sobota, 31 sierpnia 2019

Muzyka nad wodą



Ira Kartaszowa


Kiedy byłam dzieckiem, to bardzo często spędzałam wakacje w leśnym obozie „Zielona Polana”. Znajdował się on w leśnym masywie, położonym kilka kilometrów od najbliższej miejscowości.


Smyczek wyśliznął się z ręki


Obok obozu było jezioro, już nie pamiętam jak się nazywało. Mówiło się o tym, że w jego sąsiedztwie można usłyszeć grające skrzypce. A ktoś nawet widział skrzypaczkę, która grała na nich nad wodą jeziora.

Wedle przekazów miejscowych, wiele lat temu na tym jeziorze doszło do tragedii. Całkiem młoda dziewczyna, wnuczka miejscowego leśnika, która na lato przyjeżdżała z miasta do dziadka, tutaj się utopiła. Lubiła wypływać łódką na środek jeziora i grać tam n a swych ulubionych skrzypcach.

Jak doszło do tragedii, to pozostaje zagadką. Jest wersja, że smyczek wyśliznął się z ręki dziewczynki. Ona schyliła się po niego i wypadła z łódki, a pływać nie umiała…


Wycieczka nad jezioro


Pewnego razu my wszyscy, całym obozem z drużynowym na czele poszliśmy nad jezioro, by posłuchać skrzypaczki. Za zezwoleniem komendanta obozu uzbrojeni w latarki ruszyliśmy tam – około północy przy pełnym księżycu. Pierwsze minuty wypadu były wesołe – ze śmiechem i docinkami. Chłopcy pobiegli do przodu, chowali się za krzakami a potem wyskakiwali z krzykiem zza nich strasząc pozostałych.

Ale kiedy zbliżyliśmy się do jeziora, nasz dobry nastrój prysł. Szliśmy cichutko, trwożnie się rozglądając. Przed nami ukazało się jezioro. Usiedliśmy na brzegu.


Tajemnicza melodia


Nie słychać było żadnych dźwięków. Od wytężonego oczekiwania zrobiło się nam strasznie. Najodważniejsi zaczęli podchodzić do wody.

My już uznaliśmy, że dźwięki skrzypiec, to wymysł miejscowych wieśniaków. Zaczęliśmy zbierać się z powrotem do obozu. I naraz, od strony środka jeziora dobiegły do nas dźwięki skrzypiec. Zrobiło się nam strasznie i jedno przez drugie niemal biegiem rzuciliśmy się do ucieczki.

Po tym wydarzeniu wszystkie dzieci uwierzyły w historię utoniętej dziewczynki-skrzypaczki. A przecież jej nie widziały…


Od Czytelników

Bardzo ciekawe, i interesujące jest to o które jezioro chodzi. Znając relacje ludowe, powiedziałbym że mogło być tak ze dziewczyna zwróciła uwagę demona wodnego (skrzypce wyjątkowo bywały demoniczne infikowane, podczas ciemnych paktów), który ściągnął ją na dno, i więzi jej duszę. Podczas pełni księżyca dochodzi też bardzo często do rozmaitych manifestacji, wtedy też najczęściej widywano pokutujące na zamkach białe damy, lub słyszano i widziano rusałki wśród których były tak istoty demoniczne, jak również zniewolone przez nie dusze pokutujące nieszczęsnych biedaczek. Muzyka duchów często może im towarzyszyć, tajemnicą jest jak powstaje - ale istnieje, podobnie jak np. dźwięki ciężkich kroków po starej kamiennej posadzce, w budowlach wyścielonych współcześnie dywanami... W poniższym temacie jest mowa na początku o zwodniczej muzyce demonicznych istot, a w drugiej części o duchach ludzkich manifestujących się poprzez muzyczne dźwięki: https://zmiennoksztaltne.blogspot.com/2014/03/lesne-zwodnice-ii.html?fbclid=IwAR0-WnXucsxkHKQfZdGJP-FfasVO7KSiv1GbBzleCR6cZbNZEBOZxEvbBh0 Jeśli bym wiedział co to za jezioro, może udało by mi się odnaleźć jakieś informacje czy było nawiedzone. Nie wiem jak ateizm ma się do tego, ale racjonalizm może mieć oparcie w fizyce kwantowej, potwierdzającej i takie zjawiska... W większości odnośnie faktów "nieziemskich" jest tylko różne nazewnictwo, które ani nie obejmuje całokształtu o którym próbuje się ująć w słowa... Fizycy kwantowi nie we wszystkim mają racje, ale już zaczynają się orientować, w szerszym aspekcie rzeczywistości. Bardzo ciekawa w tej kwestii jest ta audycja: https://www.youtube.com/watch?v=hSR_PrwKsf4    (Krzysztof Dreczkowski)

 Dużo takich bajeczek, to folklor i fantazja, ale z całą pewnością nie wszystkie! (Avicenna)


Jestem ateistą i racjonalistą, ale takie legendy zasługują na zainteresowanie i na pewno mają swe wytłumaczenie. Osobiście miałem okazję kilka razy spotkać się z tym fenomenem i jestem pewien jego realnego istnienia. (Platon)


Takie zjawiska są jak najbardziej realne (Leszek Ostoja-Owsiany)


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 4/2019, s. 25
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  

piątek, 30 sierpnia 2019

Jaka będzie cena tego szaleństwa?




Koniec sierpnia 2019 roku. Siedzę w moim pokoiku, klepię teksty do komputera i ociekam potem – na zewnątrz mamy 32 stopnie Celsjusza na plusie, gdzieś nad południowym horyzontem zbierają się ciężkie chmury kolejnej dalekiej burzy. Jedna z nich spowodowała masakrę na Giewoncie. Śmierć czterech osób i obrażenia ponad 160 innych osób było ceną za głupotę, brawurę i bezmyślność. Ale nie o tym chciałem pisać. To szaleństwo jest niczym, w porównaniu z pożarami pustoszącymi lasy deszczowe i dżungle w Ameryce Łacińskiej i Afryce.

Wspominam wczesne lata 80-te, kiedy to jako młody podporucznik WOP studiowałem język angielski w ONJO MSW w Sosnowcu i z wypiekami na twarzy czytałem doniesienia o postępach radzieckich i amerykańskich zbrojeń nuklearnych, a potem coraz bardziej realne widmo wojny rakietowo-jądrowej na lądzie, morzu, powietrzu i w kosmosie zaczęło się materializować… Zapoznałem się z pracami dr. inż. Zbigniewa Schneigerta i pracą Luisa i Waltera Alvarezów na temat zagłady dinozaurów, która miała miejsce na tzw. granicy K/Pg jakieś 64.800.000 lat temu. Interesującym było to, że przedstawiono scenariusz zagłady: przeszłej – dinozaurów i ich świata – i naszej i naszego świata. Filmy takie jak „Ostatni brzeg” czy „The Day After” oraz inne wariacje na temat życia po nuklearnej zagładzie (o ile w ogóle by coś żywego zostało) uświadamiały nam, że wojna nuklearna jest nie do wygrania, bowiem nie będą zabijały same eksplozje jądrowe i termojądrowe, ich promieniowanie i fale uderzeniowe, ale ekologiczne skutki atomowego Armagedonu: skażenie środowiska, efekty pożarów lasów i wszystkiego, co jest do spalenia, megatsunami i megatrzęsienia ziemi. Zdetonowanie całego arsenału nuklearnego o mocy 9,4 Gt TNT spowodowałoby – być może, cytuję tutaj specjalistów z SIPRI – zagładę nawet nie życia na Ziemi, ale samej planety jako ciała astronomicznego!

