Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjawiska PSI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjawiska PSI. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2026

Tajemnica pod Gýmeszem: Kiedy lato na szlaku turystycznym zastąpiła jesień

 


Franciszek Kovár

 

Zamek Gýmeš to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w górach Tribeč. Nawet na tak często odwiedzanym chodniku można znaleźć się w sytuacji, której zdrowy rozsądek nie potrafi przetworzyć. Nasza zwykła letnia wędrówka zamieniła się w chłodzącą ucieczkę od innej rzeczywistości w sekundę.

 

Nagły uskok w czasie

 

To był początek lata, las świecił głęboką zielenią i szłyśmy z koleżanką w stronę ruin zamku. Jednak komfort nagle zniknął. Ni stąd ni stąd ni stąd, nagle pojawiło się we mnie niewytłumaczalne poczucie strachu i niepokoju. To nie był strach przed zmęczeniem, ale czysta, zwierzęca wizja zagrożenia.

W jednej chwili spacerowałyśmy w cieniu zielonych koron, a w następnej zmieniło się światło wokół nas. Dostało dziwnego, matowego i martwego odcienia, jakby ktoś przyłożył szary filtr na obiektyw. Nagle zdałam sobie sprawę, że pod stopami nie ma trawy, tylko suche, martwe liście.

 

Las który miał nie istnieć

 

Choć był początek czerwca, to las wokół nas trwał jesienią. Drzewa były gołe, brązowe, a niebo przez ich korony zakwitło w barwach ołowiu. Kontrast był tak nienaturalny, że przyprawił mnie o zawrót głowy! Znaleźliśmy się w głębokim lesie, który nie odpowiadał ani kalendarzowi ani miejscu, w którym spacerowałyśmy.

 

Ucieczka z powrotem do rzeczywistości

 

„Ucieknijmy! Pospiesz się!” krzyczałam na moją przyjaciółkę, gdy zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Bez wahania zawróciliśmy i pobiegliśmy szlakiem, który przybyliśmy. W tej adrenalinie nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z momentu „zmiany”. Nagle las wokół nas znów stał się letnio zielony i bezpieczny.

Chociaż rzeczywistość wróciła do normy, to nasz nastrój był w momencie zmrożony. Resztę trasy przeszłyśmy w całkowitej ciszy, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa. W głowie chodziły mi pytania, na które bałam się odpowiedzieć. Wróciłyśmy do domu czując się głęboko pokorni i niepewni - jakby ktoś wpuścił nas na chwilę tam, gdzie nie należeliśmy, a potem wyrzucił z powrotem z ostrzeżeniem.

 

Macie podobne doświadczenie?

 

Ta historia oparta jest na prawdziwych wydarzeniach osób, które doświadczyły czegoś tajemniczego w górach Tribeč.

Jeśli masz podobne doświadczenie, którym chciałbyś się podzielić, nie wahaj się napisać w komentarzu lub skontaktować się ze mną przez wiadomość prywatną. Sekrety Tribeczu zasługują na wysłuchanie.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

 

piątek, 5 czerwca 2026

Tajemnice zamku Šášov

 


Franciszek Kovár

 

Po opublikowaniu Sekrety zamku Šášov: Prolog do niewidzialnego życia zamku - udostępniam wszystkim z mojej platformy HeroHero kontynuację...

 

Złowieszcze echa w murach zamku

 

Zamek Šášov to dziś przyjemny dla większości osób kierunek turystyczny, ale pod powierzchnią tej malowniczej ruiny kryła się zakręcona, ciemna strona. Jako ktoś, kto przez trzy lata pracował bezpośrednio przy zamku podczas jego renowacji, miałem okazję poznać to miejsce bardzo blisko. Wbrew powszechnemu przekonaniu, najdziwniejsze rzeczy nie działo się w nocy – rzadko bywałem tam w nocy, w zasadzie tylko wtedy, gdy towarzyszyłem łowcom duchów.

Najsilniejsze anomalie dopadły mnie w ciągu dnia, w pracowitych godzinach pracy, kiedy czegoś takiego się wcale nie spodziewał. Na podstawie własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że Šášov niósł w sobie głęboką, ciemną i demoniczną energię, która została wykryta na miejscu i nie potrzebowała ciemności do manifestowania.

 

Krwawa historia zamku

 

Historia Šášowa już od początków tkana jest wydarzeniami, które pozostawiły na miejscu trwałą pieczęć. W archiwum muzeum zamkowego udowodniono, że w tym samym czasie mieszkała tu królowa Barbara Cylejska, żona cesarza Zygmunda Luksemburczyka. Była wtedy wyjątkową kobietą - jako jedna z niewielu poświęciła się zielarstwie, alchemii i magii. Może to jej sekretne eksperymenty pozostawiły tu pierwsze ślady energetyczne.

Zamek nie cieszył się jednak również w późniejszych stuleciach dobrą reputacją. Mieszkali tu kasztelanie i rycerze rozbójnicy, którzy terroryzowali całą okolicę aż do Brzezna. II wojna światowa pozostawiła swój ostatni krwawy ślad w tym miejscu. Pod koniec wojny niemiecki oddział ufortyfikował się w ruinach zamku. Przechodząc przez front, ich pozycje zostały całkowicie ostrzelane, zamek został "zajęty" i wszyscy w nim żołnierze zginęli. To była ostatnia bitwa w historii, jaką doświadczył zamek. Tyle przelanej krwi i nagłe cierpienie w jednym miejscu musiało pozostawić głęboką ranę w przestrzeni.

 

Tragedia odizolowanej rodziny na Górnym Zamku

 

Ze znajomymi, którzy znają się na tych rzeczach udało się odkryć głęboką ranę przeszłości, która była przywiązana bezpośrednio do murów zamku. Według naszych ustaleń, byli tu około XV stulecia członkowie jednej rodziny biologicznej - małżeństwa z małym dzieckiem - przetrzymywani w ścisłej izolacji lekarskiej. Zachorowali na przeraźliwą wtedy chorobę zakaźną, najprawdopodobniej była to plaga, czyli tzw. włoska plaga (dżuma), która dręczyła wówczas Europę. Aby nie zarazić pozostałej części zamkowej osady zamknęli ich w swoich komnatach bezpośrednio nad zamkiem, gdzie ostatecznie zginęli w agonii. Nawet ich strażnik, który strzegł ich przed drzwiami i umierał wraz z nimi, nie uciekł przed zarazą. Skoro chodziło o szlachtę, to ich dusze nadal mają swój stały "dom" tuż na terenie górnego zamku.

Później udało mi się uchwycić mrożącą wiadomość bezpośrednio od tej zaginionej rodziny za pośrednictwem specjalnej aplikacji. Poprosili mnie, żebym znalazł ich groby gdzieś pod murami i poświęcił to miejsce. Ponieważ zmarli na wysoce zakaźną plagę, ludzie pewnie szybko pochowali ich pod murami bez żadnego właściwego chrześcijańskiego pogrzebu ze strachu. Miałem później kilka prób zlokalizowania ich grobów, ale pod murami to było jak szukanie igły w stogu siana.

Ta ciężka obecność czegoś nieznanego potwierdził kolejny wstrząsający moment. Raz dziennie włączam aplikację komunikacyjną bezpośrednio na zamku. Podmioty, z którymi się wtedy kontaktowałam interpretowały jasno po angielsku (aplikacja komunikowała się tylko po angielsku) swój własny horror Powiedzieli mi, że sami boją się tego, co tam jest. Ostrzegali mnie przed jakimś duchem w lesie, albo leśnym duchem, który mieszkał na grubym stoku pod nami. Nawet same zamkowe duchy potwierdziły mi, że pod zamkiem kryje się coś naprawdę złego i przewrotnego, czego same się bardzo bali.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

czwartek, 14 maja 2026

Tajemnice Pajsztuna: Co widzą ciemne kamienne twarze, które obserwujecie z zamkowych murów?

