Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarny Baron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarny Baron. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 października 2023

Znowu „Czarny Baron”?

 


Kelly E. Gauthier

 

Ta seria zdjęć pochodzi z zapisu video wykonanego na orbicie. To jest UOO widziane przez 22 minuty z pokładu MSK/ISS. To było w 2020 roku albo nawet wcześniej. To dziwne UOO ma nieznany kształt i rozmiary, i nie wygląda jak jakaś znana rakieta czy kapsuła kosmiczna. Wydaje się ono poruszać w linii prostej do góry kadru, po czym znika.

Być może jest to statek kosmiczny Obcych, jakiś tajny amerykański obiekt kosmiczny czy urządzenie stealth nowego typu i technologii, w każdym razie coś konkretnego.

Wykonano zdjęcia z zoomem tego UOO, ale załoga stacji nie potrafiła powiedzieć o nim coś dokładniejszego.

 




Moje 3 grosze

 

Czyżby to był ów sławetny Czarny Baron, o którym tyle się pisało w latach 60. i 70. odkryty przez dr Bagby’ego? Oczywiście mógł to być jakiś obiekt lub jego fragment pochodzący z Ziemi, ale w takim razie powinien zostać zidentyfikowany przez NORAD. W każdym razie jeżeli to nie jest jakiś hoax, to sprawa wygląda poważnie. Mamy na orbicie jakiś obiekt, który się tam pałęta i jest poza klasyfikacją NORAD.

A to nie wygląda dobrze, szczególnie w czasach tak naprężonej sytuacji militarno-politycznej jaka mamy aktualnie. Każdy taki przypadek może się stać casus belli i początkiem III Wojny Światowej.

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

środa, 23 sierpnia 2017

NASA ukrywa satelity kosmitów na orbicie Ziemi



Odkryto dowody na to, że NASA ukrywa satelity kosmitów na orbicie Ziemi.

Pierwszemu obiektowi nadano nazwę kodową „Czarny rycerz”.

Szereg mediów, powołując się na anonimowego ufologa, poinformowało: odkryto dowody na to, że NASA celowo ukrywa przed ludźmi obecność satelitów kosmitów na orbicie Ziemi. Według danych, jeden z takich obiektów został odkryty już w 1954 roku.

Według danych ufologów, USA celowo skrywają przed społecznością pierwszy statek kosmiczny. Dano mu nazwę „Czarny rycerz”. Konspirolodzy twierdzą, że NASA wkrótce postara się usunąć fotografię z publicznego dostępu, jednak już zwrócono na nią uwagę.

Specjaliści twierdzą również, że „Rycerz” wymieniał się sygnałami z gwiazdą Izar i gwiazdozbiorem  Wolarza, mieszczącym się w odległości 13 tysięcy lat świetlnych od Ziemi.


Źródło – „Sputnik News” - https://pl.sputniknews.com/swiat/201708126066398-NASA-kosmici-ufo/


Moje 3 grosze


Czyżby w Rosji zaczął się dopiero sezon ogórkowy? Z drugiej strony, skoro tak jest, to dlaczego ani Amerykanie, ani Rosjanie nie wysłali tam wyprawy...? Przecież mają środki techniczne, więc w czym problem? Chyba tylko w tym, że tego obiektu tak naprawdę ... nie ma?... 

piątek, 1 lipca 2016

„Czarny Książę”: wysłannik z innej planety?



Tajemniczy Czarny Książę sfotografowany z pokładu MSK/ISS


Andriej Lieszukonskij 


W 1958 roku, amerykański astronom-amator Steve Slayton zaobserwował na niebie dziwny obiekt poruszający się po wokółziemskiej orbicie. Przemieszczał się on po złożonej trajektorii. Po kilku dniach obserwacji astronom zrozumiał, że to ciało niebieskie ma sztuczne pochodzenie!


A czyjżeś ty?


Steve wyliczył, że obiekt ten ma ok. 10 m średnicy  i porusza się z niezwykłą prędkością. Obiekt ten widocznym był tylko na tle tarczy Księżyca i on znikał, kiedy tylko doleciał do skraju tarczy naszego naturalnego satelity. Astronom odważnie założył, że obiekt ten ma czarny kolor i dlatego właśnie nie można go zaobserwować na tle czarnego nieba. Tym niemniej udało mu się wyliczyć orbitę zagadkowego kosmicznego dziwaka. Steve zdołał jeszcze kilka razy „uchwycić” go przy pomocy swego teleskopu. Pomyślawszy, uczony doszedł do wniosku, że obserwował sztucznego satelitę Ziemi. 

