czwartek, 29 września 2011

PRAWDZIWE POCZĄTKI ZIMNEJ WOJNY (3)


 Margerita Konienkowa-Woroncowa (pierwsza z lewej) w najbliższym otoczeniu Alberta Einsteina

 Ursula Kuczinski vel Sonia...
 ... i jej autobiografia
 Sonja jako Ruth Werner
Robert "Oppie" Oppenheimer - główny cel działań radzieckich specsłużb

O tym, jak stalinowskie przyjaciółki kierownictwa „Projektu Manhattan” ukradły Amerykanom bombę atomową…

Dimitrij Grigoriew

Moskwa, rok 1980. Trwa słynna moskiewska Olimpiada, ulice stolicy wypełnia uśmiech i radość. Przy dźwiękach znanej melodii podnosi się i ulatuje w historię Olimpijski Miszka, u tysięcy ludzi zebranych na stadionie pojawiają się łzy w oczach.

Dziewczyna z NKWD/NKGB

I nikt z nich nie wiedział, że w te właśnie dni, w samym centrum Moskwy umierała w samotności kobieta, która stała się legendą radzieckiego wywiadu – Margarita Konienkowa-Woroncowa. Przeżyła ona wszystkich: swego ukochanego męża – znanego radzieckiego rzeźbiarza Siergieja Konienkowa, swego bliskiego przyjaciela i kochanka – prof. Alberta Einsteina, przyjaciela rodziny i „ojca bomby atomowej” – dr Roberta „Oppie” Oppenheimera, przeżyła swoich przyjaciół: śpiewaka Fiodora Szalapina, poetę Siergieja Jesienina i wielu, wielu innych.

Przeżyła zaś tylko po to, by będąc już starą i zniedołężniałą pozostać sam na sam z ociężałą umysłowo pomocą domową, która przez cały czas okradała swoją gospodynię i w końcu otrzymała sposobność „odprowadzić duszeńkę”. Karmiła chorą Margaritę sałatą z czarnym chlebem, paliła jej przed oczami papiery, nie dawała papierosów i zagnała ją do grobu morząc głodem.

Półlegalny agent

Margarita Konienkowa – była jedną z tych agentek radzieckiego wywiadu, dzięki którym w 1949 roku ZSRR zdetonował swoją własną bombę atomową i tym samym zapobiegł nadchodzącą katastrofę nuklearną. W tym czasie USA, które posiadały broń jądrową od 1945 roku, rozpracowywały tematykę uderzenia nuklearnego na Związek Radziecki, w odpowiedzi na radziecką blokadę Berlina i uczestnictwo w zaczynającej się właśnie bratobójczej wojnie pomiędzy Północną a Południową Koreą. I tylko próbny wybuch naszej bomby atomowej przeprowadzony na poligonie w Semipałatyńsku, w dniu 29 sierpnia 1949 roku, stanowił kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy Amerykanów. Było to także zasługą Margarity Konienkowej.

 Interesujące jest to, że oficjalne struktury rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego odrzucały i do dziś dnia odrzucają fakt, że Margarita Konienkowa była agentką tej organizacji. Ale z tym oficjalnym zdaniem wywiadu nie zgadza się as radzieckiego wywiadu, były naczelnik Czwartej Dyrekcji NKWD/NKGB (dywersja i rozpoznanie), gen.-por. Paweł Sudopłatow.[1] W jednej ze swych książek[2] twierdzi on wprost, że Margarita Konienkowa była kadrowym pracownikiem radzieckiego wywiadu i dzięki niej nasz wywiad miał wpływ na Roberta Oppenheimera i Alberta Einsteina.[3] Według słów samego Sudopłatowa, Margarita potrafiła zwerbować „ojca bomby atomowej” do swojego centrum specjalistów, których nasi agenci mieli zwerbować lub już zwerbowali.

Tak zatem sądzę, że dowodów na pracę Margarity Konienkowej na rzecz radzieckiego wywiadu jest więcej, niż nadto.

Wystawiła Einsteina

Siergiej i Margarita Konienkowie wyjechali do USA w 1923 roku na wystawę sztuki rosyjskiej i radzieckiej w Nowym Jorku. I tam przyszło im się zatrzymać na dłużej niż 20 lat. Właśnie wtedy Margarita zaczęła pracować dla radzieckiego wywiadu zagranicznego, i ta długa „podróż służbowa” była podyktowana interesami tejże instytucji. Oznacza to, ze Konienkowie przebywali 20 lat w Ameryce nie z powodu twórczości Siergieja Konienkowa, ale ze względu na niejawną działalność jego żony Margarity. W 1935 roku, Albert Einstein poznał Siergieja Konienkowem, a potem zbliżył się do jego żony – czarującej Margarity. I to właśnie poprzez Alberta Einsteina, Margarita Konienkowa zapoznała się z „ojcem bomby atomowej” – Robertem Oppenheimerem. Akurat właśnie wtedy, kiedy w USA szły całą parą prace nad konstrukcją tej broni.

Według niektórych danych, to właśnie poprzez Margaritę Konienko nasz wywiad a potem i nasi fizycy jądrowi pracujący nad tą problematyką pod kierownictwem Igora Kurczatowa, otrzymali dane taktyczno-techniczne bomby atomowej daleko przed pierwszym amerykańskim testem nuklearnym na pustyni w Nowym Meksyku. Ale największym sukcesem wywiadowczym naszej agentki było to, że w pamiętnym sierpniu 1945 roku udało się jej przekonać swego przyjaciela i kochanka Alberta Einsteina do nawiązania i utrzymywania kontaktu z… głównym rezydentem GRU w USA Piotrem Mielkiszewem vel Mollerem, który pracował tam od 1941 do grudnia 1945 roku, pod pseudonimem Michajłow i zajmującym oficjalne stanowisko vice-konsula w Nowym Jorku. Spotkania te stały się regularne i w jednym z listów do Małgorzaty, Albert Einstein przyznaje, że niejednokrotnie korzystał z rad „naszego konsula” – jak nazywał on Michajłowa. Do dziś dnia niezupełnie wiadomo, jakie informacje przekazał on radzieckiemu wywiadowi, ale całkowitą zasługą Margarity jest to, że wystawiła ona werbownikom na cel samego Alberta Einsteina. Wprawdzie i gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że ten wielki uczony rozumiał i zdawał sobie w pełni sprawę z tego, że przekazywał informacje radzieckiemu wywiadowi. Jest to także pełna zasługa Margarity Konienkowej.

W tymże samym 1945 roku Konienkowowie powrócili do ZSRR. O zasługach wobec Ojczyzny tych „emigrantów” świadczą choćby następujące fakty: Stalin wysłał po rodzinę Konienków, ich dobytek i rzeźby specjalny parowiec; a kiedy wrócili do Moskwy, to na specjalne polecenie Ławrientija Berii przydzielono im wielkie mieszkanie w centrum Moskwy oraz pracownię, w której Sergiusz mógł tworzyć swe rzeźby.

Niestety, wielkie osiągnięcia genialnej wywiadowczyni nie zostały zauważone i nagrodzone przez Ojczyznę. I umarła ona samotnie, zapomniana przez wszystkich. Ale jej największym osiągnięciem jest to, że do dziś dnia świat nie wie, czym jest globalna wojna jądrowa.

Pod pseudonimem Sonia

W globalnej grze wywiadów o zdobycie tajemnic atomowych nasze agentki miały wyznaczoną specjalną i bardzo ważną rolę. Margarita Konienkowa, Liza Zarubina, która tak jak jej mąż była kadrową pracownicą wywiadu, i wiele innych.

Ale nie możemy zapomnieć o jeszcze jednej czarującej kobiecie z męskim charakterem i sposobem myślenia. Była to pułkownik GRU Sztabu Generalnego ZSRR, dama dwóch Orderów Czerwonego Sztandaru Ursula Kuczinski vel Ursula Beurton vel Ursula Hamburger alias Ursula Maria Kuczynski. Ostatnie lata swego życia, ta genialna wywiadowczyni spędziła w Berlinie i tamże umarła stosunkowo niedawno – w 2000 roku. Już po jej śmierci, prezydent FR Władimir Putin podpisał wniosek o odznaczenie jej jeszcze jednym odznaczeniem – Orderem Przyjaźni Narodów.

Swoja wywiadowczą robotę Sonia (taki miała operacyjny pseudonim) zaczęła jeszcze w Chinach pod kierownictwem Richarda Zorge vel Sorge. Na początku lat 40. ubiegłego stulecia, kiedy cały wysiłek radzieckich tajnych służb skierowany był na atomowe tajemnice Amerykanów i Brytyjczyków, jednym z informatorów naszej bohaterki był niemiecki fizyk nuklearny dr Klaus Fuchs, który pracował dla Anglików nad projektem „Tube”. To właśnie od niego w latach 1942 – 1943 nasz wywiad otrzymał istotne dane o technologii wytwarzania bomby atomowej. Zaś oficerem prowadzącym naszego fizyka była właśnie Sonia. Poza tym Klaus Fuchs był człowiekiem roztargnionym, emocjonalnym i zakompleksionym. Po prostu z pewnego względu nie nadawał się na szpiega. I tylko wysokiej klasy profesjonalizm uchronił dr Fuchsa od wpadki u angielskiego kontrwywiadu.