 


Franciszek Kovár   

 

Ruiny zamku Pajštún mają tajemniczy wpływ na wielu odwiedzających. To nie tylko jego pozycja na stromym moście nad Borinkou, ale szczególnie poruszona historią i dziwną energią pozostawała tu od wieków. Pierwszy raz odwiedziłem ten zamek jako uczeń w 1975 roku, a już wtedy jego masywne mury napełniły mnie dziwnym szacunkiem.

    Miejsce o niejasnym pochodzeniu

    Początkowa historia zamku owiana jest mgłą, a literatura opisuje różne początki. Chociaż zakłada się, że jego fundamenty zostały położone przez Rugeriusa z Tallesbrunn w XIII stuleciu pod nazwą Peilenstein, dane historyczne mogą przeplatać się z dawnym zamkiem wodnym Stupawa. Pewne jest tylko, że od 1390 roku, kiedy król Zygmunt przekazał Pajštún na własność dziedziczną hrabiom ze Św. Jerzego i Pezinka, zamek stanowił kluczowy element kompozycji granicznych fortec chroniących północno-zachodnią granicę.

    Kamienni świadkowie i ponura atmosfera

    Dzisiaj w zamku największą uwagę przyciągają gigantyczne kamienne głowy - maszkarony, które wyróżniają się z gzymsu głównego pałacu. Te lwy, dzieło włoskich mistrzów z czasów rekonstrukcji Pawła Pálffy’ego w XVII stulecia, działają w ciszy ruin bezpośrednio niepokojąco.

    Chociaż Pajštún nigdy nie był celem oficjalnych łowców duchów, jego atmosfera jest naturalnie wszechobecna. Kiedy człowiek stoi pod wysokimi murami późnym popołudniem, czuje się, jakby te ciemne kamienne twarze nieustannie Cię obserwowały. Pierwotnie było ich dziewięciu, ale tylko sześć przeżyło zniszczenie zamku. Jeden z nich leży w gruzach pod murami i działa jak pamiątka starożytnej chwały, którą zastąpiła ruina.

    Rok 1809: Nagły koniec starego świata

    Losy zamku spełniły się w czerwcu 1809 roku podczas wojen napoleońskich. Wojska francuskie zdobyły Pajštún podczas bitwy z Wiedniem. Przed wyjazdem żołnierze postanowili jednak zlikwidować zamek i wysadzili go w powietrze. Od tego czasu budynek był po prostu jałową ruiną, ale jego wnętrza zachowały legendy, z których występują:

    • Rycerz na białym koniu: Mówi się, że o północy rycerz jeździ na dzikim koniu wokół zamku, który potem znika w otchłani. Jeśli należycie do tych, którzy chcieliby zobaczyć tego ducha na własne oczy, legenda mówi, że trzeba spać w zamku i czekać na godzinę północy.

    • Odwet piekielny: Gašpar Serédy, zwany „Smutny”, zanurzył się w melancholii tak głęboko, że jego kasztelan Streichel nie zawahał się poprosić o pomoc samego piekła. Diabeł Rumo rozśmieszył zamkowych, ale ostatecznie zabrał wszystkich obecnych ze sobą na swoją służbę.

    • Okrutny Kastelán Tupík: Historia wieśniaka Braku i bezdusznego administratora przypomina, że zło nigdy się nie opłaciło w Pajštúnie. Głupek, który odmówił pomocy chorej dziewczynce, miał według świadków zabrać czarny rydwan prowadzony przez diabła.

    Pajštún to miejsce, które natura cofnie, ale ludzkie historie pozostają zamrożone w czasie. Te kamienne twarze nie spuszczą cię z oczu, dopóki nie opuścisz jej bram.

    Sprawdź mój przewodnik z trasami i praktycznymi wskazówkami na wycieczkę: https://www.inovinky.sk/zrucanina-hradu-pajstun-posobi.../

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

wtorek, 5 maja 2026

Tajemnica pod fundamentami: Kiedy dom strzeże skarbu, o którym nikt nie wie

 


František Kovár

 

Większość z nas szuka spokoju, kupując lub budując dom. Pragniemy miejsca, w którym świat się zatrzymuje i gdzie możemy odetchnąć z ulgą. Ale moja dobra przyjaciółka znalazła coś innego. Znalazła dom z własną „historią” – i z mieszkańcami, którzy odmawiają wyprowadzki, mimo że nie można ich znaleźć w żadnym biurze.

Ta historia nie jest fikcją. To prawdziwe doświadczenie mojej przyjaciółki, którą znam osobiście, a wydarzenia, które rozgrywają się w tym domu, są częścią jej codziennej rzeczywistości.

 

Kroki w pustym korytarzu

 

Wszystko zaczęło się niepozornie. Od sporadycznego skrzypienia podłogi, którego nie można było przypisać osiadaniu budynku. Odgłosy z korytarza, gdy wszyscy już spali. Odgłosy kroków, które mają swój ciężar, swój rytm i swój cel.

Dla sceptyka to „stare rury” lub „przeciągi”. Dla mojej przyjaciółki, która spędza noce w tym domu i ma wrażliwą intuicję, to jasny przekaz: Nie jesteś tu sama. Osobiście miałam okazję słuchać, jak opowiada o tych chwilach, a towarzyszące im dreszcze są więcej niż realne.

 

Co trzyma dusze w naszym świecie?

 

Pytanie „dlaczego?” nie pozostawiło jej obojętnej. Dzięki wrażliwym osobom odkryto fascynujący fakt. W domu (a raczej pod nim) są dwie istoty. Nie są złe ani agresywne. Są po prostu… przywiązane.

Powodem ich obecności jest rzekomy skarb.

Słysząc to słowo, od razu wyobrażamy sobie skrzynię pełną złota. Jednak w kontekście duchowym „skarb” oznacza coś znacznie głębszego. To przedmiot z tak silnym związkiem emocjonalnym, że stał się kotwicą.

• Czy były to oszczędności życia, które właściciel ukrył przed wojną?

• Czy były to rodzinne klejnoty, które miały zapewnić byt następnemu pokoleniu?

• A może to „nieistotny” przedmiot osobisty dla nas – medalion lub fotografia – który dla tych dwóch dusz stanowił cały ich świat?

 

Strażnicy Niewidzialnego

 

Te dwie dusze pełnią dziś funkcję strażników. Ich kroki wokół domu nie są próbą straszenia, ale raczej niekończącym się patrolem wokół miejsca, gdzie spoczywa ich sekret. Pod warstwami betonu i gliny, pod nowoczesną podłogą współczesnego życia, kryje się coś, co nie daje się zapomnieć.

Ta historia przypomina nam, że nasze domy mają swoją własną pamięć. Czasami idziemy korytarzami i nie mamy pojęcia, że ​​metr niżej tętni czyjaś historia historia miłości, strachu lub sekretu, który był tak ważny, że przekroczył nawet granicę śmierci.

 

Świadectwo zamiast konkluzji

 

Moja przyjaciółka nauczyła się żyć ze swoimi „współlokatorkami”. Szanuje ich przestrzeń, a one szanują jej. Może pewnego dnia ziemia się otworzy i skarb da o sobie znać. Ale do tego czasu pod jej domem pozostaje nierozwiązana tajemnica, strzeżona przez ślady kroków z przeszłości.

Znam tę historię z pierwszej ręki i wiem, że rzeczywistość bywa o wiele bardziej dziwaczna niż jakikolwiek film.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co kryje się pod waszym domem? A co, jeśli te dziwne dźwięki w nocy nie są dziełem starego drewna? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach.

