piątek, 31 stycznia 2014

Świecenie nocnego nieba



Oleg Fajg


Zorza polarna na Saturnie wygląda jak jaskrawe, nieprzerwane kręgi wokół biegunów. Ich jasność i rozmieszczenie są związane z ciśnieniem wiatru słonecznego: im jest ono silniejsze, tym jaskrawsze i bliższe biegunom.

Zadziwiające zjawisko zorzy polarnej obserwował i badał już sam M. W. Łomonosow. W jednym ze swych wierszy o światłach nocnego nieba, które Pomorzanie nazywali „pozoriami”, on zadał takie pytanie:

Jak to być może
By zmarzłe pary
Wśród mroźnej zimy
Zażegły pożary?

Było to związane z ówczesna teorią Christiana Wolfa zakładającą, że przyczyn powstawania „północnej zorzy” należy szukać w „subtelnych parach” z głębin Ziemi. Według Wolfa, „saletrzane i kwaśne” gazy unosiły się w górę i tam zapalały się pod wpływem słonecznych promieni.

[Tak sam był pogląd na naturę komet, które – według krakowskiego uczonego prof. dr Kaspra Ciechanowskiego cytującego zresztą poglądy Arystotelesa – były niczym innym jak: waporem gorącym y suchym, tłustym y lipkim – mocą gwiazd z Ziemię wyciągnionym ponad Spherę Ognia tamże zapalonym i bieg swoy odprawuiącym wraz z trzecią Powietrza Krainą… - uwaga tłum.]


Północne zorze i południowe światła


Zorze polarne odkryto także na innych planetach. One jaskrawo świecą w górnych warstwach atmosfer gazowych olbrzymów - Jowisza i Saturna. Przejawy aktywności jonosferycznej obserwuje się także na ich księżycach, które otacza stosunkowo gęsta atmosfera.

[Czyli na Ganimedesie (J3), Europie (J2) Callisto (J4) Io (J1) oraz Tytanie (S6), Dione (S4) i Rei (S5) – uwaga tłum.]

Niektórzy planetolodzy uważają, że zorze polarne występują również na pozostałych gazowych olbrzymach – Uranie i Neptunie.

Zorze polarne na Jowiszu mają taką sama naturę jak ziemskie: szybkie elektrony dryfujące w magnetosferze planety wzdłuż linii sił pola magnetycznego pomiędzy biegunami. Potem wpadają one w górne warstwy atmosfery w okolicach biegunów i wywołują świecenie gazów.

[Tlen świeci czerwono i zielono, azot świeci na purpurowo i bordo. Na niebiesko i fioletowo świecą wodór i hel. Zorze polarne świecą zazwyczaj na wysokości 100 km nad powierzchnią Ziemi – uwaga tłum.]

Stosunkowo niedawno zorze polarne zostały odkryte także na wewnętrznych planetach Układu Słonecznego – na Wenus i Marsie. Marsjańskie zorze można zaobserwować w każdym dowolnym punkcie planety – także na równiku – bowiem słabe pole magnetyczne planety nie ściąga cząstek wiatru słonecznego ku biegunom.

Następną sensację przyniosły badania brązowych karłów – gigantycznych ciał niebieskich, które masą niewiele ustępują gwiazdom. Te obiekty stanowiące ogniwo pośrednie pomiędzy gazowymi gigantami a gwiezdnymi karłami, w których jądrach na pewnym etapie zaczynają się reakcje termojądrowe zachodzące przy wysokich ciśnieniach i temperaturach. Jednakże dla podtrzymania tego procesu nie starcza masy i reakcja „palenia się” wodoru (jego przemiany w hel i cięższe pierwiastki – przyp. tłum.) – podtrzymująca „życie” gwiazd i naszego Słońca – szybko gaśnie.  

Szczegóły badań promieniowania elektromagnetycznego brązowych karłów pozwalają na wyciągnięcie wniosku, iż w jonosferze tych obiektów mogą szaleć straszliwe burze magnetyczne wywołujące silne świecenie.

Teoretycznie burze elektromagnetyczne z zorzami polarnymi powinny się pojawiać także na innych ciałach niebieskich takich jak magnetary. Są to jedne z najbardziej masywnych obiektów we Wszechświecie – obracające się gwiazdy neutronowe, które pozostały po wybuchach gwiazd Supernowych. One są otoczone straszliwie silnym polem magnetycznym, tysiące razy silniejszym, niż u zwykłych gwiazd. Obracają się one z ogromnymi prędkościami – kilku obrotów na sekundę – i to pole magnetyczne zakręca się wokół nich w rodzaj „magnetycznego kokonu”, na powierzchni którego powstają gigantyczne impulsy promieniowania elektromagnetycznego.


Projekty „Araxe” i „Harfa”


Najbardziej przekonywującym dowodem na to, że pojmujemy jakieś fizyczne zjawisko, to powtórzenie go w warunkach laboratoryjnych. Jednym z pierwszych, którzy spróbowali laboratoryjnie wytworzyć zorzę polarną był znany amerykański konstruktor i badacz elektryczności – Nikola Tesla.

W swych eksperymentach jonizował on silnie rozrzedzone powietrze w kolbach i rurach, które to gazy świeciły w silnym szybkozmiennym polu magnetycznym. Tesla uważał, że modeluje procesy zachodzące w górnych warstwach atmosfery. W swych doświadczeniach posunął się on dalej. Zbudował on dużą wieżę – „wieżę Tesli” – przy pomocy której zamierzał „podpalić niebiosa” – dzięki elektrycznemu rezonansowi zachodzącemu pomiędzy jonosferą a powierzchnią Ziemi. Zadziwiające jest to, że ów fantastyczny eksperyment wywołał światowe efekty. W czasie silnej burzy, „rezonator Tesli” otoczył się gigantycznymi wyładowaniami, i na niebie nad Long Island pojawiło się dziwne świecenie przypominające w wyglądzie zorzę polarną.

Przeszło ponad pół stulecia i nadeszła pora „naturalnych kosmicznych eksperymentów” – takich jak radziecko-francuski program „Araxe”/„Аракс”. Z półkuli południowej, z francuskiej wyspy Kerguelena na Oceanie Indyjskim wystartowała geofizyczna rakieta z „elektronowym działem”. Lecąc wzdłuż linii sił pola magnetycznego, połączonych w pasy, wykonała ona parę „elektronowych wystrzałów” w jonosferze. Powstały potok elektronów przeleciał na półkulę północną i wywołał zorzę polarną nad miejscowością Sogra w Archangielskiej Obłasti.

Eksperyment „Araxe” spowodował pojawienie się programu badań jonosfery za pomocą fal radiowych o wysokich częstotliwościach – HAARP czyli „Harfa” (harp to po angielsku harfa – przyp. aut.). W toku tego projektu w Gakonie, AK, został zbudowany ogromny kompleks do badań jonosferycznych. Na powierzchni 60 km² postawiono las 360 anten, stanowiących emitor fal wysokiej częstotliwości – EHF – skierowany w jonosferę. Następnie analogiczne pola antenowe powstały w Tromsø (Norwegia), na Grenlandii i w Australii.

Oficjalnie kompleks do badań jonosferycznych „Harfa” został zbudowany do zbadania natury jonosfery oraz rozwijania systemów OPLOT i OPB (Tarczy Antyrakietowej systemu SDI/NMD – przyp. tłum.). Poza tym HAARP miałby służyć do wykrywania okrętów podwodnych i do podziemnej tomografii wnętrza Ziemi. Jednakże wielu „niezależnych badaczy” twierdzi, że głównym celem programu „Harfa” jest znalezienie kanałów wpływania na jonosferę i ostrych zmian warunków klimatycznych i naturalnych na terytoriach potencjalnych i realnych przeciwników USA.





