czwartek, 24 stycznia 2013

Bomba dla towarzysza przewodniczącego


Przywódca ZSRR Nikita Chruszczow - Szalony Niki, jak nazywali go zachodni dyplomaci...


Iwan Barykin

Pierwszy w świecie reaktor jądrowy zbudowano w 1942 roku na Uniwersytecie Chicago w USA. Reaktor nie miał systemu chłodzenia i pracował na minimalnej mocy.
- My wam pokażemy kuźkinu mat’! - To zdanie rzucone przez N. S. Chruszczowa z trybuny Zgromadzenia Ogólnego ONZ pół wieku temu wprawiło w osłupienie cały świat.
- „Co radziecki przywódca miał na myśli?”, „Kim jest matka Kuźmy?”  - krzyczały nagłówki wszystkich gazet świata.


Wyrób 602


Ten typowo rosyjski idiomat był niezrozumiały dla przeciętnego mieszkańca świata. Te pogróżki, wzmocnione dodatkowo postukiwaniem butem Chruszczowa po mównicy, nabrały złowieszczego charakteru. On oczywiście nie miał na myśli małego, wrednego żuczka, nalanka czarnego (Anisoplia austriaca), który jest szkodnikiem zbóż, i nie jego matkę – a coś bardziej realnego. To Nikita Siergiejewicz wyjaśnił w dniach Kryzysu Karaibskiego, kiedy to świat stał na krawędzi wojny termojądrowej:
- My was imperialistów, pochowamy!

Jak zamierzał tego dokonać, okazało się w czasie jego oświadczenia na XXII Zjeździe KPZR. W tym samym dniu, na Nowej Ziemi zdetonowano ładunek termojądrowy, który 10.000 razy przewyższał swą mocą bombę atomową zrzuconą na Hiroszimę. Wyrób 602 – taki nadano kryptonim tej bombie termojądrowej – mógł w mgnieniu oka zetrzeć z powierzchni ziemi Nowy Jork i inne przylegające doń miasta. Z lekkiej ręki Nikity Chruszczowa, bombie nadano nazwę Kuźkina mat’, choć jej konstruktorzy nazwali ją Iwan.

Pewnego razu miałem okazję spotkać się ze specjalistą od ładunków nuklearnych, weteranem przedsięwzięć podwyższonego ryzyka, płk N. G. Kosteckim.
- Prace nad złożeniem Wyrobu 602 – opowiadał on – zaczęły się w 1954 roku w nuklearnym centrum badawczym Czelabińsk-70, choć Snieżyńsk – gdzie znajdowało się nuklearne centrum – nie miał niczego wspólnego z Czelabińskiem. Snieżyńska nie znajdziecie na żadnej mapie świata. Jest on odcięty od świata gęstym lasem, głęboka tajemnicą, zasiekami z drutu kolczastego, wieżami obserwacyjnymi i punktami kontrolnymi na wjeździe. Mieszkają w nim uczeni-jądrowcy wraz z rodzinami, którzy podpisali lojalkę o nieujawnianiu tajemnicy.

Poligon atomowy na Nowej Ziemi


W tajnej kuźni nuklearnej tarczy


Nikołaj Georgiewicz okazał się być bardzo interesującym rozmówcą. Pół życia spędził on na nuklearnych poligonach.
- Latem 1961 roku, Wyrób 602 był gotowy – opowiadał dalej. – Wyglądało to jak zwykła bomba, takich tutaj było na kopy, chociaż ta w czymś przypominała rekina z podłużnym, błyszczącym korpusem, ogonem i swymi rozmiarami – 12 metrów długości. (W takim razie i przy takich wymiarach pasowałaby do niej nazwa Megalodon – uwaga tłum.) Jej moc – 100 Mt TNT – (sto milionów ton trotylu – przyp. tłum.). Uczeni obawiali się, że po takiej eksplozji nasza planeta „wyskoczy z szyn”, to znaczy z orbity. Ale Chruszczow nie ustępował: Jak trzeba będzie, to zrobicie nawet bombę na tysiąc megaton. Tylko tak pogrzebiemy imperialistów. Nikita Siergiejewicz nie myślał, że z nas też nic nie zostanie. Ale „setka” go piliła, bo chciał zameldować o niej na zjeździe partii. Powstało pytanie o miejscu detonacji Kuźkinyej mati. Nie było nad tym specjalnej dyskusji – oczywiście na Nowej Ziemi! Powierzchnia 82.600 km2, cały archipelag – to jeden wielki poligon. Ale w strefie rażenia o promieniu 1000 km znajduje się Workuta, Dudinka i co najważniejsze – Norylsk z jego kombinatem miedzio-niklowym (i diamentowym – przyp. tłum.) A port Dickson znajduje się w odległości 500 km. Tak więc zdecydowano zrobić połowę tego ładunku – zamieniono 2 tony uranu-238 na dwie tony ołowiu. Moc bomby spadła, lecz nie do 50, ale do 57 Mt. No i wreszcie nadszedł Dzień X. Wczesnym rankiem na naszych oczach mamaszę wywiózł na platformie wojskowy ciągnik i z wielką ostrożnością wywiózł na lotnisko. Tam już na nią czekał strategiczny bombowiec Tu-95M. Luki bombowe trzeba było pozostawić otwarte – bomba ledwie się mieściła. Z ziemi wyglądało to tak, jakby gigantyczny jastrząb niósł w szponach ogromne jajko…


