niedziela, 31 marca 2019

Syreny ujawnione?


Uśmiech bieługi

Uczeni wyjaśnili, dlaczego marynarze od czasu do czasu napotykają na Syreny, Rusałki, Najady, Nimfy wodne, Okeanidy…  

Interesującym jest to, skąd wzięły się legendy o morskich kusicielkach? Kogo tak naprawdę spotykają marynarze? Popatrzmy na te zdjęcia. Niewiarygodne, ale one są naprawdę podobne do Syren. A tak naprawdę, to bieługa – jeden z gatunków waleniowatych.

Bieługa to zwierzę z bardzo interesującym wyglądem, który trudno zapomnieć. Porozumiewają się ze sobą za pomocą dźwięków, a także wykorzystując mimikę – co pozwala im na utrzymywanie statusu bardzo inteligentnych stworzeń. Łatwo się oswajają i są szeroko pokazywane w delfinariach całego świata.

A wygląd ich jest całkiem niezwykły. Spójrzmy na te zdjęcia:







Pierwsze wzmianki o Syrenach jako o zwierzętach z krwi i kości, a nie morskich boginkach czy ich służących napotykamy w hiszpańskiej kronice „Speculum Regale” z XII wieku.

Wraz z rozwojem żeglugi zwiększyła się ilość relacji. I tak Krzysztof Kolumb w 1492 roku odnotował, że u brzegów Kuby zamieszkują Syreny „z upierzeniem koguta i męskimi twarzami”.
Słynny żeglarz i geograf Henry Hudson (którego imieniem nazwano zatokę w Kanadzie, rzekę i cieśninę), przepływając koło Nowej Ziemi tak zapisał w dzienniku okrętowym:

Dzisiaj rano jeden z moich towarzyszy wyjrzawszy za burtę zauważył Syrenę. Zaczął wołać na pozostałych i przyszedł jeszcze jeden. Syrena podpłynęła bardzo blisko naszego statku i dokładnie ich sobie obejrzała…
Po chwili fala ją obróciła na grzbiet. Od pępka w górę jej plecy i piersi były jak u kobiety… miała ona białą skórę, długie czarne włosy zwisające z tyłu; spodnia część jej ciała kończyła się ogonem jak u morświna czy delfina, ale błyszczącym jak u makreli. Widzieli ją następujący marynarze: Thomas Heels i Robert Reinar. Data: 15 czerwca 1608 r.

Dobrze opisane? Czy coś takiego mogło być, czy takie Syreny widzą marynarze? Nawiasem mówiąc, pomimo tego, że wieloryby bieługa spędzają większość czasu na zdobywaniu własnego pożywienia (do 16 godzin dziennie), są niezwykle zabawnymi zwierzętami.

Uczeni ustalili, że poza dźwiękami dla bieług są charakterystyczne także dotykanie się dwóch osobników.

W ten sposób pokazują one sobie swe przyjazne nastawienie, a także dotyki jest wykorzystywany w grze miłosnej.



I jeszcze o marynarzach. Być może stres związany z długim przebywaniem na morzu i wpływ rumu sprawia, że widzą oni to, co chcieliby zobaczyć. A jak wy sądzicie? Podzielcie się swym punktem widzenia w komentarzach.    



Moje 3 grosze


Zgadzam się z autorem powyższego artykułu, że bieługi mogą przypominać w pewnych warunkach Syreny tak, jak je sobie wyobrażamy. OK., ale w takim razie co ze stworzeniami z legend, których miejsce jest na akwenach śródlądowych nie mających połączenia z morzem? A przecież Rusałki widywano także i tam!

Z doświadczenia wiem, że foki też mogą przypominać ludzi w specyficznych warunkach: noc, mgła, oświetlenie… Stąd mogły pójść legendy o spotkaniach ludzi z Syrenami, ale czy tylko? Wiele na to wskazuje, że nie tylko. Oczywiście „prawdziwi uczeni” twierdzą, że to jest niemożliwe i że Syren nie ma i nigdy nie było. OK., w takim razie skąd się wzięło tyle legend o Ludziach Oceanu?

Daniel Laskowski w swych opowiadaniach stawia karkołomną hipotezę: Syreny są wynikiem genetycznych eksperymentów prowadzonych na Atlantydzie. Ich celem było opanowanie przez ludzi Wszechoceanu. Brzmi to niewiarygodnie, ale kiedy się nad tym zastanowić, to wcale tak niewiarygodne to nie jest. Przeciwnicy istnienia wysoko rozwiniętej cywilizacji Atlantydy twierdzą, że nie ma śladów po ich urządzeniach technicznych. Owszem, nie ma, bo ich nie szukano. Istnieją jednak artefakty – np. tzw. kalkulator z Rodos – z którymi nie wiadomo, co począć. Poza tym wcale nie jest powiedziane, że Atlantydzi stworzyli cywilizację taką jak nasza. Mogli przede wszystkim korzystać z naturalnych źródeł energii odnawialnych, geotermiki, itd. A ich cywilizacja poszła w kierunku rozwoju nauk biologicznych i była biologiczna, a nie techniczna jak nasza. To jest zasadnicza różnica. Dlatego ta cała menażeria, którą znamy z mitologii greckiej i innych ludów świata mogła być stworzona na Atlantydzie po to, by wykonywała określone prace dla swych stwórców. Po zagładzie Atlantydy, Mu, Lanki pozostały po nich tylko dziwne hybrydy, które potem wybito. Myślę, że hipoteza Laskowskiego broni się i to całkiem nieźle!

