Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hitler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hitler. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2016

Antarktyda: ostatnia przystań Trzeciej Rzeszy?





Nikołaj Michajłow


W 1999 roku, na Antarktydzie odkryto nieznanego, śmiercionośnego wirusa. Zapewne dostał się on tutaj z Kosmosu w rezultacie spadku meteorytu. Jednakże wirus ten mógł być także częścią nazistowskiej broni B. 

Antarktydę często nazywa się skarbnicą Ludzkości. To tutaj właśnie pod wielometrową warstwą lodu znajduje się ogromna ilość pożytecznych kopalin, w tym ropa naftowa i gaz ziemny. Rządy wiodących krajów świata nie żałują środków, by się utrzymać na Lodowym Kontynencie. Ale eksploratorzy Antarktydy wciąż napotykają na jakieś niepojęte zjawiska. Wielu uczonych jest przekonanych: tajemnice tej ziemi są w stanie wywrócić do góry nogami nasze wyobrażenia o otaczającym nas świecie i historii.


U-booty z „Konwoju Führera”


Wśród antarktycznych badań i ekspedycji szczególne miejsce zajmuje amerykańska ekspedycja pod dowództwem kontradm. Richarda Byrda, nosząca kryptonim High Jump, przeprowadzona w latach 1946-47. Jej rezultaty nie są zupełnie jednoznaczne i dlatego jest uważana za najbardziej tajemniczą.
Wyprawa ta obliczona początkowo na rok, została nieoczekiwanie zakończona na 5 miesięcy wcześniej. Wszystkie zebrane przez nią materiały do dziś dnia są utajnione. I tylko dzięki skąpym relacjom można było spróbować dojść do prawdy – ale nie w pełnym wymiarze. 

 U-530
 Dowódca U-977 - H. Schaeffer
U-977

Aby to zrozumieć, należy zacząć od najwcześniejszych czasów. W 1945 roku – 10 lipca i 17 sierpnia – argentyńskim władzom poddały się dwa niemieckie U-booty. Pierwszy z nich, okręt podwodny U-530 z załogą 16 osób i dowodzony przez W. Bernharda. Jeńcy opowiedzieli, że przedtem dopłynęli do brzegów Antarktydy i zabudowali tam lodową jaskinię, w której złożyli jakieś skrzynki – najprawdopodobniej jakieś superważne dokumenty III Rzeszy i liczne rzeczy należące do Adolfa Hitlera. Ta operacja nosiła kryptonim Walkiria 2.

Drugi U-boot U-977, którym dowodził H. Schäffer powtórzył podróż tego pierwszego i – wedle słów jego załogi – przewieźli oni na Antarktydę prochy Hitlera i Ewy Hitler née Braun

W 1983 roku służby specjalne przejęły poufny list od H. Schäffera do W. Bernharda mówiący o tym, że zamierza on opublikować swe pamiętniki. W liście zawarta była prośba by tego nie robić i przypomnienie zarazem, że wszyscy załoganci składali przysięgę milczenia i chronienia tajemnicy. 

Wiadomym jest, że jeszcze w 1938 roku, hitlerowcy zainteresowali się Antarktydą i w latach 1938-39 zorganizowali dwie ekspedycje do tych ziem. Zbadane terytorium otrzymało nową nazwę – Nowa Szwabia – Neuschwabenland – i stała się częścią III Rzeszy. W 1943 roku, Grossadmiral Karl Dönitz oświadczył:
Niemiecka flota podwodna jest dumna z tego, że na drugim końcu świata zbudowała dla Führera niedostępną twierdzę. 

To może oznaczać, że do 1943 roku na Antarktydzie została wybudowana niemiecka tajna baza. Do transportu towarów używano specjalnej eskadry U-bootów ze zgrupowania „Konwój Führera”. Według niektórych relacji, przy końcu wojny z tych okrętów w porcie Kilonii zdemontowano wyrzutnie torpedowe i załadowano je kontenerami z różnymi towarami. Poza tym okręty przyjęły na pokład pasażerów, których twarze były skryte poza chirurgicznymi maseczkami. 

Internowani niemieccy marynarze opowiadali, że w czasie roku wojny przewieźli oni setki specjalistów ds. budowy w warunkach antarktycznych i kilka tysięcy więźniów z obozów koncentracyjnych. Do tego dostarczono tam ogromną ilość paliwa i żywności. 


Hitler na Antarktydzie?


