czwartek, 28 lutego 2013

Ship-tracks wyjaśniają zagadkę chemtrails?




Od ponad dekady uczeni obserwują tzw. „szlaki okrętowe” (ship tracks) na naturalnie kolorowych zdjęciach satelitarnych Wszechoceanu. Te jasne, linearne struktury poniżej warstw obłoków są utworzone przez cząsteczki gazów ze statków. Jest to widzialna manifestacja skażeń spalinami z silników okrętowych i uczeni mogą teraz zobaczyć, że statki także pozostawiają bardziej delikatne, niemal niewidoczne, ale zawsze - ślady.

Dane z holenderskiego i fińskiego OMI (urządzenie do monitorowania ozonu w atmosferze) zamontowanego na satelicie NASA Aura ukazuje długie, wyciągnięte ślady dwutlenku azotu – NO2 – wzdłuż szlaków morskich. Dwutlenek azotu należy do wysoko reaktywnych tlenków azotu znanych pod ogólnym symbolem NOx, które mogą doprowadzać do produkcji ozonu, co może prowadzić do problemów z układami krążenia i oddychania. Silniki spalinowe – szczególnie te, które napędzają statki i samochody – są głównym źródłem skażenia tlenkami azotu.

Pokazana na powyżej mapa została wykonana przez OMI pomiędzy latami 2005 a 2012. Sygnatura NO2 jest najbardziej widocznym na Oceanie Indyjskim pomiędzy Śri Lanką a Singapurem w postaci cienkiej pomarańczowej linii na średnim tle stężenia dwutlenkiem azotu. Inne tego rodzaju linie są widoczne nad Zatoką Adeńską, Morzem Czerwonym i Morzem Śródziemnym wskazując podwyższone poziomy NO2 w powietrzu, tak jak na trasie z Singapuru do portów Chin. Nie są to najbardziej obciążone ruchem szlaki morskie, ale one są najbardziej widoczne ze względu na to, że ruch statków koncentruje się na bardzo wąskich obszarach dobrze znanych dróg morskich.

Atlantyk i Pacyfik mają także bardzo nasilony ruch morski, ale OMI nie wykrywa śladów skażeń przez NO2, a to dlatego, że ruch ten jest rozproszony i odbywa się na dużych, szerokich obszarach oceanów. Kształt kontynentów zmusza statki do ruchu na wąskich szlakach morskich Oceanu Indyjskiego – natomiast na Atlantyku i Pacyfiku mamy szerokie, rozległe przestrzenie wodne i nawigują pośród sztormów.

Na dodatek, powietrze nad północno-wschodnim Oceanem Indyjskim jest stosunkowo nieruchawe. Wysokie skażenie tlenkami azotu  (ciemna czerwień na mapie) z miast i wierceń naftowych wzdłuż wybrzeży Chin, Europy i USA przesłaniają szlaki żeglugowe, które mogłyby być widoczne dla OMI. Na tej mapie Arktyka jest szara z powodu braku światła w czasie zimy i częstego zachmurzenia całkowitego w czasie lata nie pozwala OMI na zbieranie danych z tych obszarów naszej planety.

Tereny zurbanizowane nie są jedynymi źródłami tlenków azotu na tej mapie. Rolnicze wypalania w południowej Afryce i wiatry wiejące z zachodu tworzą równoleżnikowy pas NO2 pomiędzy Afryką a Australią. W Afryce Środkowej wschodnie wiatry spychają zanieczyszczenia z pożarów lasów nad Środkowy Atlantyk, co powoduje zmniejszenie się warstw NO2 nad Oceanem Indyjskim. Pioruny, które produkują NOx także maja swoją rolę w tworzeniu warstw i tła NO2.

Jak bardzo statki biorą udział w emisji NOx pozostaje pytaniem otwartym dla uczonych. Badacze sugerują, że statki mają 15-30% udział w globalnej emisji NOx; uczeni używają obserwacji satelitarnej w celu sprecyzowania tych wyliczeń.

OMI jest nie tylko satelitarnym instrumentem obserwacyjnym poziomu NO2 w atmosferze. Instrumenty GOME (obserwujące poziom ozonu atmosferycznego) na satelitach ESA ERS-2 i MetOp-A, a także instrumenty SCIAMACHY na satelicie Envisat dokonały podobnych pomiarów. W roku 2012, holenderscy naukowcy opublikowali kombinowane dane z tych czterech instrumentów w celu ukazania, że sygnatura NO2 ponad głównymi szlakami morskimi skokowo podniosła się pomiędzy rokiem 2003 a 2008, a potem raptownie opadła z powodu globalnej recesji i redukcji transportu morskiego. Źródło - http://earthobservatory.nasa.gov/IOTD/view.php?id=80375&src=fb, przekład mój.

* * *



Pewne osoby wypowiedziały się m.in. na forum Facebooka, iż osławione chemtrails mają związek z programem oczyszczania atmosfery i odbudowy warstwy ozonowej. Twierdzą one, że rozpylanie przez samoloty metalicznego baru i glinu może właśnie spowodować oczyszczenie powietrza z nadmiaru tlenków azotu – NOx i siłą rzeczy polepszenie jego jakości. OK., zgodziłbym się z tym, gdyby nie zasłona tajemnicy, którą Komisja Europejska spuściła na ten projekt. Uważam, że – pomijając już wszystkie względy pijarowsko-polityczne – KE powinna podać do szerokiej publicznej wiadomości, że istnieje plan ratunkowy dla środowiska i co za tym idzie – nas wszystkich, i który jest właśnie realizowany, a środkiem jego realizacji są chemtrails. Tymczasem zasłona tajemnicy tylko podsyca nastroje niepokoju i rodzi kolejne, coraz bardziej niedorzeczne teorie spiskowe i jest wodą na młyn wszystkich zwolenników i stronników STD. A zatem nie kupuję tego pomysłu.

Nie kupuję też z jeszcze innego względu, a mianowicie tego, że akcja zasypywania nas związkami glinu (Al) i baru (Ba) jest akcją chybioną. Popatrzmy na to, co się stanie w przypadku zrzutu metalicznego baru do atmosfery:

Ba + O2 => BaO i BaO2

– metaliczny bar i tlenki baru wchodzą natychmiast w reakcję z wodą z atmosfery i…

Ba + H2O => BaOH2

– powstaje silnie żrąca zasada barowa, a potem dochodzi do reakcji baru z kwasami azotowymi:

BaO + 2HNO3 => Ba(NO3)2

– i wreszcie powstaje toksyczny azotan baru o LD50 = 390 mg/kg.

