środa, 31 lipca 2019

Żegnaj Przyjacielu!






Takie teksty pisze się trudno, z ciężkim sercem i przykrością dławiącą w gardle. Nie inaczej jest w tym przypadku. W dniu 30.VII.2019 roku, na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, pożegnaliśmy naszego Przyjaciela – Marka Rymuszko, który odszedł od nas 22.VII.br. po ciężkiej chorobie, która Go w końcu pokonała.

Żegnaliśmy Go wspominając Jego życie i dokonania. Żegnaliśmy go w ciszy i skupieniu słuchając mów pożegnalnych Jego życiowej partnerki Anny Ostrzyckiej, która dzieliła z Nim cztery dekady, a która była dlań wsparciem, pomocą i trzeźwą krytyczką Jego poczynań.

Nad Jego grobem wypowiadali się Jego przyjaciele, koledzy szkolni i redakcyjni, rysując nam obraz człowieka dzielnego, mądrego i prawego jakim był za życia. Cześć Jego pamięci!









Na pogrzeb przybyli mieszkający w Warszawie krewni, przyjaciele i współpracownicy. Ze znanych mi osób był tam dr Leszek Weres, red. Igor Witkowski, red. Robert Bernatowicz i inni przyjezdni fani i czytelnicy „Nieznanego Świata” z Rybnika, Pszczyny i innych miejscowości, a także przedstawiciele organizacji ratujących zwierzęta, które Marek kochał jak ludzi, chronił i bronił przed ludzką podłością i  barbarzyństwem. W czasie nabożeństwa pogrzebowego miała miejsce zbiórka pieniędzy na potrzeby jednego z nich – Fundacji Spokojna Przystań, z którą Marek współpracował i którą wspierał. Wierzę, że te wszystkie zwierzęta, którym pomógł, czekały na Niego po Tamtej Stronie i pomogły Mu przejść przez Tęczowy Most…

I mam nadzieję, że my też się znów Tam spotkamy.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Zagadka nagłej śmierci: Co zabiło mamuty na Syberii?

Rekonstrukcja mamuta

Eva Soukupová


Badania ciał mamutów znalezionych w wiecznej zmarzlinie na Syberii dają sprzeczne rezultaty. Według nich te zwierzęta jakoby zamarzły w bardzo krótkim czasie. Na językach miały jeszcze źdźbła trawy. Śmierć musiała nadejść nieoczekiwanie i szybko, podobnie jak i lód, który je na tysiące lat pogrzebał. Co się zatem odegrało na syberyjskich równinach?

Kiedy holenderski podróżnik Nikolaus Witgen w 1665 roku powrócił z Rosji do Europy, to opowiadał tamtejszym mieszkańcom o ogromnych zwierzętach, które były pogrzebane w lodach północnej Syberii. Opisywał je jako stworzenia podobne do wielkich słoni, całe pokryte długimi włosami. Tak to się w Europie dowiedziano o istnieniu rosyjskich mamutów. W prehistorycznych czasach, na Syberii przechadzały się całe stada tych stworzeń.

A potem coś się wydarzyło i mamuty znikły z powierzchni Ziemi.

Kiedy ich ciała znajdą uczeni o tysiące lat później, to będą zdumieni. W niektórych przypadkach musieli oni także rozwiązać dziwną zagadkę, na którą się natknęli, kiedy poddali je sekcji. Wygląda na to, jakby na pasące się na zielonych równinach zwierzęta zwaliły się masy śniegu i pogrzebały je na całe wieki. Jak coś takiego mogło się stać? Czy Epoka Lodowa przyszła szybciej, niż to ktoś zakładał?

Ale co wywołało jej nadejście? Według syberyjskich wieśniaków te mumie mamutów są przeklęte!


Złapane w lodowe pułapki


Kiedy w XVII wieku holenderski podróżnik Nikolaus Witgen opowiadał o gigantycznych stworzeniach podobnych do słoni, których zamarznięte ciała widział na północy Syberii. Od tej pory, wybrało się tam kilka ekspedycji, które te stworzenia zbadają. I mają szczęście. Niektóre zwłoki są zakonserwowane w idealnym stanie. Uczeni długo zastanawiają się nad tym, w jaki sposób doszło to takiej konserwacji i do dziś dnia to pytanie pozostaje otwarte i bez odpowiedzi: jak i z jakiej przyczyny doszło w ogóle do śmierci tych zwierząt?

Jedna z najstarszych hipotez mówi, że zwierzęta te „wpadły w lody” i zostały tam uwięzione. Innymi słowy zwierzęta te uwięzły w lodowej szczelinie.

