wtorek, 27 lutego 2018

Kto to robi? – globalna fala okaleczeń zwierząt



George A. Filer III (MUFON)


Kto lub co okalecza zwierzęta na całym świecie? Odtajnione dossier FBI pokazują, że Biuro badało tysiące przykładów okaleczeń bydła na obszarach Środkowego Wschodu od lat 70. do dziś dnia. Wiodący ekspert na tym polu nie jest pewien – ale powiedział „Sputnikowi”, że wyjaśnienie oczywiście nie jest banalne.

Podczas gdy sceptycy z pewnością będą obwiniać międzynarodową falę brutalnych ataków na bydło klęski żywiołowe, sadystyczne wybryki lub podobnie chore, bezmyślne okaleczenia, zwolennicy konspiracyjnych i/lub nieziemskich wyjaśnień dla niepokojących aktów szybko wskazują, że ataki często są przeprowadzane chirurgiczną precyzja.

Farmerzy na całym świecie, a szczególnie w takich stanach USA jak Pd. Dakota, Kolorado, Kansas i Newada od całych dziesięcioleci mają nieprzyjemne doświadczenia, kiedy odkrywają swe drogie, lukratywne zwierzęta martwe i z wyciętymi z laserową precyzją takimi narządami jak: oczy, nosy, serca, wątroby, odbytami i genitaliami.


Obserwacje ataków na bydło


Ponadto, dokumenty FBI ukazują jasno, że najtęższe umysły śledcze okazały się bezsilne wobec tego fenomenu. W wielu wypadkach, lokalni mieszkańcy donosili o obserwacjach pojazdów, czy to ziemskie helikoptery albo NOL-e, krążące nad obszarami, na których potem znajdowano pocięte zwłoki zwierząt.

Takie zjawiska wzbudziły wśród badaczy obawy, że okaleczenia były przeprowadzane i ukrywane przez rząd dla jakiegoś niegodziwego celu lub innego - chociaż fala okaleczeń pojawiała się jednocześnie z ogólnoświatową obsesją na temat latających spodków, niektórzy uważają, że pochodzenie zjawiska okaleczeń jest nieziemskie.

Linda Moulton Howe – założycielka EarthFiles.com – twierdzi, że ten sam wzór „bezkrwawego wycięcia” został udokumentowany we wszystkich rodzajach zwierząt domowych i dzikich.




Gdzie są Kosmici? Zaspali?


On wierzy w to, że brak galonów krwi przy zabitych zwierzętach, brak śladów walki zwierząt, i wysoce specyficzna natura okaleczeń (np. precyzyjne cięcia na skórze, wycięcie języków u nasady) sugerują, że zwierzęta były porywane i okaleczone przez agencję wywiadowczą – a zmiażdżone klatki piersiowe i złamane kończyny wskazują na to, że zwierzęta te zostały zrzucone ze znacznej wysokości na miejsce ich znalezienia. Co jeszcze dziwniejsze i straszniejsze, w pewnych przypadkach odkrył on, że padlinożercy nawet nie ruszyły takiej padliny.

Co do tego, co dokonało okaleczeń  tych pechowych zwierząt, pan Zukowski nie będzie spekulował, ale twierdzi on, że sprawa ta ma bardziej nieludzkie niż ludzkie źródła. W większości przypadków, które badał, świadkowie widzieli NL/BOL-e w okolicach terenów, skąd porywano zwierzęta, a w kilku przypadkach nawet ewidentny statek kosmiczny (DD). Uważa on także, że nieoznakowane helikoptery widziane nad kilkoma miejscami wskazują na to, że rząd USA prowadzi własne dochodzenie w tej sprawie. co do tego, czy może istnieć jakieś inne wyjaśnienie, pan Zukowski jest nieprzejednany – „absolutnie nie!” – twierdzi on.
- Mówimy o czymś, co było żywe kilka godzin temu, bez jakichkolwiek symptomów choroby, a co potem poniosło straszliwe rany. Kto to robi? Mam kilka domysłów, które robią te badania bardzo niebezpiecznymi, ponieważ możesz znaleźć się w złym miejscu i o złym czasie – i to samo może przydarzyć się i tobie. Znam także parę przypadków okaleczeń ludzi! – dodaje.

Oczywiście ten proceder znany jest nie tylko w USA.

Pan Zukowski od czasu do czasu otrzymuje emaile od badaczy z innych krajów takich jak: Australia, Nowa Zelandia, Republika Dominikana i Wielkiej Brytanii proszących go o pomoc.

Odnotowuje on takie przypadki z UK nagłośnione przez media jak np. okaleczone jagnięta w Bedgellert, Gwynedd (Walia), okaleczony baran w Plwmp, Dyfed (też Walia), okaleczone jelenie, lisy i borsuki w okolicy Shropshire (West Midlands, Anglia) i w środkowej Walii. Dalej, każdego czerwca, owce znikają w Bleddfa, Powys (Walia).

Nick Pope, który badał UFO i inne tajemnicze zjawiska na zlecenie UK MoD (Ministerstwa Obrony Zjednoczonego Królestwa) w latach 1991-1994 mówi, że jest trudno ocenić prawdziwy zasięg tego fenomenu, jako że instytucje ubezpieczeniowe uprawiają politykę niewypłacania odszkodowań farmerom, którzy sugerują, że ich zwierzęta były poszkodowane czy zabite przez nieznane siły i nieznanym sposobem.


