnie anormalne rzeczy – np. dziwne gubienie się czasu. Zostawiliśmy na drzewie plecak, żeby obejrzeć i opisać miejsce postoju, a potem go zabraliśmy. W tym czasie, kiedy plecaka na drzewie już nie było, druga grupa naszej ekspedycji nie wiedzieć dlaczego, go tam widziała...!

A tak w ogóle, to Irkutskaja Obłast’ jest słynna ze swych anomalii. Naoczni świadkowie opowiadają, że to właśnie tutaj często obserwuje się chronomiraże – na niebie pojawiają się cudowne miasta, zaś na wiejskich drogach pojawiają się karety i powozy z XIX wieku. Wielokrotnie spotyka się relacje o obserwacjach UFO i piorunów kulistych. I na dodatek teraz Witimskij Fenomen – nie zjawisko anomalne, ale bezsporny fakt naukowy, przy badaniach którego nie postawiono jeszcze kropki nad i. Uczeni wyliczają na podstawie zniszczeń lasów, że moc tego wybuchu równała się mocy eksplozji lotniczej bomby wodorowej o mocy 1 Mt TNT.

- Gdyby coś takiego spadło na centrum Moskwy, to do obwodnicy Sadowoje Kolco byłaby kompletna pustynia, a poza nią – ruiny – twierdzi Wadim Czornobrow.

 

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©












CDN.

[1] Dosł. „Kosmiczne poszukiwania”.

piątek, 28 października 2011

Asteroid-morderca i wirusy



 Z archiwum CBUFOiZA:

Przeczytałem z zainteresowaniem artykuł Pana Krzysztofa Wojtasińskiego na temat prehistorycznych gigantów, zamieszczony w „EKO Świecie” nr 11/2000. Rzeczywiście - dinozaury w pełni zasługują na miano największych istot żywych, które istniały na Ziemi - oczywiście poza płetwalami błękitnymi z ich masą 135 ton kości, mięsa i tłuszczu. Seismosaurusy, Supersaurusy czy nawet Ultrasaurusy nie są potworami z baśni czy legend - one istniały i ten pochód kolosów pod koniec Kredy wydawał się nie mieć końca. A jednak około 65 milionów lat (MA) temu, na granicy Kredy i Paleogenu - K/Pg, na naszej planecie doszło do jakiegoś wydarzenia, które przerwało ten obłędny wyścig ku rekordom masy ciała monstrualnych gadów, które już na początku Triasu - w Dolnym Triasie - T1 - nie dały szansy do dojścia do głosu prymitywnym ssakom, które zostały zepchnięte na margines ewolucyjnej ruletki na dalsze 155 MA...

    Powszechnie - od końca lat 70. XX wieku - uważa się, że zaurocyd - czyli masowe wymarcie gadów mezozoicznych, został spowodowany katastrofą ekologiczną wskutek uderzenia w Ziemię ogromnego meteorytu czy nawet asteroidy o masie kilku milionów ton, a który to impakt wydarzył się w okolicach północnego Jukatany - tam, gdzie dzisiaj straszy poimpaktowy krater Chicxulub o średnicy niemal 300 km. Myśl ta przez długi okres czasu torowała sobie drogę i jej twórca - prof. Walter Alvarez musiał znieść wiele upokorzeń, zanim świat naukowy zrozumiał, że ma on rację. Dziś teoria poimpaktowego wymierania dinozaurów jest powszechnie uznana i stanowi jedyne wyjaśnienie Epizodu Drugiego czy Epizodu K/Pg, ale czy słusznie?

    Oczywiście - potężny cios, jaki zadał asteroid-morderca - zabił swe ofiary przy pomocy fali uderzeniowej, zmianami temperatury (najpierw żarem wyzwolonym w czasie impaktu, a potem zimnem zimy poimpaktowej), głodem (wzbite gigantyczną eksplozją masy pyłu zablokowały dostęp roślin do światła słonecznego i tym samym przestały one produkować biomasę dla dinozaurów w procesie fotosyntezy) i wszelkimi innymi dopustami Bożymi. Ale czy na pewno?