Innymi słowy mówiąc – zamienił stryjek siekierkę na kijek. Podobnie jest z glinem, którego zasada reagując z kwasem azotowym:

Al(OH)3 = 3HNO3 => Al(NO3)3 + 3H2O

- daje azotan glinu – a właściwie nanohydrat azotanu glinu – Al(NO3)3 · 9H2O, który jest środkiem drażniącym oczy i skórę…

Obawiam się, że to nie jest to. Zastąpienie jednej substancji szkodliwej dla środowiska dwoma czy nawet kilkoma innymi mija się z celem. Będziemy mieli czyste powietrze w stratosferze, ale za to w troposferze będzie coś takiego, co można porównać do komory gazowej. Poza tym jeszcze jedna kwestia – kosztów. To muszą być setki i tysiące ton baru czy glinu, albo jeszcze innych pierwiastków, a one nie są takie taniutkie. A zatem jest to albo jedna wielka zasłona dymna mająca przykryć coś (co???) przed oczami zwykłych zjadaczy chleba, albo wymysł pismaków mających na celu podnieść nakład ich szmat. Jeżeli chemtrails rzeczywiście istnieją, to optuję za tą pierwszą możliwością – zasłona dymna, przykrywka, dach…

Tylko co jest aż tak wielką tajemnicą???        

wtorek, 26 lutego 2013

Gorący „Anadyr” w 1962 roku


Przygotowanie rakiety R-12 do odpalenia


Wiaczesław Szpakowskij

Amerykański ICBM Minuteman miał kodowy mechanizm zabezpieczający przed niekontrolowanym odpaleniem. Od 1960 do 1977 toku, kod startowy ponad 1000 rakiet był 00000000 – osiem zer pod rząd… - tym niemniej dawało to 10.000.000  możliwych wariantów kodu startowego – od 00000000 do 99999999.
Dokładnie 50 lat temu Ludzkość znalazła się na granicy zagłady w totalnej wojnie nuklearnej. Tragedii udało się zapobiec i to literalnie w ostatnim momencie.

Zagrożenie z Turcji

Ówczesnemu radzieckiemu przywódcy N. S. Chruszczowowi doniesiono o tym, że na terytorium Turcji znajdują się amerykańskie rakiety z głowicami jądrowymi, które w czasie 1 minuty mogły osiągnąć cele na terytorium ZSRR. Rzecz jasna, Chruszczowowi się to bardzo nie spodobało, i zaczął myśleć o tym, jak odparować to zagrożenie. Podobne rakiety znajdowały się w Anglii i Włoszech, a nasze z wzajemnością były wycelowane w miasta amerykańskich sojuszników w NATO. W przypadku wojny, USA nie było zagrożone bezpośrednim atakiem czy kontratakiem rakietowym.  

Postanowiono zatem rozmieścić analogiczne radzieckie rakiety na Kubie, której w tych czasach udzielaliśmy wszechstronnej pomocy, a tym bardziej że Amerykanie grozili wysadzeniem w każdej chwili desantu na tą wyspę. Zdecydowano przeprowadzenie odpowiedniej operacji pod kodowym nazwaniem „Anadyr” polegającej na tym, żeby w odpowiedzi na amerykańskie rakiety w Turcji rozmieścić takie na Kubie. Decyzje tą uznano za optymalną, bowiem ustrzelono zarazem dwa zające: po pierwsze – była to ochrona przed amerykańskimi rakietami rozmieszczonymi w Europie Zachodniej i Turcji, a po drugie – w ten sposób zapewniono bezpieczeństwo Kubie.

Potężne zgrupowanie

Zgodnie z planami radzieckiego dowództwa, na Kubie oprócz rakiet średniego zasięgu (MRBM) rozmieszczono następująco: 42 bombowce strategiczne IŁ-28, 40 myśliwców MiG-21, 34 skrzydlate rakiety Kometa, nabrzeżny system pocisków klasy ziemia – woda Sopka, skrzydlate rakiety przeciwokrętowe, sześć stanowisk rakiet taktycznych Łuna, a także kompleksy rakiet klasy ziemia – powietrze S-75. Dla grupy naszych wojsk przewidziano głowice jądrowe o dużej mocy dla skrzydlatych rakiet z kompleksów Łuna i bomby atomowe dla bombowców IŁ-28. Grupa naszych wojsk miała liczyć 44.000 ludzi. Do przewozu tego wszystkiego planowano użycie 80 statków i okrętów Floty Wojennej ZSRR.

Planowano rozmieszczenie na Klubie trzech pułków uzbrojone w rakiety R-12 (24 stanowiska startowe) i jeszcze dwa pułki uzbrojone w rakiety R-14 (16 stanowisk) – razem 40 stacjonarnych stanowisk rakietowych. Zasięg rakiet zapewniał uderzenia we wszystkie najważniejsze cele na terytorium USA. Ale rakiety przed startem należało zatankować paliwem i utleniaczem, a zbudowano je na bazie niemieckich rakiet V-2 i były to jej udoskonalone warianty. Nie wiadomo dlaczego uważano, że zza ukrycia kubańskich palm nasze rakiety będą niedostrzegalne, ale taki wniosek mogli wyciągnąć tylko kompletnie niekompetentni ludzie.

Mapka zasięgów radzieckich pocisków rakietowych odpalanych z Kuby


Niezbyt proste zadanie

Aby przewieźć to wszystko na Kubę należało zabezpieczyć 86 statków, które wykonały w sumie 180 rejsów. Operacja ta wymagała zaangażowania na terytorium ZSRR aż 21.000 wagonów kolejowych. W sumie na Kubę dostarczono 164 ładunki jądrowe i przerzucono około 43.000 ludzi z ich sprzętem.

Na samej Kubie też było niełatwo. Upał, komary, wysoka wilgotność powietrza, no i oczywiście luz zarówno wśród oficerów jak i szeregowców, np. w czasie zajęć szkoleniowych z zakresu przygotowania rakiet do wystrzelenia niektórzy z nich zdejmowali maski p.gaz i odzież ochronną, a kiedy dochodziło do ulotu utleniacza, ten padał bezpośrednio na skórę z czego poszkodowani z silnymi oparzeniami trzeba było odsyłać do szpitala, a potem zwalniać z wojska. Były przypadki śmierci żołnierzy na ogrodzeniowej siatce, która była podłączona do wysokiego napięcia – nasi chłopcy chcieli wyskoczyć sobie na samowolkę.

Tajemnica Poliszynela

Oczywiście, amerykański wywiad szybko zorientował się o tym, że na Kubie pełną parą idą przygotowania do odpalania radzieckich rakiet, ba! – same rakiety już tu są dostarczone! No i rzecz jasna, rządowi amerykańskiemu się to bardzo nie podobało. W odpowiedzi zdecydował on o blokadzie Kuby, przy czym powołano się na przynależność do OPA – Organizacji Państw Amerykańskich i opierając się o Pakt Rio (TIAR) z 1947 roku. (A także na Pakt Bogotański – przyp. tłum.) OPA jednogłośnie poparła wniesienie sankcji wobec Kuby. Akcja ta została nazwana nie blokadą a kwarantanną, co oznaczało niepełne przerwanie ruchu morskiego, a przerwanie dostarczania na wyspę broni. Radzieckie media nie wdawały się w zawiłości prawa międzynarodowego i od razu oskarżyły USA o piractwo i agresję. Ale najważniejszego ludzie radzieccy nie wiedzieli, że w tym czasie cały świat stanął na krawędzi nuklearnej zagłady.

