niedziela, 31 grudnia 2017

Zjawy na nocnym niebie



Niedawno mieliśmy okazję zobaczyć tajemnicze „zjawy nocnego nieba” powstałe wskutek działalności człowieka. Były to ślady na niebie pozostawione przez statki kosmiczne albo pociski rakietowe. O podobnych pisałem już na stronach blogu KKK.[1]

W tym roku mieliśmy okazję zobaczyć dwa niesamowite widowiska na nocnym niebie i obydwa pod koniec grudnia 2017 roku!

Pierwsze z nich miało miejsce w USA i spowodowała je rakieta Falcon-9 wystrzelona z wojskowego kosmodromu Vandenberg III AFB. Start rakiety Falcon-9 utworzył na niebie wspaniałe widowisko – napisała redakcja czeskiego portalu internetowego „100+1” w dniu 25.XII.2o17 roku. – piątkowy (22.XII), wieczorny start rakiety Falcon-9 amerykańskiej prywatnej spółki SpaceX był powszechnie oglądany. Rakieta wystrzelona z kosmodromu Vandenberg III AFB pozostawiała za sobą na pociemniałym niebie jasną smugę spalin.

Spektakl podziwiano w całej południowej Kalifornii, widziano go i w sąsiednim Phoenix (AZ). Falcon-9 wyniósł na orbitę wokółziemską 10 satelitów Iridium NEXT, których aktualnie jest już 40 na orbicie. Przedsiębiorstwo Iridium Communications aktualnie buduje nową generację swej sieci satelitarnej, która zapewnia łącza satelitarne cyfrowe i głosowe na całej planecie. Do pełnej operacyjnej gotowości potrzebne jest 70 satelitów, dlatego następne loty będą miały dalszy ciąg w 2018 roku.[2] NB, Falcon-9 jest jedynym (jak na razie) pojazdem kosmicznym, którego stopnie napędowe powracają i łagodnie lądują na Ziemi. A oto zdjęcia z tego widowiska sfotografowanego w Kalifornii:






Drugie widowisko miało miejsce w Europie, a jego animatorami były: Rosyjska Agencja Kosmonautyki i Rosyjskie Siły Obrony Aerokosmicznej. Był to start ICBM typu Topol-M w dniu 26.XII.2017 roku, o godz. 22:00 MSK/20:00 CET, z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie. Miał on wynieść na orbitę satelitę AngoSat-1. Jest to stacjonarny satelita telekomunikacyjny wykorzystywany przez firmę AngoSat, zbudowany przez rosyjską firmę RSC Energia. Jest to pierwszy angolański satelita telekomunikacyjny. Jest on wyposażony w przekaźniki pracujące w paśmie C i Ku (Q), a jego czas pracy wynosi 15 lat.[3]  
- Satelita ten zamilkł po kilku minutach pracy, najprawdopodobniej wskutek zwarcia w układzie jego zasilania – głosi oficjalny komunikat ROSKOSMOS-u.[4]

Satelita AngoSat-1 i rakieta nośna Zenit


Tymczasem jednak…


Tajemniczy obiekt rozbłysnął nad polskim niebem. To wybuch oddalony o tysiące kilometrów

Ok. godz. 4.30 miłośnicy astronomii zaczęli publikować w sieci zdjęcia świecącej chmury, która była widoczna m.in. w Polsce. Po kilku godzinach pojawiło się wyjaśnienie.
O tajemniczym zjawisku poinformował m.in. dziennikarz naukowy Karol Wójcicki na swoim fanpage'u "Z głową w gwiazdach". "Mam coraz więcej relacji o zaobserwowane TEGO CZEGOŚ dziś w nocy z terenu Polski" - napisał Wójcicki.
Na zdjęciach udostępnianych przez innych amatorów astronomii widać było chmurę w kształcie stożka, która pojawiła się na polskim niebie ok. godz. 4.30.
"4:30, Pszczyna, kierunek ESE. Fotka robiona na szybko z ręki. Najpierw obiekt świecił się w dolnej części stożka, później zniknął, a chmura się rozrastała, tracąc na jasności" - skomentował pan Adam na fanpage'u Wójcickiego. Niektórzy żartowali z całego zamieszania. "Oni już tu są" - brzmiał jeden z komentarzy.
Sprawa szybko się wyjaśniła. Jak poinformował Karol Wójcicki, chmura to tak naprawdę gazy wylotowe międzykontynentalnego pocisku rakietowego wystrzelonego z Rosji. Rosjanie rzeczywiście potwierdzili, że taki pocisk został wystrzelony z poligonu Kapustin Jar.







Z Twittera: Mam coraz więcej relacji o zaobserwowane TEGO CZEGOŚ dziś w nocy z terenu Polski. Widzieli też w Niemczech i w Rumunii. Wkrótce spłyną na pewno zdjęcia i obserwacje z innych części Europy. Wygląda na to, że nad naszym kawałkiem świata ktoś bawił się rakietą - pytanie tylko kto i w jakim celu? Będę zbierał dla Was informacje.

A tak wyglądało zjawisko obserwowane na wschodzie Ukrainy, znacznie bliżej poligonu – zdjęcia z Twittera – Aleksandr Koc (Ługańsk, Ukraina)[5]:











ICBM Topol M…


W ogóle powiedzmy, z czym mamy do czynienia. Pocisk rakietowy Topol-M (dane taktyczno-techniczne):

Stacjonarny kompleks rakietowy 15P165 zawiera 10 ICBM typu 15Ż65, umieszczonych w transportowo-startowych kontenerach (TPK) zainstalowanych w silosach startowych (SzPU) 15P760 (SzPU 15P735 wyposażone w rakiety 15A35 albo SzPU 15P765-60 (SzPU 15P760 wyposażone w rakiety 16Ż60), a także zunifikowane stanowisko dowodzenia (UKP) 15W222 o wysokiej odporności (rozmieszczony na podwieszeniu w szybie wyrzutni przy pomocy specjalnej amortyzacji.
Mobilny naziemny rakietowy kompleks (PGRK) 15P155 zawiera 9 ICBM typu 15Ż55, zainstalowanych na samobieżnych wyrzutniach rakietowych (APU) 15U175. Autonomiczna wyrzutnia rakietowa 15U175 ruchomego kompleksu składa się z jednej rakiety 15Ż55 mieszczącej się w superodpornym plastykowo-szklanym kontenerze transportowo-startowym (TPK) zamontowanym na ośmio-osiowym podwoziu MZKT-79221.