Zorza polarna nad Jordanowem w październiku 2003 roku


Jonosferyczne UFO


Opisując niezwykłe formy pojawiającego się świecenia, wielki fantasta i popularyzator nauki – Arthur C. Clark – zauważa:
- Nie przychodzi łatwo przyjąć za prawdę, że Natura jest w stanie zbudować „statki kosmiczne” wyposażone w najbardziej wymyślne możliwości – kiedy tylko Ona tego zapragnie…

Jeszcze w 1882 roku, astronom z Obserwatorium Astronomicznego w Greenwich – Edward Walter Maunder dowodził na posiedzeniu Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego, że zaobserwował on jak:

 …wielki okrągły dysk koloru zielonkawego naraz pojawił się nisko nad horyzontem w kierunku NE-E, a który wzeszedł i poruszał się na niebie płynnie i równomiernie jak Słońce, Księżyc, gwiazdy i planety, ale tysiąc razy szybciej. Jego okrągły kształt najwidoczniej był spowodowany efektem perspektywy – obiekt zbliżając się wydłużał się i kiedy przeciął południk przechodząc nieopodal Księżyca – jego kształt stał się bliski wydłużonej elipsy i wielu obserwatorów opisywali go jako cygarokształtny, podobny do torpedy…

Clark faktycznie powtarza wyjaśnienie, które podali radzieccy uczeni. Natura przy pomocy swej rzutni elektronowej o długości 93.000.000 mi/148.900.000 km może stworzyć symetryczne, ostro odcinające się od tła obiekty, jednostajnie poruszające się po niebie. Po mojemu, to widowisko było o wiele bardziej realne niż jakikolwiek statek kosmiczny, ale fakty nie pozostawiają miejsca dla sporów. Obserwacje dokonane przy pomocy spektroskopów potwierdzają, że były to tylko zorze polarne i nic ponadto. I w czasie swego lotu nad Europą, obiekt zaczął się powoli rozwiewać i rozpadać na fragmenty. W kosmicznym kineskopie zepsuła się regulacja ostrości…

Jest całkiem możliwe, że burzliwy rozwój fizyki jonosfery natchnął swego czasu znanego pisarza Frederica Browna do napisania oryginalnego opowiadania pt. „Falowcy” w którym mówi się o nowej formie życia, która manifestuje się poprzez emisje fal elektromagnetycznych. A oto jak opisuje je autor z punktu widzenia jednego z bohaterów – prof. Helmetca:
- Przecież przybysze z kosmosu, to są w rzeczywistości prawdziwe fale radiowe. Ich jedyną osobliwością polega na tym, że nie mają One źródła promieniowania. One są po prostu falową formą przyrody ożywionej, zależnej od fluktuacji pola, tak jak nasze ziemskie życie zależy od ruchu i wibracji materii.

Jak one są wielkie? Czy są jednakowe, czy też różne?

Brown całkiem oryginalnie przedstawia tą zasadniczo nową formę jonosferycznego życia, która bierze udział w tworzeniu zórz polarnych. On fantazjuje, że dla istnienia elektromagnetycznych Przybyszów jest dostępna każda długość fali. A to oznacza, że Oni są w stanie pojawić się na każdej częstotliwości fal radiowych, albo zmieniają sobie długość fali radiowej wedle swego życzenia.

Z kolei zaś rozmiary Falowców od indywiduum do indywiduum zwierają się w diapazonie od kilku tysięcy do pół miliona kilometrów. I na pytanie:
- A dlaczegóż-to profesorze sądzi pan, że te fale radiowe są żywymi istotami? Dlaczego nie są to po prostu fale radiowe? – bohater opowiadania odpowiada: - Dlatego, że po prostu fale radiowe, jak pan to mówi, podlegają dokładnie takim samym prawom fizycznym jak każda nieożywiona materia. Kamień nie może podobnie jak zając, wybiec na górę a tylko spadać w dół. Wynieść go na górę może tylko przyłożona doń siła. Przybysze, to szczególna forma życia dlatego, że są w stanie przejawiać swoją wolę, dlatego że Oni mogą dowolnie zmieniać kierunek swojego ruchu, a głównie dlatego, że w każdych warunkach chronią swoją integrację. Odbiornik radiowy jeszcze ani razu nie przekazał dwóch zlewających się sygnałów. One biegną jedne po drugich, ale nigdy nie nakładają się na siebie, jak to bywa z radiosygnałami wysyłanymi na jednej fali. I tak jak pan widzi, nie mamy takiej prostej „sprawy z falami radiowymi”.

Finał opowiadania został napisany w tragikomiczny sposób: okazało się, że kosmiczni Falowcy (jak nazywają Przybyszów z jonosfery) karmią się sztuczną i atmosferyczną elektrycznością. To szybko doprowadza nas do zaniku bytowej i przemysłowej energii elektrycznej, znikają błyskawice, a Ludzkość wraca do wieku pary!



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 37/2013, ss. 14-15

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

czwartek, 30 stycznia 2014

IFO NA ORBICIE (2)


Z ciekawszych wydarzeń odnotowałem w mym kapowniku ufologa pojawienie się fantastycznych zórz polarnych na północnym nieboskłonie Kanady, Alaski, Syberii i Skandynawii, w nocy 7/8 i 8/9 listopada 2001 roku.

Wieczorem, 30 października około godziny 21:00 CET, mieszkańcy Jordanowa Iza i Paweł K. zaobserwowali widowiskowy przelot meteorytu nad miastem. Kierunek jego lotu wskazywał, że mógł to być meteoryt z potoku Południowych Piscidów, Północnych lub Południowych Taurydów, Nocnych Andromedydów, Orionidów czy Pegazydów, które promieniowały w tym czasie.

 W Finlandii zaobserwowano dodatkowo wspaniały fenomen - Księżyc w pełni wpisał się w ogromny krzyż - co w Średniowieczu było bez ochyby zapowiedzią Gniewu Bożego z wiadomymi konsekwencjami, co mnie nie dziwi, bowiem w dniu 11 września 2001 roku świat cofnął się do Średniowiecza właśnie, gdy grupa fanatyków arabskich (czy na pewno???) dokonała aktu terroru w Nowym Jorku i Waszyngtonie, a w odwecie amerykańskie bomby poleciały na Afganistan. Zastanawiam się, czy to, co nastąpiło w nocy 17/18 listopada 2001 roku w Jordanowie miało związek z tą wojną?

A to było tak:

Późnym wieczorem 17 listopada, około godziny 23:00 CET, dwie panie: Kazimiera J. i Anna L. przez około kwadrans obserwowały przez okno bardzo jasną „gwiazdę”, która mrugała aperiodycznie wisząc nad w elewacji H = 30o południowo-wschodnim horyzontem na azymucie AZ = 140o. „Gwiazda” ta potem znikła równie szybko, jak się pojawiła.

W parę godzin później, już w dniu 18 listopada, o godzinie 00:55, inny mieszkaniec Jordanowa - pan Adam L. zauważył przez okno swej łazienki jakieś dziwne światła na niebie. Zaintrygowany wyjrzał przez nie i ku swemu niebotycznemu zdumieniu ujrzał na nieboskłonie pięć świateł lecących w regularnej formacji przypominającej literę W lub M: dwa światła na północy i trzy na południu. W przeciwieństwie do poprzedniej obserwacji, światła te były duże - ich średnica kątowa wynosiła tyle, ile średnica Księżyca w pełni. Przypominały świecące białym światłem z różowymi przebłyskami krążki leżące na płask, które poruszały się powoli lecąc ze wschodu na zachód - ku Babiej Górze. Nie zaobserwowano żadnych efektów dźwiękowych czy elektromagnetycznych. Obiekty nie oddziaływały też na zwierzęta - psy i koty. Cała iluminacja trwała jakieś pół minuty. Świadek powiadomił mnie o tym wydarzeniu następnego dnia.

Tegoż 18 listopada, tym razem już o godzinie 06:53 CET rano, miałem okazję zaobserwować kolejny fenomen tej nocy - tym razem było to jaskrawo świecące punktowe światło, które poruszało się z dość dużą prędkością po nieboskłonie z AZ = 300o na AZ = 120o. jasność obiektu była duża - co najmniej -2m,00 - która stopniowo słabła w miarę zbliżania się obiektu do horyzontu. Całość obserwacji trwała około 30-40 sekund.

W niedzielę zredagowałem email z informacją o zaobserwowanych w Jordanowie Nocnych Światłach i rozesłałem go do ludzi terenowych agend Centrum oraz naszych współpracowników na Górnym Śląsku. W poniedziałek otrzymałem od razu dwa e-maile: pierwszy od Stanisława Sawkiewicza  z Bytomia, który zasugerował mi, że najprawdopodobniej widziałem przelot ISS, zaś drugi był od Marcina Mioduszewskiego, który poinformował mnie i pozostałych członków Centrum, że otrzymał informację od Tadeusza Filara o obserwacji jakiegoś dziwnego obiektu w kształcie zielono świecącej racy z czerwonym środkiem w okolicach Przemyśla. Potem podobny obiekt, tylko że mniejszy, pojawił się ponownie.

Zabrałem się za analizę pierwszej obserwacji i udało mi się ustalić, że obie kobiety mogły widzieć zwyczajne gwiazdy: Syriusza (α CMa) - który w opisanym momencie znajdował się na AZ = 136o i H = 10o, zaś jego jasność wynosiła -1m,47 lub Rigela (β Ori) - który znajdował się na AZ = 155o i H = 26o, a jego jasność wynosiła +0m,1. W opisywanym wypadku Syriusz był jeszcze niewidoczny, bowiem przesłaniały go zabudowania gospodarskie, zaś Rigel znajdował się niemal 15o bardziej na zachód od zaobserwowanego obiektu... A zatem klasyczne Nocne Światło?