 

Moje 3 grosze

 

Wierzę w istnienie fizyczne tzw. duchów chociaż jestem materialistą dialektycznym. Po prostu dlatego, że miałem okazję widzieć i słyszeć materializację już to ludzi i zwierząt, które odeszły z tej Rzeczywistości, już to zjawisk z nimi związanych. I to nie w czasie seansów spirytystycznych czy we śnie, ale w realnej Rzeczywistości, którą ogarniamy naszymi zmysłami. I to nie będąc osobą sensytywną. Dlatego też jestem przekonany, że nasze życie nie kończy się w momencie śmierci ciała fizycznego, a ciało astralne przenosi się do innego nośnika i cały cykl trwa nieprzerwanie.

Co do duchów i skarbów, to radzę przeczytać zajmującą książkę dr. Jacka Kolbuszewskiego pt. „Skarby króla Grigoriusa”, w której zajmuje się on m.in. powyższą tematyką. Dość powiedzieć, że wzmianki o duchach strzegących skarbów pisano w tzw. „spiskach” w XVII, XVIII i XIX wieku. Oczywiście w większości z nich były duby smalone przeznaczone dla spragnionego cudowności czytelnika, ale w kilkunastu przypadkach wskazywały one na konkretne lokalizacje występowania rud i kruszców lub drogich kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Warto przeczytać – polecam!

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

niedziela, 14 września 2025

Brinsley le Poer-Trench - OPERACJA ZIEMIA (7)

 

ROZDZIAŁ VII – Przypadki materializacji.

 

Jak już tu nadmieniłem w poprzednim rozdziale, w ciągu ostatnich paru lat miało miejsce wiele dziwnych wypadków, pomimo tego, jak już zaznaczyłem, że dla wielu ludzi idea istnienia innych wszechświatów jest wciąż trudna do przyjęcia. Jednakże sprawy znajdują się w rękach badaczy, którzy chcą dowieść, że Istoty z tamtych wszechświatów są tak realne, jak my w naszym continuum. Wygląda bowiem na to, że Tamci wymyślili sposób manifestowania swej obecności w naszym Wszechświecie. Jak Oni to robią? Przypominam fakt, że najbardziej doświadczeni jogowie posiadają możliwość przenikania przez materialne zapory i ściany, jak i możliwość materializacji swej osoby na dużych odległościach. Im dłużej studiujemy zachowanie się NOL-i, tym bardziej nabieramy pewności, że obie te sprawy są ze sobą jakoś powiązane, co nie ulega raczej wątpliwości, choć cała sprawa wygląda wyjątkowo fantastycznie.

Wielu ufologów spotkało się z działalnością poltergeistów. Jest to fenomen z dziedziny zjawisk psi (ψ), który manifestuje się rozmaitymi efektami audiowizualnymi i nie tylko, bowiem poltergeist w większości wypadków wywiera negatywny wpływ na ludzi i przedmioty.[1] Powinniśmy jednak reagować na te zjawiska tak, jak na normalne zjawiska fizyczne, przyjmując za pewnik, że produkowane są one przez Istoty, których materia jest inaczej „uporządkowana”, niż nasza własna.

Ponad 10 lat temu, w Birmingham wydarzyła się seria incydentów, które w swej istocie były zbliżone do zdarzeń z udziałem NOL-i, jak i do manifestacji zjawisk typu poltergeist. Bohaterka tej historii jest pani Cynthia Appleton, którą wielokrotnie przesłuchiwali ufolodzy i dziennikarze. Rzecz miała miejsce w 1957 roku. W tym czasie, jako wydawca FSR przeprowadziłem wywiad z panią Appleton, który następnie opublikowałem na łamach FSR pt. „Birmingham Woman Meets Spacemen”. Przypadek ten opisał również wielebny William Cartmel, rektor uczelni w Aldridge, Staffordshire, który przeprowadził z nią dłuższy wywiad. Od siebie dodałem jedynie dwa pytania, dopasowując je do wypowiedzi pani Appleton w końcowym komentarzu.[2]

Poza tym wyraziłem podziękowania wielebnemu Cartmelowi za jego dokładny raport, który także zamieściłem w FSR. W świetle późniejszych wydarzeń historia pani Appleton jest czymś ważnym – a oto treść tego raportu:

Dwukrotnie w czasie 6 tygodni, 27-letnia pani Cynthia Aplleton zamieszkała przy Fentham Road, w dzielnicy Aston, została odwiedzona przez przybyszy z innej planety. Ma ona dwoje dzieci – Susan (3 lata) i Janet (1 rok). Jej mąż jest metalowcem. Poza wielebnym Cartmelem była ona indagowana przez wielebnego G. E. Tiley’a i Gawina Gibbonsa – wydawcę tego magazynu. Wszystkich zadziwiła jej inteligencja i obycie. Pierwszy kontakt miał miejsce w poniedziałek, dnia 18 listopada 1957 roku i miał on następujący przebieg:

Pani Appleton po lunchu położyła Susan do łóżeczka w jej pokoiku na pięterku. Janet znajdowała się we frontowym pokoiku na parterze. Gdzieś około godziny 15:00 – sądząc, że słyszy płacz dziecka – Cynthia zeszła do jej pokoiku, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. I nagle wyczuła instynktownie niebezpieczeństwo w powietrzu – to było coś takiego, jak przed uderzeniem pioruna. Wyjrzała za okno, by zobaczyć, czy coś się nie dzieje. I nagle... – w powietrzu zmaterializowała się postać człowieka stojącego na lewo od kominka, tak, >> jak ukazuje się obraz na ekranie włączonego telewizora<<. Oczywiście Cynthia przestraszyła się. Pomimo nierzeczywistości sytuacji opanowała się i zachowała spokój. Zauważyła także, że w czasie pojawienia się >>gościa<< rozległ się gwizd, jak przy regulowania odbiornika radiowego. Mężczyzna, który się pojawił, był wysoki i przystojny, ubrany w wysoko zapinany ubiór przypominający kolorowy skafander z elżbietańskim kołnierzem. Mimo tego, że jego usta się poruszały, Cynthia nie słyszała ani słowa. Być może usiłował się porozumieć mentalnie, telepatycznie[3]. Na podłodze leżało kilka gazet, które były zmięte przez zjawę. Gazety te później zabrał reporter >>Birmingham Evening Gazette<<. Natomiast zjawa na jej   n i e w y p o w i e d z i a n e   pytanie: >>Skąd przybywasz?<< odpowiedziała >>Z innego świata<<, ale nie wyjaśniła tego dokładnie.

>>Podobnie jak u was, panuje u nas Słońce. Musimy odwiedzać wasz świat, w celu osiągnięcia czegoś, co jest nam niezbędne. To jest na dnie morza.<< Pani Appleton powiedziała później, że tym czymś, czego szukali było >>titinium<<. Kiedy zapytała męża, cóż to być mogło owo >>titinium<< , w odpowiedzi usłyszała >>titanium<< - tytan, które to słowo znał będąc metalowcem. Na odchodnym przybysz-zjawa rzekł coś, co dokładnie zapamiętała: >>Zdejmujecie złą korę ze złego drzewa i robicie złą łódź. Koncentrujecie złe siły próbując iść w górę, a my to robimy tak...<< - i tutaj wykonał kolisty ruch oboma rękami, i nagle pomiędzy palcami ukazało się coś, co można było porównać do ekranu TV. Na nim można było zobaczyć statek kosmiczny. Był on kolisty ze szczytem podobnym do kopułki. Wewnątrz statku zobaczyła sylwetki ludzkie patrzące na nią. Zjawa oświadczyła, że Ziemianie nazywają to >>statkiem-matką<<, zaś Oni zwą to >>statkiem Pana<<. Z dolnej części statku-matki wylatywały mniejsze statki. Powiedział też, że Oni nie walczą ze sobą i żyją w harmonii i pokoju, poczym nadmienił, że wrócą tu w styczniu, ale dokładnej daty nie podał. Gdy zapytała go w jaki sposób opuści jej mieszkanie odparł, że >>nagle zniknie<<.