Pocisk Topol-M i trajektoria jego lotu

W punkcie tymczasowej dyslokacji (PPD) autonomiczna wyrzutnia rakietowa z rakietą jest umieszczona na specjalnym stanowisku 15U182 Krona z rozsuwanym dachem.
Rakieta 15Ż65 (15Ż55) składa się z trzech stopni z marszowymi silnikami rakietowymi na paliwo stałe. Człony jej są wykonane z kompozytów [...] mają one odchylane dysze zamiast sterów poziomych i pionowych.
·        I stopień ma ciąg 100 ts, masę 26 ton, z czego masa stopnia 3 tony, długość 8,5 m, czas pracy 60 s.
·        II stopień ma ciąg 50 ts, masę 13 ton z czego masa stopnia wynosi 1,5 tony, długość 6 m, czas pracy silnika rakietowego 64 s.
·        III stopień ma ciąg 20 ts, masę 6 ton z czego 1 tona masy stopnia.[6]

Ciekawymi są rozbieżności, co do samego eksperymentu: jedne źródła podają miejsce startu Bajkonur, inne Kapustin Jar. Jedne godzinę 02:00 MSK inne 04:00 MSK, Ukraińcy podali 22:00 MSK… Czeski film. A może były tak naprawdę dwa strzały rakietowe: jeden w Kazachstanie, drugi w Rosji? Tylko zachodzi ważkie pytanie – czy była to demonstracja siły czy odpowiedź na start amerykańskiego Falcona-9?

Wygląda na to, że zaczął się kolejny wyścig zbrojeń w wymiarze kosmicznym…


Opinie KKK i IOH

Szczerze mówiąc, to nie bardzo wyobrażam sobie jaki jest mechanizm powstawania takich zjawisk podczas zabawy z rakietami (Avicenna)


Przypomina mi się „dymny slimak” znad Norwegii pare lat temu po wystrzeleniu „Bulawy"… (Daniel Laskowski)


Przypomina mi się Project Starfish Prime https://pl.wikipedia.org/wiki/Starfish_Prime[url]  być może eksperymentują z nowym paliwem (Saddam44)

Opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 30 grudnia 2017

Przedwojenne katastrofy lotnicze



Koniec z świątecznymi tematami, powszedni dzień kalendarza.

Mój kalendarz 89 lat temu – 27 grudnia 1928 roku uruchomiono PLL LOT. Prześledźmy przedwojenną historię. W latach 1921-1928 lotnictwo- pasażerskie utrzymywały prywatne spółki np. Aerolot. W 1928 roku zlikwidowano spółki i zastąpiono je państwowym PLL LOT.

Pierwszymi samolotami były Junkers F 13 (15 szt.) i Fokker F.VIIa/1m (6 szt.) po prywatnych spółkach. W 1930 roku LOT latał na pięciu trasach krajowych oraz zagranicznych do Wiednia, Bukaresztu, Aten, Bejrutu i Helsinek. W 1930 roku na stateczniku pionowym pojawił się symbol żurawia, który stał się logo.

Pierwszymi samolotami polskimi były PWS-24 użytkowane w latach 1934–1938 - 5 sztuk, na liniach krajowych. W roku 1936 dołączono Douglas DC-2, Lockheed L-10-A Electra i Junkers Ju 52/3m za 9 starych Junkersów F13.

W latach 1938–1939 zakupiono samoloty Lockheed L-14-H Super Electra –najnowocześniejsze samoloty na świecie. Jeden z nich odbył pionierski lot transatlantycki z zakładów w Kaliforni przez Brazylię, Senegal do Warszawy, pozostałe przybyły drogą morską po zdemontowaniu.






26 kwietnia 1937 LOT uruchomił nową linię z Helsinek przez Warszawę, Ateny do Tel Awiwu. W tym czasie było to najdłuższe lotnicze połączenie - 4300 km.
W sierpniu 1939 r. sieć połączeń LOT-u liczyła 10 200 km i obejmowała 15 krajów. Flota liczyła 20 samolotów komunikacyjnych to jest: 7 Lockheed L-10, 10 - L-14H, 2 – DC-2, 1 – JU-52.

W 1934 uruchomiono lotnisko Okęcie wcześniej samoloty startowały na Polach Mokotowskich. Nie uniknięto katastrof w liczbie 5:

1) W dniu 1 grudnia 1936 roku L-10 Electra 45 km od Aten. Na wysokości 1000 m zderzył się z górą w pobliżu miejscowości Malakasa. Zginął pilot i jedna osoba na ziemi.
2) 28 grudnia 1936 samolot L-10 Electra pod Suścem koło Tomaszowa Lubelskiego. Samolot z Lwowa do Warszawy wpadł w burzę śnieżną i oblodzenie. Awaryjnie lądował w polach. Zginęły trzy osoby.
3) 11 listopada 1937 roku L-10 Electra lecący z Warszawy do Krakowa rozbił się pod Piasecznem. Podczas drugiej próby lądowania powrotnego w złych warunkach, zderzył się ze słupami wysokiego napięcia. Zginęły 4 osoby.
4) 23 listopada 1937 roku samolot DC-2 obsługujący linię z Aten do Bukaresztu w złych warunkach burza z oblodzeniami rozbił się o szczyt Mozgowicki Rit w górach Pirin (Bułgaria) na wysokości 2600 m. Wrak pomógł odnaleźć jasnowidz prof. Ossowiecki. Zginęło 6 osób.
5) 28 lipca 1938 - czarny dzień samolot L-14 Electra lecący z Lwowa do Salonik rozbił się w Karpatach Bukowińskich, na południe od miejscowości Gura Humorului koło Czerniowiec . W samolot uderzył piorun i wystąpiło oblodzenie. Zginęło 14 osób.