Dziwna ekspedycja naukowa


Bezsprzecznie taka informacja nie mogła pozostać bez echa ze strony dowództwa wojsk amerykańskich. Do brzegów Lodowego Kontynentu została wysłana eskadra okrętów US Navy pod dowództwem znanego badacza polarnego i polarnika, kontradmirała Richarda Byrda, który od 1926 roku był uważany za pierwszego lotnika, który przeleciał nad Biegunem Północnym. 

Według oficjalnej wersji, ekspedycja ta z grubsza była naukową, tym niemniej była ona finansowana przez US Navy. W jej skład wchodziło 13 okrętów i kilkanaście samolotów. Celem ekspedycji było zbudowanie stałej naukowej stacji antarktycznej. Jednakże ekspedycja ta składała się z 4600 ludzi, w których jedynie 25 było naukowcami! 

Operacja zaczęła się 26.VIII.1946 roku, a skończyła się pod koniec lutego 1947 roku. Wszystkie dokumenty dotyczące tej lodowej wyprawy od razu zostały utajnione – i do dziś dnia są ukrywane w amerykańskich archiwach, bez prawa ich opublikowania.


Latające dyski


Tym niemniej wiele relacji i świadectw na temat nieudanej ekspedycji przedostało się do prasy. Najważniejsze, czego nie udało się ukryć: eskadra wróciła do USA w mocno niepełnym składzie. Straty wyniosły 1 okręt, 13 samolotów oraz zginęło (czyt.: zostało zabitych) 68 ludzi ze stanu osobowego. 

A zatem co się stało na Antarktydzie w lutym 1947 roku? Amerykańskie gazety napisały: eskadra pod dowództwem adm. Richarda Byrda otrzymała rozkaz odszukania i zniszczenia domniemanej antarktycznej bazy hitlerowców. Ale wojenna wyprawa o mało co nie zakończyła się zgubą Amerykanów. Na podejściu do wybrzeży Ziemi Królowej Maud, okręty zostały zaatakowane przez dziwne aparaty latające w kształcie dysków. Walka z nimi trwała 20 minut, a w jego wyniku jeden okręt został zatopiony i zestrzelono kilka samolotów. 

Wylot tajemniczej jaskini na Antarktydzie - czy jest to niemiecka baza z czasów II Wojny Światowej?

Po kilku latach, jeden z pilotów D. Sunderson udzielił wywiadu magazynowi „Kreis”. Lotnik ów twierdził, że dyskoidalne aparaty latające przelatywały z taką prędkością pomiędzy masztami okrętów, że strumienie powietrza zrywały anteny radiowe! A do tego dyski nie wydawały żadnych dźwięków. Kilka amerykańskich myśliwców zostało zestrzelonych promieniami, które emitowały te „latające talerze”.  Takimi promieniami został podpalony jeden z niszczycieli, wskutek czego okręt ten zatonął. 

Latające dyski znikły tak szybko, jak się pojawiły. Amerykanie zrozumieli: im pokazano, że są tutaj niepożądanymi gośćmi i że następny atak będzie śmiertelny dla wszystkich, którzy przeżyli. O tym incydencie natychmiast zameldowano drogą radiową do Waszyngtonu, skąd otrzymano rozkaz: wracać do Stanów bez jakichkolwiek prób zniszczenia wojennomorskich baz.  


Fabryki w masie lodowca?


Skąd na Antarktydzie mogły się znaleźć takie latające aparaty? Sam kontradmirał Byrd niejednokrotnie powtarzał, że one były zbudowane w tajnych niemieckich fabrykach lotniczych, które znajdowały się w lodowym pancerzu Szóstego Kontynentu. (Zbudowanie takowych byłoby zupełnie niemożliwe ze względu na ruch lodowców antarktycznych, który wynosi średnio 200 m/rok. Jeżeli już, to rzeczone fabryki mogłyby znajdować się tylko we wnętrzu jakichś dużych jaskiń przystosowanych do produkcji. W tym akurat Niemcy byli najlepsi… – przyp. tłum.)

Wkrótce po śmierci Byrda, w 1957 roku, opublikowano niektóre fragmenty dzienników admirała. Wynika z nich, że tamtego dnia poza straszliwym atakiem poleciał on na powietrzny zwiad i „latające talerze” zmusiły go do lądowania. Po wylądowaniu podszedł do niego niebieskooki blondyn i łamaną angielszczyzną polecił mu przerwać ekspedycję. Według notatek Byrda, ten człowiek był Niemcem z tajnej hitlerowskiej kolonii na Antarktydzie. 