Reakcja USA

22.X.1962 roku, o godzinie 19:00 EST, prezydent John F. Kennedy wystąpił w radio i TV z orędziem do narodu amerykańskiego, w którym wskazał on na niebezpieczeństwo związane z rozmieszczeniem radzieckich rakiet na Kubie. Na zakończenie prezydent powiedział, że będzie traktować każde odpalenie rakiety z głowicą jądrową w stronę jakiegokolwiek kraju z Kuby jako atak ZSRR na USA, po którym nastąpi odwetowe uderzenie jądrowe.

W tym samym czasie z 36 naszych rakiet R-12, niemal połowa była do zatankowania paliwem i utleniaczem oraz załadowania nuklearnymi głowicami bojowymi, które zmagazynowano w odpowiedniej odległości i znajdowały się pod wzmocnioną ochroną.

Siły stron

Jak modlitwę radzieckie media powtarzały, że w razie czego odpowiemy na atak potężnym przeciwuderzeniem. Poza tym obywatele ZSRR nie wiedzieli, że przeprowadzić to odwetowe uderzenie na dobrą sprawę nie było czym, i to nie Amerykanie powinni drżeć ze strachu przed jądrową potęgą Związku Radzieckiego, a właśnie im przed potęgą Ameryki. W 1962 roku USA posiadały w swym arsenale 206 ICBM na swoim terytorium, taktyczne rakiety w Europie i ogromny park strategicznych bombowców. Bazy USAF w Północnej Kanadzie i na Grenlandii pozwalały na przeprowadzenie ataków na głębokie tyły i zaplecze wojsk radzieckich poprzez Biegun Północny i to przy minimalnym przeciwdziałaniu z naszej strony. I wreszcie US Navy miała w morzu atomowe rakietowe okręty podwodne mające na pokładzie po 16 rakiet Polaris A-1 o zasięgu 2220 km i 11 [grup] uderzeniowych lotniskowców – w tym atomowy USS Enterprise z taktyczną bronią jądrową na pokładzie.

Radziecki arsenał jądrowy był o wiele skromniejszy. Jego podstawa były rakiety R-7 – też międzykontynentalnymi, ale nieporównywalnymi, z długim okresem przygotowań przedstartowych i niskim współczynnikiem celności i mocy rażenia – CEP. Przy czym mieliśmy tylko cztery stanowiska startowe w Pliesiecku przystosowane do startów bojowych. Bardziej nowoczesnymi rakietami były R-16, których było zaledwie 25 i nie miały one bazowania w silosach. We Wschodniej Europie znajdowało się tylko 40 MRBM wycelowane w centra przemysłowe i porty Wielkiej Brytanii i Francji, ale USA one już nie zagrażały. Strategiczne lotnictwo ZSRR były także o wiele słabsze. Nasze okręty podwodne wydzielały za wiele hałasu i start rakiet odbywał się z pozycji nawodnej, co powodowało ich natychmiastowe wykrycie. Nawet z naszymi 36 rakietami na Kubie balans sił właściwie był niezmieniony, a zagrożenie wojną nuklearną niepomiernie wzrosło. I ma się rozumieć, dla ludzi radzieckich to wszystko było wielka tajemnicą!

Przezwyciężenie kryzysu

W rezultacie wymiany not dyplomatycznych w dnia 27-28.X kryzys został przezwyciężony. N. S. Chruszczow przez radio – na wymianę telegramów zwykłymi kanałami już nie było czasu – powiadomił prezydenta USA, że rząd radziecki jest gotowy zabrać rakiety z Kuby, a w zamian Amerykanie zabiorą swoje z Turcji. Ewakuacja rakiet przebiegała od 1.XI do 12.XII – ale oczywiście pierwsze zostały wywiezione nasze pociski. ZSRR zgodził się na inspekcję na morzu. Dowództwo powiadamiało Amerykanów ile i jakie rakiety jakimi statkami będą wywiezione. Na pełnym morzu do naszych statków podpływały amerykańskie okręty z helikopterami. Rakiety przejrzano i policzono, poczym statek ruszał w dalszą drogę. Oczywiście to było upokarzające, ale skoro miało to zapewnić pokój na całym świecie… A po jakimś czasie Amerykanie wywieźli swe rakiety z Turcji jak ustalono. Natomiast w Anglii rakiety pozostały.


Moje 3 grosze


Kryzys Kubański był jednym z najbardziej niebezpiecznych kryzysów Zimnej Wojny, którego możliwe skutki proroczo opisał Nevil Shute w  swej powieści „Ostatni brzeg” (1957) i którą sfilmowali Stanley Kramer (1959) i ostatnio Russel Mulcahy (2000). Kto wie, może ta powieść uratowała ten świat przed nuklearnym piekłem…?

Przypomina mi się coś innego – Kryzys Kubański a sprawa istnienia UFO. Otóż los zetknął mnie z nieżyjącym już Polonusem, ppłk USAF M. D. (imię i nazwisko zastrzeżone przez jego rodzinę), który stacjonował w jednej z baz USAF w Wenezueli nad jeziorem Maracaibo. W latach 60. były tam bazy amerykańskie w ramach Paktu TIAR i Paktu Bogotańskiego, których celem było powstrzymywanie komunizmu w Mezoameryce i Ameryce Łacińskiej. Otóż ppłk M. D. kilkukrotnie obserwował przeloty UFO nad Wenezuelą i Morzem Karaibskim, zaś po którymś z kolei wszystkie jednostki armii, floty i lotnictwa USA otrzymały rozkaz obserwowania, dokumentowania i w miarę możliwości strącania UFO i meldowania przełożonym wszelkich tego rodzaju incydentów. Oczywiście meldunki zapewne szły do odpowiednich ogniw dowodzenia i wywiadu. Być może chodziło o sławetne rozkazy zawarte w dyrektywach AFR i JANAP – albo jeszcze inne, o których jeszcze nie wiemy.

I jeszcze jedna intrygująca informacja, jaka wypsnęła się autorowi, cytuję:
W rezultacie wymiany not dyplomatycznych w dnia 27-28.X kryzys został przezwyciężony. N. S. Chruszczow przez radio – na wymianę telegramów zwykłymi kanałami już nie było czasu  – powiadomił prezydenta USA, że rząd radziecki jest gotowe zabrać rakiety z Kuby, a w zamian Amerykanie zabiorą swoje z Turcji.
Zagadkowe – nieprawdaż? Czyżby atak jądrowy był kwestią już tylko minut? Być może wreszcie komuś przyszło do głowy, że do atomowego Armageddonu pozostały tylko minuty i postanowił ustąpić? Myślę, że to jest kolejna tajemnica Zimnej Wojny.

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 43/2012, ss.8-9
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

poniedziałek, 25 lutego 2013

OBIEKT 211 – przeciwatomowa Vineta


Widok na Obiekt 221


Konstantin Fiedorow

W podziemnych dokach bazy, umieszczonej we wnętrzu Góry Miszeń, może ukryć się do 14 okrętów podwodnych, cały kompleks był w stanie wytrzymać bezpośrednie trafienie głowicy jądrowej o mocy do 100 kt.