Była to do 1962 roku (patrz kalendarz z 19 grudnia) największa katastrofa. Łącznie we wszystkich 5 katastrofach zginęło 39 osób.


Opracował – Stanisław Bednarz

piątek, 29 grudnia 2017

Diabeł z Dewonu (3)



Chupachabra, Kosmita a może puma?


Tyle dr Wadim Ilin.

Osobiście uważam, że Diabeł z Dewonu może mieć wiele wspólnego ze słynną Chupachabrą, Pa de garaffa, Didi i innymi kryptydami o ludzkich twarzach znanymi z Amazonii, a które straszą ludzi swym niesamowitym zachowaniem i czasami drapieżnością. Te kryptydy potrafią się maskować i kryć przed ludźmi, co oznacza, że mają one paskudne doświadczenia z gatunkiem Homo sapiens sapiens. Zwierzęta, które nie miały kontaktu z człowiekiem nie boją się ludzi.[1]

Co do śmierci Clarka, to wcale się nie dziwię – w końcu to był już starszy człowiek, który nie stronił od kieliszka… Kiedy zobaczył niezwykle wyglądającego stwora, po prostu przestraszył się i doznał zawału serca – rzecz nie znowu taka niezwykła.

Czy Diabeł z Dewonu przybył z Kosmosu? Możliwe, bo Kosmos jest tak wielki, że wszystko można w nim znaleźć, ale wątpię. Ta istota musiałaby być idealnie przystosowana do życia na Ziemi – do egzystowania w naszej atmo- i hydrosferze. To raz. A po drugie – musiałaby się czymś żywić. Pytanie brzmi: czym? Trawą? Roślinami? Zwierzętami? Jeżeli tak, to jakimi? A być może tylko samym… powietrzem? Myśl wcale urocza. Powietrze zawiera azot, wodór i tlen, węgiel w dwutlenku węgla… - a to już wystarczy do syntezy podstawowych składników życia – aminokwasów. Poza tym w wodzie morskiej znajduje się cała tablica Mendelejewa – od wodoru do uranu, więc dlaczegóżby nie? Skoro w Kosmosie może zdarzyć się każda forma życia, to może w nim egzystować nawet taka - sic!

Proponuję Czytelnikom dobrze rozglądać się wokół siebie w czasie zimowych czy letnich wędrówek, bo a nuż uda się dostrzec niezwykłe tropy na śniegu czy piasku biegnące całymi kilometrami w linii prostej. A wtedy bez ochyby będzie wiadomym, że natknęliście się na tropy Diabła z Devonshire…  

Jak już jesteśmy w tym miejscu Wysp Brytyjskich, to godzi się wspomnieć, że to właśnie w tych okolicach grasował słynny Pies Baskerville’ów z noweli sir Arthura Conan Doyle’a. To tutaj grasuje sławetny Potwór z Exmoor, który straszył miejscowych we wczesnych latach 90. ubiegłego stulecia, a tak już niejako à propos jest poniżej notatka prasowa dotycząca właśnie tej kryptydy:

*

Już w czasie pierwszych oględzin martwej owcy, angielski farmer Mike Wiliams uswiadomił sobie, że padła ona ofiarą napaści niezwykłego stwora. Owca miała rozdarty kark, odgryzione lewe ucho, a to co z niej zostało przypominało rozdeptanego motyla. Poza tym drapieżnik wyssał ze swej ofiary wszystką krew.
- Zawołałem ojca i innych farmerów. Nikt przedtem nie widział, by ktoś zabijał owcę w ten sposób – powiedział Mike Williams reporterowi Agencji Reuters.

Tajemniczy napastnik rozerwał owcę tak szybko, że zwierzę nawet nie zdało sobie sprawy z napaści.

Ta ofiara jednak nie była pierwszą. W Exmoor, rzadko odwiedzanym regionie zachodniej Anglii, leżącym 320 km na zachód od Londynu, od 1983 roku wydarzyło się ponad 100 tego rodzaju przypadków. Istnieje tutaj kilkanaście gospodarstw farmerskich oddalonych znacznie jedno od drugiego.

Pierwsza fala tych wydarzeń wywołała panikę. Ani myśliwym, ani wypróbowanym tropicielom, ba! – nawet jednostkom piechoty morskiej, które przeczesały teren o powierzchni 670 km² - nie udało się natrafić na „potwora z Exmoor”. Mieszkaniec – Nigel Breerly, który niedawno napisał książkę „Nocny łowca” wspomina:
- …Nikt nie wiedział, jak się mamy do tego zabrać. Jeden zabrał ze sobą siatkę na motyle, inny – znany specjalista od chwytania dzikich psów – zabrał ze sobą potężny połeć mięsa…   
                   
Wszyscy mieszkańcy Exmoor przypomnieli sobie psa Baskerville’ów i doszli do wniosku, że mają do czynienia z anormalnie wielkim psem, który zadomowił się w ich krainie. Jednakże pozostawione przezeń ślady, sposób atakowania ofiary – z góry i groźny ryk, jaki słyszeli Breerly’owie i ich towarzysze nasunęły im przypuszczenie, że mają do czynienia z pumą.

- Słyszałem ten ryk dwa razy – mówi Mike Williams, który mieszka w tych stronach już od lat 50. – od którego włosy stają dęba na głowie ze strachu. To słyszeli także inni farmerzy – a niektórzy twierdzą nawet, że widzieli drapieżnika, a także szli po jego śladach.