Stało się to światową sensacją.
- Kto wystrzelił nowego Sputnika? – krzyczały nagłówki gazet. Ale nikt w ZSRR czy USA (gdzie już nauczono się umieszczać obiekty na orbicie) nie przyznał się do tego, że odkryty przez Steve’a obiekt należy do nich. Inne kraje jeszcze nie posiadały technologii kosmicznych. Można było założyć, że radzieccy albo amerykańscy specjaliści coś tam przemilczają, gdyby nie jedno, małe „ale”. Obiekt poruszał się naprzeciw obrotowi Ziemi (tzn. ze wschodu na zachód – przyp. tłum.), a w tym czasie rakiety nośne wypuszczano w odwrotnym kierunku, aby otrzymać dodatkową prędkość przy starcie. (Chodzi o to, że wykorzystywano obrót Ziemi dookoła swej osi – jej prędkość obrotowa sumowała się z prędkością rakiety i był to oszczędniejszy sposób wystrzeliwania obiektów na orbitę – przyp. tłum.)

W rezultacie tego, specjaliści z NASA oświadczyli, że Slayton po prostu pomylił się i wziął za sztucznego satelitę zwyczajny meteoryt, który przelatywał właśnie obok Ziemi. Temat wkrótce zszedł z pierwszych stron gazet i magazynów. I chociaż od czasu do czasu astronomowie-amatorzy obserwowali obiekt przez swe teleskopy, dziennikarzy w pełni zadowoliło „wyjaśnienie” podane przez specjalistów z NASA i amerykańskich wojskowych: To po prostu meteoryt.


Imię dla nowoodkrytego


Jednakże w 1974 roku, obiekt ten otrzymał swe imię. Radziecki pisarz-fantasta Aleksander Pietrowicz Kazancew zainteresowany obserwacją Steve’a Slaytona, o której wyczytał z zagranicznej prasie, w swej powieści „Faetianie” (lub „Faetończycy”, „Mieszkańcy Faetona” – hipotetycznej planety Faeton krążącej ongi pomiędzy Marsem a Jowiszem, a której rozpad wskutek wojny termojądrowej pomiędzy tamecznymi mieszkańcami spowodował powstanie Pasa Asteroidów; zob. także - http://wszechocean.blogspot.com/2014/07/teoria-paleokontaktow-narodzia-sie-w.html – przyp. tłum.) opisał sztucznego satelitę Kosmitów Czarny Książę obracającego się wokół Ziemi i wysyłającego na nią sygnały radiowe. Powieść cieszyła się uznaniem, także za granicą. I właśnie potem nazwa Czarny Książę przywarła na mur-beton do tajemniczego satelity.
A w kilka lat później, radzieccy radiofizycy, testujący superczułą aparaturę, odkryli na orbicie wokółziemskiej jakiś obiekt, mający ok. 10 m średnicy. Obiekt ten miał temperaturę powierzchni ok. 200°C i bardzo słabo odbijał sygnały radiowe. Zostało wysunięte przypuszczenie, że to jest Czarny Książę, który jest pokryty specjalną farbą absorbującą fale radiowe. Czy przypadkiem nie mogłoby chodzić o naturalny, a nie sztuczny obiekt? 

Niestety, dokładnie zbadać tego obiektu nie udało się do dziś dnia. Czarny Książę znika z orbity, na której – jakby się to wydawało – powinien on się znajdować i nie łapią go radiolokatory. Kosmonautom z pokładu MSK/ISS udało się zrobić kilka zdjęć dziwnego obiektu pomalowanego na ciemne kolory, który teoretycznie mógłby być Czarnym Księciem. Ale ta tajemnica nie została wyjaśniona do dziś dnia.

Astronauci amerykańscy na pokładzie MSK/ISS


I tylko hipotezy…


Powiem teraz o kilku hipotezach związanych z Czarnym Księciem

Może najbardziej popularna wśród luminarzy nauki głosi, że nie ma żadnego tajemniczego obiektu. Za każdym razem za Czarnego Księcia bierze się już to meteory już to kosmiczne śmieci. Resztę dopisuje fantazja.
Stronnicy istnienia pozaziemskiego Rozumu twierdzą, że Czarny Książę, to kosmiczna sonda Pozaziemian, którą wysłano w celu obserwacji Ziemi albo w celu nawiązania kontaktu z Ludzkością. Nie patrząc na to – twierdzą oni - że od początku XX wieku radioamatorzy z całego świata wyławiają z Kosmosu dziwne, periodycznie powtarzane sygnały radiowe. 

No i na koniec pewien obywatel USA pragnący pozostać incognito, oświadczył iż posiada tajną informację. Na pokładzie jakoby bezpilotowego amerykańskiego statku kosmicznego Apollo-4 w rzeczywistości znajdowało się trzech astronautów. Mieli oni dotrzeć do Czarnego Księcia i dostać się do niego. Z tego satelity astronauci przywlekli mumię Kosmity i jakieś artefakty. Następnie wysadzili Czarnego Księcia, aby się doń nie dorwali radzieccy kosmonauci. Następnie rząd USA utajnił wszystkie informacje na ten temat. 