W rezultacie tego, farmerzy i służba weterynaryjna ogólnie „zmówili się” i opisują każdy tajemniczy przypadek okaleczeń jako „atak dzikich psów”. To sprawia ufologom wiele trudności w późniejszym badaniu tych przypadków.
- Okaleczenia zwierząt i bydła w szczególności są bardzo niepokojące i istnieje wiele różnych hipotez na ten temat, w tym: działanie drapieżników (słynna puma at large), satanistów, tajne eksperymenty wojskowe, no i oczywiście działania Kosmitów. Hipoteza na temat tajnych działań wojskowych w ogóle nie ma sensu, ponieważ rządowi naukowcy mają swoje instalacje, w których prowadzi się badania na zwierzętach, więc nie muszą przeprowadzać dodatkowych, nielegalnych testów. Jednakże nie byłem w stanie znaleźć zadowalających wyjaśnień w czasie mych prac dla rządu – powiedział Pope dla „Sputnika”. (Dzięki Jeffowi Rense)


UWAGA: Obiekty typu BOL są obserwowane bardzo często w okolicach, gdzie zdarzają się okaleczenia zwierząt. Podczas lotu naszym samolotem odnotowano uderzenie kuli świetlnej, które wyładowanie przepłynęło przez samolot, wskazując na potężne siły elektryczne. Ziemia uwalnia ładunki elektryczne podczas ruchów tektonicznych znane jako Earth Lights, a 1,4 miliarda błyskawic rocznie uderza w Ziemię. Błyskawica może osiągnąć temperaturę około 30.000 K (czyli 53.540°F). Brent McRoberts z Texas A & M University twierdzi, że piorun stanowi 80% wszystkich przypadkowych zgonów zwierząt. Uderzenie pioruna może mieć 20.000 A i więcej natężenia. 

Zwykle nie zdajemy sobie sprawy, że z ziemi wynurza się dodatnia błyskawica, by spotkać się z ujemnym piorunem z chmury burzowej. A kiedy uderzy w ziemię, to elektryczność rozprzestrzenia się w ziemi i może być potencjalnie śmiertelna. Może również wystąpić samorzutny zapłon łatwopalnych gazów wznoszących się w niedużej objętości z niższych warstw.



Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zagadka Amelii Earhart: czy to jej kości znaleziono w 1940 roku?



Eva Lasser


Ekspert sądowy opublikował analizę kości, które zostały znalezione na odległej wyspie przed ponad 70 latami.

Kiedy Amelia Earhart znikła nad Oceanem Spokojnym w czasie próby oblecenia naszej planety samolotem Lockheed L-10E Electra 1 w roku 1937, to do dziś istotnym jest pytanie o to, co się z nią stało i nie daje ono spokoju badaczom. W ostatnich latach uczeni skłaniają się ku poglądowi, że jej samolot mógł wylądować gdzieś na odosobnionym pacyficznym atolu Nikumarora (Gardner Island, Wyspy Feniksa, S 04°40’41” – W 174°31’10”) i że jej nawigator Fred Noonan mógł przeżyć jeszcze kilka dni bezskutecznie czekając na ratunek.

[Wedle planu lotu Amelia Earhart miała mieć międzylądowanie na wyspie Howland (N 00°48’52” – W 176°37’05”). Niestety nie doleciała do celu i znikła gdzieś pomiędzy Howland a Lae na Nowej Gwinei. Obie wyspy: Howland i Nikumarora dzieli dystans 657 km i ekipy poszukiwawcze nie wzięły jej pod uwagę… – uwaga tłum.]



Według ówczesnego anatoma Davida Hoodlesse’a na atolu Nikumarora zostały znalezione ludzkie kości, mężczyzny w średnim wieku w latach 40, XX wieku. Z tym poglądem nie zgadza się dzisiejszy antropolog Richard Jantz. Według niego, ówczesne metody badania kości były niedokładne i jest możliwe, że pomiędzy kośćmi oznaczonymi jako męskie mogą znajdować się także kości Amelii Earhart. Niestety, jego hipotezę będzie bardzo trudno dowieść. Znalezione kości znikły wkrótce potem, jak zostały przewiezione na oględziny na Fidżi.

A zatem nie wiadomo, czy znaleziono miejsce wiecznego spoczynku zaginionej lotniczki…         



Opinia z KKK


Nie sądzę, by Amelia Earhart lądowała na Saipanie i stała się pastwą Japończyków, jak głosiła jedna z pierwszych hipotez, bo coś takiego na pewno pozostawiłoby ślad w dokumentach i pamięci ludzi zaangażowanych w to wydarzenie. czegoś takiego nie stwierdzono ani w czasie wojny, ani po niej – w czasie okupacji Japonii przez wojska amerykańskie.
Jestem zdania, że lot Amelii Earhart zakończył się w oceanie i obecnie wrak samolotu leży gdzieś na dnie w okolicy Howland. Są na to dwie przesłanki: pierwsza to „błędne ogniki” sygnałów radiowych odebranych na pokładzie USCGC „Ithasca”, który był jednostką wsparcia tej operacji. Drugą przesłanką jest to, że Fred Noonan był niestety miernym nawigatorem, który w czasie tego lotu popełniał spore błędy – nawet powyżej 100 km, więc nie ma się czemu dziwić, że po prostu ominął Howland z wiadomym rezultatem…

