Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darwin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darwin. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 grudnia 2021

Upadek teorii Darwina

 



Marcin Kołodziej

 

Naukowców nie stać na dokonanie rewizji naszej przeszłości. Dokonanie tego równałoby się przyznaniu do wielowiekowego okłamywania ludzkości.

Jednym z największych kłamstw, bez wątpienia, jest teoria Darwina, która w oczach wielu twardogłowych archeologów urosła do rangi dogmatu; poddawanie owej naukowej świętości w wątpliwość równa jest herezji. A przecież sam autor teorii ewolucji, Karol Darwin, świadom był jej mankamentów. Najważniejszym z nich bez wątpienia był..

 

Brak ogniw pośrednich

 

To najpoważniejsza wątpliwość, jaką można wysunąć przeciw mojej teorii”. To słowa samego Darwina, chyba najważniejszego pasażera statku HMS „Beagle”. Teoria ewolucji, którą zaproponował, zakładała powstawanie nowych gatunków poprzez dostosowywanie się do otoczenia. Ewolucja miała następować powoli, a jej zwieńczeniem mamy być my, współcześni ludzie myślący. Sęk w tym, że w kontekście biologii, droga rozwoju gatunków, których finalnym przystankiem jesteśmy my, pełna jest białych plam. Warunkiem „awansu” gatunku w drabinie ewolucji jest istnienie form przejściowych. Sęk w tym, że form przejściowych brak, co dobitnie podkreślił autorytet antropologii, Louis B. Leakey, który w czasie uniwersyteckiego odczytu w 1967 roku na pytanie o brakujące ogniwo, odpowiedział: „nie ma jednego brakującego ogniwa, brakuje setek”. Podobną wątpliwość wysuwa dziennikarz zajmujący się nauką, Richard Milton: „brak kopalnych form przejściowych skłonił mnie do zadania pytania o darwinowską koncepcję stopniowych zmian”. Wypowiedź ta jest o tyle intrygująca, gdyż przelał ją na papier niezachwiany niegdyś darwinista. Wątpliwości pojawiły się u Miltona w momencie, gdy zaczął analizować dowody mające utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że Darwin miał rację. Wyszło jednak inaczej. Jedną z tajemnic, którą sam Darwin nazwał „paskudną tajemnicą” jest pochodzenie roślin kwiatowych. Okazało się, że nauka odkryła skamieniałości roślin nieświatowych sprzed 300 milionów lat i kwiatowych sprzed 100 milionów lat. A gdzie forma przejściowa? Co działo się pomiędzy tymi zdarzeniami ewolucyjnymi? O kwiatowych wiadomo, że cechują się one wysokim stopniem organizacji. Co spowodowało, że rozmnażająca się bezpłciowo roślina nieświatowa, nagle wytworzyła organy niezbędne do rozrodu płciowego? W kwestii roślin pojawia się również inny problem: skoro budowa większości roślin harmonizuje z budową owadów zapylających, co było pierwsze: roślina czy pszczoła? Ewolucjoniści próbują wyjaśnić tą (i wiele innych) zagadkę powolnością całego procesu. Gradualizm, to jest stopniowy rozwój, ma tłumaczyć wiele niejasności. Okazuje się, że nie tłumaczy nic; bo skoro ewolucja to proces powolny, rozciągnięty w czasie, nie powinno być problemu z odnalezieniem form przejściowych. Nie ma żadnej. Dotyczy to również kwestii, która nas, ludzi, interesuje najbardziej. Dotąd nie natrafiono na ślad ogniwa – łącznika nas z naszymi przodkami. Z pewnością tym ogniwem nie mógł być człowiek z Jawy odkryty przez holenderskiego badacza Eugene’a Dubois w 1891 roku: przedwczesny triumf darwinistów okazał się niezręczną układanką ludzkiej kości udowej i sklepienia czaszki małpy. Nie jest nim również człowiek z Piltdown. Odkryty w Anglii w 1910 roku stał się synonimem antropologicznego szwindlu, wedle prawdopodobieństwa spreparowanego przez nadgorliwych darwinistów.