Co z tego jest prawdą, a co nie – tego oczywiście nie wiemy czy kiedykolwiek się dowiemy – czas pokaże.


Komentarze z KKK


Robercie, kiedyś już Ci o tym wspominałem: ja to widziałem na własne oczy! Przypomnę, że zaczęło się od Sputnika1, którego wypatrzył na niebie (było to może 1-3 dni po wystrzeleniu Sputnika1) nasz ówczesny sąsiad (dla twojej wiadomości – C.B., który w latach 60 wyemigrował do Lubina), człowiek którego interesowało "niebo i różne dziwy". Zawołał szybko mojego ojca i mnie, aby nam to pokazać, oczywiście na pięknym bezksiężycowym niebie było widać tę przemieszczającą się gwiazdkę - no, ale to był sputnik. Ja zainteresowany tym, bądź co bądź niezwykłym widokiem, przez kilka następnych dni próbowałem bezskutecznie upolować sputnika (wiadomo dlaczego bezskutecznie). Ale oto po upływie (już nie pamiętam ile czasu, ale mogło to być kilkanaście dni) udało się - dostrzegłem przemieszczającą się gwiazdkę i tym razem to ja szybko zawołałem B. Obserwowaliśmy to przez kilka minut i nagle okazało się, że za pierwszą gwiazdką w odległości kątowej może 15-20 stopni porusza się identyczne drugie takie światełko. Oczywiście wywołało to niemałe zdziwienie, u mnie może mniejsze, bo miałem wtedy 7 lat i nie bardzo orientowałem się w tej branży. Pan B. przyglądał się, myślał, wreszcie, kiedy gwiazdki zaczęły znikać nam z pola obserwacji, skonstatował, że "to Amerykanie wysłali swojego sputnika, żeby śledził ruskiego". Pamiętam dobrze te epizody, gdyż z pewnością to one zainfekowały mnie już na całe życie tą tematyką. Tak się zastanawiam w związku z twoim tekstem, czy właśnie nie był to ów tajemniczy Czarny Książę? No, bo cóż innego to mogło być - a było na 100%
Widziałem też inną dziwność na niebie..., ale to może następnym razem, bo chwilowo muszę zmykać od komp.
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie (Avicenna)
 
-----

Ciekawa rzecz, bo wiele słyszałem o tym obiekcie, ale nie miałem okazji go zaobserwować. A tak już a’ propos tego rodzaju obserwacji, to ostatnio wypatrując srebrzystych obłoków, w nocy 25 czerwca br., gdzieś około drugiej zobaczyłem na tle gwiazdozbioru Orła lecące na północ światełko – jakiś sztuczny satelita – a za nim podążał… jakiś komunikacyjny stratoliner! W tym samym czasie prostopadle do ich kursu ze wschodu na zachód leciał jeszcze jeden samolot pasażerski. Widok był naprawdę odlotowy. Czy obserwacje Czarnego Księcia nie były obserwacjami sztucznego satelity i jakichś samolotów cywilnych czy wojskowych? (Daniel Laskowski)

-----

Odnoszę niejasne wrażenie, że cała ta sprawa Czarnego Księcia, Czarnego Barona, Czarnego Rycerza i całej tej czarnej latającej arystokracji może mieć związek z hitlerowskimi próbami rakietowymi z wczesnych lat 40. XX wieku. Być może rację mają ci, którzy tak sądzą, boż na dobrą sprawę nie mamy podstawowej informacji, a mianowicie – od KIEDY Czarny Książę krąży wokół Ziemi? I tu jest ten pies pogrzebany. Póki tego się nie dowiemy, to będziemy mogli sobie co najwyżej pogdybać. Hipoteza pt. Czarny Książę i III Rzesza wcale nie jest taka głupia, na jaką wygląda, bo Niemcy pracowali nad pojazdami kosmicznymi z napędem rakietowym i nie tylko. Być może jest to jakiś odprysk prac Wernhera von Brauna, Waltera Dornbergera czy Hansa Kammlera, Otto Mazuwa i innych. I może właśnie dlatego niektórym rządom nie chce się ujawniać tej tajemnicy…? (Platon)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 38/2015, s. 3
Przekład z j. rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz      

środa, 18 czerwca 2014

Mistrz Lucjan o ,,Czarnym Księciu''

Mars Reconnaissance Orbiter nad Czerwoną Planetą (NASA)


Już po opublikowaniu przekładów na temat Czarnego Księcia zadzwonił do mnie Pan Jerzy Lebiedziewicz z Olsztyna, który zwrócił mi uwagę, że na temat Czarnego Księcia pisał także Mistrz Lucjan Znicz-Sawicki w naszej ufologicznej biblii „Goście z Kosmosu” – w tomie pt. „Cywilizacje nieludzkie – czy jesteśmy sami w Kosmosie?”. Fakt – pominąłem zdanie Mistrza Lucjana, czego nie powinienem był robić. A rozdział pt. „Czarny Książę” traktuje o dziwnych przygodach ziemskich sond badawczych Marsa, które milkły z niewyjaśnionych przyczyn. I w tym właśnie kontekście pisze on, że:


(…) Wolne żarty pirat kosmiczny czyhający na ziemskie sondy? Kto uwierzy w to, że gdzieś w okolicach Marsa żeruje na niebie Wielki Upiór Galaktyczny, odżywiający się pojazdami kosmicznymi? – dworowali sobie naukowcy. A tymczasem już w roku 1966 znaleźli się ludzie, którzy ten żart potraktowali całkiem serio. Z tym tylko, że upiorowi nadali inną nazwę: Czarny Książę.