Czy coś takiego mogło mieć miejsce w rzeczywistości? Sądząc wedle znanych faktów – tak. Rosyjscy badacze – S. Kriwosziejew i G. Sanin piszą o tym, że aktywność Niemców na Antarktydzie była wiadoma radzieckiemu wywiadowi. I rzeczywiście, istnieje notatka służbowa z dnia 10.I.1939 roku, w której I Zastępcy narkoma NKWD – gen. NKWD W. Mierkułowowi zameldowano właśnie o tym. Nieznany z nazwiska zwiadowca melduje o tym, że według jego rozeznania partia niemieckich naukowców pracuje na Antarktydzie. Z innych dokumentów będących w dyspozycji historyków wynika, że w 1940 roku, na Antarktydzie, na osobisty rozkaz Führera zaczęto budowę dwóch tajnych baz. Były to miejsca ewakuacji i jednocześnie poligony do wypróbowywania nowoczesnych technologii. 

Historycy podliczyli, że pod koniec wojny na terytoriach kontrolowanych przez III Rzeszę istniało ponad 600 podziemnych fabryk i laboratoriów. To oznaczało, że Niemcy mieli ogromne doświadczenie w tym zakresie. 

Samo zrozumiałe, że proces zbudowania podobnej bazy na Antarktydzie wymagał zgromadzenia ogromnych sił i środków, ale rzecz jest całkowicie wykonalna i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

W opublikowanej w 1969 roku książce ministra uzbrojenia i przemysłu III Rzeszy – Alberta Speera – wskazuje się na to, że pierwsza demonstracja latającego aparatu w kształcie dysku Sack AS-6 miała miejsce jeszcze w 1939 roku, a do 1944 roku aparat już był gotowy do seryjnej produkcji i eksploatacji. Tym sposobem, techniczna możliwość sterowania „latającymi talerzami” przez Niemców – bezsprzecznie - była.


Tajne spotkanie


Amerykańscy dziennikarze piszą, że w dniu 10.III.1947 roku, admirała Richarda Byrda przyjął prezydent USA – Harry Truman. Spotkanie to było absolutnie tajne i tym niemniej, po upływie wielu lat jej treść stała się wiadoma dla prasy. 

Byrd przekazał Trumanowi dokument zaadresowany do rządu USA i zatytułowany „List intencyjny o współpracy”. Pod nim widniał podpis M. Hartmanna – przedstawiającego się jako człowieka odpowiadającego na Nowej Szwabii za prace naukowe i ich wdrożenia. 

Aby zademonstrować Amerykanom gotowość do współpracy, Hartmann przekazał im dokumentację techniczną najnowszego aparatu latającego. Dziennikarze twierdzili, że wręczono ją Byrdowi w czasie spotkania z tajemniczym niebieskookim blondynem. 

Czy była to prawda, czy była to tylko kolejna kaczka dziennikarska? Dowodem na prawdziwość tej hipotezy jest ten fakt, że właśnie w tym czasie w USA zaczął się prawdziwy boom na latające aparaty w kształcie dysku. Prace nad nimi trwały od lat 30., i są one związane z nazwiskiem znanego konstruktora Heinricha Zimmermanna. Aparat nazwany Latający Blin wykonał swój pierwszy lot w 1942 roku, ale był to nieudany model i miał bardzo złe charakterystyki lotu. Po 1947 roku, nieoczekiwanie nabrał on doskonałych właściwości lotnych i miał możliwość wykonywania pionowy wzlot, a zamiast silników tłokowych zastosowano odrzutowe, dzięki czemu ów dyskoidalny samolot osiągał nieprawdopodobną w tym czasie prędkość 3000 km/h. Na bazie tej maszyny zostały później skonstruowane dyskowate UAV.

Oczywiście jest to tylko jedna z możliwych wersji – będąca nawet dostatecznie logiczną. Antarktyczna ekspedycja High Jump do dziś dnia budzi całą masę pytań. I nikt nie postawił kropki na zakończenie jej historii…
 

Moje 3 grosze: Misja „Momi”


Tyle Nikołaj Michajłow. W tej całej historii jest jeszcze jeden ciekawy punkt, a mianowicie – misja okrętu podwodnego Momi (co po japońsku oznacza „zimozielony” albo „jodła”). Na obrazie Johna Meeksa widzimy dwa okręty podwodne: japoński I-52 oraz znany już nam U-530. A oto, co pisze o tym w artykule na stronie SubArt – WWW.SubArt.net


Spotkanie U-530 z I-52 na Atlantyku (obraz J. Meeksa)