A wracając do Syren, to uważam, że są one tylko jednym ogniwem długiego łańcucha zagadek z naszej Przeszłości wobec których jak na razie „prawdziwa” nauka skapitulowała, więc je ignoruje lub wyśmiewa. Do czasu. Utytułowanych idiotów w togach uczonych nigdy nie brakowało, ale na szczęście będą wymierać, jak i głoszone przez nich pseudonaukowe brednie.       


Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 30 marca 2019

O Syrenach z Krety




Dimitri Sokołow


Nade Vessie (Nowa Zelandia) w wieku 16 lat amputowano obie nogi. Ona doskonale pływała i zrobiła sobie ogon jak Rusałka, żeby pływać jeszcze lepiej. Pomogła jej w tym firma, która robiła F/X - efekty specjalne efekty na potrzeby filmu.

Pośród popularnych morskich mitów jednym z głównych jest istnienie ludzi-amfibii: Syren, Rusałek i Najad. We Wszechoceanie jest wiele miejsc, w których marynarze napotykali na te zadziwiające istoty. A znany pisarz, specjalista od martwych języków Władimir Diegtiariew w swoich pracach twierdzi, że na Krecie do dziś dnia znajdują się ruiny dawnego miasta ludzi-amfibii – Ludzi Oceanu.


Historia „diabła morskiego”


Z pozycji współczesnej nauki nie można jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy istnieli (czy istnieją) Wodni Ludzie? Takich istot w laboratoriach wszystkich krajów świata na pewno nie ma, chociaż istnieją świadectwa mówiące, że specjaliści wojskowi jeszcze w XIX wieku próbowali przeszczepić ludziom skrzela, ale bez powodzenia. Ofiary tych eksperymentów nie żyły długo. Tym niemniej w literaturze popularno-naukowej nierzadko można napotkać na opisy Ludzi Oceanu wyłowionych przez rybaków. Bywały zdarzenia, w których próbowano Ich oswoić, ale Oni szybko umierali w niewoli lub uciekali do morza. I mówiących o tym, że kiedyś tam na początku ewolucji człowiek wyszedł z morza w pełni odrzucając możliwość bycia pół-człowiekiem pół-rybą.

Najciekawsze zdarzenie pojmania podobnego stworzenia miał miejsce w XVII wieku w Hiszpanii. W rezultacie stało się to kanwą powieści Aleksandra Bielajewa pt. „Człowiek-amfibia”.[1] W mieście Liérganes k./Santander na brzegu morza mieszkał chłopiec imieniem Francisco. Kiedy podrósł, wyjechał z rodzinnego miasta, by zostać flisakiem. Ale zdarzyło się nieszczęście: w czasie kąpieli w rzece młody człowiek utonął. Ciała nie znaleziono i zdecydowano, że prąd zaniósł je do morza. Tym niemniej, 5 lat później rybacy z zatoki w Kadyksie, gdzie utonął Francisco, nieoczekiwanie zaczęli zauważać, że z ich sieci znikają ryby. Wkrótce jeden z rybaków zauważył, że złodziejem okazuje się być jakieś człekopodobne stworzenie, poruszające się pod wodą z dużą prędkością. Rozzłoszczeni stratą ułowu i porwanymi cieciami rybacy nazwali złodzieja „diabłem morskim” i postanowili go złowić, by przekazać go w ręce Świętej Inkwizycji. W charakterze przynęty zastosowali oni mięso i chleb, które pozostawili na brzegu w pobliżu sieci z rybami.

Pierwsze próby zakończyły się fiaskiem, ale potem stworzenie to znalazło się w rękach myśliwych. Zdumieniu rybaków nie miało końca: przed nimi znajdował się wysoki mężczyzna z nieestetycznie cienką i przejrzystą skórą. Syrena wysłano do klasztoru, gdzie poddano go procedurze wygnania zeń złych duchów. Na próżno! Zagadkowego stworzenia nie udało się zmusić do mówienia. W czasie pobytu w klasztorze mężczyzna ów wyrzekł tylko jedno słowo – „Liérganes”. Chcąc pociągnąć za tą nitkę, mnisi zawieźli go do tego miasta, gdzie rozpoznała go matka „utopionego” 5 lat temu Francisco. Mężczyzna ten przeżył dwa lata wśród ludzi, a potem uciekł do rzeki i już nikt go potem nie widział. Wydarzenia te potwierdziło wielu świadków. Świadczy ono za prawdziwością istnienia Wodnych Ludzi.



