poniedziałek, 30 kwietnia 2012

CE z morskimi, wężowatymi UMA…


Rekonstrukcja plezjozaura w DinoParku w Rybniku (Internet)



Wadim Ilin



…czyli po prostu z wężami morskimi. Relacje o wężach morskich zaczęły się pojawiać w prasie w połowie XIX wieku. Informacje o Bliskich Spotkaniach z tymi UMA pojawiają się także w naszych czasach, przy czym sądząc po wszystkiemu, te gigantyczne morskie kryptydy zamieszkują wszystkie akweny Wszechoceanu.



Potwory w wodach Nowej Szkocji



Jedno z pierwszych spotkań z tymi dziwnymi stworzeniami – znanymi w kryptozoologicznym światku jako UMA – miało miejsce w okolicach Nowej Szkocji (południowy-wschód Kanady) w 1845 roku, kiedy to rybacy John Bockner i James Wilson ujrzeli 30-metrowego „węża morskiego” w zatoce St. Margaret. Opowiedzieli o tym wydarzeniu swojemu pastorowi, wielebnemu Johnowi Ambrose’owi, który także osobiście spotkał się z takim potworem.



A w roku 1855, ludzie na brzegach zatoki Green Harbor z przerażeniem obserwowali, jak „coś dziwnego, podługowatego, co wykonuje faliste, wężowe ruchy” prześladowało łódki miejscowych rybaków. Opis tych wydarzeń zrobiony w oparciu o słowa naocznych świadków zamieścił jeden z numerów amerykańskiego dziennika „Ballou’s” wychodzącego w XIX wieku:



Zaraz po tym, co się zdarzyło, zobaczono głowę zwierzęcia, a za nią jakieś wypuczenie podobne do garbu uwieńczonego masą poskręcanych i zwisających ku dołowi długich i skołtunionych włosów, przypominających końską grzywę. Dalej zwijały się i rozwijały pierścienie długiego na jakieś 12 – 15 m ogromnego  ciała monstra. Te falujące ruchy przebiegały w płaszczyźnie poziomej, przy czym pierścienie przebiegały od głowy do ogona i pozostawiały na lustrzanej gładzi morza ślad podobny do kilwateru i śruby parostatku.



Kiedy UMA przybliżyło się do brzegu, rozległ się syk jak od strumienia uchodzącej z kotła pary czy powietrza, który dobiegał z wnętrza zwierzęcia. Można było zobaczyć jego lśniące zęby, łuki brwiowe nad połyskującymi złowrogo oczami, ciemnoniebieską lśniącą metalicznie łuskę na głowie i na grzbiecie, a brudnożółtą na stronie brzusznej. Głowa potwora była długa na co najmniej dwa metry.



I wreszcie przestał interesować się rybakami, a oni przerażeni nie na żarty szczęśliwie dopłynęli do brzegu.



Kolejne spotkanie z UMA miało miejsce w 1883 roku. Sześciu żołnierzy łowiło ryby w zatoce Mahoney Bay zauważyło nieopodal nich ogromnego węża – z wody wystawała dwumetrowa, jak w przypadku rybaków z Green Harbor głowa potwora. Szyja stworzenia była gruba jak pień potężnego drzewa, miała kolor ciemnobrązowy czy nawet czarny z nieregularnie rozmieszczonymi na skórze białymi paskami. Reszty jego ciała rybacy nie widzieli, ale sądzili, że długość tego UMA wynosiła co najmniej 25 m.



„Krowia głowa bez rogów i uszu…”



Jedno z najbardziej dokładnie opisanych i udokumentowanych CE z wężokształtnym UMA miało miejsce latem 1905 roku (wg innych źródeł miało to miejsce w dniu 7 grudnia 1905 r., o godzinie 10:15 BRT – zob: http://www.strangemag.com/definitiveseaserpent.html - uwaga tłum.) na Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Paraiby – najbardziej wysuniętego na wschód stanu Brazylii. Niemal cała załoga luksusowego jachtu SY Valhalla zobaczyła duże zwierzę bardzo długą szyją i wyrostkiem na grzbiecie przypominającym pofałdowana płetwę grzbietową. Szyja wystawała z wody na 2,5 - 3 m, a całe ciało zwierzęcia było doskonale widoczne pod powierzchnią wody. W składzie załogi znajdowali się dwaj doświadczeni naturaliści – Michael J. Nicoll i E. G. B. Meade-Waldo, którzy unisono oświadczyli, że nigdy czegoś takiego nie widzieli.



