wtorek, 13 września 2011

Dlaczego nasz „łunnik” pozostał na Ziemi?









Wasilij Micurow

Wśród wielu zadań, które stawiają przed sobą uczeni i inżynierowie, pracujący w zakresie kosmonautyki, najbardziej pierwszorzędną i prestiżową była kwestia wysłania człowieka na naturalnego satelitę naszej planety, na Księżyc. W końcu lat 50. i na początku lat 60. rozpracowaniem tego problemu zajęli się uczeni w USA i u nas – wtedy jeszcze w ZSRR.

Bez naszej NASA

Na Księżyc – według poglądów naszych konstruktorów – należało wysłać co najmniej dwóch kosmonautów, wysłanników Ziemi. Powinni oni wyjść na powierzchnię Księżyca, przeprowadzić niezbędne badania i powrócić do domu tą samą rakietą, którą przylecieli. Dlatego też statek kosmiczny musiałby mieć payload wynoszący co najmniej 100 ton, zaś masa startowa tego statku kosmicznego musiałaby wynosić co najmniej 3.000 ton. A zatem należało zastosować silniki o ogromnej mocy.

W roku 1960, rząd Związku Radzieckiego przyjęło uchwałę o budowie rakiety nośnej obliczonej na payload 40-50 ton. Poza tym uchwalono także termin jej skonstruowania – trzy lata. Do prac nad nią zaangażowano dziesiątki przedsiębiorstw, instytutów i ośrodków badawczo-rozwojowych, biur konstrukcyjnych, itp. Jednego centrum koordynacyjnego, które byłoby w stanie ogarnąć to wszystko, u nas nie było. Wszystkim zajmowała się „wierchuszka”, która przekazywała polecenia na dół i rozliczała z wykonawstwa zadań.

Korolow w kierownictwie programu księżycowego

Szefem programu księżycowego był Generalny Konstruktor Techniki Kosmicznej Siergiej Pawłowicz Korolow. Marzenia o rakiecie, która byłaby w stanie lecieć nie tylko na Księżyc, ale także na Marsa zajmowały jego myśli przez długi czas.

Na początku lat 60. Korolow opracował scenariusz pilotowanego lotu na Księżyc i przekazał go rządowi. Scenariusz ten okazał się być najbardziej racjonalnym.

Na poziomie oficjalnym, zadanie wylądowania człowieka na Księżycu zostało postawione w 1964 roku. Jednakże nie udało się zbudować silnika, który byłby w stanie wynieść na orbitę 100 ton, więc zdecydowano się na wysłanie na powierzchnię Księżyca tylko jednego kosmonauty. Drugi zaś miał czekać na niego na wokółksiężycowej orbicie.

W Bajkonurze postanowiono wybudować nowy kompleks startowy. Rakieta N-1 (Н-1) wyszła ze stadium planów, a stała się realną rzeczywistością. Zaczął się trening kosmonautów. Specjalna grupa lotników-kosmonautów „Łuna” składała się z trzech załóg. Do pierwszej – głównej – weszli: Aleksiej Leonow i Oleg Makarow. Do grupy dublerskiej weszli: Walery Bykowskij i Nikołaj Rukawisznikow, a do trzeciej – rezerwowej: Paweł Popowicz i Witalij Sewastianow. Program treningu był obszerny. Kandydaci uczyli się gwiezdnego nieba i szczegółów reliefu powierzchni Księżyca. Uczyli się pilotowania członem powrotnym i lądownikiem księżycowym, którym mieli się poruszać po powierzchni Księżyca.

Główny problem – silniki

Niestety – prace nad skonstruowaniem silnika o ogromnej mocy nie przynosiły żadnych rezultatów. Wprawdzie Korolow wypuścił już serię rakiet, ale w tym przypadku ich moc należało zwiększyć 15 razy.

Paliwem do tych rakiet była zazwyczaj nafta z skroplonym tlenem, ale możliwości tego czynnika roboczego szybko się wyczerpały. Korolow zatem zabrał się za drugi rodzaj paliwa, który dałby jeszcze większą moc – ciekły wodór i ciekły tlen. Takie właśnie paliwo – według Siergieja Pawłowicza – należało zastosować w II i III stopniu rakiety, które miały się poruszać w bezpowietrznej przestrzeni. Zaprojektować i skonstruować taki silnik byłoby w stanie Biuro Konstrukcyjne na czele którego stał W.  P. Głuszko. Aliści ten ostatni sądził, że ciekły wodór jako paliwo rakietowe jest bez perspektyw. Ze swej strony preferował on fluor, kwas azotowy i heptyl (C8H18) – środki chemiczne skrajnie toksyczne. Można je było stosować w technice wojskowej, a nie w rakiecie pilotowanej przez ludzi. Oto właśnie dlaczego Korolow odrzucił propozycje Głuszkowa i zaczął szukać innych współpracowników.

Zwrócił się on tedy do Biura Konstrukcyjnego pod kierownictwem N. D. Kuzniecowa, gdzie opracowywano silniki dla lotnictwa. Niestety, ograniczony czas i możliwości tego BK nie były w stanie zbudować takiego silnika rakietowego. Tak zatem postanowiono skonstruować booster dla N-1 w postaci całej wiązki silników rakietowych średniej mocy, i tak I stopień miał 30 silników rakietowych, II stopień – 8, a III stopień – 4. Tak więc taka rakieta nośna była w stanie wynieść na orbitę wokółziemską ładunek o masie 95 ton. Cała trudność polegała na tym, by zsynchronizować pracę wszystkich silników. Do tego celu skonstruowano specjalny system Kord, który okazał się być bardzo kapryśnym i nieprzewidywalnym.

Bez Korolowa

W styczniu 1966 roku, w czasie rozruchu robót nad projektem skończyło się kierownictwo S. P. Korolowa, który zmarł. Na czele jego BK stanął jego zastępca akademik W. P. Miszin, który kontynuował prace nad rakietą N-1. Wreszcie w dniu 21 lutego 1969 roku rozpoczęły się próby. W 70. sekundzie po starcie, w rufowym odcinku I stopnia zaczął się pożar i lot trzeba było zakończyć.

3 lipca 1970 roku, w czasie próbnego startu odmówiła posłuszeństwa pompa tłocząca ciekły tlen. Nastąpiła potężna eksplozja, która zniszczyła cały kompleks startowy. Jego odbudowa i budowa nowej rakiety kosztowała niemało czasu.

27 lipca 1971 roku przystąpiono do trzeciego startu. Rakieta nieco uniosła się nad ziemię, ale wskutek utraty równowagi i ta próba się nie powiodła…

23 listopada 1972 roku po raz czwarty odpalono N-1. wszystkie silniki I stopnia rakiety nośnej pracowały normalnie, lot trwał 112 sekund. Niestety, w ogonowej części rakiety znów wynikła niesprawność i normalny lot się skończył. Tym niemniej jednak ten start i lot był niewątpliwym sukcesem. Teraz było już oczywistym, ze do zwycięstwa pozostało niewiele!

Tymczasem w montażowni kompleksu kosmicznego w Bajkonurze przygotowywano do startu jeszcze dwie rakiety. W sierpniu 1974 roku powinien odbyć się piąty test, a przy końcu roku – szósty. No a potem trzeba by było oddać rakietę N-1 w normalną eksploatację. Niestety, plany te nie zostały zrealizowane. Najpierw zamrożono prace przy „łunniku” (lądowniku księżycowym). A w maju 1974 roku na miejsce akademika Miszina głównym konstruktorem został W. P. Głuszko!

Już w pierwszy dzień oznajmił on, że projekt N-1 był błędem i że przyszedł on do BK Korolowa „nie z pustym portfelem”. Przedstawił on propozycje konstrukcji rosyjskiego promu kosmicznego – shuttle’a, który w ciągu 10 lat zmaterializował się w postaci Burania i rakiety nośnej Energia. I niestety, ten całkiem udany projekt nie był kontynuowany. Potem już nie tylko rozlatywały się statki kosmiczne, ale w powietrze wyleciało całe państwo ZSRR.

Amerykanie na Księżycu

Na początku lat 60. zostaliśmy wciągnięci w kosmiczny wyścig ze Stanami Zjednoczonymi. Wiele naukowych i inżynierskich problemów rozwiązywało się u nas z pozycji wąsko pojętego „priorytetu”. Jednak nastąpił dzień 16 lipca 1969 roku, kiedy amerykański kompleks Saturn-5/Apollo-11 wystartował z Ziemi i po pięciu dniach jego dowódca N. Armstrong a potem E. Aldrin stanęli na Księżycu. Ten historyczny moment pokazywano w TV na całym świecie. Nie pokazano go tylko w ZSRR i Chinach.

W ciągu czterech lat NASA przeprowadziła po locie Apollo-11 jeszcze kilka lotów załogowych. W sumie sześciokrotnie amerykańscy astronauci przebywali na Srebrnym Globie. Z punktu widzenia „priorytetów” wszystko stało się absolutnie jasnym i w naszej prasie ukazały się artykuły o tym, że wysyłanie ludzi na Księżyc z punktu widzenia nauki jest bez sensu. A pełna dramatyzmu historia projektu N-1 była znana niewielu ludziom. (NB, których obowiązywało Prawo Burdego: „kto wie – milczy, kto mówi – nie wie nic”) I wieloletniej pracy tysięcy radzieckich naukowców, inżynierów i robotników jakby w ogóle nie było…

„Łunniki” już niepotrzebne

Jednakże na początku lat 70. znaleźli się specjaliści, którzy rozumieli, że zamknięcie tematu N-1 odbije się negatywnie na całej naszej kosmonautyce. Akademik W. P. Miszin chodził po gabinetach różnych ważnych osobistości, pisał listy do XXV Zjazdu KPZR kierownik programu rakietowego B. A. Dorofiejew. Uczeni prosili o tak niewiele – zezwolenie na start pozostałych dwóch rakiet, które gotowe do lotu stały na równiku Wszechoceanu.[1] Jednakże klamka zapadła i los N-1 był przesądzony, bowiem programami naukowymi rządzili nie naukowcy ale polityczne kierownictwo.

W historii nieudanego programu księżycowego radzieckiej kosmonautyki ukazane zostały jasno bolesne problemy ówczesnego radzieckiego społeczeństwa. I dlatego właśnie ów program nie mógł być zrealizowany, bowiem bez reszty podporządkowano go polityce i wyścigowi pomiędzy mocarstwami.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 24/2011 ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 



[1] Na platformie startowej na Oceanie Indyjskim.