Nazwę tą wymyślił Jacques Vallée, w 1966 roku, w jednej ze swych publikacji zasugerował, że „wokół Ziemi krążą osobliwe, nierozpoznane satelity, z których co najmniej jeden porusza się w kierunku przeciwnym niż wszystkie inne wysłane w Kosmos z USA i ZSRR.” Ale co to za wyróżnik: „kierunek przeciwny”? Chodzi o to, że sztuczne satelity Ziemi są wystrzeliwane w kierunku obrotu Ziemi wokół osi, tak aby na ich prędkość początkową składały się dwa czynniki: działanie samego silnika rakietowego oraz prędkość obracającego się wraz Ziemią kosmodromu (z zachodu na wschód – uwaga R.K.L.) W ten sposób wielekroć mniejszym wysiłkiem można osiągnąć nieodzowną dla satelity pierwszą prędkość kosmiczną (czyli 7,9 km/s – przyp. R.K.L.) Trzydzieści trzy lata temu jednak, gdy Vallée pisał o swoim Czarnym Księciu, nie chodziło tylko o wysiłek: ówczesna kosmonautyka nie była w stanie osiągnąć pierwszej prędkości kosmicznej bez wspomagania silnika prędkością obrotu Ziemi. przy zastosowaniu znanych wówczas napędów, każdy satelita wystrzelony „w tył” (czyli z wschodu na zachód – uwaga R.K.L.) natychmiast spadłby na Ziemię. A ten sobie swobodnie krążył. Całkowicie pod prąd. I w dodatku nikt (a w tym czasie w grę wchodziły tylko dwa mocarstwa kosmiczne: Związek Radziecki i Stany Zjednoczone) nie chciał się do niego przyznać. Czy nie zasłużył sobie na w pełni egzotyczną nazwę Czarnego Księcia?

W dodatku doszły jeszcze inne osobliwe zdarzenia. 15.V.1963 roku, astronauta Gordon Cooper, który przelatywał właśnie w amerykańskim satelicie załogowym Mercury czwarty raz nad Hawajami, usłyszał w pokładowym odbiorniku jakieś dziwne głosy. Głosy te zostały zresztą usłyszane i zarejestrowane również na Ziemi. Kiedy jednak zabrano się do ich szczegółowej analizy, zaangażowani przez NASA lingwiści oświadczyli, że „nie są to słowa jakiegokolwiek znanego na naszym globie języka.” A gdy jeszcze 1.VI.1965 roku zaplanowany na ten dzień lot Gemini-9 trzeba było opóźnić, bo na fale radiowe satelity nałożyły się fale niewiadomego pochodzenia, które praktycznie uniemożliwiły łączność statku z bazą – powiało wręcz grozą. Czarny Książę nie tylko się pojawił, ale zaczął działać!

Bzdura! – oświadczyli co trzeźwiejsi specjaliści w dziedzinie kosmonautyki. To racja: nie udało się wyjaśnić ani tajemnicy Mercurego, ani Gemini. Ale jak wiele różnych zagadek spotkaliśmy w toku rozwoju kosmonautyki? (…)

…Ale czy zaraz musimy oskarżać o to jakieś tajemnicze siły niebieskie? Dlaczego ujawniają się one wyłącznie w destrukcji? Czemu ten wysłannik wyśnionej wyższej cywilizacji zawsze tylko wszystko psuje, a nigdy nic nie naprawi?

Ach tak? To czym wobec tego wytłumaczymy niezwykłe zachowanie satelitów ANNA i Transit 4B, które zamilkły w pierwszych dniach roku 1962, a po pół roku… same się ponownie włączyły i nawiązały kontakt z Ziemią? Albo historię wystrzelonego na początku 1963 roku satelity Telestar 2, który przerwał pracę 16 lipca, ale tylko na miesiąc, poczym jakby nigdy nic samodzielnie znów podjął swe obowiązki? Czy wreszcie zachowanie się stacji kosmicznej EOL, która przez kilka miesięcy przerywała pracę na jeden dzień (w dodatku podobno zawsze w niedzielę)? „Wszystko to wygląda tak, jak gdyby aparatura tych stacji kosmicznych była rozmontowywana i później montowana ponownie” – skomentował w końcu te wypadki (przezornie anonimowo) jeden ze specjalistów NASA.