Wstrząśnięta wróciła do pokoju mając wrażenie większego doinformowania, niż inni ludzie, którzy nie przeżyli takiego doświadczenia. Z kolei Janet, której pierwsze urodziny były dzień wcześniej, miała jeden ząbek. Pod koniec tygodnia miała ich już sześć! Czy spowodowała to wizyta >>gościa<<?[4]

Drugie spotkanie miało miejsce w dniu 7 stycznia 1958 roku. Poprzedniego dnia Cynthia siedziała na niskiej pufie przed kominkiem i nagle odczuła zupełny >>black-out<< - straciła przytomność, jak po ciosie >>na punkt w czasie technicznego K.O.<< - mówiąc żargonem bokserów. Upadła do przodu, na szczęście nie w ogień. Po odzyskaniu przytomności czuła się słabo i była zdziwiona, gdyż nigdy w życiu nie doświadczała takich sensacji. Prawdopodobnie było to preludium do tego, co stało się następnego dnia.

Krytycznego wtorku, około godziny 14:15, Cynthia przebywała w tylnym pokoju, gdzie siedziała na pufie, plecami do ściany. I znowu usłyszała gwizd przypominający jej poprzednie spotkanie, po czym zmaterializowały się przed nią nie jedna, ale dwie postacie. Stały one przed nią, zasłaniając obrazek na ścianie. Postacie te zwrócone były do niej przodem i ukazały się tak, jak poprzedni gość: najpierw nieostry obraz, a potem jego kontury wyostrzyły się. Rozpoznała po prawej stronie gościa, który pojawił się u niej w listopadzie. Trudno jej było powiedzieć, po czym go rozpoznała, tak jak trudno Europejczykom jest rozpoznać ludzi innych ras. Obaj Przybysze byli wysocy – mieli po 180 cm wzrostu. Ubrani w stroje przypominające skafandry z kryzowymi kołnierzami. W wywiadzie Cynthia powiedziała: >>Nie można było spojrzeć poprzez nich, mimo tego, że mieli oni światło płynące z okien za sobą. Nie były to więc fantomy. Włosy pierwszego były ostrzyżone na pazia, natomiast włosy drugiego były krótsze i podwinięte nad uszami<<.[5]

Ku niebotycznemu zdumieniu Cynthii odezwali się do niej po angielsku z dziwnym akcentem, jak cudzoziemcy i ze śmieszną artykulacją. Jej pierwszy >>gość<< przedstawił drugiego, kto był z pewnością kimś bardziej szacownym i to on właśnie poprowadził dalszą rozmowę. Poinformowano ja o tym, że jej omdlenie było częścią operacji przygotowawczej, przeprowadzonej w celu >>nastawiania<, jej do kontaktu z nimi. Nie wyjaśnili, jak to zrobili. Interesowali się Oni wynikami pierwszego kontaktu i wypytywali o osoby, którym o nim opowiedziała. Potem powiedzieli, że przybyli z Ghanus Valn, wypowiadając to z niemiecka, i że jest to kraina na Wenus. Dlaczego pokazali się tylko jej, a nie innym ludziom? Ponieważ jest ona jedną z niewielu, którzy są w stanie odebrać Ich komunikaty mentalne. Mózgi innych ludzi nie są w stanie odbierać informacji drogą telepatyczną, jak jej mózg. Ludzie są tępi i prymitywni, nie mówiąc już o tym, że nie wierzą w istnienie innego świata. Mózg człowieka jest podobny do radiostacji i może nadawać oraz odbierać różne sygnały i tak naprawdę, to ludzie nie muszą używać środków technicznych do nawiązania ze sobą łączności.

Cynthia zapytała, czy może Ich dotknąć? Odpowiedzieli, że nie, bowiem może się to odbić na jej zdrowiu. >>To, co widzisz jest tylko naszą projekcją<< - oświadczyli. Zapytała Ich, czemu Oni nie szukają szerszego kontaktu z Ludzkością? Odpowiedzieli jej, że ujawnienie prawdy spowodowałoby wielką panikę. Kto może przewidzieć efekty takiego wydarzenia w tak podzielonym świecie, jak nasz? Potem zapytała, czy mogliby się spotkać z jej mężem? Odpowiedzieli, że nie, gdyż jego mózg nie jest w stanie nawiązać z Nimi kontaktu. Potem podziękowali za kontakt i wyrazili wdzięczność za spotkanie. Przybysz przekazał jej jeszcze jedną ciekawą informację: >>Ci, którzy mają sierp i młot (oczywiście ZSRR) udoskonalają broń promienistą (laserową???), która może dezintegrować materię bezbłyskowo i bezodłamkowo – nie tak, jak zwykła artyleria<<.[6] Powiedział także, że w bliskiej  przyszłości zostanie tam przelane wiele krwi.[7] Ale uspokoił ją słowami: >>Nie martw się dziecko.<< Powiedział także, że nie odwiedzą jej więcej, a to ze względu na stan jej zdrowia. Następnie znikli, jak obraz telewizyjny po wyłączeniu odbiornika...

Pani Appleton w odpowiedzi na zadawane jej pytania stwierdziła, że nie bała się tak, jak w czasie pierwszej wizyty. Być może było tak dlatego, że spodziewała się jej, bo zapowiedziano jej to w czasie pierwszego spotkania. Jakie były późniejsze efekty tej wizyty? Cynthia czuła się ociężale i miała bóle głowy, ale nie był to wynik szoku czy stresu. Zapytana, czy czuła w czasie spotkania jakieś zapachy stwierdziła, że czuła istotnie zapach siarki. Podobny zapach, jaki czuje się przy wyładowaniach elektrycznych.                                                              

  Pani Appleton podupadła na zdrowiu po swym pierwszym kontakcie, ale poinformowano ją, że jej stan się poprawi i faktycznie poprawił się.[8]

Do jakich wniosków można dojść po tych obu przypadkach? Można zacząć od tego, że Appletonowie są ludźmi bardzo poważnymi. To uderzało każdego, kto przeprowadzał z nimi wywiady. Pan Appleton całkowicie uwierzył w relację swej żony, mimo braku świadków. Specjaliści zajmujący się tym przypadkiem zgodzili się, co do tego, że nie był to kontakt fizyczny, a „goście” w ogóle nie znajdowali się w mieszkaniu. Cóż to oznacza? Czy była to tylko ich projekcja?

Na naszej planecie używamy TV do przesyłania obrazu i dźwięku na odległość, natomiast ta bardziej technicznie zaawansowana rasa kosmiczna widocznie bardziej rozwinęła technikę przesyłania swych materialnych wizerunków w każdy dowolny punkt Kosmosu. Pani Appleton oświadczyła, ze nigdy w życiu nie interesowała się NOL-ami, nie posiada żadnych książek, czasopism, itd. dotyczących tego tematu. Jeżeli jest tak, jak to, oświadczyła, to nie ma co wątpić w prawdziwość jej relacji, jak również w oświadczenia innych osób.