Podziemny labirynt


Autorowi tego artykułu udało się porozmawiać z pisarzem, specjalistą od martwych języków – Władimirem Diegtiariewem. Okazało się, że Władimir Nikołajewicz bardzo dokładnie badał ten temat i nawet odkrył miejsce istnienia całego podwodnego miasta zadziwiających istot znajdującego się na Krecie. Główną osobliwością tej wyspy, jak wiadomo, jest słynny Labirynt, w którym jakoby był dawno temu uwięziony Minotaur – potwór o ciele byka i człowieka. Miał się on znajdować w podziemiach pałacu króla Minosa, którzy rządził wyspą ze stolicy w Mykenach. Wedle dawnemu podaniu, żona króla Pazyfaë zapałała występną miłością do jednego z byków. Na jej rozkaz została wykonana z drewna rzeźba krowy pusta w środku. Królowa weszła do jej wnętrza, a krowę pokrył tenże święty byk nie wiedzący, że zapłodnił ziemską kobietę... Wkrótce na świecie pojawił się półczłowiek-półbyk Minotaur, który został zamknięty w Labiryncie. Po jego zabiciu przez bohatera z mitów greckich Tezeusza, wyspą – wedle legendy – targnęło trzęsienie ziemi…[2]

Po upływie kilku wieków słynny archeolog sir Arthur Evans udowodnił, że ta historia ma w pełni realne źródła. Odkrył on ruiny pałacu króla Minosa, a także dawny Labirynt w jego podziemiach. Ale dalsze poszukiwania wprawiły uczonych w niebotyczne zdumienie.


Podwodny pałac

Badając ruiny pałacu Minosa po swoich poprzednikach, profesor geologii na Uniwersytecie w Stuttgartcie dr Hans Wundelich doszedł do zadziwiającego wniosku. Według niego, pałac Minosa był miejscem zamieszkałym nie przez ludzi, ale jakieś zagadkowe istoty, żyjące pod wodą. By potwierdzić swoje słowa, prof. Wunderlich przytoczył kilka niezwykłych faktów. Wszystkie wyższe piętra pałacu wykonano z taniego, bezwartościowego gipsu. Natomiast podziemne, zatopione części pałacu, uważane za onże legendarny Labirynt są wyłożone drogim marmurem z ogromnymi mozaikami o misternym wykonaniu. Trudno jest wyjaśnić taką różnicę pomiędzy naziemną a podziemną/podwodną częścią pałacu.

Swój wkład w badania pałacu Minosa – wedle słów Władimira Diegtiariewa – wniósł znany oftalmolog, a także badacz zagadek dawnych cywilizacji – Ernst Mułdaszew. Odkrył on w tym pałacu marmurowe wannyz których były zrobione kanały dla spływu cieczy, podobnych do mini-basenów dla ogromnych zwierząt. Wedle Diegtiariewa, pałac był przeznaczony dla Wodnych Ludzi. Właśnie dlatego zatopione podziemne piętra budowli miały status pałacu, tak jak naziemne były tylko pomieszczeniami pomocniczymi. Tamże, jak twierdzi pisarz, istniały stupy z prochami zmarłych Ludzi Oceanu, zmumifikowanych wedle specjalnego rytuału. W skład środków mumifikujących wchodziły: sok czosnkowy, miód i alkohol etylowy, a także nieznane współczesnemu człowiekowi ingrediencje. Jednakże nieopodal stupy znajduje się podwodna część pałacu, która nie była zbadana przez uczonych. Do tego starogreckie zapisy o podwodnej nekropolii istnieją w miejscowych manuskryptach, które pisarz przetłumaczył.

Na pytanie, co się stało z podwodną siedzibą Wodnych Ludzi z Krety, Władimir Nikołajewicz odpowiedział, że zostało ono zniszczone przez erupcję wulkanu[3] Santorini. Wedle jego słów, do artefaktów tej cywilizacji można dobrać się i dzisiaj, ale do tego są potrzebne bardzo kosztowne archeologiczne roboty podwodne, których jak na razie nikt nie zamierza prowadzić. W tym czasie uczony jest przekonany o tym, że nawet bez badań pałacu Minosa, na dnie morskim przy Krecie można znaleźć niemało artefaktów pochodzących z tego podwodnego królestwa, a także wejść do ich budowli, które – według niego – należy szukać wokół włoskiej wyspy Sardynii.



Pałac Posejdona na Malcie


Niezwykłe budowle Ludzi Oceanu zostały odkryte w pobliżu wyspy Malta. Na samej wyspie archeolodzy odkryli pozostałości po 10 świątyniach, wybudowanych ok. 5600 lat temu. Do tego wszystkiego, w odległości 2 km od linii brzegowej pod wodą została odkryta jeszcze jedna świątynia, datowana też jak pozostałe. Powstaje pytanie: jak, a przede wszystkim dlaczego, dawni mieszkańcy wznieśli tak masywne i podwodne miejsce kultu? Wersja o tym, że świątynię wybudowano na lądzie, a potem opuściła się pod wodę nie znalazła potwierdzenia u geologów. Jedynym logicznym wyjaśnieniem stało się założenie, że budowla ta została wzniesiona przez starożytną kulturę Wodnych Ludzi. Do tego najbardziej interesujące jest to, że jak zauważa Diegtiariew, szczególnie w Morzu Egejskim, wedle opisów starogreckich autorów: dramaturga Sofoklesa i poety Hezjoda – znajdowała się siedziba mądrych Ludzi-Ryb.[4]