Jednakże lodowce znajdowały się na szczytach miejscowych gór, a tam żadnych mamucich mumii nie znaleziono. Potem przyszła inna hipoteza, wedle której nieszczęsne stworzenia uwięzły w głębokiej warstwie bagna i zmarły w wyniku nadeszłej burzy śniegowej, która finalnie pochowała ich ciała pod warstwą śniegu i lodu. To mogłoby wyjaśnić, dlaczego niektóre egzemplarze znaleziono stojące na nogach. Jednakże w tych przypadkach nie były one pogrążone w ile, jak się to zakładało.


Szkielet mamuta i jego rekonstrukcja


Mróz nadszedł szybko


Istnieje i inna teoria.
- Ich trupy leżały na zamarzłej ziemi i rzeki naniosły na nie piasek i iły. Ale i te warstwy zamarzały, a potem te zamarzłe trupy przykryły wielkie masy ziemi. W czasie krótkich polarnych lat ciepła było za mało, by przeniknąć do martwych mamutów. Leżały one w grobach, zakonserwowane jak w zamrażarce – wyjaśnia mechanizm mumifikacji ciał niemiecki publicysta Roland Gööck (1923-1991). Jednakże prawdą jest, że niemało ciał leży na równinach nad dolinami rzecznymi. Jak więc te mamuty znalazły się w lodzie?

Szkocki zoolog i podróżnik Ivan T. Sanderson (1911-1973) zbadał jednego ze zamarzłych mamutów i doszedł do własnej teorii. W żołądku i na języku martwego zwierzęcia znalazł on resztki jego pożywienia. Świeże resztki traw łąkowych mówią o tym, że mamut w chwili swej śmierci poruszał się na niezamarzłej łące. I potem w jednej chwili znalazł się w lodzie. Ale czy mróz mógł przyjść tak szybko, że zaskoczone zwierzę nie zdążyło nawet przełknąć?

Na zwierzęta na pastwiskach zwalił się śnieg i lód.


Czy nastąpiło szybkie przebiegunowanie?


- Uczeni spróbowali wyjaśnić ten nagły mróz zmianą osi Ziemi związaną z przesunięciem się Biegunów. To wyjaśnienie nie zadowoliło astronomów – twierdzi Gööck. Przesunięcie skorupy ziemskiej w kierunku Bieguna Północnego, owszem, nie jest wykluczone. Takie zjawisko by spowodowało erupcję ziemskich wulkanów, zaciemnienie słońca przez pylistą tefrę spowodowałoby nagłe spadki temperatury i ostre mrozy. – Mamut by się zadusił bardzo zimnym powietrzem.[1]

- Potem go przykryły śniegi, a tająca woda naniosła piasek i okryła nim martwe zwierzę, które potem wmarzło w masywny blok, tak że mamut został zakonserwowany na tysiąclecia – wyjaśnił pisarz. – Zaduszenie nagłym napływem zimnego powietrza może być dostateczną odpowiedzią na pytanie, dlaczego tak wiele mamutów wyginęło tak szybko w jednakowym czasie.[2]
Jest jednak mały haczyk. Mamuty były doskonale przystosowane do życia w niskich temperaturach… 


Czy zaktywizował się pradawny wirus?


Dalsze możliwe wyświetlenie stanowi przypadek z roku 1800. Wtedy właśnie pewien tunguski naczelnik znalazł w śniegu ciało mamuta i zaprowadził tam ekspedycję naukową, przy czym im opowiedział, że przed wieloma laty w tymże obwodzie jedna rodzina wykopała kości mamuta i przyniosła do wsi. Po upływie krótkiego czasu wszyscy członkowie tej rodziny zmarli. Sam naczelnik także przez jakiś czas chorował po odnalezieniu tych kości.

Czyżby więc ciało mamuta zawierało jakiś śmiertelny wirus, który po wystawieniu go na wyższe temperatury ponownie się uaktywnił? To nie jest wykluczone! Przecież całkiem niedawno uczonym udało się ożywić wirusy z syberyjskiej wiecznej zmarzliny, których wiek wynosił 30.000 lat! Jednakże sekcje zwłok znalezionych mamutów nie potwierdziły zachorowania na jakąkolwiek chorobę, a mięsem znalezionego mamuta Jakuci karmili swe psy i nic im się nie stało.

A zatem, co zabiło te zwierzęta na Syberii? Czyżby więc dziwna śmierć mamutów i dziwna śmierć miejscowych ludzi, którzy wydobyli ich kości, mogły mieć nadprzyrodzone przyczyny.