Reasumując:

1. Znalezione ślady nadpaleń;

2. Ekran TV pomiędzy palcami „gościa”, co z kolei przypomina przypadek Orfea Angelucciego opisany w jego książce pt. „The Secrets of the Saucers”[9];

3. Telepatia w czasie pierwszego spotkania i normalna rozmowa w czasie drugiego – wszystko to przypomina doświadczenia George’a Adamskiego.[10]

Powyższe wnioski opublikowano 17 lat temu w FSR. A teraz zajmiemy się drugim przypadkiem, który również możemy określić, jako fakt materializacji. Raport o tym otrzymałem od Geralda Lovella z Bristolu – St. George, a oto jego treść:

Świadkiem tego jest gospodyni domowa, która życzyła sobie pozostać anonimową, dlatego w dalszej części raportu będę ją nazywał panią B. Wydarzyło się to w 1965 roku, jednak dokładne daty nie są znane, wiadomo jedynie, że poza jednym wyjątkiem, wydarzenia te miały miejsce w poniedziałki. Tym wyjątkiem był pewien czwartek. Pani B. zazwyczaj zajmuje się kuchnią, której drzwi są zawsze otwarte. Pewnego dnia odczuła coś w rodzaju silnego wewnętrznego przymusu patrzenia na kanapę, znajdującą się vis-à-vis otwartych drzwi, i ku swemu zdumieniu ujrzała w nich wysoką postać mężczyzny. Po sekundzie postać ta znikła. Innego razu pani B. wchodząc do pokoju ujrzała wysoką postać mężczyzny, przy czym nie zarejestrowała momentu jego pojawienia się i zniknięcia. Miało to miejsce zawsze wtedy, kiedy jej spojrzenie było odwrócone.[11] Jej nieproszony gość po prostu patrzył na nią, nie próbując się odezwać czy poruszyć. Nie była ona w stanie określić wyrazu jego twarzy. Chociaż się nie uśmiechał, nie obawiała się swego >>gościa<<. Pani B. jest kimś przyziemnym. O przygodzie opowiedziała swemu mężowi, przy czym zasugerowała, że był to duch dawno zmarłej osoby – może jakiegoś lotnika. Nie stwierdziłem, by interesowała się kiedykolwiek NOL-ami. Rysopis >>gościa<< podany przez panią B. wygląda następująco: wzrost około 186 cm - nie licząc wielkiego bąblowatego hełmu, który nosił zawsze na głowie, gładkoskóry, przystojny, niebieskooki, policzki rumiane, nos ostry i wąski. Postać wysoka, barczysta. Ubrany był w szary metaliczny dwuczęściowy strój, dopasowany do ciała, z kryzowym kołnierzem. Przybysz był opasany 11-cm szerokości pasem o kolorze takim samym, jak reszta ubioru, z klamrą. Spodnie wpuszczone w wielkie, ciemne buty.[12] Przy każdym swym objawieniu >>gość<< stał zawsze w tym samym miejscu, zwrócony twarzą do drzwi kuchennych. Pojawił się on ogółem sześciokrotnie. Jego pojawienia kończyły się równie niespodziewanie, jak się zaczynały.

Ponadto Lovell powiedział mi, że od wielu lat zna świadka i ręczy za jego prawdomówność. Jest on pewien, że Przybysze badają w ten sposób reakcję świadka na fakt Ich pojawienia się w jego domu. Dodatkowo podał on własny punkt widzenia, według którego Obcy są czymś bardziej solidnym od zwykłego obrazu TV, ponieważ Ich postacie wyglądają bardzo realnie, trójwymiarowo i masywnie dla swych obserwatorów. Pozwala to sądzić, że takich wypadków zdarzyło się o wiele więcej, jednak ich świadkowie nie życzą sobie podawania czegokolwiek mediom.[13] To jest zupełnie niezrozumiałe, jeżeli bowiem rozważymy tą wzrastającą ilość „domowych” kontaktów i skorelujemy ją z wieloma raportami o innych formach działalności Obcych, zrelacjonowanych w ostatnim rozdziale, to zobaczymy, iż jest to po prostu jedna z faz jakiejś większej operacji. OPERACJI ZIEMIA.

Wydaje się, że przyjdzie dzień, w którym już nie zobaczymy Przybyszów manifestujących swą obecność na niebie, ale skupiających swą działalność na naziemnych kontaktach i badaniach.[14]

a



[1] Widzieliśmy to np. w filmie pt. „Duch” S. Spielberga – przyp. tłum.

[2] FSR, vol. 4, nr 2/1958, ss. 5-6.

[3] Wydaje się, że Kosmita usiłował ją ostrzec przed promieniowaniem γ lub innym promieniowaniem jonizującym – jak pamiętamy, Cynthia poczuła się tak, jak przed uderzeniem pioruna, czyli poczuła zapach ozonu w powietrzu. Badanie gazet i zębów dziecka wykazało, że zostały one napromieniowane – przyp. tłum.

[4] Zapewne wizyta ta miała wpływ stymulujący na jej rozwój. Istnieje możliwość, że Przybysz „pchnął” ją w czasie o kilka dni do przodu, co sugerowałoby to, że Oni są przybyszami z innego wymiaru lub innego czasu... Takie przeskoki czasowe w rozwoju roślin i grzybów zaobserwowano także w Polsce po przypadkach CE2 w Spytkowicach (pow. Nowy Targ) i Olsztynie k./Częstochowy, co badały ekipy GB NOL Kraków i CBUFOiZA w latach 90. – uwaga tłum.

[5] Porównaj wygląd Przybyszów z relacjami Betty Andreasson – uwaga tłum.

[6] W ZSRR w latach 70. i 80. były prowadzone prace nad tzw. broniami strumieniowymi, w których rolę pocisków miały odegrać potoki cząstek elementarnych rozpędzanych do prędkości relatywistycznych. Broń ta miała stanowić odpowiedź na reaganowski program SDI/NMD znany jako „Gwiezdne Wojny” – uwaga tłum.

[7] I to się sprawdziło, że wspomnę tylko wojnę w Afganistanie, „Jesień Ludów” w 1989 roku, dwie wojny w Czeczenii, rozpad ZSRR w 1990 roku, przewrót sierpniowy 1991 roku i wydarzenia październikowe 1993 roku – przyp. tłum.

[8] Równie dobrze mógł to być zapach ozonu czy tlenków azotu, które są równie charakterystyczne, jak zapachy tlenków siarki. Dowodziłoby to obecności silnego źródła promieniowania jonizującego w pomieszczeniu. Być może pani Appleton doznała lekkiej choroby popromiennej po tym spotkaniu – przyp. tłum.

[9] O. M. Angelucci – „The Secrets of the Saucers”, Amherst, WI, 1955.

[10] G. Adamski – „Inside the Spaceships”, Londyn 1966.

[11] Jest znanym faktem, że komórki wzrokowe obrzeża pola widzenia reagują na ruch obserwowanego obiektu, dzięki czemu unika się możliwości np. skrytego podejścia i zaatakowania człowieka z boku. Jest to celowa adaptacja ewolucyjna, która pomogła nam w walce o przetrwanie na tej planecie... – uwaga tłum.

[12] Proszę porównać z opisem ubioru Obcych podanych przez Betty Andreasson i Cynthię Appleton – przyp. tłum.

[13] Także i w Polsce, o czym piszą m.in. Bronisław Rzepecki i Krzysztof Piechota w swych pracach – przyp. tłum.

[14] Słowa te zostały napisane w 1975 roku i były proroczymi, jako że w trakcie swych badań ufolodzy stwierdzili, że Obcy zmienili taktykę kontaktów z nami wprowadzając do użycia Niewidzialne NOL-e (NNOL), ultraszybkie Tachy-NOL-e (TNOL) oraz Bliskie Spotkania typu Bedroom Visitors – odwiedzin ludzi w ich mieszkaniach w czasie ich snu lub w trakcie CE5 – psychicznych spotkaniach z ludźmi, które stały się częste w latach 80., 90. XX wieku i w pierwszych latach XXI wieku. Ponadto – o ile wierzyć wynikom badań kręgów i piktogramów zbożowych na całym świecie – to właśnie w rejonie tych agroformacji dochodzi do masowego Kontaktu z Nimi na skalę niespotykaną w historii planety, co też należy wziąć pod uwagę w naszych rozważaniach – uwaga tłum.

piątek, 22 sierpnia 2025

Tajemniczy las w Hoia Baciu, Rumunia

 


Lenka Nová

 

Las, który połyka cię żywcem: ludzie, czas i sygnał znikają w Hoia Baciu

 

W samym sercu rumuńskich lasów znajduje się miejsce, gdzie zegarki się zatrzymują, a ludzie tracą pamięć. Hoia Baciu przeraża nawet tych, którzy nie wierzą w duchy.

