sobota, 30 kwietnia 2022

Na północnym stoku Tatr (6)

 


VI.                 Zginęli nie tylko na Giewoncie   


Latem 1894 roku w zagadkowych okolicznościach zaginął w Tatrach Władysław Białkowski, sędzia z Zakopanego, a my o jego losach tak czytamy na stronach ówczesnej prasy: Sędzia Białkowski, którego niedawno miasnowano radcą, znikł w piątek z Zakopanego. Mówi się, że poszedł bez przewodnika na Giewont, skąd spadł. Miał osłabione nie tylko nogi, ale i wzrok bowiem nosił okulary. 16 sierpnia na czwartkowej zabawie podczas tańca z panną J. przewrócił się na parkiecie, ale wbrew temu już następnego dnia, w piątek wybrał się na górską samotną wycieczkę i to wbrew radzie, by najął sobie przewodnika. Tego dnia po południu widzieli go juhasi, jak samotnie drapał się na Kopę Kondracką. Nieco później spotkał go górski przewodnik Kuba Bednarz, który sprowadzał gości do pobliskiego schroniska PTT. Ale Białkowski potraktował go bardzo nieuprzejmie i poszedł dalej znikając we mgle. Pomiedzy siodłem Przełęczy Kondratowej a Halą Kondratową znajduje się cały szereg stromych ścian, upłazów i skalistych, piarżystych wapiennych stoków, a więc można przypuszczać, że Białkowski nie poszedł na zachód od Giewontu, ale zatrzymał się gdzieś tutaj, pod Kopą. Tutaj mógł spaść z tych ścian na halę, gdzie się rozbił o skały albo osłabiony wpadł do jakiejś szczeliny skalnej[1] - a w niedzielę, po południu szukał go naczelnik miejscowej policji, strażmajster żandarmerii, z oddziałem żandarmów, który niczego nie znalazł. W poniedziałek rano wyszedł na wyprawę ratunkową pan Manicki z kilkoma dziesiątkami górali. [2]

Wszystko to jednak poszło na marne, a po wielu latach Mariusz Zaruski przeglądając najdawniejsze tatrzańskie tragedie notuje przy roku 1894:

Władysław Białkowski, lat 42, wyszedł na wycieczkę na Giewont i znikł bez śladu.[3]        

Ta góra stała się przeznaczeniem także następnego turysty. W połowie czerwca 1901 roku na miejscu zabił się spadając z Giewontu 18-letni gimnajalista Olgierd Januszkiewicz z Litwy. W Zakopanem był na rekonwalescencji, ale lekarze zabronili mu górskich forsownych wycieczek. Wbrew temu student postanowił wybrać się na Giewont, do czego znalazł sobie towarzysza w osobie młodego jezuity, z którym się zaprzyjaźnił. I tak obydwaj wybrali się na górę. Problemy napotkali przy powrocie, kiedy opuścili znakowany szlak i pod wieczór zaczęli schodzić niebezpieczną stromizną Długiego Giewontu. Miejscowa gazeta wkrótce doniosła o tym publikując m.in. wywiad z młodym jezuitą, na podstawie którego możemy zrekonstruować te tragiczne wydarzenia: Oddaliliśmy się od szczytu, a on usłyszał za sobą padające kamienie. Kiedy się za siebie obejrzał, mignął mu przed oczami jakiś cień szybko spadający w przepaść. Ten zaś zniknął i na jego wołanie odpowiadała jedynie grobowa cisza.[4]  

Młody człowiek nie pamiętał już dokładnie, gdzie zszedł, ale było jasne, że udało mu się zejść ze zbocza, a następnie zaalarmować górali, których napotkał w drodze powrotnej. Pasterze wyruszyli najpierw na wyprawę ratunkową, potem dużą grupą zorganizowaną z Zakopanego. Ponieważ było już ciemno, po drodze zapalili pochodnie i musieli rąbać czekanami stopnie w oblodzonym śniegu, aby wspiąć się wyżej. Znaleźli ślady krwi i mózgu, które oznaczały straszne miejsce, ale ofiara nie była widoczna. Udało im się jednak coś zobaczyć w wąskiej, ledwie metrowej szerokości, ale przerażająco głębokiej szczelinie, która utworzyła się między ławą śniegu a ścianą Giewontu. Na głębokości kilku metrów, uczepiony jedną nogą na skalnej półce wisiało do góry nogami bezwładne ciało. Natychmiastowe wycofanie było nie do pomyślenia ze względu na ciemną noc i silny wiatr, który trudno było utrzymać na śliskim, oblodzonym śniegu i gasił pochodnie. Z mózgu rozrzuconego na skałach i trupa wiszącego ciała można było tylko uzyskać pewność, że wszelka pomoc poszła na marne.[5]

Ciało wyciągnięto na drugi dzień rano i odniesiono je do kostnicy w Zakopanem – typowa ostatnia droga dla tych, którzy nie docenili niebezpieczeństw gór, albo im się w Tatrach przydarzyło coś, co przekracza granice codziennej rutyny. 