Mrucząc swymi silnikami diesla okręt podwodny typu IXC-40 U-530 stoi równolegle do japońskiego okrętu podwodnego klasy C3 i o numerze taktycznym I-52, zaś dwaj japońscy marynarze w gumowej łódce wracają na swój okręt. Jest dzień 23.VI.1944 roku, gdzieś na środku Atlantyku. Niewątpliwie szykuje się coś niezwykłego!
I, jak wszyscy wiemy.. tak właśnie było!
I-52 był tym, który teraz (dla niektórych) był znany jako „Japoński Złoty Okręt Podwodny”. Jego misja nosiła kryptonim Momi, a jego portem docelowym było francuskie Lorient pod niemiecką okupacją.
Całkiem nowy okręt klasy C-3 jest właśnie w swym dziewiczym rejsie. Ma na swym pokładzie superważny, strategiczny ładunek sztucznego kauczuku i innych surowców, kilku inżynierów i techników wypożyczonych do Niemiec i załogę złożoną ze 100 osób…
…oraz dwie tony złota.
Późnym wieczorem dnia 23.VI.1944 roku, doszło do rendez-vous z niemieckim U-bootem U-530, który przekazał Japończykom instalację radarową „Naxos”, dwóch techników do jej instalacji i pilota, który miał ich doprowadzić do Lorient. Oba okręty rozłączyły się i każdy popłynął w swoją stronę w atlantycką noc…
U-530 dowodzony przez Kapitänleutnanta Kurta Langego zanurzył się by kontynuować swój patrol bojowy na Karaibach. W fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, być może dzięki bezksiężycowej nocy, komandor Uno Kameo z I-52 tego nie zrobił.
W rzeczy samej, oba okręty podwodne były namierzone przez Aliantów, i w czasie godziny jednostka japońska została odnaleziona przez samolot z (znanego ze skuteczności) lotniskowca USS Bogue. Obrzucono ją bombami głębinowymi, zmuszono do wynurzenia i storpedowano. I-52 poszedł na dno wraz ze stu dziewięcio-osobową załogą i trzema Niemcami na pokładzie. (USS Bogue należał do specjalnego zgrupowania okrętów ZOP zwanego Tenth Fleet – Dziesiątą Flotą, która szczególnie zasłużyła się w Bitwie o Atlantyk – przyp. tłum.)
W 1995 roku, Amerykanin Paul Tidwell w końcu znalazł i sfilmował jego wrak – zaczynając nową historię – znaną dla wielu z nas, a która trwa do dziś dnia. W konsekwencji wrak ten jest Japońskim Cmentarzem Wojennym znajdującym się na pozycji N 15°16’ -  W 039°55’ – pomiędzy Zielonym Przylądkiem a Barbados, i na głębokości ponad 5200 m.
…A co z dwoma tonami złota?
Są tam nadal… „do podjęcia”… jak tylko tego chcecie! Ale lepiej pogadać z Tidwellem, rządem Japonii i kilkoma innymi – najpierw…!
No a co z U-530?
Nie poniósł on nawet najmniejszego zadrapania. Pływał i pracował przez cały następny rok… i nie poddał się nigdy do końca wojny!
W 1945 roku wszedł on do Mar del Plata k./Buenos Aires i oddał się w ręce władz neutralnego kraju…. 

I-52 oraz I-53 w japońskiej bazie wojennomorskiej

Tyle podaje autor tego artykułu, zaś Wikipedia podaje jeszcze ciekawszą informację, a mianowicie:

Obydwa te okręty przewoziły nie tylko ludzi i trefne towary, ale także mieszaninę radioaktywnego tlenku uranu do tzw. „brudnych” bomb – a było tego 2 tony, narkotyki w postaci surowego opium i inne cenne używki i przedmioty.   
 
Tak więc wynika z tego, że tego rodzaju okręty podwodne śmiało mogły transportować przede wszystkim sprzęt do Antarktyki (i Arktyki). Ze swej strony pragnę tylko dodać, że rzecz w zasadzie jest całkiem możliwa, tzn. Niemcy na pewno w Antarktyce byli i być może chcieli mieć tam miejsce schronienia dla samego… Adolfa Hitlera. No właśnie – do dziś dnia nie wiadomo, co NAPRAWDĘ stało się z Führerem III Rzeszy, który na pewno nie zginął w ruinach Berlina.

Po drugie – Niemcy na pewno mieli swój program kosmiczny i nad nim – w miarę swych możliwości – pracowali. Wyprowadzenie działań wojennych w Kosmos dałoby im przewagę nad całą resztą świata już w latach 40. ubiegłego stulecia i nie wiadomo, do jakich rezultatów by doszli, gdyby im nie przeszkodzono… 

Po trzecie – czy Truman poszedłby na współpracę z Niemcami po wojnie? Oczywiście! Przykładem jest SS-Sturmbannführer dr Wernher von Braun i jego rakiety, dlatego też mógłby pójść na współpracę z nazistami z Antarktydy, byle tylko mieć kolejny punkt przewagi nad Sowietami. 

