poniedziałek, 20 kwietnia 2015

SŁOŃCE W GŁĘBINACH (8)



Bermudy – port Hamilton


- Cholera! Co tam się stało!? – profesor Milczarek z niedowierzaniem patrzył w monitor swego komputera podłączonego do stacji łączności satelitarnej i poprzez nią z satelitą obserwacyjnym Komitetu.
- Co się dzieje? Czemu pan klnie? – zapytał jeden z jego kolegów.
- Nie wiem, jeszcze czegoś takiego nie widziałem! – Mielczarek nerwowym ruchem rozpiął kołnierzyk koszuli – najpierw był tam wybuch, a potem w jednej chwili jacht znikł, jakby się zapadł w wodę! Przecież to nie Bermudy!!!


„Atlantis MMII”


Odpowiedziało mi milczenie.
Powtórzyłem to samo po polsku, potem po rosyjsku, a następnie Gemma powiedziała to po hiszpańsku i francusku.
I wtedy usłyszeliśmy odpowiedź w naszych głowach. To musiał być jakiś rodzaj telepatii, bo usłyszeliśmy go wszyscy czworo i każdy w języku swego kraju pochodzenia. Krystyna i ja po polsku, Gemma po hiszpańsku, a Naïs po angielsku z londyńskim akcentem.
- Przyszliśmy porozmawiać z wami – oznajmili.
- Z nami? O czym? – powiedziałem na głos.
- O waszym planie uruchomienia Golfstromu przy pomocy pocisku nuklearnego – usłyszeliśmy bezgłośną odpowiedź.

- Kim jesteście? – zapytała Gemma.
- Ludźmi Wodnymi – padła odpowiedź – nazywacie nas także Syrenami.
- A zatem wiecie, co się dzieje czym to grozi? – zapytałem.
- Wiemy i dlatego rozmawiamy z wami, a nie z kimś innym.
- A o co wam chodzi? Chcecie nas powstrzymać?
- Gdybyśmy tego chcieli, to nie byłoby tej rozmowy.
- No to… - wziąłem głęboki oddech.
- Nie mamy nic przeciwko temu, tylko chcemy wprowadzić poprawkę do waszego planu.
- Ou, a co jest nie tak? – zapytaliśmy unisono.
- Musicie zdetonować ładunek nieco głębiej, niż założyliście. Wasze wyliczenia w zasadzie są prawidłowe, ale macie niedokładne dane wyjściowe. Dlatego ładunek musi być zdetonowany na głębokości co najmniej sto metrów nad dnem, by fale uderzeniowe mogły odbić się od dna i wstrząsnąć masą wody, co spowoduje jej przemieszanie się i – paradoksalnie – schłodzenie się jej. Wprawdzie wyparuje ćwierć mili sześciennej oceanu i trochę dna, ale innego wyjścia nie ma. Reszta planu jest bez zarzutu. Ze skażeniem sobie poradzimy sami. I tak sobie radzimy już od dwunastu tysięcy lat z tym problemem.
- Ale jak… - zacząłem, ale przerwano mi.
- Zaraz znikamy i odzyskacie swobodę ruchów. Aha i jeszcze jedno, gdyby komukolwiek przyszło do głowy nas ścigać czy na nas polować, to pokażcie mu film z tej nieudolnej próby zniszczenia wraka okrętu podwodnego z rakietami jądrowymi. Czy zostaliśmy zrozumiani?
-  Czy to było ultimatum? – zapytałem wreszcie.
- Nie, to było tylko bardzo przyjacielskie ostrzeżenie. Róbcie swoje, my swoje i razem uruchomimy Prąd Zatokowy. Powodzenia!
- Nawzajem – odparłem.

Wodniki – bo tak ich w myślach nazwałem – z nikły z pokładu, a ich statek odbił od burty „Atlantis MMII” i zanurzył się pod wodę. Półkula odgradzająca nas od świata znikła i ponownie pokazała się elektryczność we wszystkich obwodach.


Bermudy – port Hamilton


- Są! Oni znowu są! – zawołał asystent wpatrzony w monitor.
- Co się z nimi działo??? – zastanawiał się ten ostatni. – Przecież nie jesteśmy w Trójkącie Bermudzkim, takie rzeczy tam się nie zdarzają.
- Ba! A jednak się zdarzają – rzekł asystent – quod erat demonstrandum
- I co się z nimi dzieje? – zapytał profesor.
- Płyną wciąż kursem SW-W – odpowiedział asystent.


Morze Norweskie 


Staliśmy na pokładzie patrząc na siebie bezradnie. Pierwsza odzyskała rezon Krystyna, która wyłączyła kamerę i spojrzała po nas.