Myślę, że katastrofy nuklearne w cywilnej atomistyce były kolejnymi ostrzeżeniami: Three Mile Island EJ (INES 5), Czarnobyl EJ (INES 7) i Daiichi-Fukushima 1 EJ (INES 7) były ostrzeżeniami przed tym, co czeka nas w przypadku nawet ograniczonej wojny nuklearnej – o której marzą militarystyczni idioci w USA – czy rozpędzania huraganów i cyklonów przy pomocy eksplozji głowic wodorowych. Jak na razie nie ma czegoś takiego jak „czysta” bomba wodorowa – w przypadku czegoś takiego zawsze dojdzie do skażenia środowiska produktami reakcji jądrowych i termojądrowych…

Notabene, podobne skutki nasza planeta odczuje w przypadku impaktu asteroidy z naszą planetą. Ekologiczne skutki takich wydarzeń będą nader podobne do siebie – i w obu przypadkach równie letalne dla biosfery Ziemi.

Tyle wiedziałem w latach 80-tych po przestudiowaniu wspomnianych tu prac. Polecam je wszystkim tym, którzy bredzą o „bezpiecznej energii jądrowej” i „postępie”.

I teraz ta groza wróciła w formie dziejącej się na naszych oczach katastrofy ekologicznej.

Od kilku tygodni media opisują straszliwe w skutkach pożary lasów deszczowych Amazonii, ale to nie wszystko, bowiem pożary lasów szaleją na Syberii, w Afryce i Australii. Burze ogniowe obracają w pożarzyska wspaniałe lasy – lasy, które produkują 20% tlenu dla naszej atmosfery – i dla nas. Pozostałe 75% produkuje Wszechocean, ale i ten jest powoli zamieniany w ściek z plastykowymi wyspami.

A u nas nieodpowiedzialność ludzi znów wrzuci kilka tysięcy ton przetrawionego gówna w wody Wisły i w skażone biologicznie i chemicznie wody Bałtyku.

Ale powróćmy do pożarów. Te burze ogniowe emitują w atmosferę produkty spalania: tlenki węgla, parę wodną, związki siarki i dioksyny. Poza tym jeszcze sadza i cząstki popiołów, które unoszą się w górne warstwy atmosfery. W przypadku wojny nuklearnej spowoduje to odcięcie powierzchni Ziemi od życiodajnych promieni słonecznych. Globalna temperatura spadnie i nastąpi zima nuklearna. W przypadku impaktu będzie to zima poimpaktowa. Jak długo potrwa? Ostrożne obliczenia zakładają 2-3 lat, skrajne nawet 50-100 lat.

Podobnie będzie w przypadku erupcji superwulkanu Yellowstone (VEI 8), Laacher See (przypuszczalnie VEI 8), Toba (VEI 8), Taupo (VEI 8) czy Campi Flegrei (przypuszczalnie VEI 7-8). W każdym przypadku będzie to straszliwe zagrożenie dla życia na naszej planecie. Dość wspomnieć erupcje wulkanu Laki (Skraptarjökull – VEI 4) i Eylafjallajökull (VEI 4) na Islandii czy Krakatau w Indonezji (VEI 7) oraz Pinatubo na Filipinach (VEI 7) spowodowały wielkie straty. W każdym przypadku erupcje spowodowały spadek temperatury o 0,5-1°C i straszne perturbacje pogodowe doprowadzające nawet do klęski głodu i chorób, nie mówiąc już o pokryciu znacznego areału powierzchni Ziemi warstwami toksycznej tefry. Stosunkowo łagodna erupcja Eylafjallajökull w 2010 roku uziemiła samoloty niemal w całej Europie. Kompanie lotnicze poniosły straty rzędu miliardów dolarów.


Teraz po tych pożarach możemy mieć coś podobnego w nieco mniejszej skali: chłód, deszcze, długie okresy niepogody, powodzie, wystąpienia rzek, a zimą zamiecie i zawieje śnieżne w katakliktycznej skali. Wprawdzie uczeni uspokajają, że póki ten piekielny koktajl nie dostanie się do Prądu Strumieniowego i nie zostanie rozniesiony na całym świecie na wysokości 15-20 km. Tym niemniej zagrożenie jest i trzeba go potraktować poważnie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to jest wołanie na puszczy. Masowa eksterminacja lasów, obłędne plany przekopania Mierzei Wiślanej, budowa elektrowni węglowych i atomowych – a wszystko to po to, by nie wprowadzić energii odnawialnych: wodnej i powietrznej. Polska staje się powoli energetycznym skansenem i śmietnikiem Europy. Homogenizowane gówno spływa Wisłą do Płocka i dalej do Gdańska. Nie dziwię się, że prezydent Trump odwołał wizytę w Polsce, po prostu przestraszył się smrodu i wysłał swego zastępcę – niech on wącha smrody „dobrej” zmiany…

Drogo za te szaleństwa zapłacimy i nasze dzieci. I dzieci ich dzieci, bo skutki katastrof ekologicznych zawsze są długofalowe. I tylko utytułowani idioci, którzy nawołują do jedzenia kanapek suto posypanych DDT i wprowadzania GMO w nasze uprawy, biorą za te brednie łapówki od koncernów je produkujących i używających. Nie zastanawiają się, że zmiany klimatyczne mogą ich spłukać jak łajno w klozecie? Za mojej pamięci już tak było – w pamiętnym lipcu 1997 roku. A wiele wskazuje na to, że to może się powtórzyć i to ze zwielokrotnioną siłą, bo lasów – które są jedyną realną siłą zdolną to powstrzymać – jest coraz mniej.

Ale którego ryja przy korycie i żłobie to obchodzi? Après nous, le déluge – hulaj dusza i niech to wszyscy diabli – oto ich dewizy. A Polska? Oni Polskę mieli zawsze tam, sami-wiecie-gdzie – u zakończenia jelita grubego…        

środa, 28 sierpnia 2019

NOL-e na niebie Bajkonuru


Kosmodrom Tiuratam-Bajkonur


Władimir F. Jarynicz


W 1990 roku, pełniąc służbę w Zarządzie Robót Inżynieryjnych w Bajkonurze, na początku dowiedziałem się od oficerów organizujących karawany samochodowe w pustynię, a potem i od szeregowych kierowców, że oni obserwują UFO. Kiedyś w rozmowie z moim dowódcą – płk Biedrinem – podzieliłem się z nim tymi informacjami.


