czwartek, 28 kwietnia 2022

Na północnym stoku Tatr (4)

 


IV.                 Robinson tatrzański

        

Nasza kolejna historia zacznie się w schronisku PTTK im. Stanisława Staszica koło Morskiego Oka, choć to właśnie tam odbył się jej finał. Odtwarzamy to jednak według prasy z epoki, więc postąpimy podobnie, jak dokumenty archiwalne zgromadzone przez znanego Michała Jagiełłę (1941-2016), legendarnego taternika, pisarza i byłego dyrektora Biblioteki Narodowej w Warszawie. Mieliśmy przyjemność rozmawiać z nim przed laty na Polsko-Słowackim Festiwalu Literackim organizowanym przez Bibliotekę Beskidów w Bielsku-Białej, gdzie również ukończył studia swoją niezwykłą monografię „Słowacy oczami Polaków”. To osobiste spotkanie, a także jego bogatą twórczość książkową zawdzięczamy w dużej mierze wiedzy o niezwykłych wydarzeniach w naszych górach.

Tak też jest w przypadku Tatrzańskiego Robinsona, jednak tym razem nie mamy na myśli księgę o tym samym tytule autorstwa Stefana Gębarskiego (1864-1920), ale prawdziwą historię człowieka, który walczył w zupełnej samotności o swe życie z surową tatrzańską przyrodą jak na innej planecie. Spróbujmy przecież sami to osądzić według relacji ze świadectw z tego czasu:

15.VIII.1884 roku, do schroniska Staszica przy Morskim Oku przyniesiono ledwie żyjącego turystę. Nazywał się on Jerzy Amsel, miał 21 lat i był słuchaczem filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim. Przyszedł on z węgierskiej strony na Rysy ze spiskim przewodnikiem, a kiedy ujrzał ze szczytu schronisko przy Morskim Oku, odprawił przewodnika i samotnie poszedł w dół.[1]

Jak to zazwyczaj bywa, młody Amsel przecenił swe siły i nie docenił niebezpieczeństwa, które w górskim terenie grozi z każdej strony – w jego przypadku poślizg zakończył się zjazdem w dół po stromym stoku i niemal śmiertelne uderzenie o skały.

Potłuczony i nieprzytomny przeleżał tam trzy dni i dwie noce, zanim się doczołgał pod jakąś skałkę, gdzie zalewała go woda deszczowa ściekająca żlebem. Przyprawiło bo to o odmrożenia ciała i kończyn. Polska grupa ratunkowa ze swymi przewodnikami udała się na Rysy i tam dostrzegli nieszczęsnego turystę. Jeden z górali poszedł po pomoc do schroniska, poczym rannego zniesiono koło Czarnego Stawu do Morskiego Oka, gdzie go przeprawili na tratwie, położyli w izbie i opatrzyli.[2]  

Tak nawiasem mówiąc, to podobna sytuacja panuje w znanym z wielu tragedii górskich, złowrogim  Żlebie Drége’a pomiędzy Pośrednim a Zadnim Granatem. Idącemu Orlą Percią wydaje się, że tuż zaraz znajduje się zejście do Czarnego Stawu Gąsienicowego, zaś w rzeczywistości po pokonaniu pierwszych łatwych partii żlebu teren zaczyna „stawać dęba“ i po pokonaniu kilku platform kończy się przewieszonym kominem i ponad stumetrową przepaścią. Jest to genialna pułapka na niedoświadczonych turystów, bowiem zejście jest niemożliwe bez haków i lin. Wyjście z powrotem zamykają przewieszone skalne platforemki, z których można tylko zejść ku przepaści, ale wyjść na nie już się nie da...[3]       

Z Zakopanego przybył lekarz, który zbadał pacjenta, a potem przewieziono go na leczenie do Kieżmarku. Kiedy już leżał w łóżku, student opowiedział ratownikom o cierpieniach jakie przeżył: W czesie, kiedy leżał na skałach przez całą noc zalewał go deszcz, a w drugą zaś męczył go mróz. Przez cały czas nie wziął niczego do ust, chociaż znaleziono w jego podróżnej torbie kawał chleba. [4]

Ale Jerzy Amsel mówił także o tym, że będąc pomiędzy głazami usłyszał także wołanie o pomoc. Obecni potraktowali jego relację poważnie i po obu stronach Tatr rozpoczęła się akcja poszukiwawczo-ratownicza. Założono bowiem, że człowiekiem wzywającym pomocy mógł być pewien niemiecki botanik, którego w tych dniach widziano w tej właśnie okolicy, jak zbierał okazy tatrzańskiej flory.