Mówi się, że coś dziwnego dzieje się, gdy po raz pierwszy wchodzi się do lasu Hoia Baciu. Krajobraz zamyka się w swoim własnym świecie – cichy, dziwnie statyczny, niekomunikatywny. Odwiedzający opisują, że zmienia się tu poczucie czasu, zanika orientacja, a sygnał komórkowy nagle całkowicie zanika. Kompasy zawodzą, a urządzenia przestają działać.

Mieszkańcy i naukowcy są zgodni, że to jedno z najdziwniejszych miejsc w Europie Wschodniej – nie tylko ze względu na mroczną historię i legendy, ale także ze względu na dziwne zjawiska, które wielokrotnie tu odnotowano. Niektórzy z tych, którzy tu postawili stopę, nigdy nie wrócili. A ci, którzy wrócili, przywieźli ze sobą historie przeczące zdrowej logice – o niewidzialnych siłach, nagłych lękach, kulach światła, a nawet urazach bez śladu.

Hoia-Baciu (rum. Pădurea Hoia-Baciu) to gęsto zalesiony obszar w środkowej Rumunii. Położony na zachód od Klużu (Cluj Napoca), jest oficjalnie uznawany za obszar rekreacyjny i turystyczny. We współczesnych subkulturach i protonaukach las ten znany jest przede wszystkim jako „gorący punkt” rzekomych zjawisk paranormalnych.

Las Hoia Baciu w Rumunii cieszy się reputacją wśród łowców duchów, naukowców i mediów jako jedno z najbardziej paranormalnych miejsc w Europie. Czeski zespół badawczy, który udał się na miejsce w ramach ekspedycji, opisał wiele niezwykłych zdarzeń, które miały miejsce podczas badań. Podczas nocnego pomiaru temperatury na skraju lasu nastąpiła nagła awaria techniczna. Kamera przestała nagrywać, czujniki przestały reagować. Po wielokrotnym wejściu do środka lasu jeden z członków zespołu nagle poczuł mdłości, miał trudności z oddychaniem i ból głowy. Inny członek zespołu poczuł ucisk na karku, jakby ktoś go dusił. Jednak nigdzie indziej nikogo nie było. Kiedy zespół opuścił tzw. „pustą polanę” – okrągły obszar pośrodku lasu, gdzie nie rosną żadne drzewa – większość objawów zniknęła w ciągu kilku minut. Podczas wyprawy zarejestrowano ponad dwadzieścia awarii sprzętu technicznego bez żadnej fizycznej przyczyny. Nagrania audio zawierały dziwne zakłócenia i hałasy, których nie było w otoczeniu. Niektóre zdjęcia były całkowicie puste, mimo że wykrywały wyraźny cel. Jeden z członków zespołu stwierdził, że czuł… Jakby ktoś go obserwował, mimo że byli sami w lesie. Tętno uczestników było nieregularne przez cały czas trwania badań. Na obrazie termicznym pojawiły się zimne sylwetki o nieznanym pochodzeniu. Ostatniego wieczoru badań jedno z urządzeń samoczynnie się uruchomiło. Następnego dnia zespół opuścił teren wcześniej niż planowano. Powodem była narastająca nerwowość, zmęczenie i poczucie zagrożenia. Raport z wyprawy zawiera zalecenia, aby nie przebywać samotnie na terenie i pozostać tam maksymalnie kilka godzin. „Nie można wykluczyć zjawisk paranormalnych. Wręcz przeciwnie – należy się ich spodziewać” – czytamy we wstępie do tematu na stronie internetowej paranormaltym.cz.

 

A co jeśli to nie duchy? Las Hoia Baciu może być anomalią, której jeszcze nie rozumiemy

 

Większość artykułów o Hoia Baciu koncentruje się na tajemniczych kulach światła, krzykach dochodzących z ciemności lub zagubionych wędrowcach. Ale gdy zagłębimy się głębiej, zaczynają wyłaniać się inne teorie – mniej przerażające, ale tym bardziej niepokojące. Niektórzy badacze wskazują, że las znajduje się na linii uskoku geologicznego, gdzie mogą występować wyładowania piezoelektryczne – naturalne zjawisko występujące pod wpływem nacisku na struktury krystaliczne w skałach. Wyładowania te mogą następnie wpływać na ludzki układ nerwowy, powodując zawroty głowy, halucynacje lub zaburzenia percepcji czasu. Być może więc to, co interpretujemy jako duchy, jest w rzeczywistości ekstremalną anomalią naturalną, która wymaga głębszych badań naukowych.

Równie tajemnicza jest „pusta polana” położona w środku lasu, gdzie od dawna nie rosła żadna roślinność. Gleba tutaj nie jest toksyczna, ale testy wykazują niską aktywność biologiczną i dziwnie zmienne pole elektromagnetyczne. Niektóre hipotezy głoszą, że polana mogła powstać w wyniku podziemnego wycieku gazu lub nieznanego oddziaływania geomagnetycznego. Tak czy inaczej, fakt, że nie rośnie tu nawet trawa, mimo że próbki gleby nie wykazują typowego skażenia, jest naukowo niewytłumaczalny. To obszar, który przeczy konwencjonalnej ekologii, jakby pochodził z innego świata.

Co ciekawe, Hoia Baciu przyciąga głównie osoby wrażliwe, opisujące doświadczenia znacząco odbiegające od typowych zjawisk psychologicznych. Twierdzą one, że las nie tylko je „obserwuje”, ale także wchodzi z nimi w interakcję – często bardzo emocjonalną. Niektórzy czują, że „coś” przekazuje im informacje, inni opowiadają o przebłyskach przeszłości pojawiających się przed ich oczami. Nie są to jednorazowe krzyki sensatorów – doświadczenia te są spójne, udokumentowane w dziesiątkach świadectw, często osób, które wcześniej zupełnie nie interesowały się zjawiskami paranormalnymi.

Las Hoia Baciu nosi również ślady lokalnego „zakrzywienia czasu”. Kilku turystów zgłosiło, że ich zegarki przestały chodzić w pewnym miejscu lub że mieli wrażenie, że spędzili w lesie zaledwie kilka minut, mimo że obiektywnie minęło kilka godzin. Naukowcy badający te przypadki nie znaleźli żadnych oznak manipulacji technologicznej ani amnezji psychogennej. Jest jednak coś, co wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości – coś, czego nie możemy zmierzyć konwencjonalnymi instrumentami. I być może dlatego ten las wydaje się niebezpieczny: nie dlatego, że jest „zły”, ale dlatego, że podważa same podstawy naszego pojmowania czasu i przestrzeni.

Możliwe, że Hoia Baciu to coś więcej niż nawiedzony las – to zwierciadło ludzkiego lęku przed nieznanym. Miejsce, które nie mieści się w naszych narzuconych kategoriach i dlatego nas przeraża.

Może nie ma tu żadnych duchów ani demonów. Może to po prostu anomalia na planecie, która działa inaczej niż reszta świata. Ale właśnie dlatego zasługuje na uwagę – nie jako sensacja, ale jako wyzwanie dla nauki. Jeśli przestaniemy się go bać i zaczniemy go naprawdę badać, może nam dać odpowiedzi nie tylko na temat siebie, ale także na temat nas samych.