- Oni nie kłamali – odpowiedziała mojej myśli – tak właśnie jest, jak mówią.
- No to zawiadamiamy profesora, byle szybko! – rzekłem. Pobiegłem do kabiny łączności i po paru minutach referowałem profesorowi to, co się zdarzyło.
- A co zrobimy z tym drugim wrakiem? – zapytałem.
- Przekażemy informację o nim Rosjanom – rzekł profesor – w końcu to jest ich okręt i na ich wodach terytorialnych, więc niech go sobie oni badają.
- No też racja – przytaknąłem – w ten sposób unikniemy problemów z ich instytucjami.
- OK., zatem operację uruchomienia Golfstromu zaczynamy zgodnie z planem i tylko wprowadzamy do niej jedną modyfikację: wybuch sto metrów nad dnem…


Andy – Festung Anden


Na wieść o fiasku operacji zbombardowania obu wraków rosyjskich okrętów podwodnych trzeci klon Hitlera wpadł we wściekłość. Nakazał Gestapo znaleźć winnych i postawić ich przed sądem ludowym. Gestapo zabrało się do pracy.

Najpierw przejrzano wszystkie rejestraty przekazane przez komputer podorbitalnego bombowca, z których wynikało, że wszystko szło dobrze, aż do momentu wykrycia wraku „Komsomolca” i obrzuceniu go bombami głębinowymi. Z nieznanej przyczyny cztery bomby głębinowe wyleciały z powrotem z wody w powietrze i eksplodowały dokładnie na wysokości latającego talerza. Podmuch bliskiej eksplozji i ulewa odłamków spowodowała wiele mikroawarii na pokładzie bombowca, a kilka odłamków musiało przeniknąć do komory bombowej i uderzyć w zapalnik którejś z bomb, która także wybuchła. To przypieczętowało los jednostki, która po prostu rozleciała się na kawałki.

Ciekawym był fakt, że w pobliżu miejsca krążył jakiś jacht, który był najprawdopodobniej amerykańskiej bandery, ale tego nie udało się ustalić. Fakt pozostawał faktem, że byli świadkowie tego wydarzenia. A to zwiastowało niewąskie kłopoty… Szczęściem jakiś pułkownik z Ministerstwa Propagandy przypomniał sobie, że skoro to byli Amerykanie, to wystarczy puścić do prasy przeciek, że załoga amerykańskiego jachtu widziała nad Morzem Norweskim katastrofę UFO. Wybieg ten był już stosowany w kilku przypadkach awarii maszyn latających należących do Czwartej Rzeszy, a pod tym względem naiwność Amerykanów, a za nimi i całego świata, nie miała sobie równej. Ludzie chcieli mieć świadomość tego, że poza Ziemią są jakieś Istoty Rozumne, które w razie czego udzielą Ludzkości pomocy w tych niepewnych czasach. A media sterowane przez najrozmaitsze lobbies i służby specjalne prześcigały się w produkowaniu najbardziej nieprawdopodobnych stories – szczególnie w sezonie ogórkowym.


USSIowa”


Potężny amerykański pancernik USSIowa” pamiętający jeszcze czasy Drugiej Wojny Światowej majestatycznie sunął w kierunku Islandii, by w odległości stu pięćdziesięciu mil od jej wschodnich brzegów odpalić pocisk rakietowy, który miał zanieść dziesięciomegatonową głowicę bojową w punkt położony na skrzyżowaniu południka Greenwich z północnym siedemdziesiątym równoleżnikiem. Gigantyczna góra stali najeżona lufami dział, sunęła po morzu z prędkością dwudziestu pięciu węzłów. Jego artyleria główna kalibru 406 mm mogła razić cele oddalone o blisko trzydzieści dziewięć kilometrów pociskami różnego typu, poczynając od standardowych przeciwpancernych do taktycznych ładunków jądrowych nazywanych Katie[1]. Artyleria średnia kalibru 127 mm umożliwiała rażenie celów z odległości czternastu kilometrów pociskami z zapalnikami uderzeniowymi lub zbliżeniowymi i mogła być używana w charakterze artylerii przeciwlotniczej albo do atakowania mniejszych jednostek pływających. Zgodnie z zamówieniem pancerniki te były wyposażone w szeroki wachlarz przeciwlotniczego uzbrojenia artyleryjskiego kalibru 20 mm i 40 mm, które z biegiem czasu zostało stopniowo zastąpione pociskami rakietowymi Harpoon, wielolufowymi systemami strzeleckimi Phalanx oraz środkami walki elektronicznej. A do tego miał on na pokładzie trzydzieści dwa pociski rakietowe typu Tomahawk z głowicami jądrowymi o różnej mocy. Okręt został wprawdzie odetaszowany na swe stałe miejsce do bazy w Norfolk, ale teraz nadarzała się okazja, by znów go ruszyć ze swego leża i wykonać kolejne bojowe zadanie.

W ciągu dwóch dni okręt ustawił się na pozycji, a jego dowódca czekał na rozkaz do ataku.

CDN.




[1] Czyli „kejti” od skrótu "kt" oznaczającego kilotonę