Ta niezwykle tajna budowla miała wiele nazw: Obiekt 221, Obiekt Nora, Ałsu, Czirka, Wysota (Kota) 495. Ale żołnierze, dla których przeznaczono te podziemne, supertajne labirynty podobała się stara nazwa góry na której, a właściwie w której, znajdował się Obiekt 221Niszan-Kaja, co tłumaczy się z języka irańskiego jako Góra Miszeń (słowo miszeń w języku rosyjskim oznacza celtarczę strzelniczą – przyp. tłum.)


Trzypoziomowa „zapaska”


Ten czarny żołnierski humor jest całkiem zrozumiały. „Tarcza strzelnicza” – idealna nazwa dla zapasowego stanowiska dowodzenia (ZSD) Floty Czarnomorskiej ZSRR, mogącego służyć jako schron dla towarzyszy partyjnych odpowiednio wysokiej rangi, którzy odpoczywali akurat w „Dniu X” na krymskich plażach. No i ci towarzysze mogliby, w przypadku wojny jądrowej, rozmieścić się wygodnie w Obiekcie 221, gdyby udało się im doń dotrzeć – marynarzyki by się trochę ścisnęli. Przecież całkowita długość tuneli zabezpieczonych przed skutkiem ataku atomowego wynosiła ponad 10 km, a całkowita powierzchnia podziemnych pomieszczeń, według różnych danych wynosiła od 13,5 do 17,5 tys. metrów kwadratowych! Ale po kolei.

W 1977 roku specjalny BIB Floty Czarnomorskiej (morskoj strojbat) po spotkaniu z wyselekcjonowanymi ideologicznie i politycznie pewnymi pracownikami Donieckszachtprochodki  i Charkowmetrostroja  (w sumie 400 osób) na rozkaz ówczesnego dowódcy Radzieckiej Floty S. G. Gorszkowa zaczęli oni budować nieopodal wsi Morozowka… żwirownię!

Oczywiście stalowe konstrukcje fabryki były spawane i rosły w górę po to, by odciągnąć oczy nachalnych szpiegów. A tak naprawdę, pod przykryciem pokojowej budowy, górę Niszan-Kaja u podnóża której składowano wydobyty żwir, rozkopywali od środka górnicy i budowniczowie metro.

Ocalały pancerny właz w Obiekcie 221


Żelbetowe kostki


Roboty było dużo. Od początku trzeba było rąbać litą skałę. Potem z płatów blachy spawano sześciany, które wypełniano armaturą o średnicy 5 cm, poczym wszystko zalewano spec betonem. Po otrzymaniu takiej „kostki” dospawano na górze jeszcze jedną stalową blachę i z takich „kostek” konstruktorzy robili wykładzinę wewnętrznych przestrzeni. „Kostki” następnie zespawano ze sobą, ale spaw musiał być hermetyczny, co sprawdzano specjalnymi aparatami rentgenowskimi. Zgodnie z założeniami projektu, wysokość sufitu wewnętrznych pomieszczeń wynosiła 180 m. Górę przeszywają pionowo dwa szyby o średnicy 4,5 m każdy – patrz schemat – dla wentylacji i wyprowadzenia kabli antenowych. Samo ZSD ma trzy poziomy + poziom zerowy czy podpoziom, połączonych ze sobą długimi galeriami, którymi swobodnie mogą jeździć ciężarówki.

Nieopodal Koty 495 mieścił się czteropiętrowy hotel dla robotników, a potem dzięki działalności złodziei i różnych meneli zamienił się w nieużyteczny, betonowy „szkieletor”. Aktualnie zamierzają tam zorganizować centrum rehabilitacyjne dla alkoholików i narkomanów. A przy samym podnóżu góry stoi piętrowy betonowy barak. Okna ma ciemne, jeden wjazd, jeden podjazd. Tylko z bliska można stwierdzić, że ów barak, to czystej wody lipa z narysowanymi na betonowych płytach oknami (!) a naprawdę jest to wjazd (wejście) do ZSD. Takich portali do niego są dwa – wschodni i zachodni.

Tymi korytarzami mogą swobodnie przejeżdżać ciężarówki...


A w środku cisza…


Po wejściu do środka to pierwsze co poraża, to ogrom tej budowli. Świątynia Trzeciej Wojny Światowej – inaczej tego nie sposób nazwać. Ogromny tunel wchodzi w głąb skały, cisza tam taka, że dzwoni w uszach – wiadomo, jeżeli gdzieś nie robią jakiegoś filmu, nie brodzą rozmaici „stalkerzy” (poszukiwacze artefaktów – przyp. tłum.) czy po prostu złomiarze. Powietrze jest czyste, chłodne. Czuje się lekki przeciąg. Trzeba bardzo uważnie patrzeć pod nogi, na podłodze pozostały metrowe jamy po rurach drenażu, które wyrabowali złomiarze. Na bok odchodzą niewielkie tunele – odprowadzające falę uderzeniową wybuchu. W wielu miejscach stoi woda.

Najpierw tunel prowadzi nas do Bloku A, w którym znajduje się wiele sal , pokoi i pokoików. Ze schematu widać, że ZSD składa się z dwóch Bloków: A i B i cztery poziomy, od góry do dołu: komunikacyjny, dowódczo-kierowniczy, mieszkalny i maszynowy. Trzy poziomy są połączone z powierzchnią ziemi pionowymi szybami. Poza kompleksem znajduje się studnia, w której powinien znajdować się reaktor jądrowy, który wytwarzał energię dla całego kompleksu.

Plan podziemi Obiektu 221


Niewyczerpalne źródło złomu


Obiekt Ałsu budowano przez 15 lat (!!!), ale go nie dokończyli. A do tego powstał casus. W 1991 roku Ukraina uzyskała niepodległość i pieniądze z rosyjskiego budżetu, które były założone na jego utrzymane przedłużyły budowę do 1992 roku. Potem ZSD został zakonserwowany. Nowe władze zaplanowały utworzenie w środku przedsiębiorstwo - rozlewnię wód mineralnych, leżakownie win i inne rzeczy. Ale przede wszystkim zorientowali się w jego wartości miejscowi mieszkańcy. Już w pierwszym roku wywieziono z obiektu wszystkie metale kolorowe. Końcówki tkwiących w ścianach miedzianych kabli zostały po prostu wyrwane przy pomocy traktora. Wydobycie złomu trwa tam już 20 lat i trwa do dziś dnia. Chłopi z palnikami acetylenowymi wjeżdżają samochodami do środka, w nocy rozbierają ten monumentalny pomnik po niedokonanej wojnie atomowej.