         Czy wobec tylu słabych punktów i białych plam na mapie teorii Darwina, nie należałoby zrewidować sposobu myślenia o naszych dziejach i naszym pochodzeniu? Dopóki słuszność danej teorii czy hipotezy nie zostanie zweryfikowana za pomocą naukowej aparatury, takowa teoria nie powinna być wykładana na uniwersytetach jako przedmiot. Dyscypliny badające naszą przeszłość zdają się mieć same mankamenty. „Historię piszą zwycięzcy”. Któż zatem tworzy archeologię?

 

Co z tą archeologią?

        

Teoria Darwina nałożyła ciasne ramy, umieszczając na osi czasowej określone wydarzenia. Głosy zwątpienia oraz odkrycia wyważające owe ciasne ramy są niemile widziane, zaś autorzy tych odkryć spotykają się z ostracyzmem, który nierzadko doprowadza ich kariery do ruiny. Virginia Steen – McIntyre. Tak nazywa się archeolożka, którą powinno się określać mianem męczennicy nauki. Jaka była jej wina, że twardogłowi naukowcy zdecydowali się dokonać zbrodni na jej obiecująco zapowiadającej się karierze? Odpowiedź na to pytanie brzmi: miała odwagę (lub czelność) zakwestionować ustalenia archeologów, które okazały się błędne. Ustalenia dotyczyły okresu pojawienia się człowieka na kontynencie amerykańskim, który to Steen – McIntyre przesunęła znacząco wstecz na osi czasu. Uczona srodze się zawiodła sądząc, iż odkrycie to otworzy przed nią o wiele więcej możliwości na polu naukowym. Tymczasem spotkała się z ostracyzmem i szykanami. Co z tą archeologią?

 Mimo, że nie jestem osobą, która rości sobie prawo do osądzania, niemniej gdyby ktoś mnie spytał, odparłbym, że zarówno historia, jak i archeologia, nie powinny być naukami w sensie takim, jakim pojmujemy dyscypliny naukowe. Całkowitą negacją założeń, na których bazuje teoria ewolucji, są znaleziska archeologiczne, które ową archeologię wywracają do góry nogami. I wcale nie ma potrzeby sięgać do materiałów na temat zahaczający o sferę zakazanej archeologii. Wystarczy spojrzeć na jedyny ostały cud świata starożytnego, czyli Wielką Piramidę Cheopsa w Gizie. Zdaje się być szczytem zdolności architektonicznych starożytnych Egipcjan (pomijam, czym tak naprawdę jest Wielka Piramida i kiedy ją zbudowano, gdyż na potrzeby tego tekstu nie są to informacje niezbędne). Co było potem? Rozpadające się konstrukcje, które ani wielkością ani precyzją nie były w stanie konkurować z Piramidą Cheopsa. Po dziś dzień trwają dyskusje, w jaki sposób wzniesiono tą konstrukcję. Rezultatem tych dysput są kolejne mniej lub bardziej oryginalne teorie, które nic nie wnoszą do sprawy. O wiele ciekawsze, choć z marnym skutkiem, były empiryczne próby rozwiązania odwiecznej zagadki. Kamienne konstrukcje, oczywiście, w dużo mniejszej skali, rozpadały się niczym domki z kart. Nie pomogło nawet zaprzęgnięcie sprzętu ciężkiego w całe przedsięwzięcie. Sprzętu, którym przecież – według archeologów – starożytni Egipcjanie dysponować przecież nie mogli. Starożytny świat kryje w sobie o wiele więcej zagadek przyprawiających o zawrót głowy archeologów. Ruiny Cuzco, Sacsayhuman  w Peru czy Baalbek w Libanie… Jak starożytni tego dokonali? Coraz więcej antropologów jest skłonnych kwestionować paradygmat, umieszczając człowieka w znacznie wcześniejszych epokach. Do tej grupy należy Charles Oxnard. Mawiał on: „konwencjonalne podejście do ewolucji człowieka należy poważnie zmodyfikować albo nawet odrzucić; należy zbadać nowe koncepcje”.