Indyjski epos Mahabharata także bardzo drobiazgowo opisuje bitwę Ludzkości z podwodną cywilizacją Wodnych Ludzi. O podobnych faktach mówią także gliniane tabliczki starożytnych Sumerów. Ogrom świadectw mówiących wprost lub przekazujących relacje osób trzecich o istnieniu w Antyku tajemniczych Ludzi Oceanu jest tak duży, że nie ma z nim co dyskutować. Nie jest wykluczone, że pojedynczy przedstawiciele tej cywilizacji dożyli do naszych dni, ale do kontaktu ze współczesnymi ludźmi jakoś wcale się nie kwapią…[5]   


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 49/2018, ss. 32-33
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    



[1] Oraz film romantyczny sci-fi pt. „Diabeł morski”, reż. Giennadij Kazański, 1961.
[2] Zob. Mika Waltari – „Egipcjanin Sinuhe”, w którym opisany jest epizod z Minotaurem na Krecie. Tamtejszym Minotaurem był jakiś potwór morski… - zaś trzęsienie ziemi mogło zostać wywołane supererupcją wulkaniczną na pobliskiej wyspie Santorini (Strongili, Thira)  w 1627 r. p.n.e., która zmiotła z powierzchni ziemi cywilizację minojską i spowodowała siedem plag egipskich we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego (Wj 7,14-27; Wj 9 i Pwt 29,1-2) – zob. także: L. Zajdler – „Atlantyda”, 1980 i J.V. Luce – „Koniec Atlantydy”, 1987.
[3] Czy może nawet była to supererupcja o mocy wybuchu VEI 7-8. W takim przypadku szczególnie niszczącymi były naddźwiękowe fale uderzeniowe jednej lub kilku eksplozji oraz gigantyczne (do 200 m) fale tsunami.
[4] Ci ostatni przypominają mit o Oannesie alias Uanna vel Apkallu, który uczył starożytnych Sumerów i Babilończyków różnych sztuk potrzebnych do przetrwania oraz nauk czystych i stosowanych. 
[5] Chociaż istnieje wiele relacji o takich kontaktach, ba! - czasami nawet bardzo przyjaznych, że wspomnę tylko naszą, warszawską Syrenkę!

piątek, 29 marca 2019

Złowrogi pokojowy atom




Walerij Jerofiejew


Promieniowanie kosmiczne zatrzymuje warstwa ozonowa chroniąc tym samym życie na naszej planecie. A oto promieniowanie z głębin Ziemi może mieć różne poziomy, w zależności od zawartości w skałach radu (Ra), uranu (U) i toru (Th).

Po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej nasz stosunek do pokojowego atomu zmienił się kardynalnie. Teraz nie uważamy go za takiego bezpiecznego i nieszkodliwego przyjaciela człowieka, jak to było w czasach radzieckich. W epoce głasnosti nieoczekiwanie dla siebie odkryliśmy, że jak się okazuje, do czasu katastrofy CzEJ w przedsiębiorstwach i naukowych centrach ZSRR nieraz zdarzały się wypadki nadzwyczajne, związane z operowaniem materiałami radioaktywnymi i technologiami. I nie kończyły się one tylko stratami materialnymi, ale i ofiarami w ludziach.


Likwidatorzy z „Krasnowo Sormowa”


Jedna z najbardziej poważnych tragedii tego rodzaju miała miejsce w dniu 18.I.1970 roku w fabryce „Krasnoje Sormowo” (wtedy w Gorkowskim Obwodzie – teraz w Niżniegorodskim), gdzie był budowany siódmy z rzędu atomowy okręt podwodny projektu 670 Skat.[1] W czasie prób hydrodynamicznych rozruchu siłowni okrętu doszło do nieoczekiwanej samowolnej aktywacji reaktora WM-4. Przez 10-15 sekund pracował on na zadanej mocy, a potem doszło w środku do wybuchu termicznego i reaktor częściowo się rozerwał. Bezpośrednio wskutek wybuchu zginęło 12 monterów. W pomieszczeniu tym znajdowało się jeszcze 150 robotników, zaś za cienkim przepierzeniem jeszcze około 1500 osób. Wszyscy oni wpadli pod radioaktywny wyrzut, którego średni poziom promieniowania sięgał 60 kR/h[2] czyli 75 kCi.[3]

Skażoną miejscowość wokół przedsiębiorstwa udało się jakoś ukryć ze względu na tajność tego miejsca, ale w sam moment awarii nastąpił zrzut radioaktywnej wody do Wołgi. Sześciu ludzi napromieniowanych w czasie wybuchu, najciężej porażonych, natychmiast przewieziono do specjalistycznej kliniki w Moskwie, gdzie troje z nich ze zdiagnozowaną ciężką chorobą popromienną zmarło w ciągu tygodnia. Następnego dnia zaczęto obmywać specjalnym roztworem pozostałych napromieniowanych robotników, a ich odzież i obuwie zebrano i spalono. Jednakże takie postępowanie nie poprawiło sytuacji w fabryce, bowiem ogniem nie da się zmniejszyć stopnia napromieniowania, a popiół od odzieży jest wciąż radioaktywny i to przez dziesięciolecia.