Wkrótce z Góry Miszeń niczego nie zostanie. I może tak będzie lepiej…


Moje 3 grosze


Nazwałem ten obiekt „atomową Vinetą”, bo przypomina to, co opisał swego czasu znany pisarz radziecki Leonid Płatow w swej powieści sensacyjnej „Tajemniczy okręt podwodny” (Warszawa 1973), gdzie niemieckie U-booty kryły się właśnie w takich bazach pod szkierami Bałtyku. Kraje byłego Związku Radzieckiego kryją niejedną taką tajemnicę, i długo jeszcze tak będzie. Za kilkaset lat te wszystkie sztolnie i szyby zamienią się w naturalne pieczary i jaskinie. Pisałem już o tym na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2011/05/krymskie-piramidy-mity-i-fakty.html, w którym ustosunkowałem się do mitów na temat podziemnych piramid, które najpewniej nie są niczym innym, jak właśnie takimi umocnieniami przygotowanymi na wypadek III Wojny Światowej. Nie tylko Rosjanie budowali takie schrony – Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy i inni, więc nie ma ich co potępiać – tak robili wszyscy, a obłąkańcze budowle – te swoiste świątynie Trzeciej Wojny – pochłaniały znaczne części PKB… I teraz te budowle pozostaną, bo zbudowano je tak solidnie, że przetrwają one niejedno.

A teraz odwróćmy to rozumowanie. Czy te wszystkie tajemnicze pieczary, tunele, ba! – całe podziemne krainy (Szamballa, Agharta) nie są pozostałościami po dawnych wojnach toczonych w łonie poprzednich Supercywilizacji: Atlantydy, Atlantyki, Mu, Lemurii, Lanki…

Ostatnia z tych superwojen mogła mieć miejsce 12-13 tys. lat temu. Co po niej pozostało? Tylko właśnie takie „dziury w ziemi”, kiedyś obiekty takie jak opisany powyżej, dzisiaj duże, rozległe systemy jaskiniowe. Część z nich zapadła się pod uderzeniami pocisków jądrowych. Część pozostała jako swoiste memento. Beton zamienił się w kalcyt, margiel i inne skały wapienne. Metale skorodowały, a ich tlenki i sole zostały wypłukane przez wody podziemne, których cyrkulacja da radę nawet najlepszym zbrojeniom i drenażowi. Ślady radioaktywności spłukały deszcze i starły śniegi. Z cyklopowych konstrukcji ostały się jeno podziemne sale i korytarze, które teraz urzekają nas pięknem swej szaty naciekowej. A jak szybko ona narasta? Wystarczy przejechać się do Gierłoży k./Kętrzyna, by zobaczyć, jak tworzą się stalaktyty w ruinach kwatery Hitlera… A przecież od ich powstania minęło zaledwie 69 lat!


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 42/2012, ss.24-25
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  

niedziela, 24 lutego 2013

BIBLIJNY PARK JURAJSKI (2)




Kto pozbawił węża nóg?


Wszyscy wiedzą, że dzięki spożyciu owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego, Adam i Ewa zostali srogo ukarani wyrzuceniem ich z rajskiego ogrodu Eden. (Rdz 3,1-24 – przyp. tłum.) Ale dostało się także wężowi-kusicielowi, który zwiódł Ewę i dzięki któremu złamała ona boski zakaz. Biblijny wąż został ukarany pozbawieniem nóg i skazanym na wieczne pełzanie w prochu i żywienie się pyłem. (Rdz 3,14 – przyp. tłum.) I tak wąż pozbył się nóg i zaczął poruszać się pełzaniem i jest jednym ze zwierząt, które nie trawią pokarmu roślinnego. Ale czy nie mogły one się poruszać na nogach, jak większość zwierząt? […]




Mówiąc krótko – znane są skamieliny węży, które miały nogi i najprawdopodobniej to one stanowią archetyp smoka. Smoka, który pojawia się we wszystkich legendach, podaniach, baśniach i mitach tego świata! W chrześcijańskiej tradycji węża utożsamia się ze smokiem, ale w tym przypadku nauka jest bezsilna. Ogromna latająca i plująca ogniem bestia jest płodem fantazji dawnych autorów. (Zob. Est 1b; Est 10,3b; Hi 7,12; Hi 74,13; Iz 14,29; Iż 30,6; Ap 12; 13; 16 i 20 – przyp. tłum.) Z drugiej strony jest jakaś cząstka prawdy w połączeniu istoty żywej z ogniem, i tak np. salamandra (która nie jest gadem tylko płazem – uwaga tłum.) ma właściwość „wychodzenia mokrym z płomieni”. Przy gwałtownym podniesieniu się temperatury otoczenia, to ziemnowodne stworzenie wydziela na skórę płyn, który stanowi ochronę przed oparzeniami. Przedstawcie sobie przerażenie średniowiecznego chłopa, który dorzuciwszy drew do ognia zauważył ze zdumieniem, jak wychodzi z niego czarno-pomarańczowe jaszczurko podobne stworzenie. Wtedy już przypomina on sobie nie tylko węża-kusiciela, ale całe Pismo Święte!


Lewiatan – władca wód


Jeżeli behemot z biblijnej tradycji okazuje się być zwyczajnym zwierzęciem lądowym, to lewiatan jest potworem morskim. Można powiedzieć, że jest to dokładne odbicie nieziemskiego Zła, tylko w wodach. Prawdę powiedziawszy, tego zwierzęcia z niczym nie łączono i wyobrażano je sobie jak kto chciał – był on wielki i straszny. Podobny na ten przykład do ichtiozaura z Kredy. (Zob. Hi 3,8; Ps 74,14; Ps 104,26 i Iż 27,1 – przyp. tłum.)



Lewiatanem mógłby być krokodylem nilowym (Crocodylus niloticus) – wystarczy tylko wspomnieć historię antycznych Żydów, którzy przez długi czas znajdowali się w egipskiej niewoli. Przecież sami Egipcjanie mówili, że: Krainę Ta-Khem (tak ówcześnie nazywał się Egipt) z południa i wschodu chronią nieprzebyte pustynie, od północy potężne twierdze, a zachodnią granicę – rzeka Nil – pilnują krokodyle. Czy to nie tego lewiatana mieli na myśli Izraelici? Przecież jeszcze straszniejszego drapieżnika pilnującego dróg wodnych Egiptu oni nie znali…



Biorąc pod uwagę informacje zawarte w Piśmie Świętym można stwierdzić, że opisane w nim potwory mają swe realne odpowiedniki na kontynencie afrykańskim i autorom tekstów biblijnych są one znane z własnego doświadczenia lub relacji naocznych świadków. Poza tym wszystko to zostało ubrane w alegorie i skomplikowaną symbolikę. Czy na naszej planecie zachowały się gdzieś megalodony, ichtiozaury i inne zwierzęta z Jury. A może zachowały się one do niedawnych czasów?


Przesada – właściwość starożytnych


Oczywiście, nie wszystko, co opisano w Biblii należy brać dosłownie. I tak np. średniowieczni chrześcijanie przedstawiali sobie Szatana jako koszmarne stworzenie z rogami i kopytami, a biesy nieco mniejszymi jego kopiami nieustannie podtrzymujących ogień pod piekielnymi kotłami. Dopiero teraz wyznawcy tego kultu mówią o niematerialnych substancjach. Biesy to symbol ludzkich strachów, a diabeł to alegoria, uosobienie Zła. Dlatego nie ma się co dziwić, że zwierzęta i ptaki w Biblii nie tylko władają rozumem i dokonują samodzielnych czynów, ale i potrafiący mówić.