Polscy górale udali się tam od strony Przełęczy Mieguszowieckiej, zaś Spiszacy od strony Rysów, ale ani jedni ani drudzy nie znaleźli nawet śladu poszukiwanego. A już później dowiedzieli się, że botanik wrócił cały i zdrowy do domu i pomyśleli, że Amsel musiał usłyszeć echo swego własnego głosu i trawiony gorączką sądził, że ma gdzieś obok siebie jakiegoś innego nieszczęśnika.[5]         

Odtwarzamy dotychczasowy przebieg wydarzeń dzięki historycznym artykułom Walerego Radzikowskiego, a także książce Jagiełły „Gałązka kosodrzewiny”, z której również czerpiemy znaczną część materiału do tego rozdziału.[6] Mieliśmy więc okazję zapoznać się z cennym osobistym świadectwem nieżyjącego już od dawna Jerzego Amsela z łamów wydawanego we Wrocławiu periodyku „Schlesische Zeitung”. Innym szczęściem było to, że tekst ten w całości zacytował w pewnym roku A. Bittermann w swojej książce „W Tatrach Wysokich”.[7] 

Nieznany autor, którego imię według intuicji możemy wybierać między Aloisem, Adolfem, Arnoldem lub Albertem, poznał w hotelu pod Szczyrbskim Plesem Štefana Faitha, Spiszaka narodowości niemieckiej, przypadkowego przewodnika, którego Jerzy Amsel zatrudnił w połowie -sierpnia 1884 na niefortunną wyprawę na Rysy. O tym wydarzeniu mówiło się także w hotelowej restauracji, o czym Bittermann pisze tak:

W rozmowie poruszyłem też jego drugą wędrówkę i wyraziłem zdziwienie, że pomimo trudnego terenu zostawił tam turystę samego. Odpowiedział coś w taki sposób, że podróż nie była aż tak niebezpieczna, jego klient zrezygnował z usług i nie chciał go naciskać, zwłaszcza gdy już mu zapłacono za towarzyszenie mu.[8]

A teraz oddajemy głos samemu Jerzemu Amselowi:

Przewodnik poradził mi schodzić w dół po grani, a potem obejść Czarny Staw pod Rysami z prawej strony, na śnieżne pole po lewej stronie nie miałem w ogóle wchodzić. W tej chwili widziałem galicyjską grupę podchodzącą do góry. Wedle przewodnika, w razie czego ci ludzie mogliby udzielić mi dalszej rady i pomocy. Nastęnie przywiązał mi sznurkiem plecak i parasol do ramion, by mi nie przeszkadzały przy zejściu. Jeszcze mi powiedział, żebym schodził powoli i pożegnał się. Zacząłem zejście. Po krótkiej chwili minąłem trzech turystów z trzema przewodnikami. Zdziwili się uprzejmie, że ryzykuję samotne zejście. Zaproponowali, że odstąpią mi jednego z przewodników. Chętnie bym to zaakceptował, bo jakoś zacząłem się bać trasy, ale w końcu doszłem do wniosku, że nie mają nikogo więcej. Kazali mi podążać śladami, po których musiałem przejść przez pole śnieżne. Ale jednocześnie ich rady przeczyły temu, że mój przewodnik zabronił mi nawet wchodzić w śnieg. Zszedłem trudną ścieżką wzdłuż krawędzi śniegu i uważnie wypatrywałem śladów turystów, których właśnie spotkałem. Jeszcze kilka minut i ich zobaczyłem. Rzuciłem na ziemię dużą laskę alpinistyczną kupioną w schronisku Majlátha i zeskoczyłem z niskiej skały na śnieg. Ale ku mojemu przerażeniu poślizgnąłem się i zacząłem jechać z coraz większą prędkością po stromym zboczu. Pierwszym odruchem było wbicie kija przed siebie w śnieg, ale pękł jak zapałka. Wysiłek spowolnienia nóg przyniósł tylko taki efekt, że moje ciało zmieniło pozycję, a głowa pochyliła się. W tej pozycji zacząłem się obracać, wszystko z zawrotną prędkością. Nadal się ślizgałem, ale tym razem na brzuchu i do góry nogami. W tej pozycji próbowałem oprzeć ręce na śniegu i tym samym spowolnić upadek. Złapałem wystający kamień lewą ręką i zatrzymałem się.     Później się od kogoś dowiedziałem, że parę metrów niżej ziała głęboka przepaść. W tej groźnej chwili nie miałem czasu się rozglądać, a martwiłem sie tym, że moje dłowie krwawiły głębokimi ranami. Ale na szczęście przy tym długim na sto metrów zjeździe nie złamałem sobie żadnej kończyny. Miałem też zakrwawioną głowę, ale to nie była straszna rana. Pospieszyłem na dół tak szybko, jak mogłem. Tyle że paski plecaka, które wcześniej spowalniały mój obrót, tak mocno wrzynały mi się w plecy i szyję, że nie mogłem złapać oddechu. Nie udało mi się jednak wyrwać z tych kajdan. Miałem do dyspozycji tylko prawą rękę, aczkolwiek ze złamanymi paznokciami, co samo w sobie było bardzo bolesne i utrudniało mi posługiwanie się. Zgubiłem też nóż, ale potrzeba jest matką wszystkich wynalazków! Położyłem się i ostrożnie spróbowałem wsunąć głowę przez szelki plecaka, co w końcu udało się. Kiedy pozbyłem się plecaka, tak go zostawiłem i w końcu trafiłem nad Czarną Staw. Tutaj przemyłem rany zimną wodą i piłem z flaszki, która uratowała się, bo była w wewnętrznej kieszeni kurtki. W przeciwieństwie do zegarka, który wydawał się bezpiecznie schowany w kieszeni kamizelki, brakowało wskazówki godzinowej. Zgubiłem też okulary, które nosiłem na nosie, zapasowe, schowane w kieszeni oraz lornetkę. Został mi tylko monokl z jednym okiem, który nie pozwalał mi zbytnio orientować się w terenie. Nad jeziorem skręciłem w lewo, oczywiście nie bez większych problemów, bo zmęczyły mnie trudne urazy nóg - co prawda drobne, ale liczne. W tym czasie zauważyłem skałę, która spadła pionowo do wody i zdawała się zamykać każde przejście po zachodniej stronie. Dużo później dowiedziałem się, że u podnóża skały nad wodą znajduje się wąski kawałek brzegu. W tamtym czasie uważałem, że próba przedostania się w ogóle jest głupotą. Uznałem to za zdecydowane i zacząłem wracać, ale popadłem (nie wiem ile razy) w nieprzytomność spowodowaną dużą utratą krwi. Kiedy doszedłem do siebie, ledwo mogłem zrobić kilka kroków, wychodzić na kamienie i czekać na nadejście nocy. Mimo niewygodnej pozycji mocno zasnąłem, pomimo tego, że w nocy zaczął padać ulewny deszcz, a nawet śnieżna krupa. Oczywiście wcześniej wzywałem pomoc, ale na próżno. Zacząłem znowu krzyczeć, gdy tylko zaczął świtać. Wiele razy wydawało mi się, że słyszę zbliżające się kroki, że dobiega do mnie skrzyp wozu, ale tłumaczyłem to złudzeniom mojej wyobraźni i że na próżno musiałem polegać tylko na własnych siłach o pomoc. Uznając, że nie mogę iść lewym brzegiem jeziora, doszedłem do wniosku, że wskazana mi wcześniej przez przewodnika trasa może prowadzić do Jeziora Rybnego[9] nie wzdłuż krawędzi Czarnego Stawu, ale wysoko ponad otaczającymi ją skałami. to. Nawet nie myślałem o prawym brzegu, chociaż po tamtej stronie skały nie spadały tak stromo. Więc wziąłem to do głowy i dzisiaj wiem, że nie ma sensu grzebać się tam iz powrotem, próbując to obejść. Pośrodku tych myśli zauważyłem dwóch Słowaków na górze, po mojej lewej stronie. Krzyczałem na nich najgłośniej jak mogłem, żeby towarzyszyli mi do Rybiego Jeziora, za co ofiarowałem im pięć guldenów. Oni też mnie zobaczyli, ale zniknęli w skałach. Ten incydent potwierdził mi, że tam musi być ścieżka. Z ciężkim sercem i jeszcze cięższymi nogami wstałem i znów się podniosłem. Poszukałem jednego wystającego kamienia i zmusiłem się, by go dosięgnąć. Potem długo odpoczywałem - mogła to być godzina - żeby iść dalej, co wymagało wielkiej wewnętrznej walki. Pogoda dopisała, a pod stopami miałem ładny widok na zielone jezioro - dziwię się, że mimo mojej sytuacji w ogóle to odczułem! Nagle usłyszałem wołanie o pomoc i słowa: „Moja żona i moje dzieci!” do tego stopnia, że ​​zapomniałem o swoim smutnym położeniu. Te rozpaczliwe krzyki słuchałem następnego dnia, a może 15 sierpnia, ale nie pamiętam dokładnie. Oczywiście zgłosiłem to zaraz po akcji ratunkowej, ale poszukiwania pograniczników i przewodników nie powiodły się do dziś, cztery tygodnie po incydencie. Nie zgłosili nikogo jako zagubionego, więc mogę tylko przyznać, że były to tylko wizje spowodowane wyczerpaniem i utratą krwi. Wspiąłem się i tego dnia dotarłem do miejsca, w którym wyrzuciłem swój plecak turystyczny dnia poprzedniego. Byłem z niego zadowolony i wybrałem od niego kawałek chleba żytniego. Jednak udało mi się zjeść tylko kilka ciastek, ponieważ w ogóle nie miałem apetytu na jedzenie.