Od wszystkich uczestników i świadków wypadku zebrano podpisane oświadczenia o nierozgłaszaniu tego incydentu przez 25 lat. Tego samego dnia 450 osób dowiedziawszy się o tym zwolniło się z zakładu. Ci, którzy zostali, musieli uczestniczyć w pracach nad likwidacją skażeń i skutków awarii, które trwały aż do 24 kwietnia tegoż roku. W pracach tych uczestniczyło prawie 1000 osób. Z instrumentów wydano im tylko… wiadra, szmaty i mopy, a w charakterze środków ochronnych – maski chirurgiczne i gumowe rękawiczki. Za uczestnictwo w tych pracach płacono im ekstra 50,- SUR/dzień. Do stycznia 2008 roku z tych ludzi pozostało przy życiu tylko 380 osób, a w 2012 roku – już poniżej 300, a wszyscy oni byli inwalidami I i II grupy. Za te prace nikt nie dostał jakichkolwiek nagród państwowych. Teraz ci likwidatorzy otrzymują comiesięczną zapłatę w wysokości 750,- RUB…[4]


Protonowe uderzenie


Sam fakt, że w utajnionych „atomowych” instytutach naukowo-badawczych także bywają wypadki nadzwyczajne, stał się wiadomym dopiero po pokazaniu filmu „Dziewięć dni jednego roku”.[5] Ale o tym, że w dniu 13.VII.1978 roku w podmoskiewskim Instytucie Fizyki Wysokich Energii z pracownikiem tegoż instytutu Anatolijem Bugorskim zaszło wcale nie wymyślone zdarzenie, ale realny nieszczęśliwy wypadek, o którym kraj długo nic nie wiedział. Nawet tego nie podejrzewał…

Między innymi w ten dzień wskutek zwarcia w systemie zabezpieczenia, głowę Bugorskiego przeszył strumień wysokoenergetycznych protonów wypuszczony z największego w tym czasie akceleratora cząstek U-70. Protony miały energię 70 GeV! Dawka promieniowania, który fizyk otrzymał z tego strumienia protonów, wynosiła 200 kR/h.

Chociaż uważa się, że dawka promieniowania wynosząca 600 R/h i więcej, jest śmiertelna dla człowieka, Bugorskij to przeżył i potem opowiadał, że w czasie przechodzenia strumienia protonów przez jego głowę ujrzał w oczach jaskrawy błysk i żadnych odczuć bólowych. Strumień cząstek wszedł mu do głowy przez potylicę niszcząc w strefie uderzenia skórę, włosy, kość i tkankę mózgową. Zaraz potem Bugorski został umieszczony w specjalistycznej klinice w Moskwie, gdzie lekarze szykowali się na najgorsze. Jednakże fizyk był jakby zaczarowany – po tym udarze promienistym nie tylko to przeżył, ale w ciągu dwóch lat napisał i obronił pracę doktorską, chociaż przestał słyszeć na lewe ucho. Aktualnie Bugorskij pracuje nadal w tym instytucie!


 Mapa skażenia cezem-137 po katastrofie w CzEJ, dane podano w kBq/m kw. i w Ci/km kw. 
(wg. UNSCEAR)

Mapka skażeń cezem-137 w Polsce  po katastrofie w CzEJ (wg. CLOR)


Błękitne niebo nad Kanadą


Były także sytuacje, kiedy radiacyjne awarie zaczynały się w radzieckim tajnym obiekcie, a potem znajdywały się na terytorium innego państwa. I tak w dniu 24.I.1978 roku, na terytorium Kanady po nagłej utracie łączności spadł radziecki satelita Kosmos-954, wystrzelony cztery miesiące wcześniej i pracujący dla systemu wywiadowczego radzieckiej floty wojennej. W rezultacie został ujawniony ten fakt, że ten satelita miała na pokładzie atomowe źródło energii, które w czasie spadania rozpadło się i skaziła radioaktywnie ponad 100.000 km² Terytorium Północno-Zachodniego Kanady. Ale miejsca te są praktycznie bezludne i nie ma tam ani miast czy większych osiedli i nikt nie został pokrzywdzony przez ten incydent. W poszukiwaniach szczątków tego aparatu kosmicznego brały udział amerykańskie i kanadyjskie pododdziały specjalnego przeznaczenia, którym udało się odnaleźć ponad 100 jego fragmentów o łącznej masie 65 kg. Radioaktywność tych szczątków wahała się od kilku milirentgenów do 200 R/h. Rząd ZSRR przyznał fakt swej winy i zaproponował Kanadzie pomoc w oczyszczaniu terytorium, ale ta nie tylko odmówiła, ale nawet nie zwróciła ZSRR szczątków satelity, co naruszało międzynarodowe porozumienia. W rezultacie tego, ZSRR wypłacił odszkodowanie w wysokości 3 mln USD, ale nie udało się wyjaśnić przyczyn jego niekontrolowanego upadku. Po tym incydencie naszym pracownikom przyszło na trzy lata wstrzymać loty w kosmos podobnych satelitów w celu poprawienia systemów ich zabezpieczeń przeciwpromiennych.