Jeden z nich – Roy Brummer, kierownik szkółki strzeleckiej, zobaczył pewnego ranka, jak niedaleko jego domu niezwykły stwór zeskoczył ze skarpy na drogę i skrył się w gęstwinie.
- Był wielki jak wschodnioeuropejski owczarek, tyle że miał cienkie nogi. Wydawało mi się, że był silny i zwrotny. Umaszczenie miał żółtobrązowe, ale w mroku to było trudno dokładnie ustalić – powiedział Brummer.[2] Według jego rozeznania była to puma. Strefa występowania tych drapieżników rozciąga się od pn-zach. Kanady aż do Ameryki Południowej. I chociaż pumy nie występują w Wk. Brytanii, Breerly twierdzi, że jakaś puma uciekła z prywatnego rezerwatu i od paru lat tuła się po kraju.[3]

Oczywiście istnieją także przeciwstawne hipotezy. Doug Richardson – główny specjalista ds. kotowatych w londyńskim ZOO – podchodzi sceptycznie do relacji świadków. Twierdzi on, że pumy wyją bardzo specyficznie, podobnie jak lisy i koty domowe. Poza tym nie stwierdzono, by wysysały one ze swych ofiar krew. Drapieżniki z rodziny kotowatych podczas chodzenia nie wysuwają pazurów, natomiast „exmoorski potwór” wysuwa je w czasie chodu, co widać po jego śladach…[4]  

*

Jak widać z powyższego, Wielka Brytania jest najbardziej „upotworowioną” czy „zapotworowaną” krainą w Europie. Osobiście uważam, i dałem temu wyraz w jednej z moich prac, że wszelkiego rodzaju kryptydy mogą być stworzeniami z różnych czasów.[5] Ponieważ uważam, że UFO w gruncie rzeczy są nie tyle pojazdami przestrzennymi, ale przede wszystkim czasoprzestrzennymi, to jest całkiem możliwym, że te wszystkie straszące nas kryptydy są de facto zwierzętami, które celowo bądź niecelowo zostają przerzucane w Czasie przez operujące w nim pojazdy. I to wszystko. Stąd właśnie te wszystkie „dinozaury” widziane w Afryce i Ameryce Południowej, to właśnie wszystkie dziwne stworzenia w rodzaju nowogwinejskiego Rau czy Chupachabra, które jakby przybyły z Przyszłości, zaś afrykańskie Lau, Mokele-mbembe czy Dingonek to istoty z naszej Przeszłości. Hipotezę tą przedstawił i rozwinął literacko Daniel Laskowski w opowiadaniu „W cieniu góry Elgon” – zob. - http://daniel-laskowski.blogspot.com/2017/07/wysoka-ponoc-55.html. Hipoteza jak hipoteza, ale uważam, że warto się byłoby nad nią zastanowić, bowiem prędzej uwierzę w chronoloty czy chronotraki naszych Potomków (czy Przodków – to też jest możliwe – sic!) niż jakichś wyimaginowanych Kosmitów, choć prawdę mówiąc, to przez te 4,5 mld lat istnienia naszej planety Oni też mogli się tutaj przypałętać (i to kilka razy) wędrując po Mlecznej Drodze...

Opracował – ©R.K.F. Leśniakiewicz   


[2] Opis „potwora” jest nader podobny do opisu tajemniczego zwierzęcia, zwanego przez Somalijczyków „mngwa” lub „nunda” – zob. B. Huevelmans – „Na tropach nieznanych zwierząt”.
[3] Temat „pumy na wolności” jest w lokalnej prasie brytyjskiej wymienny z tematem „Nessie na wolności” – zwłaszcza w sezonie ogórkowym.
[4] „Potwór z Exmoor” w słowackim „EX-PRESS” z 26.V.1990 r. opublikowane w Polsce przez „Sfinks” nr 2/1991, przekład mój. 
[5] R.K.F. Leśniakiewicz – „UFO i Czas”, Tolkmicko 2011. 

czwartek, 28 grudnia 2017

Diabeł z Dewonu (2)

Jedno z przedstawień Diabła z Dewonu

Chciałbym teraz przedstawić zdanie rosyjskiego badacza zjawisk niezwykłych, dr inż. Wadima Konstantynowicza Ilina z Sankt Petersburga, który opublikował swój materiał na łamach „Kalejdoskopu NLO” nr 1-2/269 z dnia 6.I.2003 roku. A oto i on:

*

Ta zagadkowa i dziwaczna historia zaczęła się w dniu 8.II.1885 roku, na samym południu Anglii, w hrabstwie Devonshire, na brzegach zatoki Lyme wcinającego się w ląd odcinka Kanału La Manche. Tego słonecznego i mroźnego ranka, wychodzący z domów mieszkańcy miasteczka Exmouth położonym u ujścia rzeki Exe wpadającej do zatoki Lyme, zauważyli dziwne ślady, ostro odciśnięte w świeżym śniegu. Ślady te przypominały odciski małych kopytek. Mieszkańcy miasteczka przerazili się, a niektórych nawet ogarnęła panika. Oni doszli do wniosku, że Bóg się od nich odwrócił i dlatego w gości przyszedł do nich sam diabeł in persona.

Kiedy opadły strach i emocje, najbardziej racjonalni mieszkańcy zaczęli oglądać tajemnicze ślady. Wedle powszechnego mniemania, nie mogło ich zostawić jakiekolwiek znane w tych stronach zwierzę, choć w zasadzie ślady te były nieco podobne do śladów osła. Każdy z nich był długi na 10 cm, szeroki na 7 cm, zaś odstęp pomiędzy dwoma śladami, który był zawsze jednakowy i wynosił 20 cm. Ale najdziwniejszym było to, że ślady ciągnęły się w linii idealnie prostej i co najciekawsze – mogło je zostawić tylko takie stworzenie, które poruszało się… na dwóch nogach!