Trzecia obserwacja też mogłaby pasować do przelotu ISS, ale z tego, co przesłał mi Staszek Sawkiewicz wynikało, że nie jest ona tak bardzo jasna, jak był obserwowany przeze mnie obiekt. A może było tak, jak w przypadku nieboszczyka - a raczej bardziej adekwatnym byłoby tutaj słowo „ziemowszczyka” - Mira, którego niejednokrotnie eskortowały po orbicie niezwykłe NOO?... W tym przypadku mogło być podobnie - najpierw leciał NOO a za nim ISS.

Także obserwację Tadeusza Filara można uznać za wyjaśnioną, bowiem tej nocy i następnej, zaobserwowano deszcz meteorytów należących do potoku meteorytowego Leonidów. Niezorientowanym wyjaśniam, że jest to rój meteorytów, który promieniuje z konstelacji Lwa, z miejsca o współrzędnych niebieskich RA = 10h09m,18 i DEC = +22o12’. Okres ich aktywności przypada na 14-20 listopada, zaś szczyt aktywności radiantu wypada właśnie 17 listopada. Kulminacja radiantu przypada na godzinę 06:30 GMT czyli 07:30 CET. Intensywność opadu wynosi zazwyczaj 14.000 N/h[1], w tym roku w Japonii odnotowano 20.000 N/h! Nawroty maksimum aktywności roju przypadają co 33,3 roku. Ostatnie takie maksimum wypadło w listopadzie 1999 roku. NASA odwołała loty wahadłowców, i wszyscy obawiali się, że meteory mogą uszkodzić satelity telekomunikacyjne. Na szczęście do tego nie doszło, co nie znaczy, że rzecz jest niemożliwa... ISS Alfa była także wystawiona na kosmiczny ostrzał resztkami komety  oznaczonej jako 1866 I  Tempel-Tuttle, które stanowią potok Leonidów. Pociski te poruszają się z ogromną prędkością geocentryczną Vg = 72 km/s! To najszybsze meteory w Układzie Słonecznym! Dlatego ich wlot w ziemską atmosferę i rozpad w niej jest tak spektakularny! W poniedziałek zadzwoniłem do red. Andrzeja Zalewskiego z Eko Radia, który poinformował mnie o wspaniałym deszczu meteorytów zaobserwowanym nad Pacyfikiem. Od razu jednak doszliśmy do wniosku, że to zjawisko może spowodować silne opady atmosferyczne deszczu i śniegu - bowiem taki deszcz materii kosmicznej spowoduje znaczny wzrost ilości jąder kondensacji pary wodnej w atmosferze i co za tym idzie intensyfikację opadów, co się sprawdziło w stu procentach...

Także w Polsce zjawisko to było śledzone przez naukowców i astronomów amatorów z AGH, którzy odnotowali aktywność roju rzędu 60 N/h, w dniu 28 listopada nad ranem. Niektóre z nich były nawet jaśniejsze od Księżyca w pełni! Niestety, ten opad meteorytów w ogóle nie tłumaczy tego, co widział Adam L. w nocy 18 listopada, bo według jego relacji nie były to żadne gwiazdy spadające, tylko wolno lecące, świecące spokojnym światłem krążki z różowymi „błyskami” na obrzeżach. To jest zupełnie odmienne od flar, rac i fajerwerków, które widziano w Australii, Japonii i w Polsce nad ranem... Jedynym wytłumaczeniem jest to, że były to jakieś supertajne pojazdy latające Amerykanów, Rosjan czy Chińczyków, albo klasyczne pozaziemskie UFO Obcych! Trzeciej możliwości nie ma.

20 listopada napłynął do mnie email od pewnego mieszkańca Warszawy, w którym donosił on o  niezwykłej obserwacji poczynionej wieczorem, dnia 14 listopada 2001 roku, w godzinach 17:30 - 18:00 CET w okolicach podwarszawskiego Tarchomina przez dwoje świadków. Był on pewnym potwierdzeniem tego, co Kazimiera J. i Anna L. widziały w Jordanowie 17 listopada wieczorem. W tym przypadku świadkowie na początku zauważyli oni jedno czerwone pulsujące światło, które zaczęło zmieniać kolory: z czerwonego na niebieski, potem z niebieskiego na zielony, a potem znów na czerwony... Następnie światło zaczęło latać zygzakiem tak, jakby czegoś szukało po ziemi, od czasu do czasu zmieniając pułap lotu. Zdumiewało ich to, że jakiemuś samolotowi czy helikopterowi zezwolono latać nad Warszawą po nocy, ale te zmiany kolorów przekonały ich, że nie mają do czynienia z samolotem czy helikopterem... Ale to nic, w porównaniu z tym, co nastąpiło później!

Naraz, na niebie pojawiła się jasna „gwiazda” i ni stąd ni zowąd też zaczęła „mrugać” kolorami! Ten NL stał jednak w miejscu i nie poruszał się. Po jakiejś minucie zaczął też poruszać się zygzakowatym kursem. Po chwili poniżej niego zaczęła się poruszać i „mrugać” kolorami następna „gwiazda”. Trzy obiekty latały „mrugając” jakby szukały czegoś nad określoną dzielnicą miasta. Znajdowały się one na AZ = 120-135o i H = 20-25o. Oddalały się powoli zygzakując i po pewnym czasie znikły za drzewami. Zszokowani świadkowie nie mieli pojęcia, co to właściwie było.

Ja też - ale raczej jestem absolutnie pewny, że to były klasyczne UFO z rodzaju Nocne Światła. Coś podobnego zaobserwowano również w Jordanowie trzy dni później! Czy były to meteoryty - na pewno nie. Nie ma takich meteorytów, które lecąc zygzakiem mrugają kolorowo i na dodatek mogą przez kwadrans pozostawać w zwisie, jak helikopter.

Ciekawe, bo najwięcej obserwacji NOL-i zdarza się właśnie w czasie deszczów meteorytów, że wspomnę tylko wydarzenie z 6 maja 2000 roku, kiedy to zaobserwowano przelot jasnego bolidu - nazwanego potem Meteorytem Beskidy - i przy okazji Obiektu Dziennego nad Polską, który zaobserwowano w pasie województw południowych - od dolnośląskiego po małopolskie. W tym czasie nasza planeta była bombardowana meteorytami z rojów: μ-Virginidów, α-Skorpidów, α-Bootydów, φ-Bootydów i η-Akwarydów - a zatem ostrzał ten był na pewno równie gęsty, jak ten z listopada 2001 roku...

W dniu 24 listopada odbyłem w Kral’ovanach spotkanie robocze ze znanym słowackim ufologiem dr Milošem Jesenským. Rozmawiając na temat obserwacji UFO w Polsce w nocy 17/18 listopada, dowiedziałem się, że na Słowacji także odnotowano tamtej nocy dziwne wydarzenia. Otóż do dr Jesenský’ego zgłosił się pewien człowiek twierdząc, że widział on dwa NOL-e, które latały nad miasteczkiem Krasno nad Kysucou. Jeden z nich wkrótce znikł, zaś drugi wylądował na szczycie jednego z tamtejszych wzgórz. Przypadek ten jest w trakcie rejestracji i musimy poczekać na koniec dochodzenia. 

I na koniec jeszcze jeden kwiatek. 22 listopada otrzymałem kolejnego emaila od mieszkańca Warszawy, w którym PAP podaje - cytując japońską agencję Kyodo - że nierozpoznany obiekt przypominający rakietę spadł w wody Morza Południowochińskiego. Wedle Kyodo, japońskie MON otrzymało informację od armii amerykańskiej, że być może był to pocisk rakietowy wystrzelony przez Koreę Południową. Cytowany przez Kyodo anonimowy przedstawiciel MON powiedział, że „obiekt nie był niebezpieczny”. Tymczasem rzecznik prasowy MON nie potwierdził tej informacji. Czy był to południowokoreański czy amerykański MRBM? A może północnokoreański ICBM typu Taepo Dong 5? Na mój gust, informacja ta może dotyczyć nie pocisku rakietowego, ale po prostu kolejnego pocisku kosmicznego z roju Leonidów...

Ale to jeszcze nie koniec atrakcji, bo na początku grudnia w mieście Mouscron (Belgia), kilkoro tamtejszych mieszkańców zaobserwowało przelot NOL-i w kształcie świetlistych trójkątów. Tameczna publiczna TV w kanale RTBF podała następujące relacje świadków:

 

Po raz pierwszy zdarzyło się to 6 grudnia między godziną 23:20 a 23:45, w chwili, gdy wprowadzałem samochód do garażu. Wieczorem zwykle patrzę w niebo i tego dnia zauważyłem coś niezwykłego: dwa świetliste trójkąty. Wokół tego, który znajdował się bardziej na zachodzie, przemieszczał się żółty cylinder - oświadczył reporterom RTBF emerytowany policjant, a zatem człowiek, którego trudno posądzić o fantazjowanie. W kilka dni później pewna kobieta zaobserwowała przedziwne zjawisko niebieskie:


Widziałam cylinder, który przemieszczał się na  zachód w stronę Francji. Cylinder świecił się żółto-pomarańczowym światłem. Kiedy się zbliżył, w miejscu, w którym było zupełnie ciemno, nagle rozświetlił się trójkąt.