Czy wszystkie umarły?


 Na temat wymarcia syberyjskich mamutów jest wiele nieodpowiedzianych pytań. Jednym z nich jest możliwość ich hipotetycznego przeżycia. Wedle niektórych uczonych, te wydarzenia, które zabiły większość syberyjskich mamutów spowodowały, że część ich populacji przeżyła. Jednym ze stronników tego poglądu jest słynny francuski zoolog dr Bernard Heuvelmans (1916-2001):
- O tym, że na Syberii są mamuty do dziś dnia nie można wątpić – pisze w swej książce „Na tropie nieznanych zwierząt”.  I na potwierdzenie tego podpiera się cytatem z opowieści kozackiego atamana Jermaka Timofiejewicza, który jeszcze w 1580 roku relacjonuje:
- Napotkaliśmy na wielkie włochate słonie, żywe góry mięsa, które – jak twierdzą miejscowi – należą do największych skarbów tej ziemi.
Czyżby więc podróżnicy na Syberii jeszcze w XVI wieku mogli spotykać mamuty? A co się stało z ich pobratymcami, które wyginęły przed tysiącleciami?           


Foto: Wikipedia
Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz




[1] Raczej przemroziłby sobie płuca i górne drogi oddechowe.
[2] Hipotezą dobrze tłumaczącą nagłe wyginięcie mamutów i megafauny na Ziemi jest wyjaśnienie podane przez Otto Mucka, który założył, że ok. 12.000 lat temu doszło do impaktu Planetoidy A w rejon Atlantyku, na którym znajdowała się Atlantyda… Zob.: L. Zajdler – „Atlantyda”. 

niedziela, 28 lipca 2019

Zombies dla tow. Stalina


Wielka Trójka - ich służby pracowały nad przekształceniem ludzi w bezwolne marionetki...


Irina Szlionskaja


Powiadają, że w latach 50-tych radziecki gensek Nikita Siergiejewicz Chruszczow wydał nieoficjalny rozkaz – wysyłać do psychuszek tych, którzy będą mówić o nowosybirskim eksperymencie z urządzeniem Radioson.

Wyobraźcie sobie społeczeństwo składające się z samych przestrzegających prawa obywateli, lojalnych absolutnie i myślących tylko „prawidłowo”. Oczywiście coś takiego jest możliwe. Przecież – o ile wierzyć można różnym niezależnym źródłom – eksperymenty masowego zombizowania ludzi na świecie idą już od dawna, i w tej sferze odnotowano znaczne osiągnięcia…


„Mózgowe radio” psa Durowa


Na początku ubiegłego stulecia, fizyk i inżynier-elektryk Bernard Każinskij postawił hipotezę, że ludzki mózg emituje fale radiowe, które może odbierać inne żywe stworzenie. Uczony zabrał się za pracę nad „mózgowym radiem” będącego w stanie przekształcać mózgowe impulsy na sygnały dźwiękowe, które można przesyłać na wielkie odległości. 

Każinskij z powodzeniem występował ze swymi wykładami na temat swego odkrycia w lepszych europejskich i amerykańskich uniwersytetach, a także przeprowadził serię demonstracyjnych eksperymentów w Kanadzie. Rozumie się, wszystko to działo się pod ścisłym nadzorem radzieckich specsłużb. Wreszcie uczonemu nakazano powrócić do kraju i tam kontynuować swe badania.

Dnia 17.III.1924 roku w Moskwie, w obecności specjalnie zwołanej komisji został przeprowadzony eksperyment, w toku którego przy pomocy emitora o niskiej częstotliwości radiowej operator wydawał polecenia zwierzętom, jeden z psów z cyrku Władimira Durowa poszedł do sąsiedniego pomieszczenia, wybrał z półki wskazaną książkę i przyniósł ją swemu panu. W opinii zebranych doświadczenie się udało. Udane się okazały także eksperymenty, w których uczestniczyły inne cyrkowe psy.

Jednakże wszystko to miało nieoczekiwany efekt: kiedy eksperyment się zakończył, zwierzęta przestały reagować na ustne polecenia treserów. Najwidoczniej w ich mózgach coś się „zablokowało”. Wreszcie eksperymenty z psami przyszło zakończyć.