Charakterystycznym faktem jest to, że kiedy Klaus Fuchs wyjechał do USA by wziąć udział w amerykańskim Projekcie Manhattan[4], to natychmiast skupił na sobie uwagę FBI, co skończyło się dla niego wpadką i aresztowaniem. Po prostu dlatego, że szpieg-nieudacznik pozostał tam bez swego agenta prowadzącego (opiekuna) i jego los był przesądzony. Klausa Fuchsa skazano na 14 lat do odsiadki w 1950 roku, w tymże samym roku Ursula Kuczyński odeszła z pracy w wywiadzie i zamieszkała na stale w NRD. Tak skończyła się płk Sonia i zaczęła… znana i poczytna pisarka powieści detektywistycznych i kryminalnych Ruth Werner. Napisała ona całą masę książek, które przetłumaczono na wiele języków. Ale w ani jednej z nich, Ursula nie napisała o tym, czym zajmowała się naprawdę pracując w radzieckim wywiadzie. Ponadto troje jej dzieci w wieku już dojrzałym dowiedziało się, kim była ich matka i ujrzało jej mundur pułkownika z dwoma Orderami Czerwonego Sztandaru.

Do ostatniego oddechu Sonia była pracownica wywiadu, nader lakoniczną w swych opowiadaniach i wspomnieniach. Widać w tym szkołę Richarda Zorge, który w 1930 roku dał jej rekomendację do wywiadu.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 30/2011, ss.18-19.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz  ©   

KONIEC        


[1] Polski odpowiednik: generał brygady.
[2] Zob. P. Sudopłatow – „Wspomnienia niewygodnego świadka”, Warszawa 1999, ss. 171 – 210.
[3] Wskazywałoby to na to, że nie była ona agentką NKWD/NKGB, ale wywiadu wojskowego GRU. 
[4] Tak nazywał się amerykański projekt budowy bomby atomowej – przyp. aut.

środa, 28 września 2011

POCIĄGI-WIDMA I WIDMA W POCIĄGACH (8)


Pamiątka na szynach

W dniu 11 sierpnia 2010 roku, wczesnym popołudniem, przez nasze miasto przejechał specjalny pociąg – a właściwie rekonstrukcja historyczna pociągu, w którym w sierpniu 1920 roku ochotnicy z Podhala i Małopolski pojechali na front wojny polsko-bolszewickiej. Jego trasa, tak jak w 1920 roku, przebiegała od Chabówki do Radzymina via Kraków, Piotrków Trybunalski, Skierniewice, Warszawę Główną, Warszawę Wileńską. Pociągiem tym jechało około 30 członków różnych grup rekonstrukcyjnych. Składał się on z parowozu „Ty-2” pięciu wagonów osobowych, jednego towarowego i dwóch platform ze stanowiskami ckm i samochodem pancernym, które podłączono w Skierniewicach.

Na filmiku widzimy pociąg, który jest ciągnięty przez równie antyczny, ale już powojenny elektrowóz – jeden z pierwszych na polskich liniach kolejowych. Parowóz jest holowany, ale jak widać jego tender jest pełen węgla. Uruchomiono go dopiero przed Krakowem z prostego powodu, na trasie nie ma już punktów tankowania wody i składów węgla… Pociąg został wypożyczony ze Skansenu Kolejowego PKP w Chabówce. Jaka szkoda, że ten Skansen jest tak zaniedbany i niewykorzystany! Dobrze, że choć można wypożyczać tabor do takich imprez, jak rekonstrukcje historyczne.

Wojna polsko-bolszewicka była jedną z najważniejszych wojen, które rozegrano na naszym kontynencie. Postawa Polaków, ich bitność i nade wszystko doskonała praca wywiadu oraz sztabów  spowodowała, że bolszewickie dywizje zostały zatrzymane nad Wisłą i odrzucone z powrotem na wschód. Bitwę Warszawską z sierpnia 1920 roku okrzyknięto „cudem nad Wisłą”. To oczywiście kościelna hagiografia, która została dorobiona w miarę procesu zawłaszczania przez Kościół katolicki polskiej historii. Prawda zaś jest taka, że nasi generałowie doskonale – dzięki znakomitej pracy wywiadu, a w szczególności radiowego i dekryptażu oraz świetnej pracy sztabowej, wiedzieli gdzie i jak uderzyć, by zadać Sowietom jak największe straty. I to jest cała prawda o tzw. „cudzie nad Wisłą”, tej 18. bitwie z dwudziestu, która zaważyły na dziejach świata. Opowiastki o Matce Boskiej, która otoczyła nasze wojska połą swego płaszcza są czymś ubliżającym geniuszowi dowódczemu oficerów, odwadze i doświadczeniu wywiadowców i zwiadowców, wiedzy naszych kryptologów i bitności żołnierzy Wojska Polskiego. Tego wojska, które powstało z żołnierzy z trzech zaborów i w ciągu roku zdołało stać się siłą zdolną przeciwstawić się potężnej Armii Czerwonej!

Będąc racjonalistą pozwalam sobie zadać pytanie o to, dlaczego Matki Boskiej zabrakło w 1939 roku i nie osłaniała swym płaszczem naszych wojsk? Dlaczego nie było jej w Katyniu? Dlaczego nie było jej na Wołyniu, w Dachau, Auschwitz-Birkenau, Gross-Rosen, Stutthoff, Sobiborze, Majdanku, Ravensbrück i innych miejscach kaźni Polaków? Może dlatego, że Polska w roku 1939 to była inna Polska. To był sanacyjny koszmar skłóconych ze sobą polityków, partii i koterii. To była Polska, której wodzowie okłamywali naród, a w chwili ostatecznej próby po prostu uciekli przez Zaleszczyki pozostawiając Polskę na pastwę dwóch okupantów. To już nie byli wodzowie z 1920, to były ich kiepskie karykatury… - niegodne tego miana. Tchórze i zdrajcy, których niektóre partie chcą gloryfikować i stawiać na piedestałach!

Bitwa Warszawska uchroniła Europę, przed sojuszem proletariatu Rosji Radzieckiej i ogarniętych rewolucyjnym wrzeniem Niemiec - i tak naprawdę była bitwą, która na trwale zmieniła losy Europy i świata. Gdyby „po trupie Polski” armie Tuchaczewskiego i Budionnego doszły do Berlina – sowietyzacja Europy Środkowej i być może zachodniej części naszego kontynentu, stałaby się faktem już w 1920 roku. Powtórkę tego i jednocześnie niemal spełnieniem wizji tego, co czekało Europę mieliśmy we Wrześniu 1939 roku, bo tym razem Stalinowi wyszedł sojusz z Hitlerem i – na całe szczęście dla Ludzkości – czerwony totalitaryzm chciał przechytrzyć brunatny, ale brunatny był szybszy… To zbrodnicze szaleństwo skończyło się 2 września 1945 roku w Zatoce Tokijskiej i na 56 mln ludzi zabitych, rannych i zaginionych.

Nie zapominajmy jednak, że te obłędne rojenia o dominacji nad Europą wciąż stanowią trzon doktryny wojennej Rosji. Transkontynentalne pociski rakietowe rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim oraz rakiety średniego zasięgu  wciąż o tym przypominają – jest to broń stricte ofensywna i służąca do wojny zaczepnej, nie obronnej!

Czy te lata czegoś nas nauczyły? Jak widać – niczego. Realizowana jest wciąż polityka „pójścia z Rosją na noże”, co szczególnie ma miejsce po 10 kwietnia 2010 roku. Niestety – nie zmienimy sobie miejsca na mapie świata i nie wyemigrujemy do USA. Nie przeniesiemy Polski na Madagaskar, jak roili to przedwojenni polscy kolonizatorzy. I czy się nam to podoba, czy nie, Rosja jest naszym sąsiadem i musimy się nauczyć z tym żyć – i co więcej– wyciągać z tego korzyści. A tego wciąż nie potrafimy…  

* * *

Pociągi historyczne to pewien sposób na promocję kolei i historii naszego kraju, regionu, Małej Ojczyzny. Jaka szkoda, że nikt tego nie dostrzega i nie wykorzystuje na pożytek turystyce i kolejom. Kiedyś postulowałem odtworzenie warunków podróży Galicyjską Koleją Transwersalną – pociągami z czasów CK Monarchii Austrowęgierskiej – od Żywca do granicy z Ukrainą i z powrotem. Inną atrakcją mógłby być pociąg typu „Dancing – Narty – Brydż” jadący tąże trasą. O ile ten pierwszy byłby dla przeciętnego turysty, ten drugi byłby dla elity finansowej. Niech zostawia trochę kasy dla kolei. Przecież te plany byłyby do zrealizowania: tabor jest, lokomotywy są, bezrobotnych kolejarzy do obsługi mamy… - więc co stoi na przeszkodzie?