A tymczasem przykłady ingerencji mnożyły się bez przerwy. W roku 1971, amerykańska wyprawa księżycowa Apollo-14 pozostawiła na powierzchni naszego naturalnego satelity samoczynnie działająca stację naukową, która automatycznie rejestrowała i przekazywała na Ziemię różnego rodzaju pomiary. Poczynając od marca 1975 roku, stacja przestała przyjmować rozkazy z Ziemi, wreszcie wyłączyła się zupełnie. Ale kiedy ziemscy naukowcy ostatecznie przestali już na nią liczyć, po 32 dniach całkowitego milczenia, nagle 19.II.1976 roku sama podjęła pracę i kontynuowała ja przez miesiąc, zanim ponownie zamilkła. Jeszcze dziwniej zachowywał się amerykański satelita Pegasus. Wystrzelony w roku 1965 bezbłędnie działał do 1968, poczym Ziemia wydała mu rozkaz wyłączenia się. Narowisty Pegaz rozkaz ten honorował tylko przez dwa tygodnie, poczym samorzutnie się włączył i… zaczął zakłócać komunikację z innymi satelitami. Po wielu staraniach techników z ośrodka dyspozycyjnego NASA udało się go wreszcie wyciszyć, ale zaledwie minęło kilka tygodni, uparty Pegaz znów się odezwał. I tym razem nie dał się uśpić do roku 1978. A tu już amerykańskim specjalistom kosmicznym z Pasadeny zwalił się nowy kłopot na głowę. Wystrzelona we wrześniu 1977 roku sonda kosmiczna Voyager-1 w marcu następnego roku minęła Jowisza, przysłała na Ziemię z tej okazji całą serię pamiątkowych zdjęć, poczym skierowała się ku Saturnowi i… nieoczekiwanie zaczęła się jąkać. (…) Cztery dni dyspozytorzy sondy trwali w rozterce, ale po tym czasie sonda samorzutnie się naprawiła (???) i podjęła niezakłóconą rozmowę z Ziemią.

Wszystkie rekordy jednak pobił amerykański satelita geofizyczny Pioneer-6. Wystrzelony 16.XI.1965 roku przez 6 miesięcy badał pola magnetyczne, zjawiska plazmowe i promieniowanie korpuskularne w przestrzeni międzyplanetarnej, poczym z braku energii zamilkł i wyłączył się. (…) Minęło 21 lat i wszyscy już o Pioneerze-6 dawno zapomnieli, gdy w pierwszych dniach stycznia 1986 roku, wyczerpany satelita nieoczekiwanie odzyskał siły i przez godzinę bombardował Ziemię nikomu już niepotrzebnymi informacjami.

Nie mniej zagadkowo wygląda historia wystrzelonej 6.X.1990 roku z pokładu wahadłowca Discovery sondy kosmicznej Ulysses, która minąwszy Jowisza  14.II.1993 roku, zamilkła z niewyjaśnionych przyczyn  na pięć godzin, a potem – z równie niewyjaśnionych przyczyn – ponownie nawiązała kontakt z Ziemią. Również wystrzelona w lutym 1996 roku sonda NEAR, 23.XII.1998 roku na 27 godzin zerwała kontakt z Ziemią i samowolnie zmieniła w ciągu tego czasu trajektorię, po czym – jak gdyby nigdy nic – połączyła się z Pasadeną i poddała się rozkazom z Ziemi.

Czy rzeczywiście wszystkie te sondy słuchają tylko i wyłącznie rozkazów z Ziemi?

(Lucjan Znicz-Sawicki – „Cywilizacje nieludzkie: czy jesteśmy samotni w Kosmosie?”, Warszawa 2002, op. cit. ss.168-170.)


Wygląda zatem na to, że albo jeden z badaczy czegoś nie zauważył, albo chodzi o zupełnie inny obiekt, który też pałętał się na wokółziemskiej orbicie w latach 50. i 60. XX wieku – zob. I. Wojciechowskij – „Co to było?” w http://hyboriana.blogspot.com/2012/02/bolid-syberyjski-12.html. Swoją drogą ja też miałem szczęście widzieć przelot obiektu o jasności porównywalnej ze stacją kosmiczną Mir czy ISS, który leciał w kierunku ze wschodu na zachód! Było to w październiku 1996 roku, krótko po zachodzie słońca. Na pewno nie był to żaden samolot, bo obiekt leciał prostoliniowo nie zostawiając smug kondensacyjnych i z taką prędkością, z jaką przemieszczał się po niebie Mir czy ISS. Może był to jakiś ICBM wystrzelony na Zachodzie czy USA i lecący w stronę WNP, może był to jakiś test czy przypadkowy odpał – historia Zimnej Wojny zna kilka przypadków omyłkowego odpalenia rakiet międzykontynentalnych. Mógł to być wreszcie jakiś eksperymentalny samolot kosmiczny w rodzaju SCREMAR czy jemu podobnych konstrukcji testowany nad Europą.