Daleki obiekt


Dostarczaliśmy ładunki do obiektu „Wodowod” – odległego od bazy, w której formowano karawany o jakieś 270 km. Oczywiście kierowcy się męczyli. Latem – żar z nieba, piekło. Nie dotkniesz gołą dłonią drzwi samochodu, zaraz się oparzysz. Dlatego ładunki przewożono wieczorem i nocą. I o tym właśnie rozmawiałem z naszym nowym dowódcą.

Na moje słowa o tym, że NOL-e śledzą nasze karawany, płk Biedrin oświadczył, że komuś się w oczach mieni ze zmęczenia. Albo to są meteoryty. Nie dyskutowałem z nim, choć wspomniał iż on sam też widział UFO – w Omsku. Ale dowódca po prostu położył mi rękę na ramieniu i rzekł:
- Wowka! To wszystko są brednie!

I na tym rozmowa się skończyła. Mówiąc krótko, ja wiele razy jeździłem po pustyni i żadnego NOL-a nie widziałem.


Przekonałem się osobiście


W miesiąc po tej rozmowie, płk Biedrin zdecydował się samemu prowadzić karawanę z ładunkami, aby skontrolować przydatność używanych dróg. Powróciwszy z pustyni zaraz przyszedł do mojego pomieszczenia służbowego z krzykiem:
- Wowka! Latają „talerze”! Obserwowały nas przez całą drogę. Już to nas wyprzedzały, już to leciały za nami, albo wprost nad nami! Mnie i mojego kierowcę jeden z nich nawet oślepił światłem! Nie mogliśmy jechać, musieliśmy stanąć. Teraz wierzę! Miałeś rację!

Było widać, że pułkownik był bardzo zdenerwowany. Oto jakie wydarzenia miały miejsce w Bajkonurze na kosmodromie w tych czasach. Dzisiaj już wielu świadków mówi, że przed startem każdego statku kosmicznego, nad stanowiskiem startowym zawisały UFO. To znaczy, że Oni nas obserwowali, badali? I cały czas prowadzą badania działalności rodu ludzkiego?


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 4/2019, s.25
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      

wtorek, 27 sierpnia 2019

Duch ze starego grobowca




Jurij Kuchliwskin


Tak się zdarzyło, że mieliśmy się przenieść z Syberii do Obwodu Kaliningradzkiego. Pojechałem więc jako pierwszy – na zwiady. Planowaliśmy, że znajdę jakieś miejsce do życia, a potem rodzina sprzeda mieszkanie na Syberii i przyjedzie do mnie już na zagospodarowane miejsce. Miałem mało pieniędzy i wystarczyło mi na pokoik w komunalce. Rozumiałem, że do wyboru sąsiadów należy podejść bardzo poważnie. Przecież będziemy się z nimi widzieli każdego dnia…


Sąsiad-alkoholik


I oto agencja nieruchomości znalazła dla mnie mieszkanie na moją kieszeń. W zasadzie wszystko nam pasowało. I zieleń wokół domu – nawet wiewiórki sobie skaczą, i do pracy niezbyt daleko, przyjemne otoczenie i tylko dwoje sąsiadów – dziad i baba…

Potem się okazało, że dziad to dziadek Sasza, albo po prostu Szurik, był starszy tylko o 7 lat ode mnie. Sekret jak to będąc 50-latkiem wyglądał na 75 był prosty. Były żołnierz, Szurik podszedłszy na emeryturę nie wylewał za kołnierz. Jak kiedyś śpiewał ongi Włodzimierz Wysocki:

Choć napój to obrzydliwy
To od rana go piję za swoje…

I u Szurika szło wszystko na spirytualia – od alpagi po wytwory chemii gospodarczej. Nasz sąsiad próbował wszystkiego – od antyfryzu do płynu hamulcowego… Temat ten dla Szurika najbardziej pożądany i niewyczerpanym. Jego żona – Nastia – nie odstawała od niego. Tak więc tych dwoje, jeszcze stosunkowo młodych ludzi, wyglądali jak staruszkowie.

Sąsiadów starałem się nie denerwować i podtrzymywałem z nimi stosunki neutralne. Tym niemniej udało mi się znaleźć mu jakąś robotę i został on stróżem w fabryce papieru. Myślałem, że praca poprawi sąsiada. No, ale tam niedola też go dosięgła i pojawiła się u niego idee fixe.


Rozbita płyta


Rzuciwszy posadę stróża, Szurik wyprawił się na poszukiwanie skarbu. W przekonaniu o jego istnieniu utwierdziło go znalezisko. W ogródku naszego starego domu, który stał tu jeszcze od przedwojennych czasów, sąsiad wykopał jakąś nagrobną płytę. Na niej znajdował się jakiś napis w gotyku, który się zachował. Ale przeczytać się tego nie udało.

No i Szurik nie widzieć czemu zdecydował, że na tym samym miejscu (gdzieś pod płytą) bez wątpienia powinien być zakopany skarb. Przez parę dni nie zwracał uwagi na uwagi sąsiadów, i kopał łopatą kamienisty grunt. A kiedy poznał swą omyłkę, rozwalił masywną płytę i wyrzucił ja do kontenera na śmieci i odpadki.

I tej samej nocy, nasza sąsiadka Nastia postawiła na nogi swym krzykiem cały dom. Obudził ją jakiś skrzyp desek podłogowych i czyjeś westchnienia. Jej się wydawało, że ktoś chodzi po jej pokoju. Szurik po kolejnym ochlaju spał jak zabity i niczego nie słyszał. Nastia usłyszała kroki i zapytała:
- Kto tam?
Ale tylko z łomotem spadła na ziemię ceramiczna waza z zasuszonym bukietem. A potem Nastię ktoś chciał udusić. Kobieta z trudem wyrwała się i uciekła z pokoju.


Dwie śmierci pod rząd


Następne dni dla pary alkoholików stały się prawdziwym koszmarem. Tajemniczy duch po nocach buszował po ich pokoju, rwał im odzież, rozbijał w drebiezgi szklane przedmioty. A kiedyś nieznany duch z taką siłą szarpnął łóżkiem małżonków, że tylko cudem nie spadli na podłogę. Dziwne jest to, że w moim pokoju oddzielonym tylko cienką ścianką nie było słychać niczego.

Wszystko to skończyło się dla Szurika i jego żony całkiem źle. Najpierw nieoczekiwanie zeszła na zawał serca jego Nastia. A po paru tygodniach nie stało i Szurika. Wybrawszy się rano przeszukać śmietnik za jakimiś szklanymi naczyniami, wpadł pod koła przejeżdżającej ciężarówki. Do tego kierowca, który sam wezwał GAI[1] przekonywał wszystkich, że Szurik nie wpadł po prostu pod koła samochodu, ale go ktoś pod nie popchnął.