A co to wszystko oznacza? Skoro cywilizacja na tak niskim poziomie rozwoju wyprowadza wojnę w Kosmos, to co dopiero cywilizacja o wysokim poziomie rozwoju technicznego? Nie ma się co łudzić, że postęp technologiczny idzie w parze z rozwojem duchowym i moralnym – bo tak nie jest. A mówię to na przykładzie naszej cywilizacji. Tak zatem nie ma co wołać o Kontakt z Obcym Rozumem, bo może to być wysokorozwinięta cywilizacja technologiczna z jakimś Hitlerem na czele… 


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 42/2015, ss. 20-21 
Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz        

niedziela, 3 stycznia 2016

Teatr cieni Führera

"Autentyczny" Hitler w czasie Parteitagu


Wiktor Swietłanin


Igrzyska Olimpijskie w lecie 1936 roku w Berlinie powinny były pokazać całemu światu przewodnictwo i wyższość rasy aryjskiej. Plany te zniweczył amerykański czarnoskóry sportowiec Jesse Owens zdobywając cztery złote medale.

Według oficjalnej wersji, śmierć Adolfa Hitlera nastąpiła w dniu 30.IV.1945 roku w podziemnym bunkrze, znajdującym się pod Kancelarią Rzeszy na Wilhelmstrasse 77. Ale czy znalezione zwłoki były rzeczywiście zwłokami Hitlera? To jest pytanie, które do dziś dnia nie daje spokoju historykom i śledczym. Z powodu silnego zwęglenia trupa można było tylko powiedzieć, że były to zwłoki człowieka o wieku 50-60 lat.


Operacja „Archiwum”


Nie ma się co dziwić, że przez cały szereg lat pojawiały się doniesienia o tym, że Führera widziano i rozpoznano – już to w Ameryce Południowej, już to w Hiszpanii czy nawet w Japonii.

Ktoś powie: o czym tu gadać? Przecież w naszych czasach istnieje coś takiego, jak ekspertyza genetyczna. Wystarczy wykopać resztki i wykonać analizę, i co z tego wyniknie.

Jednakże to jest niemożliwe.

W marcu 1970 roku, pod kierownictwem ówczesnego przewodniczącego KGB Jurija Andropowa została przeprowadzona sekretna operacja pod kryptonimem „Archiwum”, z konkretnie postawionym zadaniem: wydobyć i fizycznie unicestwić szczątki pochowanych w dniu 21.II.1946 roku w Magdeburgu (Saksonia-Anhalt), w miasteczku wojskowym, na ulicy Westendstrasse, obok domu nr 36, przestępców wojennych. Zgodnie z zachowanymi w archiwum dokumentami, szczątki te zniszczono spalając je w ognisku, zaś popioły wrzucono do rzeki Biederitz.

Sobowtór Hitlera i sobowtór Blondi


Najbardziej podobny sobowtór


Z zachowanej dokumentacji wynika, że Führer miał kilku sobowtórów. Najbardziej podobnym do niego był ponoć niejaki Gustaw Weller, który wyglądał dokładnie jak kopia Hitlera. Do 1942 roku, Weller pracował w zakładzie poligraficznym w Breslau/Wrocławiu, skąd wpadł pod parasol ochronny szefa Gestapo – SS-Gruppenführera Heinricha Müllera. Weller okazał się być dalszym krewnym Hitlera (choć nie wiedział o tym) i też urodził się w Austrii. Ten sobowtór był nieco niższym od dyktatora i nieco grubszym, zaś w przeciwieństwie do lidera NSDAP miał nałóg palenia. Wedle wspomnień Müllera (opublikowanymi w latach 90. w USA, choć przez wielu uważanych za literacką mistyfikację), kiedy „przyszło mu popracować”, to odzwyczaił się palenia, odchudził się i przyjąć gesty i maniery Führera. Niedostatek wzrostu kompensowały buty na grubej podeszwie.

Müller już w 1942 roku zaproponował w celach bezpieczeństwa użycie Gustawa Wellera do niektórych przedsięwzięć, ale Hitlerowi ten pomysł się nie spodobał. Sobowtór zaczął podmieniać Führera dopiero po zamachu płk von Stauffenberga w dniu 20.VII.1944 roku.