Kolejna sprawa à propos Mira – otóż w kontekście dziwnych przerw w pracy sond kosmicznych przypomina mi się incydent, który miał miejsce właśnie na tej stacji. Parę lat temu, kiedy na Mirze nikogo nie było, a sama stacja była pilotowana przez automaty, ni z juszki ni z pietruszki wyłączyły się wszystkie komputery. Rosjan ogarnęła panika, bo obawiali się, że Mir może spaść ludziom na głowy i już rozważali możliwość wysłania tam ekipy naprawczo-interwencyjnej, kiedy po upływie 24 godzin komputery same włączyły się z powrotem i Mir spokojnie kontynuował orbitowanie wokół Ziemi…


Od tego czasu upłynęło już kilka lat, Mir wreszcie spłonął w atmosferze w czasie kontrolowanego zejścia z orbity… ale pasjonująca tajemnica niepokoi i cały czas jestem pod jej złowieszczym urokiem. Złowieszczym dlatego nie wiemy, co działo się na Mirze w ciągu tych 24 godzin. Kto lub co wyłączył komputery stacji, a nade wszystko po co? Po to, by się im dokładniej przyjrzeć? I co tego „ktosia” interesowało – hardware czy software tego ludzkiego obiektu kosmicznego?

I jeszcze jedna dziwna konstatacja. Patrząc na zdjęcia Marsa wykonane z Ziemi i z Kosmosu wciąż zdumiewa mnie różnica, która je dzieli. Z Ziemi widzimy kolorową planetę na której być może istnieje życie w strefie równikowej, co powoduje zmiany jej barw – z Kosmosu widzimy suchą, niemal pozbawioną atmosfery i wody planetę, na której życie być może ukryło się do planetarnego podziemia… Kiedyś, jeszcze w czasie studiów, zastanawiałem się w gronie kolegów nad tym, czy marsjańskie sondy można by było przechwycić i przy ich pomocy przekazać nie to, co widziały obiektywy ich kamer, ale to co chcieli nam przekazać Marsjanie, Kosmici, Obcy, Ufiaści… - po prostu zafałszowany obraz Marsa. Rzecz nie jest trudna technicznie – wystarczy znać częstotliwość radiową na których pracują nasze sondy wygasić ich sygnał i wprowadzić swój niosący mylną informację. Dlaczego i po co? Bo być może nie życzą sobie naszej wizyty. Ot i cała paskudna prawda o Wielkim Upiorze Galaktycznym i Czarnym Księciu vel Czarnym Baronie alias Czarnym Rycerzu vulgo Ciemnym Rycerzu – który jest po prostu statkiem szpiegowskim Obcych wykonującym misję zwiadowczo-dezinformacyjną na orbicie wokółziemskiej. A jak ktoś chce wiedzieć, jak to wygląda w wersji sci-fi, to polecam powieść Gieorgija Martynowa pt. „Gianeja” (Warszawa 1972). 



I to byłoby na tyle – jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski. Będę dalej śledził wszystkie co ciekawsze doniesienia o tym obiekcie/obiektach, więc nie zamykam tematu.  
                       

piątek, 23 listopada 2012

Tajemniczy wrak w kosmosie




Przekazane przez Alberta Rosalesa

Informacja o tym została wzięta wprost z książki zatytułowanej „Mystery, Intrigue and Suspense” (Challencor Press, 1992) i jak sądzę, jest to kompilacja z kilku wcześniejszych tytułów. Wiem także, iż rozdział o niewyjaśnionych zbrodniach był opublikowany w „The World’s Greatest Unsolved Crimes”, zaś resztę publikowano tu i ówdzie.

Tym niemniej, ten incydent jest jednym z tych, na którego temat nie mogłem znaleźć dostatecznej ilości informacji. Być może rzecz cała jest jednym wielkim głupim kawałem – większość opisanych przypadków wydaje się takimi być. To jest jednak ciekawe i chciałbym znać twoja opinię na ten temat.

Poniższy tekst jest pod copyrightem Chalencor Press i nie mam żadnego zezwolenia na cytowanie go, ale jest wart tego.

Wrak statku kosmicznego z innej planety znajduje się na orbicie wokółziemskiej – i może zawierać ciała Obcych. Takie było zdumiewające oświadczenie rosyjskich naukowców opublikowane na frontowych stronach w 1979 roku.