Czy był to u naszego sąsiada ostatni objaw białej gorączki, czy ktoś zemścił się z tamtego świata za rozbitą płytę nagrobną, to pozostaje zagadką. Potem znów zmieniłem miejsce zamieszkania do sławnego miasteczka Poliessk, które znajduje się w odległości 45 km od Kaliningradu, i wkrótce dołączyła do mnie moja rodzina.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 4/2019, s. 24
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  
  


[1] Rosyjska policja drogowa.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Różnokolorowy naszyjnik Słońca - Projekt Neptun


Neptun

Olga Strogowa


Aktualnie znamy kolor tylko jednej planety spoza Układu Słonecznego – to jest HD 189.733 A b w gwiazdozbiorze Liska. Przy pomocy 3,6 m teleskopu HARPS udało się ustalić, że jest ona niebieska.

Nasz Układ Słoneczny zajmuje w Galaktyce szczególne miejsce i to nie tylko dlatego, że znajduje się w nim Ziemia i na Ziemi istnieją istoty rozumne. Jest on jeszcze unikalny ze względu na rozmaitość światów obracających się wokół Słońca: to planety i ich satelity, asteroidy i „ogoniaste gwiazdy” – komety. Jest też obiekt o „zmienionej klasyfikacji” – Pluton, który przez ¾ wieku od swego odkrycia szczycił się tym, że był uznanym za Dziewiątą Planetę, granicę Układu Słonecznego, a potem pozbawiono go tego statusu. Dla niego właśnie wymyślono specjalną nazwę – „karłowata planeta”.[1]


Tęcza w Układzie Słonecznym


Pozostałych osiem planet Układu Słonecznego są także bardzo zróżnicowane w swych właściwościach: planety skaliste i gazowe olbrzymy, z atmosferami i bez, kilka razy mniejsze od Ziemi i dziesiątki razy większe… A wszystkie one różnią się kolorem. Można powiedzieć, że Słońce otacza prawdziwy naszyjnik zrobiony z kolorowych, drogocennych kamieni, z których każdy jest piękny w swoim rodzaju.

Kiedy wspomnimy kolory spektrum (siedem kolorów tęczy – przyp. aut.), to Układzie Słonecznym występują one niemal wszystkie. Czerwony Mars, pomarańczowy z jaśniejszymi plamami Jowisz, biało-złota Wenus i szarożółty Saturn, niebieska z zielonym, brązowym, i z plamami białych obłoków Ziemia, jasnoniebieski Uran, i na koniec ciemnoniebieski i błękitny – jak to wypada bogu mórz – Neptun.

Brakuje, jak zauważyliśmy, koloru fioletowego. Jego w tęczy planet zastępuje ciemnoszary kolor Merkurego, pierwszej planety od Słońca, martwego, bez atmosfery, kamiennego odłamka o rozmiarach 2,5-razy mniejszego od Ziemi.

A oto druga planeta – Wenus – wygląda z kosmosu na biało-żółtą, ale to nie znaczy, że taką jest jej powierzchnia. Jaki ma kolor powierzchnia Wenus, tego do dziś dnia nie wiadomo, bowiem od „ciekawskich oczu” chroni ją nieprzebijalna dla wzroku warstwa chmur z gazowego kwasu siarkowego. To one okrywają „boginię miłości” i nadają jej kolor wanilii.

Powierzchnia Marsa, odwrotnie, jest dokładnie dostępna naszym oczom. Jego atmosfera jest całkiem cieniutka i przejrzysta, by ukryć czerwony kolor gleby bogatej w tlenki żelaza. Pięknym jest pomarańczowy, z jasnożółtymi i białymi plamami Jowisz. To jest gazowy gigant nie mający twardej powierzchni, a kolor jego obłoków nadaje przede wszystkim amoniak – NH4 i wodorosiarczek amonu – (NH4)SH. Na obliczu „króla bogów” występuje także Wielka Czerwona Plama, która nie jest niczym innym, jak szalejącym tornado o średnicy 50.000 km. Jest to potwornej siły wir atmosferyczny o rozmiarach o wiele większych od naszej Ziemi.

Najbardziej efektowny swym wyglądem członek słonecznej rodziny to oczywiście Saturn – „Władca Pierścieni”. Jeżeli idzie o kolor, to nie jest on atrakcyjny – ot, taki szaro-żółty. Jest to tak jak Jowisz – gazowy olbrzym bez twardej powierzchni planetarnej. Tak jak Jowisz otoczony obłokami z amoniaku, tylko mniej energicznymi. I tak jak na Jowiszu żadnych szans na pojawienie się jakichś form życia.

Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że pojawienie się form życia ma jakiś związek z kolorem planety. Z drugiej strony nasza Ziemia jest błękitna…

W Układzie Słonecznym są jeszcze dwie niebieskie planety – Uran i Neptun. Ale niestety, i Uran i Neptun są tak nieprzyjazne dla życia jak Jowisz i Saturn. Ale jeżeli odejdziemy od pytania o możliwość istnienia tam życia, to się okaże, że jest to kolor rozświetlonego nieba. Uran i praktycznie ultramarynowy Neptun – to są dwa bardzo ciekawe obiekty kosmiczne. A szczególnie Neptun.  


Kosmiczny zdobywca


Neptun to bóg mórz antycznych Rzymian, miałby pełne prawo nazywać się Panem Wiatrów i nosić błękitno-niebieskie i niebiesko-zielone szaty. Jednakże w 1846 roku (data odkrycia Neptuna – przyp. aut.) nikt nawet nie mógł sobie wyobrazić, że nazwa planety będzie tak bardzo pasowała do jej wyglądu zewnętrznego.

Te szczegóły udało się ustalić w 1989 roku, w 12-tym roku swej kosmicznej podróży przeleciała koło Neptuna automatyczna stacja międzyplanetarna Voyager-2. Dane uzyskane przez Voyagera pozwoliły na otrzymanie ogromnej ilości informacji o tej planecie i tym sposobem ustalić już znane nam fakty.

I tak Neptun od 2006 roku uznany za najdalszą planetę Układu Słonecznego (zamiast zdegradowanego Plutona – przyp. aut.) jest de facto lodowym gigantem o masie równej 17 mas Ziemi i o średnicy 4 razy większej od Ziemi. W odróżnieniu jej od gazowych gigantów Jowisza i Saturna, ma on powierzchnię, która składa się z lodu.

Ale powierzchnia ta jest bardzo zimna, jej temperatura wynosi -220°C, a ciśnienie atmosferyczne jest bardzo wysokie[2] i ten lód powinien charakteryzować się niezwykłymi fizycznymi właściwościami. I tak to może nie być lód w naszym pojmowaniu, ale mieszanina lodu z nadciekłą i nadprzewodzącą cieczą.

Jak się okazuje, Neptun ma swe pierścienie, chociaż nie są tak błyszczące jak u Saturna. Trudno je dostrzec przez teleskop, bowiem są one ciemne i cienkie, a nie jaskrawe jak u Saturna. Być może są one stosunkowo młode i młodsze od pierścieni Saturna. Istnieje przypuszczenie, że pojawiły się one w tym czasie, kiedy to Neptun „przejął” z położonego nieopodal Pasa Kuipera (drugi w oddaleniu od Słońca pas asteroidów – przyp. aut.) swój główny księżyc: Trytona.