Zjawiskiem zainteresowało się belgijskie Towarzystwo Badań Zjawisk Kosmicznych, które prowadzi dochodzenie w tej sprawie. Od siebie dodam, że ta organizacja w tym zakresie ściśle współpracuje z belgijskim wywiadem wojskowym i służbami specjalnymi NATO... W opisywanym czasie trwał „kosmiczny ostrzał” Ziemi przez meteory i meteoryty z sześciu radiantów: Monocerotydów, τ-Hydraidów, χ-Orionidów Północnych, χ-Orionidów Południowych, Geminidów i Arietydów. Czyżby Ufici chronili się przed nim w ziemskiej atmosferze? Taka możliwość też jest dopuszczalna, a co za tym idzie podważa to tezę niezniszczalności NOL-i!...

  

Wszystkie zaobserwowane przez nas fakty wskazują na to, że UFO w jakiś sposób związane są z kamieniami z nieba i im towarzyszą, albo - czego też nie da się wykluczyć, a wyznają ten pogląd niektórzy astronomowie - jak np. Roman Rzepka - iż istnieją meteory, których właściwości odbiegają dalece od właściwości znanych nam drobnych ciał niebieskich, czego dobrymi przykładami mogą być Meteoryt Tunguski czy Meteoryt Jerzmanowicki.

Ostatni przypadek obserwacji NOL-i miał miejsce na Podkarpaciu w dniu 25 grudnia 2001 roku o godzinie 16:18 GMT, w okolicach Ropczyc, gdzie 2 świadków, zaobserwowało przelot nad miastem dwóch jasnych kul, koloru jasno-pomarańczowego. Całość obserwacji trwała około 2 sekund. Na pewno nie były to samoloty czy helikoptery, a zatem albo rakiety, albo... UFO. Przypadek w trakcie rozpracowywania.
[…].


...UOO nad Bawarią i inne fenomeny



Kwiecień 2002 roku był niezwykle interesujący nie tylko ze względu na wydarzenia polityczne w kraju i za granicą, ale także ze względu na obserwacje osobliwych zjawisk na terenie Jordanowszczyzny.

Zacznę od tego, że w dniach pomiędzy 1 a 10 kwietnia chciałem wreszcie „zapolować” na kometę oznaczona jako C/2002C1(Ikeya-Zhang), która w opisywanym czasie miała przemieszczać się w gwiazdozbiorze Andromedy, nieopodal Wielkiej Galaktyki M-31. Niestety - kometa słabo świeciła nad zachodnim horyzontem i nie można jej było dostrzec. Chcąc nie chcąc musiałem zadowolić się zdjęciem, które dostałem z NASA poprzez Internet...

Wypatrywanie komety Ikeya-Zhang dało mi możność zaobserwowania Nieznanego Obiektu Orbitalnego, który w dniu 4 kwietnia przeciął nasz nieboskłon w locie z zachodu na wschód, o godzinie 20:03. Być może miał on związek z tajemniczymi obiektami kosmicznymi zaobserwowanymi przez naszych japońskich kolegów z Kagoszimy, Tokio i Tenri, a o których mówiło się, że są supertajnymi szpiegowskimi satelitami należącymi do amerykańskiego systemu Echelon.

Ów tajemniczy obiekt mógł mieć również związek z zaobserwowanymi w Bawarii deszczami meteorów, których pojawienie się mogło spowodować zjawisko tzw. srebrzystych obłoków, które w dniu 4 kwietnia były widoczne szczególnie wyraziście nad zachodnim horyzontem. Notabene, zjawisko to jest obserwowane zazwyczaj tylko w lipcu i sierpniu i tylko na półkuli północnej. Tym razem obserwowano je aż trzy miesiące wcześniej! Nawiasem mówiąc, jordanowskie małżeństwo pp. Anna i Adam J. bawiąc w okolicach Stuttgartu miało okazję widzieć wspaniałe widowisko deszczu spadających gwiazd na tamtejszym niebie.



9 kwietnia postanowiłem po raz wtóry zobaczyć kometę, ale nie było mi to dane. Kometa świeciła bardzo słabo, a przy okazji przekonałem się, jak bardzo mamy zanieczyszczoną światłem atmosferę w okolicach Jordanowa. Na zdjęciach widoczna jest jasna plama, to łuna świateł miejskich Myślenic (35 km) i Krakowa (62 km) odbitych od ławicy chmur wiszącej na średniej wysokości. Tego samego wieczoru zadzwoniło do mnie kilka osób z powiadomieniem, że widzą bardzo jasny punkt świetlny wiszący nad zachodnim horyzontem. Faktycznie - zjawisko wyglądało niezwykle efektownie, ale rychło przekonałem się, że to nie UFO, ale planeta Wenus, którą właśnie mijał młodziutki Księżyc...



A co z pogodą? Czego możemy się spodziewać w maju? Jak twierdzi red. Andrzej Zalewski, maj i czerwiec mają być gorące, wręcz upalne - tzn. z temperaturami powyżej +30oC - i niemal bezdeszczowe. Strażacy niech się mają na baczności! Za to lipiec słotny i chłodny - z możliwością powtórki z Wielkiej Wody, co poddaję pod rozwagę władzom regionalnym i samorządowym. Sierpień ma znów być suchy i słoneczny. No cóż - pożyjemy, zobaczymy. W sierpniu spodziewamy się obserwacji deszczów meteorytowych - tzw. „łez św. Wawrzyńca” i kilku efektownych przejść Księżyca koło jasnych planet, co z pewnością znów zaowocuje meldunkami o obserwacjach UFO nad naszym regionem... Należy zatem zwrócić uwagę na wszelkie meldunki o obserwacjach UFO nad Małopolską i Podkarpaciem, czy nie pokrywają się one ze zjawiskami czysto astronomicznymi.


Prozaiczne wyjaśnienie?


Wygląda na to, że jednak jest pewne wyjaśnienie niektórych obserwacji UOO. Być może znaczna część z nich, to amerykańskie satelity systemów Echelon i Deep Space Platform, które przede wszystkim służą za spysaty. Poza tym istnieje kilka - mówi się ostatnio o czterech satelitach, które są doświadczalnymi obiektami testującymi tajemnicze urządzenia antygrawitacyjne. Poza tym są jeszcze amerykańskie i rosyjskie próby coraz to nowocześniejszych systemów antyrakietowych NMD. Wydaje się, że za tym wszystkim stoją USA, Rosja i... Chiny, które w maju 2002 roku oficjalnie ogłosiły start swego programu księżycowego!


---oooOooo---


Te słowa napisałem pod koniec 2002 roku. I w dalszym ciągu – jak widać – w atmosferze naszej planety pojawiają się dziwne, Nieznane Obiekty Latające. Trudno powiedzieć, by były to obiekty powstałe wskutek aktywności słonecznej. Są one zbyt „masywne” jak na coś, co jest zgęstkiem „zimnej” plazmy – jak postuluje to Krzysztof Piechota, czy czegoś w tym rodzaju – jak twierdzą Rosjanie – a właśnie pasują one do maszyn latających w kształcie trójkąta, które obserwowano w latach 90. XX wieku nad Europą Zachodnią i USA. Wtedy trwały wojny na Bałkanach – dzisiaj zaognia się sytuacja za naszą wschodnią granicą… I prawdę powiedziawszy wolałbym mieć tam kilka dobrze uzbrojonych i wyposażonych dywizji zmechanizowanych i pancernych zamiast nieudolnych i oszołomiastych polskich polityków.

Chciałbym jeszcze dodać kilka szczegółów do obserwacji tego NOL-a nad Toruniem, która miała miejsce w wieczorem, dnia 7.I.2014 roku. Moi Koledzy z IRG Toruń dodali do tej info zawartej na stronie http://wszechocean.blogspot.com/2014/01/nocne-swiata-nad-toruniem.html następującą informację:

A tu relacja świadka zza Wisły, relacja z dnia 17.I.2014 roku:

Pisze Sylwia P.:

Byłam na ul Armii Ludowej  szłam w kierunku Andersa (w stronę jednostki wojskowej)minęłam stary stadion elany na podgórzu a to coś leciało przynajmniej mi się tak wydaje niżej niż samolot z lewą na prawą  o kierunek się nie pytaj ja mogę pokazać a nie napisać    rozmawiając przez telefon w emocjach opisywałam sytuację i zostałam wyśmiana że przylecieli po mnie i mnie porwą  konwersacja zmieniła się w  żart i wtedy powiedziałam "utrzymuj ze mną kontakt Ty będziesz ostatnia ,która mnie słyszy".