Ślady te odznaczały się jeszcze jedną osobliwą właściwością: chociaż spadły w nocy śnieg był miękki i puszysty, to każdy ślad pokrywała cienka powłoka lodowa, która powodowała to, że były one bardzo ostro widoczne. Tak ostre ślady mogły pojawić się tylko w jednym przypadku, kiedy kopyta (czy cokolwiek to by nie było) znajdowały się w śniegu na bardzo krótki okres czasu i przy tym były… gorące!

Kiedy ludzie zdecydowali się prześledzić trasę marszu dwunogiego zwierzęcia kopytnego, to stanęli w obliczu jeszcze jednej zagadki. Równy łańcuszek śladów ani na centymetr nie odchylał się od linii prostej przecinał ogrodzenia, wspinał i schodził z dachów domostw i pokonywał ściany wysokie na trzy metry. W jednym wypadku ślady znajdowały się w rynnie, a w drugim przypadku na wąskim parapecie na piętrze domu. I we wszystkich tych nieprawdopodobnych zdarzeniach, zawsze był zachowany podstęp 20 cm pomiędzy śladami.

I w taki właśnie sposób, nieznane stworzenie przeszło przez Exmouth i skierowało się na północ, a potem dokładnie pod kątem prostym skierowało się na zachód, przeszło przez ujście Exe szerokiego na 3 km, na drugi brzeg, gdzie znów pod katem prostym skierowało się na południe, doszło do miasteczka Teignmouth i wyszło na brzeg pokrytej lodem zatoczki Lyme, gdzie ślady się urwały. Ale uparci tropiciele śladów znaleźli je po drugiej stronie zatoki. Ponownie znalazłszy się na lądzie, tajemnicze stworzenie skierowało się na południowy-zachód i ominąwszy szereg wsi i osiedli, idąc po zaśnieżonych polach i pastwiskach przybyło do Bicton – jednej z dzielnic miasta Totnes, gdzie ślady naraz się urwały. Całkowita długość trasy pokonanej przez tajemnicze stworzenie wynosiła ponad 160 km.

W jednej z parafii, przez którą przebiegał łańcuch śladów, miejscowy pastor wielebny J.M. McGrave uspokajając wzburzonych parafian przekonywał ich, że nic takiego się nie wydarzyło i że ślady pozostawił kangur, który uciekł ze zwierzyńca. No, ale skąd u kangura znalazły się kopyta i jak mu się udało w mroźną noc przebyć 160 km, przemieszczając się do tego przez płoty i wchodząc na dachy domów, tego świątobliwy ojciec nie był w stanie wyjaśnić. Miejscowi „wiedzący” wysunęli drugie, niemniej zadziwiające wyjaśnienie. Twierdzili oni mianowicie, że ślady pozostawił kulawy zając, żaba, wydra, ogromne ptaszysko, które przyleciało z kontynentu i inne rzeczy w tym samym guście.

Od tego niezwykłego wydarzenia upłynęło niemal 150 lat, ale jego zagadka jest nierozwiązaną do dziś dnia, i ono wciąż przyciąga uwagę uczonych, profesjonalnych badaczy, pisarzy, żurnalistów i po prostu zainteresowanych nim ludzi czytających stare doniesienia prasowe, które pomagają zbliżyć się do rozwiązania i dających pretekst dla tworzenia nowych hipotez na jego temat.

Do takich entuzjastów należy Robert Leśniakiewicz – były kadrowy oficer Straży Granicznej, inżynier, dziennikarz, pisarz, jeden z wiodących polskich ufologów i badaczy zjawisk anomalnych przyrody, a także dr Miloš Jesenský – słowacki historyk, pisarz i dziennikarz, którzy zajęli się także i tym problemem. We wspólnym artykule pt. „Diabelskie ślady w Devonshire”, opublikowanym w 2002 roku na łamach „Nieznanego Świata”, Leśniakiewicz i Jesenský analizują dostępne na dzień dzisiejszy dane i stawiają własną hipotezę na temat pochodzenia wspomnianych śladów.

 Diabeł z Dewonu...
...i jego tropy

Jednym z ważniejszych dokumentów dotyczącego powołanego wydarzenia, są fragmenty książki pt. „Zagadki i zapiski z Dewonu i Kornwalii” napisanej przez córkę pastora z miasteczka Dawlish – Henriettę Footdown i opublikowanej na przełomie lat 50. i 60. XIX wieku:

Ślady pojawiły się nocą. Do mego ojca, który był pastorem, przyszli przybyli inni duchowni z naszej anglikańskiej parafii, i oni wszyscy razem zaczęli zastanawiać się nad tymi niezwykłymi śladami, które można było zobaczyć w całym Dawlish. Ślady miały kształt niewielkiego kopytka, zaś w środku niektórych widoczne były jakby odciski pazurków. Całkiem dokładnie odcisnęły się na zaśnieżonym podwórzu kościelnym jeden sznur śladów ciągnący się od progu naszego domu do zakrystii. Drugi trop podchodził do ściany gołębnika, urywał się przed nią, a potem przedłużał się na drugiej stronie. Pełno takich śladów było także na dachach domów w różnych częściach miasteczka.
Pamiętam do dziś dnia, jak bardzo wyraźne owe złowieszcze ślady, jak dużo ich było i jaki strach wlały w moją duszę. Pomyślałam wtedy, że takie ślady mogły zostawić wielkie dzikie koty, i bardzo się bałam iż służący mogą zapomnieć zamknąć na noc wszystkie drzwi.