Po krótkim śnie kontynuowałem wspinaczkę na górę bez żadnego wsparcia, ponieważ parasol, który znalazłem z plecakiem, był całkowicie zepsuty. Nie mogłem użyć lewej ręki. Jeśli chciałem się podeprzeć, musiałem zadowolić się łokciem, podczas gdy moja prawa ręka dotykała, czy następny kamień, na którym chciałem postawić stopę, był mocno trzymany. Ale jeszcze bardziej dokuczało mi uczucie pragnienia, które dotknęło tego dnia, i mogłem je tylko odpędzić liśćmi szczawiu. Wieczorem szczęśliwie znalazłem wodę źródlaną, ale byłem tak wyczerpany, że po zjedzeniu kilku ciasteczek musiałem znów położyć się na kamieniach. Jednak tego dnia, po długiej wędrówce po drodze, wciąż natrafiłem na lepszy chodnik.

Obudziłem się rano czwartego dnia samotności (15 sierpnia). Już dawno zrezygnowałem z opisanego wcześniej obejścia Czarnego Stawu i teraz chciałem zbliżyć się do szczytu Rysów, choć na sam szczyt też powinienem się wspiąć. Im bliżej się do niej zbliżałem, tym szybciej mogłem oczekiwać, że jacyś turyści z góry usłyszą moje wezwanie lub mnie zobaczą. Miałem za sobą najgorszy odcinek i wszedłem stromą, ale bezpieczną i - co najważniejsze - dobrze widoczną ścieżką.