Radziecki astrofizyk prof. Siergiej Bożicz ogłosił, że uczeni namierzyli wrak statku kosmicznego unoszący się 1240 mi/1984 km nad Ziemią jeszcze w latach 60. Oni zidentyfikowali 10 dużych odłamków, z których dwa mierzyły 100 ft/~33 m średnicy na różnych orbitach, a ich wyliczenia wspierał komputer o wielkiej mocy obliczeniowej [jak na owe czasy – przyp. tłum.], przy pomocy którego dokonano re-ekstrapolacji ich ruchów w celu ustalenia wieku tego wraka.
- Udało się nam odkryć, że wszystkie odłamki znajdowały się w jednym punkcie jednego dnia, dokładniej 18 grudnia 1955 roku. Oczywiście musiało tam dojść do silnej eksplozji.

Pierwsza rakieta zbudowana przez ludzi poleciała dopiero w 1957 roku.

Inny znany rosyjski astrofizyk, prof. Aleksandr Kazancew powiedział, że dwa największe fragmenty odłamków tego czegoś dają wyobrażenie o wielkości i kształcie tego obiektu.
- Uważamy, że to coś musiało być długie na co najmniej 200 ft/~67 m i szerokie na 100 ft. To coś miało małe kopułki  z teleskopami, talerzowate anteny do komunikacji radiowej i iluminatory. Rozmiary tego czegoś sugerują, że to miało kilka pokładów – najprawdopodobniej pięć. Uważamy także, że wciąż znajdują się tam ciała Obcych.

Moskiewski astrofizyk dr Władimir Ażaża obalał hipotezę, że te odłamki mogą być fragmentami meteoroidu.
- Meteoroidy nie mają swych orbit – powiedział – one poruszają się bez celu i błądzą w przestrzeni kosmicznej i nie wybuchają samoistnie. Wszystkie dowody, które zebraliśmy w ciągu ostatniej dekady, wskazują na to, że mamy do czynienia z jedną rzeczą – uszkodzonym statkiem kosmicznym Obcych. Może on mieć takie tajemnice, o których nawet nam się nie śniło.

Rosyjski geolog, prof. Aleksiej Zołotow, specjalista od eksplozji, dodaje:
- To nie może być wrak ziemskiego statku kosmicznego, jego eksplozja miała miejsce na dwa lata przed startem ziemskiego pierwszego satelity – Sputnika-1. Powinno się tam wysłać ekspedycję poszukiwawczo-ratowniczą. Ten statek, czy co to tam jest, powinien zostać sprowadzony na Ziemię. Benefity dla Ziemian będą oczywiste.

Wiodący amerykańscy naukowcy początkowo byli zdumieni, a potem podnieceni przez te rewelacje. Dr Henry Monteith, fizyk pracujący w supertajnym ośrodku badań jądrowych przy Sancia Laboratories w Albuquerque (NM) powiedział, że dowody są wystarczające do prowadzenia dalszego dochodzenia.
- To wygląda na rzeczywiście solidne studia zrobione przez Rosjan – dodał on – to jest bardzo ekscytujące, moglibyśmy wysłać tam wahadłowiec. Jeżeli jest to statek Obcych, to byłoby to znalezisko stulecia. Dowodziłoby to wprost możliwości istnienia życia w całym Wszechświecie.

Dr Myran Malkin, dyrektor biura NASA Space Shuttle Office of Space Technology powiedział:
-     Moglibyśmy rozważyć połączenie naszych wysiłków, jak tylko Rosjanie zbliżą się do nas.

I fizyk jądrowy Stanton Friendman powiedział:
- Jeżeli uda się nam ściągnąć jeden fragment, to damy radę ściągnąć resztę i poskładać ją w jedną całość.

Brytyjska reakcja była bardziej ostrożna. Dr Desmond King – Hele badacz kosmosu z Royal Aircraft Establishment w Farnborough Hants powiedział:
- Aktualnie ponad 4000 odłamków krąży po orbicie wokółziemskiej, każdy z nich ma numer katalogowy do jego identyfikacji. Chcielibyśmy znać numer katalogowy tego wraku. Oczywiście jest możliwe zidentyfikowanie tego wraku po dostatecznej ilości obserwacji. Podobnie jak Amerykanie, bylibyśmy zainteresowani obejrzeniem tego 'czegoś', jeżeli informacje od Rosjan są wiarygodne.

Amerykański fizyk William Corliss wspomniał artykuł napisany przez Johna Bagby’ego w amerykańskim „Magazine Icarus” w 1969 roku – a zatem w czasie, kiedy agencje rządowe właśnie oświadczyły wszem i wobec, że UFO nie istnieją. Napisał on, że tych 10 księżyców orbituje wokół Ziemi po, oderwaniu się od jednego ciała macierzystego. I podaje on datę tej dezintegracji – 18 grudnia 1955 roku.
-  Bagby nie wyjaśnia natury tej eksplozji – powiedział Corliss – on był tylko zainteresowany dowiedzeniem tego, że te odłamki tam są i nie uważa tego za naturalny fenomen. Wydaje się, że to była jedyna rzecz, jaką można było wykonać w tym czasie.