Wsparciem dla teorii grawitacyjnego wychwytu Trytona jest fakt, że on porusza się wokół Niebieskiej Planety ruchem wstecznym – odwrotnym do ruchu innych księżyców Neptuna. I właśnie dlatego Trytona oczekuje paskudny los – w czasie ok. 1 mld lat zostanie on rozerwany siłami grawitacji „zdobywcy”, a jego szczątki utworzą nowy pierścień wokół planety.


Zagadka Wielkiej Ciemnej Plamy


Ale powróćmy do samego Neptuna i jego tajemnic.

Neptun ma nie tylko księżyce i pierścienie, ale także pole magnetyczne. A żeby było ciekawiej, to ma on nie dwa, ale cztery bieguny magnetyczne – dwa północne i dwa południowe.

Atmosfera Neptuna jest w swym składzie podobna do atmosfer Jowisza i Saturna, i składa się z wodoru, helu i licznych gazowych domieszek, przede wszystkim metanu. Ale zamiast amoniakalnych obłoków, Neptuna otaczają przede wszystkim obłoki metanowe, które nadają mu miejscami miły oku niebieski, miejscami błękitny odcień. Mimo tego, że kolor niebieski jest kolorem pokoju i moderacji, to pokoju na Neptunie wcale nie ma. Panują tam szalone wiatry. I to bardzo. Najbardziej wietrzne miejsce Jowisza zwane Wielką Czerwoną Plamą może okazać się całkowicie spokojnym sztilem.

Wielka Ciemna Plama na Neptunie

No bo zobaczcie sami: Voyager-2 w 1989 roku sfotografował w atmosferze Neptuna coś, co nazwano przez analogię do Jowisza Wielką Ciemną Plamą. Szybkość wiatru w Wielkiej Ciemnej Plamie okazała się praktycznie (dla danego składu atmosfery) ponaddźwiękową i rekordową dla Układu Słonecznego – 2400 km/h.[3] Skąd się to w ogóle wzięło i na co to było potrzebne Neptunowi i gdzie literalnie znikło w ciągu 5 lat – tego nie wie nikt.


Kto poleci na Trytona?


Określić, jak ona znikła, uczeni mogli w 1994 roku przy pomocy LST Hubble. Jednakże ostatnie obserwacje pokazały, że Neptun jawnie „odczuwa potrzebę” gigantycznych, ponaddźwiękowych wiatrów. Aktualnie astronomowie lubują się od kilku lat nowym niebieskim obiektem – jeszcze większym i piękniejszym od poprzedniego. Otrzymało ono nazwę Północnej Wielkiej Ciemnej Plamy.

I jeszcze jedna zagadka „Pana Wiatrów” to taka, że on pomimo skrajnie niskiej temperaturze powierzchni oddaje w przestrzeń kosmiczną 2,5 razy więcej energii, niż jej otrzymuje od Słońca. W dzisiejszych czasach nie ma na to nawet teoretycznego wyjaśnienia.

Tryton

Z przykrością możemy stwierdzić z pewną dozą wiarygodności zagadki Neptuna w najbliższym czasie będą nierozwiązane. Nikt na razie nie zamierza polecieć tak daleko do samej granicy Układu Słonecznego.

Wedle niektórych historyków, NASA planowała w 2019 roku wystrzelić automatyczny aparat kosmiczny Argo, który powinien dolecieć do systemu księżyców Jowisza, Saturna, a szczególnie do Neptuna i jego satelity Trytona, ale sądząc z tego wszystkiego, projekt nadal pozostaje projektem.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 4/2019, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz          



[1] Karłowatymi planetami poza 134.340 Plutonem są: 1 Ceres, 136.108 Haumea, 136.472 Makemake i 136.199 Eris.
[2] Wynosi ono 10 GPa.
[3] Na Jowiszu tylko 618 km/h.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Nunda: afrykańska Chupachabra


Sielski widoczek z j. Tanganika, ale na jego brzegach czai się prehistoryczny potwór - Mngwa...


Dimitri Sokołow


Niezwykłe stworzenie, przez krajowców zwane Chupachabra, w dniu 31.X.2018 roku w czasie tylko jednej nocy zamordowało około 100 królików i kur, a także kilka owiec we wsi Bystrowka n./Obem (Iskitimsij Rejon, Obwód Nowosybirski; N 15°32’09” – E 082°33’43”).

Kilka lat temu, mieszkańcy Europy i Ameryki z niejakim przerażeniem przekazywali sobie historie o Chupakabrze – potworze podobnym do kota albo rysia, który krąży po nocach i literalnie rozrywa na sztuki zwierzęta domowe. Co to za stworzenie, zoologowie nie mogą stwierdzić do dziś dnia. A przecież Afrykańczycy wiedzieli o tym potworze już na początku XX wieku i zawsze uważali je za zrodzone przez ciemne siły…

Mngwa/Nunda - rekonstrukcja R. Ucrytel


Zagadkowe ślady


Gdyby w afrykańskiej dżungli rosnącej na brzegach jez. Tanganika miejscowemu mieszkańcowi opowiedzieć o wyczynach Chupacabry, on by się nawet nie zdziwił, bowiem takie stworzenie na Czarnym Kontynencie jest znane od niepamiętnych czasów. Plemiona Centralnej Afryki nazywają je Nunda albo Mngwa. Od czasu do czasu potwór ten wychodzi z dżungli i, podobnie jak Chupachabra, zabija domowe bydło, a czasami też i ludzi.

Do naszych czasów ostał się dokument, w którym opisuje się wydarzenie, które miało miejsce w 1920 roku pewnej nocy, w pobliżu największego miasta Tanzanii – Dar-es-Salaam z mroku wyskoczyło tajemnicze zwierzę, które w mgnieniu oka zamordowało dyżurnego policjanta. W czasie oględzin ciała w dłoni zabitego znaleziono kłak szarej sierści, a naoczni świadkowie opisywali je jako kota wielkości cielaka. W następną noc zwierzę rozprawiło się z jeszcze jednym stróżem porządku. Wszystkiego w ciągu tygodnia na liście ofiar nocnego potwora znalazło się ponad 10 ludzi i kilkanaście zwierząt domowych. Tym niemniej złapać potwora się nie udało.



Nunda według różnych relacji

W swej książce, opisującej niezwykłe zwierzęta z afrykańskiego kontynentu, Frank Lane spośród wielu przytacza historię zapisaną ze słów znanego podróżnika Patricka Bouznego. Pewnego razu podróżnik stał obozem na brzegu Tanganiki, kiedy przybiegli do niego przerażeni krajowcy z jednej z wiosek. Z ich bezładnych opowiadań Bouzne zrozumiał, że na tą wioskę napadła jakaś Nunda i porwała małego chłopca. Zbadawszy ślady, które pozostawiło zwierzę, podróżnik był absolutnie zdziwiony. W pierwszej chwili sądził, że to był trop lwa, ale przyjrzawszy się dokładniej stwierdził on ze zdumieniem, że był on wielokrotnie większy.

Dziwną relację potwierdzili także miejscowi krajowcy przerażeni nocną wizytą.