Po raz pierwszy, tytułem testu, Weller zastąpił Hitlera w czasie jego tradycyjnego spaceru z psem. Takie spacery miały miejsce każdego dnia, więc nikogo to nie zdziwiło, że z bunkra wyszedł Hitler z owczarkiem, suką Blondi, a powrócił sobowtór z podobnym do niej owczarkiem.

Drugi raz w charakterze obiektu do testu stał się były sekretarz Führera. Weller wezwał go do sypialni Hitlera i dał mu polecenie do wykonania. Potem zza portiery wyszedł autentyczny Hitler i też dał mu polecenie sprzeczne z pierwszym. Biedny sekretarz zgłupiał widząc przed sobą dwóch wodzów i nie wiedział, co robić. A do tego każdy z Hitlerów wycelował w drugiego pistolet i twierdził, że to on i tylko on jest tym prawdziwym…

Potem Weller przyznał się, że to on jest sobowtórem, a prawdziwy Hitler zrugał sekretarza za to, że był gotów wykonać polecenie samozwańca. Potem Führer pokazał sekretarzowi różnice pomiędzy nim a jego sobowtórem, a które powinien był on zauważyć.

Hitler i jego bonzowie: Ribbentrop, Goering i Bormann


Całkiem inny Hitler


Wielu świadków twierdziło, że po 20.IV.1945 roku, fizyczny i moralny stan Hitlera znacznie się pogorszył. Jego mowa stała się bełkotliwa i bez sensu, często zawodziła go pamięć (którą miał fenomenalną – jak twierdzili jego najbliżsi współpracownicy) i co najważniejsze – zmienił się jego charakter pisma. Stwierdzenia te pozwalają na założenie, że po 20 kwietnia w bunkrze znajdował się już nie Hitler, ale jego sobowtór Gustaw Weller. Próbując ukryć różnicę w życiowych przyzwyczajeniach i stereotypach, symulował utratę pamięci i zaburzenia mowy.

Dowodzi tego epizod, kiedy 24 kwietnia, do bunkra przybył generał artylerii, Generalleutnant Helmuth Weidling, którego Führer kazał rozstrzelać za cofnięcie się bez rozkazu. Generał wszedł do bunkra, już przygotowany na najgorsze, ale nawet nie zdążył niczego powiedzieć, bo Hitler nieoczekiwanie poklepał go po ramieniu i mianował komendantem Berlina. Wedle zeznań Weidlinga, Führer znający go osobiście nieoczekiwanie wziął go za kogoś innego i zrozumiawszy to pod koniec rozmowy stwierdził – „ja zapamiętuję nazwiska – ale nie pamiętam twarzy”.

To oznacza, że w bunkrze zamiast Hitlera generała przyjął jego sobowtór, którego już nie zmieniono do inscenizacji śmierci dyktatora.

Według niektórych wersji wydarzeń, podmianą kierowali SS-Obergruppenführer Martin Bormann i Müller. W dniu 22 kwietnia, o około wpół do dziewiątej rano, dyktator jak to miał w zwyczaju poszedł do ogrodu pospacerować ze swym owczarkiem Blondi. Tam spotkał go Müller. Führer podziękował szefowi Gestapo za służbę, wyraził nadzieję na szybkie spotkanie, potem wsiadł do samochodu i odjechał. Zaś po kilku minutach ludzie Müllera przyprowadzili nowego Hitlera i nową Blondi. Po tym wszystkim osobisty kamerdyner Hitlera – SS-Obersturmbannführer Heinz Linge jakoby powiedział: „Gospodarz wyjechał i to na zawsze”. A dowódca ochrony Führera SS-Gruppenführer Johann Rattenhuber dodał: „Führer nas opuścił. Teraz mamy nowego Führera” – i mowa była oczywiście o sobowtórze Hitlera.


Żołnierze radzieccy nad zwłokami sobowtórów Hitlera i Ewy Braun

Samobójstwo nowożeńców


Jak wiadomo, w dniu 30 kwietnia, niedługo przed samobójstwem, miała miejsce sławetna ceremonia zaślubin Adolfa Hitlera z Ewą Braun. Ale, jak uważa wielu historyków, w bunkrze znajdowały się już sobowtóry Hitlera i Ewy. Nie znamy nazwiska dublerki Ewy Braun, wszystkie jej dokumenty zostały zniszczone, ale fizyczne podobieństwo obu kobiet – według świadków – było porażające.

Jeżeli wszystko poszło tak jak powyżej, to – kiedy Hitler i Ewa uciekali – ich sobowtóry zajęły ich miejsce w bunkrze. Bormann rozgrywał swój spektakl przez kilka dni, póki nie przekonał się, że Hitlerowie są bezpieczni. Potem nastąpił drugi „spektakl” pt. „Samobójstwo nowożeńców” – pseudo-Führera i jego młodej żony.