Ktoś mógłby być zdziwiony – co to jest 100 km? Rzecz w tym, że 100 km na lądzie i 100 km na bezkresnej przestrzeni wodnej Pacyfiku, to dwie zupełnie różne sprawy. To wychodzi chociażby jak się leci z Santiago de Chile na Wyspę Wielkanocną albo na Bora-Bora. Lot się straszliwie dłuży i poza masami wodnymi za oknem nie widać niczego. Czasami widzi się jakiś ciemniejszy obszar i myśli się, że to wyspa, a to jest tylko cień obłoku i dalszego, i jeszcze jednego… Nie zapominajmy, że w 1937 roku nie było GPS, który podaje długość i szerokość geograficzną co do kilku metrów. Wtedy miało się sekstans, chronometr, tablice, papier i ołówek do obliczania pozycji! Tak więc tajemnica lotu Amelii Earhart spoczywa na dnie Pacyfiku z nią samą… (Daniel Laskowski)



Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 25 lutego 2018

Megalodony, metan i wieloryby



Kilka lat temu na łamach magazynu ekologicznego „Eko Świat” zamieściłem artykuł traktujący o możliwych przyczynach wyrzucania się na brzegi przez waleniowate – głównie wieloryby i delfiny. Wedle niego, przyczyną tego dziwnego zachowania tych zwierząt jest metan, o czym pisałem na łamach także „Czasu UFO” – zob. http://wszechocean.blogspot.com/2017/03/co-sie-dzieje-w-gebinach.html oraz  http://wszechocean.blogspot.com/2013/01/rozwiazana-zagadka-samobojstw-delfinow.html, który depozytowany na dnie morskim w postaci złóż klatratów metanowych od czasu do czasu uwalnia do wody chmury pęcherzyków tego gazu, który przedostając się do atmosfery powoduje różne efekty na ludziach i zwierzętach oddychających płucami.

Czy istnieją megalodony? Megalodony pojawiają się od czasu do czasu ludziom, którzy nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, co widzą i na co patrzą. A oto niektóre historyczne obserwacje tych gigantycznych ryb:

Istnieje wiele wiarygodnych dokumentów zawierających świadectwa sugerujące to, że Megalodony są wciąż żywe. A oto kilka takich historii:
·        Wielkie Zęby zostały znalezione przez HMSChallenger”: W 1875 roku, dwa zęby megalodona zostały wyciągnięte z głębiny w czasie ekspedycji badawczej głębin morskich okrętu HMS Challenger, zęby te datowano na 10.000-15.000 lat. jeżeli metody pomiarowe były akuratne, to oznaczałoby, że wyginęły one o wiele później, niż to się wcześniej wydawało, i był on współczesny dzisiejszemu człowiekowi. Dziesięć tysięcy lat to jest tylko mrugnięcie oka w skali geologicznej i paleontologicznej. I nie trzeba wielkiej wyobraźni, by Megalodon mógł przeżyć te 10.000 lat niezauważony gdzieś w głębinach.
·        Rybacy wystraszeni przez Wielkiego Rekina: W 1918 roku, australijski przyrodnik David Stead odnotował wydarzenie, po którym lokalni rybacy bali się wypływać w morze po tym, jak wielki i masywny rekin zdemolował  ich urządzenie wyciągające sieci i zabrał ich połów. Byli oni doświadczonymi rybakami i ludźmi morza, znający doskonale wieloryby i rekiny, ale ten, którego widzieli wystraszył ich tak, że nie chcieli wrócić do pracy. Wedle Steada, oni opisali go jako długiego na 35-90 m i zupełnie białego potwora. Te wielkości są niewiarygodne. Czy rekin mógłby dorosnąć do takich rozmiarów? Czy ci ludzie przesadzali? A może byli po prostu skonfundowani?
·        Wielki rekin wystraszył załogę 55-stopowego kutra: W latach 60-tych, kapitan 16,5-metrowego kutra rybackiego zameldował o tym, że wielki biały rekin tak długi jak jego kuter, przepłynął obok niego, po tym jak rzucono kotwicę. Załoga nie chciała mówić na ten temat, ale kapitan sporządził meldunek. Jako doświadczony marynarz, kapitan mógł z łatwością rozpoznać wieloryba, gdyby takowy się mu napatoczył, czy gigantycznego rekina. Czy takie historie, jak powyższa, miały u swej podstawy prawdziwe spotkania albo czy były one produktem imaginacji marynarzy i żeglarzy, którzy byli zbyt długo w morzu?
A teraz o ostatnich spotkaniach i anegdotycznej obserwacji Megalodona. Niestety, kiedy dochodzimy do najświeższych relacji o obserwacjach, to badacze napotykają na stek bredni i nonsensów, które nie powiększają wiarygodności tychże. YouTube jest pełen takich filmów i nagrań ze spotkań z Megalodonami – oczywiście wszystkie fałszywe.
Megalodon mocno umocował się w ramach kryptozoologii i kilku biologów morskich i badaczy rekinków biorą to zwierzę na serio we współczesnych czasach. Od czasu do czasu ktoś donosi o wyrzuconym na brzeg większym niż zazwyczaj rekinie widzianym gdzieś tam.  Ale, dajmy na to, że Wielkie Białe mogą teoretycznie doróść do 20 ft/~6,7 m, istnieje możliwość, że chodziło o jakieś  niezidentyfikowane zwierzęta. Większość biologów morskich mogłaby mieć dreszcze przy odkryciu dwudziestostopowego Wielkiego Białego!
Ale teraz mamy tutaj kilka interesujących ciekawostek do rozważenia:
·        Epizod z Megalodonem w Monsterquest TV: W 2009 roku, w programie TV Monsterquest na kanale History Channel odwiedzono Morze Corteza (Zatoka Kalifornijska), gdzie od lat widuje się wielkie rekiny. Te bestie są ponoć trzykrotnie większe niż największe Wielkie Białe Rekiny na tym akwenie i wiadomo, że dziesiątkują one miejscowe populacje ssaków morskich. Ekipa Monsterquesta nie znalazła Megalodona, ale wielu ludzi czuło, że ten gigantyczny rekin krąży gdzieś w pobliżu akwenu na którym go poszukiwano.
·        Potwór z Bird Island: W 2012 roku, w odcinku program „Shark Wranglers” zatytułowanym „Potwór z Wyspy Ptaków”, badacze rekinów przeprowadzili wywiad z grupą rybaków z Południowej Afryki, którzy twierdzili, że na tym akwenie znajduje się rekin tak wielki jak ich kuter. Kuter ten ma jakieś 30-40 ft/10-13 m długości. Czy to mógłby być prawdziwy Megalodon? Później w tym programie wypowiedział się jeden z badaczy, który widział 10-metrowego rekina, którego widział, kiedy był młodszym.      