Miałem tego nie czynić, lecz nie mogę oprzeć się pokusie. W jaki sposób zwolennicy teorii Darwina mogą wyjaśnić dziesiątki, a nawet setki zagadkowych artefaktów, które wywracają do góry nogami wszystko to, co archeolodzy wiedzą i nam wciskają? Nie są w stanie wyjaśnić, więc ignorują, tuszują bądź nawet celowo niszczą nie pasujące do schematu odkrycia. Donosił o tym swego czasu jeden z badaczy tajemnic przeszłości, David Hatcher Childress. Szczęśliwie, nie wszystkie tajemnicze artefakty udało się nadgorliwym darwinistom zniszczyć. Te, które ostały się, rodzą więcej pytań aniżeli odpowiedzi.  

„Epoka dolnego piaskowca Old Red” to nazwa warstwy, w której w 1844 roku sir David Brewster odnalazł osadzony mocno w piaskowcu gwóźdź. Odkrycia dokonano w kamieniołomie Kingoodie (Szkocja). Ostrze gwoździa, wystające na ponad 1 cm z warstwy gliny morenowej było całkowicie pokryte rdzą. Brewster, fizyk z wykształcenia, był założycielem Brytyjskiego Towarzystwa Postępu Nauki. W swoim raporcie oznajmił, że warstwa, w której znajdował się ów gwóźdź pochodzi z epoki dewonu (360 – 408 milionów lat temu). Kto w tak zamierzchłych czasach wytworzył i wbił gwoździa? Jakimi metodami?

W tym samym roku londyński „Times” z dnia 22 czerwca doniósł o odkryciu sprzed kilku dni: „[…] robotnicy zatrudnieni przy wydobywaniu kamienia w pobliżu Tweed, jakieś 400 metrów poniżej Rutherford Mill, odkryli złotą nić osadzoną w skale na głębokości 2,9 m”. Zdaniem dra A. W. Medda z Brytyjskiej Służby Geologicznej, kamień ów pochodził z wczesnego karbonu, to jest epoki datowanej na co najmniej 300 milionów lat.

8 października 1922 roku w gazecie „American Weekly” ukazał się artykuł o niesamowitym odkryciu, jakiego dokonano w Nevadzie. Już sam tytuł artykułu: „Tajemnica spetryfikowanej <Podeszwy buta> sprzed 5 000 000 lat” pozwala nam zrozumieć, z czym mamy do czynienia. Choć 5 milionów lat wydaje się datą świeżą w porównaniu do wyżej wymienionych stanowisk, to jednak wiedzieć trzeba, że nawet wtedy – według naukowych ustaleń – na naszej planecie nie powinno być ludzi ani kogokolwiek, kto byłby w stanie wyrabiać elementy odzieży. Piórem niejaki dr W. H. Ballou zanotował: „jakiś czas temu John T. Reid, wybitny inżynier górnictwa i geolog, poszukiwał skamieniałości w Nevadzie. W trakcie swych badań natknął się nagle na skałę, która wprawiła go w całkowite oszołomienie i zdumienie. Dostrzegł na niej co, co wydawało się być odciskiem stopy człowieka! Bliższe badanie wykazało, że nie był to ślad bosej stopy, lez skamieniała podeszwa buta [….]. Wokół konturu biegła wyraźna nić, która jak się okazało, zszywała z podeszwą obwódkę. Wyraźna była również inna linia szycia, a w środku, gdzie spoczywała stopa i przedmiot spełniał faktycznie funkcję podeszwy buta, znajdowało się dokładnie takie samo zagłębienie, jakie spowodowałaby kość pięty ocierająca i zdzierająca materiał, z którego wykonano podeszwę. W ten sposób znaleziono skamieniałość stanowiącą obecnie główną tajemnicę nauki, gdyż skała, w której ją odkryto, ma przynajmniej 5 mln lat”.

Jak możecie się domyśleć, wokół ostatniego znaleziska twardogłowi archeolodzy, jak i zwolennicy teorii Darwina rozpętali prawdziwą nagonkę, kwestionując jej autentyczność. Ową spetryfikowaną podeszwę spotkał los podobny do znalezisk, których dokonała w Meksyku Steen – McIntyre: śladów bytności człowieka w Ameryce co najmniej 250 tysięcy lat temu, czego archeolodzy, którzy oznajmili już wcześniej, że człowiek postawił stopę na kontynencie amerykańskim około 20 tysięcy lat temu, zdzierżyć nie mogli.