I tak np. oślica Baalama mogła swobodnie mówić. (Zob. Lb  22,28-30 – przyp. tłum) Ale dzisiaj nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że osły potrafią mówić. To zostało zrobione dla prostoty przekazu. […]
Przypomnijmy znowu dawnych Żydów z czasów biblijnych podań. Zamieszkiwali oni Egipt, w którym mieszkały także duże zwierzęta. A zatem w pamięci Izraelitów zachowały się krokodyle nilowe – silne i groźne drapieżniki, które tak obce są ludzkiej naturze. I dlatego właśnie stały się one uosobieniem ciemnych sił i Zła.

Trzeba jeszcze do tego dodać, że w Starożytności takie słowa jak: dużo i wielki, dobry i zły, grzech i cnota stanowiły swego rodzaju wzmacniacze efektu innych określeń, którymi opisywano ludzi czy zdarzenia. A kiedy trudno jest objaśnić słuchaczom, jaka jest natura danej rzeczy, to  najlepiej jest upiększyć otaczający ich świat jaskrawymi farbami, postraszyć nieznanymi karami albo oszukać nieopisanymi blagami. No i potem wyszło, że Biblia jest przeładowana zagadkowymi, tajemniczymi monstrami, na każdym kroku straszących tych, którzy chcieliby sprzeniewierzyć się jej Słowu.

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 42/2012, ss.20-23
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©      

sobota, 23 lutego 2013

Jeszcze na temat chemtrails




Mój materiał „Chemtrails czy maskirowka”na temat chemtrails ze strony http://wszechocean.blogspot.com/2012/12/chemtrails-czy-maskirowka.html ukazał się w formie listu do redakcji „Nieznanego Świata” w nr 3/2013. W moim liście odniosłem się sceptycznie do wcześniejszych materiałów na ten temat, które ukazały się m.in. na łamach tego miesięcznika. Redakcja odpowiedziała mi tak:

Drukując niniejsze refleksje w myśl zasady „Audiatur et altera pars” w pełni podtrzymujemy oceny, jakie zostały zawarte w raporcie na temat chemtrails  w NŚ nr 12/2012 i 1/2013, którego autor – po otrzymaniu zlecenia Redakcji – przez wiele miesięcy zbierał materiały. Zresztą w tej mierze pojawiają się coraz to nowe fakty, o których pisze m.in. w najnowszym tegorocznym numerze dwumiesięcznik NEXUS (polecamy uważną lekturę zamieszczonych tam informacji!) Nieco dziwi nas również fakt, że w publikowanym liście naszego współpracownika i przyjaciela w ogóle pominięty został problem potencjalnego wpływu chemtrails na zmiany pogody i – szerzej – manipulowanie klimatem, co w dwuczęściowej publikacji Przemysława Nowakowskiego stanowiło nader istotny wątek, ważniejszy nawet od spiskowych teorii dotyczących NWO, tajnego rządu światowego, itp. nie po raz pierwszy także w istotny sposób różnimy się w ocenie niebezpieczeństw, jakie wiążą się z funkcjonowaniem – poza wszelką kontrolą – osławionego systemu HAARP.

Wyprostuję tutaj kilka spraw, a więc:

Nie zaprzeczam, że chemtrails istnieją – wszak nawet tradycyjne contrails są de facto chemtrails, bowiem składają się z produktów spalania lotniczej nafty w powietrzu. Jako ekolog doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I doskonale zdaję sobie sprawę z efektów spalania takich ilości paliw lotniczych w atmosferze naszej planety. W samej tylko Europie mamy 3000 połączeń lotniczych dziennie. Oznacza to, że codziennie 3000 samolotów wypala całe tony tlenu z naszej atmosfery, dając w zamian dwutlenek węgla i wodę w postaci pary wodnej i ma to ważki wpływ na stan pogody, którą się manipuluje m.in. w ten sposób. (Nawiasem mówiąc wyjątkowo nieudolnie, co widać po anomaliach, które uderzają w nas coraz dotkliwiej…) To jest tak oczywiste, że nie pisałem o tym. Myślałem w swej naiwności, że oczywiste jest również dla innych Czytelników (co jak widać nie jest). Nie mówiąc już o tym, że jest to znacząca składowa czynników wywołujących tzw. efekt szklarniowy i globalne ocieplenie – tak krytykowane przez wpływowe lobbies paliwowo-energetyczne. Krytykowane, bo bije w jego interesy, co jest chyba oczywiste dla wszystkich, poza oczywiście poza tymi, którzy mają z tego korzyści czy zostali przez nich kupieni i będą wmawiali innym ludziom ewidentne bzdury ubrane w pozory uczoności.

Co do rewelacji z NEXUS-a, to niestety – z przykrością muszę napisać, że niejednokrotnie są one ciągnięte za włosy. Kiedy przeczytałem na jego łamach artykuł, w którym ktoś tam udowadniał, że mleko jest niebezpieczne dla człowieka, to spasowałem i przestałem go kupować. Dlatego jestem uprzedzony do tego czasopisma.

No i HAARP – ten czołowy, ukochany temat wszystkich stronników i zwolenników Spiskowej Teorii Dziejów. Zastanawiam się tylko, co ten HAARP ma przykrywać? – bo trzeba szukać właśnie tego, a nie czepiać się kurczowo instalacji, która rzekomo podgrzewa jonosferę. A teraz proszę pomyśl Czytelniku! – co da podgrzewanie czegoś, czego gęstość jest tak niska, że praktycznie jest to tzw. wysoka próżnia, której nie uzyska się w laboratorium? Odpowiem Ci – NIC. Za to podgrzewanie niższych warstw atmosfery – troposfery i stratosfery ma sens, ale nie jonosfery, w której latają sztuczne satelity i stacje kosmiczne! No, ale to brzmi atrakcyjnie i robi wrażenie na niezorientowanych.  Dlatego szukam tego czegoś, co jest pod przykrywką HAARP i radzę to samo innym badaczom. Tak samo jak w ufologii jest w przypadku Area 51 i innych „stref” czy „obszarów”, w których dzieją się dziwne i z pozoru niewytłumaczalne rzeczy... – a które mają, jak się wydaje, swe jak najbardziej ziemskie wytłumaczenie.    

piątek, 22 lutego 2013

BIBLIJNY PARK JURAJSKI (1)




Borys Szarow

Megalodon – kopalny rekin, który żył na Ziemi 25 – 1,5 MA temu. Całkowita długość zębów megalodona wynosi 180 mm. Zęby żadnego rekina nie mają takiej długości… Tyrannosaurus rex – dinozaur żyjący około 68 MA temu był jednym z największych zwierząt lądowych, które istniały na Ziemi. Jego kły sięgały długości 300 mm.