W październiku 1897 roku, na niezbyt uczęszczanym terenie polany Psia Trawka znaleziono martwego studenta Uniwersytetu Berlińskiego Kazimierza Piotrowskiego. Wyszedł on z kwastery w Zakopanem w dniu 11 października i znaleziono go w sześć dni później już bez życia. - Co się stało – pyta Michał Jagiełło – czy jest to możliwe, że przyszła jesienna słota lub śnieżyca i młody człowiek zasnał pod krzakiem? A może zachorował i nie miał siły iść do ludzi?[6]

W Tatrach ginęli nie tylko przyjezdni, ale także miejscowi mieszkańcy złączeni z górami poprzez pracę, jak to znów dowiadujemy sie z miejscowej prasy: Na górskim ramieniu Doliny Chochołowskiej, tzw. Starej Robocie, przed tygodniem zabił się juhas, który tam pasł owce. Zabłądził on na bardzo niedostępne miejsce za owcami spłoszonymi przez niedźwiedzia.[7]

W lecie 1904 roku na Giewoncie znów zagościła śmierć: Młody, jedynie 26-letni warszawianin Tadeusz Sadowski dobrze wykształcony na tamtejszym uniwersytecie i znany z pracy jako prawnik, padł ofiarą sportów górskich, schodząc po stromym zboczu niebotycznego Giewontu. [8] Z innych źródeł wiemy, że towarzyszem na szlaku Sadowskiego był niejaki Antoni Sulimowski, któremu udało się przeżyć.

I jeszcze raz Giewont: W lipcu 1906 roku, 17-letni gimnazjalista Skwarczyński poszedł na wycieczkę na Giewont z Doliny Strążyskiej i w Żlebie Kirkora (pomiędzy Giewontem a Małym Giewontem) odłączył się od swych towarzyszy i przepadł bez wieści.[9]    

W 1903 roku na zejściu z Łomnickiego Szczytu do Wielkiej Zmarzłej Doliny zginął student Uniwersytetu Jagiellońskiego Władysław Lustgarten. 3.VII.1907 r. na drodze ze Świnicy do Doliny Pięciu Stawów Polskich zginął pewien porucznik z Erfurtu. 8.VIII.1907 r. Jenö Wachter, student Uniwersytetu w Budapeszcie, zszedł z Żabiego Konia do Doliny Mięguszowskiej i tam popełnił samobójstwo. Na początku sierpnia 1908 roku wiedeński naukowiec Anton Novák zniknął bez śladu po tym, jak opuścił schronisko nad Morskim Okiem.

W dniu 8.I.1909 roku, w lawinie, która spadła ze stoku Małego Kościelca zginął słynna znawca Tatr i kompozytor Mieczysław Karłowicz (1876-1909), który wybrał się na wycieczkę do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Jego ciało wykopano ze śniegu trzy dni później, 11.I.1909 roku. Mariusz Zaruski tak opisał to w swej ponurej i smutnej pracy:

Śnieg był tak przewiany i ubity, że nie dało się go podnieść nawet drewnianymi łopatami – tylko żelazne łopaty mogły oddzielić jego twarde płyty. Dziesięć minut przed wpół do dziesiątej w jednym z wykopanych dołów rozległ się głos pracującego w nim Jana Pęksy, który powiedział: Mamy go! Wszyscy pobiegliśmy w tym kierunku. Krawędź nart była widoczna w grubym miąższu śniegu. Znów ruszyły łopaty, warstwa śniegu zniknęła z pola widzenia i nagle pojawiły się buty turystyczne, nabite gwoździami, i wreszcie cała postać leżąca na nartach twarzą do ziemi, z rękami wyciągniętymi do przodu. Miał nad sobą kilka cali stopionego śniegu. Ciało było sztywne. Chociaż wszyscy spodziewaliśmy się tak smutnego rozwikłania tajemnicy, prawda w jej nagości była straszna. Zabraliśmy ciało z grobu. Na plecach był plecak turystyczny, ale czapki nie miał na głowie – podobno gdy przetoczyła się przez niego fala śniegu, zdjął też czapkę. Oraz czekanie, które wciąż tkwi gdzieś w lawinie. Nos był trochę spłaszczony, ale nie było uszkodzeń ciała ani odzieży. Nagły śnieg musiał go zakopać miękko, ale dokładnie, jak gipsowa kokon. Zginął on tam bez ruchu. Nad ciałem znajdował się metr i ćwierć śniegu.[10]

        



[1] W tzw. mikrojaskini Łataka.