Pasiasty potwór


Brytyjczyk – kpt. William Hichens – w 1937 roku, w magazynie dla podróżników opublikował opowieść o dziwnym wydarzeniu, które miało miejsce we wsi Mchingu znajdującej się na brzegu Tanganiki. Pewnego razu, kiedy Hichens znajdował się we wsi, krajowcy przynieśli mu do leczenia myśliwego, na którego napadło w lesie nieznane zwierzę. Na pytanie Williama, kto napadł na mężczyznę ten z trudem odpowiedział, że Mngwa. Znając doskonale opowieści o krwawym kocie o rozmiarach cielaka, Hichens zapytał myśliwego, czy się nie omylił i czy nie napadł nań lampart. Myśliwy jednak nie dał się zbić z tropu i ponownie odpowiedział mu – Mngwa. Opowiadając o tym wydarzeniu Hichens solennie przekonywał, że jemu byłoby prościej objaśnić Mngwę zwyczajnym lwem czy dużym lampartem, ale ilość widzianych przezeń ofiar zagadkowego kota i ich opowiadania o spotkaniach z potworem nie pozostawiły nawet cienia szansy na takie wyjaśnienie. Według poglądu Hichensa – Nunda czy Mngwa istnieje naprawdę. Najczęściej europejscy badacze i podróżnicy opisywali Nundę wedle słów krajowców jako ogromnego, puszystego kota wielkości osła. Na jego tułowiu widoczne są wąskie paski. Niezwykłe właściwości tego zwierzęcia potwierdza jego nazwa – Mngwa – co w jednym ze starych tamtejszych narzeczy oznacza „dziwne zwierzę”. Zwierzę to jest dostatecznie dziwne, a do tego jeszcze stare. Jego pierwsze potwierdzone obserwacje datują się na rok 1150 i są one opisane w jednym z miejscowych hymnów wojennych. Według tekstu pieśni, na pożarcie strasznemu zwierzowi zostawiają jeńca wojennego. Do tego byłoby naiwnością zakładać, że żaden z europejskich myśliwych ani raz nie próbował złapać Nundę, czy chociaż ustrzelić ją. 

Jedna z rekonstrukcji Mngwy

W 1924 roku, Londyńskie Muzeum Zoologii wysłało w afrykańskie dżungle ekspedycję pod kierownictwem prof. Henry’ego Stone’a. pewnego razu podróżnicy wyszli na brzeg Tanganiki, gdzie usłyszeli mnóstwo opowiadań o spotkaniach z Nundą. Ma się rozumieć, profesor zapragnął złapać to dziwne, mityczne zwierzę. Pomocy w tym mieli mu udzielić trzej miejscowi myśliwi: Mngawi, Zuaza i Bangwa. Chodząc po dżungli napotkali na świeży trop, podobny do śladów lamparta, ale kilka razy większe. Ciemniało już, więc postanowili poszukiwania odłożyć do jutra. Na próżno. W nocy na wieś napadł potwór. Nieznany stwór rozerwał ogrodzenie koszaru z owcami i śmiertelnie poranił miejscowego pasterza. Na pytanie profesora, kto to wszystko zrobił, miejscowi w odpowiedzi unisono powtarzali tylko słowo – Mngwa. Okazało się przy tym, że Mngwa niejednokrotnie napadała na tą wieś, ale potem gdzieś przepadła. Krajowcy uwierzyli w to, że ich modlitwy zostały wysłuchane i bogowie wreszcie zabrali potwora. Myśliwi rzucili się w dżunglę na poszukiwanie Mngwy. Po godzinie potwór stanął przed nimi w całej swojej krasie. Nunda czy też Mngwa w rzeczywistości okazała się być ogromnym kotem, mierzącym w kłębie 1,5 m, z silnymi łapami i małymi uszami. Jej skórę pokrywały szaro-czarne plamy i podłużne pasy. Ujrzawszy ludzi Nunda z miejsca zaatakowała jednego z przewodników. Na szczęście któryś z członków ekspedycji zdążył dać ognia ze strzelby i ranił zwierzę w grzbiet. Ryknąwszy donośnie, Nunda skryła się w leśnej gęstwinie.


Złowrogi kot


Jest takie prawidło, że pojawianie się mitycznych stworzeń zawsze przychodzi nieoczekiwanie. Miejscowi krajowcy w ogóle nie mogą sobie przypomnieć przykładu, kiedy tego czy innego potwora udało się im zobaczyć pierwszego. Nunda nie jest wyjątkiem. W Afryce krąży dawna legenda opisująca historię pojawienia się Nundy w dżunglach tego kontynentu. Zgodnie z tym podaniem, pewnego razu olbrzymi kot sułtana uciekł z woliery i wpadł do kurnika. Ma się rozumieć, że po kilku chwilach w kurniku nie było ani jednej żywej kury. Żołnierze z gwardii sułtana poprosili o zezwolenie na zabicie bestii, ale otrzymali odmowę. Swoją decyzję sułtan uzasadnił całkiem prosto: „Kury moje, kot mój – niech robi, co chce.” Potem po kurach ofiarami dziwnego kota stały się owce, krowy, i nawet wielbłądy sułtana. Za każdym razem sułtan odpowiadał podobnie. „Zwierzęta moje, kot mój – niech robi co chce”. Kroplą, która przepełniła czarę była śmierć od kocich pazurów trzech dzieci sułtana. Dowiedziawszy się o tym, władca wykrzyknął: „To już nie jest kot, to Nunda!” Widząc ból ojca jego najmłodszy syn przyrzekł wyśledzić i w odwecie zabić kota. Jednakże zadanie było ponad jego siły, więc zabił dzikiego psa i przyniósł go matce. Kobieta nie uwierzyła synowi i wyprawiła go z powrotem w dżunglę. Następnymi razami syn przyniósł jej żyrafę, nosorożca, wiwerę i słonia, za każdym razem sądząc, że to złowrogi kot. Ale matka wciąż wysyłała go w las opisując jak powinna wyglądać prawdziwa Nunda. I wreszcie chłopiec napotkał Nundę i zastrzelił ją ze swej strzelby. Z wdzięczności za to, ojciec ustąpił mu z tronu.



Wielkie koty szablastozębe - czy to one są odpowiedzialne za legendy o Mngwie/Nundzie?


Moje 3 grosze


Osobiście jestem zdania, że Mngwa czy też Nunda jest zwierzęciem reliktowym. Pozostałością po afrykańskiej megafaunie – drapieżnikiem w rodzaju Mahajrodona z przełomu Trzeciorzędu i Plejstocenu czy Machairodusa żyjący w Pliocenie i Miocenie, albo amerykańskiego Smilodonta. Jakimś cudem te wielkie koty przetrwały ostatnie Wielkie Wymieranie i teraz czają się w głębinach afrykańskich dżungli.