Żołnierze-zombies


W latach 30-tych kontynuatorzy Każinskiego postanowił dopracować zbudowany przez niego aparat, aby poddać procesowi zombizowania Armię Czerwoną. Zaczął on marzyć o „spójności mas” i podwyższeniu gotowości do pracy ludzi radzieckich, żeby oni sami pracowali bez wytchnienia dla dobra ojczyzny. On miał nadzieję, że udoskonalone mózgowe radio pomoże osiągnąć ten cel. Ale się wyjaśniło, że „zombizujące” technologie nie są do zastosowania w skali całego narodu i plan się nie uda, tak więc trzeba by było zastosować inne metody tam, gdzie nie dało się zastosować tych technologii.[1]

Jeżeli wierzyć źródłom, to detale eksperymentu z żołnierzami są tak utajnione, choć przyznano iż wyniki eksperymentów były całkiem udane.


Efekty uboczne


Są dowody na to, że technikami „zombizowania” interesowano się także w nazistowskich Niemczech. Wedle nieoficjalnych danych, w 1934 roku, pod Berlinem pojawiło się tajne laboratorium, które założył pracownik wywiadu płk Walter Nicolai. Pracowało w nim około 1500 fizyków, medyków i psychologów. Wszyscy oni trudzili się nad zbudowaniem przyrządu manipulującego ludzką świadomością tak, by człowiek wykonywał bez szemrania czyjeś rozkazy. Obiektami eksperymentów byli więźniowie obozów koncentracyjnych. Do jakich rezultatów udało się im dojść? Ale skutki tych doświadczeń okazały się nie przewidziane: w większości przypadków człowiek demonstrował symptomy szaleństwa albo szybko umierał… Uważa się, że prawie wszystkie dokumenty dotyczące tych badań zostały zniszczone pod koniec wojny: naziści nie chcieli, by ich prace wpadły w ręce wroga.[2]  

Podobnym niepowodzeniem zakończyły się eksperymenty prowadzone przez CIA, którzy chcieli powtórzyć doświadczenia niemieckich uczonych, np. na koreańskich jeńcach wojennych. Próby „prania mózgów” Koreańczykom i zrobienie ich lojalnymi wobec Amerykanów dawały całkiem identyczne rezultaty: obłęd albo śmierć.[3]


„Bezsenny” gaz


Pod koniec lat 40-tych, radzieccy chemicy opracowali specjalny gaz, dzięki któremu ludzie będący pod jego wpływem, mogli nie spać przez 15 dób. Eksperymenty odbywały się w komorze ciśnień przystosowanej do długiego przebywania w niej. Znajdowały się w niej meble, książki i inne niezbędne przedmioty, regularnie podawano wodę i pożywienie, a także ów „bezsenny” gaz. W ścianach znajdowały się iluminatory, przez które eksperymentatorzy mogli obserwować przedmiot eksperymentu.

Przedmiotem eksperymentów byli ci, których uznano za „wrogów ludu”. Obiecano im, że jeżeli dobrowolnie się zgodzą na udział w doświadczeniach, to skróci się im wyrok. W trakcie eksperymentu jego uczestnikom wolno było się kontaktować ze sobą.

Po sześciu dobach mieszkańcy komory przestawali ze sobą rozmawiać, za to od czasu do czasu podchodzili do mikrofonów zamontowanych dla porozumiewania się z eksperymentatorami i „stukali” na swych współtowarzyszy niedoli: co kto powiedział do drugiego na towarzysza Stalina i władzę radziecką… 

Po dziesięciu dobach niektórzy zaczynali biegać po komorze wydając przy tym głośne okrzyki, a dwóch z nich zaczęli naraz rwać książki i mazać ich stronice swymi ekskrementami. Tak upaćkanymi stronami usiłowali oni zakleić iluminatory. Kiedy iluminatory były już zaklejone, eksperymentatorzy nie mogli widzieć, co się dzieje w środku i weszli do środka.

Wszyscy uczestnicy eksperymentu leżeli cicho na swych miejscach i nie reagowali na ich wejście.


„My nie chcemy więcej wyjść na wolność”


Sprawdziwszy pracę oprzyrządowania i uporządkowaniu pomieszczeń, pracownicy oznajmili, że jutro wszyscy będą wolni. I tutaj zamknięci jak na komendę zwrócili głowy w ich stronę i oznajmili unisono: My więcej nie chcemy wyjść na wolność

Medycy z towarzyszeniem ochrony weszli do komory i zaczęli oglądać swych podopiecznych. Wyjaśniło się, że jeden z nich nie żył, przy czym ktoś rozdzielił jego ciało i część jego fragmentów znalazła się w kanalizacji. Nie wiadomo, co mogło się stać narzędziem zbrodni, bowiem w komorze nie było metalowych przedmiotów.

Kiedy żołnierze spróbowali wyprowadzić ich z komory, ci rzucili się na nich. Gołymi rękami zabili pięciu z nich. (!!!) Wszyscy mieszkańcy komory okazali się być szaleńcami, furiatami.