No właśnie, zatem istnieje czy nie istnieje? - zdania są podzielone i póki nie złapiemy żywego przedstawiciela tego gatunku, to możemy sobie co najwyżej pogadać o nich przy kawce. W nauce liczą się bowiem dowody, a nie relacje, choćby najprawdziwsze, jednakże poważnym błędem jest nie wzięcie ich pod uwagę!

Z drugiej strony złowienie w 1938 roku słynnej Latimerii, której przodkowie wymarli rzekomo jakieś 60 MA temu dowodzi, że wcale nie jest powiedziane, że Megalodony nie mogły przeżyć zmian klimatycznych we Wszechoceanie. Znamy zwierzęta, które nie zmieniły się od kilkuset milionów lat – np. skrzypłocze czy meduzy – i przeżyły wszystkie Wielkie Wymierania. Dlatego osobiście nie przekreślam możliwości istnienia Megalodonów we współczesnym Wszechoceanie, jak i dinozaurów morskich, które po prostu mogły się ukryć w zapadłych kątach i największych głębiach Oceanu Światowego i tylko od czasu do czasu pojawiają się na jego powierzchni…

A teraz ad rem, to znaczy co mają gigantyczne rekiny do morskich ssaków? I co ma do tego metan?

Metan, to była tylko hipoteza, która może być po części prawdziwa, bowiem być może zdarza się, że trafiając w chmurę pomieszanego z powietrzem metanu morskie ptaki i ssaki ulegają zatruciu i tracą orientację. Metan w niewielkich stężeniach tak właśnie działa na mózg człowieka – objawami zatrucia są początkowo bóle głowy, później kołatania serca, nieregularne bicie serca. Następnie pojawiają się problemy z orientacją i utratą pamięci. Kolejnym objawem jest brak koordynacji ruchowej. W większych stężeniach może dojść do śmierci wskutek uduszenia. Ale warunkiem powstania takiej chmury niebezpiecznego gazu jest zupełny sztil – cisza morska, która zdarza się na niektórych akwenach Wszechoceanu. W każdym innym przypadku chmura taka jest szybko rozwiewana lub nawet zapalana ostrymi promieniami tropikalnego słońca… Metan być może odpowiada za te wszystkie dziwne i niewyjaśnione wypadki znane z akwenów Trójkąta Bermudzkiego i innych Mórz Diabelskich.

A teraz jak to może objawiać się u ssaków? Właśnie brakiem orientacji i koordynacji ruchowej. Zwierzę przytrute metanem płynie na oślep i wpada na płyciznę, z której porażone mięśnie płetw i ogona nie są w stanie zepchnąć je z powrotem do wody. Zwierzę się dusi i umiera na plaży lub płyciźnie.

Ale czy tak właśnie jest na pewno? O ile mi wiadomo, to nikt nie podejmował się takich badań. Posądzano o te wypadki trzęsienia ziemi i tsunami, skażenie środowiska chemią i dźwiękami, infra- i ultradźwiękami, podwodne eksplozje naturalne i sztuczne… To wszystko może być prawdą. Ale…

No właśnie – do tych zagrożeń można dodać Megalodona. Ogromnego rekina żywiącego się przede wszystkim wielorybami! Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, by walenie dawały się tak łatwo pożerać i być może usiłują się salwować ucieczką w jedyne bezpieczne miejsce – na płyciznę, gdzie dwudziestometrowy potwór nie może się dostać. Problem jednak stanowi powrót na głębinę, bowiem w grę wchodzą pływy morskie. W czasie przypływu walenie wpływają na bezpieczne wody, które w czasie odpływu stają się śmiertelną pułapką. Stado waleni przegonione przez Megalodony na płyciznę ginie, a my dziwimy się dlaczego i zastanawiamy się nad przyczynami.

Myślę, że istnienie Megalodonów można łatwo dowieść obserwując zachowanie się wielorybów i delfinów. W przypadku pojawienia się w stadzie waleni czy fok nieuzasadnionej paniki można przypuszczać, że mamy właśnie do czynienia z atakiem jednego czy kilku Megalodonów. A to już się da łatwo wykryć – najlepiej z powietrza. Sądzę, że jest to jakaś konkretna propozycja dla oceanologów i ichtiologów, no i oczywiście kryptozoologów!