Jesienią 1957 roku, w gazecie „Tomorrow” pojawił się artykuł badacza zjawisk paranormalnych Erica Dingwalla pt. „Diabeł znów spaceruje”. W nim przypomina się relację niejakiego Colina Wilsona o tym, jak w lecie 1950 roku na jednej z pustynnych plaż Devonshire zobaczył on na gładkiej i płaskiej powierzchni piasku utwardzonego przez wodę morską dziwne odciski przypominające ślady kopyt. Na pierwszy rzut oka trop był świeży i bardzo wyraźne jakby je wycięto brzytwą lub jakimś ostro zakończonym instrumentem. Odległość pomiędzy dwoma śladami wynosiła 180 cm, i były one znacznie głębsze od tych, które zostawały w piasku od bosych stóp Wilsona, który ważył powyżej 80 kg. Dziwne ślady biegły od linii wodnej, ale powrotnych śladów nie było. A do trego odnosiło się wrażenie, że ślady pojawiły się na kilka minut przed przybyciem Wilsona na miejsce. Gdyby on przybył na plażę nieco wcześniej, to najprawdopodobniej stanąłby twarzą w twarz z diabłem z Dewonu! Potem Wilson dołączył do badaczy fenomenu „diabła”, i w 1979 roku w Londynie wydano jego książkę pt. „The Occult Mysteries”, gdzie w rozdziale poświęconemu Diabłu z Dewonu pisze on tak:

Trop wyglądał tak, jakby nieznana istota czegoś szukała. Ona plątała się po podwórkach i wyglądało na to, że jej całkowicie nie jest znana ludzka organizacja życia. A dalej Wilson wystrzelił z prawdziwą sensacją. Jeden z korespondentów gazety „Illustrated London News” przytoczył fragment z dziennika znanego, brytyjskiego badacza polarnego Jamesa Rossa, datowany na maj 1840 roku. Kiedy statek Rossa zakotwiczył koło jednej z wysp antarktycznego archipelagu Kerguelenów, członkowie ekspedycji ze zdumieniem zauważyli na zaśnieżonym brzegu ślady kopyt. Udali się oni w tą stronę, w którą wiodły ślady i wkrótce doszli do wolnej od śniegu, kamienistej wyżyny, gdzie śladów już nie było widać. Pojawienie się w tym miejscu śladów kopyt było czymś tak niezwykłym, bowiem żadne zwierzęta kopytne nie zamieszkują tych wysp.

Już w naszych czasach wyżej opisane wydarzenia miały swą nieoczekiwaną i zadziwiającą kontynuację. Okazało się, że jeden z członków ekspedycji Rossa – niejaki Clark Perry po zwolnieniu się ze służby w brytyjskiej flocie zamieszkał w hrabstwie Devonshire, w już tu wspomnianym nadmorskim miasteczku Teignmouth, położonemu 10 km na południowy-zachód od Exmouth. W 1980 roku wśród papierów pozostałych po Clarku znalazł się jego dziennik i dagerotyp (stare zdjęcie),  na którym widać było samego Clarka trzymającego w rękach jakiś dziwny, kulisty przedmiot. A co się tyczy dziennika, to z jego regularnych i systematycznych opisów układał się następujący obraz wydarzeń.

Przedmiot, z którym się sfotografował Clark, to była metaliczna kula, którą przywiózł on z Kerguelenów. Według stwierdzenia Clarka, James Ross rozmyślnie przemilczał o tym, że na wyspie poza dziwnymi śladami na śniegu znaleziono także dwie metaliczne kule, przy czym jedna z nich była cała, a druga rozbita na fragmenty. Na dodatek odciski kopyt zaczynały się od rozbitej kuli i wiodły w idealnie prostej linii do kamienistego wzgórza. Według mniemania Clarka, znalezione przez nich kule spadły z nieba, i dodaje on, że przez cały czas on i jego towarzysze odczuwali niewidzialną obecność jakiegoś stworzenia, które nie spuszczało z nich oczu.

Kiedy statek ekspedycji wziął kurs na Tasmanię, obie kule – cała i rozbita – znajdowały się w marynarskim worku Clarka Perry’ego. Ale kiedy reszta załogantów zorientowała się, jakie stworzenie wiezie on z Kerguelenów, to ogarnął ich strach i zdecydowali się wyrzucić kule za burtę. Ale Clark się nie zgodził i marynarze zaproponowali mu opuszczenie statku z kulami, jak tylko przybędą do Hobart na Tasmanii. Tym razem Clark posłuchał i zmustrował ze statku, i dopiero jesienią 1842 roku szczęśliwie wrócił do Anglii. Tym razem w czasie rejsu nikomu nie powiedział o tym, co znajdowało się w jego worku.

Clark osiedlił się w Teignmouth, znalazł tam sobie pracę na brzegu, a worek z suwenirami schował na strychu swego domu, gdzie spokojnie przeleżały całe 13 lat – do dnia 13.II.1855 roku. Tego złowrogiego wieczora, Clark powrócił do domu z kompanią swych przyjaciół, a wszyscy byli już zdrowo pijani. Pijaństwo było kontynuowane, i po prostu Clark wygadał się przyjaciołom o kulach. Ci zaś natychmiast chcieli obejrzeć te zamorskie ciekawostki. Clark poszedł więc na strych i znalazł kule. Zniósł je na dół i postanowili ją rozbić. Każdy z nich po kolei walił w nią ciężkim młotkiem. Po którymś z kolei uderzeniu z wnętrza kuli rozległ się pisk, a na jej powierzchni pojawiła się szczelina. Clark momentalnie wytrzeźwiał, wyprosił swych przyjaciół z domu, a sam poszedł spać. Udając się do pracy następnego dnia, Clark zauważył, ze szczelina się powiększyła i zrozumiał, że w każdej chwili z kuli może coś wyjść. Potem wbrew zwyczajowi, zapisy w dzienniku nie pojawiły się, a potem w dniu 7.II.1855 roku, zostało zapisane tylko jedno zdanie oznajmiające, że Clark zamierza wyrzucić obie kule w morze na plaży w Teignmouth, a potem pojechał do Exmouth, gdzie spędzi weekend u jednego ze swych przyjaciół. I na tym dziennik Clarka Perry’ego się urywa… U żyjących przyjaciół Clarka udało się uzyskać informację, że Clark zmarł w nocy 8/9 lutego w Bikton, czyli dokładnie tam, gdzie skończyła się 160-kilometrowa droga Dewońskiego Diabła, która zaczęła się na plaży w Exmouth. Czy to oznacza, że ów diabeł czegoś szukał, jak twierdzi w swej książce Colin Wilson? I on szukał samego Clarka Perry’ego z zamiarem zabicia go. Jednakże Clark okazał się być jedynym człowiekiem, który umarł w Devonshire tejże nocy…