Według zeznań świadków, obraz samobójstwa Hitlera wyglądał następująco: 30 kwietnia o godzinie 15:30, Führer pożegnał się ze wszystkimi, którzy przebywali w bunkrze. Ochrona opuściła pomieszczenie, adiutant Hitlera SS-Sturmbannführer Otto Günsche stał przy drzwiach wiodących z korytarza do pomieszczenia. Osobisty kamerdyner Führera Linge poszedł do bufetu. To właśnie on poczuł zapach spalonego prochu (bufet był połączony z pomieszczeniami Hitlera szybem wentylacyjnym) i powiedział o tym Bormannowi. Wraz z Bormannem wszedł do gabinetu i zobaczyli Führera i Ewę Braun siedzących na sofie bez oznak życia. Na prawej skroni Hitlera Linge zauważył otwór wejściowy po kuli. Wprawdzie później Linge przyznał, że: „Prawdę powiedziawszy nie wiem na pewno, czy to rana od kuli – tą czerwoną plamę mogli narysować…”

Esesmani wynieśli trupy do ogrodu i położyli na ziemię. Günsche oblał je benzyną z przygotowanych wcześniej kanistrów i podpalił. Wcześniej Hitler kazał spalić swego trupa, bowiem obawiał się, że jego zwłoki wystawiałoby w panopticum.

Tak więc martwego Hitlera widział tylko Bormann i Linge – pozostali widzieli tylko ciała nowożeńców owinięte w szare koce. Także Günsche twierdził, że poznał Hitlera tylko po butach, które on zawsze nosił.


Dwa trupy


Ale najważniejsze – trup „Hitlera” nie był jedynym! Było ich co najmniej dwa!
Pierwsze ciało odnalazła grupa funkcjonariuszy SMIERSZ-u dowodzona przez ppłk Iwana Klimienko w ogrodzie Kancelarii Rzeszy. Były to szczątki zastrzelonego, ale nie całkiem spalonego Gustawa Wellera. Sądząc ze wszystkiego, pochowano go właśnie tak, by żołnierze nieprzyjaciela mogli go łatwo znaleźć. Sam Weller do ostatniej minuty nie zdawał sobie sprawy z szybkiej śmierci, licząc na dalsze granie swej roli fałszywego wodza na użytek Sprzymierzonych, póki prawdziwy Hitler nie ukryje się w bezpiecznym miejscu. Ale żywym tego pseudo-Führera nikt nie zamierzał zostawiać – przecież w takim przypadku Alianci nigdy by nie przerwali poszukiwań prawdziwego Hitlera. Sobowtóra zastrzelono z pistoletu Walther w środek głowy.

Badając dokładnie szczątki eksperci zauważyli pewne niespójności, np. na nogach zabitego były dziurawe skarpetki – Hitler z całą pewnością nie nosiłby takich. Poza tym ludzie blisko znający Hitlera mówili o różnicach w budowie uszu – które jak wiadomo – u każdego człowieka są różne jak odciski linii papilarnych.

Stalin, dowiedziawszy się o znalezieniu sobowtóra, z początku kazał zniszczyć zwłoki, ale szybko to przemyślał i przewieziono je do Moskwy w skrzyni z lodem. Potem je spalono w moskiewskim krematorium.

To znaczy, że Gustawa Wellera zastrzelono po to, by zaplątać tropy i zmylić ślady. Właśnie jego znaleziono wpółspalonego z pocerowanymi skarpetkami.
No, ale w takim razie kogo zastrzelono i spalono w kocach? Czyje zwłoki znaleziono 4 maja w leju po bombie lotniczej – wraz z ciałem prawdziwej czy fałszywej Ewy Braun?

Są na to dwie hipotezy: według pierwszej z nich zwłoki należały do drugiego sobowtóra Hitlera – Klausa Buschtera, którego trzymano właśnie na taki wypadek i którego nikt nie znał. Jemu to właśnie wstawiono protezy zębowe identyczne z protezami Hitlera (ustalając tożsamość zwłok w pierwszym rzędzie porównano uzębienie trupów z kartami dentystycznymi ich osobistego stomatologa dr Heizermana).