Co, pytam po raz kolejny, jest nie tak z tą archeologią?

 

Pożywka dla totalitaryzmu

 

         Okazuje się, że teoria Darwina przyniosła znacznie więcej szkód aniżeli pożytku. O ile, na poletku nauki, próbuje, choć czyni to w sposób nieporadny, jak wykazano powyżej, wyjaśnić mechanizmy rządzące rozwojem gatunków i przekształcaniem ich pod wpływem czynników zewnętrznym, o tyle w sferze społecznej przyczynić się mógł do rozwoju ustrojów, które w ubiegłym wieku przyczyniły się do śmierci dziesiątek milionów ludzkich istnień. Już sam podtytuł dzieła Darwina: „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli przetrwaniu uprzywilejowanych ras w walce o byt” nosi w sobie pierwiastek szowinizmu i utwierdzają w przekonaniu, że jedyną szansę na przetrwanie mają  najlepiej przystosowani. Przekładając to na język psychologii ludzkiej, szansę na sukces mają najsilniejsi i najbardziej cwani. Czy teoria ewolucji nie skłania ku przekonaniu, iż cel uświęca środki lub bardziej dosadniej: po trupach do celu? Sięgając pamięcią wstecz, wkrótce po ogłoszeniu i nagłośnieniu swej hipotezy Darwin musiał odpierać ataki nie tylko ze strony kreacjonistów, ale i ludzi, którzy w sposób naukowy, daleki od religijnych naleciałości, próbowali wyjaśnić nierozwiązane zagadki świata. Był wśród nich szwajcarski przyrodnik Jean Louis Agassiz. On, i jego następcy podważali darwinowską walkę o byt, skłaniając się raczej ku przekonaniu, że to współpraca między gatunkami i samoograniczanie oraz twórcza inteligencja leżą u podstaw rozwoju.  Zajmujący się koncepcją Darwina niemiecki naukowiec Reinhard Eichelbeck nie pozostawia suchej nitki na koncepcji, na której bazuje współczesna biologia. Zdaniem Eichelbecka darwinizm ma w sobie duży ładunek egoizmu, agresji, bezwzględności. Pytanie o „uprzywilejowane rasy” w kontekście niemieckiego nazizmu wydaje się więc zrozumiałe. Ten sam Eichelbeck podkreśla dla przeciwwagi: „gdyby motorem ewolucji była bezlitosna walka o przetrwanie, wówczas mogłyby się ostać jedynie agresywne, jadowite, opancerzone gatunki zwierząt”. Taka sytuacja nie ma jednak miejsca w przyrodzie. Jest ona różnorodna. Występują przecież w przyrodzie gatunki, które – gdyby teoria Darwina była słuszna – powinny dawno wyginąć. W sukurs Eichelbeckowi przychodzi biolożka Lynn Margulis. Uważała ona, że darwinizm zbyt skłania się ku współzawodnictwu, traktując ów mechanizm za motor napędowy rozwoju. A przecież w bogatym świecie flory i fauny istnieją dziesiątki, nawet setki przykładów koegzystencji, która przynosi pożytek obydwu stronom. W procesie symbiozy pszczoły i kwiaty potrzebują się nawzajem. Mikoryza polega na symbiotycznym współżyciu grzybów i roślin wyższych, na przykład drzew. Istnieją także bakterie, które wiążą azot niezbędny do życia roślinom. Krytycy teorii Darwina ponadto zarzucają koncepcji, że skłania się za bardzo ku absolutnemu materializmowi, wykluczając pierwiastek, którego przecież nie da się zmierzyć za pomocą aparatury naukowej. Ów absolutny materializm rozumiany jest jako ciąg przypadkowych wydarzeń oraz reakcji chemicznych, odpowiedzialnych za wszystko, co dzieje się we Wszechświecie. Marksizm wiecznie żywy? Lepiej nie!

 

----------------------------------------------------

Bibliografia:

·        J. Douglas Kenyon – Zakazana historia. Warszawa 2007.

·        J. Douglas Kenyon - Zakazana nauka. Warszawa 2008.

·        Michael Cremo i Richard Thompson – Zakazana archeologia. Ukryta historia człowieka. Warszawa 1999.

·        Peter Fiebag, Rainer Holbe i Elmar Gruber – XX wiek i przyszłość świata. Warszawa 2003.

·        Magazyn UFO 1997, nr 4.

 

          

 

 

niedziela, 29 stycznia 2012

Darwnizm – fatalna pomyłka nauki?

Marcin Kołodziej


         Artykuł ten dowodzi, że wykładana na uniwersytetach i szkołach teoria ewolucji najsłynniejszego pasażera HMS Beagle, Karola Darwina, ma białe plamy, które praktycznie dyskwalifikują ją jako dogmat naukowy.

         Karol Darwin opublikował dwa słynne dzieła, które przewróciły ówczesną naukę do góry nogami: O powstaniu gatunków (1859) i O powstaniu człowieka (1871) roku. Opracował teorię ewolucji, której najważniejsze założenia to:
         1) życie na Ziemi powstało w wyniku serii biologicznych zmian w rezultacie przypadkowych mutacji genetycznych działających wspólnie z doborem naturalnym: jeden gatunek z czasem zmieniał się w inny. Najlepiej przystosowane gatunki przeżywały, słabsze wymierały;
         2) pomiędzy gatunkami powstałymi drogą ewolucji istniały formy przejściowe;
         3) Homo sapiens sapiens pochodzi od małpy. Wyewoluował ok. 100 000 lat temu.

         W zasadzie wszystko powinno być jasne i oczywiste. I jest. Według darwinistów. A jaka jest prawda? Darwin chyba sam zdawał sobie sprawę ze słabości swojej teorii, która nie potrafiła wyjaśnić m.in. tajemnicy pochodzenia kwiatowych. Tę drażniącą kwestię skwitował krótko: „paskudna tajemnica”.  Zatrzymajmy się przy tej kwestii. Kwiaty mają wysoki stopień organizacji. Budowa większości z nich harmonizuje z budową pszczół i innych owadów zapylających. W jaki sposób prymitywna rzekomo nie-kwiatowa w ciągu eonów rozmnażała się bezpłciowo, mogła wytworzyć organy niezbędne do rozmnażania płciowego? Wg teorii Darwina, stało się to wówczas, gdy zmutowały nagozalążkowe i z czasem zamieniły się w kwiatowe. Ale…

Aby roślina kwiatowa rozmnożyła się płciowo, musi najpierw nastąpić przeniesienie pyłku męskiego na żeńskie znamię słupka. Mutacja musiała zacząć się od jednej rośliny, w jakimś momencie, w określonym czasie. Nie było wtedy ani owadów ani zwierząt zaadaptowanych do zapylania kwiatów, gdyż nie było wcześniej takich kwiatów. I tutaj załamuje się koncepcja połączonej mutacji, doboru naturalnego i gradualizmu[1]. Darwiniści tłumaczą tę tajemnicę faktem iż ewolucja działa zbyt wolno, by poszczególne etapy były wyraziste. Jednak, jeśli proces ewolucji jest powolny, powinien istnieć ogrom form przejściowych. Darwinowski dobór naturalny nie wybrałby nagozalążkowych (np. paproci), które nagle zmutowały i wytworzyły nową strukturę wymagającą wydatkowania energii rośliny. Innymi słowy: nie-kwiatowe nie mogły stopniowo wytworzyć części kwiatowych po trochu i wyrywkowo w ciągu dziesiątków milionów lat, aż uformował się w pełni funkcjonalny kwiat. Kłóciłoby się to z darwinowską zasadą doboru naturalnemu: przeżywaniu najlepiej dostosowanych. Wielu uczonych twierdzi, że darwinizm zbyt silnie skłania się ku koncepcji, że współzawodnictwo jest główną siłą napędową życia. Przeczy temu czynnik aż za często obserwowany w przyrodzie: kwiaty i pszczoły potrzebują się nawzajem (symbioza); istnieje symbiotyczna współpraca grzybów i roślin wyższych (mikoryza). Są bakterie, które wiążą azot potrzebny roślinom. A ciało ludzkie? Czymże jest ludzki organizm, jak nie kolektywem różnorodnych komórek i mikroorganizmów tworzącym złożony system?

         Darwin obawiał się, że jeśli nie uda się znaleźć form przejściowych pomiędzy gatunkami, posypią się nań gromy. O tej problematycznej kwestii powiedział tak: „to najpoważniejsza wątpliwość, jaką można wysunąć przeciwko mojej teorii”. Gdzież więc szukać tych form, jak nie w skalnym zapisie? I tu pojawia się kolejna wątpliwość, poważnie podkopująca teorię ewolucji Darwina. Setki ekspedycji, tysiące badaczy przez lata, owszem, dokonywały odkryć antropologicznych , ale nie odnaleziono do tej pory ani jednej formy przejściowej, między prymitywnymi nie-kwiatowymi a kwiatowymi roślinami. Dopuśćmy do głosu światowej sławy antropologa, Louisa B. Leakey’a, który w roku 1967, w trakcie wykładu na uniwersytecie, na pytanie o brak form przejściowych, odpowiedział w ten sposób: „nie ma jednego brakującego ogniwa, brakuje setek”. Nie odnaleziono do tej pory żadnych form przejściowych, które mogłyby wyjaśnić tajemnicę, w jaki sposób mutacje i dobór naturalny doprowadziły do powstania kwiatów.

         Podobnie sytuacja ma się z człowiekiem. Teoria Darwina nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie o brakujące ogniwo. Darwinizm w ogóle jest to jedyna teoria, wciąż wymagająca weryfikacji za pomocą rygorystycznych metod naukowych. Odkrycia skamielin, zamiast przybliżyć nas do rozwiązania tajemnicy pochodzenia człowieka, stawiają kolejne znaki zapytania. A nawet kompromitują darwinistów. Przykład? Słynny casus człowieka z Piltdown – niedoszłego kandydata na formę przejściową, odkrytego w Anglii w 1910 roku, który okazał się wyrafinowanym oszustwem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa spreparowanym przez nadgorliwych wyznawców darwinizmu. Dziewiętnaście lat temu słynny antropolog, Eugenie Dubois znalazł w Indonezji kości udowe człowieka i czaszkę małpy znajdujące się w bliskiej odległości. Tak zrodził się człowiek jawajski, inaczej pitekantrop. Dopiero, na krótko przed śmiercią, Dubois wyznał, że kości należą do dwóch różnych gatunków. Pomimo tej pomyłki, człowiek jawajski dla wielu stanowi dowód, że przodkiem człowieka jest małpa. Także znaleziona w 1974 roku w Etiopii słynna Lucy, jest nie do odróżnienia od wymarłej małpy.

         W darwinowskiej kronice dziejów, człowiek na scenie pojawia się około 100 000 lat temu. Jednak, już przed kilkoma dekadami wielu antropologów poddało tę „prawdę” w wątpliwość. Inni umiejscawiają pojawienie się człowieka znacznie wcześniej. Michael Cremo i Richard Thompson w swojej głośniej publikacji podają szereg przykładów zbijających wersję darwinowską, m.in. znaleziony przez H. Neale’a pod Table Mountain w Kaliforni tłuczek i moździerz pochodzący sprzed 33 – 55 mln lat, czy kredową kulę odkrytą we wczesnoeoceńskim pokładzie lignitu, koło Laon we Francji, której wiek ustalono na 45 – 55 mln lat.
        
Podsumowując, każda teoria ma swoje słabe punkty i niejeden dogmat naukowy tracił na aktualności, w świetle kolejnych odkryć. Teoria Darwina ma tych słabych punktów aż za wiele. Nie przeszkadza to jednak jej wyznawcom wykładać jej na uczelniach, czy raczyć dzieciaczków uroczymi obrazkami, jak to ryba przemienia się w płaza, płaz ewoluuje w gada, gad wzbija się w powietrze, by ostatecznie stanąć na dwóch nogach i opanowywać rachunek różniczkowy albo wznosić drapacze chmur. Pamiętam, jak ojciec opowiadał mi, że w czasach szkolnych dostał  „lufę” za to, że ośmielił się odpowiedzieć, iż atom jest podzielny. Gdyby na to samo pytanie odpowiedział rok później, dostałby ocenę bardzo dobrą. Czasy się zmieniają, postęp idzie do przodu. Te postępowe gałęzie nauki, jak fizyka – wietrzą swoje poglądy, te zabetonowane – jak historia i teoria Darwina – stwardniała, jak te skamieliny, w których darwiniści w pocie czoła szukają swoich missing links.

Literatura:
J. Douglas Kenyon: „Zakazana historia”, Warszawa 2005.
M. Cremo i R. Thompson: „Zakazana archeologia. Ukryta historia człowieka”, Warszawa 1998.

* * *

Pozwolę sobie na mały komentarz do tego materiału. Tak się składa, że jestem darwinistą i uważam, że teorie Darwina tłumaczą to, co się dzieje na Ziemi (w Kosmosie także) w sposób zadowalający. To, że brakuje ogniw pośrednich nie oznacza, że ich w ogóle nie ma. Nie było ogniwa pośredniego pomiędzy rybami a płazami – ale się znalazły: kopalne i żywe – np. Latimeria. Kwiaty powstały, bowiem taka była biologiczna konieczność. Rozmnażanie generatywne – choć bardziej skomplikowane – gwarantowało utrwalenie wszystkich pozytywnych zmian w genotypie, czego nie gwarantuje rozmnażanie wegetatywne. Oczywiście wszystko to trwało, bo ewolucja działa ślepo metodą prób i błędów. Nieprzystosowani giną, nieprzystosowani pozostają – na tym polega dobór naturalny. Ewolucja stawia zazwyczaj na jakość, a nie na ilość. Ilość wcale nie gwarantuje możliwości przeżycia gatunku, ale jego jakość – czyli możliwości przystosowawcze do środowiska i jego warunków. Im większy diapazon warunków środowiskowych gatunek jest w stanie opanować i w nich przeżyć – tym lepiej.  

Antydarwiniści nie biorą – czy nie chcą brać – pod uwagę jednego potężnego czynnika: Czasu. Ewolucja to proces, który nie mierzy się latami czy nawet wiekami. To proces, który mierzy się dziesiątkami i setkami milionów lat! Co do form przejściowych, to jest dokładnie właśnie tak oni twierdzą – istnieje całe ich spektrum, które jeszcze w XX wieku brano za osobne gatunki, póki nie zanalizowano dokładnie pozostałości po nich w postaci skamielin i udowodniono, że są one ogniwami jednego łańcucha rozciągniętego na całe epoki geologiczne. Rozwój biochemii, biofizyki, biomechaniki, a nade wszystko technik animacji komputerowej pozwoliło na przeprowadzenie dowodów wprost na prawdziwość teorii ewolucji.   

I jeszcze jedno: motorem ewolucji są naturalne katastrofy w skali całej planety, które – paradoksalnie – powodują weryfikację zdolności przystosowawczych gatunków do środowiska. Dzieje ewolucji, to dzieje katastrof po których Przyroda zaczynała czasami niemal od zera tworzenie nowych gatunków roślin i zwierząt coraz lepiej przystosowanych do środowiska. I tak do następnej mega-katastrofy. Dlatego tak mało jeszcze wiemy o naszej historii, bowiem każda z tych katastrof zamazuje czy wręcz wyrywa całe rozdziały z kopalnego zapisu śladów życia na Ziemi.

Czy Cremo, Kenyon i inni się mylili? Nie. Paradoksalnie oni też mają pewną rację. Bowiem historia naszej Ziemi zachowała ślady czegoś – co ja nazywam za Stanisławem Lemem „interwencją czynnika nieastronomicznego” w dzieje Ziemi – istot rozumnych zamieszkujących naszą planetę. Ale to już jest zupełnie inna historia – pisałem o tym niejednokrotnie w tym blogu…


[1] Gradualizm – zasada darwinizmu, wedle której całe życie ewoluowało powoli bez nagłych przerw