Opracował – ©R.K.F. Leśniakiewicz  

sobota, 24 lutego 2018

Polski „Orient Express”: Pociąg „Narty – Dancing – Brydż”


Mój kalendarz – 86 lat temu w lutym 1932 z Krakowa wyruszył pierwszy pociąg zwany „Narty–Dansing-Brydż”.

PKP wraz z Krakowskim Towarzystwem Krzewienia Narciarstwa, uruchomiły pociągi narciarskie kursujące od kurortu do kurortu u podnóża polskich gór - pociągi znane były pod nazwą „Narty-Dancing-Brydż”. Były świetnie wyposażone, zachwycały eleganckim wystrojem wnętrz, luksusowymi restauracjami, sypialniami i kabinami kąpielowym, weszły na stałe do zimowego rozkładu jazdy.

Skład pociągu narciarskiego powstał w jednej z największych fabryk w Polsce Lilpop, Rau i Lowenstein w Warszawie. Pierwszy pociąg narciarski wyruszył z Krakowa w lutym 1932 roku i miał do pokonania 1200 kilometrów, podróż trwała 10 dni i 10 nocy, bilet kosztował 200 zł (wartość 1 zł przed wojną to odpowiednik 10 zł dzisiaj). Dla porównania: średnia pensja nie przekraczała wtedy 150 zł.








W pociągu znajdowały się szkółki narciarskie, dzięki temu mogli uczestniczyć nie tylko doświadczeni narciarze, ale także nowicjusze. Trasa wiodła przez Wisłę, Zwardoń, Zakopane, Rabkę, Krynicę, Worochtę, Jaremczę, Sławsk i Sianki (obecnie część z tych miejscowości znajduje się na Ukrainie). Podróż trwała 10 dni i 10 nocy. Z powodu "nocnego życia pociągu" prawie w ogóle nie jeździły nim dzieci. Bowiem w pociągu kwitło życie nocne z tańcami i grą w karty i alkoholem. W wagonie restauracyjnym goście mogli poczuć atmosferę drogiego hotelu, organizatorzy dbali o wysoki standard, w restauracji znajdował się wyskoki kontuar barowy z wysokimi stołkami, stoliki z błyszczącymi obrusami i krzesłami obitymi skórą.

Pociągi głównie jeździły nocą, a w dzień zatrzymywały się w miejscach, gdzie można było jeździć na nartach. Nocą w wagonie restauracyjnym trwała zabawa w najlepsze! Czasem, aby pasażerom dostarczyć dodatkowej rozrywki, doczepiany był wagon kinowy!... Wystrój wnętrz zaprojektowali wybitni artyści. Efekt? W 1937 roku na Wystawie Sztuki i Techniki w Paryżu pociąg otrzymał Grand Prix.


Opracował – Stanisław Bednarz

piątek, 23 lutego 2018

Incydent CE1/DD/RV z UFO nad Alaską

Kapitan Kenju Terauchi


George A. Filer III (MUFON)


Weteran Japońskich Linii Lotniczych Japan Airlines (JAL) kapitan Kenju Terauchi zameldował o widowiskowym Bliskim Spotkaniu z UFO nad Alaską w 1986 roku.
- Całkowicie niespodziewanie, dwa statki kosmiczne zatrzymały się przed naszymi twarzami, świecąc w światłami opowiadał on. – Światła rozjaśniły także kokpit i poczułem gorąco na twarzy.

Pomimo zapewnień FAA[1], że o i jego załoga byli opanowani, kompetentni i profesjonalni, został on „uziemiony” za udzielenie wywiadu. Kilka stacji radiolokacyjnych na Alasce potwierdziło tę obserwację. Kpt. Terauchi pilotujący Boeinga 747 Jumbo Jeta w barwach JAL był cytowany w wielu programach radiowych i TV oraz w „People Magazine”. W ciągu kilku miesięcy od tego incydentu został on odwołany z lotów, choć zatrzymany przez linie lotnicze, najwyraźniej za niedyskrecję zgłoszenia UFO, mimo że był kapitanem wyższego szczebla z doskonałym rejestrem latania.

John Callahan

John Callahan, były szef wydziału Biura Badań Wypadków Lotniczych FAA doniósł o dokumentacji FAA i późniejszym tłumieniu, wyciszaniu przez CIA incydentu kpt. Terauchi’ego znad Alaski. Wraz z 20 innymi rządowymi i wojskowymi świadkami w czasie briefingu w National Press Club wezwaliśmy do zakwestionowania utajnienia z tego incydentu i dołączyliśmy do Callahana.
John Callahan oświadcza:

- Byłem szefem wydziału Biura Badań Wypadków Lotniczych FAA w Waszyngtonie, DC, przez 6 lat. Ten szczególny incydent zaczął się od telefonu od ludzi z Alaski, którzy powiedzieli: „To było UFO, które tu podskakiwało wokół 747…” Administrator FAA adm. Engen kazał mi wziąć udział w briefingu następnego dnia, gdzie FBI, CIA, naukowa ekipa prezydenta Reagana i inni też brali udział. Kiedy pokazaliśmy prezentację ekipie naukowców Reagana, to oni zaczęli przysięgać, że nigdy czegoś takiego nie zdarzyło. Zostałem zamieszany w wiele „przykrywek” z udziałem FAA, ale nigdy nie zmusili mnie to przysięgania, że to się nie zdarzyło…