Przyszło porządnie wentylować pomieszczenia i podać tym nieszczęśnikom końskie dawki morfiny. Związanych rzemieniami przeniesiono ich do pomieszczenia, gdzie aplikowano im narkotyki i próbowano wykonać EEC mózgów. Ku zdumieniu badaczy, ich aktywność mózgowa była całkiem zwyczajna, ale kiedy zekowie[4] zapadali w narkotyczny sen, odnotowywano od nich zupełny brak mózgowej aktywności, jakby oni byli martwymi.

Rezultaty eksperymentu okazały się na tyle zdumiewające, że podjęto decyzje o fizycznej likwidacji wszystkich poddanych temu eksperymentowi. Po rozstrzelaniu ich trupy spalono, tak że nie wiadomo jakie było oddziaływanie gazu na tkanki.

W kilkanaście lat później, jeden z pracowników NKWD, który brał udział w tej operacji ponoć opowiedział o jej szczegółach zagranicznym dziennikarzom…


Zgubny RADIOSON


Jeszcze cały szereg źródeł głosi, że w 1954 roku przy Ministerstwie Zdrowia ZSRR zostało utworzone Laboratorium Badań Psychicznych Specjalnego Przeznaczenia (PION). W nim opracowywano metody wpływania na mózg człowieka przy pomocy specjalnych urządzeń i środków psychotropowych. Uczonych i ich mocodawców interesowała nie tylko modyfikacja ludzkiego zachowania, ale i „wmówienie” organizmowi rozlicznych patologii. To mogło być bardzo użyteczne do neutralizacji rozlicznych „wrogich elementów”.[5]   

Pod kierownictwem prof. Borisa Połockiego, który wcześniej pracował z Każnickim, została opracowana instalacja RADIOSON. Pierwsze próby miały miejsce na poligonie pod Nowosybirskiem. W charakterze królików doświadczalnych wystąpiło 145 żołnierzy służby zasadniczej. Przy pomocy tego urządzenia pogrążono ich w głęboki sen. Kiedy żołnierze się obudzili, to obserwowano ich dokładnie, by wychwycić jakieś efekty uboczne. Przez rok wszystko było w porządku i badacze zaczęli już zacierać ręce z radości. I naraz wszyscy uczestnicy eksperymentu zaczęli umierać jeden po drugim. Ten fakt stał się gwoździem do trumny dalszej kariery gen. GRU Iwana Sierowa.

Czy w dniu dzisiejszym przeprowadza się podobne eksperymenty? Oficjalnych informacji o tym nie ma, a nieoficjalnych – ile chcesz. Np. pewne osobistości twierdzą, że jeszcze niedawno nielegalne mityngi rozpędzano przy użyciu generatorów psychotronicznych. Albo to, że sieci łączności telefonii komórkowej mają równoległą funkcję wpływania na mózg i to w różnych celach. Dlatego też każdy, kto posługuje się telefonem komórkowym jest potencjalnym zombie…


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 13/2019, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego - © R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Echa tych planów można usłyszeć w powieściach sensacyjnych i fantastyczno-naukowych z czasów ZSRR.
[2] Co nie jest do końca prawdziwe, bowiem większość tego rodzaju dokumentów została przejęta przez Amerykanów i Brytyjczyków w trakcje operacji wywiadowczych na terytorium Niemiec. Podobnie było w strefie radzieckiej.
[3] Zob. także praca zbiorowa „Zamachowcy, terroryści i szare eminencje” - https://hyboriana.blogspot.com/2019/07/zamachowcy-terrorysci-i-szare-eminencje_26.html - gdzie opisano jedną z prób wpływania na mózg falami radiowymi.
[4] Więźniowie – od słów Zakład Karny.
[5] Zob. A. i B. Strugaccy – „Przenicowany świat” i in.

sobota, 27 lipca 2019

Wioska we mgłach




Witalij Bondarenko


Ta historia przydarzyła się mnie w jeden z ciepłych jesiennych dni. Koniec lat 90-tych, Ukraina przyzwyczaja się do nowej waluty narodowej – hrywna. Urodziny jednego z kolegów my (czterech facetów) postanowiliśmy uczcić w plenerze – w lesie, który znajduje się tuż za naszym miasteczkiem Znamianka w Obwodzie Kirowogradskim – N 48°42’49” – E 032°40’24”.


W białawym całunie


Wzięliśmy to, co niezbędne. Idziemy na znaną nam polanę. Ognisko, wokoło leżą bierwiona – miejsce wymarzone na piknik.