Mngwa/Nunda jest znana nie tylko w Tanzanii ale także w Kenii i Ugandzie. Te wielkie koty są jeszcze bardziej niebezpieczne od lwów, ale działają tylko i wyłącznie w nocy. Tym niemniej nikomu nie udało się takiego upolować czy schwytać żywcem. Zagadka pozostaje nadal otwarta. Podobnego zdania jest Daniel Laskowski, który opisał je w jednym ze swych fantastyczno-sensacyjnych opowiadań pt. „W cieniu góry Elgon” – zob. https://daniel-laskowski.blogspot.com/2017/07/wysoka-ponoc-55.html i dalsze. On także zakłada, że te koty są kryptydami z czasów, kiedy w Europie i Ameryce panowały mamuty, a Atlantydzi dopiero tworzyli zręby cywilizacji.

Ale to już temat z innej ballady. 


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 3/2019, ss. 32-33
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz     

środa, 21 sierpnia 2019

Alchemik III Rzeszy




Dimitri Sokołow


W Imperium Rosyjskim poczynając od XVI wieku aż do rewolucji w 1917 roku, istniała oficjalna funkcja nadwornego alchemika. W swoim czasie pełnił ją Michaił Wasiliewicz Łomonosow.

Otrzymanie złota z ołowiu przez wieki było marzeniem mnóstwa alchemików, pośród których czasami trafiali się i monarchowie oświeconej Europy. Niestety, ich trud nie zwieńczył sukces. Jednakże w 1925 roku, w Niemczech pojawił się awanturnik twierdzący, że potrafi zrobić złoto z ołowiu. Dano mu wiarę…


Generator „genialnych” idei


Trudno powiedzieć, czy znano w Bawarii z pierwszej ćwierci XX wieku popularną bajkę o kaszy z topora. Tym niemniej, jeden z urodzonych tam Niemców – Franz Tausend – postanowił powtórzyć drogę życia pewnego rosyjskiego żołnierza i oświadczył, że zna sposób na uzyskanie złota z nieszlachetnych metali. Oczywiście mu nie uwierzono, chociaż w Europie istniało wiele średniowiecznych muzeów z alchemicznym złotem i nawet monetami wybitymi z niego. Ale nikt nie odnosił się poważnie do tych eksponatów. Przecież gdyby ktoś odkrył tajemnicę kamienia filozoficznego[1] to świat przewróciłby się do góry nogami. Ale Tausend nie poddawał się i twierdził, że przeprowadził wiele udanych eksperymentów otrzymując złoto z ołowiu w zwykłej pracowni pod Monachium. Ale żeby nadać sprawie bieg niezbędne mu były środki finansowe. Sponsorów jednak nie znaleziono. W rodzinnym mieście potraktowano go jak awanturnika.

Zanim pokazał im alchemiczny sposób robienia złota, Bawarczyk wydał skandaliczną książkę pt. „180 pierwiastków chemicznych, ich masy atomowe i włączenie ich do układu harmoniczno-okresowego pierwiastków”. Do tego, wedle słów samego autora, 100 pierwiastków zamierzał on dopiero odkryć. Oczywiście otoczenie odnosiło się do Tausenda z odpowiednio dużą dozą sceptycyzmu, ale jak wiadomo – guttae lapidem caveat – krople drążą skałę, i tak po pewnym czasie nasz awanturnik pozyskał swego pierwszego inwestora, który włożył w jego interes niebagatelną sumę – 100.000,- RM. Jednakże zamiast tego, by zacząć budowę fabryki do produkcji złota, Tausend… rzucił się do skupywania działek ziemi i spekulacje nimi, co przyniosło mu większy dochód, niż produkcja złota…


Franz Tausend

Alchemik z wielkiej drogi


Tak więc Tausend zapomniał o swoim „głównym celu”. Otrzymując wielkie pieniądze, a z nimi możliwości bywania w sferach, bawarski alchemik poznał kierownictwo, nabierającej coraz bardziej na znaczeniu w Niemczech partii nazistowskiej – NSDAP. Potrafiąc operować wielkim i pieniędzmi, rzutki Bawarczyk nie myśląc wiele barwnie opisał świetlaną przyszłość bonzom Trzeciej Rzeszy wynikającej z nieograniczonej produkcji złota na skalę przemysłową wedle jego recepty. Ziarno padło na podatny grunt. Naziści mający ciągotki do mistyki poszli na lep słów Tausenda. Jednakże okazali się być ludźmi praktycznymi, przez rozpoczęciem finansowania poprosili go o zademonstrowanie im metody otrzymania złota z ołowiu. Wypadałoby cwanemu Bawarczykowi obrócić wszystko w żart i nie pokazywać się na oczy nazistom. Ale nie! Tausend bez mrugnięcia okiem zgodził się na zademonstrowanie swej unikalnej metody w praktyce.

Alchemiczne Wielkie Dzieło miało mieć miejsce w łazience pokoju hotelowego. Aby wykluczyć oszustwo, naziści przyprowadzili ze sobą inżyniera-chemika, który miał za zadanie nadzorować czystość eksperymentu. Z ramienia NSDAP był tam gen. Erich Ludendorf, bliski przyjaciel Hitlera i także aktywny uczestnik Monachijskiego Puczu Piwnego.[2] Roztopiwszy ołów, alchemik dodał do niego trzy gramy tlenku żelaza (Fe2O3) i po szeregu manipulacji rzeczywiście otrzymał 0,3 g złota. Ekspert nie wierząc własnym oczom zwrócił się do Ludendorfa i ostrożnie stwierdził:
- Panie generale, to niewiarygodne, ale to jest złoto…


Włoska rezydencja Franza Tausenda


Zręczność rąk?


Po tym, jak kierownictwo NSDAP zawierzyło Franzowi Tausendowi, na jego ręce literalnie rzeką spłynęły wielkie inwestycje. Wkrótce pod naciskiem swoich nowych mocodawców, Tausend zarejestrował tzw. Spółkę 164, której zadaniem było uzyskiwanie złota z ołowiu. Generał Ludendorf jako kurator alchemika kontrolował finansowanie jego projektu, podpisał z Tausendem niewolniczą umowę, na mocy której wszelkie prawa do jego alchemicznej metody przechodziły na generała, a sam Tausend miał zadowolić się jedynie 5% udziałem w zyskach przedsiębiorstwa. Ku ogromnemu zdumieniu Ludendorfa, Bawarczyk przystał na to od razu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Tausend nie zamierzał produkować jakiegokolwiek złota, bowiem interesowały go pieniądze załatwiane przez generała i możliwość operowania nimi.

Zgodnie z podziałem pakietu akcji, dochód kompanii podzielono następująco: 12% szło do akcjonariuszy, 8% do asystentów, 5% dla Tausenda, a pozostałe 75% generał zabierał dla siebie i na potrzeby NSDAP. Bardzo szybko na kontach przedsiębiorstwa zgromadziło się ponad 1 mln RM, które rozporządzenie nimi powierzono Tausendowi. Inwestorzy i akcjonariusze z niecierpliwością oczekiwali, kiedyż to wreszcie zacznie się produkcja złota na skalę przemysłową. Na próżno. Tausend miał o wiele ważniejsze zadania. Jeździł on po całym kraju rejestrował kompanie, które dzisiaj nazwalibyśmy pralniami pieniędzy. Najczęściej organizacje te występowały pod nazwą Towarzystwo Badawcze Franza Tausenda. A do tego alchemik nie przestawał reklamować na prawo i na lewo swe odkrycie. Doszło do tego, że w inwestorach jego kompanii produkującej złoto z ołowiu znalazł się sam Benito Mussolini, a filie jego firmy pojawiły się we Włoszech.