Ci, którzy twierdzą, że gdyby istniały te UFO, to któregoś dnia pojawią się na radarze, i że znajdą się profesjonaliści, którzy to zobaczą, a ja mogę im powiedzieć, że w 1986 roku było wystarczająco wielu profesjonalnych ludzi, którzy to widzieli. Mam kasetę wideo. Mam taśmę magnetofonową. I mam zgłoszone raporty, które potwierdzą to, co ci mówiłem. W 1986 r. ogromne UFO podążyło za lotem linii Japanese Airlines 747 przez 31 minut pod niebem Alaski. UFO także ciągnęło się za lotem United Airlines do czasu wylądowania samolotu. Otrzymano potwierdzenie wizualne, a także potwierdzenie radiolokacyjne drogą powietrzną i naziemną.
(Dzięki projektowi Disclosure Project)     


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Federal Aviation Administration – Federalny Urząd Lotnictwa Cywilnego. 

czwartek, 22 lutego 2018

„Luxtorpeda”: przedwojenne „Pendolino”


Mój kalendarz 82 lata temu: W lutym roku 1936 jedna z „Luxtorped” ustanowiła niepobity dotąd rekord przejazdu na trasie Kraków – Zakopane: 2 godziny 18 minut. „Luxtorpeda” to określenie wagonu spalinowego o aerodynamicznych kształtach, stosowanego w połączeniach międzymiastowych w latach 30. XX wieku. Popularnie mianem „Luxtorpedy” pasażerowie określali również inne dalekobieżne wagony spalinowe na PKP. Pierwsze próby z wykorzystaniem spalinowego wagony Michelin na trasie Kraków-Zakopane miały miejsce już w 1926 roku.

W 1933 roku wypożyczono od firmy Austro-Daimler-Puch; a potem odkupiono wagon spalinowy, określany jako „Luxtorpeda”. Na bazie tego w Fabloku w Chrzanowie wyprodukowano 5 egzemplarzy „Luxtorpedy” wyposażonych w silnik MAN dieslowskie i mających lepsze parametry eksploatacyjne. Podobne wagony spalinowe były wprowadzane w latach 30. do obsługi połączeń dalekobieżnych– np. w Niemczech– najbardziej znany Latający Ślązak – Berlin przez Wrocław i Opole z Bytomiem. Wprowadzana w Polsce „Luxtorpeda” miała zdecydowanie luksusowy charakter – o czym świadczyły nie tylko wysokie ceny biletów, czy wyposażenie wagonów wyłącznie w miejsca pierwszej klasy, lecz również przeznaczenie jej przede wszystkim do obsługi połączeń z Zakopanem i Krynicą. Na pokład zabierały maksymalnie zaledwie 60 „wybrańców Dzięki zastosowaniu gumowych okładzin kół, pasażerom nie dokuczał hałas.

Podczas niemieckich bombardowań we wrześniu 1939 zniszczone zostały 4 z 6 „Luxtorped” – 2 w Krakowie i 2 w Skarżysku-Kamiennej. Dwa niezniszczone wagony były podczas wojny eksploatowane jako specjalne (Sonderzüge) tylko dla Niemców i jeździły na trasach z Krakowa do Zakopanego lub do Krynicy.








W roku 1945 wagony przejęte przez armię radziecką wróciły do Krakowa w mocno niekompletnym stanie i nie mogły być wykorzystane w ruchu pasażerskim. Jeden z pociągów służył za magazyn części zamiennych dla drugiego dowożącego pracowników do kopalni Siersza w Trzebini. Około roku 1954 oba zostały pocięte na złom i do dziś nie zachował się żaden egzemplarz.

Z innych wagonów spalinowych wojnę przetrwały jedynie pojedyncze egzemplarze, a do chwili bieżącej dotrwał tylko jeden – oczekujący na remont w skansenie w Chabówce. Pociąg wzbudzał sensację wszędzie tam, gdzie się pojawiał. - Ojciec jako dzieciak podziwiał „Luxtorpedę”, jak sunęła przez Rapaczówkę. Kolor miała kawowy Ludzie przystawali na jej widok i krzyczeli: „Luxtorpeda! Luxtorpeda!”

Jedną Panią w Jordanowie jeszcze w latach 70-tych nazywano Luxtorpedą z racji zamiłowań do częstego podróżowania pociągami. Wtedy nie wiedziałem o co chodzi.



Opracował – Stanisław Bednarz

środa, 21 lutego 2018

Sodoma i Gomora: dowód na atomowe wojny bogów

John Martin - "Sodoma i Gomora" ale czy może...

Historia, która mówi o Sodomie (Sodom) i Gomorze (Gomorrah) jest bardzo interesująca nie tylko ze względu na opowieść o zniszczeniu, ale także ze względu na szczególne postacie, które są z nią związane, jak Aniołowie, którzy ostrzegli Lota by opuścił przeklęte miasta. Lot ostrzegł mieszkańców, że mogą ucierpieć od katastrofalnego losu, co niektórzy zwolennicy teorii o antycznych astronautach interpretują jako ostrzeżenie mieszkańców miast przed bombardowaniem ich przez pozaziemskie istoty używające broni o wysokim zaawansowaniu technicznym.


...wyglądało to właśnie tak?

Sodoma i Gomora są chyba najbardziej znanymi z najbardziej niesławnych miast, które kiedykolwiek istniały na Ziemi. Miasta te nie istnieją od tysiącleci, i tylko w ostatnich latach miejsca te są odwiedzane przez uczonych, którzy wysunęli dziesiątki różnych teorii na temat historyczności tych miast.