[2] Goniec Tatrzański góralski i obrazkowy, 1 (1894).

[3] Zaruski, Mariusz: Na bezdrożach tatrzańskich, s.339.

[4] Ofiara Giewontu!, Przeglad Zakopianski, 25 (1901).

[5] Ibidem.

[6] Jagiełło, Michał: Gałązka kosodrzewiny, s.38.

[7] Śmierć juhasa, Giewont, 1 (1902).

[8] Przeglad Tygodniowy, 30 (1904).

[9] Zaruski, Mariusz: Na bezdrożach tatrzańskich, s.340

[10] Zaruski, Mariusz: Ostatnim śladem, Taternik, 2 (1909)

piątek, 29 kwietnia 2022

Na północnym stoku Tatr (5)

 


V.                 Księga zgubionych dusz

 

Jednak wyimaginowana księga dusz zagubionych w Tatrach liczy setki stron – i niestety wciąż jesteśmy na początku. W 1883 roku dwunastoletni syn pewnego lekarza z Krakowa został zabity kamieniem spadającym z góry.     W roku 1886 piętnastoletni syn komisarza policji z Krakowa spadł z Nosala i zabił się.[1]

18 sierpnia ks. Józef Stolarczyk napisał: Niejaki Józef Biesiadecki – syn ziemskiego lekarza ze Lwowa - poszedł w góry ze swym kolegą bez przewodnika: przy schodzeniu z Czerwonych Wierchów na Małą Łąkę schodził po trudnej ścieżce, znalazł się nad przepaścią, gdzie doznał zawrotu głowy i spadł silnie poraniony i finalnie zabił się. Zrozpaczony ojciec przyjechał ze Lwowa i pochował go. Odprawiłem pogrzeb przy asyście kilku księży.[2]   

Nasz dobry informator Radzikowski dodaje do tego, że Biesadecki wybrał się w Tatry ze swym kolegą Baurowiczem. Idąc przez Halę Kondratową wyszli na Małołączniaka: Młodzieńcy zaczęli schodzić ze szczytu do Małej Łąki. Przypadkowo zeszli z brukowanego szlaku i zeszli w dół zbocza, gdy nagle Biesadecki zsunął się ze skały w przepaść. Roztrzaskał się o wystające występy tak, że mózg wyleciał mu z głowy, i kilkakrotnie łamiąc ręce i nogi. Jego towarzysz, również ranny, zbiegł tam, gdzie leżał Biesadecki i miał go ratować, ale to było oczywiście na próżno. Dotarł więc do najbliższego schroniska, a potem pospieszył do Zakopanego ze straszną wiadomością. Przybyli stamtąd lekarze znaleźli w górskiej chacie tylko zwłoki nieszczęsnego młodzieńca. Dwa dni później odbył się pogrzeb z nieutulonym żalem nieszczęśliwego ojca i największym udziałem gości mieszkających wówczas w Zakopanem.[3]

Nagrobek Biesadeckiego znajduje się na starym cmentarzu w Zakopanem, a matka Baurowicza postanowiła postawić w 1892 roku rzeźbę Madonny stojącą do dziś dnia u stóp Wielkiej Turni w podzięce za szczęśliwy powrót syna.

Około 1860 roku młody syn pewnego węgierskiego żupana[4] samowolnie odłączył się od towarzystwa, w którym chodził na piesze wędrówki, i poszedł na szczyt Łomnickiego Szczytu. Kiedy pozostali dotarli do celu, nie zobaczyli nikogo na szczycie. Tylko późniejsze poszukiwania rozwiązały zagadkę, ponieważ znaleźli ubranie nad groźną otchłanią, ale żadnego ciała. Kiedy ojciec zaginionych otrzymał hojną nagrodę za odnalezienie szczątków, górale zaczęły tropić i przy pomocy lin zeszli w otchłań, gdzie znaleźli nieszczęsnego człowieka, którego nie można było rozpoznać.[5]