    Nie, nie na pewno, boż kości dinozaurów mezozoicznych znajdywano jeszcze w skałach kenozoicznych - powyżej granicy K/Pg - w warstwach paleoceńskich pięter Dan i Mont a nawet Tanet i Sparnak - czyli 65 - 55 MA temu. I co ciekawe - wraz ze śladami sfosylizowanych kości dinozaurów i pierwotnych ssaków, uczonym udało się znaleźć ślady... ludzkich stóp! Ja nie żartuję! Ślady takie odkryto tuż za naszymi południowymi granicami - w okolicach słowackiego miasta Martin, a odkrył je słowacki muzealnik dr Miloš Jesenský. Oznaczałoby to, że 55 MA temu ludzie koegzystowali z dinozaurami na brzegach Oceanu Tetydy i patrzyli na wypiętrzające się płaszczowiny Pratatr i stopniowe cofanie się Oceanu Tetys...

Oczywiście odkrycie to przeszło bez echa, bo żaden szanujący się paleontolog nie uwierzy w to, że dinozaury przebyły bezkarnie granicę pięter Maastrycht/Dan. A jednak przebyły - choć nie wszystkie, bo stutonowe Sejsmozaury i Superzaury oraz Ultrazaury były przystosowane do łagodnego klimatu Górnej Kredy, ergo nie mogły one przeżyć impaktu i wszystkich jego konsekwencji, ale przeżyły go np. krokodyle! - które są archozaurami, a więc dinozaurami w pełnym tego słowa znaczeniu! Podejrzewam, że czynnikiem, który umożliwił im przeżycie była stosunkowo mała masa ciała i wolna przemiana materii. Ciepłokrwiste - z konieczności - dinozaury naczelne musiały jeść często i wiele, by utrzymać stałą temperaturę ciała jak ssaki i ptaki - które w prostej linii wywodzą się z ornitopodów - a zatem też dinozaurów! Tak zatem wyginęły tylko i wyłącznie olbrzymy - zauropody. Pozostały mniejsze i bardziej przystosowane do zmiennych warunków dinozaury zmienno cieplne i być może stałocieplne drobniejsze i najinteligentniejsze drapieżniki w rodzaju Troodona, Oviraptora czy znanego z Parku Jurajskiego Michaela Crightona - wyjątkowo niebezpiecznego i groźnego drapieżcy - Velociraptora. Kanadyjski uczony prof. Dale Russell podejrzewa nawet, że któryś z tych drapieżników dał początek rozumnemu potomkowi dinozaurów - Dinozauroidowi. Jego istnienia jeszcze nie udowodniono, ale... Obawiam się, że to tylko kwestia czasu i solidności poszukiwań oraz uczciwości badawczej i odwagi uczonych...

    U końca Kredy dinozaury przechodziły poważne przemiany, które nazwałbym przemianami jakościowymi. Ewolucja gadów poszła w kierunku wytworzenia form o mniejszej masie ciała, ale za to inteligentniejszych drapieżców lub wszystkożernych - podobnie jak ludzie, którym wszystkożerność umożliwiła przetrwanie nawet w skrajnych warunkach egzystencji. Impakt był jedynie coup de grace zadanym olbrzymim zauropodom i ich gigantycznym prześladowcom w rodzaju Tyranosaurusa rexa. Ogromne rozmiary i masa ciała stała się ich gwoździem do trumny. Poimpaktowa zima pozwoliła przeżyć mniejszym dinozaurom, które nie miały wielkich wymagań pokarmowych, bo pożerały wszystko, co im trafiło przed paszczę. Poza tym obszary biegunowe zamieszkiwały niewielkie dinozaurki o rozmiarach 1 - 3 m długości, które były przystosowane do surowych warunków poimpaktowej zimy. Dzięki temu dinozaury przetrwały następne 10 mln lat i dopiero burzliwy rozwój ssaków - które objęły schedę po gigantach i same zaczęły tyć - że wspomnę ogromne trzeciorzędowe szczerbaki Megatherium, Mylodon i inne potężne zwierzęta w tym mamuty - definitywnie zepchnął je do grobu.
  
 Istnieje możliwość, że zagłada przyszła z Kosmosu, ale nie wskutek poimpaktowego kataklizmu - owszem, meteoryt spadł, ale nie przetrzebił zbytnio populacji dinozaurów - a cichcem, boczkiem, cichutko, ale śmiertelnie. Koniec był, jak mawiają Anglicy - SBD - co się wykłada: silent but deadly... Co to było takiego? Kosmiczne drobnoustroje.