Car Bomba i porównanie jej mocy z mocą bomby atomowej Little Boy i  bomby wodorowej Castle Bravo zdetonowanej na archipelagu Marshalla


Wierzchem na bombie


Jak potem opowiedział Kosteckiemu dowódca bombowca, ppłk Andriej Durnowcew – było śmiesznie lecieć można powiedzieć – wierzchem na bombie. A nuż wybuchnie? – toż to nawet molekuły po nas nie zostaną… Czas lotu znów nie taki długi, a ciągnie się strasznie. No i wreszcie rejon celu – półwysep Suchoj Nos.   
       
Zrzut! Bomba poleciała z wysokości 10.500 m i zanurzyła się w gęstej pierzynie obłoków. System dużych spadochronów zmniejszył prędkość jej opadania.
- Trzeba było szybko odlecieć, bo inaczej walnie w nas fala uderzeniowa i spalimy się w diabły. Boże – przenieś nas i ratuj! Za 188 sekund będzie wybuch na wysokości 4000 metrów, a my oddaliliśmy się tylko na 115 km. Mało – pomyślał Durnowcew. – Naraz samolotem szarpnęło jak nie wiem co, ledwie wyrównaliśmy. Dobiegł do nas straszliwy huk, cud ze nie rozerwało nam bębenków w uszach. Twarze oblał nam żar. Daleko na dole zauważyliśmy rozszerzającą się kulę ognia w kolorze jasnopomarańczowym, u której pojawiła się grubiejąca nóżka. Co działo się w rejonie zrzutu, to można sobie było tylko wyobrazić. Jak później opowiadali chłopaki z samolotu-laboratorium – a mieli oni za zadanie sfilmować tą jądrową Apokalipsę – ziemia w promieniu dziesiątków kilometrów stopiła się i wyglądała jak ślizgawka. Zginęła połowa pogłowia reniferów, których ilość przed wybuchem wynosiła około miliona. Stada ptaków w czasie wybuchu spłonęły w powietrzu. Znajdujące się w odległości 100 km od epicentrum czajki oślepły. Padły tysiące białych niedźwiedzi. Przez całe lata wozili potem na kontynent poparzonych promieniowaniem Nieńców. Wszyscy oni sądzili, że spod ziemi wyszedł wtedy duch Omol.

Teraz, ponad pół wieku później, my zadajemy pytanie: po co to wszystko było? Zadowolić rozdęte ambicje Nikity Chruszczowa? Prawdę powiedziawszy, ten ostatni był bardzo zadowolony z wyniku eksperymentu. Co więcej – oświadczył, że na tym nie poprzestanie. I wydał polecenie dokonania prac nad projektem bomby o mocy 1000 Mt, 109, miliarda ton czyli kolejny rząd wielkości – 1 Gt – gigatony TNT! Dzięki Bogu, po trzech latach przyszedł na jego miejsce L. I. Breżniew i odwołał ten rozkaz. Ale Amerykanów my przestraszyliśmy. Tam doskonale rozumieli, że Rosjanie nigdy nie użyją takich bomb, bo w przeciwnym przypadku na Ziemi nie zostanie nikt: zginie cała Ludzkość.
- Czym się zakończył ten lot dla dowódcy tego Tu-95 i jego załogi? – zapytałem Kosteckiego.
- Hmmm… czym? Wytartował w ten dzień majorem, a wrócił jako podpułkownik. Jego i zastępcę przedstawiono do orderu Bohatera Związku Radzieckiego. Tylko, że nie długo pożyli, jak i pozostali członkowie załogi. Wszyscy dostali potężne dawki promieniowania. Dostało się także załodze samolotu-laboratorium. U wielu rozwinęła się ostra choroba popromienna. Pozostały, jak pamięć po nich, zrobione zdjęcia z Apokalipsy…



Wybuch Car Bomby i fazy tworzenia się grzyba poeksplozyjnego, który dosięgnął pułapu 50 km, dzięki czemu radioaktywny fall-out rozprzestrzenił się na całą północną hemisferę Ziemi... 