Ale dlaczego i w jaki sposób stworzenie to zabiło byłego marynarza, i co potem stało się z samym stworzeniem? Można założyć, że odpowiedź na pierwsze pytanie sprowadza się do tego, że stwór ten chciał pozbyć się niewygodnego świadka, który znał tajemnicę stworzenia, które wpadło mu w ręce. Odpowiedź na drugą część pytanie stanowi akt zgonu, w którym napisano, że Clark Perry zmarł wskutek rozerwania serca (tak dawniej nazywano zawał mięśnia sercowego) wywołanego przez silny wstrząs psychiczny. A wstrząs ów nastąpił – jak sądzę – wskutek strachu, jaki go ogarnął, kiedy diabeł odwiedził go w nocy.

Aby odpowiedzieć na trzecią część pytania musimy wrócić do zdarzenia opisanego przez Colina Wilsona, a które zdarzyło się na plaży w lecie 1950 roku. Możliwe, że w 1855 i 1950 roku ludzie widzieli ślady jednego i tego samego stworzenia, które w czasie tych 95 lat podrosło i dojrzało.

Na zakończenie należałoby dodać, że przez te lata kilkakrotnie zaobserwowano ślady dziwnych zwierząt kopytnych – na śniegu albo na piasku plaż – nie tylko w Devonshire i na Kerguelenach, ale także: w Szkocji w 1839-1840 (gazeta „Times” z dn. 13.III.1840 r.), w Polsce w 1855 roku (gazeta „Illustrated London News” z 17.III.1885 r.) w Belgii w 1945 roku (magazyn „Doubt” nr 20/1945), w Brazylii w 1954 roku (Bernard Huevelmans – „Na tropie nieznanych zwierząt” wydanie polskie, Warszawa 1969).


Oczywiście można założyć, że wszystko to jest jeno wymysłem, znaczy się, że „w tym coś jest” i że „to coś” jest jeszcze jedną zagadką, którą nosi nasza Ziemi (albo kosmos) przeciwna technicznie rozwiniętej Ludzkości z XXI wieku. 

CDN.

środa, 27 grudnia 2017

Diabeł z Dewonu (1)

Ślady Diabła z Devonshire

Pragnę powrócić do wydarzeń, które przebiegły w hrabstwie Devonshire 163 lata temu, a które tak opisano w Wikipedii i innych źródłach kryptozoologicznych.

*

W piątek, 8 lutego 1855 roku, ludzie zamieszkujący hrabstwo Devon w Anglii, obudzili się i znaleźli osobliwość czekającą na nich na świeżym śniegu. Małe odciski podków, jedna za drugą ułożone w prostej linii, osiem i pół cala każda. Szerokość śladów wynosiła od 1,5 do 2 cali. Ślady wydawały się wykonane przez zwierzę bardziej dwunożne, niż czworonożne.

Jeśli byłaby to prawda, to to nieznane zwierzę podróżowałoby przez blisko 100 mil/160 km, przez 18 osad i przekraczałoby akweny wodne, takie jak np. rzeka Exe w Exmouth. W pewnych miejscach ślady podobno pojawiały się na szczytach dachów, a także przeskakiwały (lub jak chcą niektórzy, przechodziły) przez wysokie mury. Wnioskując ze śladów, zwierzę zaglądało do okien, innym razem zbliżyło się i nagle zawróciło od drzwi domu. Ślady zdawały się być wykonane po godzinie 19:00, nocą 7 lutego, kiedy śnieg przestał padać.

Przybysze chodzili po okolicy przez całe mile. Tysiące świadków widziało ślady. Po tym niezwykłym wydarzeniu, drzwi domostw były na noc zamykane, a kilku śmiałków narażało się po zapadnięciu ciemności w celu odnalezienia autorów śladów. Londyński Times wspomniał o tym wydarzeniu w artykule z 16 lutego, a do Illustrated London News nadesłano list pt. „Devil’s Footprints (Ślady Diabła)”. Niektórzy świadkowie szkicowali później to, co widzieli. Niektórzy twierdzili, że odciski wykonał diabeł we własnej osobie. Inni obwiniają o wykonanie śladów od ropuchy do kangura. Nigdy więcej nie stwierdzono pojawienia się już w okolicy takich śladów.



Opisy śladów Diabła z Devonshire

Jednak przypadek z Devonshire nie jest tak wyjątkowy, jak by się mogło zdawać. Według „Illustrated London News” z 14 marca 1855 r. podobne ślady miały się pojawiać co roku na pewnym wzgórzu w pobliżu granicy niemiecko-polskiej. Ślady mniej regularne i w ogóle mniejsze odkryto w 1945 roku w Belgii, natomiast od XIX wieku na plażach New Jersey grasuje tzw. „diabeł z New Jersey”, pozostawiający tropy bardzo podobne do tych pochodzących od jego „kuzyna” z Devonshire. W 1924 roku James Alan Rennie, przemierzający zamarznięte jezioro w północnej Kanadzie, widział co prawda jak powstawały niezwykłe ślady, ale nie dostrzegł co je wykonywało. Po prostu tropy pojawiały się nagle bez żadnej widocznej przyczyny. Podróżnik pisał później: „Mimo że nie było widać żadnego zwierzęcia ani innej żywej istoty, ślady pojawiały się jeden za drugim zbliżając się niepowstrzymanie właśnie w moim kierunku. Stałem jak skamieniały i ze zgrozy nie byłem w stanie zdobyć się na żadną jasną myśl. Ślady było widać w odległości pięćdziesięciu metrów, potem dwudziestu, dziesięciu. Wreszcie rozległ się plusk. Krzyknąłem głośno, kiedy woda opryskała mi twarz. Wytarłem oczy, odwróciłem się i zobaczyłem, jak ślady biegną dalej po powierzchni jeziora...” Opowieść Rennie uznano za opis halucynacji człowieka zbyt długo pozostającego w izolacji od innych ludzi, co nie wydaje się zbyt przekonujące, bo przecież nie był on niedoświadczonym nowicjuszem, jeżeli chodzi o samotne wędrówki.