I jeszcze jeden pomysł: można by stworzyć replikę pociągu-legendy słynnego Orient Expressu i puścić w ruch okrężny trasą wokół Polski choćby, czy nawet po trasie okrężnej Warszawa – Berlin – Praga – Wiedeń – Budapeszt – Bratysława – Warszawa? Taka tygodniowa wycieczka po stolicach Europy Środkowej. Wypasiony skład, sypialne wagony plus wagon restauracyjny, dansingowy i dyskotekowy. Trasę pociągu na EURO 2012 można by wydłużyć do Lwowa i Kijowa. Włożyć w to trochę kasy i potem już tylko liczyć zyski, bo entuzjastów kolei ci u nas jak mieczy pod Grunwaldem, i zapewne każdy z nich chciałby się wybrać w taką podróż marzeń pociągiem retro. No, ale o tym możemy sobie tylko pomarzyć – w Polsce jest to nie do zrealizowania, boż ważniejsza jest dla kolei ewangelizacja Czechów, Słowaków i Węgrów, niż zarabianie pieniędzy. I dlatego ten projekt pozostanie tylko w sferze marzeń…        

KONIEC  

wtorek, 27 września 2011

PRAWDZIWE POCZĄTKI ZIMNEJ WOJNY (2)


Rakieta + bomba atomowa


Walerij Jerofiejew

Jednego z członków załogi bombowca „Enola Gay”, który zrzucił bombę atomową na Hiroszimę zapytano:
– A czy na Moskwę zrzuciłby pan bombę, gdyby pan otrzymał taki rozkaz?
A on spokojnie odpowiedział:
- Zbombardowałbym także Nowy Jork, gdybym dostał taki rozkaz…


Równo 65 lat temu przyjęto tajną uchwałę o powołaniu do życia w naszym kraju wojsk rakietowych.

Jak wiadomo, w dniu 16 lipca 1945 roku, USA na swym terytorium przeprowadziły swój pierwszy test atomowy – zdetonowanie „urządzenia jądrowego” na poligonie w stanie Nowy Meksyk, a w dniu 6 sierpnia tegoż roku amerykańska bomba atomowa została zrzucona na japońskie miasto Hiroszima. Już wtedy kierownictwo ZSRR zrozumiało, że amerykanie mogą obrócić bombę atomową przeciwko naszemu krajowi. I to właśnie dlatego, już w latach 40. zaczęły się prace nie tylko nad bronią atomową, ale także wektorami jej przenoszenia w każdy dowolny punkt naszej planety.

Przeciwko „Dropshot Plan”

O złowieszczych zamiarach amerykańskich wojskowych świat dowiedział się, kiedy zdjęto gryf tajności z materiałów „Planu Dropshot” i innych tego rodzaju planów powstałych w latach 1948-1952.[1] Okazało się, że rząd USA zamierzał zrzucić na Moskwę i Leningrad po 10 bomb atomowych, a na inne większe miasta i centra przemysłowe Związku Radzieckiego – od 6 do 8 bomb na każde.

Do tego dostarczenie jądrowych ładunków na miejsce zrzutu nasi potencjalni nieprzyjaciele zamierzali realizować przy użyciu strategicznych bombowców i właśnie dlatego dla ich rozmieszczenia u naszych granic powstała w błyskawicznym tempie cała sieć amerykańskich baz wojskowych.

Dzięki pracy radzieckiego wywiadu zagranicznego, kierownictwo ZSRR było dokładnie poinformowane o tych planach. W Związku Radzieckim zaraz po atomowym ataku na Japonię błyskawicznie ruszyła robota fizyków-jądrowców pod kierownictwem Igora Kurczatowa, i w roku 1949 na świecie pokazała się nasza własna bomba atomowa. Ale jeszcze wcześniej stało się jasnym, że dla efektywnego odstraszania potencjalnych wrogów ZSRR, należało opracować taki wektor przenoszenia broni A, który byłby w stanie dosięgnąć każdego punktu kuli ziemskiej.

Z odtajnionych materiałów historycznych można się dowiedzieć, że na początku 1946 roku na szczytach władzy ZSRR trwał spór o tym, jakie nośniki pocisków atomowych są bardziej efektywnymi. Istnieją ustne relacje (można powiedzieć śmiało – legendy) o tym, jak te spory przebiegały.

W końcu 1945 roku, Józef Stalin otrzymawszy informację od wywiadu na temat wzrostu liczebności amerykańskich baz u granic ZSRR, zapytał wprost Ławrientija Berię i Georgija Żukowa:
- Co my przeciwstawiamy temu zagrożeniu? Może trzeba będzie też rozstawić nasze samoloty u granic USA, rozmieszczone na lotniskowcach?
Beria odpowiedział, że istnieje drugi środek przenoszenia ładunków jądrowych na duże odległości, które jest w stanie dosięgnąć każdą amerykańską bazę, i poza tym jest ono o wiele efektywniejsze. Tym środkiem jest rakieta. Jak groźna jest to broń, tego dowiodły niemieckie bombardowania Londynu przeprowadzone za pomocą rakiet V.

Żukow dodał do słów Berii, że radzieckie bronie przeciwlotnicze są w stanie unieszkodliwić każdy samolot, zaś zestrzelenie rakiety w locie jest praktycznie niemożliwe ze względu na jej ogromną prędkość.  Stalin zapytał:
- Co oznacza „praktycznie niemożliwe”? Wychodzi więc na to, że jest to broń ultymatywna?
Żukow odpowiedział, że tak, dodając, że rakietę teoretycznie można zestrzelić drugą rakietą, ale jak dotąd, to na świecie nikt nie zajmuje się problematyką obrony przeciwrakietowej. Stalin wysłuchał ich obu, zastanowił się i rzekł:
- A zatem przygotujemy ustawę rządową o szybkim wdrożeniu prac nad bronią rakietową, która byłaby w stanie dosięgnąć Amerykę.

Początki zostały zrobione!

Prace wstępne zajęły około pół roku, i w ich rezultacie w dniu 13 maja 1946 roku, Stalin podpisał ściśle tajną Uchwałę Rady Ministrów ZSRR nr 1017-419ss, pod tytułem: „Problemy uzbrojenia rakietowego”. Zgodnie z tym dokumentem, w kraju powołano do życia Specjalny Komitet ds. Odrzutowych Technologii przy Radzie Ministrów ZSRR. Na jego czele powinien był stanąć Georgij Malenkow.

Nowa organizacja otrzymała polecenie zrobienia całego szeregu obronnych przedsięwzięć w kraju. Ale jeszcze wcześniej do wszystkich wojskowo-technicznych instytucji i uczelni w kraju rozesłano tajny rozkaz: wszyscy absolwenci mają przejść specjalne kursy rakietowe, a po uzyskaniu przez nich dyplomów mają zostać skierowani do fabryk, których powstanie było postanowione „na samej wierchuszce”.

W liczbie takich przedsięwzięć, wymagających przeprofilowania na potrzeby przemysłu rakietowego w jak najkrótszym czasie, okazała się i artyleryjska fabryka nr 88 znajdująca się w małym podmoskiewskim miasteczku Podlipki (dawniej Kaliningrad, a potem miasto Korolow). W ciągu trzech dni po podpisaniu rzeczonej uchwały, na bazie tego zakładu został utworzony Główny Instytut Naukowo-Badawczy do wypełnienia i koordynacji wszelkich zadań techniki rakietowej. Otrzymał on kodową nazwę NII-88, zaś fabryka stała się jego poletkiem doświadczalnym.

A w sierpniu 1946 roku, na rozkaz ministra obrony ZSRR, Dimitrija Ustinowa, w łonie Instytutu powstały oddziały tematyczne. Naczelnikiem Oddziału nr 3 NII-88 i głównym konstruktorem rakiet balistycznych został naznaczony Siergiej Korolow. I tak waśnie powstało znamienite „królewskie”[2] biuro konstrukcyjne, które w późniejszych latach odegrało znaczącą – jak nie główną – rolę w rozwinięciu rakietowo-kosmicznych technologii nie tylko w naszym kraju, ale i na całym świecie.

Korolow i Kozłow

Jak wiadomo, w latach 30. Korolow miał posadę w Rakietowym Instytucie Naukowo-Badawczym (RNII), ale w roku 1938 został osądzony i skazany na podstawie złowrogiego artykułu 58 Kodeksu Karnego i przez pewien okres czasu odsiadywał karę w łagrach na Kołymie. Potem Siergiej Pawłowicz pracował w kazańskiej „szaraszce”[3] pod kierownictwem Andrieja Tupolewa, a w lipcu 1944 roku ułaskawiono go, i jeszcze rok pozostał w Kazaniu. Badania nad pociskami V-1 i V-2 umożliwiło Siergiejowi Pawłowiczowi właśnie wymienione wyżej postanowienie Stalina i uchwała rządowa. Oczywiście do rozkręcenia robót nad niemieckimi rakietami Korolowowi udało się dokooptować młodych, zdolnych i utalentowanych inżynierów.

Pod koniec maja 1946 roku, do NII-88 przybyła grupa absolwentów Leningradzkiego Instytutu Mechaniki Wojskowej, który do dziś dnia nosi imię D. F. Ustinowa. Wśród nich znalazł się także pewien niewysoki, młody człowiek, u którego pusty rękaw marynarki był włożony do kieszeni – lewą rękę inż. Dimitrij Kozłow stracił na leningradzkim froncie. Teraz my wiemy, że w ciągu 10 lat znajomości z Korolowem, Kozłow zostanie prowadzącym konstruktorem R-7 – najlepszej rakiety w całym XX wieku.