Pokojowe urządzenia Kosteckiego


Nikołaj Gieorgiewicz był człowiekiem skromnym. Nie był gdzieś na stronie w czasie eksperymentów i nie został pułkownikiem za piękne oczy. Ale nie chciał o tym mówić, zmienił temat na pokojowe próby nuklearne. Dowiedziałem się zatem, że laureatem Państwowej Nagrody został on za sporządzenie nowych konstrukcji urządzeń nuklearnych do celów pokojowych. Większość z nich zamierzano wykorzystać przy budowie magistralnego kanału, którym wody syberyjskich rzek byłyby skierowane do wysychającego Morza Kaspijskiego. Jednakże ten projekt nie był wykorzystany. Pieniądze przeznaczone na ten projekt skierowano na budowę BAM-u. Ale i tak jego urządzenia posłużyły krajowi. Podziemnym wybuchem jądrowym otworzył on ogromne złoże rudy w Apatytach. Rudę zaczęto wydobywać po dwóch latach po dekontaminacji terenu. Na Uralu po odpaleniu ładunku jądrowego we wnętrzu góry powstała wielka jama (kamuflet), z której odpompowano miliony metrów sześciennych gazu. W Uzbekistanie wybuchem atomowym zamknęli gazową fontannę, która paliła się przez dwa lata. Ładunki Kosteckiego przywracają życie starym polom naftowym, w których było jeszcze dużo czarnego złota…


Jak „ułożyli… 16 marynarzy”


I wszystkich tych rzeczy dowiedziałem się w czasie jednego ze spotkań z Nikołajem Gieorgiewiczem. Zapytałem się go, czym się zajmował przez długie lata, zanim  zajął się pokojowymi wybuchami atomowymi.
- W końcu lat 50. na poligonie w Kapustin Jarze przeprowadzaliśmy próby morskiej rakiety z głowicą jądrową. Potem w nie uzbrojono nasze SSBN. W celu skontrolowania prób rakiety w warunkach morskich, imitujących morskie kołysanie, na jednym z obszarów poligonu był zamontowany unikalny system urządzeń wahliwych. Według zadanego programu, urządzenia te imitowały kołysanie, jakiemu są poddane okręty podwodne na morzu. Doświadczenia prowadzone w głębinach Oceanu Światowego wykazały, że ustawione na SSBN rakietowe systemy są w stanie przeprowadzić uderzenie jądrowe z każdego miejsca Wszechoceanu. Czasami zdarzały się w czasie badań nienormalne sytuacje. W latach 70. na poligonie na Nowej Ziemi zostały zdetonowane megatonowe rakiety na potrzeby Marynarki Wojennej – wspomina Nikołaj Gieorgiewicz. – Dwa ładunki poleciały i eksplodowały, jak trzeba, ale start trzeciego nie przebiegł tak jakbyśmy chcieli i to z wielu przyczyn. Trzeba było szybko wyjechać i zbadać przyczyny i zapobiec możliwości samoczynnego wybuchu. Przypominaliśmy w tym momencie samobójców. Po pierwsze dlatego, ze złowieszczy ładunek mógł eksplodować w każdej chwili, po drugie – w sztolni – w której po dwóch pierwszych ładunkach nagromadziła się ogromna ilość promieniotwórczych substancji. Włożyliśmy specjalne antyradiacyjne kombinezony i weszliśmy do boksu. Przed nami ujrzeliśmy fantastyczny obraz: głowicowa część rakiety wisiała na łańcuchach, a pod nią był skruszony przez falę uderzeniową granit. Wystarczyło odłączyć w głowicy źródła zasilania, ale nie mieliśmy gwarancji, że łańcuchy nie wytrzymają i rakieta nie spadnie na spąg. Przewidując to położyliśmy na spąg 16 materaców. Położyliśmy je i zabraliśmy się za główne zadanie. I właśnie wtedy doszło do niemal komicznego zdarzenia. Dostaliśmy rozkaz natychmiastowego przerwania robót. Młoda szyfrantka pisząc teleks do Moskwy o położeniu pod głowicę 16 materaców popełniła czeski błąd w ostatnim słowie i wyszło jej „16 matrosów”! Admirał przeczytał to, złapał się za serce i wychrypiał: - NATYCHMIAST PRZERWAĆ ROBOTY!

Wyszli ze sztolni jednak cali w skowronkach. Dostali niezłe dawki radioaktywności, ale głowicę unieszkodliwili.

Zdarzało się niemało drugich nieszczęśliwych sytuacji wymagających od nich poświęcenia i heroizmu. O takich właśnie ludziach pracujących przy ładunkach i doświadczeniach atomowych, główny konstruktor z nuklearnego centrum badawczego E. I. Zababachin powiedział: Dlatego właśnie nie było Trzeciej Wojny Światowej, bo byliście wy – projektanci jądrowej tarczy.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 37/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©