Dosłownie o włos uniknęła podobnego losu grupa węgierskich studentów około roku 1870: Podróżowali z pijanym przewodnikiem spiskim, który nie zwracał uwagi na to, gdzie i jak są ludzie, którymi miał się opiekować i im towarzyszyć. Wyszli na półkę skalną i poszli za nim, początkowo dobrze, ale później, kiedy była węższa, stawała się coraz twardsza. Następnie półka zmieniła tylko krawędź, która nagle się skończyła. Pod nim znajdował się kawałek płaskiej skały. Wydawało im się, że trzeba nań się dostać, i że stamtąd będzie kontynuowana ich podróż. Zrobili to, ale znaleźli się w pułapce i to w taki sposób, że nie mogli się już z niej wydostać, otoczeni gładkimi skałami i przepaściami. Nie mogli zawrócić, ponieważ krawędź leżała zbyt wysoko, oddzielona skałą bez punktów podparcia. Mieli więc tylko jeden sposób na uratowanie się: zaczęli krzyczeć. Na szczęście Szymon Tatar poszedł wówczas na Łomnicki Szczyt z polską grupą. Kiedy usłyszał wezwanie, pobiegł na półkę i dosłownie wyciągnął przestraszonych Węgrów z pułapki.[6]

W 1888 roku, górski przewodnik Johann Mahler pochodzący ze spiskich Niemców spadł Karczmarzowym Żlebem z grani Gerlachu i zabił się na miejscu.[7]  

 


[1] Zaruski, Mariusz: Na bezdrożach tatrzańskich. Wycieczki, wrażenia i opisy, Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1958, s. 340

[2] Stolarczyk, Józef: Kronika parafii zakopiańskiej (1848-1890), s.22-23.

[3] Radzikowski, Walery E.: Nieszczęśliwe zdarzenia v Tatrach, s.118-119.

[4] Wysoki urzędnik administracji królewskiej.

[5] Radzikowski, Walery E.: Szkice z podróży w Tatry,s.59.

[6] Rajchman, Bronislaw: Wycieczka na Łomnicę, odbyta pod wodzą prof. dra T. Chalubińskiego, Filip Sulimierski, Warszawa 1879, s.67-68.

[7] Zaruski, Mariusz: Na bezdrożach tatrzańskich, s.339.

czwartek, 28 kwietnia 2022

Na północnym stoku Tatr (4)

 


IV.                 Robinson tatrzański

        

Nasza kolejna historia zacznie się w schronisku PTTK im. Stanisława Staszica koło Morskiego Oka, choć to właśnie tam odbył się jej finał. Odtwarzamy to jednak według prasy z epoki, więc postąpimy podobnie, jak dokumenty archiwalne zgromadzone przez znanego Michała Jagiełłę (1941-2016), legendarnego taternika, pisarza i byłego dyrektora Biblioteki Narodowej w Warszawie. Mieliśmy przyjemność rozmawiać z nim przed laty na Polsko-Słowackim Festiwalu Literackim organizowanym przez Bibliotekę Beskidów w Bielsku-Białej, gdzie również ukończył studia swoją niezwykłą monografię „Słowacy oczami Polaków”. To osobiste spotkanie, a także jego bogatą twórczość książkową zawdzięczamy w dużej mierze wiedzy o niezwykłych wydarzeniach w naszych górach.

Tak też jest w przypadku Tatrzańskiego Robinsona, jednak tym razem nie mamy na myśli księgę o tym samym tytule autorstwa Stefana Gębarskiego (1864-1920), ale prawdziwą historię człowieka, który walczył w zupełnej samotności o swe życie z surową tatrzańską przyrodą jak na innej planecie. Spróbujmy przecież sami to osądzić według relacji ze świadectw z tego czasu:

15.VIII.1884 roku, do schroniska Staszica przy Morskim Oku przyniesiono ledwie żyjącego turystę. Nazywał się on Jerzy Amsel, miał 21 lat i był słuchaczem filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim. Przyszedł on z węgierskiej strony na Rysy ze spiskim przewodnikiem, a kiedy ujrzał ze szczytu schronisko przy Morskim Oku, odprawił przewodnika i samotnie poszedł w dół.[1]

Jak to zazwyczaj bywa, młody Amsel przecenił swe siły i nie docenił niebezpieczeństwa, które w górskim terenie grozi z każdej strony – w jego przypadku poślizg zakończył się zjazdem w dół po stromym stoku i niemal śmiertelne uderzenie o skały.