Z tego co rozumiem tor lotu był ten sam z południowego-wschodu ku północno-zachodniemu ."...szybko to nie leciało ale zrobiło dziwny kąt, samolot leci prosto, a to poleciało prawie w bok i widziałam jedno okrągłe światło, najpierw leciało normalnie po tym zwrocie zniknęło dość szybko ponieważ jak się zaczęłam śmiać że mnie porwą spojrzałam i już tego nie było…

A zatem nadal coś się dzieje w polskiej przestrzeni powietrznej i to coś niezwykłego. Ciekawy jestem, czy inni ludzie też widzieli takie dziwne zjawiska w styczniu tego roku?   



[1] To znaczy spadków meteorytów na godzinę.

środa, 29 stycznia 2014

IFO NA ORBICIE (1)


Przeloty stacji kosmicznych (Foto Bill Rose)

Przypominam Czytelnikom materiał, który powstał ponad 10 lat temu, a który dotyczy tematyki poruszonej w notce na temat obserwacji NL/RV dokonanej w Toruniu kilka dni temu. Myślę, że warto jest wrócić do czasów, kiedy tych obserwacji było dużo więcej i były naprawdę ciekawe, a zatem:  

---oooOooo---

Gwoli wyjaśnienia Czytelnikowi - IFO, to skrót od słów Identified Flying Object - Zidentyfikowany Obiekt Latający, a zatem obiekt, którego naturę i pochodzenie znamy. Tak w ufologii określa się także UFO, które w trakcie rejestracji i dochodzenia zostały wyjaśnione jako twory naturalnego lub sztucznego pochodzenia. W ciągu całego okresu 1945-2001roku udało się nam zidentyfikować pozytywnie - tzn. udało się wyjaśnić kilka zaledwie obserwacji NOL-i, które okazały się balonami, samolotami czy innymi latającymi maszynami lub rzadkimi zjawiskami Natury, jak np.: meteorytami, bolidami, piorunami kulistymi, itp. W poniższym materiale chciałbym opowiedzieć o kilku z nich, które udało się wyjaśnić dzięki pracy Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych.

MCBUFOiZA działa od 1999 roku już normalnie i zarejestrowała w 2000 roku w sumie 35 ufoincydentów, z czego 2 udało się wyjaśnić jako IFO. Najciekawszym było wyjaśnienie świetlistego fenomenu z dnia 6 maja  2000 roku. Był to - jak się okazało - jedynie jasny bolid dzienny, ochrzczony potem przez astronomów i meteorytologów jako Meteoryt Beskidy. Znany ufolog krakowski Bronisław Rzepecki twierdzi, że ów meteoryt miał dziwną trajektorię, bowiem wykonał on - według jego badań - nad Polską skręt o 90o w prawo, tzn. zmienił kurs lecąc z zachodu na wschód o kąt prosty i wskutek tego poleciał on na południe. Być może chodzi tutaj o dwa meteoryty lub o UFO i meteoryt, który zaobserwowali świadkowie i te dwa niezależne od siebie wydarzenia zbiły się w jedno, podobnie jak w przypadku Wielkiego Bolidu Skandynawskiego z 20 grudnia 1999 roku, co jest drugim IFO wyjaśnionym przez Centrum. Na temat tego drugiego wydarzenia pisałem już na łamach „Nieznanego Świata” i na naszej stronie internetowej.

Rok 2001 przyniósł kolejne wydarzenie, które można śmiało podciągnąć pod IFO, bez uciekania się do hipotez o działalności Kosmitów czy naszej Matki - Ziemi. Na początku sierpnia zatelefonował do mnie Marcin Mioduszewski z informacją o tym, że pewien mieszkaniec Warszawy - pan J.I. (wszystkie dane zastrzeżone) skontaktował się z Centrum w sprawie obserwacji dziwnego obiektu latającego, który zaobserwował on w nocy 6/7 lipca 2001 roku, pomiędzy godzinami 1 a 2 w nocy, stojąc na pomoście na jeziorze Wiartel koło Pisza na Mazurach. Świadek w pewnym momencie zauważył wypełzające na niebo zza północno-zachodniego horyzontu jasne światło - o światłosile dwóch ulicznych lamp, które w ciągu 7-10 sekund wzniosło się w niebo zmniejszając się jednocześnie do wielkości jasnych gwiazd, i potem przemieszczało się w kierunku południowym, wciąż świecąc. Świadek stwierdził, że pod koniec obserwacji jego wygląd nie różnił się od wyglądu sztucznego satelity Ziemi. Cały lot tego światła był bezgłośny, nie ciągnęła się za nim  żadna smuga. Światło było białe. Świadek stwierdził, że z całą pewnością widział albo start szybkiej rakiety, albo NOL-a... Pan J.I. zawiadomił nas o całym wydarzeniu w dniu 11 lipca 2001 roku e-mailem o następującej treści:

11 lipca 2001, 19:00

Nadmiernym entuzjastą UFO, to ja nie jestem, ale ponieważ widziałem coś, co z całą pewnością nie miało charakteru zjawiska naturalnego, to chciałbym prosić o pomoc w ustaleniu lub o wskazanie miejsca, gdzie mógłbym sprawdzić, czy w ostatnią sobotę o świcie (pomiędzy 01:00 a 02:00) odbywał się może start jakiejś rakiety, albo czegoś podobnego.
Będę bardzo wdzięczny za kontakt.
Pozdrawiam - J.I.


Marcin Mioduszewski, który przyjął tą wiadomość, od razu wyczuł pismo nosem i wysłał świadkowi „kartę zgłoszenia obserwacji NOL-a”, dzięki której mamy więcej szczegółów tego frapującego incydentu.

 Zainteresowała mnie ta sprawa o tyle, że start tej rakiety - jeżeli była to rakieta rzecz jasna - miałby miejsce na terenie Kaliningradzkoj Obłasti - rosyjskiej enklawy nad Bałtykiem. Kierunek obserwacji się zgadza - obiekt ten wystartował z okolic Kaliningradu (Królewca), Primorska czy Bałtijska, które to tereny są jednym wielkim poligonem wojskowym, a od 1932 roku także i rakietowym...[1] Lecąc nie zostawiał za sobą smugi kondensacyjnej spalin, bowiem był on na wysokości co najmniej 70-90 km nad Ziemią, tak że świadek mógł widzieć tylko światło płomienia z dyszy jego silnika rakietowego. Podejrzewam, że obserwator umieszczony w Bartoszycach czy Braniewie byłby w stanie zobaczyć początkową fazę jego lotu i ciągnący się za płomieniem „ogon” spalin. Obiekt ten był najprawdopodobniej (a właściwie na pewno) zaobserwowany przez polskich pograniczników przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Być może funkcjonariusze Straży Granicznej mogli usłyszeć także odgłos pracy jego silników rakietowych przypominający daleki, przeciągły łoskot gromu... Mam nadzieję, że sprawą zainteresowały się już odpowiednie służby polskiego MON i wywiad NATO.

Osobiście zetknąłem się już raz z podobnym fenomenem, kiedy zbierałem materiały do opracowania „UFO nad granicą” (Kraków, 2000) i to właśnie przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim (wtedy jeszcze było to terytorium Związku Radzieckiego) w Bartoszycach. 17 stycznia 1991 roku, około godziny 19:00, dwoje obserwatorów - pp. K.W. i K.L. (dane zastrzeżone) zaobserwowali nad horyzontem, dwa świetliste obiekty, które miały kroplowaty kształt, przypominający kształt płomienia wylotowego z dyszy silnika rakietowego. Najprawdopodobniej nie były to żadne NOL-e, a po prostu pociski rakietowe odpalane z jakiegoś samolotu w kierunku ziemi, albo próba lądowania jakiegoś radzieckiego urządzenia kosmicznego, które sprowadzono na tameczny poligon Armii Radzieckiej. Takie rzeczy się też zdarzały w historii kosmonautyki radzieckiej.[2]

Innym ciekawym incydentem z 26 sierpnia 1993 roku była obserwacja typu DD/RV z okolic Wąsosza Grajewskiego, kiedy to świadek pan E.F. z Wrocławia  (dane zastrzeżone), zaobserwował jakiś dziwny obiekt latający w kształcie latającego spodka z kulistym występem, przelatujący nad starymi fortyfikacjami w rejonie biebrzańskich mokradeł. Sprawa ta narobiła sporo huku w polskim światku ufologicznym. Dziś, po upływie 8 lat od tego wydarzenia, widzę w nim nie manifestację UFO, a jedynie przelot nieznanej konstrukcji ziemskiego - a konkretnie rosyjskiego aparatu szpiegowskiego nad terytorium Polski. Aparat ten zbudowany został w oparciu o konstrukcję typu „stealth” i leciał na niskim pułapie - poniżej 200 m, znad Białorusi w kierunku Obwodu Kaliningadzkiego, a wiadomo, że w urozmaiconym terenie, na takim pułapie jest on   n i e   d o   w y k r y c i a   przez żaden, nawet najbardziej nowoczesny radiolokator! Jak mogą wyglądać takie aparaty - ukazują je zdjęcia. Są to zwiadowcze maszyny latające wojsk NATO.