Biblię nie bez kozery nazywają Księgą Ksiąg. Dla ludzi wierzących jest ona święta. Dla ludzi twórczych jest ona natchnieniem. Niektórzy twierdzą, że cała światowa literatura i historia, a także kino, teatr i sztuka, bazuje na historiach biblijnych, i ci wszyscy pisarze, malarze, rzeźbiarze, i inni niczego nowego nie wymyślili. Wiele ciekawych rzeczy znaleźli w Biblii historycy. Są w niej także i techniczne zagadki. Ale niemniej ciekawe są biblijne zwierzęta. Spróbujemy się zorientować, czym był biblijny behemot z lewiatanem, które pojawia się w czasie Sądu Ostatecznego? Czy biblijny wąż z ogrodu Eden miała nogi? W brzuchu jakiej ryby ukrył się prorok Jonasz?


A ja widziałem behemota w ZOO…


Któż nie pamięta tej kwestii młodego słuchacza Akademii im. Suworowa z filmu „Oficerowie”? (reż. Władimir Rogowoj, 1971) Gruboskórni mieszkańcy afrykańskich rzek są naprawdę zabawni. Pooglądać je w ZOO, to autentyczna atrakcja dla dzieciaków. Ale mało kto wie, że w Naturze te zwierzęta są bardzo niebezpieczne: broniąc swego terytorium są w stanie zadusić i zmiażdżyć każdego naruszyciela – od człowieka do słonia. Każdego roku w Afryce wskutek ataku hipopotamów ginie więcej ludzi niż od ataków krokodyli!



Poza tym samo słowo behemot w stosunku do masywnych mieszkańców rzek Afryki, weszło do obiegu dopiero w XIX wieku i tylko w Rosji. Przeszło ono z niemieckiego i francuskiego, ale hipopotamy zostały nazwane tak tylko przez Rosjan. Europejczycy nazywali behemotami każde duże, gruboskórne zwierzę. Ale kiedy tylko zoolodzy opisali i nazwali to zwierzę – Hipopotamus amphibius, przyjęła się doń nazwa hipopotam. A zatem w Europie behemot spotyka się tylko w Biblii.

W Piśmie Świętym behemot to straszliwe zwierzę. Uosobienie strachu i sił ciemności. Nogi jego podobne do kolumn, kiedy idzie, ziemia się trzęsie, a ryk podobny do ryku tysięcy mosiężnych trąb. We wczesnym Średniowieczu słowo behemot było używane wymiennie ze słowem skotina (nie mylić ze słowem skatina – bydło – przyp. tłum.) oznaczającym coś ogromnego, wrogiego, przerażającego i przewyższającego wielkością wszystko, co znamy. (Zob. Hi 40,15-19 – przyp. tłum.)

Czy był to według autorów biblijnych tekstów, znany nam wszystkim hipopotam? Dawni Żydzi doskonale znali te ogromne zwierzęta, które choć wielkie, to jednak dawały się oswoić ludziom. Faraonowie egipscy za punkt honoru uznawali posiadanie w swych parkach słoni, nosorożców i hipopotamów właśnie. Ponadto myśliwi z plemion podbitych przez Egipt, wyprawiali się do samego serce Afryki w celu przywiezienia żywych zwierząt z tych wymienionych powyżej gatunków. Tak więc wielkiego strachu te behemoty wywołać nie mogły.

A jednak w wioskach Centralnej Afryki miejscowi artyści pokażą wam i nawet sprzedadzą gliniane figurki bardzo przypominające sylwetką rekonstrukcję stegozaura – Stegosaurus stenops, S. armatus (najpopularniejszy i najwcześniej odkryty) i S. longispinus oraz S. ungulatus. No a przecież biblijny behemot jest bardzo podobny do stegozaura właśnie – nieprawdaż?

Wychodzi na to, że pamięć o zwierzętach wymarłych miliony lat temu, na długo przed pojawieniem się człowieka, jakimś sposobem uchroniła się u plemion żyjących poza cywilizacją. Jest to absolutnie nieprawdopodobne, jeżeli się nie założy, że współcześni pierwszych autorów tekstów biblijnych rzeczywiście zetknęli się z cudem ocalałymi pozostałościami dinozaurów. (Podobnie rzecz się ma w przypadku południowoamerykańskich tajemniczych artefaktów, tzw. kamieni z Ica i figurek z Acambaro, wśród których są wyobrażenia różnych dinozaurów – przyp. tłum) I kto wie, czy w dżunglach nie spacerują sobie ocalałe jakimś sposobem stegozaury?

Zacytuję taki przykład. Na niektórych antycznych egipskich i żydowskich wyobrażeniach znajduje się narysowana dziwna ryba, zawsze brzuchem do góry. Jednakże antyczni Żydzi i Egipcjanie dbali o realizm swoich obrazów z Natury, ale takich ryb ichtiologia w ogóle nie znała. Niektórzy archeologowie stworzyli ad hoc hipotezę: dawni malarze z jakiegoś powodu zaczęli rysować chore ryby, pokazując nam tym samym jakąś ekologiczną katastrofę. Inni mówili o tym – jakieś wymysły, malarska fikcja, czy błąd. Ale w końcu lat 60. podobną rybkę wyłowiono w środkowym biegu Nilu – i okazało się, że ona zawsze pływa brzuchem do góry – ot, taka jej natura! 



Śladami megalodona


W Biblii figuruje jeszcze jeden odpowiednik behemota – wieloryb, w brzuchu którego przez trzy dni ukrywał się prorok Jonasz, którego wyrzucono ze statku w czasie sztormu do morza jako przebłagalną ofiarę. (Zob. Jon 1,3-16; 2,1-11 – przyp. tłum.) Nie dziwcie się, bowiem ssaki waleniokształtne powstały około 60 MA temu od parzystokopytnych, kiedy to wybrały sobie wodny sposób życia. Jeżeli zestawimy ze sobą rozmiary człowieka – 1,75 m i płetwala błękitnego – 33 m, to ta historia wcale nie będzie już taka nieprawdopodobna. Jednakże taka oczywista analogia nie jest adekwatna – wszystkie tego rodzaju wieloryby należą do podrzędu fiszbinowców. One żywią się planktonem i tak duży obiekt jak człowiek po prostu nie może zostać połknięty, bowiem wieloryby te mają bardzo ciasny przełyk, w którym zmieścić się może jedynie śledź. Tak więc człowiek nie może się dostać do jego żołądka za filtrującymi plankton fiszbinami…

Zębate wieloryby (delfiny, orki) są o wiele mniejsze i nie mogą połknąć człowieka w całości. Jest to fizyczna niemożliwość. Oczywiście poza kaszalotem – w jego przypadku mógłby on połknąć człowieka w całości. Niestety – przez trzy dni Jonasz by tam nie mógł przeżyć, bo kaszaloty mają bardzo stężone soki żołądkowe i są one w stanie dać radę gumie czy neoprenowi, a co dopiero ludzkiej skórze. Tylko że przypadków ataku czy chociażby dobrowolnego przybliżenia się kaszalota do człowieka nie stwierdzono.