Na początku drogi

Jeszcze w połowie lipca 1946 roku, młodzi pracownicy zostali wysłani w delegację do Turyngii, w samym sercu dopiero co rozgromionej III Rzeszy. To właśnie tutaj zostały odkryte doskonale zamaskowane podziemne fabryki, w których Niemcy budowali rakiety, którymi potem ostrzeliwano Londyn.

Jednak pierwszymi, którzy weszli do Turyngii były jednostki US Army, ale po rozdziale Niemiec, Turyngia weszła w skład Radzieckiej Zony Okupacyjnej. Amerykanie byli tutaj niewiele ponad miesiąc, ale wywieźli stamtąd wszystko, co tylko się dało. Dlatego też nasi inżynierowie nie mieli lekko.

W miasteczku Nordhausen radzieccy inżynierowie zobaczyli podziemne zakłady – cecha wszystkich fabryk rakietowych w Rzeszy – całe miasto złożone ze sztolni i korytarzy wykutych w twardej stale, i wydawało się im, ze nie mają one końca i skraja… I mimo tego, że zdążyli tutaj już gospodarować Amerykanie, to w niszach wciąż stały warsztaty i pozostała cała techniczna baza tego przedsiębiorstwa, ale metalowych części rakiet i ich głowic pozostało całkiem niewiele.

Radzieccy specjaliści podzielili prace, i tak: część pracowników zajmowała się badaniem „żelastwa”, zaś druga część na polecenie Korolowa poszukiwała i przeglądała dokumentację techniczną. Przyszło im także opracować niedostatecznie znane detale techniczne pocisków V-2. I tak pod koniec lata 1946 roku, naszym specjalistom udało się złożyć z posiadanego materiału 10 kompletnych rakiet V-2, w dokumentacji technicznej noszących oznaczenie A-4. Były to całkowicie niemieckie rakiety, które nie miały żadnych części wyprodukowanych w radzieckich fabrykach. I tak wszystkie znaleziska i papiery zostały specjalnym pociągiem wysłane do Podlipek. Tak właśnie powstały podstawy radzieckiej broni rakietowej. To właśnie dzięki niej pojawiły się pierwsze sputniki i rakietowo-jądrowa tarcza ZSRR, starty automatycznych stacji kosmicznych na Księżyc i tryumf Jurija Gagarina, dramatyczny wyścig do Księżyca i zwiad orbitalny.

No ale to wszystko były tylko początki…

Od tłumacza

Okres tuż powojenny – 8/9 maja 1945 – 5 marca 1946 – czyli od zakończenia działań wojennych w Europie do wystąpienia Churchilla w Fulton i głoszącego, że:

Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna dzieląc nasz Kontynent. Poza tą linią pozostały stolice tego, co dawniej było Europą Środkową i Wschodnią. Warszawa, Berlin, Praga, Wiedeń, Budapeszt, Belgrad, Bukareszt i Sofia, wszystkie te sławne miasta i wszyscy ich mieszkańcy leżą w czymś, co trzeba nazwać strefą sowiecką, są one wszystkie poddane, w takiej czy innej formie, wpływowi sowieckiemu, ale także – w wysokiej i rosnącej mierze – kontroli ze strony Moskwy.

- co uznano za początek Zimnej Wojny. Churchill nie wspomina o tym, że sam walnie przyłożył do tego rękę oddając m.in. Polskę Stalinowi we władanie. Natomiast dla mnie jest to najciekawszy okres w historii nauki i techniki. Autor podaje fakty, które stanowią kolejny dowód na to, że to ZSRR jest odpowiedzialne za tzw. „skandynawską falę UFO” czy „rakietowe lato 1946 roku”. Wskazują na to wszystkie przygotowania prawne ZSRR do produkcji własnej broni rakietowo-jądrowej. A trzeba tutaj dodać, że wydanie odpowiednich uchwał stanowiło jedynie prawne usankcjonowanie czegoś, co miało miejsce już od roku 1944, kiedy to Rosjanie zaczęli się stykać bezpośrednio z wytworami niemieckich technologii rakietowych i atomowych w Polsce i innych zajmowanych krajach.

Jak napisałem to w mojej książce „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe” (Warszawa 2007) Rosjanie realizowali swoją wersję amerykańskiego programu „Paperclip”, którego zadaniem było przechwycenie niemieckich konstrukcji rakietowych oraz swoja wersję misji „Alsos” – przejęcia technologii atomowych. Dlatego właśnie sądzę, że zadaniu temu podporządkowano wszystkie czynności służb NKWD i GRU, boż w tym celu powołano właśnie GKNIIR – Główny Komitet Wywiadu Naukowo-Badawczego, który koordynował pracę tych służb właśnie w tym zakresie.

Mówi się, że Rosjanie byli w tyle za Aliantami Zachodnimi, bo nie mieli w ręku naukowców tej miary, co Wernher von Braun, gen. Walter R. Dornberger czy Werner Heisenberg, Max von Laue, Otto Hahn, ale za to mieli 5000 pracowników średniego i niższego szczebla z ośrodków badawczych Peenemünde czy Nordhausen, którzy pomogli odtworzyć tok prac i badań niemieckich fizyków i rakietowców.

Inną rzeczą jest broń atomowa. Podejrzewam, a nawet jestem pewien tego, ze amerykanie zademonstrowali Rosjanom jej działanie w Korei, co miało miejsce w dniu 12 sierpnia 1945 roku w okolicy miasta Hynnam. Teraz nabrałem całkowitej pewności, co do tego. Truman ostrzegł Stalina: „nie podskakuj, bo zrobię ci kuku”… I to właśnie dlatego ten ostatni pogonił swych rakietowców i atomistów do roboty. To brzmi logicznie. I to właśnie dlatego w lecie 1946 roku nad Skandynawią pokazały się niemieckie rakiety – Szwedzi naliczyli ich około 1000. Ktoś powie, że to dużo: ale nie zapominajmy, że Rosjanie przechwycili aż 2200 jednostek tej broni – niektóre źródła podają nawet 22.000. A zatem materiału do badań i porównań było aż nadto. I właśnie dlatego Rosjanie wyskoczyli do przodu w rozwoju rakiet kosmicznych i broni rakietowo-jądrowej – Q.E.D. …     


Komentarze z Forum IOH

Żeby do reszty ukazać sprawę we właściwym świetle pozwolę sobie zacytować garść opinii zapisanych przez forumowiczów z Forum Inne Oblicza Historii. A oto i one:

Tu chyba nie tyle chodzi o małpowanie konkretnych rozwiązań co o wykorzystanie wiedzy i pomysłów niemieckich do gotowego rozwiązania całego szeregu problemów teoretycznych które w sowieckich warunkach mogłyby być rozwiązywane całymi latami. Warto zwrócić uwagę, ze wychodząc od tego samego punktu wyjścia jakim były niemieckie osiągnięcia w dziedzinie rakiet Rosjanie poszli zupełnie inną drogą niż Amerykanie i praktycznie przez całą zimną wojnę rozwijali technikę rakietową po swojemu - co wcale nie oznacza, że była ona jakaś gorsza w dziedzinie zdolności bojowych (choć puryści zapewne doszukają się gorszych parametrów. Jak dowodzi przykład rakiety Sojuz udało im się to całkiem nie najgorzej...
A z kolei "trofiejni" naukowcy niemieccy w CCCP raczej nie dokonali już żadnych ciekawych wynalazków - choć po części winna temu była skrajnie dziwna organizacja ich pracy przez NKWD... (marek8888)

"Oczywiście do rozkręcenia robót nad niemieckimi rakietami Korolowowi udało się dokooptować młodych, zdolnych i utalentowanych inżynierów."


"I tak pod koniec lata 1946 roku, naszym specjalistom udało się złożyć z posiadanego materiału 10 kompletnych rakiet V-2, w dokumentacji technicznej noszących oznaczenie A-4."