Potłuczony i nieprzytomny przeleżał tam trzy dni i dwie noce, zanim się doczołgał pod jakąś skałkę, gdzie zalewała go woda deszczowa ściekająca żlebem. Przyprawiło bo to o odmrożenia ciała i kończyn. Polska grupa ratunkowa ze swymi przewodnikami udała się na Rysy i tam dostrzegli nieszczęsnego turystę. Jeden z górali poszedł po pomoc do schroniska, poczym rannego zniesiono koło Czarnego Stawu do Morskiego Oka, gdzie go przeprawili na tratwie, położyli w izbie i opatrzyli.[2]  

Tak nawiasem mówiąc, to podobna sytuacja panuje w znanym z wielu tragedii górskich, złowrogim  Żlebie Drége’a pomiędzy Pośrednim a Zadnim Granatem. Idącemu Orlą Percią wydaje się, że tuż zaraz znajduje się zejście do Czarnego Stawu Gąsienicowego, zaś w rzeczywistości po pokonaniu pierwszych łatwych partii żlebu teren zaczyna „stawać dęba“ i po pokonaniu kilku platform kończy się przewieszonym kominem i ponad stumetrową przepaścią. Jest to genialna pułapka na niedoświadczonych turystów, bowiem zejście jest niemożliwe bez haków i lin. Wyjście z powrotem zamykają przewieszone skalne platforemki, z których można tylko zejść ku przepaści, ale wyjść na nie już się nie da...[3]       

Z Zakopanego przybył lekarz, który zbadał pacjenta, a potem przewieziono go na leczenie do Kieżmarku. Kiedy już leżał w łóżku, student opowiedział ratownikom o cierpieniach jakie przeżył: W czesie, kiedy leżał na skałach przez całą noc zalewał go deszcz, a w drugą zaś męczył go mróz. Przez cały czas nie wziął niczego do ust, chociaż znaleziono w jego podróżnej torbie kawał chleba. [4]

Ale Jerzy Amsel mówił także o tym, że będąc pomiędzy głazami usłyszał także wołanie o pomoc. Obecni potraktowali jego relację poważnie i po obu stronach Tatr rozpoczęła się akcja poszukiwawczo-ratownicza. Założono bowiem, że człowiekiem wzywającym pomocy mógł być pewien niemiecki botanik, którego w tych dniach widziano w tej właśnie okolicy, jak zbierał okazy tatrzańskiej flory.

Polscy górale udali się tam od strony Przełęczy Mieguszowieckiej, zaś Spiszacy od strony Rysów, ale ani jedni ani drudzy nie znaleźli nawet śladu poszukiwanego. A już później dowiedzieli się, że botanik wrócił cały i zdrowy do domu i pomyśleli, że Amsel musiał usłyszeć echo swego własnego głosu i trawiony gorączką sądził, że ma gdzieś obok siebie jakiegoś innego nieszczęśnika.[5]         

Odtwarzamy dotychczasowy przebieg wydarzeń dzięki historycznym artykułom Walerego Radzikowskiego, a także książce Jagiełły „Gałązka kosodrzewiny”, z której również czerpiemy znaczną część materiału do tego rozdziału.[6] Mieliśmy więc okazję zapoznać się z cennym osobistym świadectwem nieżyjącego już od dawna Jerzego Amsela z łamów wydawanego we Wrocławiu periodyku „Schlesische Zeitung”. Innym szczęściem było to, że tekst ten w całości zacytował w pewnym roku A. Bittermann w swojej książce „W Tatrach Wysokich”.[7] 

Nieznany autor, którego imię według intuicji możemy wybierać między Aloisem, Adolfem, Arnoldem lub Albertem, poznał w hotelu pod Szczyrbskim Plesem Štefana Faitha, Spiszaka narodowości niemieckiej, przypadkowego przewodnika, którego Jerzy Amsel zatrudnił w połowie -sierpnia 1884 na niefortunną wyprawę na Rysy. O tym wydarzeniu mówiło się także w hotelowej restauracji, o czym Bittermann pisze tak:

W rozmowie poruszyłem też jego drugą wędrówkę i wyraziłem zdziwienie, że pomimo trudnego terenu zostawił tam turystę samego. Odpowiedział coś w taki sposób, że podróż nie była aż tak niebezpieczna, jego klient zrezygnował z usług i nie chciał go naciskać, zwłaszcza gdy już mu zapłacono za towarzyszenie mu.[8]

A teraz oddajemy głos samemu Jerzemu Amselowi:

Przewodnik poradził mi schodzić w dół po grani, a potem obejść Czarny Staw pod Rysami z prawej strony, na śnieżne pole po lewej stronie nie miałem w ogóle wchodzić. W tej chwili widziałem galicyjską grupę podchodzącą do góry. Wedle przewodnika, w razie czego ci ludzie mogliby udzielić mi dalszej rady i pomocy. Nastęnie przywiązał mi sznurkiem plecak i parasol do ramion, by mi nie przeszkadzały przy zejściu. Jeszcze mi powiedział, żebym schodził powoli i pożegnał się. Zacząłem zejście. Po krótkiej chwili minąłem trzech turystów z trzema przewodnikami. Zdziwili się uprzejmie, że ryzykuję samotne zejście. Zaproponowali, że odstąpią mi jednego z przewodników. Chętnie bym to zaakceptował, bo jakoś zacząłem się bać trasy, ale w końcu doszłem do wniosku, że nie mają nikogo więcej. Kazali mi podążać śladami, po których musiałem przejść przez pole śnieżne. Ale jednocześnie ich rady przeczyły temu, że mój przewodnik zabronił mi nawet wchodzić w śnieg. Zszedłem trudną ścieżką wzdłuż krawędzi śniegu i uważnie wypatrywałem śladów turystów, których właśnie spotkałem. Jeszcze kilka minut i ich zobaczyłem. Rzuciłem na ziemię dużą laskę alpinistyczną kupioną w schronisku Majlátha i zeskoczyłem z niskiej skały na śnieg. Ale ku mojemu przerażeniu poślizgnąłem się i zacząłem jechać z coraz większą prędkością po stromym zboczu. Pierwszym odruchem było wbicie kija przed siebie w śnieg, ale pękł jak zapałka. Wysiłek spowolnienia nóg przyniósł tylko taki efekt, że moje ciało zmieniło pozycję, a głowa pochyliła się. W tej pozycji zacząłem się obracać, wszystko z zawrotną prędkością. Nadal się ślizgałem, ale tym razem na brzuchu i do góry nogami. W tej pozycji próbowałem oprzeć ręce na śniegu i tym samym spowolnić upadek. Złapałem wystający kamień lewą ręką i zatrzymałem się.     Później się od kogoś dowiedziałem, że parę metrów niżej ziała głęboka przepaść. W tej groźnej chwili nie miałem czasu się rozglądać, a martwiłem sie tym, że moje dłowie krwawiły głębokimi ranami. Ale na szczęście przy tym długim na sto metrów zjeździe nie złamałem sobie żadnej kończyny. Miałem też zakrwawioną głowę, ale to nie była straszna rana. Pospieszyłem na dół tak szybko, jak mogłem. Tyle że paski plecaka, które wcześniej spowalniały mój obrót, tak mocno wrzynały mi się w plecy i szyję, że nie mogłem złapać oddechu. Nie udało mi się jednak wyrwać z tych kajdan. Miałem do dyspozycji tylko prawą rękę, aczkolwiek ze złamanymi paznokciami, co samo w sobie było bardzo bolesne i utrudniało mi posługiwanie się. Zgubiłem też nóż, ale potrzeba jest matką wszystkich wynalazków! Położyłem się i ostrożnie spróbowałem wsunąć głowę przez szelki plecaka, co w końcu udało się. Kiedy pozbyłem się plecaka, tak go zostawiłem i w końcu trafiłem nad Czarną Staw. Tutaj przemyłem rany zimną wodą i piłem z flaszki, która uratowała się, bo była w wewnętrznej kieszeni kurtki. W przeciwieństwie do zegarka, który wydawał się bezpiecznie schowany w kieszeni kamizelki, brakowało wskazówki godzinowej. Zgubiłem też okulary, które nosiłem na nosie, zapasowe, schowane w kieszeni oraz lornetkę. Został mi tylko monokl z jednym okiem, który nie pozwalał mi zbytnio orientować się w terenie. Nad jeziorem skręciłem w lewo, oczywiście nie bez większych problemów, bo zmęczyły mnie trudne urazy nóg - co prawda drobne, ale liczne. W tym czasie zauważyłem skałę, która spadła pionowo do wody i zdawała się zamykać każde przejście po zachodniej stronie. Dużo później dowiedziałem się, że u podnóża skały nad wodą znajduje się wąski kawałek brzegu. W tamtym czasie uważałem, że próba przedostania się w ogóle jest głupotą. Uznałem to za zdecydowane i zacząłem wracać, ale popadłem (nie wiem ile razy) w nieprzytomność spowodowaną dużą utratą krwi. Kiedy doszedłem do siebie, ledwo mogłem zrobić kilka kroków, wychodzić na kamienie i czekać na nadejście nocy. Mimo niewygodnej pozycji mocno zasnąłem, pomimo tego, że w nocy zaczął padać ulewny deszcz, a nawet śnieżna krupa. Oczywiście wcześniej wzywałem pomoc, ale na próżno. Zacząłem znowu krzyczeć, gdy tylko zaczął świtać. Wiele razy wydawało mi się, że słyszę zbliżające się kroki, że dobiega do mnie skrzyp wozu, ale tłumaczyłem to złudzeniom mojej wyobraźni i że na próżno musiałem polegać tylko na własnych siłach o pomoc. Uznając, że nie mogę iść lewym brzegiem jeziora, doszedłem do wniosku, że wskazana mi wcześniej przez przewodnika trasa może prowadzić do Jeziora Rybnego[9] nie wzdłuż krawędzi Czarnego Stawu, ale wysoko ponad otaczającymi ją skałami. to. Nawet nie myślałem o prawym brzegu, chociaż po tamtej stronie skały nie spadały tak stromo. Więc wziąłem to do głowy i dzisiaj wiem, że nie ma sensu grzebać się tam iz powrotem, próbując to obejść. Pośrodku tych myśli zauważyłem dwóch Słowaków na górze, po mojej lewej stronie. Krzyczałem na nich najgłośniej jak mogłem, żeby towarzyszyli mi do Rybiego Jeziora, za co ofiarowałem im pięć guldenów. Oni też mnie zobaczyli, ale zniknęli w skałach. Ten incydent potwierdził mi, że tam musi być ścieżka. Z ciężkim sercem i jeszcze cięższymi nogami wstałem i znów się podniosłem. Poszukałem jednego wystającego kamienia i zmusiłem się, by go dosięgnąć. Potem długo odpoczywałem - mogła to być godzina - żeby iść dalej, co wymagało wielkiej wewnętrznej walki. Pogoda dopisała, a pod stopami miałem ładny widok na zielone jezioro - dziwię się, że mimo mojej sytuacji w ogóle to odczułem! Nagle usłyszałem wołanie o pomoc i słowa: „Moja żona i moje dzieci!” do tego stopnia, że ​​zapomniałem o swoim smutnym położeniu. Te rozpaczliwe krzyki słuchałem następnego dnia, a może 15 sierpnia, ale nie pamiętam dokładnie. Oczywiście zgłosiłem to zaraz po akcji ratunkowej, ale poszukiwania pograniczników i przewodników nie powiodły się do dziś, cztery tygodnie po incydencie. Nie zgłosili nikogo jako zagubionego, więc mogę tylko przyznać, że były to tylko wizje spowodowane wyczerpaniem i utratą krwi. Wspiąłem się i tego dnia dotarłem do miejsca, w którym wyrzuciłem swój plecak turystyczny dnia poprzedniego. Byłem z niego zadowolony i wybrałem od niego kawałek chleba żytniego. Jednak udało mi się zjeść tylko kilka ciastek, ponieważ w ogóle nie miałem apetytu na jedzenie.