Zginęli błyskawicznie


Uważa się, że najcięższą radiacyjną awarią za wszystkie czasy istnienia radzieckiej floty atomowców stało się wydarzenie, które miało miejsce w dniu 10.VIII.1985 roku, kiedy w stoczni remontowej „Zwiezda” (Przymorski Kraj, zatoka Czażma, osiedle Szkotowo-22). Tegoż dnia, na okręcie podwodnym K-431 stojącym u pirsu[6] zaczęło się przeładowanie paliwa jądrowego. Jak wyjaśniono to później, przeładunek odbył się z naruszeniem przepisów BHP odnośnie jądrowego bezpieczeństwa i technologii. Prawoburtowy reaktor udało się załadować bez problemów. Natomiast kiedy zaczęło się podnoszenie klapy zwanej „dachem” drugiego reaktora, a z niego podnieśli siatkę kompensującą, obok okrętu z prędkością przewyższającą dozwoloną w buchcie przepłynął kuter torpedowy. Podniesiona przez niego fala spowodowała rozkołys dźwigu pływającego trzymającego „daszek”. Siatka z prętami kontrolnymi podniosła się powyżej poziomu krytycznego i reaktor zaczął pracować w trybie marszowym. W rezultacie tego, wewnątrz okrętu doszło do wybuchu termicznego, a potem zaczął się pożar, który trwał 2,5 godziny.

Wskutek temperatury +1000°C zginęło 10 marynarzy i oficerów prowadzących załadunek paliwa jądrowego. Potem w różnych zakątkach portu znajdywano fragmenty ich ciał, wyrzucone wybuchem przez luk okrętu. Po jednym z oficerów pozostał tylko fragment palca ze złotym sygnetem, dzięki czemu udało się ustalić, że w momencie eksplozji było tam 90 kR/h. Wyrzucone w atmosferę wybuchem paliwo jądrowe poniósł wiatr, a potem spadło ono na okolicę tworząc radioaktywny pas o długości 30 km, który przeciął półwysep Dunaj w kierunku NW i doszedł do brzegu Zatoki Ussuryjskiej. Sumaryczna aktywność wyrzutu wyniosła 7 MCi, co stanowi bardzo dużą liczbę.[7]

W czasie awarii a także w czasie likwidacji jej skutków napromieniowaniu uległo 290 osób, z których 10 zapadło na ostrą chorobę popromienną, a u 39 była reakcja popromienna.[8] Po ugaszeniu pożaru, kadłub K-431 został przy pomocy pontonów odholowany na długi postój w oddalonej zatoce. Wraz z nim został odholowany także skażony radioaktywnie, okręt podwodny K-42 Rostowskij Komsomolec z projektu 627A.[9] A na miejscu katastrofy oficerom i marynarzom postawiono później pomnik.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 49/2018, ss. 6-7
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                    
      


[1] W nomenklaturze NATO był to SSGN typu Charlie I. Ten okręt miał numer taktyczny K-320.
[2] Dawka śmiertelna – LD100 wynosi 400-1000 R/h czyli 6-7 Sv (w zależności od indywidualnej odporności).
[3] Rosjanie wciąż stosują stare jednostki miar. Obecnie u nas stosuje się jednostkę układu SI – bekerel – Bq, a zatem 1 kiur – 1 Ci 37 GBq. Oznacza to, że poziom promieniowania radioaktywnego wyrzutu z reaktora wynosił ok. 2,775 x 10^15 Bq czyli 2,775 PBq. Dla porównania po katastrofie w Czarnobylskiej EJ w Polsce odnotowano skażenia cezem-137 na poziomie ok. 60 kBq/m² - zob. mapki.   
[4] Czyli jakieś 44,50 PLN.
[5] Reżyseria: Michaił Romm, 1962.
[6] Okręt SSGN klasy Echo nomenklaturze NATO.
[7] Czyli 2,59 x 10^17 albo 259 PBq.
[8] Była to największa tego rodzaju katastrofa nuklearna w ZSRR – poza katastrofą w CzEJ.
[9] Okręt SSN klasy November w nomenklaturze NATO.

czwartek, 28 marca 2019

Era deszczów i powodzi


Powódź w Moskwie w 2018 roku

Elina Pogonina


Największą w historii uważa się powódź w Chinach, w sierpniu 1931 roku, kiedy to z powodu zwyczajnych deszczów wyszły z brzegów rzeki Jangcy, Huang-ho i Huai-he – i według różnych danych, zginęło tam od 145.000 do 4 mln ludzi.

Uczeni od dawna zwrócili uwagę na to, że ilość potężnych ulew i związanych z nimi powodzi corocznie zwiększa swoją liczbę. Z ich powodu uszkadzane są obiekty infrastruktury, niszczone są powierzchnie mieszkalne, wielu ludzi traci swój dobytek, a czasem i życie – np. tylko od marca do maja 2018 roku, w rezultacie silnych opadów i powodzi w Kenii straciło dobytek 800.000 ludzi. Do tego wnioski uczonych nie są pocieszające: naszą planetę czekają dalsze silne wahnięcia wodnych elementów.