Inne UFO poruszały się bez szwanku w ziemskiej atmosferze, rozbijając się tylko – o ile wierzyć Amerykanom – o powierzchnię naszej planety. Ale dowiedzenie tego jest literalnie niemożliwe, bowiem rząd USA nałożył na to czapę i knebel, i trzyma wszystko w tajemnicy. 
     

Od tłumacza

Na temat „Czarnego Księcia” czy też Barona albo Rycerza (róznie o tym mówią) pisałem już na tym blogu – zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2011/07/afera-czarnego-barona.html i dalsze. Fajnie to wszystko brzmi, i rzeczywiście jest coś na rzeczy, bowiem czytałem o tym w źródłach anglojęzycznych jak i radzieckich/rosyjskich, a także w kilku innych pracach, które powołują się na nie. Istotnie, coś niezwykłego mogło wydarzyć się w Kosmosie na orbicie 1984 w dniu 18 grudnia 1955 roku. Chciałbym bardzo wiedzieć, gdzie i o której godzinie to się wydarzyło. Skoro był to wybuch tak silny, że rozwalił ciało o wymiarach 67 x 33 x 33 m na co najmniej 10 odłamów, to musiał być widocznym z Ziemi. Co do tego nie ma dwóch zdań, i – niestety – nie ma żadnej relacji, która by potwierdziła ten fakt.

Opracowując książkę „Projekt Tatry” (Kraków 2002) też natknąłem się na wzmiankę o obserwacji NOL-a nad Tatrami, który przeleciał na nocnym niebie i był zaobserwowany przez astronoma w Obserwatorium Astronomicznym Skalnate Pleso na Łomnicy. A to było tak:



A teraz będzie o wydarzeniach, które miały miejsce po drugiej stronie granicy – na Słowacji. pierwsze z nich wydarzyło się w marcu 1957 roku, a jego bohaterem jest astronom – dr Antonin Mrkos, który zaobserwował w Obserwatorium Astronomicznym Skalnate Pleso, o godzinie 04:30 gwiazdopodobne Nocne Światło.

Ów NL poruszał się początkowo na tle konstelacji Korony Północnej – Corona Borealis, potem przemieścił się do Herkulesa – Hercules, by zniknąć definitywnie w konstelacji Lutni – Lyra. NOL miał kształt kręgu i obserwowano go przy pomocy silnej lunety. Nie ma żadnego wyjaśnienia alternatywnego, bowiem wtedy oficjalnie nie było jeszcze statków kosmicznych, ale to właśnie wtedy obserwowano na niebie coś, co nazwano na Zachodzie „Black Baron” a w ZSRR „Cziornyj Princ” – a co nie było z całą pewnością poza-atmosferycznym pojazdem ziemskim... 

  To było w marcu 1957 roku, na pół roku przed lotem Sputnika-1.Czy był to statek kosmiczny Ziemian czy Obcych? Trudno powiedzieć. Istnieją cztery odpowiedzi na to pytanie, które postaram się tutaj streścić, a zatem:
v Statek kosmiczny Obcych, który wszedł na orbitę wokółziemską (kiedy???) i orbitował dając się zaobserwować od czasu do czasu przez nasze instrumenty obserwacyjne.
v Statek kosmiczny pochodzący z innej, ale ziemskiej, cywilizacji – np. Atlantydów, Aghartyjczyków, itd., liczący sobie kilka czy nawet kilkadziesiąt tysięcy lat (!!!)
v Ziemski statek kosmiczny, będący rezultatem jakiejś próby – najprawdopodobniej rosyjskiej. Wszak wiadomo, że Rosjanie eksperymentowali z rakietami już co najmniej od połowy lat 40. XX wieku i mogli wystrzelić coś, co potem orbitowało wokół Ziemi i wreszcie uległo dezintegracji…
v Ziemski statek kosmiczny lub stacja orbitalna wyprodukowana i umieszczona na orbicie przez nazistowskich uczonych w czasie II Wojny Światowej. Brzmi to niewiarygodnie, bo gdyby Niemcy dysponowali takimi możliwościami, to przebieg wojny byłby zgoła inny. Ale odnotowuję taką możliwość z kronikarskiego obowiązku.

Czymże więc był „Czarny Baron”? - tego nie wiemy i o ile wierzyć Bożiczowi, to jego szczątki wpadły w atmosferę i spłonęły gdzieś w latach 60 ubiegłego stulecia i jako takie nie są już do odtworzenia – a zatem już się nie dowiemy. Nie wiem, czy istnieją choć jakieś kopie obliczeń z tego okresu, o zdjęciach czy notatkach z obserwacji już nie wspominam, bo to oczywiste.

Obawiam się, że będzie z tym jak z innymi tego rodzaju wydarzeniami – z biegiem czasu obrosną w legendy i im dalej w czasie, tym więcej sensacyjnych szczegółów będzie się w nich pokazywało – jak np. w przypadku katastrofy UFO w Roswell…

Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©