Po krótkim śnie kontynuowałem wspinaczkę na górę bez żadnego wsparcia, ponieważ parasol, który znalazłem z plecakiem, był całkowicie zepsuty. Nie mogłem użyć lewej ręki. Jeśli chciałem się podeprzeć, musiałem zadowolić się łokciem, podczas gdy moja prawa ręka dotykała, czy następny kamień, na którym chciałem postawić stopę, był mocno trzymany. Ale jeszcze bardziej dokuczało mi uczucie pragnienia, które dotknęło tego dnia, i mogłem je tylko odpędzić liśćmi szczawiu. Wieczorem szczęśliwie znalazłem wodę źródlaną, ale byłem tak wyczerpany, że po zjedzeniu kilku ciasteczek musiałem znów położyć się na kamieniach. Jednak tego dnia, po długiej wędrówce po drodze, wciąż natrafiłem na lepszy chodnik.

Obudziłem się rano czwartego dnia samotności (15 sierpnia). Już dawno zrezygnowałem z opisanego wcześniej obejścia Czarnego Stawu i teraz chciałem zbliżyć się do szczytu Rysów, choć na sam szczyt też powinienem się wspiąć. Im bliżej się do niej zbliżałem, tym szybciej mogłem oczekiwać, że jacyś turyści z góry usłyszą moje wezwanie lub mnie zobaczą. Miałem za sobą najgorszy odcinek i wszedłem stromą, ale bezpieczną i - co najważniejsze - dobrze widoczną ścieżką.