Zachodzimy w las, a tu ktoś powiada:
- Nie byłoby głupio przygotować sobie na ogniu udka z kurczaka, ale trzeba byłoby pójść po nie do sklepu. Kto idzie?

Wybór padł na mnie – najmłodszego w tym towarzystwie.

Sprzedawczyni ułożyła cztery udka na kawałku papieru, zawinęła i uprzedziła bym uważał, bo papier był cienki i łatwo się rwał. Wziąłem resztę, 20,- hrywien i rachunek, i udałem się na miejsce zbiórki. Znajdowało się na skraju lasu, przy starym cmentarzu, zaś do polany było jakieś 100 m.

Tak więc szedłem, a od strony cmentarza do lasu zaczęła pełznąć mgła. Jej całun błyskawicznie zakrył całą okolicę. Zrobiło się zimno, a ja poczułem się nieswojo. Z trudem rozpoznawałem sylwetki drzew, ale ścieżka pod nogami była widoczna doskonale. Szedłem po niej i czułem czyjąś niewidzialną obecność, pojawił się lęk. Przyspieszyłem kroku. Polana, do której szedłem, już powinna się pojawić, ale jej wciąż nie było. Ścieżka jak zwykle była pod nogami i z niej nie schodziłem. Zacząłem nawoływać. Cisza. Krzyknąłem głośno, ale głos dosłownie wsiąkł w mgłę.

Lokalizacja miasteczka Znamianka


Nieznane miejsce


Znam doskonale ten las, często spacerowałem tam ze swym psem myśliwskim. Gdybym poszedł dalej, to wyszedłbym na drugi – nowy cmentarz, a tam obok niego jest przystanek autobusowy. Czas płynął i wreszcie zrozumiałem, że zabłądziłem. A tutaj jeszcze podarł się mi pakiet z mięsem i musiałem trzymać go od dołu!

Wiedziałem o tym, że z lewej strony powinna być droga i zacząłem jej szukać. Udka zaczęły mi się wydostawać z przemokłego pakietu, więc przytrzymywałem je rękami. Po kilku minutach wyszedłem na nieznaną mi drogę. No i dobrze – zawsze mnie gdzieś zaprowadzi.

Droga zaprowadziła mnie do wsi, wyraźnie widziałem dwie chaty – jedną po prawej, drugą po lewej stronie drogi. To były lepianki ze słomianymi strzechami. Takich już dawno nie ma w naszych krajach.


Kogut z czterema nogami


Z chaty z prawej strony wyszły dwie kobiety. Pozdrowiłem je i poprosiłem o jakiś papier do owinięcia mojego pakietu. Kobiety roześmiały się przyjaźnie. One pokazywały na sterczące z pakietu cztery nogi kurze i pytały, co to za czworonożny kogut?

Podeszła do mnie jeszcze jedna kobieta i dała mi starą gazetę żebym w nią zawinął nóżki. Z nią był chłopak – jakiś piętnastolatek. Był ubrany w welwetową kurtkę pociętą liniami zamków błyskawicznych i dwoma kieszonkami na piersi, w szarawarach i jarmułce, a w zębach – skręt.

Zapytałem o drogę do miasta. Kobieta wskazawszy na chłopaka powiedziała:
- On odwiezie.

Chłopak poszedł na podwórze i po chwili wrócił starym motocyklem, po czym wybraliśmy się w drogę.

Droga biegła przez las, po bokach majaczyły drzewa. Nie dojeżdżając do0 końca lasu, motocyklista zatrzymał się i wskazując mi kierunek rzekł:
- To wszystko, dalej mi nie wolno.
- Rozumiem, GAI[1] – odpowiedziałem.

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem w oczach, ale nic nie odpowiedział. Włożyłem mu dwudziestaka do kieszeni kurteczki , podziękowałem i się rozstaliśmy. Gazetę wyrzuciłem w krzaki, bo tylko przeszkadzała.


Przepadła gazeta


Mgła szybko się rozproszyła i poprzez drzewa zobaczyłem znajomą ulicę naszego miasteczka. Przygoda się skończyła. Jasno świeciło słońce, szeleściły liście, po drodze przejechał zagraniczny samochód. Na duszy stało się lżej. Wokoło cisza, nie słychać było terkotania motocykla. Wróciłem do lasu, ale chłopaka już nie było. Na ścieżce leżało zmięte dwadzieścia hrywien, a gazeta gdzieś to przepadła, choć dokładnie szukałem jej dookoła.