Tylko pogratulować :


Etc. etc. Właściwie ten artykuł można zrecenzować "Duby Smalone Walerija Jerofiejewa" (panc)

W artykule nie ma nawet wzmianki o utworzonej 15 sierpnia 1946 roku w rosyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec Brygadzie Specjalnego Przeznaczenia Rezerwy Najwyższego Dowództwa (Brigada Osobnowo Naznaczenja Riezerwy Wierchnowo Gławnokomandowanja) pod dowództwem generała majora A.F. Twiereckiego, która w najbliższej przyszłości miała stać się jądrem tworzonych sił rakietowych. Wspominam ją tu, gdyż natychmiast po utworzeniu jej żołnierze zajęli się zdobyciem i opracowaniem jak największej ilości materiałów tyczących niemieckiego prograyu rakietowego.
Rok później przebazowano ja do Rosji (wraz ze zdobycznym wyposażeniem "szkoleniowym", na poligon, który miał stać się pierwszym rakietowym ośrodkiem Żwiązku Sowieckiego: Kapustin Jar. Potem zmieniała nazwy, lecz z niej borą początek RWSN - Rakietowe Wojska Strategiczne (Rakietnyje Wojska Strategiczieskowo Naznaczenja).
Prócz tego - prócz NII-88, od początku w program rakietowy włączono NII-1, OKB-456 Głuszki, NII-627, NII-885, NII-944, GSKBspecmasz, NII-4. Przy czym (na początku) nie były one podporządkowane NII-88, a jedynie współpracowału z nim. Każdy zajmował się "swoją działką".
W artykule nie ma nawet najmniejszej wzmianki o grupie Niemców pod przewodnictwem Helmuta Gröttrupa, pracującej równolegle z NII-88 i bez pomocy pozostałych biur sowieckich, której projekt przewyższał ponoć osiągami rakietę Korolowa.
Prócz tego - ta wzmianka o R-7 jako "najlepszej rakiecie XX-wieku"... Cóż bowiem znaczy termin "najlepszy"? Nic. R-7 nie była ani najbardziej niezawodna, nie wynosiła najmasywniejszych obiektów na najdalsze orbity...Teoretycznie była pierwszym użytecznym ICBM'em, lecz czy aby na pewno? JFK znakomicie rozegrał kartę gotowości bojowej R-7 podczas kryzysu kubańskiego. Niemniej, to jej uzyto do wyniesienia na orbitę trzech pierwszych Sputników. Była bazą Wostoka z Gagarinem na pokładzie (i późniejszych). Sojuzy (jeden z których wyniósł na orbitę Hermaszewskiego) też na R-7 bazowały.
Z pewnością była to konstrukcja znamienita, wybitna. Ale określania jej mianem "naj..." bym się bał.
Początki rosyjskiego programu są jednak rzeczywiście bardzo ciekawe i warte poznania. (Grendel)

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 30/2011, ss.4-5

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

CDN.
           

[1] Chronologicznie pierwszym planem tego rodzaju był „Pincher Plan” z lat 1946-47 – zawierający założenia ataku atomowego na Moskwę i Leningrad.
[2] Od gry słów: korolewskie = królewskie – bo korol = król.
[3] Instytut lub placówka naukowa podlegająca bezpośrednio NKWD lub MSW w którym pracowali więźniowie, a którego oficjalna nazwa brzmiała Biuro Doświadczalno-Konstrukcyjne - OKB. 

poniedziałek, 26 września 2011

POCIĄGI-WIDMA I WIDMA W POCIĄGACH (7)

 Trasa Pociągu Papieskiego: Kraków-Płaszów - Kalwaria Zebrzydowska Lanckorona - Wadowice
Nowoczesna jednostka wprowadzona na linię kolejową Kraków-Zakopane w 2011 roku w zastępstwie Pociągu Papieskiego


Pociąg Papieski na Linii Transwersalnej!

Pociąg Papieski – jak podaje Wikipedia, to specjalny pociąg serii EN61 (14WE-07) obsługujący od czerwca 2006 do września 2009 r. połączenie kolejowe pomiędzy Krakowem a Wadowicami, a w wybrane dni dalej przez Bielsko-Białą do Żyliny. Był użytkowany przez ówczesną spółkę PKP Przewozy Regionalne. W 2007 roku Pociąg Papieski otrzymał od Polskiego Klubu Biznesu tytuł Produktu Roku 2006. Obecnie nowoczesny skład, pozbawiony "pielgrzymkowego" charakteru, obsługuje zwykłe połączenia między Krakowem a Bielskiem-Białą.

Pomysł powstania pociągu narodził się z inicjatywy kapelana kolejarzy ks. Ryszarda Marciniaka. Pociąg został zaprojektowany przez krakowską firmę EC Engineering i wykonany przez nowosądecką firmę Newag jako podziękowanie polskich kolejarzy za pontyfikat Jana Pawła II. W dniu 28 maja 2006 pociąg poświęcił podczas wizyty w Polsce papież Benedykt XVI, 31 maja odbyła jego oficjalna prezentacja, a od 3 czerwca pociąg rozpoczął kursowanie po swojej trasie 3 razy dziennie. W połowie 2006 roku został zakupiony od producenta za 7 mln zł. Na początku 2007 przeszedł na stan Małopolskiego Zakładu Przewozów Regionalnych.

Trasa pociągu obejmowała tzw. Kolejowy Szlak Jana Pawła II i rozpoczynała się na stacji Kraków Główny i wiodła przez Łagiewniki, gdzie znajduje się Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, Kalwarię Zebrzydowską, gdzie znajduje się sanktuarium Pasyjno-Maryjne i kończyła się w Wadowicach – rodzinnym mieście Papieża. Pociąg zatrzymywał się także na stacjach: Skawina i Kraków Płaszów. Po kilkuletnich staraniach Fundacji Rozwoju Miasta Bielska-Białej 11 września 2008 r. trasa Pociągu Papieskiego została wydłużona przez Andrychów, Kęty, Bielsko-Białą, Żywiec i Czadcę aż do słowackiej Żyliny. Odtąd w wybrane dni pociąg kursował właśnie tą trasą.

W okresie od 11 do 14 czerwca 2009 jeden z pociągów (EN61-01) gościnnie kursował w zachodniopomorskiem. Kursował na trasie wokół Szczecina, oraz wykonał pojedyncze kursy do Gryfina, Stargardu i Choszczna. Wizyta pociągu papieskiego związana była z 22. rocznicą wizyty Jana Pawła II w Szczecinie.

Pociąg wyróżniała przede wszystkim możliwość oglądania materiałów filmowych związanych z Janem Pawłem II poprzez zainstalowane urządzenia multimedialne. Dostępne były one dla pasażerów na 152 fotelach oraz 8 miejscach dla niepełnosprawnych. Z zewnątrz pociąg charakteryzował złoty kolor, z przodu i z tyłu widniał herb Jana Pawła II, a po bokach napis – dewiza polskiego papieża Totus Tuus.

Od 1 września 2009 r. ze względu na malejące zainteresowanie zawieszono kursowanie pociągu. Pomalowany w barwy papieskie skład przeznaczono do codziennej obsługi linii z Krakowa do Bielska-Białej. W 2010 roku pociąg papieski kursował często na trasie Zakopane-Kraków-Zakopane jako pociąg o numerze 33121 o godzinie 09:38 do Zakopanego i o numerze 33123 o godzinie 13:50 do Krakowa Płaszowa.

Pociąg ten stanowi naprawdę pojazd szybki i nowoczesny, o ładnej linii i tzw. designie, który nie ustępuje konstrukcjom amerykańskim, włoskim, niemieckim i japońskim. Jest także bardzo cichy. Zazwyczaj pociągi słychać z odległości nawet do 10-12 km. Czasami stojąc na Bystrzańskim Dziale słyszałem pociągi jadące już od Kojszówki. Tymczasem Pociąg Papieski słychać było dopiero od Pańskiej Ławy i to słabo… Nie potrafię zrozumieć, dlaczego w swej niebotycznej, powalającej wprost głupocie, nasze państwo pozwala na to, by kolej stała się czymś nierentownym i likwidowanym - i to w czasie, w którym - ze względów oszczędnościowych - właśnie pracuje się nad szybszymi i bardziej optymalnymi sposobami transportu kolejowego, który jest o wiele tańszy od transportu lotniczego i o wiele bardziej przyjazny środowisku od transportu kołowego! Ale nie martwmy się – skończy się ropa i gaz, to i pociągi wrócą do łask. Będą po prostu bardziej ekonomiczne i ekologicznie czystsze.

Tabor kolejowy stoi i niszczeje, podobnie jak na trasach straszą stacje-widma i stacje-upiory, które datują swój byt od czasów c.k. Monarchii Austrowęgierskiej, co uważam za skandal i szkodnictwo gospodarcze, za które powinien beknąć Balcerowicz ze swymi chorymi reformami, które zmierzały do zniszczenia sektora państwowego. W normalnych krajach stanowi on 25 – 30% całego przemysłu, ale nie w Polsce, gdzie trzeba było wszystko rozkraść do imentu, a czego się nie dało, to zniszczyć. Taka jest logika tych solidarnościowych „reform” po 1989 roku. Mam nadzieję, że pogarszająca się sytuacja na rynku paliw zmusi naszych decydentów do rewizji poglądów na temat kolei i powróci ona na należne jej miejsce, a pociągi tego typu i o takim standardzie jak Pociąg Papieski wejdą na stałe na linie w naszym kraju i nie będą ewenementem a regułą. Poza tym wreszcie zostanie zrealizowany postulat „TIR-y na tory” i przewozami tych hałaśliwych, smrodliwych i szkodliwych dla środowiska potworów zajmie się wreszcie kolej.