 Moskwa, 2018 rok
Dyżurny w centrali Federalnej Służby Hydro-Meteorologicznej w Moskwie

Bez schronienia, światła i wody


A oto tylko niektóre dane z 2018 roku:

v W lutym 2018 roku powodzie wywołane przez ulewne deszcze przyniosły poważne straty mieszkańcom Boliwii i Argentyny. W pierwszym z tych państw zostały zniszczone siedziby ponad 50.000 ludzi, a w drugim – 60.000.
v W czerwcu potężna powódź spowodowała osuwiska ziemi w 22 gminach w Meksyku. Wysokość potoków wody i błota dochodziła do 120 cm.
v W tymże miesiącu kilka powodzi wywołanych przez ulewne deszcze monsunowe, dosłownie spłukały północno-wschodnie stany Indii. Ilość poszkodowanych wyniosła ponad 500.000 ludzi. Takie też zjawiska w Chinach doprowadziły do tego, że ponad 40.000 ludzi zostało bez dachu nad głową czy postradało swój dobytek.  
v W lipcu, w Japonii wystąpiła powódź – największa od 36 lat – w rezultacie której poszkodowanych zostało 220.000 ludzi
v W październiku liczba ludzi, którzy zginęli w wyniku powodzi w Ameryce Środkowej dosięgła 41: w Kostaryce – 6, w Nikaragui – 19, w Gwatemali – 1, w Hondurasie – 9 i w Salwatorze – 6, zaś poszkodowanych zostało 200.000 ludzi.
v Wtedy także ulewne deszcze runęły na Rzym. W mieście zalało ulice i metro (poziom wody w bazylice św. Sebastiana sięgnął 1,5 m). wielu kierowców i pasażerów samochodów musiało czekać na pomoc stojąc na dachach swoich aut.
v W pierwszej dekadzie października ub. roku ofiarami katastroficznej powodzi na hiszpańskiej Majorce zostało 10 osób. Także inne kurorty Hiszpanii, Francji i Sycylii znacznie ucierpiały od opadów atmosferycznych.
v Pod koniec października tegoż roku prawdziwe klęski dotknęły Rejony Apszeroński i Tuapsiński, a także Soczi. Z powodu wystąpienia z brzegów kilku rzek (Pszisza, Kubań i in.) były tam zerwane połączenia drogowe i kolejowe, a w okolicy wsi Łazariewskoje miało miejsce rozmycie 20-metrowego odcinka drogi. Ratownikom przyszło ewakuować 1000 ludzi, zginęło 6 osób, a dziesiątki tysięcy pozostało bez prądu i wody pitnej.

Powódź w mieście Varanasi (Indie) w 2018 roku

Główny czynnik


Zgodnie ze statystyką, jeżeli do 1998 roku na naszej planecie w każdym roku dochodziło do 500 wodnych kataklizmów, to aktualnie ich ilość wzrosła do 800 – tj. o 60%.

Na pytanie, dlaczego to ma miejsce, w artykule opublikowanym w angielskim magazynie „Nature Communications” spróbowali odpowiedzieć chińscy uczeni z Wuhańskiego Uniwersytetu.

Dr Tseiabo Il i jego koledzy przeanalizowali ogromną ilość danych zebranych przez stacje meteorologiczne we wszystkich zakątkach świata w okresie 50 lat. Zadaniem badaczy było ustalenie reguł, wedle której zmienia się klimat i prognozowanie pogody na przyszłość.

Wedle uczonych, winnym tego stanu rzeczy jest EGO – efekt globalnego ocieplenia – wzrost średniej temperatury na Ziemi przyczynia się do wzrostu ilości opadów deszczu. Chińscy fizycy także wyprowadzili cyfrową regułę, wedle której ilość wodnych katastrof będzie wzrastać o 40% z każdym kolejnym stopniem Celsjusza. Tym sposobem Ludzkość już w najbliższej przyszłości czeka „era niekończących się ulew i powodzi”.

Oczywiście, poza światowym podwyższeniem temperatury związanym z EGO, na zwiększenie się ilości powodzi wpływają i inne czynniki. Przyczyną naruszenia wodnej równowagi jest także topnienie lodowców, podnoszenie się dna oceanicznego z powodu większego odkładania się warstw mineralnych, wyrąb lasów i procesy tektoniczne w skorupie ziemskiej. Wszystko to doprowadza do zwiększonego odkładania się osadów. Ale to właśnie EGO jest najbardziej decydującym czynnikiem.


 Potężne ulewy we wrześniu 2007 roku w Beskidach...



...i ich rezultat - wylewy Skawy i podtopienia

Efekt motyla


Jeszcze na początku lat 70-tych XX wieku, amerykański matematyk i meteorolog Edward Lorentz z MIT badał anomalie pogodowe i wprowadził do naukowej nomenklatury pojęcia „efektu motyla”. Wyrażenie to nawiązuje do opowiadaniem słynnego pisarza-fantasty Ray’a Bradbury’ego pt. „I uderzył grom” z 1952 roku, w którym bohater przeniósł się w daleką Przeszłość i zgniótł tam motyla, co wyzwoliło cały szereg zdarzeń, które zmieniły Teraźniejszość.[1]

Chociaż wg słów samego Lorentza, jego „efekt motyla” nie jest w żaden sposób związany z pomysłem pisarza. Po prostu diagramy, które sporządził, przypominały wyglądem skrzydła tego ostatniego. W 1972 roku, na prestiżowej międzynarodowej konferencji meteorologów uczony z roztargnienia zapomniał podać tytuł swego referatu – i jeden z jego kolegów zobaczywszy te diagramy i ratując sytuację nadał pracy całkiem nienaukowy tytuł: „Prognozowanie: czy machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może spowodować tornado w Teksasie?”

Tym niemniej sam Lorentz rozprzestrzeniał tą ideę, co Ray Bradbury: drobne wydarzenia mogą doprowadzić do ogromnych skutków, w tym także w meteorologii. Ilość tajfunów, tornad, powodzi zwiększa się od tego, że Ludzkość poprzez swoją aktywność narusza równowagę ekologiczną – a nawet jeżeli istnieje takie naruszenie, to na pierwszy rzut oka wygląda ono zupełnie niewinnie.  