A zatem może był to gigantyczny rekin? Najwięksi przedstawiciele tego gatunku niejednokrotnie przewyższają człowieka swymi rozmiarami. Żołądek u tych ryb łatwo się rozciąga, a niektóre gatunki mają zwyczaj czyścić żołądek metodą nausealną, czyli mówiąc prościej – wyrzucania jego zawartości przez paszczę. Dla legendy Jonasza dwa dodatkowe punkty – najpierw rekin połknął go przez pomyłkę, a potem zwrócił jako coś niestrawnego.

No, ale największe gatunki: rekin wielorybi (Rhicodon typus) – do 20 m długości – ogromna i wielkogęba ryba, żywi się tak jak wieloryby – planktonem, a obiekt większy od śledzia nie przechodzi mu przez przełyk. Żarłacze biały (Carcharodon carcharias) i tygrysi (Galeocerdo cuvier) i kilka gatunków pomniejszych nie omieszkają połakomić się na ludzkie mięso i Jonasza mogłyby pożreć. Ale one najpierw pożywienie rozgryzają, a potem połykają mniejsze kawałki. No i po trzech dniach przebywania w żołądku rekina Jonasz przedstawiałby sobą raczej opłakany widok… Stężenie kwasu solnego (HCl) w żołądku tych ryb sięga 3% i dzięki temu pożywienie jest bardzo szybko trawione, więc zostałby on tam szybko strawiony.



Co prawda dzisiejsze rekiny miały jeszcze większych pobratymców. To megalodony (Carcharodon megalodon), które pojawiły się około 30 MA temu i wymarły około 1,5 MA temu. (Niektórzy uczeni twierdzą, że megalodony pojawiły się daleko wcześniej, bo już pod koniec mezozoiku – przyp. tłum.) Osiągały one długość do 30 m, a jeden ze znalezionych zębów tego rekina miał 18 cm długości! Taka bestia jest w stanie połknąć każdego bez rozgryzania, zaś system pokarmowy u dawnych ryb nie był tak skomplikowany jak u współczesnych rekinów. Być może Jonasz został połknięty przez tego mieszkańca morskich głębin? Ale najszybciej przeczekanie sztormu we wnętrznościach wieloryba – to jest nic więcej, niż alegoria… (Pomijając już kwestię powietrza, którym Jonasz musiałby oddychać i to przez trzy dni, a także zmian ciśnienia hydrostatycznego, wszak niektóre zwierzęta morskie nurkują bardzo głęboko, tak więc Jonasza poza brakiem powietrza i nadmiarem kwasu solnego zabiłaby także choroba kesonowa… - uwaga tłum.)

CDN.

środa, 20 lutego 2013

Meteor nad Czelabińskiem: UFO czy rakieta?




Dwa dni temu Pan Roman Rzepka zwrócił moją uwagę na znajdujący się w Internecie, na stronie http://www.kciuk.pl/To-UFO-uratowalo-nas-przed-meteorytem-wideo-a123499 filmik pokazujący ostatnie sekundy lotu Czelabińskiego Meteorytu z dnia 15.II.2013 roku. Otóż na krótko przed jego rozbłyskiem widać na nim jakiś świecący obiekt zmierzający w jego kierunku, a potem odlatujący w kierunku lotu świetlistego bolidu, który w chwilkę później wybucha. Wygląda to tak, jakby bolid został przestrzelony przez tajemniczy obiekt, który potem odeń się oddalił i znikł.

Obiekt pojawia się za bolidem
Obiekt wchodzi w świetlisty "ogon" bolidu 
Obiekt wylatuje z świecącego obiektu i leci dalej a potem znika...

Obejrzałem ten filmik i przyznaję, że na pierwszy rzut oka robi wrażenie. Ale tylko na pierwszy rzut oka, bo kiedy dobrze się temu przyjrzeć, to budzą się wątpliwości. Owszem, to jest bardzo ciekawe, ale... Obawiam się że jest to tylko jakiś refleks katadioptryczny na soczewkach kamery. A porusza się dlatego, że poruszał się ten bolid a także samochód oraz zapewne także i kamera śledząca lot bolidu. Ruch tego „czegoś” jest wypadkową tych trzech ruchów. Jak widać, obiekt przelatuje przez płonący meteor. Nie wyobrażam sobie UFO, które by przestrzeliło czy staranowało ten obiekt. Już prędzej uwierzę w pocisk rakietowy klasy ziemia - powietrze czy powietrze - powietrze. Ale w takim przypadku silnik pocisku musiałby pozostawić contrail w zimnym powietrzu... Dla mnie jest to po prostu refleks. Nie sądzę, by to był jakiś pocisk, bo musiałby być wystrzelony niemal natychmiast po wejściu tego bolidu w atmosferę. A poza tym musiałby on lecieć po krzywej pościgu z prędkością większą, niż prędkość samego obiektu, a zatem jakieś 15 km/s – przypominam, że meteor wleciał w atmosferę z prędkością 30 km/s, a jak na razie żaden ziemski pojazd nie może lecieć z taką prędkością w gęstej atmosferze. Cudów nie ma.

Co do refleksów, to jeszcze trzeba wziąć pod uwagę odbicia wewnętrzne w szybie samochodu. Ten obiekt świecił bardzo jasno, więc siłą rzeczy te refleksy musiały być zarejestrowane. Aktualnie czekam na gazety z Rosji - może będzie tam więcej szczegółów?


Czekamy na kometę

Moje osobiste zdanie na ten temat jest takie: w dniu 15 lutego mieliśmy niezwykłą okazję ujrzeć bardzo ciekawe i bardzo niebezpieczne zjawisko Przyrody. W tym roku będzie ich więcej choćby dlatego, że w październiku będziemy mieli okazję podziwiać jasną kometę – ponoć najjaśniejszy tego rodzaju obiekt stulecia – jak to mówią – kometę C/2012 S1 (ISON), która będzie jasno świecić na niebie od listopada 2013 do stycznia 2014 roku. Niektórzy astronomowie zakładają, że jej jasność w okresie najlepszej widzialności będzie wynosiła aż -13 mag., tzn. będzie ona porównywalna z jasnością Księżyca! Pod koniec grudnia br. minie ona Ziemię w odległości 0,43 AU czyli ok. 64.500.000 km i będzie ona świecić w konstelacjach: Węża, Herkulesa, Korony Północnej i Smoka. Co więcej – jej orbita jest podobna do orbity jednej z najjaśniejszych komet w historii – C/1860 V1, której warkocz był widoczny przez kilka tygodni i zajmował od 60° do 90° nieba. A jeżeli nawet ta kometa nas zawiedzie, to może będziemy mieli możliwość obserwacji tak jasnej komety jak C/1995 O1 (Hale-Bopp) czy C/1996 B2 (Hayakutake), które pięknie się prezentowały w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Pożyjemy – zobaczymy co przyniesie nam przyszłość.