* * *

Pociąg papieski po dłuższej nieobecności na torach pojechał w misję ewangelizacyjną do naszych południowych sąsiadów. W liście rzeczniczki Małopolskiego Zarządu Przewozów regionalnych stoi, że:

[pociąg papieski ma za zadanie] … zawiezienie do narodu słowackiego, węgierskiego oraz czeskiego wspomnienia o Janie Pawle II, który podróżował nie tylko po Europie, ale i po świecie. (…) Podróż tego pociągu wplata się w szereg okolicznościowych wydarzeń religijnych mających odbyć się w tych krajach, takich jak np. przewiezienie relikwii św. Katarzyny – patronki kolejarzy słowackich i polskich, udział w wyścigu maszyn parowych (???) msza święta na pokładzie tego pociągu. Pociąg papieski jest nie tylko pojazdem pielgrzymującym, ale również ciekawostką na skalę światową. (…) Wyjazd przez poszczególne kraje ma na celu pozyskanie i zachęcenie turystów do odbywania przejazdów do miejsc kultu religijnego, takich jak: Kraków-Łagiewniki, Częstochowa, Kalwaria Zebrzydowska. (…) Spółka nie dysponuje wiedzą, kto pokrywa koszty związane z przejazdem pociągu przez Czechy, Słowację, Węgry, nie mamy wiedzy, jak wygląda zabezpieczenie finansowe na terenie ościennych państw oraz jakie organizacje i firmy wspomagają przedsięwzięcie za granicą. (za „FiM” nr 38/2011 s. 10)

O ile wiem, to przejazdem pociągu papieskiego w tych krajach nie zainteresowały się media i impreza nie wypaliła. Jak zawsze zresztą i jeżeli miała to być promocja Polski w Grupie Wyszehradzkiej, to była to totalna porażka. Tak więc mamy w kraju najnowocześniejszy pociąg-widmo, który zamiast zarabiać na kolej, albo stoi na bocznicy, albo jeździ z misjami po ościennych krajach nie zarabiając ani grosza – no a przecież zarabianie jest sensem ustroju, o jaki wymodlił się nam Jan Paweł II… 

Obecnie na trasie Kraków – Zakopane jeździ pociąg o zbliżonym designie, który jest jednym z trzech ufundowanych przez wojewodę małopolskiego. I tylko szkoda, że mamy tak mało takich pociągów o nowoczesnej linii, które by wreszcie wyparły obskurne jednostki elektryczne pamiętające jeszcze czasy Gierka.  

CDN. 

niedziela, 25 września 2011

PRAWDZIWE POCZĄTKI ZIMNEJ WOJNY (1)

Amerykańskie atomowe bombardowania w czasie II Wojny Światowej

Little Boy i Fat Man

CO SIĘ STAŁO DNIA 12 SIERPNIA 1945 ROKU?

Michaił Burlieszin

Przyjmuje się, że Zimna Wojna rozpoczęła się w dniu 5 marca 1946 roku od wystąpienia Winstona Churchilla w Fulton. Inni twierdzą, że zaczęła się jeszcze wcześniej - od wystąpienia Józefa Stalina, który wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że "komunizm i kapitalizm nie mogą koegzystować" oraz ogłosił plan "przygotowania ZSRR w ciągu pięciu lat na każdą ewentualność". Wystąpienie zostało odebrane na zachodzie jako "deklaracja III wojny światowej". Nazwę tej deklaracji ukuł sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego William Douglas. Radziecki dyktator stwierdził że komunizm i kapitalizm nie mogą razem współistnieć i pewnego dnia musi nastąpić ich bezpośrednie starcie, stąd też zdecydował o zatrzymaniu wszelkiego handlu z Zachodem oraz o rozpoczęciu budowy nowoczesnej broni, bez względu na to, jak wiele kosztowałoby to Związek Radziecki. Pytanie brzmi - dlaczego tak postąpił? Pewną odpowiedzią na to pytanie będzie cykl materiałów, które przedstawiam poniżej.

* * *

Bladym świtem dnia 12 sierpnia 1945 roku, na trzy dni przed ogłoszeniem kapitulacji Japonii, w Morzu Japońskim, w niedalekiej odległości od północnej części Półwyspu Koreańskiego rozległ się potężny wybuch. W niebo wzbiła się ognista kula na wysokość 1.000 metrów. W ślad za nią w niebo wzniósł się ogromny obłok w kształcie grzyba. Według hipotezy amerykańskiego eksperta ds. broni jądrowej Charlesa Stone’a, w tym miejscu została zdetonowana pierwsza i zarazem ostatnia bomba atomowa Cesarstwa Japonii.

Japońskie „urządzenie jądrowe”?

Jak bardzo prawdopodobnym jest stwierdzenie, że japońska armia przeprowadziła taki eksperyment na terytorium dzisiejszej KRL-D? Oświadczenie Stone’a, że Japonia prowadziła eksperymenty nad bronią atomową w tokijskich laboratoriach, centrach badawczych w Mandżurii, a także w kompleksie przemysłowego miasta Hynnam (Hyngnam) w Korei, spotkało się z wątpliwościami wśród amerykańskich uczonych. Dr Edward Dry sądzi, że Japonia miała zbyt niski stopień rozwoju technologii, żeby ich uczeni byli w stanie skonstruować i odpalić takie „urządzenie jądrowe”. Także historyk John Dower jest sceptycznego zdania o rewelacjach Stone’a. Ocalone materiały na temat japońskiego cyklotronu, który został zbombardowany przez Amerykanów, świadczą o tym, że był on całkiem prymitywnym urządzeniem w porównaniu z jego amerykańskim odpowiednikiem. Ale tego, że w dniu 12 sierpnia 1945 roku w Morzu Japońskim eksplodowała japońska bomba A, wykluczyć się nie da...

Jakie mamy przesłanki przemawiające za prawdziwością sensacyjnego oświadczenia Stone’a? Przywiodły go do tego badania archiwów wojskowych USA. Japońska bomba A – jak uważa Stone – miała być wykorzystana przeciwko wojskom amerykańskim w ramach planu obrony Wysp Japońskich, znanego pod kryptonimem „Ojczyzna” (plan Ketsu-go zakładający wykorzystanie do walki z Amerykanami m.in. 5.000 lotników kamikadze oraz nurków fukunuri – uwaga tłum.), ale dla jej użycia zabrakło już czasu. W dniu eksplozji atomowej, kompleks badawczy w mieście Hynnam został zdobyty przez wojska radzieckie. W tamtejszych zakładach chemicznych można było śmiało wytworzyć i poskładać wszystkie komponenty japońskiej bomby atomowej. Przedsiębiorstwa, w których wytwarzana jest broń jądrowa, często mają właśnie wygląd zwyczajnych kombinatów chemicznych.

Japońscy specjaliści...

Prawdziwość domysłów Stone’a potwierdzają dane uzyskane przez amerykańskiego zwiadowcę Theodore’a McNellie. Pod koniec II Wojny Światowej służył on w wywiadzie analitycznym w pacyficznym sztabie generała Douglasa Mac Arthura (1880-1964). W swym artykule pisze on, że amerykański wywiad dysponował danymi na temat wielkiego japońskiego centrum badań atomowych w Hynnam, ale utrzymywał tą informację w tajemnicy. Rankiem, 14 sierpnia 1945 roku, amerykańskie samoloty przywiozły próbki powietrza, wzięte nad Morzem Japońskim, u wschodnich wybrzeży Korei Północnej. Badania tych próbek dały oszałamiające wyniki – wychodziło na to, że w Morzu Japońskim dokonano eksplozji „urządzenia jądrowego”!

* * *

Przed II Wojną Światową Japonia była jednym z liderów w zakresie badań nad fizyką jądra atomowego. Japońscy fizycy jądrowi znajdowali się w ścisłej czołówce rankingu uczonych z tej dziedziny. Europejskie centra fizyki jądrowej podupadły wskutek masowej emigracji uczonych pochodzenia żydowskiego do USA. W ZSRR jednych fizyków powołano do wojska, innych wysłano do gułagu, i prawdziwe prace nad atomem prowadzono już po wojnie. W USA, gdzie wyemigrowała większość jądrowców, było ich więcej, niż trzeba. I wszystkich zatrudniono w programie badań. Podobnie było w Japonii, gdzie kolektyw uczonych też pracował nieprzerwanie.

Pierwszym, który w Japonii zajął się problematyką broni A był gen. por. Takeo Yasuda – szef  Wydziału Naukowo-Technicznego Sztabu Sił Powietrznych Cesarstwa Japonii. Generał ten zwrócił uwagę na artykuły, w których stwierdzano, że: „reakcja łańcuchowa wyzwalana poprzez rozpad uranu jest w stanie doprowadzić do wybuchu o niewyobrażalnej mocy.” Jeden z byłych nauczycieli generała Yasudy – prof. Riokichi Sagane napisał dokładny referat, w którym dowodził, że najnowsze odkrycia fizyki jądrowej mogą być wykorzystane w celach wojskowych. Minister wojny w rządzie Japonii – Hideki Tojo (1884-1948) na referacie profesora napisał dekretację: „Ten problem powinien być rozpracowany przez ekspertów.” Zgodnie z tąże dekretacją, gen. Yasuda zorganizował Instytut Badań Fizyczno-Chemicznych w 1941 roku, którego dyrektorem został prof. Yosio Nishina – uczeń słynnego Nielsa Bohra (1885-1962). (è Zainteresowanych odsyłam do internetowego kącika wspomnień 39. Grupy Bombowej - http://39th.org/39th/hc/hc_japan_a_bomb.html - uwaga tłum.) Poza tym odkomenderowano z armii do IBFC około 100 uczonych i specjalistów, którym wydano polecenie skonstruowania bomby atomowej. (=> Warto przeczytać także „Tajemnice Dolnego Śląska i inne – Uranowy U-boot” – http://hausherr.blog.onet.pl/2,ID25192127,index.html - w którym to materiale jego autor przedstawił nieco inną wersję tych wydarzeń – uwaga tłum.)