…Trwała Pierwsza Wojna Światowa. W dniu 23 maja 1917 roku, uzbrojony statek handlowy SS Hillary wypierający 6000 ton znajdował się u wybrzeży Islandii. Morze było spokojne, panował sztil. Naraz marynarz na oku zauważył przed dziobem, pod wodą „coś ogromnego”. Obawiając się ataku ze strony niemieckiego U-boota, kapitan statku F. W. Dean ogłosił alarm bojowy i skierował statek na zbliżenie z tym UAO. Po chwili okazało się, że to nie był żaden U-boot, ale czymś… niezwykłym?



Z odległości około 25 m, kapitan ze zdumieniem patrzał jak spod wody pokazała się „głowa podobna do krowiej, ale o wiele większa”, tylko bez rogów i uszu. „Ona była czarna, tylko na przodzie mordy widoczny był biały pas czy pasy w miejscu, gdzie bywa on także u krów”. Poza tym nad wodą na jakiś metr sterczało coś, co wyglądało jak płetwa grzbietowa. Całkowitą długość tej krypydy marynarze ocenili na 20 m, z których sześć przypadało na muskularną szyję.



I wtedy zdarzyło się coś, co było najgorszym błędem w historii żeglugi i zoologii, a mianowicie – kapitan Dean zdecydował, że jego artylerzystom nadarzyła się okazja postrzelać ćwiczebnie do celu. Wydał rozkaz oddalić się od celu na kilometr i rozkazał dać doń ognia. Na tą odległość nie sposób było chybić i pociski zabiły to UMA. Jego agonia spowodowała silne falowanie na powierzchni morza i „żywa łódź podwodna” szybko skryła się pod wodą.



„Oczy o rozmiarach spodka”



Powróćmy na południe, ku Nowej Szkocji. 5 lipca 1976 roku, Eisner Penney mieszkaniec wyspy Sable Island, zobaczył na morzu ogromne nieznane zwierzę i opowiedział o tym swoim znajomym. Oczywiście – jak zwykle w takich przypadkach – wyśmiali go, ale w ciągu kilku następnych dni jeden z nich – Keith Ross ze swym synem Rodneyem ujrzeli na własne oczy przedmiot swych niedawnych drwin.



Jego oczy był wielkie jak spodki i lśniły złowrogo czerwonym światłem – opowiadał roztrzęsiony Keith Ross – a z jego gigantycznej, szeroko otwartej paszczy sterczały groźnie dwa ogromne kły. Rozmiarami były one podobne do kłów morsa czy nawet słonia, i zwisały ku dołowi z górnej szczęki. Ten potwór podpłynął do nas za rufą łodzi całkiem blisko. A my doskonale widzieliśmy jego cielsko o długości 12 – 15 m, pokryte szarą skórą podobną do wężowej, pokrytej ogromną ilością jakichś guzków, wzgórków i przyczepionych pąkli. No i zobaczyliśmy, że ono ma ogon jak u ryby z pionową płetwą ogonową, nie taką jak u wieloryba.



Ross skierował swój kuter byle dalej od UMA, która szybko znikła we mgle (szczegóły zob. - http://www.qsl.net/w5www/sea.html).



Wyłowiony plezjozaur



W kwietniu 1977 roku, załoga japońskiego statku rybackiego MV Zuiyo Maru znajdującego się u brzegów Nowej Zelandii, wyciągnęła na powierzchnię zwłoki jakiegoś 15-metrowego UMA, który na pierwszy rzut oka prawdziwego monstrum głębin oceanicznych. Załoganci podnieśli szczątki na pokład i zrobili kilkanaście kolorowych zdjęć tego UMA, a potem – obawiając się, że rozkładająca się tusza zanieczyści złowione ryby – kapitan polecił wyrzucić padło za burtę.