Morze Martwe zawiera się w zatopionych blokach skalnych pomiędzy dwoma równoległymi uskokami geologicznymi, których konfiguracja – według nich – wskazuje na katastroficzne pochodzenie. Dziwna depresja nie była utworzona przez wodę, i Morze Martwe nie jest właściwie morzem ale raczej jeziorem, które nie miało zniknąć. Zgodnie z mainstreamową nauką, w okresie Miocenu (7-27 MA temu) naturalne procesy utworzyły szczelinę, która potem uformowała depresję Morza Martwego. Zniszczenie Sodomy i Gomory jak się uważa, nie było izolowanym wydarzeniem.

Niektórzy badacze wystąpili z sugestią, że Sodoma i Gomora są Hiroszimą i Nagasaki z odległej Przeszłości, ponad 4000 lat temu. 

A oto, co mówi o tym Biblia (Rdz 18,20; 19,24-26 i 28):
v Po czym Pan rzekł: «Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich [mieszkańców] są bardzo ciężkie.
v A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana <z nieba>. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli.
v I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dokoła, zobaczył unoszący się nad ziemią gęsty dym, jak gdyby z pieca, w którym topią metal.[1]

Wiemy, że powierzchnia Morza Martwego i jego brzegi znajdują się na wysokości -1407 ft/-429 m n.p.m. i jest to najgłębsza depresja na Ziemi. Morze Martwe jest głębokie na 997 ft/304 m i jest to najgłębsze hipersalinowe jezioro na świecie. Ze swym zasoleniem 34,2% (w 2011 roku) jest jednym z najbardziej słonych jezior świata, chociaż Lake Vanda na Antarktydzie (35%), Lake Assal w Dzibuti (34,8%) są bardziej słone od niego, zaś Jordan i kilka mniejszych rzek wpadają do tego jeziora. Rzeka Jordan ma wielkie znaczenie dla judaizmu i chrześcijaństwa, i w nieco mniejszym stopniu dla islamu jako miejsce, w którym Izraelici wkroczyli do Ziemi Obiecanej i gdzie Jezus z Nazaretu został ochrzczony przez Jana Chrzciciela. Parowanie pod palącymi promieniami słońca ma miejsce z powierzchni Morza Martwego i odbywa się w tempie 230 mln ft³/~6.513.000 m³ dziennie. Według arabskiej tradycji, z jego powierzchni wydobywa się wielka ilość gazów trujących i jest to niebezpieczne, że nawet ptaki nie mogą latać nad nim.


Możliwe lokalizacje Sodomy i Gomory 

Standardowa historyczna teoria o zniszczeniu Sodomy i Gomory została opisana w książce „The Bible as History in The Pictures” przez Wernera Kellera, zakłada iż miasta położone w Dolinie Sidim zostały zniszczone, kiedy ruch płyty tektonicznej spowodował postanie Wielkiej Doliny Ryftowej, której Morze Martwe jest przedłużeniem i spowodowało to, że południowy brzeg Morza Martwego poszedł pod wodę. Jednakże Keller przyznaje, że jest tutaj poważny problem z tą teorią naturalnego kataklizmu w Dolinie Siddim. Zgodnie z Kellerem:
- W szczególności musimy pamiętać, że nie ma żadnej kwestii co do tego, że szczelina Jordanu uformowała się przed rokiem 4000 p.n.e. – jednakże, zgodnie z najnowszymi prezentacjami, pochodzenie tego pęknięcia jest datowane aż na Oligocen (33,9 – 23,03 MA temu) – trzeci i najstarszy podokres Trzeciorzędu (Paleogenu). A zatem powinniśmy myśleć o nim w skali nie tysiącletniej, ale milionletniej. Gwałtowna aktywność wulkaniczna mająca związek z pęknięciem rzeki Jordan, jak się okazuje wydarzyła sie właśnie wtedy, ale nawet nie dalej niż w Pleistocenie (2,58 – 0,012 MA temu), co stało się jakieś 10.000 lat temu. Tak więc nie dochodzimy nawet do pobliża trzeciego, nie mówiąc już o drugim, tysiącleciu przed Chrystusem – okresu, w którym zazwyczaj umieszcza się biblijnych Patriarchów.

Co więcej, na południe od półwyspu Lisan, gdzie miało dojść do zniszczenia Sodomy i Gomory, nie znajdują się ślady dawnej aktywności wulkanicznej. Krótko mówiąc, nie ma na to żadnych dowodów geologicznych.

Pod koniec 1999 roku, została zaproponowana nowa teoria przez Michaela Sandersa i międzynarodową ekipę badaczy, którzy po kilku tygodniach intensywnych nurkowań miniaturowej łodzi podwodnej odkryli coś, co wyglądało na pokryte solą szczątki ludzkich osiedli na dnie Morza Martwego.

Co ciekawe, Sanders znalazł starą mapę datowaną na 1650 rok, która pomogła przywrócić mu wiarę w to, że te dwa miasta mogłyby być zlokalizowane w północnym basenie, a nie w południowej części Morza Martwego. Otrzymał on pomoc od Richarda Slatera – amerykańskiego geologa, eksperta w zakresie głębokowodnych nurkowań, który zabrał go w głębiny Morza Martwego na pokładzie DSV Delta, która pomieściła dwóch ludzi. Lokalizacja Sodomy i Gomory w głębszej części północnego Morza Martwego – według Sandersa – jest nawet bardziej sprzeczne z historią podaną przez Kellera.