Ale moje siły były już na wyczerpaniu i gdy zobaczyłem nadchodzącą mgłę, pomyślałem, że jest wieczór i poszedłem spać. Byłem już senny, gdy usłyszałem głosy i zbliżające się kroki. Kiedy wyciągnąłem się na środku chodnika, wiedziałem, że to moje zbawienie. Dosłownie pospieszyłem po pomoc i wkrótce była ze mną grupa turystów składająca się z młodego krakowianina, jego siostry i dwóch polskich przewodników.[10] Mój wybawca nawet nie chciał uwierzyć, że wytrzymuję w tym stanie nawet cztery dni, ale mój wygląd, a przede wszystkim straszna rana na lewej ręce były bardzo wymowne potwierdzeniem moich słów. Była szósta wieczorem, a ponieważ musieliśmy przybyć do domku przy Rybim Jeziorze, nie mogliśmy tracić czasu. Rozpoczęły się już kilkugodzinne udręki, bo ścieżką, na którą wspinałam się od trzech dni, i krótki dystans wokół Czarnego Stawu do Rybiego Stawu musieliśmy przejść w dwie i pół godziny. Mimo że przewodnicy wspierali mnie z obu stron, na trasie wokół Czarnego Stawu nie brakowało miejsc, gdzie tylko jeden mógł mi pomóc pokonywać skały, albo musiałem iść sam i polegać tylko na własnych siłach. Krótko mówiąc, okrążyliśmy Czarny Staw z prawej, wschodniej strony, na którą, pamiętając rady przewodnika górskiego, nie odważyłem się wcześniej. Jednak z całym zapasem sił w końcu go pokonałem.

W zupełnej ciemności dotarliśmy do brzegu Rybiego Jeziora, skąd tratwą przewieziono nas do domku na przeciwległym brzegu. Tutaj mój wypadek wywołał wielkie emocje - nawet tutaj nie mogli w tej chwili uwierzyć, że człowiek po takiej utracie krwi jest w stanie tak długo wytrzymać kaprysy alpejskiej pogody. Byłem leczony z ran, dostałem obiad i napój, ale dopiero w niedzielę 17 sierpnia zostałem opatrzony przez lekarza z Zakopanego, a następnie konnym wozem przewieziony do Kieżmarku. Tu twarz lekarza rozszerzyła się w zdumieniu, gdy spojrzał na moją rękę, ale podobno niska temperatura w górach uratowała moją ranę przed zapaleniem. Dopiero dwa tygodnie później mogłem wrócić do domu w towarzystwie ojca, który przyszedł, gdy dowiedział się, że jestem chory. [11]

Mamy tutaj wszystkie znane z innych relacji tych, co przeżyli, zjawisk. I tak: halucynacje wzrokowe i słuchowe znane np. z wyprawy Grońskiego i Birkenmajera na Ganek, gdzie Groński po śmierci swego towarzysza miał omamy słuchowe. Ten fenomen najczęściej tłumaczy się stresem, wyczerpaniem, wychłodzeniem i napięciem nerwowym. Ale czy tylko tym? Czy jest coś więcej w opowieściach tych, którzy przez to pszeszli?[12]

[1] Radzikowski, Walery E.: Nieszcześliwe zdarzenia v Tatrach, s.116.

[2] Ibidem, s.116.

[3] Uwaga tłum.

[4] Ibidem, s.117.

[5] Radzikowski, Walery E.: Nieszczęśliwe zdarzenia v Tatrach, s.117.

[6] Jagiello, Michal: Gałązka kosodrzewiny, Biblioteka Narodowa, Warszawa, 1999, 96 s.

[7] Bittermann, A.: In der hohen Tatra, Reise-Erinnerungen, [s.n.] Kupferberg, 1887, 76 s.

[8] Ibidem, s.15.

[9] Rybi Staw to była ludowa nazwa także Popradskégo plesa. Po polskiej stronie Tatr górale  Rybim Jeziorem nazywali Morskie Oko, tak jak w tym przypadku. 

[10] Chodzi o dwóch przewodników Wojciecha i Macieja Roja z Zakopanego.

[11] Bittermann, A.: In der hohen Tatra, Reise-Erinnerungen, [s.n.] Kupferberg, 1887, s.64-68.

[12] Uwaga tłum.