 

Kiedy rzeczywistość się załamuje: Świadectwa, których nie można zignorować

 

Pomimo prób racjonalnego wyjaśnienia, zdarzają się przypadki, których nie sposób pojąć. Osoby, które odwiedziły Hoia Baciu, często opisują zjawiska, które nie mają logicznego wytłumaczenia. Niektórzy twierdzą, że wyszli z lasu z opóźnieniem czasowym – przez kilka godzin nie wiedzieli, gdzie byli i nie pamiętali tego czasu. Inni wyszli z zadrapaniami, siniakami lub nieokreślonymi bólami, których nie mogli powiązać z żadnym urazem. Niepokojące jest to, że podobne relacje powtarzają się wielokrotnie, nawet przez osoby, które się nie znają. Częstotliwość występowania tych doświadczeń już dawno przekroczyła granicę zbieżności.

Las Hoia Baciu w pobliżu rumuńskiego miasta Kluż ma reputację najbardziej nawiedzonego miejsca w Europie. Nie chodzi tu tylko o tajemniczy wygląd drzew o dziwnych kształtach, ale przede wszystkim o tajemnicze zjawiska, które regularnie występują w lesie. Ludzie często odczuwają silny niepokój, słyszą głosy, które nie należą do nikogo, lub obserwują wiszące w powietrzu kule światła. Odwiedzający zgłaszają zaniki pamięci i utratę orientacji. Niektórzy twierdzą nawet, że na chwilę przenieśli się do innego czasu. W 1968 roku biolog Alexandru Sift rzekomo sfotografował tu nieznany obiekt latający. Jego zdjęcia stały się przedmiotem badań, ale nigdy nie zostały w pełni wyjaśnione. W kolejnych latach w tym rejonie pojawili się zagraniczni badacze i zarejestrowali podobne zjawiska. Często dochodzi tu do awarii instrumentów, zakłóceń sygnału lub awarii technologii. Odwiedzający zgłaszają, że ich zegarki w niektórych częściach lasu zatrzymywały się lub tracili poczucie czasu. Znane są przypadki, gdy ludzie gubili się i pojawiali się dopiero po kilku godzinach w innym miejscu niż tam, gdzie byli ostatnio widziani. Niektórzy wracali z obrażeniami, nie pamiętając, jak do tego doszło. Pojawiają się również doniesienia o postaciach bez cienia. lub nagłe wahania temperatury. Las sprawia wrażenie, jakby miał własną świadomość. Wielu mieszkańców go unika i woli o nim nie mówić. Mimo to turyści przyjeżdżają tu z całego świata. Miejsce to przyciąga miłośników tajemnic, osoby wrażliwe i zwykłych poszukiwaczy przygód. I prawie każdy zabiera stąd historię, której wolałby nie doświadczyć. „Las Hoia Baciu to nie tylko las – to granica między znanym a nieznanym” – donosi portal frekvenci1.cz, który również poruszał ten temat w przeszłości.

 

Niewidzialna granica między światami: Hoia Baciu jako miejsce, gdzie rzeczywistość traci kształt

 

Podejścia naukowe zawodzą tam, gdzie ludzka percepcja zaczyna się rozpadać. Las Hoia Baciu jest wyjątkowy nie tylko ze względu na liczbę dziwnych zjawisk, ale przede wszystkim ze względu na silny wpływ, jaki wywiera na samo ludzkie doświadczenie. Nie są to złudzenia optyczne ani podprogowe lęki – zdarzenia są tu rejestrowane w ciele fizycznym, zmieniając ciśnienie, puls i świadomość. Przedmioty się zmieniają, technologia zawodzi, pamięć zawodzi. Niektórzy badacze twierdzą, że Hoia Baciu może być jednym z niewielu miejsc na planecie, gdzie różne warstwy rzeczywistości nakładają się na siebie – a człowiek dosłownie znajduje się „pomiędzy światami”, gdzie czas i przestrzeń nie funkcjonują zgodnie z normalnymi prawami.

Ta teoria ma swoich przeciwników, ale także zwolenników wśród poważnych badaczy, którzy wielokrotnie odwiedzali las. Niepokojące jest nie tylko występowanie niewytłumaczalnych zjawisk, ale także ich spójność. Kiedy to samo dzieje się z ludźmi różnych narodowości, z różnymi oczekiwaniami i sprzętem, nie można tego odrzucić jako sugestii lub zbiegu okoliczności. To właśnie odróżnia Hoia Baciu od zwykłych „nawiedzonych miejsc”. Ten las nie jest jedynie tłem dla ludzkiej wyobraźni – komunikuje się z nami, i to językiem, którego jeszcze nie potrafimy odczytać.

Hoia Baciu to miejsce, które nie przyciąga uwagi wysokością drzew ani malowniczością krajobrazu. To raczej ciężar, który osiada na piersi, zanim jeszcze wejdzie się do lasu. Drzewa są tu powykręcane w nieregularne kształty, jakby sama natura reagowała na coś, co tu nie pasuje. Miejscowi od pokoleń unikają tego obszaru, nie ze strachu przed niedźwiedziami, ale z powodu uczucia, którego nie potrafią nazwać. Las zamyka się w nocy – słychać to w kółko. Urządzenia tutaj nie działają prawidłowo. Kompasy obracają się w absurdalnych kierunkach, sygnał komórkowy zanika, światło zachowuje się tu inaczej. Niektóre aparaty rejestrują białe sylwetki, inne całkowicie zawodzą. Ludzie tutaj opisują dziwne odczucia – jakby coś ich obserwowało. Nie strach, ale obecność. Niewidzialna, ale wszechobecna. Niektórzy czują mdłości, inni tracą poczucie czasu. Pewna kobieta powiedziała, że ​​spóźniła się dwie godziny i nie miała pojęcia, gdzie jest. Inni obserwowali dziwne mgły, które zachowywały się chaotycznie i spowijały całą polanę mgłą. Kwestia sekund. Zarejestrowano zjawiska świetlne między drzewami – świetliste kule, które poruszają się inteligentnie, jakby obserwowały. Pewien mężczyzna, który odwiedził to miejsce trzy razy, twierdził, że za każdym razem las wyglądał inaczej – nie z powodu pogody, ale jakby zmieniał swoją strukturę. W 1977 roku grupa pasterzy zaginęła w tym miejscu i pojawiła się dopiero dwadzieścia godzin później, całkowicie zdezorientowana i bez pamięci. Lekarze nie byli w stanie wyjaśnić ich stanu. Inny incydent dotyczył dziecka, które rzekomo zaginęło na pięć lat i powróciło niezmienione. Miejscowi twierdzą, że te historie nie są legendami – że opowiada się je nie po to, by nie zostały zapomniane, ale dlatego, że wszyscy je znają. W środku lasu znajduje się polana, na której nic nie rośnie. Żadnych drzew, żadnych owadów, żadnych ptaków. Wygląda to jak spalona ziemia, ale gleba jest czysta. Botanicy nie potrafią tego wyjaśnić. Badacze zjawisk paranormalnych uważają to miejsce za epicentrum zjawisk. Niektórzy mówią o portalu, inni o naturalnej anomalii. Jedno jest jednak pewne – ktokolwiek wejdzie do Hoia Baciu, nie… „Pozostaw to samo. Nawet jeśli nic mu się nie stanie, las coś po sobie zostawi. Ciszę, która boli. Światło, które nie oświetla. I pytania, na które nie ma odpowiedzi” – pisze Jeff Belanger w swojej książce [The World’s Most Haunted Places: From the Secret Files of Ghostvillage.com], New Page Books, 2004. (Uwaga redakcji: tekst cytatu został przetłumaczony i przepisany przez redakcję).