... oraz problem paliwa jądrowego

A teraz o surowcach potrzebnych do wyprodukowania bomby A. Uranu to oni nie mieli, ale Niemcy regularnie eksportowali go do Krainy Wschodzącego Słońca. Kiedy sytuacja wojenna III Rzeszy znacznie się pogorszyła, to Japończycy mogli liczyć tylko na dostawy drogą morską – na okrętach, tak więc Hitler postanowił kontynuować te transporty przy pomocy transportowych okrętów podwodnych. W morze wyszedł przystosowany specjalnie do przewozu uranu okręt podwodny U-401. To była pierwsza – i na szczęście dla Aliantów – ostatnia próba dostarczenia Japonii tego ważnego surowca strategicznego przy pomocy U-bootów.

Koniec wojny zastał U-401 w połowie drogi do Japonii  i po długich deliberacjach Korwettenkapitän Haase zdecydował się wynurzyć okręt i poddać Amerykanom. Na wieść o tej decyzji wszystkich czterech japońskich oficerów łącznikowych popełniło tradycyjne rytualne samobójstwo – seppuku. Ale według Stone’a, Japończycy do tego czasu już zgromadzili dostateczną ilość uranu do tego, by dokonać detonacji swej bomby atomowej.

Informacja o eksplozji pierwszego japońskiego „urządzenia jądrowego” pozwala odpowiedzieć na dwa zagadkowe pytania, które dotyczą zakończenia wojny na Dalekim Wschodzie: po pierwsze – co okazało się być bezpośrednią przyczyną bezwarunkowej kapitulacji Kraju Kwitnącej Wiśni? I po drugie – czemu miała ona miejsce właśnie 15 sierpnia?

Odpowiedział na nie w swej książce pt. „2013 год: Вспоминания о будущем” A. Poljucha, który napisał tak:

Staje się zrozumiałym, - dlaczego Japończycy zdetonowali swoje „urządzenie jądrowe” w niedużej odległości od miasta Hynnam. W nocy z 13 na 14 sierpnia 1945 roku do Hynnamu wkroczyły wojska sowieckie. Albo były to niezaplanowane testy bomby, albo zdetonowano ją po to, by nie wpadła w ręce wroga – bowiem istniało niebezpieczeństwo, że całe i sprawne „urządzenie jądrowe” wpadnie w ręce nieprzyjaciela, i japońscy wojskowi postanowili kosztem swego życia unieszkodliwić ochraniany obiekt.

Zrozumiałe są w tym kontekście przyczyny, dla których rząd Japonii zdecydował się na kapitulację właśnie w dniu 15 sierpnia 1945 roku. w tym przypadku o palmę pierwszeństwa ubiegały się USA i ZSRR. Pierwsi dowodzili, że japońskie kręgi rządzące zrozumiały bezsens wszelkiego oporu wobec nieprzyjaciela posiadającego broń masowej zagłady (BMR), zaś ci drudzy twierdzili, że to właśnie przystąpienie do wojny ZSRR wbiło nóż w plecy japońskiemu militaryzmowi w dniu 9 sierpnia 1945 roku i pokazało także Japończykom bezsens dalszych działań zbrojnych na dwa fronty. Ale najbliższa chronologicznie dacie 15 sierpnia jest data 13/14 sierpnia, kiedy to Armia Czerwona wkroczyła do Hynnamu. Jak widać straciwszy „kuźnię” dla swych atomowych „mieczy” nieustraszeni samuraje zginęli nie mając już na co liczyć...

I jeszcze jeden realny i obiektywny dowód na to, że Japonia prowadziła swego czasu poważne prace nad stworzeniem własnej BMR. Krótko przed 11 września 2001 roku, amerykańska administracja ogłosiła swój „akt dobrej woli” zwracając Japonii wywiezione stamtąd w 1945 roku tajne dokumenty i materiały związane z pracami japońskich uczonych nad BMR w czasie Drugiej Wojny Światowej.

Japońskie kręgi rządzące nie były z tego zadowolone, bowiem w swej świadomości Japończycy wykreowali siebie na ofiary atomowego ataku, że chcieliby raz na zawsze zapomnieć o swych osiągnięciach w tej dziedzinie...

Od tłumacza


Artykuł ten ukazał się w rosyjskim czasopiśmie „NLO” nr 47, z dnia 21 listopada 2005 roku. Przetłumaczyłem go, bowiem rzuca on nowe światło na historię końca II Wojny Światowej na Dalekim Wschodzie, która w Polsce jest raczej mało znaną. I niby wszystko jest w porządku i ma swe uzasadnienie, ale istnieje kilka przesłanek, które – moim zdaniem – budzą wątpliwości, co do wiarygodności podanego przez Michaiła Burlieszina materiału.

Przesłanką numer jeden są skutki eksplozji jądrowej. Gdyby do niej doszło gdzieś na morzu w pobliżu miasta, to wybuch ten miałby swe skutki przede wszystkim w postaci radioaktywnego fall-out’u na morze i ląd. Znaczna część Morza Japońskiego i Korei zostałaby skażona przez opad radioaktywnego deszczu, zaś radioaktywne obłoki mogłyby dotrzeć do Japonii, Chin i ZSRR. Po drugie – nawodna lub podwodna eksplozja nuklearna spowodowałaby wystąpienie tsunami na akwenie całego Morza Japońskiego, co musiałoby zostać odnotowane przez stacje mareograficzne. Najsilniejsza fala uderzyłaby w miasto Hynnam i okoliczne miasta na wschodnim wybrzeżu Korei oraz – słabsze, ale zawsze – na zachodnim wybrzeżu Honsiu. Poza tym zauważalny byłby efekt PM przez Japończyków i Rosjan, zakłócenia pola magnetycznego Ziemi, zakłócenia transmisji i propagacji fal radiowych, itd. itp. Chyba, że... – była to powietrzna eksplozja jądrowa – taka jak w Hiroszimie i Nagasaki, gdzie obie bomby atomowe o mocy ok. 20 kt TNT wybuchły na wysokości ok. 500 m nad celem. Wtedy faktycznie – grzyb poeksplozyjny utworzyłaby para wodna, zaś produkty rozszczepienia uranu-235 czy plutonu-240 mogły się utrzymać długo w atmosferze, by po 2 dniach mogły je zebrać samoloty amerykańskie... Tak samo fale tsunami byłyby znacznie niższe i mniej niebezpieczne, niż w przypadku nawodnej lub podwodnej eksplozji nuklearnej. Pytanie zasadnicze brzmi: czy zaobserwowano takie zjawiska? Jeżeli tak, to można będzie stwierdzić, że rzeczywiście, rankiem 12 sierpnia 1945 r. u wybrzeży Korei Północnej eksplodowała bomba jądrowa.

Wątpliwości budzi teza zawarta w książce A. Poljucha, że japońscy samuraje zdetonowali „urządzenie jądrowe”, by nie wpadło w ręce wroga. Według Kodeksu Bushido samuraj powinien zadać sobie śmierć w obliczu wroga, ale tak, by jak najwięcej wrogów wysłać przed sobą czy ze sobą do diabła. Taka jest logika wojny. A tutaj jakaś dziwna finta – samuraje zostawiają „kuźnię” atomowych „mieczy” i wypływają w morze, by tam wypróbować jeden z nich... na samych sobie. Czyż to nie bzdura? Czy nie bardziej logicznym – z wojskowego punktu widzenia – byłoby ściągnięcie jak największych sił radzieckich do miasta, a następnie zdetonowania głowicy jądrowej? Tym sposobem wojska radzieckie zostałyby zmasakrowane, zaś samuraje dokonaliby atomowego harakiri z imieniem boskiego tenno na ustach. Tak jednak nie zrobiono, a zatem przyczyna musiała być inna.

Miłośnicy sensacyjnych techno-thrillerów zapewne pamiętają powieść jednego z najpoczytniejszych pisarzy amerykańskich Clive Cusslera pt. „Smok” (wyd. I, Warszawa 1993), w której założył on, że samoloty dokonujące atomowych bombardowań Japonii latały parami z dwóch różnych lotnisk, by w razie niewykonania misji przez jedną załogę – wykonała ją załoga rezerwowa, która w przypadku wykonania misji przez załogę nr 1 wracała do bazy. (=> C. Cussler – „Smok”, ss. 7-20 oraz 443-447) W przypadku startującego z Tinian bombowca B-29 Enola Gay  z bombą Little Boy na pokładzie, której celem była Hiroszima, rezerwową maszyną miała być Dennings’ Demons z bombą Mother’s Breath, która jednak uległa katastrofie lecąc z wyspy Shemya na Aleutach na Kioto lub Osakę. Sprawdziłem w Internecie listę maszyn 509 Skrzydła Bombowego – Demonów Denningsa na niej nie było. (=> Źródła: “The Manhattan Project Heritage: Planes” - http://www.childrenofthemanhattanproject.org/HISTORY/H-07a3.htm oraz “Welcome to the 509th Composite Group” - http://home.att.net/~sallyann4/509.html) Niby to fikcja literacka, ale...