Nawiasem mówiąc amerykańskie aparaty zwiadowcze też wykonywały nad Polską loty rozpoznawcze, że wspomnę obserwację typu NL/RV w dniu 28 kwietnia 1993 roku, w godzinach 20:30 - 20:32. Początkowo sądziłem, że mam do czynienia z UFO, ale rychło doszedłem do wniosku, że to mógł być amerykański hipersoniczny samolot zwiadowczy Aurora, który wypuszczono z baz USAF w Brindisi lub USNavy w Gaeta we Włoszech z zadaniem przelotu nad Jugosławią, Węgrami, Słowacją, południową Polską, Ukrainą i Morzem Czarnym do Izmir AFB w Turcji... Długość trasy takiego lotu doskonale pokrywa się z zasięgiem Aurory - niemal równo 10.000 km... Proszę nie zapominać, że rok 1993 był kluczowym dla Polski. W dniu 17 września 1993 roku z Polski wycofywały się rosyjskie wojska, a 19 września miały miejsce wybory parlamentarne, których wynik mógł zdestabilizować na trwale sytuację polityczną w tym punkcie Europy. W Rosji po puczu Janajewa i Kriuczkowa z 19-21 sierpnia 1991 roku, szykował się kolejny przewrót, który miał miejsce w październiku tamtego roku.  Pogląd ten podziela znany polski astronom prof. dr hab. Bogdan Rompolt z Wrocławia, z którym przedyskutowałem te aspekty obserwacji UFO w dniu 10 sierpnia 2001 roku w Jordanowie. Według jego poglądów, większość (ale nie wszystkie!) UFO na polskim niebie, to aparaty zwiadowcze obu mocarstw i NATO.

Osobiście żywię brzydkie podejrzenie, że sławetna ufokatastrofa w nocy 14/15 kwietnia 1995 roku w okolicach Węgorzewa, była de facto  katastrofą rosyjskiego aparatu zwiadowczego lub nawet... kosmicznego?[3]

Druga - jeszcze słynniejsza ufokatastrofa z dnia 21 stycznia 1959 roku - znana pod nazwą „Incydentu Gdyńskiego” także mogła mieć jakiś związek z radzieckimi próbami kosmicznymi. Chciałbym widzieć dziennikarza, który napisałby, że w basen portowy numer 4 wpadł radziecki aparat kosmiczny, który miał tam twarde wodowanie! - nie! - coś takiego w życiu nie przeszłoby przez cenzurę! Dlatego pojawiło się UFO, albo - jak chce tego A. S. Pilski - zwyczajny żelaznoniklowy meteoryt... Co do humanoidów, które tam ponoć znaleziono, to mogły to być zwyczajne, całkiem ziemskie, małpy doświadczalne.[4]

Wracając do wydarzenia z lipca 2001 roku, to podejrzewam, że mamy tutaj do czynienia z próbą jakiegoś elementu rosyjskiego systemu broni antysatelitarnej lub przeciwbalistycznej. Podejrzenie to opieram tym, że 13 lipca - a zatem tydzień po tym wydarzeniu - Amerykanie przeprowadzili doświadczenie z przeciwpociskiem ASAT z głowicą EKW - odpalonego z atolu Kwajalein, który uderzył w standardowy ICBM typu Minuteman wystrzelony z kosmodromu Vanderberg III AFB w Kalifornii, z powodzeniem! Wyglądałoby zatem na to, że Rosjanie wbrew temu, co oficjalnie głoszą - pracują i to bardzo intensywnie nad własną tarczą antyrakietową i anty-satelitarną! Temu może służyć także rosyjski eksperyment o kryptonimie Boлна (Fala), przeprowadzony w dniu 20 lipca 2001 roku, a który polegał na wystrzeleniu z pokładu atomowego okrętu podwodnego na Morzu Barentsa, satelity lecącego na wysokości podorbitalnej, który to satelita miał za zadanie rozwinąć „żagiel słoneczny” i wykorzystać ciśnienie światła dla zmiany swej trajektorii. Po tej operacji satelita ten spadł na Kamczatkę. Bajeczka to - nie powiem - urocza. Tyle, że nieprawdziwa od A do Zet. Satelita ten najprawdopodobniej miał rozwinąć, ale nie żagiel słoneczny - ciśnienie światła Słońca w pobliżu Ziemi jest nieduże – 0,5 N/km² - a zwierciadło do odbijania promieni laserowych... Innymi słowy mówiąc, była to powtórka eksperymentu o kryptonimie Пятно-2½ (Plama-2½), który usiłowano przeprowadzić w 1999 roku na stacji kosmicznej „Mir”. Wtedy zwierciadło o średnicy 25 m nie chciało się rozłożyć, dając na ciemnej stronie Ziemi słonecznego „zajączka” o średnicy ok. 5 km. Teraz eksperyment ten się powiódł... - o czym doniosły rosyjskie media.

Znany katowicki ufolog i znawca nowoczesnych militariów Tomasz Niesporek twierdzi, że eksperyment Fala dotyczył doświadczenia z rosyjską wersją broni wykorzystującej mikrofale, która to broń przypomina w działaniu amerykański eksperyment HAARP - pobudzanie górnych warstw atmosfery przy pomocy silnych, skupionych wiązek fal radiowych o bardzo wysokich częstotliwościach rzędu kilku GHz. Wiązki takie mogłyby spowodować m.in. katakliktyczne zmiany pogody na określonym obszarze - np. gwałtowne ulewy i katastrofalne powodzie. I rzecz taka nie byłaby do udowodnienia! W tym układzie, broń ta stanowiłaby zagrożenie dla układów elektronicznych amerykańskich satelitów szpiegowskich i ewentualnych głowic bojowych pocisków rakietowych - szczególnie jądrowych i termojądrowych. Te ostatnie byłyby unieszkodliwiane   b e z   p o w o d o w a n i a   ich eksplozji! Idealna broń przeciwrakietowa i przeciwsatelitarna... Jakaż szkoda, że nie dożył tej chwili znany zakopiański specjalista od broni jądrowej i strategii kosmicznej prof. dr inż. Zbigniew Schneigert, który zmarł w 1998 roku.

Jest jeszcze jedna możliwość, a mianowicie - pan. I.J. widział próbne odpalenie rosyjskiej rakiety najnowszej generacji typu Тополь M (Topol M), której osiągi są nieporównywalnie lepsze od rakiet zachodnich, a których pułk (10 pocisków) wszedł do służby jeszcze za rządów Borysa Jelcyna. Pociski te są bardzo szybkie i mogą osiągać swe cele w krótkim czasie.

Mimo tego, istnieje jeszcze kilka - jak to się określa w żargonie tajnych służb - nie zamkniętych rachunków, czyli informacji o NOL-ach, które nie mają żadnego pozytywnego wyjaśnienia, czyli stanowią właśnie UFO. Kilka z nich wymienili Bartosz Soczówka z Marcinem Mioduszewskim w swych internetowych sprawozdaniach (a także na łamach „Czasu UFO”) z obserwacji NOO.[5] Ostatni, z jakim mieliśmy do czynienia, a który stanowi odpowiedź na jeden z moich artykułów z „Nieznanego Świata”, to relacja pana L.A. (dane zastrzeżone) z Torunia, który zaobserwował satelity czy raczej quasi-satelity, poruszające się po niebie w trójkowej formacji. Pozwolę sobie zacytować jego relację niemal w całości:

[...] Przypomnę, iż obserwacja ta miała miejsce 3 września 1999 roku w okolicach Młodych Jarek, tzn. około 16 km na zachód od Torunia. Wybrałem się na teren dawnego poligonu wojskowego, by w praktyce wykorzystać wiadomości o metodach fotografowania nieba. Koło godziny 22:00 na jego północnej części zaobserwowałem pojedynczy punkt poruszający się w kierunku południowym. Nie zwróciłem nań początkowo uwagi sądząc, że to był typowy satelita. W chwilę później mój wzrok ponownie skupił się na tym obiekcie. Wtedy to dostrzegłem, że mam do czynienia z formacją trójkątną. Początkowo wyobraźnia kazała twierdzić, iż jest to obiekt, którego tylko skrajne punkty były widoczne. Jednak jak się okazało, całość była przeźroczysta. Początek obserwacji przelotu nastąpił jakieś 25o na wschód od Gwiazdy Polarnej (Polaris). [...] Przelot był prostoliniowy, choć wydawało mi się, że obiekty poruszały się po trajektorii zbliżonej do łuku, w kierunku południowo-wschodnim.  Jasność trzech punktów, składowych trójkąta (satelitów?) była jednakowa i wedle mojego uznania wynosiła około 3m...4m. czas obserwacji zbliżony do 1 minuty. [...] Wielkość tego trójkąta była zbliżona do wielkości Księżyca w pełni.
Chciałbym również przesłać Panu opinię mojego przyjaciela, astronoma z toruńskiego planetarium. Stwierdził on w rozmowie ze mną, iż pierwszy raz spotyka się z takim „zjawiskiem”. Twierdzi także, iż gdyby to rzeczywiście były satelity szpiegowskie, zapewne nie przejawiałyby takiej widowiskowej aktywności na niebie. Ponadto musiałyby być zawieszone na dużej wysokości, rzędu 200-300 km nad Ziemią, a odległość pomiędzy nimi musiałaby wynosić kilka kilometrów. Podaje on mi natomiast kilka możliwości zakwalifikowania tychże struktur:
v Ze względu na podane wyżej wielkości raczej błędnym stwierdzeniem jest to, iż jest to obiekt jednorodny.
v Gdyby były to niepowiązane ze sobą satelity, a utworzenie formacji trójkąta nastąpiłoby przypadkowo, to nie jest możliwe, by utrzymała się ona tak długo w takim układzie - rozproszyłaby się ona momentalnie lub w bardzo krótkim czasie i każdy satelita poleciałby swoją trajektorią.
v Istnieje ewentualność, że były to meteory, jasne bolidy rozpadające się na kawałki, ale jest mało prawdopodobne, by przybrały one kształt formacji trójkąta.
v Być może były to światła pozycyjne samolotu[ów].

Taka była profesjonalna ocena astronoma. Dość mało konkretna, troszeczkę zdystansowana co do nadania zjawisku przydomku „tajemnicze”. Z drugiej jednak strony, na pewno posiadaliśmy zbyt mało informacji, co do szybkości poruszania się, dokładnej wielkości, dokładnej jasności, itp. by to w pełni zdiagnozować.

Ba! - pan L.A. jest optymistą i to wielkim, boż takich wydarzeń było więcej, tylko nie mówi się o nich już to z niewiedzy, już to ze strachu „że zrobią ze mnie wariata”... Czy spotkał się on z takim obiektem, jaki uchwycił na kliszy pewien Belg w dniu 1 grudnia 1990 roku nad Brukselą? Ten obiekt też jest trójkątny i - jak widać - porusza się niezwykle szybko.

Kolejnym nie zamkniętym rachunkiem jest tajemnicze wydarzenie z początków października 1996 roku. Tego wieczoru, około godziny 18:30 wyszedłem przed dom, by popatrzeć na niebo - jak czynię to zawsze. Stałem zwrócony twarzą ku południowi i naraz moją uwagę przykuło silne światło na wschodnim horyzoncie, które poruszało się w moją stronę. W ciągu 15-20 sekund to silne - o jasności co najmniej -5m  -światło  znalazło się niemal w zenicie i powoli przygasając zmierzało w kierunku zachodnim. Po jakichś następnych 20 sekundach tajemnicze światło znikło za górami na zachodnim skraju widnokręgu...

W chwilę później rozdzwonił się telefon, bo zjawisko to było widziane przez wielu mieszkańców Jordanowa i okolic. Podejrzewam, że było ono widziane na obszarze całej Małopolski i może jeszcze dalej. Najbardziej dziwnym w tej historii są dwie rzeczy:
v NOL poruszał się ze wschodu na zachód, a zatem w kierunku przeciwnym do ruchu większości satelitów Ziemi. Rzecz w tym, ze w przypadku takiego ruchu satelity, musi on być rozpędzany z ogromnym nakładem energii, by zniwelować ruch obrotowy Ziemi ze wschodu na zachód. W normalnym przypadku, satelity wystrzeliwuje się w kierunku odwrotnym - z zachodu na wschód, tak by ich ruch składał się z ruchem obrotowym Ziemi, co jest dalece mniej energochłonne.
v NOL był bardzo jasny i przez cały czas świecił mocnym, białym światłem. Współpracownik MCBUFOiZA, Henryk Duszniak z Jordanowa twierdzi, że obiekt świecił tak silnie nawet wschodząc nad wschodnim horyzontem. Przecież ten NOL znajdował się już w stożku cienia i półcienia rzucanego przez Ziemię, a zatem nie powinien świecić promieniami słonecznymi odeń odbitymi, a jednak świecił, a zatem   m u s i a ł    on świecić własnym światłem!

Wtedy jednak sądziłem, że to jakiś eksperyment na Mirze i dałem sobie spokój. Opamiętanie przyszło wtedy, kiedy uświadomiłem sobie, iż orbita Mira jest zupełnie inna, i że Mir lata „normalnie” - tj. z zachodu na wschód!... - jak teraz ISS.  A zatem co leciało wtedy nad południową Polską, w ów wieczór w kolorze śliwkowym i świeciło jaśniej od Wenus w najjaśniejszej fazie? Czy był to w ogóle jakiś satelita???... - ale jeżeli nie był to satelita, to co?

Powróćmy jeszcze do wydarzeń, które wskazywały by na to, że mamy jednak do czynienia nie z Obcymi, ale z ziemskimi konstrukcjami stratosferycznymi lub kosmicznymi. Być może są to amerykańskie lub rosyjskie pojazdy kosmiczne w rodzaju tych, które obrazuje zdjęcie. Ten pojazd jest jednostopniową rakietą kosmiczną wielokrotnego użytku - Single-Stage-to-Orbit (SSTO) - która byłaby w stanie dosięgnąć LEO[6] używając tylko jednego boostera! Nie muszę chyba mówić, że byłaby to rewolucja w kosmonautyce?!...

Jako ufolog podejrzewam, że właśnie nad takimi pojazdami pracuje się w słynnej „Area-51” i innych „S-4” po obu stronach oceanu. Podobne projekty kosmiczne mają ESA i NASDA oraz kosmonautyka chińska. Dlatego też uważam, że wiele z dziwnych przypadków obserwacji typu NL/NOO da się nimi wyjaśnić - z tym, że słowo wiele nie oznacza bynajmniej wszystkie. Nie,  t a k i m   optymistą nie jestem... Wyjaśnienia tych i innych obserwacji zapewne pleśnieją gdzieś na dnie pancernych safesów MON i Wojskowych Służb Informacyjnych...


UOO i Leonidy...


Skończyła się pierwsza jesień nowego stulecia i tysiąclecia. Za oknem tańczą płatki pierwszego śniegu. I tak się składa, że po letnich szaleństwach związanych z badaniami piktogramów zbożowych w Jugowej na Dolnym Śląsku i Łące na Podkarpaciu przyszły chude czasy. Nie było żadnych spektakularnych obserwacji UFO, a te, które zarejestrowano w ramach Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych, pochodziły z lat wcześniejszych i nawet trąciły myszką... Nie było nawet obserwacji typu NL czy NOO, które zawsze nabijały nam statystykę. Najciekawszym był przypadek z Orawy, gdzie w Wielki Czwartek a. D. 2001 dwóch świadków zostało oświetlonych silnym snopem światła pochodzącym z... - no właśnie - chyba z NNOL-a! Ale to był koniec atrakcji. 

CDN.