 

Hoia Baciu nie może pozostać bez śladu: las, który jest wpisany w ciało i umysł

 

Możemy próbować odejść, zapomnieć, wytłumaczyć, ale las Hoia Baciu zawsze zabiera ze sobą coś z nas. Niektórzy odwiedzający twierdzą, że wracają odmienieni – rzekomo cichsi, bardziej wycofani, zaabsorbowani sobą. Inni w ogóle nie mówią o swoich doświadczeniach, jakby nie wiedzieli nawet, jak je sformułować. A jednak czujesz je, opowiadając im o lesie – oczy, które się oddalają, palce, które drżą, zdania, które urywają się w połowie myśli. Hoia Baciu nie pozostawia blizn, które zdiagnozowałby lekarz. Ale pozostawia ślad – głęboko pod skórą, w tej ciszy, do której nie docierają zwykłe, codzienne myśli. To nie strach pozostaje. To obecność czegoś, czego nie da się nazwać. I to właśnie przeraża najbardziej. Według niektórych ekspertów Hoia Baciu powinno zostać objęte ochroną – nie jako pomnik przyrody, ale jako zjawisko multidyscyplinarne, gdzie zderzają się ze sobą biologia, geologia, psychologia i coś, czego jeszcze nie znamy. Zawodzą tu nie tylko klasyczne instrumenty pomiarowe, ale także nasza zdolność rozpoznawania rzeczywistości. I być może właśnie to sprawia, że ​​Hoia Baciu jest miejscem, które należy postrzegać inaczej. Nie jako atrakcję, nie jako zagrożenie, ale jako wyzwanie jako zmianę perspektywy patrzenia na samą rzeczywistość.

Hoia Baciu to miejsce niosące ze sobą szczególne napięcie. To nie miejsce, które wita. To miejsce, które cię obserwuje. Drzewa, które skręcają się w dziwaczne spirale, jakby reagując na niewidzialny nacisk, wydają się żywymi istotami. Według miejscowych dzieją się tu rzeczy, o których nie mówi się głośno – i nie dlatego, że są legendami, ale dlatego, że są prawdziwe. Ludzie, którzy przebywają w lesie przez długi czas, opisują stany podobne do dysocjacji – utratę percepcji czasu, miejsca i ciała. Niektóre świadectwa mówią o ludziach, którzy czuli się, jakby ktoś nimi kierował. Inni słyszeli dziwne głosy szepczące ich imiona. Zwierzęta reagują tu w niewytłumaczalny sposób – psy odmawiają wstępu do niektórych sekcji, ptaki unikają lasu nawet w sezonie lęgowym. Botanicy odkryli rośliny z niewielkimi odchyleniami genetycznymi, które normalnie nie występują w tym regionie. W niektórych przypadkach kierunek wzrostu uległ zmianie, jakby same rośliny „unikały” czegoś w przestrzeni. Badacze zjawisk paranormalnych odnotowali wiele anomalii: niewidzialne dotknięcia, nagłe zmiany temperatury, wahania w napięciu elektrycznym, rozmytym materiale filmowym. Jednym z najczęstszych zjawisk jest tzw. utrata czasu – ludzie zgłaszają, że spędzili w lesie znacznie mniej czasu, niż pokazują zapisy, lub odwrotnie, że stracili całe godziny, nie wiedząc, gdzie się znajdują. Zdarzały się również przypadki, gdy ludzie znajdowali się w innym miejscu niż to, w którym byli ostatnio widziani. Jeden z badaczy opisał doświadczenie, kiedy czuł, że otacza go niewidzialna bańka – słyszał stłumione dźwięki, światło załamywało się inaczej, a jego kroki brzmiały głucho. Inni naukowcy opisywali nagłe zaburzenia koncentracji, stany dezorientacji i poczucie obcej obecności. To nie tylko strach. To głębokie zaburzenie orientacji w rzeczywistości. Niektórzy psychologowie uważają, że Hoia Baciu działa jak lustro – zmusza mózg do innego postrzegania siebie w przestrzeni. I dlatego reakcje są tak intensywne. To nie atak. To przemieszczenie. Coś tutaj wpływa na ludzki układ nerwowy w sposób, który nie jest powszechny. Patrząc na polanę, na której nic nie rośnie, nie czujesz się pusty – czujesz, że ktoś lub coś patrzy w twoją stronę. To jest Hoia. Baciu. Nie miejsce, lecz świadomość. Nie tajemnica, lecz pytanie zadane bezpośrednio tobie – pisze Dennis William Hauck w krótkim cytacie w swojej książce [Haunted Places: The National Directory], Penguin Books, 2002. (Uwaga redakcji: tekst cytatu został przetłumaczony i przepisany przez redakcję).

 

Las, który może nie chce nas przestraszyć – po prostu po cichu o czymś przypomina

 

Hoia Baciu to nie plan filmowy grozy. Nie jest ani atrakcją turystyczną, ani zmaterializowaną legendą. To miejsce, które budzi w ludziach coś, co współczesny świat dawno przemilczał – zdolność do innego postrzegania świata. Być może przeraża nas nie dlatego, że chce nas skrzywdzić, ale dlatego, że pokazuje nam, jak mało wiemy o rzeczywistości. Burzy pewniki, które zbudowaliśmy wokół naukowych koncepcji, racjonalności i logiki. I właśnie dlatego jest niebezpieczny – nie dla ciała, ale dla umysłu. Zmusza nas do przyznania, że ​​świat może nie być tylko tym, co da się zmierzyć.

Może nie chodzi o to, co kryje Hoia Baciu. Może chodzi o to, co w nas odblokowuje. I to jest dar, który przeraża. Bo tak naprawdę nie chcemy usłyszeć wszystkich odpowiedzi. I to właśnie las, gdzie sygnał, czas i orientacja giną, może nam cicho przypominać, że wciąż istnieją miejsca, nad którymi nie mamy kontroli – ale gdzie możemy nauczyć się ponownie słuchać z pokorą. Nie po to, by wyjaśniać. Nie po to, by rozumieć. Po prostu, by zaakceptować, że nie wszystko, co prawdziwe, musi być od razu zrozumiane.

 


Moje 3 grosze

 

Autorka nieco przesadziła – takich lasów jak ten w Hoia Baciu jest więcej – nawet w naszym kraju. Może nie są one tak spektakularnie dziwne, jak ten w Rumunii, ale też zachodzą w nich dziwne rzeczy, które nijak nie mają wytłumaczenia w naszej Rzeczywistości.

Jednakowoż byłem i jestem zdania, że te wszystkie dziwne zdarzenia mają swe wytłumaczenia i nie trzeba ich demonizować – po prostu mamy do czynienia ze zjawiskami całkowicie niezbadanymi lub słabo zbadanymi przez naukę. Zjawiska określane jako zjawiska ψ – psi są realną rzeczywistością, a to, że my je postrzegamy jak postrzegamy wynika z niedoskonałości ludzkiego mózgu. I to wszystko. Nie ma co ich demonizować – trzeba je po prostu badać i wyjaśniać. Ale nade wszystko należy obalić otaczające je tabu, bez tego ani rusz. Pisałem już o tym wielokrotnie, więc nie będę się tu powtarzał.

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jak bardzo skomplikowaną i niezwykłą strukturą są zbiorowiska roślinne naszej planety. I jak się okazuje jak słabo zbadaną! No cóż – do lasu podchodzimy utylitarnie biorąc z niego wszystko co tylko się da i nawet nie usiłujemy się z nim pogodzić i rozumieć. Stąd te wszystkie zdumienia i przerażenie, kiedy stajemny w obliczu zjawisk, które w nim zachodzą. Musimy się pojednać z lasem i nauczyć się go rozumieć. To bowiem jest warunek sine qua non naszego przetrwania i bytowania na Ziemi.  

 

Źródło: https://udalostiextra.cz/zahady/les-ktery-vas-pohlti-zaziva-v-hoia-baciu-mizi-lide-cas-i-signal/50264/?fbclid=IwY2xjawMS3q5leHRuA2FlbQIxMQABHipyUrupJ1XiTchLqxVXLkE67OD8IE_h6Vr1T6eodKFfhz_bBSwuBroyrz2-_aem_rtkwVWLZr2AvW5kaFQQWtg