W domu poszedłem spać, wprost waliłem się z nóg. A obudziwszy się rankiem i włączywszy telewizor dowiedziałem się, że jest … niedziela! Zaraz! A gdzie sobota? Nie może być, bym przespał ponad dobę! Udka leżały na kuchennym stole i nie zepsuły się. Niepojęta historia!

W poniedziałek na pytanie kolegów, gdzież to ja przepadłem – odpowiedziałem, że zgubiłem pieniądze na drodze do sklepu. Nie opowiedziałem im o podróży do równoległego świata czy w Przeszłość. Oczywiście, że by mi nie uwierzyli. A czy wy uwierzylibyście?


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 13/2019, s. 24
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz     




[1] Gławnaja Awtomobilnaja Inspiekcja - milicja drogowa.

piątek, 26 lipca 2019

Żegnamy Marka Rymuszko



MAREK RYMUSZKO
1948-2019

Trudno uwierzyć, że już Go z nami nie ma. Wydawało się, iż będzie tworzył Nieznany Świat wiecznie. Odszedł 22 lipca 2019 r. swoją ścieżką do Światła, przegrywając z ciężką chorobą. 

Wspaniały, nietuzinkowy człowiek, dziennikarz, reportażysta, pisarz, badacz Nieznanego, twórca i redaktor naczelny miesięcznika NIEZNANY ŚWIAT, długoletni prezes Stowarzyszenia Krajowy Klub Reportażu, nasz szef, przyjaciel, mentor. Mistrz Wysokiego Słowa. Uczył patrzeć głębiej i czuć więcej. Pokazywał, że za kurtyną materii istnieje Świat Ducha. 

Zostawił po sobie wielką pustkę, ból i smutek rozstania, ale zarazem wdzięczność, że stworzył dzieło, które wielu pomogło odnaleźć własną życiową drogę. 

Pożegnamy Go podczas uroczystości żałobnej we wtorek 30 lipca 2019 r. o godz. 13.00 w Kościele p.w. św. Karola Boromeusza na Starych Powązkach. 

Podczas pogrzebu zamiast kwiatów prosimy o datki do skarbonki Przystani Ocalenie, tak bliskiej sercu Marka, którą NIEZNANY ŚWIAT wspierał od samego początku.

Anna Ostrzycka-Rymuszko wraz z zespołem Wydawnictwa Nieznany Świat 

PS. Bądźcie z Nim dobrą myślą, ciepłym wspomnieniem, życzliwą pamięcią   -   Redakcja Nieznany Świat

* * *

Starzy Mistrzowie odchodzą, ale pamięć o Nich trwa w sercach Ich uczniów i kontynuatorów. Byliśmy i będziemy, nie zapomnimy!

czwartek, 25 lipca 2019

Uważnie obserwowany lot „Shenzhou-9”: czy UFO śledziło start chińskiego wahadłowca?


Tajemnicze obiekty śledzą lot Shenzhou-9

Zdeněk Pospíšil


Spekulacje o tym, że loty kosmiczne Ziemian w kosmos są uważnie obserwowane przez przedstawicieli pozaziemskich cywilizacji, należały jedynie do domniemań niektórych badaczy. Po incydencie, który miał miejsce w czerwcu 2012 roku w czasie startu chińskiej rakiety Shenzhou-9 w kosmos, mamy bezpośredni dowód, że hipotezy o działalności UFO na Ziemi nie są takie całkiem błędne.

Wszystko przygotowuje się na wielką chwilę. Kulminacją są przygotowania, a atmosfera wokół wyrzutni na pustyni Gobi w północnych Chinach tak zgęstniała, że da się ją krajać. W ciągu kilku chwil w kosmos wystartuje trzyosobowy wahadłowiec, który połączy się z chińską stacją kosmiczną Tchien-Kung 1 w kosmosie. Astronaucie T’ing Chaj-Pchengowi (ur. 1966) towarzyszy inż. Liou Wang (ur. 1969) i pierwsza w historii chińska kosmonautka Liou Jang (ur. 1978), jego żona. Nic nie stoi na przeszkodzie startowi czwartej chińskiej misji, więc rakieta Shenzhou-9 odrywa się dziś z ziemi 16 czerwca 2012 roku. Miliony Chińczyków oglądają telewizję w tym bezcennym momencie, a maszyna znika gdzieś na niebie. Wiele ze śledzących ją oczu widzi, że wahadłowiec ma dziwną eskortę.