Jednym z potwierdzeń teorii Lorentza, jak wielu uważa, są zjawiska związane z prądem oceanicznym El Niño (i La Niña) – u brzegów Peru, Ekwadoru i Chile, które z nieznanych wciąż przyczyn mają kolosalny wpływ na klimat całej planety. Nazwa tego prądu wzięła się z języka hiszpańskiego i dosłownie oznacza „święte dzieciątko Jezus”, bowiem uaktywnia się ono pod koniec grudnia – w dniach Bożego Narodzenia.

Podwyższone temperatury El Niño z jednej strony jest związana z aktywnością wulkaniczną pacyficznego dna, zaś z drugiej – aktywnością ludzką, a dokładniej tego, że nad prądem tym istnieje dziura ozonowa (ubytek w warstwie ozonu – O3, pojawienie się takowych jest spowodowane wyrzutami do atmosfery produktów spalania i reakcji chemicznych).


Powódź w dolinie Skawy - maj 2014 roku

Pływające groby


Periodyczne podwyższanie się temperatury prądu El Niño prowadzi do spadku nad nim ciśnienia atmosferycznego (niż baryczny) i ulewnych deszczów, przy czym nie tylko w rejonie Andów, ale także na wschodnim wybrzeżu USA. I tak w 2015 roku, powstające nad El Niño strumienie powietrzne spowodowały powstanie ulewnych deszczów w stanie Południowa Karolina. Szczególnie dostało się miastu Springfield, gdzie z powodu wylewu miejscowej rzeki zostały zalane prawie wszystkie domy. Woda rozmyła ziemię na cmentarzu i na powierzchnię wypłynęło kilka trumien ze zwłokami.[2]

Ogólnie rzecz biorąc, w tym stanie zginęło 12 osób. W całym rejonie kataklizmu wprowadzono stan wyjątkowy, a gubernator Południowej Karoliny – Nikki Hailey nazwał te wydarzenia „ulewą tysiąclecia”.



Powódź w maju 2014 roku w okolicach Jordanowa i wozy strażackie PSP niosące pomoc ludności Podhala na postoju w Jordanowie...

Szkody na 1,5 mld


Uczeni zauważają, że szczególnie na granicach ozonowych dziur ze zmieszania ciepłych i chłodnych mas powietrznych dochodzi do powstania potężnych ulew. Ta zależność jest doskonale znana meteorologom: im większy kontrast termiczny pomiędzy dwoma masami powietrznymi, tym są większe i wyższe chmury kłębiaste przynoszące lejby i burze, i tym większe w nich zapasy wody.

Wielu uczonych sadzi, że uszkodzenie warstwy ozonowej stało się główna przyczyną regularnych powodzi w Europie. W 2013 roku z powodu silnych opadów w niemieckim mieście Passau, poziom Dunaju podwyższył się na 8,5 m! Poza Niemcami powódź dotknęła także Czechy, Austrię, Polskę, Węgry, Szwajcarię, Słowację i Białoruś. Zginęło ogółem 24 ludzi.

Na przełomie maja i czerwca 2016 roku, ilość ofiar silnych opadów deszczu i związanych z nimi powodzi w Niemczech, Austrii, Francji Belgii, Rumunii, Mołdowy i w Niderlandach doszła do 20 ludzi. W Paryżu woda zalała metro, które zamknięto a potem długo remontowano. Z powodu wylewu Sekwany zostały zatopione partery Luwru i trzeba było ratować eksponaty. Sumaryczne straty wszystkich krajów europejskich wyniósł ponad 1,5 mld € - czego prawie miliard euro straciła Francja.

Mapka zasięgu majowej powodzi z 2014 roku (Super Express)

Pesymistyczna prognoza


Dr Tseiabo Il i jego koledzy  przeanalizowali sytuację powodziową na całym świecie i dali oni bardzo pesymistyczną prognozę. Według ich poglądów, ilość ulew i potopów będzie się zwiększać, co szczególnie dotknie takie regiony jak:

·        północ USA,
·        południe Chin,
·        północną i zachodnią Europę…
·        …a także południowe regiony Kanady,

- czyli najbardziej rozwinięte i zaludnione miejsca na naszej planecie. Ciekawe jest to, że w obliczeniach chińskich uczonych jedynym bezpiecznym miejscem stała się Rosja, gdzie roczna ilość opadów (poza małymi wyjątkami) spadła w czasie półwiecza i ta tendencja ma wszelkie szanse utrzymać się w przyszłości.

To prawda, ale dla naszego kraju istnieje całkiem przeciwne zagrożenie: EGO może w końcowym rezultacie może spowodować śmiercionośne susze i burze pyłowe.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 49/2018, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz
Ilustracje:

  • "Tajny XX wieka"
  • R.K.F. Leśniakiewicz
  • "Super Express"






[1] Pokazane to zostało w filmie „I uderzył grom”, reż. Peter Hyams, 2005.
[2] Podobne obrazki widzieliśmy w czasie Wielkiej Powodzi Tysiąclecia w lipcu 1997 roku na Dolnym Śląsku.