Ale moje siły były już na wyczerpaniu i gdy zobaczyłem nadchodzącą mgłę, pomyślałem, że jest wieczór i poszedłem spać. Byłem już senny, gdy usłyszałem głosy i zbliżające się kroki. Kiedy wyciągnąłem się na środku chodnika, wiedziałem, że to moje zbawienie. Dosłownie pospieszyłem po pomoc i wkrótce była ze mną grupa turystów składająca się z młodego krakowianina, jego siostry i dwóch polskich przewodników.[10] Mój wybawca nawet nie chciał uwierzyć, że wytrzymuję w tym stanie nawet cztery dni, ale mój wygląd, a przede wszystkim straszna rana na lewej ręce były bardzo wymowne potwierdzeniem moich słów. Była szósta wieczorem, a ponieważ musieliśmy przybyć do domku przy Rybim Jeziorze, nie mogliśmy tracić czasu. Rozpoczęły się już kilkugodzinne udręki, bo ścieżką, na którą wspinałam się od trzech dni, i krótki dystans wokół Czarnego Stawu do Rybiego Stawu musieliśmy przejść w dwie i pół godziny. Mimo że przewodnicy wspierali mnie z obu stron, na trasie wokół Czarnego Stawu nie brakowało miejsc, gdzie tylko jeden mógł mi pomóc pokonywać skały, albo musiałem iść sam i polegać tylko na własnych siłach. Krótko mówiąc, okrążyliśmy Czarny Staw z prawej, wschodniej strony, na którą, pamiętając rady przewodnika górskiego, nie odważyłem się wcześniej. Jednak z całym zapasem sił w końcu go pokonałem.

W zupełnej ciemności dotarliśmy do brzegu Rybiego Jeziora, skąd tratwą przewieziono nas do domku na przeciwległym brzegu. Tutaj mój wypadek wywołał wielkie emocje - nawet tutaj nie mogli w tej chwili uwierzyć, że człowiek po takiej utracie krwi jest w stanie tak długo wytrzymać kaprysy alpejskiej pogody. Byłem leczony z ran, dostałem obiad i napój, ale dopiero w niedzielę 17 sierpnia zostałem opatrzony przez lekarza z Zakopanego, a następnie konnym wozem przewieziony do Kieżmarku. Tu twarz lekarza rozszerzyła się w zdumieniu, gdy spojrzał na moją rękę, ale podobno niska temperatura w górach uratowała moją ranę przed zapaleniem. Dopiero dwa tygodnie później mogłem wrócić do domu w towarzystwie ojca, który przyszedł, gdy dowiedział się, że jestem chory. [11]

Mamy tutaj wszystkie znane z innych relacji tych, co przeżyli, zjawisk. I tak: halucynacje wzrokowe i słuchowe znane np. z wyprawy Grońskiego i Birkenmajera na Ganek, gdzie Groński po śmierci swego towarzysza miał omamy słuchowe. Ten fenomen najczęściej tłumaczy się stresem, wyczerpaniem, wychłodzeniem i napięciem nerwowym. Ale czy tylko tym? Czy jest coś więcej w opowieściach tych, którzy przez to pszeszli?[12]

[1] Radzikowski, Walery E.: Nieszcześliwe zdarzenia v Tatrach, s.116.

[2] Ibidem, s.116.

[3] Uwaga tłum.

[4] Ibidem, s.117.

[5] Radzikowski, Walery E.: Nieszczęśliwe zdarzenia v Tatrach, s.117.

[6] Jagiello, Michal: Gałązka kosodrzewiny, Biblioteka Narodowa, Warszawa, 1999, 96 s.

[7] Bittermann, A.: In der hohen Tatra, Reise-Erinnerungen, [s.n.] Kupferberg, 1887, 76 s.

[8] Ibidem, s.15.

[9] Rybi Staw to była ludowa nazwa także Popradskégo plesa. Po polskiej stronie Tatr górale  Rybim Jeziorem nazywali Morskie Oko, tak jak w tym przypadku. 

[10] Chodzi o dwóch przewodników Wojciecha i Macieja Roja z Zakopanego.

[11] Bittermann, A.: In der hohen Tatra, Reise-Erinnerungen, [s.n.] Kupferberg, 1887, s.64-68.

[12] Uwaga tłum.