Dwa obce statki


Co bystrzejsi obserwatorzy zauważyli, że pierwszą chińską astronautkę śledziły od chwili odpalenia rakiety do wejścia jej w kosmos jakieś Istoty Pozaziemskie. To wydarzenie miało się rozegrać od chwili startu rakiety Shengshou-9, a konkretnie w czasie opuszczenia atmosfery na wysokości ok. 15 km. Podczerwone kamery uchwyciły UFO, które przelatuje nieopodal wahadłowca w czasie 4 minut i 11 sekund od momentu jego zaobserwowania.


Czyżby ptaki?


Białą kropkę przemieszczającą się z dużą prędkością filmują nie tylko kamery podczerwieni, ale widzą ją także niektórzy widzowie na przekazie TV. A wszyscy zaczynają zadawać pytanie: co to być mogło? 

- To ptak! – domyślili się niektórzy z obserwujących. Jednakże według specjalistów, jest praktycznie niemożliwe, że chodzić mogło o ptaka czy jakiś znany nam aparat latający.

- To nie mógł być żaden ptak, bowiem musiałby być niezmiernie gorący, aby mogła go wychwycić kamera na podczerwień. Ptaki i ludzie mają stałą temperaturę ciała, tak że nie mógłby się pokazać jako tak zagadkowe jasne światło – twierdzi znany chiński astronom Wang Sichao. Poza atmosferą takie ptaki nie mogłyby latać. Poza tym obiekt ten porusza się z prędkością większą od wahadłowca! A zatem czy to UFO śledziło start chińskiego wahadłowca?

Jaki obiekt sfilmowały kamery?


Czy to owady?


Innym wyjaśnieniem jest hipoteza, że widziano po prostu jakąś jasno świecącą gwiazdę. Jednakże w chwili startu, który miał miejsce o godzinie 18:37 CST/10:37 GMT/11:37 CEST, coś takiego było w ogóle niemożliwe. Było po prostu za jasno na obserwację gwiazd. Uczeni i badacze usiłowali wyjść z tej ślepej uliczki poprzez jeden ciekawy pogląd, a mianowicie taki, że przed obiektywami kamer przeleciał jakiś owad, który na filmie wyglądał jak jakiś obiekt lecący przed statkiem kosmicznym.

Jednakże znów jest pewne „ale”. Trajektoria białej kropki w niczym nie przypomina lotu owada! Wariant, że mogło chodzić o UFO i pozaziemskich „szpiegów” jest coraz bardziej pewnym!

A zatem kto albo co śledziło lot chińskich tajkonautów?   


Shenzhou-9 i stacja kosmiczna Tchien-Kung 1


Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 24 lipca 2019

„Minerve” odnaleziona!


Minerve na dnie Morza Śródziemnego

Słowackie media podały elektryzującą wiadomość:


Członkowie ekipy poszukiwawczej francuskiego MON zlokalizowali w Morzu Śródziemnym zaginiony francuski okręt podwodny Minerve (numer taktyczny S647), który znikł bez śladu w 1968 roku.

Jak informowała o tym agencja AFP powołując się na oświadczenie MON – Jest to sukces, ulga i techniczny cud – napisała na Twitterze francuska minister obrony Florence Parly.

Okręt podwodny z napędem diesel-elektrycznym SS Minerve zatonął w Morzu Śródziemnym w dniu 27.I.1968 roku, nieopodal południowo-francuskiego portu w Tulonie. Na jej pokładzie było sześciu oficerów i 46 marynarzy. W miejscu jej zatonięcia morze jest głębokie na 1000 - 2000 m.

Francuskie władze zaczęły poszukiwania SS Minerve bezpośrednio po jej zniknięciu, jednakże poszukiwania, w którym wziął udział swym batyskafem DSV SP-350 Denise słynny oceanograf Jacques-Yves Cousteau było bezowocne, i w dniu 2.II.1968 roku zostały one przerwane. Nowe poszukiwania w odległości 45 km na południe od Tulonu, MON ogłosiło w lipcu tego roku.


Moje 3 grosze


No i jeszcze jedna tajemnica morska Dzwonu Morza Śródziemnego się wyjaśniła. Czyżby? Znaleziono tylko zaginiony okręt podwodny, ale nadal nie wiadomo, dlaczego poszedł on na dno. A zaznaczam, że SS Minerve nie jest jedynym okrętem podwodnym zaginionym na tym akwenie, bowiem podobny los spotkał SS Eurydice (S644), w marcu 1970 roku. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że to właśnie na tym akwenie wielokrotnie obserwowano aktywność Nieznanych Obiektów Podmorskich czyli USO albo UAO. Pisali o tym m.in. Lucjan Znicz-Sawicki i Aleksander Grobicki w swych książkach.

Ale to już temat z innej ballady.


Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz