wtorek, 17 października 2017

Babie lato


Mój kalendarz - Nastało Babie Lato, potocznie też polska złota  jesień – okres pięknej i ciepłej pogody w październiku w czasie utrzymywania się układu wyżowego. Jest on skutkiem ogólnego uspokojenia atmosfery półkuli północnej z powodu stosunkowo małych kontrastów termicznych między południem, które już nie jest tak usłonecznione, a północą, która nie zdążyła się jeszcze wychłodzić. Dodatkowym czynnikiem stabilizującym jest nagrzany w okresie letnim ocean.


W Ameryce Północnej tę porę roku nazywa się Indian Summer i przypada ona na październik. W Szwecji mówi się o Brittsommar - tam przypada ona też na październik. W Niemczech babie lato przypada najczęściej na wrzesień i nazywa się Altweibersommer (mylnie) tłumaczone na „lato starych bab”, w rzeczywistości nazwa wywodzi się ze staroniemieckiego i dotyczy nici pajęczych.




W sprzyjających warunkach, tzn. przy odpowiedniej temperaturze, wilgotności powietrza oraz sile wiatru, pająki rozpoczynają budowę nici, służących do przelotu. Zwykle zwierzęta wybierają wierzchołki wysokich roślin, traw, krzewów lub drzew, czyli miejsca, gdzie siła wiatru jest stosunkowo duża. Pająki prostują odnóża, unoszą do góry odwłok i wytwarzają nić pajęczyny.

Świat płonie kolorami. Na szczytach Przykca, Hyćkowej można liczyć drzewa liściaste. To najpiękniejsza część roku:  
Klon krwawy i żółta lipa
liście, listeczki sypią.
Zrzuca je ptak lecący,
strąca osa niechcący.


Tegoroczne babie lato zostało spowodowane przez przejście nad Irlandią niezwykłego huraganu OFELIA vel OPHELIA, który narodził się w równikowej części Atlantyku, ale zamiast na zachód – w kierunku Morza Karaibskiego – udał się na północ, w kierunku Zielonej Wyspy.

Załączone mapki ukazują marsz na północ tego huraganu, którego wiatry wiały z prędkością 191 km/h, i w Irlandii nie odnotowano czegoś takiego od 50 lat! Zginęło kilka osób, straty materialne jeszcze są szacowane.











A u nas? A u nas jak widać powyżej jesteśmy pod wyżem o wartości – w Jordanowie – 1025 hPa, na bezchmurnym niebie lśni słońce, a temperatura dzienna sięga +25°C i jest niemal letnio. Napisaliśmy „niemal”, bo w nocy temperatury jednak spadają do +6°C i czuje się podmuchy nadciągającej zimy.







No i grzyby. Takiego wysypu nie pamiętają nasi najstarsi mieszkańcy. Jest ich zatrzęsienie i ludzie mają już dosyć suszonych, kiszonych czy marynowanych rydzyków i prawdziwków. Niektórzy twierdzą, że jest to zwiastun szybkiej i ostrej zimy, podobnie jak kwitnące od góry wrzosy czy szyszki świerkowe rosnące od wierzchołka drzew.


video

video


Pożyjemy – zobaczymy, a na razie cieszmy się światłem, ciepłem i południowym wiatrem!

Opracowali:

St. Bednarz i R.K.F. Leśniakiewicz 

poniedziałek, 16 października 2017

Tragedia w Andach



Opowiemy o niesamowitej katastrofie w Andach, rozbitkowie przetrwali  w wysokich Andach -3600 m n.p.m., przez 57 dni  niestety żywiąc się innymi ofiarami.

Mój kalendarz -  45 lat temu -13  października  1972 roku w Chile uległ katastrofie Fairchild Hiller - FH-227 D Urugwajskich Sił Powietrznych. Samolot ten wystartował z Montevideo w Urugwaju  wioząc drużynę rugbistów Old Christians  z rodzinami na mecz do Santiago.

Samolot po drodze zmuszony był lądować w Mendozie i czekać na poprawę pogody. Później w bardzo złej pogodzie usiłować przedostać się przez Andy. Pilot popełnił błąd - za wcześniej skręcił na północ i  poleciał w wysokie Andy. Wpadł w turbulencje  Zanurzony w chmurach rozbił się o jedno z wzniesień koło długo nieczynnego wulkanu Tinguirrica, 4280 m n.p.m., na granicy Chile z Argentyną, 8 km od wulkanu. Tracąc oba skrzydła zsunął się na terytorium Argentyny około 120 km od Santiago na wysokości około 3600 m n.p.m.

Spośród 45 osób na pokładzie, 12 nie przeżyło katastrofy, kolejnych 5 zmarło pierwszej nocy lub następnego dnia z powodu odniesionych obrażeń. Ósmego dnia zmarła jeszcze jedna osoba. Z pozostałych 27 pasażerów część miała lżejsze rany, w tym złamania powstałe na skutek rozbicia się samolotu.




Niewielkie zapasy żywności, jakie posiadali to między innymi kilka tabliczek czekolady i kilka butelek wina. Mimo że rozdzielano je w bardzo małych racjach, wystarczyły na krótko. Aby uzyskać wodę, roztapiano śnieg, ustawiając do słońca metalowe elementy siedzeń, z których woda spływała do pustych butelek. W miejscu katastrofy nie było żadnych roślin ani zwierząt. Próbowali jeść paski skóry oderwane z walizek. W  tej sytuacji grupa pasażerów podjęła zbiorową decyzję, że aby przeżyć, muszą jeść ciała zmarłych towarzyszy.

Rozbitkowie nie mieli żadnego wyposażenia, niezbędnego do przebywania wysoko w górach, takiego jak ciepła odzież czy gogle, mogące zapobiec ślepocie śnieżnej. Nie mieli również leków, opatrunków ani żywności…

Rankiem 28 października samolot został przysypany przez lawinę. Spośród 27 osób śpiących w kadłubie, 8 zginęło na miejscu. Pozostali przez trzy dni nie mogli opuścić kadłuba ze względu na grubą warstwę zalegającego na nim śniegu. Jednemu z rozbitków, Nando Parrado, udało się w końcu wybić dziurę w dachu kadłuba za pomocą metalowego pręta. Kolejne trzy ofiary zmarły w listopadzie i grudniu...

Po wielu dniach  12 grudnia gdy nadeszło lato  dwójka z uczestników katastrofy Nando Parrado i Roberto Canessy zdecydowała się na wspinaczkę i dotarła do siedzib ludzkich. Po wielu dniach wędrówki po  zaśnieżonych szczytach spotkali chłopa w dolinie,  który nazywał się Sergio Catalani  z pobliskiej wioski Los Maitenes,  niestety  po drugiej stronie rzeki, który rzucił im na sznurku papier, ołówek, chleb i ser, potem zawiadomił żołnierzy.

22 grudnia wyruszyła pomoc z Santiago. W sumie tą hekatombę przeżyło 16 uczestników przebywając w Andach 57 dni. Na miejscu katastrofy jest zbiorowa mogiła poległych.


Opracował - St. Bednarz

sobota, 14 października 2017

Czy północnokoreańskie rakiety mogą dolecieć do USA?



Krishna Santos


Czy północnokoreańskie pociski rakietowe są w stanie dolecieć do USA?  Kto dostarczył części do ICBM i projekty głowic jądrowych do Korei Północnej?


Północnokoreański pocisk rakietowy HS-14 na stanowisku startowym

Testując pociski rakietowe dalekiego zasięgu (ICBM) jest trudno wycelować je dokładnie w określony punkt. Pociski dalekiego zasięgu wymagają delikatnych, bardzo delikatnych korektur trajektorii. Tylko niewielka zmiana kąta czy trajektorii może spowodować błąd rzędu setek kilometrów i pocisk może uderzyć w jakiś inny kraj czy wpaść do oceanu. System naprowadzania czy coś zwanego zestawem naprowadzania pocisku (zestaw MG) pokazany poniżej, jest odpowiedzialny za skierowanie pocisku w czasie jego lotu i wprowadzanie korektur jego trajektorii.   


Zestaw MG


Zestaw MG jest najbardziej skomplikowanym technologicznie urządzeniem, niezbędnym do prawidłowego funkcjonowania ICBM. Jak dotąd, to tylko USA i Rosja są uważane za mistrzów technologii MG i MG (szukaczy). Większość krajów kupuje je od USA lub Rosji. Ch.R.L., Indie i Francja mają wprawdzie swoje własne technologie, ale nie są one tak zaawansowane i wyrafinowane technicznie w porównaniu z konstrukcjami rosyjskimi czy amerykańskimi.

Naprowadzanie i nawigacja


Naprowadzanie jest czymś w rodzaju kierowcy dla pocisku rakietowego, i tak jak kierowca prowadzi auto prowadzi ono i steruje pociskiem.

Sposób w jaki my instruujemy naszego kierowcę jak jechać, to właśnie w ten sposób nawigacja mówi naprowadzaniu, gdzie ma lecieć i zrzucić czy zwolnić głowice mające dwustopniowe ładunki termojądrowe.

Uwaga Autora: Nawigacja przekazuje systemowi konieczność wyliczenia aktualnej pozycji i orientacji w oparciu o dane z czujników w rodzaju kompasów, odbiorników GPS, żyroskopów, wysokościomierzy, itd. itp. Znamy nawigację GPS w naszych telefonach i samochodach, która korzysta z satelitów GPS używanych do precyzyjnego naprowadzania pocisków na cel. Ale wojskowy GPS jest o wiele bardziej dokładny niż cywilny GPS.

Sterowanie pociskiem jest dokonywane przez silniki korekcyjne, albo – jeżeli pocisk ma lotki i klapy[1] to mogą one zmieniać kierunek lotu rakiety. Tak więc naprowadzanie uruchamia hydrauliczne siłowniki, które mechanicznie poruszają silniczkami korekcyjnymi albo klapami i lotkami w celu zmiany kursu.

Silniki rakiet kosmicznych i silniki ICBM są dokładnie takie same. Różnica jest taka, że po wyjściu z ziemskiej atmosfery, silniki rakietowe uwalniają satelity, które krążą potem wokół Ziemi, natomiast ICBM przebywają długi dystans w przestrzeni kosmicznej, i spadają na Ziemię na terytorium nieprzyjaciela.

I tak np. irańskie czy izraelskie rakiety kosmiczne będące w stanie wynieść satelity na orbitę, mogą być użyte jako ICBM. Jednakże istnieją trzy technologiczne ograniczenia, których wiele państw nie jest w stanie przeskoczyć, a są to:
1.      Miniaturyzacja głowic bojowych. Zdarza się, że bomba atomowa jest nieporęczna. Najbardziej znaną metodą dostarczania ładunków jądrowych jest transport lotniczy. Ale dotyczy to dużych gabarytowo bomb, w przypadku głowic nuklearnych trzeba zredukować je do rozmiarów, które umożliwiają zamontowanie ich w pociskach.[2]
2.     Problem powrotu na Ziemię: jak to powiedziano wyżej, głowice muszą przelecieć duże dystanse, a potem muszą spaść na ściśle określone punkty terytorium nieprzyjaciela. Lecą one ponad 20 minut w pozaziemskiej przestrzeni kosmicznej, w której nie ma prawie tarcia i oporu. Ale kiedy powracają one na Ziemię, to opór powietrza zaczyna je hamować, i z powodu tarcia szybko poruszająca się głowica zaczyna się nagrzewać do bardzo wysokich temperatur. Głowice zaczynają świecić po wejściu w atmosferę jakieś 100 km nad ziemią. W czasie powrotu powstaje temperatura rzędu 15.000°F/~8300°C. Technologia pozwalająca na ochronę przed wysoką temperaturą i wibracjami w czasie powrotu jest szczególnie ważna dla ICBM, które muszą być operatywne, ale jest to trudne do osiągnięcia. Jeżeli korpus głowicy nie wytrzyma temperatury i ciśnienia w czasie powrotu na Ziemię, to spali się ona jak zwyczajny meteor.[3] Według analityków, w dniu 14.V.2017 roku, północnokoreański pocisk szczęśliwie powrócił na Ziemię, co było sukcesem program rakietowo-jądrowego Pyongyangu.


Systemy powrotne wielogłowicowych pocisków rakietowych MIRV

    3. Naprowadzanie pocisków na cel. Prowadzenie pocisków na cel jest bodaj czy nie najtrudniejszym i najbardziej skomplikowanym fragmentem całego programu rozwoju ICBM. Zestaw MG jest wewnętrznym systemem naprowadzania, który kieruje lotem całego pocisku.[4]  


Skąd Korea Pn. ma te technologie?


Korea Pn. i Chiny Ludowe nie są członkami MTCR – Reżimu Kontroli Technologii Rakietowych. Dla nie-członków MTCR zabronione jest przekazywanie rozwiniętych technologii używanych w pociskach rakietowych o zasięgu powyżej 300 km – MRBM. MTCR aktualnie zatrzymuje rozprzestrzenianie technologii rakietowych. Ale w przypadku Korei Pn. Reżym nie uniemożliwiał dokonywania badań w zakresie produkcji i rozwoju rakiet. Eksport do Korei Pn. bardzo dokładnego oprogramowania i innych tego rodzaju rzeczy jest zabroniony pod sankcjami Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale zostały one tam dostarczone przez Ch.R.L. Niektóre źródła wskazują na to, że technologie głowic bojowych, które Pakistan załatwił sobie w Chinach, zostały przetransferowane do Pn. Korei via Chiny, które zaprojektowały je specjalnie dla Koreańczyków z północy.

Także Iran zakupił technologie wytwarzania pocisków rakietowych z Ch.R.L. na nieco innej drodze niż Korea Pn. i Pakistan. Z powodu amerykańskich sankcji na technologie, Chiny ogłosiły w listopadzie 2000 roku, że zaprzestają eksportować technologie ICBM. W 4 lata później, Chiny zabiegała o członkowstwo w MTCR, ale ich prośba została odrzucona z powodu podejrzeń iż pewne kompanie w tym kraju tajnie przekazywały technologie Korei Pn.


Technologia bomby A


Ojciec pakistańskiej bomby atomowej – dr Abdul Quadeer Khan przyznał, że przekazał sekrety produkcji bomb A do Iranu, Korei Pn. i Libii. Dostarczył on te atomowe tajemnice krajom muzułmańskim jak Iran i Libia po to, by stały się one mocarstwami atomowymi i wzmocniły świat islamski.[5] Kolejnym rządom nie udało się kontrolować działalności dr Khana. Wywiad amerykański wyśledził nuklearną siatkę powiązań Abdula Quadeer Khana. Statek wiozący części do wirówek załadowane w kontenery był śledzony przez amerykańskie satelity od Malezji do Dubaju. Statek został zatrzymany, kiedy wchodził do Kanału Sueskiego, co doprowadziło do przerwania sieci nielegalnych powiązań handlowych artykułami nuklearnymi.

Uwaga Autora: Wzbogacanie uranu jest jednym z kluczowych punktów budowy broni jądrowej. Wirówka jest urządzeniem służącym do wzbogacania albo oczyszczania naturalnego uranu[6]. Uran używany w elektrowniach jądrowych jest oczyszczany w 3-5%, zaś do bomb aż w 90%.  


ICBM: Inercyjny system nawigacyjny - INS


Normalny ICBM ma bezwładnościowy system nawigacyjny ze wsparciem GPS. System bezwładnościowego naprowadzania MIRV jest bardziej faworyzowany, bowiem nie może on być zakłócony przez jakieś zewnętrzne sygnały. W tym przypadku zewnętrzne sygnały są to sygnały radiowe czy radarowe naprowadzanie z ziemi. Sygnały naziemne mogą być łatwo wyciszane. INS znajduje się wewnątrz pocisku, a zatem żaden zewnętrzny sygnał (po inicjalizacji systemu) nie jest w stanie przeszkodzić w dolocie pocisku do jego celu.

Napisałem „po inicjalizacji systemu”, ponieważ INS otrzymuje swoją pozycję startową (współrzędne miejsca odpalenia) oraz początkowe ustawienia wprowadzone przez operatora albo odbiornik GPS. Ale w czasie lotu komputer wprowadza doń dodatkowe informacje dotyczące aktualnej pozycji, prędkości, i in. otrzymywane z czujników takich jak np. akcelerometry, żyroskopy i inne znajdujące się na pokładzie pocisku.

Mechaniczny żyroskop i akcelerometry

Podstawowymi komponentami wewnętrznego systemu naprowadzania są czujniki rotacyjne takie jak żyroskopy, przyspieszeniomierze i komputer.

INS w ICBM utrzymuje stały kurs poprzez pomiary przyspieszenia (akcelerometrami) i rotacji albo prędkości kątowej (żyroskopami).

Poprzez pomiary wszystkich zmian przyspieszenia i rotacji oraz zintegrowanie ich z prędkością i kierunkiem, daje nam możliwość śledzenia pozycji ICBM. Robiąc to, INS musi wprowadzać poprawki na obrót Ziemi oraz siłę Coriolisa.

Montaż urządzenia MG do ICBM

Wiemy, że podstawowy wzór na dystans przebyty przez ICBM jest następujący:
s = v*T
gdzie: s = odległość lotu, v = prędkość pocisku i T = czas lotu.

Dane o prędkości lotu możemy uzyskać z akcelerometrów, a pomnożone przez czas lotu daje nam przebyty dystans.


Zaawansowany pierścieniowy żyroskop laserowy - RLG


Północna Korea nie dysponuje wysoko-zaawansowanym pierścieniowym żyroskopem laserowym - RLG albo żyroskopem światłowodowym. Korzyść z używania RLG jest taka, że nie ma w nim żadnych ruchomych części jak w konwencjonalnych żyroskopach, a jego dokładność jest o wiele większa.

Ale ta technologia mogłaby znaleźć drogę do Korei Północnej i jej pocisków balistycznych. Pomyłka o minutę w pomiarach akcelerometrów czy w balansie żyroskopów może spowodować wielkie błędy w określeniu pozycji. Dlatego też, jak powiedziałem wcześniej, pocisk odpalony z Północnej Korei może spaść na jakiś inny kraj albo zwalić się do oceanu.

Odkąd nowa pozycja pocisku jest określana z wyliczonej poprzednio pozycji i pomiarów przyspieszenia oraz prędkości kątowej, błędy te będą się kumulowały wprost proporcjonalnie do czasu wprowadzenia początkowej pozycji – i co za tym idzie – startu pocisku. Oznacza to, że pozycja musi być od czasu do czasu korygowana poprzez wprowadzanie danych do systemu nawigującego.

Żyroskop laserowy RLG

Oto dlaczego właśnie potrzebny jest GPS i te wszystkie dodatki do INS. A także – w przypadku wojny – system GPS zostanie wyłączony lub poważnie ograniczony w celu utrudnienia ataku nieprzyjacielowi. Tylko kilka krajów ma swe własne systemy nawigacji satelitarnej: USA ma swój GPS, Rosja – GLONASS (GLObalnaja Nawigazionnaja Sputnikowaja Sistiema), UE – system nawigacji satelitarnej Galileo, Chiny – system nawigacji satelitarnej Beidou i Indie – system satelitarny Indian Regional Navigation

GPS pozwala na dokładne naprowadzanie na cel różne bronie w tym: ICBM, samosterujące pociski Cruise i Tomahawk, bomby naprowadzane przez GPS, itp.


Komentarze z KKK


Faktycznie materiał bardzo interesujący. Nie mniej jednak nasuwa się taka refleksja. Ile pieniędzy i pracy ludzkość wydaje, aby się pozabijać. Druga sprawa że takie badania wojskowe otwierają wiele możliwości dla "CYWILÓW". np GPS. Pozdrawiam K A ZE K


To fakt, wojny są motorem postępu technicznego - niestety. Tak było, jest i będzie. Wydaje mi się, że obie strony prą do konfliktu nuklearnego, który może ogarnąć sporą część świata. Przypominają się różne proroctwa, które mówią o wojnie nuklearnej i o tym, że Amerykanie będą się bili ramię w ramię z Rosjanami przeciwko żółtej rasie. Wydaje mi się, że ta wojna jest wpisana w plan depopulacji naszej planety - wszak skażenia chemiczne, radiologiczne i biologiczne nie znają granic ni kordonów - więc będą przenikały do każdego kraju i zbierały swe śmiertelne żniwo. Ta wojna będzie tryumfem NWO, a tak naprawdę to może być Potop, który zmiecie większą część Ludzkości w niebyt - powtórka z Genezis zrealizowana naszymi - ludzkimi - siłami i środkami. Miłego dnia - Daniel Laskowski


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Dotyczy to pocisków manewrujących i skrzydlatych rakiet małego i średniego zasięgu.
[2] To była pięta achillesowa pierwszych konstrukcji rakietowych – mały payload. Pierwsze rakiety V-2 mogły wziąć tylko do 1000 kg ładunku materiału wybuchowego. Pierwsze amerykańskie bomby atomowe miały masę 4-5 ton, zaś pierwsze amerykańskie „urządzenie termojądrowe” Ivy-Mike ważyło aż 60 ton i miało moc 10 Mt. Radziecka superbomba wodorowa Car Bomba miała masę 27 ton i moc 58 Mt TNT, i wymagała do jej przeniesienia i zrzucenia specjalnego samolotu.
[3] Oczywiście może także dojść do niekontrolowanej eksplozji nuklearnej ładunku jądrowego głowicy w górnych warstwach atmosfery, która nie zaszkodzi jej celowi.
[4] Zob. prof. dr inż. Zbigniew Schneigert – „Broń i strategia nuklearna”, MON, Warszawa 1983.
[5] Zob. Igor Witkowski – „Supertajne bronie islamu”, WiS2, Warszawa 1999.
[6] Chodzi o zwiększenie ilości izotopów 233U* i 235U*, stanowiących materiał rozszczepialny, w stosunku do izotopu 238U*. 

czwartek, 12 października 2017

List otwarty na 12 października



Nie wzywam Was do zbrojnych wystąpień, bo to zawsze pociąga za sobą rozlew polskiej krwi, ale wzywam Was do zaprzestania udawania, że nic się nie dzieje!




List otwarty

Szef Sztabu Generalnego WP, gen. broni Leszek Surawski, Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych, gen. dywizji Jarosław Mika, Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych, gen. dywizji Sławomir Wojciechowski, Generałowie, Oficerowie, Podoficerowie i Żołnierze Wojska Polskiego,



Zwracam się, jak kolega, do Was - wojskowych, którzy kontynuujecie wierną służbę Rzeczypospolitej Polskiej w obronie jej niepodległości i granic, którzy jesteście strażnikami Konstytucji RP oraz honoru żołnierza polskiego.

Zaledwie 75 km od Katynia, miejsca spoczynku tysięcy polskich żołnierzy i funkcjonariuszy, leży miejscowość Lenino. Tam 12 i 13 października 1943 r., odbyła się jedna z najbardziej tragicznych bitew żołnierzy polskich w historii naszego kraju. 1 Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki stoczyła, okupiony trzema tysiącami poległych, rannych i zaginionych, bój o honor i ojczyznę.

1 Dywizja Piechoty składała się z żołnierzy, którzy uciekali przed prześladowaniami Sowietów, najczęściej z Syberii. Niedostatecznie jeszcze wyszkoleni, źle dowodzeni, ale ufni w cel i prostą drogę powrotu do rodzinnych domów i ziemi, wykonali nikomu niepotrzebne zadanie bojowe, bo nie ono było tu najważniejsze.

Po odnalezieniu przez Niemców, wiosną 1943 r. w Katyniu, masowych grobów polskich oficerów, Józef Stalin potrzebował mocnego argumentu w rozmowach z Brytyjczykami i Amerykanami. Musiał pokazać, że ma po swojej stronie Polaków, a dokładnie - polską armię, udowodnić, że są Polacy, którzy, wbrew rządowi polskiemu w Londynie, będą walczyć o komunistyczną Polskę.

Nie inaczej było na innych frontach, gdzie bohaterstwo żołnierzy polskich zostało nagrodzone zdradą politycznych aliantów. Efektem nieuzasadnionej ufności żołnierzy w stosunku do polityków był tragiczny dla nas dzień zwycięstwa. Cały świat wpadł w euforię, a nas sprzedano, zmuszono do zdania się na łaskę i niełaskę NKWD i J. Stalina, który jeszcze długo przed wojną ogłosił Polaków wrogami ludu.

Wszyscy - zarówno ci, którzy podejmowali współpracę ze Stalinem dla ratowania Polski na mapach świata, jak i ci, którzy w lasach i na emigracji walczyli o świadomość niepodległościową Polaków - zasługują na szacunek. W końcu my, Polacy, dopięliśmy swego, wyganiając Sowietów z naszego kraju, i dołączyliśmy do wolnych narodów świata.

Koledzy Żołnierze! Dziś politycy partii rządzącej znowu prowadzą nas na nieznane tereny „samotnej wyspy”.

Politycy, którzy nie „splamili” się obowiązkową służbą wojskową, a wykpili się od niej kłamstwem. Politycy, wychowani w rodzinach zdrajców narodowych, uzyskali tytuły naukowe przy pomocy promotorów, którzy, licząc na bezkarność za skazywanie patriotów polskich na śmierć, w popłochu uciekali do Rosji. Politycy, którzy wymyślili teorię spisku narodowego i, dla jego potwierdzenia, przekupili hierarchów kościelnych. Politycy, którzy stworzyli sobie prawo do cywilnej kontroli nad wojskiem, aby trzymać Was w posłuszeństwie.

Widać wyraźnie, jak to oni właśnie prowadzą Polskę do światowej izolacji, skłócają narody, ubliżają nacjom i organizacjom międzynarodowym. Od jednych domagają się zadośćuczynienia za szkody sprzed 70 lat, innych uczą, skąd się wzięły widelce, a jeszcze innych oszukują w interesach albo opowiadają o Mistralach za jedno euro.

Wszyscy wiemy, że nasze bezpieczeństwo, to nie tylko podpisanie paktów. Nie papierki traktatów dają poczucie spokoju, to tylko dokumenty prawne. Polska przed II Wojną Światową miała ich mnóstwo, ale nie uchroniło to jej przed agresją, nawet ze strony tych, z którymi były one podpisane. Prawdziwe bezpieczeństwo zyskuje się przez przyjaźń, wzajemny szacunek i zrozumienie narodów. Nasze bezpieczeństwo zależy więc od życzliwej międzynarodowej współpracy, powiązań gospodarczych i kulturalnych, od przyjaźni narodów, społeczeństw, sportowców, ośrodków kultury, partii politycznych i ich przywódców…

Dzisiaj nad rozumem dominują fobie rządzących. Liczą się butne hasła dla wyznawców nowej religii kłamstwa smoleńskiego, a nie przemyślana polityka międzynarodowa. Z bólem w sercu muszę stwierdzić, że płynie ona głównie z Ministerstwa Obrony Narodowej.

Koledzy Żołnierze, za Waszym, świadomie osłabianym, autorytetem chowa się minister religii smoleńskiej. Publiczny wielokrotny kłamca, człowiek mściwy i nieracjonalny, polityk, który, nie znając niczego, co decyduje o potencjale obronnym armii, niszczy wszystko, co tylko rzuci mu się w oczy czy wpadnie w jego ręce. Budowa politycznego rodzaju sił zbrojnych kosztem wojsk operacyjnych, czystki kadrowe wśród osób doświadczonych, wykształconych i mądrych, skandale przetargowe, mylenie śmigłowców z dronami czy też rakiet z cukierkami - niech będą tylko skandalicznym symbolem niewiedzy i szkodnictwa wojskowego tego człowieka.

Zmuszanie wojska do posług prywatno-partyjnych, ośmieszanie „Misiewiczami”, żenujące i bez opamiętania uzależnianie wojska od wiary i kapelanów, upolitycznianie resortu nadgorliwością polityczną czy żałosne śledztwo smoleńskie - to jedynie niektóre przykłady robienia sobie kpin z bezpieczeństwa obywateli.

Redaktor Tomasz Piątek w swojej książce ujawnił szereg faktów, które świadczą o agenturalnych powiązaniach ministra. Mnie również udało się opublikować 40 powodów do odwołania Antoniego Macierewicza i postawienia go przed sądem (Facebook / Adam Mazgula@amazgula). I co? Nie ma reakcji partii rządzącej, nie ma wyjaśnienia dowodów na możliwą zdradę narodową. Są przygotowywane procesy i dla dziennikarza, i dla mnie. Wcześniej kłamstwo ministra wylało się na mnie, gdy, mimo że miał moją teczkę akt personalnych, publicznie szczuł na mnie w mediach słowami: „oprawca stanu wojennego, ubek, oficer Jaruzelskiego”...; ośmieliłem się bowiem napisać o jego błędach. Wiem, że mój osobisty przykład może nie być wystarczająco przekonujący, ale ten znam najlepiej, zwłaszcza że nie byłem zaangażowany w stan wojenny i nigdy nie pracowałem w żadnych ubeckich służbach.

To obrazuje jednak priorytety ministra. Posłużył się kłamstwem dla osiągnięcia swojego celu politycznego. Dokładnie tak, jak w kłamstwie smoleńskim, jak w określaniu obrońców ojczyzny „bandytami”, jak w budowaniu atmosfery agresji w stosunku do Donalda Tuska, dziennikarza Tomasza Piątka i wielu, wielu innych.

Koledzy Żołnierze, A. Macierewicz i jego wazelinowy przyjaciel (ten od nielegalnego posiadania środków wybuchowych w bloku mieszkalnym) przygotowali represyjne ustalenia ustawowe przeciwko polskim żołnierzom. Mają marzenie, by administracyjną decyzją ministra pozbawiać byłych i obecnych żołnierzy prawa do emerytury wojskowej, degradować ich i ubliżać. Szykują nam upokorzenie, przy którym honorowa śmierć - to przywilej. Chcą mieć prawo do opluwania żołnierzy bez uzasadnienia, po partyjnym uważaniu.

Całe życie chodzę w mundurze - harcerskim, wojskowym, weterana i nie wyobrażam sobie, żebym miał być zmuszony do tłumaczenia mojemu wnukowi, dlaczego jestem czy nie jestem ubekiem, bo tak stwierdził jakiś PiS-owski celebryta w celu poprawienia sobie samopoczucia.

Koledzy Żołnierze, po raz kolejny politycy z nas kpią. Jak wtedy, gdy 1DP pod Lenino straciła 25% stanu osobowego dla Stalina, jak wtedy, gdy stalinowski prokurator Henryk Świątkowski (wujek braci Kaczyńskich) za walkę o wolność Polski posyłał na śmierć Witolda Pileckiego i innych bohaterów,jak wtedy, gdy wojsko wykonywało wolę partii - przeciwko robotnikom na Wybrzeżu.

Dzisiaj służycie złu, służycie kłamstwu i budowaniu międzynarodowych podziałów. Pod kierownictwem polityków PiS, którzy traktują armię jak własność prywatną o partyjno-kościelnym charakterze, nie przyczyniacie się do budowy potencjału obronnego wojska ani też jego morale! Uczestniczycie w procesie podziału narodu, represji wobec grup społecznych, niszczeniu Konstytucji RP, na którą przysięgaliście, nie strzeżecie honoru żołnierza polskiego. Budujecie, razem z PiS-em, faszystowski wymiar armii, narodowo-socjalistyczny system represji i budzenia upiorów rasowych. System zbudowany przez zdrajców, którzy wszędzie węszą zdradę, ludzi z zachwianą męskością, po to, by wywoływać agresję w stosunku wszystkich, do kobiet, do osób o niskiej samoocenie, aby zniszczyć demokrację i mądrość.

Ale, nade wszystko, uczestniczycie w przygotowywaniu represji przeciwko sobie samym. Jakie bowiem macie gwarancje, że z czasem i Wam jakiś polityk nie zabierze honoru, stopnia wojskowego i prawa do wysłużonej emerytury, tylko dlatego, że Was po prostu nie lubi?

Nie wzywam Was do zbrojnych wystąpień, bo to zawsze pociąga za sobą rozlew polskiej krwi, ale wzywam Was do zaprzestania udawania, że nic się nie dzieje! Powinniście, tak samo jak społeczeństwo, zwracać uwagę, krzyczeć, protestować u przełożonych; nie stójcie jak kukły, gdy nasz kraj się wali.

Środowisko emerytów boi się represji, generałowie odchodzą na emerytury i pilnują swoich przywilejów albo zakładają fundacje do współpracy z głównym gwałcicielem konstytucji. Jeszcze inni nie wierzą w to, co obiecują rządzący, bo myślą, że ich to nie dotyczy. Zapytajcie policjantów albo WOP-istów, oni też nie wierzyli.

Krew u nas zawsze jest tania, ale tym razem politycy grają Waszą krwią. To Wasze życie, Wasze decyzje i Wasz wstyd!

Ja będę walczył wszystkimi dostępnymi mi środkami i wykorzystam wszelkie możliwości, aby dotrzymać składanej przeze mnie przysięgi: „…Za sprawę mojej Ojczyzny, w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić.”



Z żołnierskim pozdrowieniem
Płk dypl. rez. Adam Mazguła

Wczesne satelity szpiegowskie



Krishna Santos


Zagrożenie III Wojną Światową pojawiło się niemal natychmiast z końcem tej drugiej. Pojawiły się dwa supermocarstwa – USA i ZSRR. Ich różnice ideologiczne były ogromne i nie do przeskoczenia. Zachodni przywódcy obawiali się, że Związek Radziecki rozwinie swe własne bronie jądrowe i użyje ich przeciwko Europie Zachodniej i Stanom Zjednoczonym w masywnym, niespodziewanym ataku. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, co w ogóle Rosjanie robią.  Dokładne rozmiary i siła radzieckich sił militarnych były znane tylko dla kilku osób z wewnętrznego kręgu Stalina.[1]  

Konwencjonalne szpiegostwo było wręcz niemożliwe dla agentów, w tym przeniknięcie i penetrowanie terytorium ZSRR. Aerial Reconnaissance – Zwiad Powietrzny wyglądał obiecująco, ale żaden samolot nie latał wyżej poza zasięgiem radzieckich myśliwców i dział przeciwlotniczych. Dlatego też myślący przyszłościowo doszli do wniosku, że idealnym miejscem do szpiegowania jest przestrzeń kosmiczna. Przed II Wojną Światową myśl o przebiciu się przez ziemską atmosferę budziła co najwyżej uśmiech politowania. Ale hitlerowskie pociski rakietowe A-4/V-2 (będące 50-stopowymi rakietami) były najbardziej technicznie zaawansowaną bronią tych dni i to one wytyczyły drogę dla rakiet i eksploracji Kosmosu po wojnie.


Niemieccy uczeni, którzy zbudowali amerykański program kosmiczny


Największy udział w amerykańskim programie kosmicznym mieli przybyli z Niemiec nazistowscy uczeni. Wiodącym uczonym był dr Wernher von Braun[2], on i 120 innych naukowców i inżynierów poddało się US Army. Byli oni eskortowani z Austrii do USA w ostatnie dni wojny przez żołnierzy amerykańskich.[3]

Już w 1946 roku, naukowcy wojskowi zaczęli testować przejęte V-2, które hitlerowski Wehrmacht używał do terroryzowania Europy w czasie wojny.[4] W tym samym czasie USAF zwróciły się do RAND Corp., technologicznego trustu mózgów, w celu znalezienia sposobu wysłania kamer fotograficznych na wokółziemską orbitę.

We wczesnych latach 50., balony meteorologiczne zostały przekształcone w operujące na dużych wysokościach platformy zwiadowcze wypełnione kamerami i urządzeniami radionasłuchowymi. Ale problem z nimi polegał na tym, że nie mogły być one kierowane i naprowadzane nad interesujące nas cele.

Balony meteorologiczne przekształcone w latające platformy wywiadowcze

W październiku 1957 roku, ZSRR wystrzelił w kosmos pierwszego sztucznego satelitę Ziemi – Sputnik 1. Na jego pokładzie znajdowały się: termometr, bateria, nadajnik radiowy w metalowej kuli. Brzmi to jak doświadczenie ze szkoły średniej, ale w 1957 roku, przykuło ono uwagę całego świata i ten start zaznaczył początek wieku eksploracji Kosmosu. Rosjanie wyprzedzili Amerykanów wypuszczając Sputnika 1, ponieważ wyeliminowali oni wszystkie technologiczne wyzwania.

Po wystrzeleniu Sputnika 1 w 1957 roku, który był pierwszym sztucznym obiektem w Kosmosie[5], von Braun i jego ekipa sporządzili i wystrzelili na orbitę pierwszego amerykańskiego satelitę Explorer 1 w dniu 31.I.1958 roku, w cztery miesiące po radzieckim Sputniku 1.

W tym czasie ZSRR zdetonował swoją pierwszą bombę wodorową, bombę H.[6] Prezydent Eisenhower poczuł strach przed nagłym, niespodziewanym atakiem na USA. Zimna Wojna ze Związkiem Radzieckim stworzył Amerykanom potrzebę rozpoznania sił wojskowych ZSRR, a szczególnie ilości i danych taktyczno-technicznych radzieckich bombowców dalekiego zasięgu oraz ICBM przezeń posiadanych. Tak więc wysyłano samoloty zwiadowcze wzdłuż granic Związku Radzieckiego i jego sprzymierzeńców. Jednakże mogły one spenetrować tylko krawędzie tego kraju, a najbardziej potrzebnymi były informacje z interioru tego olbrzymiego kraju. Wiele z tych samolotów i ich załóg nigdy nie powróciła do domu. Potrzebne były nowe samoloty, które latałyby wyżej niż radzieckie myśliwce i których nie byłyby w stanie zestrzelić radzieckie pociski rakietowe klasy ziemia-powietrze. Najważniejsze jednak były zdjęcia, które można by było zrobić z ich pokładów nad środkowymi częściami ZSRR.

W 1954 roku, prezydent Dwight Eisenhower miał już CIA, współpracującą z USAF przy negocjacjach z koncernem Lockheeda w celu stworzenia specjalnego samolotu szpiegowskiego U-2 latającego na wielkich wysokościach. Eisenhower zdawał sobie sprawę z tego, że lot takiej maszyny nad terytorium innego państwa jest naruszeniem jego suwerenności i może przynieść adekwatną, militarną odpowiedź. Pierwszy lot samolotu U-2 nad Związkiem Radzieckim miał miejsce w dniu 4.VII.1956 roku. Leciał on na wysokości 70.000 ft/~21.000 m – o 25.000 ft/7500 m wyżej od maksymalnego pułapu osiąganego w tym czasie przez radzieckie myśliwce. Loty U-2 nad ZSRR pokazały, że na zdjęciach nie było żadnych bombowców oraz silosów ICBM.

Ale w dniu 1.V.1960 roku sytuacja się zmieniła i serią 14 pocisków klasy ziemia-powietrze typu SA-2, Rosjanie zestrzelili U-2 nad swoim terytorium.[7] Pilot samolotu kpt. pil. Francis Gary Powers ocalał i w sierpniu 1960 roku Rosjanie wytoczyli mu głośny proces, który bardzo zakłopotał Stany Zjednoczone. USA zgodziły się nigdy więcej wysyłać samoloty szpiegowskie nad terytorium ZSRR.

Projekt Corona (satelitów szpiegowskich o kryptonimie Corona) został zapoczątkowany szybko po zestrzeleniu U-2 nad Związkiem Radzieckim. I choć jego kodowe nazwanie brzmiało Corona, to aby ukryć jego cel, nadano mu oficjalną nazwę Discoverer i opisano jako program naukowy i rozwoju technologicznego. I tak od Discoverer-1 (28.II.1959 roku) do Discoverer-12 to były niepowodzenia, a od Discoverer-13 udało się wreszcie przejąć z sukcesem kapsuły powrotne , także po starcie Discoverer-14 i Discoverer-15. W 1963 roku porzucono etykietkę Discoverer, a na jej miejsce wprowadzono serię satelitów KH – od słów Key Hole (dziurka od klucza) i wszystkie ich starty utajniono.

Program Corona miał miejsce pomiędzy 1959 a 1972 rokiem, ale amerykańska opinia publiczna nic nie wiedziała o nim aż do 1995 roku, kiedy to prezydent Bill Clinton rozkazał zdjęcie ze zdjęć wtedy uzyskanych gryfu tajności.


Odzyskiwanie pojemników filmowych Programu Corona

Były to satelity wielkości autobusu umieszczone na LEO, wyposażonych w jedną – potem 2 – szerokokątne kamery, o ogniskowej 3 m. Były one naładowane setkami metrów taśmy filmowej specjalnie zmodyfikowanej do celów szpiegowskich. Satelity przelatywały nad wrogimi celami – w większości w ZSRR – kilka razy dziennie. Zazwyczaj w ciągu okresu czasu od kilku dni do tygodnia zużywały cały film.

Zdjęcia wykonane przez tzw. satelity Corona były robiona na specjalnej 70-mm taśmie Kodaka, z użyciem dwóch panoramicznych kamer, które ulepszano w czasie trwania tego programu. Na filmiku pokazano przechwytywanie powracających pojemników z filmami[8].   

Satelity zabierały jednorazowo na orbitę pomiędzy 8000 ft/2400 m a 16.000 ft/4800 m filmu na jedną kamerę, i kiedy została naświetlona to była ładowana do specjalnej kapsuły zwanej kodowo Film Bucket Once [9], która była odporna na żar powstały w czasie przebijania się przez atmosferę – opór atmosfery spowalniał kapsułę do prędkości bezpiecznej, ale w tym samym czasie wystawiona ona była na wysoką temperaturę – następnie odpadała termiczna tarcza ochronna i na wysokości 18.000 m otwierał się specjalny spadochron i „wiadro” już powoli opadało. Obawiano się tego, że radzieckie okręty podwodne mogły przejąć kapsuły po ich wodowaniu. Dlatego też były one przejmowane w powietrzu przez samoloty USAF używających urządzenia Airborne Claw (powietrzny szpon) jak to pokazuje filmik.   
       

Corona Bucket - kapsuła z  satelity Discoverer-13

 Uwaga Autora: Termiczna tarcza ochronna chroniła obiekt, a w naszym przypadku filmy fotograficzne przed wysokimi temperaturami, które wytwarzały się w czasie przelotu przez ziemską atmosferę. Bez niej kapsuła powrotna spłonęłaby w atmosferze jak meteoroid.

Satelity Corona miały ograniczony zasób filmu, które pozwalały im na pobyt na orbicie od kilku godzin do kilku dni, a następnie nowy satelita był umieszczany na orbicie. Jednakże Corona nie utrzymywały Związku Radzieckiego pod ciągłą obserwacją, ale wykonywały swe misje nad określonymi celami i w specyficznych warunkach. Tymczasem postęp techniczny wydłużył przeżywalność satelitów Corona z godzin do tygodni. Ponad 120 satelitów Corona latało zanim zostały one zmienione we wczesnych latach 70. na większe i bardziej technicznie zaawansowane satelity fotozwiadowcze znane jako KH-9 Hexagon albo Big Bird.

Satelity Corona dostarczały doskonałe zdjęcia, o rozdzielczości ok. 1 ft/0,3 m. Jednym z pierwszych osiągnięć Corony było zdemaskowanie oskarżeń USAF  na temat wielkiej różnicy w ilości ICBM pomiędzy ZSRR a USA we wczesnych latach 60., co oznaczało, że Rosjanie mają więcej ICBM niż Ameryka. Ale Corona wykazała, że Rosjanie mieli zaledwie kilka pocisków więcej, niż Amerykanie w tym czasie.

Corona dostarczała solidnych faktów odnośnie sił zbrojnych, stanu gospodarki i organizacji społecznej. To właśnie dzięki zdjęciom z Corony udało się odkryć radziecką obronę przeciwrakietową - ABM. Corona została zamknięta w 1972 roku. Tak jak USA inwestowały ogromne sumy na badania wysokościowe – od wczesnych balonów meteorologicznych poprzez samoloty szpiegowskie SR-71 Blackbird i U-2 aż do orbitalnych teleskopów – i powołano nie jedną, ale trzy agencje federalne – Narodowe Biuro Rozpoznania (NRO), Narodową Agencję Bezpieczeństwa (NSA) i CIA – a wszystko w celu uzyskiwania informacji, które mogłyby przynieść korzyści Ameryce.

Następne generacje satelitów mają cyfrowe systemy uzyskiwania i obróbki obrazów i przekazują je poprzez zakodowane łącza radiowe zamiast lądujące „wiadra powrotne”.

Po Coronie przyszły satelity z serii KH-9 Hexagon (razem 20 lotów w latach 1971-1986), KH-10, KH-11 Kennen, KH-12 itd.           


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz




[1] Szacuje się ogólnie, że pod koniec wojny Armia Czerwona liczyła sobie 11 mln żołnierzy pod bronią.
[2] Był on także starszym oficerem SS - ϞϞ-Sturmbannführerem (majorem).
[3] Były to działania w ramach Operation Paperclip – przejęcia niemieckich naukowców i dokumentacji niemieckich wynalazków.
[4] Zob. R. Leśniakiewicz – „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe”, Warszawa 2008.
[5] Stwierdzenie to jest o tyle ryzykowne, jako że przed październikiem 1957 roku wielokrotnie obserwowano przeloty jakichś dziwnych obiektów kosmicznych w okolicach Ziemi. zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2012/11/tajemniczy-wrak-w-kosmosie.html, http://wszechocean.blogspot.com/2017/08/nasa-ukrywa-satelity-kosmitow-na.html i inne.
[6] W dniu 20.VIII.1953 roku, była to bomba lotnicza zrzucona z samolotu.
[8] Podobną technikę przechwytu pokazano na jednym z filmów o agencie 007 Jamesie Bondzie.
[9] Nazywano je Corona film bucket ze względu na kształt podobny do wiadra.