    To one spadły wraz z asteroidą i to one dopełniły dzieła zniszczenia. Impakt tylko osłabił dinozaury i wszystkie wysoko rozwinięte zwierzęta na Ziemi. Najprymitywniejsze formy życia, jakimi są wirusy i priony wykończyły osłabione efektami impaktu dinozaury. Nie trwało to zbyt szybko - systemy immunologiczne dinozaurów nie były w stanie podołać zagrożeniom ze strony środowiska i inwazja kosmicznych najeźdźców musiała się skończyć tylko w jeden sposób. To wyjaśnia, dlaczego niektóre dinozaury nie wymarły na granicy K/Pg, a przeżyły do końca Paleocenu, a hatterie i krokodyle do dziś dnia.




    Znaleziska na Antarktydzie dowodzą tego, że na Marsie istniały (a może jeszcze istnieją) jakieś drobnoustroje. Meteoryt ALH-84001 zawiera coś, co uczeni bardzo ostrożnie nazwali "elementami zorganizowanymi"... - a mnie przypomina przede wszystkim znanego i wyjątkowo morderczego wirusa gorączki krwotocznej Ebola! Proszę spojrzeć na załączone zdjęcia "elementu zorganizowanego" z meteorytu ALH-84001 (ryc. 1) i wirusa Ebola-Kenia (ryc. 2 i 3), a podobieństwo rzuci się natychmiast w oczy... Wygląda zatem na to, że klęskę dinozaurów spowodowały jakieś wirusy czy inne drobnoustroje, które spadły wraz z morderczym asteroidem 65 mln lat temu.

    Nie tylko "elementy zorganizowane" znaleziono w porach meteorytu ALH-84001, a także odkryto je w próbkach... księżycowego gruntu! To m.in. dlatego astronauci przebyli długą kwarantannę po powrocie z Księżyca. Wszak po trzech latach przebywania w warunkach wysokiej próżni, pełnego diapazonu promieniowań słonecznych i kosmicznych oraz gradientu temperatur rzędu 220°C, na Księżycu znaleziono żywą ziemską bakterię!

    Czego to dowodzi?

    Dowodzi to tego, że przynajmniej niektóre ziemskie choroby mają kosmiczne pochodzenie - ot, choćby nasz zwyczajny katar czy grypa! Kichnięcie jest dowodem wprost, na poparcie powyższej tezy! Takie choroby wirusowe, jak AIDS, Ebola, Lassa czy wścieklizny końskie EEE, VEE czy WEE, i im podobne dopusty Boże mogły spaść z Kosmosu i teraz zbierają obfite żniwo wśród ludności krajów Afryki i Ameryki Południowej, której poziom higieny jest bardzo niski. Mapka z ryc. 4 ukazuje rozprzestrzenianie się wirusów HIV i Ebola w Afryce. Odpowiedzialny za ich pojawienie się na świecie meteoryt spadł tam, gdzie dzisiaj znajduje się jezioro Wiktorii - i to właśnie tam - na wyspach Sese stwierdzono ognisko wirusa HIV odpowiedzialnego za AIDS - punkt 1 na mapce. Natomiast w niedalekim sąsiedztwie jeziora Wiktorii znajduje się góra Mt. Elgon i Grota Kitum - to właśnie tam zerowy pacjent wirusa Ebola Kenia zaraził się nim z niewiadomego źródła - punkt 2. Dzięki straszliwej letalności - wynoszącej 0,9 - wirus Ebola nie rozprzestrzenia się tak szybko, jak HIV - którego letalność wynosi wprawdzie 1,0 - ale za to zabija wolniej - po 10 latach, zaś Ebola już po 7-10 dniach! Problem polega na tym, że w ciągu tych 7-10 dni zarażony jest w stanie przenieść wirusa w każdy dowolny punkt zamieszkałego świata! Na tym polega cała groza sytuacji...

A i u nas - w sprzyjających warunkach klimatycznych narastającego efektu cieplarnianego - istnieje realna możliwość wybuchu epidemii jakiejś choroby tropikalnej, zawleczonej do nas z Azji czy Afryki przez nielegalnych imigrantów, dlatego też uważam za stosowne jak najprędzej powołać polski odpowiednik amerykańskiej CDC - Center for Disease Control, czyli Centrum ds. Kontroli Chorób, które zajęłoby się wszystkimi osobami napływającymi nielegalnie i legalnie zza granicy ze stref biedy i wojen, katastrof ekologicznych i innych, co do których zachodzi podejrzenie, że są one nosicielami jakichś szczególnie niebezpiecznych (dla nas) infekcji, na które Europejczycy nie są uodpornieni. Przypadki w rodzaju Eboli Marburg czy wrocławskiej czarnej ospy, a nade wszystko inwazja wirusa HIV-1 i HIV-2, dają wiele do myślenia.

    Są w Polsce tacy politycy, którzy po przeczytaniu tego tekstu zaprotestują, żem rasista i ksenofob. OK., niech i tak będzie. Nie wiem, jak oni, ale ja nie mam zamiaru dzielić losu dinozaurów. I moi najbliżsi też nie. Ewolucja to nie igraszka, a Kosmos to nie idylla - i w każdej chwili może z niego przyjść nieoczekiwane zagrożenie, a wtedy znany nam świat się skończy jak w poemacie Th. S. Eliota - "...nie z hukiem, ale ze skowytem..."

* * *

Słowa te napisałem 11 lat temu. Na szczęście te ponure prognozy się nie sprawdziły. Jeszcze nie i oby nie. Ostatnio w różnych stacjach TV, szczególnie na kanałach edukacyjnych pojawiają się filmy traktujące o końcu świata, w których wskazuje się na 5 kataklizmów, które są w stanie poważnie zaszkodzić naszemu gatunkowi i zniszczyć cywilizację, są to:

v    Wybuch superwulkanu Yellowstone;
v    Spadek asteroidy albo dużego meteorytu;
v    Mega-tsunami spowodowane osunięciem się części wyspy La Palma de Canaria do Atlantyku;
v    Mega-trzęsienie ziemi w Ognistym Pierścieniu Pacyfiku i w Appalachach;
v    Uderzenie w Ziemię wiązki silnego promieniowania kosmicznego lub gamma (γ) powstałego wskutek bliskiego wybuchu Supernowej.

No i do tego należy dorzucić także jeszcze jedno zagrożenie związane z asteroidami, meteorami i kometami – właśnie…

v    …zawleczenie na Ziemię drobnoustrojów z Kosmosu.

Swoją drogą wszystkie te wyżej wymienione super-kataklizmy w pojedynkę są groźne, ale nie przedstawiają śmiertelnego zagrożenia dla życia na Ziemi. Jak dotąd życie przetrwało wszystkie rodzaje kataklizmów, więc grozi nam tylko upadek cywilizacji. To jest dobra wiadomość.

Zła wiadomość jest taka, że grozi nam w tej chwili co najmniej cztery z tych zagrożeń w masie, a ich synergiczne działanie może powtórzyć Epizody Wielkich Wymierań O/S (438 MA temu), P/T (245-250 MA) czy K/Pg (64,8 MA) i to ze zwielokrotnionym skutkiem, który mógłby powtórzyć z naszą planetą to, co stało się w Kriogenie (850-630 MA) – kiedy to Ziemią całkowicie zawładnęły lody, a życie przetrwało jedynie w najprymitywniejszej formie w największych głębiach oceanicznych czy najgłębszych jaskiniach, gdzie energii dostarczało mu tylko wnętrze naszej planety. I tego obawiałbym się najbardziej…

I jeszcze jedno. Zastanawia mnie fakt cykliczności glacjałów i interglacjałów. Czy może być tak, że działalność istot rozumnych na naszej planecie doprowadza w rezultacie do zlodowaceń, które stanowią kres poprzednich cywilizacji i otwierają drogę do istnienia kolejnych w następnych interglacjałach? W takim ujęciu my sami żyjemy w interglacjale, a to, co bierzemy za efekt cieplarniany jest jedynie naturalnym ociepleniem, które skończy się kolejną inwazją lodów za parę tysięcy lat… Hipoteza kusząca, ale… - ale jak dotąd nie znaleziono śladów po poprzednich cywilizacjach – nie licząc tych, o których już tu pisałem, a które mogą pochodzić od Wędrowców w Czasie penetrujących dawne krajobrazy.

Ale to już inna ballada…      

czwartek, 27 października 2011

CZY ISTNIEJE GIGANTYCZNY REKIN?



Maria Buuk


Znany amerykański paleontolog Richard Ravelli opublikował niedawno książkę, w której przedstawia swe niekonwencjonalne poglądy naukowe. Według punktu widzenia autora, wiele zwierząt – uważanych za dawno wymarłe – zamieszkują do dziś dnia naszą planetę. Prawdą jest, ze dzięki ekspansji człowieka, niektórym gatunkom zwierząt przyszło zaszyć się w zapadłe kąty naszej planety – w gęstwinę nieprzebytych lasów, na niezamieszkałe wyspy oraz w głębiny Wszechoceanu. A oto, co pisze się na ten temat w Rosji – na łamach „Kalejdoskopu NLO” nr 9(327)/2004 z dnia 23 lutego 2004 roku.

Groza Wszechoceanu.

Jeden z rozdziałów książki jest poświęcony gigantycznemu rekinowi – Carcharodon megalodon. Paleontolodzy często znajdują w morskich osadach skamieniałe zęby megalodonów o długości około 10 cm. Setki takich zębów znajduje się w muzeach zoologicznych i paleozoologicznych świata. Ta ryba jest podobna do swego młodszego kuzyna – wielkiego białego rekina – Carharodon carcharias.[1] Rozmiarami jest on równy kaszalotowi – Physeter catodon,[2] megalodon był największym morskim drapieżnikiem, jaki żył na Ziemi, włączając w to dinozaury.

Rozmiary największych z istniejących 250 gatunków rekinów nie przekraczają 12 metrów. Gigantyczny megalodon mógł dorastać do 30 m długości i mógłby śmiało połknąć niewielki samochód osobowy. Czy zatem być może, że to cudo Przyrody znajduje się gdzieś we Wszechoceanie?

Szacuje się, że ten potwór morski żył 50 mln lat temu, w środku Trzeciorzędu.[3] Oceanolog Richard Ellis specjalista od rekinów sądzi, że megalodony wymarły, ale to zdarzyło się „całkiem niedawno”, około 10.000 lat temu.[4] Ravelli idzie dalej twierdząc, że jeszcze na początku XX wieku megalodony można było spotkać we Wszechoceanie i – co jest wiarygodne – pływa on w głębinach do dnia dzisiejszego.[5]

Relacje naocznych świadków.

Richard Ravelli przytacza w swej książce relację marynarza wachtowego z niedużego statku, który w roku 1999 odbywał rejs z Kanady do Wielkiej Brytanii. Marynarz ów zauważył na kursie ogromną płetwę, która kształtem przypominał płetwę grzbietową rekina. Potwór zbliżył się do statku i popłynął równoległym doń kursem. Płetwa ta wznosiła się nad wodę co najmniej na metr, a woda wokół niej pieniła się. Do tego słyszalny był dziwny dźwięk, jakby świst. Całe wydarzenie trwało jakieś 10 minut. potem płetwa znikła, jakby rekin zapadł się w głębinę. Wszystko to zaszło wczesnym rankiem, kiedy to Atlantyk był spowity w nieprzeniknione kłęby mgły, dlatego też nikt, poza wachtowym, nie zauważył ogromnej płetwy rekina...

W roku 1963, w Australii wydano książkę Davida Steada pt. „Rekiny i raje australijskich mórz”, w której odnotowano opowieść o pojawieniu się niezwykłego potwora morskiego u brzegów tego kontynentu w 1918 roku. W tym czasie, rybacy z nadbrzeżnego miasteczka Port-Stevens w ciągu kilku dni odmawiali wyjścia w morze w okolicach wyspy Broughton, gdzie odławiano dużą ilość wspaniałych i smakowitych langust. Napotkawszy tam kolosalnej wielkości rekina, Australijczycy byli potężnie wystraszeni i zrezygnowali z dobrego zarobku.

Stead rozmawiał z tymi rybakami. Dwóch naocznych świadków stwierdziło, że rekin miał długość co najmniej 19 metrów, zaś pozostali twierdzili, że 13. Kiedy drapieżnik się pojawił, to woda wokół kipiała i słychać było dziwny świst. Należy tutaj dodać, że ci Australijczycy mieli ogromne doświadczenie, nie bali się wychodzić w morze w każdą pogodę, nieraz spotykali się z rekinami i wielorybami, i mieli reputację twardych facetów. Byli oni całkowicie przekonani, co do tego, że widzieli właśnie rekina, a nie np. wieloryba czy innego mieszkańca morskich wód. Wszyscy świadkowie potwierdzili to, że rekin był biały i miał łeb wielkości barkasu...

Stead uwierzył rybakom bez zastrzeżeń. O prawdziwości ich relacji świadczy chociażby fakt, że przez kilka dni nie wychodzili w morze, co spowodowało znaczne straty finansowe w ich, niewielkich przecież, budżetach domowych. Starsi mieszkańcy tego miasteczka twierdzili, że ogromny biały rekin pływała tam jeszcze pod koniec XIX wieku. W roku 1899 pojawiła się nawet o nim wzmianka w miejscowej gazecie!

Gigantyczne zęby na dnie oceanu...

W roku 1989, producent Mikel Bright wypuścił dokumentalny film pt. „Morskie giganty”. Włączono doń kadry, które zostały nakręcone przez amerykańską ekspedycję oceanograficzną w 1988 roku. I tak w Pacyfiku, na dużej głębokości znaleziono dwa zęby: jeden o długości 10 cm był całkiem „świeży” i jego wiek wynosił 2-4 tys. lat, zaś drugi o długości 11 cm miał około 11.000 lat. Wiek określono metodą pomiarów radionuklidu 14C. Znaleziska bardzo przypominają zęby megalodonów.

W tym filmie jest jeszcze jeden ciekawy epizod. Niejaki Rhett Chandler, właściciel niewielkiego jachtu, opowiedział przed kamerą o swym spotkaniu w roku 1982 z gigantycznym rekinem. To wydarzenie miało miejsce u brzegów Kalifornii. Potwór zerwał linę kotwiczną i pływał krążąc wokół jachtu, podnosząc falę. Ogromna ryba miała jednoznacznie wrogie zamiary. Tylko duża pływalność jachtu uratowała go przed zatonięciem. Rekin krążył wokół niego przez godzinę, a potem odpłynął. Chandler oświadczył, że potwór otwierał paszczę demonstrując ogromne zęby. Kiedy świadkowi pokazano skamieniałe zęby megalodona, on powiedział to, co wtedy zauważył – straszydło atakujące jacht miało dokładnie takie same zęby zarówno w rozmiarach jak i w formie!

...i w filmie.

I tak – jak widać – słynny thriller Stephena Kinga „Szczęki”[6] i nakręcony potem według niego film pod tym samym tytułem[7] miał swoją realną podstawę. Tylko że megalodon, który jest prototypem wymyślonego przez pisarzy ogromnego żarłacza, nie szuka towarzystwa ludzi, a wręcz odwrotnie – skrywa się w głębinach Wszechoceanu. Według Ravelliego, jest to żyjące zwierzę reliktowe i w przeciwieństwie do swych pobratymców, może żyć na wielkich głębokościach. To właśnie uratowało ogromną rybę od wymarcia. Megalodon żywi się bowiem – jak wszystkie rekiny – przede wszystkim mniejszymi zwierzętami zamieszkującymi ocean...

Przekład z j. rosyjskiego i przypisy –
Robert K. Leśniakiewicz ©



[1] Żarłacz ludojad, żarłacz biały, rekin ludojad – osiąga 11-12 m długości i 7 ton masy ciała. Żyje w wodach stref tropikalnej, subtropikalnej i umiarkowanej. Jest to gatunek zagrożony wymarciem i wpisany na rejestr Czerwonej Księgi IUCN.
[2] Długość ciała do 20 m, masa do 50 ton.
[3] W środkowym Eocenie.
[4] Na granicy Pleistocenu i Holocenu.
[5] O megalodonach we współczesnym Wszechoceanie traktuje powieść amerykańskiego pisarza i oceanologa Steve’a Altena pt. „Meg – potwór z głębin” (Warszawa 2000) oraz artykuł Tadeusza Oszubskiego na łamach „Nieznanego Świata” nr 4/2002.
[6] „Szczęki” („Jaws”) napisał Peter Benchley w 1974 roku.
[7] W reżyserii Stevena Spielberga w 1975 roku. 

środa, 26 października 2011

Satelita Rosat spadł na ziemię


Tydzień temu media podały następującą informację:

Niedziela, 23 Październik 2011

Satelita wielkości ciężarówki spadł w niedzielę rano na Ziemię. Nieczynny już niemiecki satelita badawczy ROSAT służył m. in. do obserwacji czarnych dziur i gwiazd neutronowych.

Na razie nie wiadomo gdzie spadł ROSAT. Według wstępnych danych satelita nie powinien spaść w Europie, Afryce i Australii.

Większość satelity wielkości małej półciężarówki powinna spalić się w gęstszych warstwach atmosfery, ale kilkadziesiąt fragmentów o masie ok. 1,87 tony może spaść na powierzchnię Ziemi. W momencie uderzenia ich szybkość wyniesie ok. 450 km/godz - informuje portal tvp.info.

ROSAT został zbudowany i umieszczony na orbicie dzięki współpracy Niemiec, Stanów Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Na pokładzie tego satelity umieszczono teleskop rentgenowski, którego średnica wynosi 83 cm oraz kilka detektorów promieniowania X. Pierwotnie zakładano, że czas pracy satelity będzie wynosił około 2,5 roku. Jednak później
zdecydowano się ten czas wydłużyć. Dzięki pracy tych urządzeń odkryto między innymi, że promieniowani rentgenowskie jest emitowane także przez komety.

Kilka tygodni temu na Ziemię spadał amerykański satelita UARS. Satelita ważący 6,3 tony spadł do oceanu i nie wyrządził żadnych szkód.

Źródło: tvp.info, wikipedia.org

I jeszcze jeden news:

Pędzący satelita spadł na Ziemię. Gdzie runął?

PG / CNN
Nieczynny niemiecki satelita wszedł w atmosferę Ziemi - poinformowało rano Niemieckie Centrum Aeronautyki. - Nie ma jeszcze potwierdzenia czy jego szczątki dotarły do powierzchni Ziemi - podano. Większość satelity spaliła się w gęstszych warstwach atmosfery, ale około 30 fragmentów - ważących prawie dwie tony - mogło spaść na ziemię lub do wody.

- Według posiadanych przez nas danych, nie powinien spaść w Europie, Afryce czy Australii - mówił wcześniej rzecznik Centrum Andreas Schuetz. Naukowcy nie wiedzą jednak, gdzie satelita wszedł do atmosfery. Nie wiadomo także czy ktokolwiek ucierpiał, choć sami naukowcy zaznaczają, że jest to mało prawdopodobne.

Fragmenty, lecące w kierunku naszej planety z prędkością 28 tysięcy kilometrów na godzinę, mogły runąć na Ziemię w pasie około 80 kilometrów.

Wystrzelony w 1990 r. satelita ROSAT, poza obserwacją czarnych dziur i gwiazd neutronowych, wykonał pierwsze kompleksowe poszukiwania źródeł promieniowania rentgenowskiego we Wszechświecie. (Onet.pl)

* * *

No i super. Już kolejny satelita spada na Ziemię i to nie wiedzieć, gdzie. Najgorsze jest to, że do końca nie da się przewidzieć miejsca jego spadku, a co za tym idzie – nie można przeprowadzić ewakuacji ludności czy prób rozwalenia co większych odłamków lecących ku powierzchni Ziemi i zagrażających jej mieszkańcom.

Jak już niejednokrotnie pisałem na tym blogu i w moich pracach – mamy tutaj do czynienia z nieodpowiedzialnością człowieka. ROSAT nie miał na pokładzie urządzeń jądrowych, ale tak czy owak jego spadek stwarzał pokreślone zagrożenie dla pojazdów latających w atmosferze Ziemi. Trafienie samolotu płonącym odłamkiem satelity acz mało prawdopodobne, może się jednak zdarzyć, jak każde wydarzenie którego prawdopodobieństwo jest wyższe od zera… I kto wie, czy niektóre tajemnicze katastrofy lotnicze nie zostały spowodowane przez szczątki satelitów czy choćby meteoryty? To akurat jest możliwe. Proszę nie zapominać, że mamy do czynienia nie tylko z satelitami cywilnymi i zarejestrowanymi, ale nade wszystko z satelitami wojskowymi, szpiegowskimi, ostrzegawczymi i rozpoznawczymi, które są poza jakąkolwiek rejestracją i latają poza wszelkimi rozkładami. I te są najbardziej niebezpieczne choćby dlatego, że nie wiadomo co mogą mieć na pokładzie…

Do tego tematu jeszcze wrócimy w kontekście katastrof lotniczych w latach 90. XX wieku i rzadkich zjawisk meteorologicznych.