Profesor Takeo Shikama, japoński kryptozoolog badający dawne zwierzęta i wykładający w Narodowym Uniwersytecie Jokohama, przejrzawszy zdjęcia oświadczył, że zwłoki te nie są zwłokami żadnego ssaka morskiego czy ryby. A z wyglądu, potwór ten przypomina plezjozaura – wodnego dinozaura zamieszkującego Wszechocean 100 MA temu. (W rzeczywistości plezjozaury zamieszkiwały Ziemię od 240 do 64,8 MA temu, czyli właściwie przez cały Mezozoik – uwaga tłum.)



Po takim sensacyjnym oświadczeniu uczonego, kilka statków skierowano do poszukiwań wyrzuconego trupa, ale nie udało się go znaleźć. Dramatyzm całej sytuacji polega na tym, że wskutek lekkomyślności jednego człowieka nauka straciła bezcenny – z jej punktu widzenia – eksponat, a którego materialna wartość była wyższa od ceny połowu wraz z całym statkiem!



To nie węże!



Na początku 1999 roku, do redakcji amerykańskiego „Fate Magazine” przyszedł list od czytelnika, który natknął się w swym archiwum na wycinek z miejscowej gazety wychodzącej w miejscowości Astoria, OR. Wycinek ten ów mężczyzna załączył do listu, bowiem mniemał, że tekst i fotografia znajdujące się w artykule mogą być ciekawe dla „Fate”.



Magazyn zamieścił ów wycinek z gazety, która wyszła w 1940 roku w swym lutowym numerze w 1999 roku. Tekst pod fotografią głosi, co następuje:



Morski potwór postawił na nogi całą miejscową społeczność.

Ilwaco, WA.



Szczątki nieznanego morskiego zwierzęcia z długimi płetwami, rozmieszczonymi po obu stronach głowy, z pięciometrowym ogonem, zostały znalezione w piątek na przylądku Long Beach. Pozostały one nierozpoznane mimo tego, że obejrzało je dziesiątki osób. Rysunek pokazuje nam, jak to nieznane zwierzę mogło wyglądać przy życiu. Jego długość powinna wynosić około 15 m, a waga około 1500 – 1800 kg. Całe ciało nieznanego zwierzęcia pokrywała gęsta szczecina.



Nie patrząc na to, że „morskie węże” na przestrzeni wieków napatoczają się ludziom przed oczy na morzach i oceanach praktycznie całego świata, jak dotąd nikt nie objaśnił, czym te stworzenia są, pomimo tego że zoolodzy spierają się o to dwa stulecia. Ale czymkolwiek by nie były te „gigantyczne wodne UMA”, to można z całą pewnością powiedzieć – to nie są węże!



Węże nie mogą pływać wznosząc głowę ponad wodę, a poza tym nie mają one ogonów podobnych do rybich.


Appendix



Potwór z Sachalinu



W sierpniu 2006 r. na wyspie Sachalin w Rosji odkryto leżące na morskim brzegu szczątki dużego drapieżnego zwierzęcia. Zwierzę miało ok. 7 m długości, tyle co dorosły okaz krokodyla, ale jego skóra nie była pokryta pancerzem tylko porośnięta sierścią szarego koloru, o włosach długich na 5 cm. Powierzchowne analizy układu kostnego i uzębienia tajemniczego zwierzęcia wykazały, że nie jest ono rybą.



- Jeden z rybaków próbował zidentyfikować znalezisko przeglądając encyklopedie. Z zaskoczeniem odkrył, że zwierzę jest najbardziej podobne do plezjozaura - stwierdził w wypowiedzi dla mediów Władimir Bedżisow, dyrektor Departamentu Kultury Obwodu Sachalińskiego.



Podobno szczątkami zajęły się rosyjskie służby i nie wiadomo gdzie przewieziono to tajemnicze znalezisko.



A może była to jakaś zwariowana krzyżówka, rezultat manipulacji genetycznych? Coś takiego chyba nikomu (na razie) nie przyszło do głowy…?

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 1/2012, ss. 30-31



Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©