czwartek, 30 czerwca 2011

TCK: HIPOTEZA NR 81: ANTYCZNA GŁOWICA JĄDROWA











Miloš Jesenský, Robert K. Leśniakiewicz

Jeszcze w latach 60. XX wieku radziecki uczony P. I. Priwałow ułożył katalog 80 hipotez dotyczących natury i przyczyn tunguskiej katastrofy do dnia 1 stycznia 1969 roku. Przy układaniu tego katalogu uwzględniono: 390 artykułów, około 180 referatów, ponad 550 popularnonaukowych reportaży, felietonów, notatek; 60 powieści, opowiadań oraz utworów poetyckich i dramatycznych; 10 monografii; 5 filmów[1], audycja radiowe i TV, dzieła malarskie i grafiki, materiały epistolarne, archiwalne i inne. Utworów muzycznych poświęconych rozpatrywanemu zjawisku na razie nie ma. Artykuł, z którego przytoczono powyższy wykaz zatytułowany „Hipotezy związane z upadkiem Meteorytu Tunguskiego” został opublikowany na łamach czasopisma „Priroda” nr 5,1969. W Polsce opublikowano go w almanachu SF „Kroki w Nieznane” t.2, Warszawa 1971. Jak dotąd jest to   j e d y n y   w krajach Europy wykaz hipotez dotyczących natury i pochodzenia TF.

W 1983 roku, nestor i jeden z „papieży” polskiej ufologii red. Lucjan Znicz-Sawicki w swej pracy pt. „Goście z Kosmosu: Obce ślady” - stanowiącej część swoistej biblii dla polskich i słowackich ufologów - skomentował wykaz 80 hipotez na temat natury Tunguskiego Ciała Kosmicznego i dodał kilka innych wersji przebiegu wydarzeń Tunguskiego Fenomenu, jednakże te 80 hipotez stanowi coś, co można nazwać KANONEM HIPOTEZ O POCHODZENIU I NATURZE FENOMENU TUNGUSKIEGO, które to pojęcie proponujemy włączyć na stałe do ufologii. Do tegoż KANONU można jednak dodać coś-niecoś, bo nauka idzie do przodu i wciąż ujawniane są nowe fakty, które rzucają nowe światło na stary problem pochodzenia Tunguskiego Fenomenu. Nasza hipoteza nr 81 zaczyna się jak bajka...

Było to dawno, dawno temu... - zaczyna się jak bajka, ale bajką to bynajmniej nie było, bo tak być mogło i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa właśnie tak przebiegały wydarzenia. A jak, to powiemy Czytelnikowi zaraz...

Około 12-15 tys. lat temu, na Ziemi istniała wspaniała i rozwinięta Supercywilizacja Naukowo-Techniczna. Owa SCNT miała za sobą co najmniej 100.000 - 1 mln lat rozwoju, a zatem była starsza od naszej i o wiele bardziej zaawansowana technicznie od naszej. Sięgnęła ona najbliższych planet, a jej forpoczty być może stanęły na księżycach planet-olbrzymów i Plutona... Dowodami na to są różne dziwne formacje na Księżycu i Marsie: grupy piramid, Twarz Marsjanina, Wieża, Zamek, Iglica, itd. itp. Jest tego dużo. Na Ziemi także pozostały jej ślady: piramidy i inne budowle megalityczne, a także i te niematerialne ślady w ludzkiej pamięci w postaci legend, baśni i religii. W postaci wierzeń, które kazały naszym przodkom dźwigać wielotonowe głazy, obrabiać je z niewiarygodną precyzją i stawiać pomniki przypominające świetność upadłej Supercywilizacji...

Bo ta Supercywilizacja upadła!

Jak to się stało? tego nie wiemy dokładnie, a to, co przekazali nam nasi przodkowie nie pozwala na stworzenie jakiegoś spójnego obrazu Wielkiego Konfliktu sprzed stu dwudziestu wieków, bo tak szacujemy czas Wielkiego Upadku. Pierwszego (i być może nie ostatniego w dziejach Ludzkości)!...

Najprawdopodobniej doszło w łonie tej SCNT do ostrych podziałów nie do przezwyciężenia na drodze rozumnych rokowań i negocjacji - komuś puściły nerwy, ktoś sięgnął po broń. A kiedy już raz jej użyto, to nie sposób było przerwać rozlew krwi - jakże to znajomy obrazek z Jugosławii, Timoru, Rwandy, Czeczenii, Ulsteru i innych punktów zapalnych świata!

Rokowania zostały zerwane i doszło do użycia Broni Masowego Rażenia (BMR). To, co służyło ludziom, stało się narzędziem mordu i odwetu. Wojna szalała na ladach, morzach w powietrzu i w Kosmosie. Jej rezultaty widać do dnia dzisiejszego: planeta Faeton pomiędzy Marsem a Jowiszem została przemielona w okruchy, które dzisiaj tworzą Pas Asteroidów; Mars został wyżarzony na kość i potem wymrożony do kosmicznej temperatury otaczającej go próżni. Na Wenus walczące strony doprowadziły do masowego efektu szklarniowego, w rezultacie czego pokryta jest ona lawą, a jej atmosfera jest złożona z dwutlenku węgla i kwasu siarkowego... Oberwało się także Księżycowi, na którym straszą teraz - jakże nieprawdopodobnie przewidziane (czy tylko???) przez Jerzego Żuławskiego na początku XX wieku - trupie miasta ze strzelistymi minaretami wieżyc na wysokość 5-15 km ponad księżycowy grunt! Kto je tam postawił? Kto je zniszczył?

Nie Kosmici, ale ludzie. Ludzie i ich maszyny, bo to była cywilizacja maszyn i to o wiele doskonalszych od naszych. Obawiamy się, że Ludzkość po raz wtóry wpędza sama siebie w ślepy zaułek, z którego może nie będzie miała wyjścia...

A może było inaczej? Może ta nasza SCNT nie była taka zła i żądna krwi, jak tutaj to przedstawiliśmy? Być może za czasów panowania tej Supercywilizacji Atlantydy Ziemia przypominała Ogród Eden, w którym panował Złoty Wiek? Wszystko, co żyło na Ziemi służyło Człowiekowi, który chronił i dbał o powierzoną mu planetę. Może rzeczywiście była to Utopia - Czas Snu - jak nazwali ten okres Aborygeni, kiedy to człowiek mógł bosą stopą przejść z Europy do Australii i z Australii do Ameryki bez obawy, że porani ją o ostre kamienie czy krzewy... Ale szczęśliwość  nie jest stanem stałym, jeżeli się nie dba o własne bezpieczeństwo. Nasza SCNT stanęła twarzą w twarz z zewnętrznym zagrożeniem. Oto w kierunku Układu Słonecznego zmierzają Obcy, którzy maja chrapkę na pięć biogenicznych planet pławiących się w słonecznej ekosferze...

Kim byli agresorzy?

Kiedyś założyliśmy, że mogli to być kosmiczni apatrydzi - wygnańcy ze swej ojczyzny, a powodem wygnania były niesprzyjające warunki panujące na rodzimej planecie (czy planetach): przygaśnięcie rodzimej gwiazdy, przemiana w Novą czy Supernovą, kosmiczne zderzenie z inną planetą czy uderzenie dżetu... - nie wiadomo, a możliwości jest wiele. Wyobraźmy sobie istoty żyjące nadzieją, że kiedyś znajdą świat, na którym ich cywilizacja się odrodzi i znów zakwitnie. Lecą już setki czy może tysiące lat, i naraz na ich drodze staje Układ Słoneczny z Wenus, Ziemią, Księżycem, Marsem i Faetonem, które nadają się do zamieszkania. Niestety, są one już zamieszkałe przez rozumną rasę istot stojących na nieco innym poziomie naukowo-technicznym. Co zatem robić? Nie ma wyjścia - oczywiście opanować te planety! Ale są one już zamieszkałe!
- Nie mamy wyboru - decydują Istoty - albo oni, albo my. Trzeciego wyjścia nie ma! Mamy dość tułania się po Kosmosie!
- Atakujemy Ziemian! - zapadła decyzja.

Wskutek tej decyzji doszło do straszliwego konfliktu, wskutek którego obie cywilizacje upadły! Życie ostało się jedynie tylko na Ziemi, a i to jedynie w skarlałej i rachitycznej formie... Obcy i Ludzkość cofnęli się o setki tysięcy lat w rozwoju. Cały dorobek poszedł w zapomnienie i gruzy. Kiedy opadły dymy, to wszyscy uświadomili sobie, że trzeba wszystko zaczynać od nowa. Od zera. I zaczęli. Z tego narodziła się nasza cywilizacja...

Co z tym wszystkim ma wspólnego Tunguskim Meteorytem?

Bardzo dużo, bowiem zakładamy, że SCNT posiadała to wszystko, czym my już dysponujemy plus jakieś udoskonalone systemy w rodzaju naszych SDI, ABM czy MND - tyle że bardziej zaawansowane technicznie. Systemy te wzięły udział w Konflikcie, ale po zniszczeniu ośrodków dyspozycyjnych koordynacji i dowodzenia na Ziemi i innych planetach, pozostała w przestrzeni kosmicznej część niewykorzystanych satelitów bojowych i satelitów „killerów” przeznaczonych do niszczenia tamtych na orbitach wokółziemskich czy wokółplanetarnych. I krążyły one przez tysiące lat wokół Ziemi od czasu do czasu wprowadzając drobne korekty orbity tak, by nie spaść na nią.

Stan taki trwał czas jakiś. Po wyczerpaniu się zapasów paliwa, satelity te ulegały powoli ziemskiej grawitacji i od czasu do czasu któryś z nich spadał na naszą planetę, a wtedy uwalniało się piekło broni A, B, C, H i N, a może nawet D? To właśnie dzięki temu Ludzkość gnębiły najstraszliwsze  choroby, niewyjaśnione do dziś dnia epi- i pandemie, epi- i panzootie, niesamowite wybuchy i następujące po nich choroby, jako żywo przypominające chorobę popromienną, duszące, trujące mgły i palące deszcze... Zagładę Sodomy i Gomory mogły wywołać nie tylko antyczne głowice nuklearne, ale zwykły napalm czy fosforowo-celuloidowe płytki zapalające - takie ogniste deszcze pamiętają doskonale mieszkańcy Tokio, Hanoi, wiosek w Afganistanie czy Czeczenii. Listę tych dopustów Bożych do XVIII wieku przytoczył Miloš w swej znakomitej pracy pt. „Bohové atomových vàlek” (Ústi nad Labem, 1998) i nie będziemy jej tu przytaczać.

Czymże był zatem TM?

W świetle tego, co powiedzieliśmy powyżej możemy śmiało założyć, że TKC było niczym innym, jak wielogłowicową rakietą - MIRV - która spadła z Kosmosu na Ziemię w rejonie Podkamiennej Tunguskiej, i de facto eksplodowała w powietrzu - co więcej - zanim do tego doszło, poruszała się w powietrzu tak, jak samosterowany pocisk odrzutowy typu Cruise czy Tomahawk. Co więcej - pocisk ten rozdzielił się na kilkadziesiąt kilometrów przed celem na 2-5 fragmentów, które uderzyły w cel razem lub osobno, atakując z kilku kierunków! Stąd trzy wywały drzew i pięć epicentrów eksplozji, stąd rozbieżności w relacjach świadków i stąd wreszcie te wszystkie łoskoty gromowe eksplodujących głowic termojądrowych. Stąd te wszystkie geofizyczne fenomeny, jakże pasujące do teorii o eksplozji kosmolotu Kazancewa! Bo to był kosmolot, tyle że nie niosący żywą czy choćby automatyczną załogę, ale śmierć i zagładę... Tyle, że na Ziemi nie było już celu, który miał być zniszczony...

Nie było?...

A może celem był właśnie stary komin wulkaniczny w dorzeczu Dolnej Tunguskiej? Gdyby taki wielogłowicowy pocisk rakietowy trafił w stary komin wulkaniczny, to seria pięciu czy może nawet więcej eksplozji o łącznej mocy 10-15 Mt TNT mogłaby obudzić uśpiony wulkan... Jak? - bardzo prosto: pierwsza eksplozja zamieniłaby w parę 50-100 m gruntu, wiecznej marzłoci i skał, druga i następna głowica uderzając w to samo miejsce zrywa dalsze setki metrów skały aż do zbiornika magmy... Stach pomyśleć, co stałoby się z połową kontynentu! Straszliwe terremoto spustoszyłoby pół Azji i uaktywniłyby się wszystkie wulkany Kamczatki i Kaukazu, nie mówiąc już o Tiań-Szaniu i Ałtaju. Straszliwa broń ekologiczna, które nie mogłaby sprostać nawet Supercywilizacja...

Może się mylimy, ale zbyt wiele wskazuje na to, że tak właśnie kiedyś było.  Legendy i mity o Wielkim Konflikcie Bogów znane są na wszystkich kontynentach i opowiadają je wszystkie ludy: od Aborygenów i Albańczyków do Zulusów. Na ziemi widnieją ślady cyklopiego budownictwa, którego nawet nasza cywilizacja nie jest w stanie zrekonstruować, bo użyto do niego kamienia - najtrwalszego ze wszystkich materiałów budowlanych znanego w Przyrodzie, a my nie potrafimy powtórzyć wyczynu naszych przodków, i postawić chociaż jedna kamienna piramidę na wzór piramidy chociażby Mycerinosa... I na to nic nie pomogą książki krytyczne w zamyśle, a w gruncie rzeczy rozwadniające i zaciemniające sprawę, stanowiące stek przeintelektualizowanego bełkotu, pisane przez różnej maści „antydaenikenów” czy im podobnych błaznów nazywających siebie w prostaczej naiwności „uczonymi”, bez polotu i krzty elementarnej wyobraźni, bo wszystkie te - pożal się Boże - „rozprawy” czy „krytyki” są pisane na zasadzie: „zanegować, co się tylko da - a jak się nie da, to wyśmiać lub w ogóle zignorować!” I to jest właśnie najbardziej żałosne - bo ci „wyjaśniacze” i „krytycy” wymyślają karkołomne hipotezy w rodzaju bredni, jakie nam zaserwował prof. Anistratienko, Bronsztejn i im podobni, by zaćmić klarowny obraz tego, co było zanim powstała nasza cywilizacja...

Uważamy, że hipoteza nr 81 broni się nieźle, a dowodów na jej poparcie jest dosyć - wystarczy dobrze rozejrzeć się dookoła i pomyśleć, choć z drugiej strony zdajemy sobie sprawę z tego, ze w naszym zdewociałym i totalnie ogłupianym przez chory system edukacji społeczeństwie  z myśleniem na ogół jest trudno - mówiąc delikatnie. Na rozejrzenie się nie mamy czasu, a na myślenie, to lepiej w ogóle nie mówić. Śledząc wystąpienia niektórych polityków czy postępki niektórych uczonych - ostatnio „zabłysnął” głupotą prof. Jan Ostrowski z Wawelu, który  zaczął walczyć z Wawelskim Czakramem Ziemi - coraz bardziej jesteśmy przekonany, że zaślepienie, zawiść i dewocja idą u nich o lepsze z przesądami, które nazywają bombastycznie „współczesną nauką”. Drugim „uczonym”, który ostatnio wygłupił się uroczo jest prof. dr hab. Janusz Gil, który stwierdził, że fizyka współczesna już się skończyła na Ogólnej i Szczególnej Teorii Względności i cała reszta to są tylko dodatki kosmetyczne i nic więcej. Hmmm... - no to jak uważamy - wszyscy nobliści z dziedziny fizyki po 1916 roku powinni pooddawać swe Nagrody Nobla, jako że według prof. Gila - niczego rewolucyjnego nie odkryli, a tylko poczynili apendyksy... Takich wygłupów ta „współczesna nauka” zaliczyła jeszcze więcej, tylko że o nich się nie mówi, bo są skrzętnie ukrywane przez ich autorów...

Dowody są i nierzadko spadają z nieba.  Trzeba je tylko poszukać w pracach takich autorów, jak m.in.: Aleksander Mora, Arnold Mostowicz, Lucjan Znicz-Sawicki, Andrzej Donimirski, Aleksander Grobicki - że wspomnimy tutaj tylko polskich autorów. Można je spotkać także w upiornych gniotach w rodzaju „Z powrotem na Ziemię” czytanych à rebous: trzeba patrzeć   o   c z y m   ci autorzy „z Bożej łaski krytycy”   n i e   n a p i s a l i !   Bo autorzy tego gniota w ferworze rzucania gromów na oponentów też strzelili kilka byków, i to jakże uroczych! Ale krytyka tych bredni nie wchodzi w zakres tego opracowania i darujemy Czytelnikowi przytaczania listy potknięć tych ludzi, którzy uważają się za „prawdziwych naukowców”...

Hipoteza nr 81 plasuje się w wykazie P. I. Priwałowa w grupie hipotez A – Hipotezy technogenne.

CDN.


[1] W tym enerdowski pt. „Milcząca gwiazda” w reż. Kurta Maetziga, na podstawie powieści „Astronauci” Stanisława Lema