Słup solny znad Morza Martwego

No a skoro te miasta nie były zniszczone przez kataklizmy geologiczne, to czy ta apokalipsa nie była spowodowana przez interwencję boskich istot, czy jak się teraz uważa Przybyszów z Kosmosu? Czy Sodoma i Gomora były zaatakowane przy pomocy broni atomowej jak Hiroszima i Nagasaki?

Badacz L.M. Lewis w swej książce „Footprints on the Sands of Time” twierdzi, że:

Kiedy odbudowywano Hiroszimę odkryto, że fragmenty piaszczystej gleby zostały nuklearnie zmienione na substancję przypominającą szklisty krzem, przeniknięty solnym krystaloidem. Małe bryłki tego materiału zostały wycięte z masy i sprzedane turystom jako pamiątki po mieście - i ataku atomowym.

Czy nawet większa eksplozja rozpyliła każdy kamień każdej budowli – i dzięki temu całe miasto znikło w powietrzu – tam wciąż mogłyby być wskazówki o tym, co się tam stało, na skrajach obszaru dewastacji. W niektórych punktach na pewno wystąpiłaby wyraźna różnica w składzie gleby lub zmiana poeksplozyjna jakiegoś artefaktu.


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Wszystkie cytaty z Biblii Tysiąclecia, Pallotinum, Poznań 2003

wtorek, 20 lutego 2018

Antyszczepionkowy pierdolec



Dzisiejsza grafika na czerwono. A to dlatego, że powinny się nam zapalić lampki ostrzegawcze. Odmawianie szczepienia dzieci przybrało rozmiary plagi. Zresztą ta, jeżeli trend będzie kontynuował, jest nieunikniona. Nawet najszczersza wiara w bzdury wyczytane w Internecie nie pozwala nam oszukać praw matematyki - a w sumie skuteczność szczepień jeżeli chodzi o ochronę przed chorobami wynika właśnie z takich prostych matematycznych zasad [1].

Niestety proste matematyczne zasady nie mają najmniejszych szans wygrać z dowodami anegdotycznymi. Choroby, na które szczepimy są praktycznie nieznane (ciekawe dlaczego? [2]) natomiast autyzmem można postraszyć zestresowanych rodziców. Smutne w tym wszystkim, że nie dość, że taka strategia powoduje, że wkrótce przypomnimy sobie o chorobach wieku dziecięcego, to dodatkowo tego typu argumentacja stygmatyzuje dzieci z zaburzeniami spektrum autyzmu.

Według Państwowego Instytutu Higieny, w 2017 niemal 30 000 dzieci nie otrzymało szczepień [infografika, 3]. To wzrost o ponad 30% w porównaniu z 2016. Dodatkowo, liczba odmawiających szczepień wzrosła w kolejnym roku z rzędu. Osiągamy już wyniki, które powoli stają się zagrożeniem dla zdrowia publicznego. Żeby oszacować stopień tego zagrożenia sięgnęliśmy po dane z 2016 ,2012 i 2008 (pełen raport z 2017 jeszcze nie jest dostępny, ale nie przejmujcie się - z pewnością was poinformujemy, dane dostępne w [4]). W dodatkowym wykresie pod tekstem (w komentarzu pokazujemy jak zmieniał się odsetek nieszczepionych na odrę - bardzo zakaźną chorobę wieku dziecięcego, która nie dość, że często prowadzi do śmierci (1 na 1000 zachorowań) to dodatkowo może mieć okropne komplikacje, które robią z dziecka kalekę na całe życie.



Wykres (patrz komentarze pod tekstem) pokazuje jaki odsetek dzieci urodzonych x roczników przed badaniem jest nieszczepionych na odrę (czyli przykładowo w 2012 ok. 2% dzieci urodzonych w roku 2010 było nieszczepionych, podczas gdy w 2016 już 4,5% dzieci z 2014 było niezaszczepionych). To przekłada się na konkretne liczby - w 2012 niezaszczepionych na odrę było 8305 dwulatków, podczas gdy w 2016 - już 16476. Zostaje poczekać czy w 2017 ta liczba sięgnie 20000 - dzięki czemu, przynajmniej w kohorcie z 2015, wyszczepialność odry spadnie poniżej progu zapewniającego odporność stadną. Szczęśliwie dane sugerują, że z czasem przynajmniej część rodziców idzie po rozum do głowy i z opóźnieniem ale doszczepia swoje dzieci. Ale wciąż - podczas gdy w 2012 niezaszczepione na odrę było 1,8% dzieci w wieku 1-15 lat, w 2016 jest to już 2,4%.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jedyne co możemy robić to przyglądać się temu z boku i opisywać rzeczywistość. Jak zaczną się epidemie i umrą pierwsze niewinne dzieci nieszczepiący rzucą się hurtowo do przychodni i nadrobią te lata zaniedbań - tylko co to zmieni dla rodziców dzieci, które ucierpią w takiej sytuacji w pierwszej kolejności? A mowa oczywiście o tych, które są zbyt chore, żeby można je było szczepić. O tych, dla których stworzono solidarnościowy system szczepień - dla których odporność stadna jest jedyną ochroną przed chorobami. Warto o nich pomyśleć zanim odmówimy naszemu dziecku szczepionki “bo pani z grzywką na jutjubie mówi, że to zamieni je w cyborga”.

#neuropapolska
#neuropanauka

------------------------------------