[1] To właśnie w okolicach Królewca i Bałtijska prowadzono prace nad niemieckimi rakietami typu HW-2 i pociskami odrzutowymi A-2/V-1, o czym mówił m.in. „Raport z Königsberg” dla brytyjskiego wywiadu w 1939 roku.
[2] „Ofiary radzieckiej kosmonautyki”, film w reż. Glena R. Jonesa, BBC, 1999.
[3] W tej chwili jestem właściwie pewien, że był to tylko zwykły humbug, co opisałem w innym opracowaniu.
[4] Właściwie wiele poszlak wskazuje na to, że była to udana próba zdjęcia z orbity amerykańskiego biosatelity Zeta SCORE, o czym pisze szerzej w opracowaniu „UFO i Kosmos” (Tolkmicko 2010).
[5] NOO = Nieznany Obiekt Orbitalny, w wersji anglojęzycznej - UOO = Unknown Orbiting Object.
[6] Niska orbita wokółziemska.

wtorek, 28 stycznia 2014

SŁUP DYMU NAD ROSJĄ


Najpierw była sensacyjna informacja w głównym wydaniu Wiadomości TVP-1 z dnia 13 marca 2001 roku, którą potem powtórzył Super Express w dniu 14 marca. Otóż wieczorem, dnia 12 marca 2001 roku, o godzinie 18:30 czasu moskiewskiego (czyli 20:30 CŚE), załoga polskiego samolotu typu Boeing 737-500, oznaczony jako SP-LKF lecącego z Moskwy (SVO) do Warszawy (WAW) lot nr LO 678, w kilka minut po starcie z lotniska, w odległości 200-250 km (rozbieżności w relacjach świadków) na zachód od Moskwy, zauważyła ogromny, bijący w niebo na 11 km słup ciemnego dymu. Słup ten widziało jeszcze kilkanaście załóg innych maszyn lecących z lub do Moskwy z kierunku zachodniego. Po wylądowaniu w Warszawie na Okęciu, Boeinga poddano kontrolnym testom na radioaktywność - obawiano się bowiem tego, że był to grzyb po wybuchu jądrowym lub po awarii reaktora jądrowego elektrowni nuklearnej w Smoleńsku. Na szczęście nie stwierdzono podwyższonej radiacji. Nie stwierdzono także żadnych silniejszych wstrząsów podziemnych dobiegających z tamtego rejonu, jedynie stacja sejsmograficzna w Helsinkach odnotowała słabe wstrząsy w okolicach Moskwy.


Ludzie gubili się w domysłach, sądzono m.in., że samolot wszedł w strefę działania jakiegoś niezbyt dobrze znanego zjawiska atmosferycznego - wersja lansowana przez rosyjskie Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych; wybuch w składzie amunicji, wybuch międzykontynentalnej rakiety balistycznej ICBM w silosie, wybuch składowanego w silosach paliwa rakietowego... Jedno jest absolutnie pewne i uspokajające - to nie reaktor w Smoleńskiej EJ. Wybuch wulkanu? - w rejonie Moskwy nie ma wulkanów, chociaż obraz silnego wybuchu typu Wezuwiusza czy Mt. Pele daje wysokie słupy lekkich frakcji tefry sięgających do kilku kilometrów wysokości. Ale erupcje wulkaniczne dają zupełnie inny obraz zjawiska, gdyż towarzyszą im wstrząsy tektoniczne i wydzielanie się trujących gazów, głównie: dwutlenku i tlenku węgla, tlenków siarki i siarkowodoru oraz związków chloru i innych halogenów. Tego nie stwierdzono.

15  marca Rosjanie podali oficjalnie, że słup dymu powstał w wyniku pożaru zachodniej nitki gazociągu biegnącego z Tweru w kierunku zachodnim - vide mapa - i że nic niezwykłego poza zwykłym pożarem tam nie zaszło... Pożar zniszczył ponoć 70 m gazociągu w okolicach Tweru leżącego 160 km na północ od Moskwy.

Takie wyjaśnienie jeszcze bardziej pogłębiło zagadkę, boż słup dymu widziano przecież 200-250 km na zachód od Moskwy. To po pierwsze.

Po drugie: widziano potężny słup dymu, a nie ognia. W przypadku pożaru gazociągu czy ropociągu - te ostatnie przebiegają na zachód od Moskwy, ale w jeszcze większej odległości - widziano by na tle ciemnej ziemi jasne pomarańczowo-czerwone płomienie i podświetlone nimi kłęby dymu, i byłoby oczywiste, że chodzi o zwykły pożar...  Gaz ziemny pali się słabo kopcącym płomieniem, więc nie mógł to być pożar gazu. Wybuch gazociągu mógłby spowodować wytrysk fontanny ognia na 1.500 - 2.000 metrów, jak to miało miejsce w Azerbejdżanie, Armenii i USA, ale potem słup płomieni byłby znacznie wyższy i nie wydzielałby on tak wiele dymu...

Po trzecie: nie mógł to być zwykły pożar, bowiem nawet gwałtowna burza ogniowa nie spowodowałaby powstania słupa dymu wysokiego na 11 km, a grzyba dymu, który przypominałby grzyb po wybuchu jądrowym.

To nie mógł być także wybuch jądrowy, bo w takim przypadku stwierdzono by silne wstrząsy podziemne o nietypowej charakterystyce pozwalającej na błyskawiczne zidentyfikowanie wstrząsu jako efektu wybuchu nuklearnego. No i rzecz jasna skażenia radioaktywne samolotów. Tego nie stwierdzono. Nie stwierdzono także typowej w takich przypadkach kuli ognistej i fal uderzeniowych eksplozji. Nie stwierdzono także wystąpienia EPM - czyli efektu pulsu magnetycznego eksplozji jądrowej. Synergiczne działanie błysku neutronowego, błysku termicznego i EPM wybuchu jądrowego spowodowałoby śmierć ludzi na pokładzie polskiego samolotu, o ile nie zostałby wcześniej sprasowany na placek uderzeniem naddźwiękowej fali eksplozji...

Co to być mogło? W niedzielnej audycji z cyklu „Nautilius Radia Zet” w dniu 18 marca 2001 roku będący gościem programu Igor Witkowski stwierdził, że obraz tego zdarzenia przypomina mu dość dokładnie powietrzny wybuch jądrowy, aliści nim na pewno nie był ze względu na to, że jak już podałem wyżej - nie stwierdzono wystąpienia zjawisk świetlnych, akustycznych i magneto-elektrycznych towarzyszących tego rodzaju eksplozjom. W swoim wejściu antenowym z kolei skojarzyłem ten dziwny incydent z wydarzeniem z 30 czerwca 1908 roku, jakim był spadek tzw. Meteorytu Tunguskiego w syberyjską tajgę. Wtedy też zaobserwowano chmurę ciemnego dymu, która uniosła się do stratosfery - czyli na co najmniej 10 km nad Ziemię. Ale w przypadku podmoskiewskim nie było innych efektów fizycznych tego wydarzenia, a zatem...

Jest jeszcze jedno wytłumaczenia - w rejonie Moskwy spadł jakiś masywny sztuczny satelita Ziemi, który pozostawił po sobie smugę dymu, która potem słabe wiatry „rozmazały” w kolumnę, zaś silne stratosferyczne wiatry „jet streams” rozwiały ją całkowicie powyżej 11.000 metrów. To też jest jakieś wytłumaczenie, ale moim zdaniem też ciągnięte za włosy...

A zatem mamy znowu zagadkę i to techniczną, przez to groźną dla ekosystemu planety. Bo jestem pewien, że była to robota człowieka. Mam nadzieję, że nie był to wybuch jakiegoś składu broni biologicznej czy chemicznej, których na terenach byłego Związku Radzieckiego jest bardzo dużo, a wszystkie SOWIERSZIENNO SIEKRIETNO, a w dzisiejszej Rosji nie ma środków na ich utrzymanie, więc siłą rzeczy takie wypadki mogą się zdarzyć... i to w każdej dosłownie chwili. Przykład wzięcia przez rosyjski OPL norweskiej rakiety meteorologicznej za amerykański ICBM i postawienie rosyjskich sił rakietowych w stan najwyższej gotowości bojowej w 1995 roku, czy ostatnie wydarzenia związane z zatonięciem okrętu podwodnego K-141 Kursk w sierpniu 2000 roku wskazują na to, że wystarczy jeden impuls, jeden bit fałszywej informacji wklepanej na dysk komputera, jeden nieopatrzny ruch joysticka czy jeden przedmiot wrzucony do silosu albo składu i bieda gotowa, i to taka, w porównaniu z którą katastrofa czarnobylska wydawać się będzie wiosennym deszczykiem... Obym się mylił! - ale niestety, wszystko wskazuje na to, że to my, ekolodzy mamy rację. Tylko, że nikt nas nie słucha.[1]


---oooOooo---


A teraz będzie najciekawsze. W grudniu 2013 roku zapytałem o ten właśnie incydent mojego rosyjskiego korespondenta Pana Wadima Ilina. Okazało się, że Rosjanie w ogóle nic nie wiedzą na ten temat! Co więcej – byłem pierwszym, który cośkolwiek im powiedział o tym wydarzeniu! Nie wie o tym nic także Michaił Gersztejn i ufolodzy z jego grupy. Czyli co? – oznacza to, że  tajemniczy słup dymu nad Rosją pozostaje zagadką!




[1] Źródła: 1. Telewizja Polska Program Pierwszy (TVP-1) w programie "Wiadomosci" z dnia 13.III.2001 roku, 2. Gazeta "SuperExpress" nr z dnia 14.III.2001 roku - materiał odredakcyjny.