Znacznie wcześniej, w maju 1840 roku, kapitan Clark Ross dowodził dwoma statkami biorącymi udział w wyprawie badawczej południowych rejonów arktycznych. Kpt. Ross w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Voyages of Discovery and Research in Southern Arctic Regions (Podróże Badawcze i Odkrywcze Po Południowych Regionach Arktycznych” z 1847 roku, wspomina, że podobne ślady zostały odnalezione na wyspie Kerguelenie.

„Nie widzieliśmy żadnego lądowego zwierzęcia; jedynym co mogliśmy odnaleźć na tej wyspie, były pojedyncze ślady kuca lub też osła, znalezione przez oddzielony od nas oddział porucznika Birda i opisane przez doktora Robertsona jako mające 3 cale długości i 2,5 cala szerokości, o dwóch wgłębieniach po każdej stronie i mających kształt podków”. Było całkowicie nieprawdopodobne, że zwierzę zostało wyrzucone na ląd z jakiegoś statku. Śledzili je przez jakiś czas w ostatnio spadłym śniegu, mając nadzieję ujrzenia stworzenia, ale zgubili je na obszarze skalistym, pozbawionym śniegu.

*

Jedna z najmłodszych relacji dotyczących tajemniczych śladów pochodzi z października 1950 roku. W owym czasie pewien człowiek o nazwisku Wilson natrafił na odludnej plaży na zachodnim wybrzeżu Devon, na dosyć duże, znane już nam ślady. Nietypowa była tylko ich wielkość, odstępy między poszczególnymi odciskami wynosiła ok. 2 m, a także to że sprawiały one wrażenie jakby usypanych z piasku. Odciski „kopyt” zaczynały się tuż obok bardzo stromej ściany skalnej i dalej biegły wprost do morza. Wilson wykluczył tutaj działanie człowieka, ponieważ na pewno był pierwszą osobą, która zeszła do zamkniętej z trzech stron ścianami skalnymi zatoki tuż po odpływie.

Sto lat później po tajemniczym „diable z Devonshire”, podobne dziwne zdarzenia miały miejsce na angielskim wybrzeżu. Pierwszy wypadek miał miejsce w listopadzie 1953 roku na wyspie Cafey, gdzie morze wyrzuciło na brzeg ciało dziwacznej istoty. Stworzenie miało 80 cm wysokości, i zdawało się za życia poruszać na dwóch nogach. Głowa zwierzęcia była nieforemna i zaopatrzona w wyłupiaste oczy. Istota pokryta była grubą, brunatną skórą o czerwonawym odcieniu. Sprawą tych niezwykłych zwłok zajęli się zoolodzy sprowadzeni przez lokalne władze z Londynu. Przeprowadzili oni szereg różnych badań, zmierzyli, sfotografowali stwora i stwierdzili, że jest on nieznany nauce i nie przypomina jakiegokolwiek znanego gatunku. Niestety, z niewiadomych przyczyn ciało istoty zostało spalone, co być może miało zatrzeć dowody na istnienie tych stworzeń.

Jednakże rok później w sierpniu 1954 roku, wielebny Joseph Overs natknął się na podobne szczątki unoszące się na powierzchni wody w kałuży utworzonej przez przypływ. Padlina ta była później badana przez lokalną policję. To znalezisko było większe, miało 4 stopy długości, krótkie nogi, cienką różową skórę (przypominającą świńską) zamiast łusek i ważyło około 12 kilogramów. Na głowie stwór posiadał bardzo duże oczy, szerokie (,,ziewające") usta z ostrymi zębami, i dwie dziury tam, gdzie powinien być jego nos. Zwierzę posiadało również skrzela. Ważne było to, że stworzenie miało pięć palców na stopach, przypominających wklęsły łuk, pasujący do śladów znalezionych w hrabstwie Devonshire i na Kerguelenie. Sprowadzeni eksperci również nie byli w stanie stwierdzić, do jakiego gatunku należało dziwne zwierzę.

Niezwykłe ślady były brane za pozostałości stworzeń z innych wymiarów, obecność ekstraterrestiałów lub też widmowego jeźdźca.

Nie wydaje się być prawdopodobne to, że miejscowi ludzie sfałszowali ślady. Po co mieliby to robić? Na pewno nie chcieliby wychodzić na dwór nocą w taką pogodę. Większe prawdopodobieństwo sfałszowania śladów jest w przypadku ekspedycji kapitana Rossa, z tego powodu, że widziało je niewielu świadków. Niemniej jednak teoria głosząca, że w głębiach oceanów żyją inteligentne być może istoty, które od czasu do czasu urządzają sobie przechadzki po lądach, wydaje się być interesująca.

17 marca 1855 roku korespondent ,,Illustrated London News'' pisał z Heidelbergu − powołując się na autorytet nie wymienionego z nazwiska „polskiego doktora medycyny” − że na Piaskowej Górze, niewielkim wzniesieniu na granicy Galicji, ale jeszcze w granicach Królestwa Polskiego, takie ślady na śniegu widać każdej zimy, a czasami także na piasku i że „miejscowa ludność przypisuje to siłom nadprzyrodzonym”.[1]

*


CDN.

[1] Źródło: WWW.kryptozoologia.prv.pl  i Wikipedia.