Ale chciwość i samouwielbienie obróciły się w końcu przeciwko niemu i zgubiły bawarskiego alchemika. Włosi okazali się być niedostatecznie egzaltowanymi i łatwowiernymi jak Niemcy i potrzebowali dowodów na prawdziwość metody Tausenda. Licząc na to, że eksperyment podobnie jak w przypadku Ludendorfa przebiegnie pomyślnie, Tausend zaprosił Włochów do siebie do laboratorium. Był wielce zdziwiony, kiedy na progu swego laboratorium ujrzał nie paru ekspertów, nasłanych na niego przez Duce, ale znanego profesora chemii otoczonego wielką grupą uczonych. Uciec nie było dokąd i eksperyment się rozpoczął. Z początku wszystko szło jak po maśle, ale w najważniejszym momencie profesor dokładnie obserwujący „robienie złota” złapał Tausenda za rękę w chwili, w której awanturnik zamierzał wrzucić do tygla kawałek ołowiu z cząstkami wtopionego weń złota. Oszustwo zostało zdemaskowane. Powstał z tego ogromny skandal.

Franz Tausend na ławie oskarżonych


Krach aferzysty


Przeczuwając szybki koniec, w 1929 roku Tausend ogłosił bankructwo swego Towarzystwa Badawczego Franza Tausenda, oczyścił konta z miliona marek na zakup… działek ziemi i zapisał je na swe nazwisko. Wkrótce został on aresztowany za oszustwo. Od natychmiastowej rozprawy sądowej uratowało go tylko to, że naziści nie przejęli jeszcze pełni władzy w kraju[3], a świadkami w procesie byliby bardzo wysoko postawieni ludzie z NSDAP. Postanowił więc blefować do ostatka, Franz Tausend butnie oświadczył, że wszystkie oskarżenia są kłamliwe, a on rzeczywiście zna sposób „robienia złota” z ołowiu i zażądał przeprowadzenia eksperymentu śledczego. I choć brzmi to niewiarygodnie, sąd przychylił się do jego prośby. (!!!)

Kolejne, trzecie już z kolei, pokazowe „warzenie złota” miała miejsce w budynku monachijskiej mennicy. Aby wykluczyć możliwość oszustwa, Bawarczyka rozebrano i starannie zrewidowano. Dopiero potem dopuszczono go do przeprowadzenia eksperymentu. Następnie stało się coś niewiarygodnego. Tausend z ołowianej próbki o wadze 1,67 g uzyskał maleńką kuleczkę składającą się z 0,095 g złota i 0,025 g srebra.

Sąd był w zamieszaniu, a adwokaci natychmiast zażądali wypuszczenia swego klienta. Uratowali sprawę badacze, którzy przytomnie oświadczyli, że nie sądzi się go za możliwość robienia złota z ołowiu, ale za machinacje i oszustwa finansowe o wielkich rozmiarach. W 1931 roku fałszywego alchemika skazano na 3 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

Franz Tausend zmarł w 1942 roku, pozostawiając potomnym zagadkę, kimże on był w rzeczy samej: utalentowanym uczonym-samoukiem czy jednym z najbardziej cwanych awanturników w historii Niemiec.


Moje 3 grosze


Pomijając fakt, że Tausend był jednak tym drugim, wciąż pozostaje otwarte pytanie o robienie złota w III Rzeszy. Pisząc wraz z dr. Milošem Jesenským książkę na temat pozaziemskich technologii w III Rzeszy[4], zwróciliśmy uwagę na pewien dziwny aspekt istnienia tajemniczego kompleksu Der Riese w Górach Sowich.

Powszechnie uważa się, że Riese było częścią kompleksu dowódczo-sztabowego, fabryką broni i amunicji, kompleksem badań nad bronią jądrową, kompleksem badawczo-produkcyjnym broni odwetowych - w tym sławetnej V-7, itd. itp. Na ten temat powstało mnóstwo hipotez i snuto różne przypuszczenia o podobnym stopniu prawdopodobieństwa.

W naszej książce rzuciliśmy jeszcze jedną propozycję, a mianowicie: Riese miał być fabryką … złota. Hipoteza szaleńcza? No nie bardzo. III Rzesza potrzebowała złota na spłacenie przede wszystkim długów zaciągniętych w ramach wysiłku wojennego. Źródła złota znajdowały się poza zasięgiem nazistów, więc co było robić? Na szczęście Niemcy dowiedzieli się o możliwościach fizyki jądra atomowego i transmutacji jednych pierwiastków w drugie. Tak więc znów pojawiła się alchemia, ale ta współczesna – alchemia jądra atomowego.

Jednakże złoto jest metalem niezwykle odpornym i trudnym do syntezy. Oczywiście taka synteza jest możliwa, ale potrzeba do niej ogromnych ilości energii. Całość polega na tym, że np. irydowy target ostrzeliwuje się cząstkami alfa, które wnikając do jąder atomowych zmieniają iryd w złoto zgodnie z równaniem: 19577Ir + 42α => 19779Au. Innym sposobem jest rozpad jąder izotopów cięższych pierwiastków tak, by jednym z produktów rozpadu był ten upragniony, jedyny stabilny izotop 197Au. Dokładnie opisał to Klaus Hoffman w książce „Sztuczne złoto”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1985, którą polecam.

Wirówki i reaktory mogły zatem znajdować się w Riese, gdzie przygotowywano paliwo jądrowe i tarcze. Cyklotron(y) mógłby znajdować się w Ludwikowicach. Świadczy o tym tajemnicza „muchołapka” do której wiodły potężne kable energetyczne. Ich obecność nadaje sens tej hipotezie, bo takie urządzenie żre potworne ilości prądu.

NB, reaktory jądrowe znajdował się także we Wrocławiu, jak pisze Bogusław Wołoszański – przy pl. Strzegomskim i ul. Ołbińskiej, które są odpowiednikami obiektów w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu n./Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.[5] Na szczęście nazistom nie udało się ich wszystkich uruchomić i III Rzesza nie uzyskała maszynki do robienia złota. Może dlatego, że zabrali się do tego od niewłaściwej strony…?


Źródło - "Tajny XX wieka"nr 3/2019, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - (C) R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Lapis philosophorum znany jako xerion lub tinctura.
[2] Nieudana próba zamachu stanu i przejęcia władzy w Bawarii przez NSDAP w dniach 8-9.XI.1923 r.
[3] Nastąpiło to dopiero w 1933 roku.
[4] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland: Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS, Warszawa 2001.
[5] Wg Bogusław Wołoszański - „Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce” - w „Focus”  - https://www.focus.pl/artykul/slady-hitlerowskiego-programu-atomowego-w-polsce