Zakładając, że jednak 12 sierpnia 1945 roku, we wczesnych godzinach rannych doszło do eksplozji nuklearnej u wybrzeży Korei Północnej, musimy odpowiedzieć, kto mógł jej dokonać. Japończycy? – bardzo wątpliwe. Rosjanie – to bez sensu – nie mieli jeszcze własnej bomby A, a gdyby nawet mieli, to odpaliliby ją nad miastem, a nie Morzem Japońskim. Chińczycy i Koreańczycy nie liczyli się w tej grze – jeszcze nie, a zatem pozostali Amerykanie. Sytuacja w dniu 12 sierpnia przedstawiała się następująco: Japończycy zastanawiali się nad kapitulacją i twardo bronili się przed Aliantami. Rosjanie maszerowali na Hynnam i inne miasta na południe od niego wzdłuż Półwyspu Koreańskiego. No i wyobraźmy sobie, że z Aleutów leci na południe B-29 Superfortess z czwartą bombą atomową na pokładzie, która ma zrzucić w morze w okolicach Hynnam. Po co? Odpowiedź jest prosta – to mogła być (i najprawdopodobniej była) demonstracja siły. I to nie przed Japończykami tylko przed Rosjanami. Znając pokrętność polityki Amerykanów w stosunku do swych sojuszników (odczuliśmy to w Iraku), mogli sobie oni pomyśleć tak: „A zatem Uncle Joe wie o naszej super-bombie, ale tylko z przekazów wywiadu i kanałów dyplomatycznych, więc my mu pokażemy ten pikadon nieco bliżej jego brzegów, na oczach jego wojskowych, przy okazji dowie się, że z nami nie ma żartów i kto tu naprawdę rządzi na Pacyfiku”. I tak też zrobili. W 24 godziny później Hynnam padło, a w ciągu trzech następnych dni Japonia się poddała, zaś ZSRR otrzymał bardzo wyraźny sygnał, że zaczęła się Zimna Wojna. Nie w Fulton od wystąpienia sir Winstona Churchilla (1874-1965) w dniu 5 marca 1946 roku, nie pod niebem Skandynawii w lecie 1946 roku, ale od wybuchu amerykańskiej bomby atomowej przed oczami dowódców wojsk radzieckich na Dalekim Wschodzie, bladym świtem 12 sierpnia 1945 roku...

To, co tu napisałem jest tylko hipotezą, która będzie trudno zweryfikować choćby dlatego, że od opisanych wydarzeń upłynęło już 60 lat. Świadkowie już nie żyją, a jeśli nawet, to mieszkają w komunistycznym piekle Korei Północnej i raczej nie pisali pamiętników. Ślady tych wydarzeń zapewne znajdują się w archiwach Moskwy, Pekinu, Phenianu, Seulu, Tokio i oczywiście Waszyngtonu, ale nie ujrzą one światła dziennego wcześniej, niż za 40 lat... Dlatego też tą hipotezę będą mogli zweryfikować dopiero nasi potomkowie.

 Przekład z j. rosyjskiego i opracowanie –
Robert K. Leśniakiewicz © 

CDN.

sobota, 24 września 2011

POCIĄGI-WIDMA I WIDMA W POCIĄGACH (6)





Jak u Grabińskiego: magia ślepego toru…


Kiedyś z wypiekami na twarzy czytałem opowiadania grozy tego autora, w tym jego cykl opowiadań kolejowych. Lubiłem je właśnie dlatego, że opowiadały o dziwnych wydarzeniach mających związek z koleją. A w kolei kochałem się od dziecka. Najpierw jako dzieciak uwielbiałem patrzeć na pociągi ciągnięte przez dymiące parowozy, potem sam zacząłem przemieszczać się pociągami. Zrazu najpierw z rodzicami, a potem już samotnie. I mimo tego, że dwukrotnie zmieniałem zawód i kolejarzem nie zostałem, to wciąż pozostał mi sentyment do pociągów – wolałem jechać koleją z czy do Krakowa, niż autobusem czy busem. Czemu? Bo podróż koleją trwała trzy i pół godziny, a busem godzinę…

W pociągach poznawało się nowych ludzi. W pociągach zawierało się przyjaźnie i rodziły się miłości. W pociągach przeżywało się różne dziwne przygody. W stuku kół i sapaniu lokomotywy, w syku pary i szczęku zderzających się buforów, woni dymu i rozgrzanego żelaza było to, co kochają wszyscy młodzi ludzie – Droga i Przygoda. A droga to słowo magiczne. To jest coś więcej, niż odległość z punktu A do punktu B. To jest magia, demon ruchu, o którym pisał Grabiński. To tajemnicza część naszego życia. To nocne podróże w korytarzach światła i ruchu wbijających się w ciemności nocy. To smak kawy w Warsie i dworcowej fasoli po bretońsku w dworcowych barach. I czekanie na połączenia w dusznych, zadymionych poczekalniach. To zapach świeżego powietrza, kiedy się z nich wychodziło i monotonny stukot kół spod których uciekały w przeszłość kilometr za kilometrem. I stacyjki o schludnych budyneczkach, wymalowanych i utrzymanych jako wizytówka każdej miejscowości, błyski świateł i sygnałów, i znów stukot i kłęby pary czy porykiwanie spalino- czy elektrowozów. Usypiający rytm i szum rozcinanego powietrza – jak w muzyce Jeana-Michela Jarre’a. To wszystko nazywało się romantyką podróży.

A dzisiaj? O Boże! – lepiej nie mówić. Stacje, które kiedyś były wizytówkami miast i wsi, do których należały, stały się miejscami wionącymi opuszczeniem. Jak miasta po wojnie nuklearnej w ponurych powieściach Nevila Shute’a czy Johna Wyndhama. Tory, po których biegły sznury wagonów stały się posępnymi, rdzawymi pasmami skorodowanego żelastwa. Mosty, które od lat dwudziestu nie były konserwowane, stają się powoli widmami tego, czym kiedyś były. Prawdę powiedziawszy, to dziwię się temu, że ich się nie konserwuje – czyżby potrzebna była jakaś koszmarna katastrofa kolejowa, żeby ktoś wreszcie zwrócił na to uwagę?

Poszliśmy niedawno zobaczyć, jak wygląda odcinek torów pomiędzy Jordanowem a Bystrą Podhalańską. W ten jasny, niemal wiosenny dzień, przy jaskrawo świecącym słońcu w ciepłych podmuchach halnego szliśmy „sztreką” w kierunku mostu na tzw. Międzywodach. Wrażenie? Niezbyt przyjemne. Zewsząd wiało opuszczeniem. To się wyczuwa od razu! Szyny dawniej błyszczące i lśniące w słońcu dziś pokrywa nalot rdzy. Dawniej jechały po nich pociągi z częstotliwością jeden co 30 – 45 minut. Dzisiaj trzy godziny…

Weszliśmy na most. To tutaj właśnie ziało opuszczeniem i zapomnieniem. Potężna żelazna konstrukcja z nitowanych teowników i ceowników z daleka wygląda solidnie i mocarnie – z bliska, żałośnie, rdzawo i niebezpiecznie. Jak w powieści grozy. Trzeba uważać na dziury w moście, w które można wpaść. Dawniej most był szary od specjalnej farby – dziś kolorem dominującym jest rdza. Zresztą i Skawa też nie ta. Dawniej chodziliśmy się kąpać „pod most”, czyli właśnie tam. Chodziła tam młodzież z całego miasta. Kąpaliśmy się tam i opalaliśmy. Teraz strach wejść do wody, a brzegi przypominają śmietnisko. Zewsząd zwisają festony opakowań plastykowych, które naniosły wody ubiegłorocznych powodzi. Widok ohydny i dobrze byłoby, gdyby to ktoś sprzątnął w ramach sprzątania świata. zresztą tego śmietnika nie posprząta się w ramach jednej akcji – tu potrzeba porządnego, profesjonalnego sprzątacza, a nie dzieciaków…

Jeszcze dożyjemy dnia, w którym na stalowe szlaki ruszą znowu pociągi i tory znowu ożyją, zatętnią ruchem, światłem i dźwiękiem. Kończą się paliwa kopalne, kończą się zasoby ropy. Będzie ona tak droga, że ludziom nie będzie się opłacała eksploatacja pojazdów samochodowych. A wtedy ludziom przypomni się kolej i będą pluć sobie w brody i przeklinać swoją głupotę która kazała im zamykać i likwidować szlaki kolejowe. Ten czas nadchodzi i właśnie mamy jego przedsmak, kiedy ceny benzyny przekroczyły magiczną granicę 5,- PLN/litr.

Bezlitosny rachunek ekonomiczny zmusi biznes do sięgnięcia po tańsze środki transportu: transport kolejowy i wodny. No i mam nadzieję, że zrealizowane zostanie hasło „TIR-y na tory”, co da wytchnienie drogom i ludziom od śmierdzących, plujących dymem drogowych potworów stwarzających znaczne niebezpieczeństwo w ruchu drogowym. W powietrzu zrobi się czyściej i na drogach będzie mniej hałasu i spalin – tych plag polskich dróg. Kolejowe szlaki zostaną wreszcie uwolnione od przekleństwa rzuconego na nie dwadzieścia lat temu przez garstkę ekonomicznych analfabetów i znowu zatętnią życiem.

Tak będzie.

CDN.