Według drugiej hipotezy – zabito prawdziwego Hitlera, zaś jego sobowtóra Bormann wysłał do Ameryki Południowej w celu prowadzeniu dalszej gry politycznej – wszak Führer jako człowiek numer jeden w Reichu mógł żyć na szczególnych prawach i nie przeszkadzać człowiekowi numer dwa…


Moje 3 grosze


Ostatnio w TV na kanale NGC i History wyemitowano film dokumentalny pt. „Polowanie na Hitlera”, w którym dwóch historyków przeprowadza dochodzenie w sprawie udanej ucieczki Adolfa Hitlera z płonącego Berlina samolotem do Hiszpanii, a potem U-bootem z Vigo via Wyspy Kanaryjskie do San Antonio Oeste w Argentynie. Okazuje się, że coś takiego było całkowicie możliwe przy pomocy Kościoła rzymsko-katolickiego – tzw. szlakiem klasztorów, którym wyekspediowano z Rzeszy do Ameryki Pd., Bliski i Daleki Wschód, Australii i USA kilka tysięcy esesmanów – w tym wielu zbrodniarzy wojennych. Patrząc na to w ten sposób, w świetle dokumentów FBI, którymi posługują się obaj badacze, wydaje się całkiem możliwe, że Hitler zdołał zbiec do Argentyny.

Jest jeszcze jedna rzecz mówiąca in plus hipotetycznej ucieczki Hitlera do Ameryki Południowej – jak twierdzą Rosjanie, KGB poszukiwał Führera na tym kontynencie jeszcze w latach 80. XX wieku, czyli do jego możliwego biologicznego końca. Czy znaleźli? Trudno powiedzieć. Być może agenci KGB poznali prawdę o losach prawdziwego Hitlera i utrzymywali ją w sekrecie przed światem i przede wszystkim własnym narodem, bo chcieli by ich zwycięstwo – którego odmówić im nie można – było pełne i kompletne. Dlatego też prawdę o tym możemy poznać dopiero teraz.
Hitler uciekł i wymknął się sprawiedliwości, ale hitleryzm został osądzony tak czy tak. Niestety – brunatna hydra znów podnosi swe łby coraz śmielej, chociaż z innej strony – a w Europie znów zaczyna pachnieć prochem…   
  

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 25/2015, ss.14-15
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©   

sobota, 1 sierpnia 2015

Tajna biblia hitleryzmu

Polowa główna kwatera Hitlera w belgijskiej miejscowości Bruly-de-Peshe. "Fuehrer germańskiej nacji" po raz ostatni przeprowadza korektę "Mein Kampf"


Anton Szandorow

W lecie 1941 roku, w USA została wydana książka Teodora Kaufmana pt. „Niemcy powinny zginąć!”. Autor wyraził w niej ideę sterylizacji wszystkich Niemców, a terytorium Niemiec rozdzielić pomiędzy sąsiadów.

Tam, gdzie nie ma żadnych dokumentów, zawsze otwiera się pole do domysłów. Właśnie tak można scharakteryzować dzisiejszy stan spraw w nauce historii dotyczących kontynuacji „Mein Kampf” – napisanej przez „Führera narodu niemieckiego” w 1928 roku. Jeżeli poszuka się w rosyjskich źródłach świadectw o „Mein Kampf 2” – szczególnie, że jej wydawca nie nadał tej książce szczególnego tytułu, to można uznać, że ją „odnaleziono w końcu wojny przez Amerykanów w jednym ze schronów przeciwlotniczych”. Ale to nie tak. Jeszcze gorzej sprawy stoją ze streszczeniem „tajnej biblii hitleryzmu”, szczególnie jak ją preparują ci, którzy jej nawet do ręki nie wzięli. Tak czy inaczej, historia badań tego apokryficznego opusu wskazuje na to, że zawarte w nim wywody są nader ciekawe. O tym właśnie Wam opowiem.


My (nie) możemy pozostawić naszych braci w biedzie!


W 1928 roku, Hitler podyktował w ciągu kilku letnich miesięcy kontynuację „Mein Kampf” Maxowi Amannowi – swemu frontowemu kamratowi („Mein Kampf”, jak podaje Wikipedia, została napisana w czasie odsiadki Hitlera w więzieniu w Landsbergu i opublikowana – cz. I w 1925, cz. II w 1927. Polskie wydanie w 1992 roku – przyp. tłum.), a w tym czasie dyrektora centralnego narodowo-socjalistycznego wydawnictwa Frantz Eher Verlag. Do tego złe języki przekonują: tak naprawdę to właśnie mający talent literacki Amman napisał obie części „Mein Kampf”. To właśnie on uporządkował i zredagował nieuporządkowane myśli Führera w miarę jednolity i przejrzysty tekst.

Jakkolwiek by to nie było, interesujące jest tło napisania „tajnej biblii hitleryzmu”. Rzecz w tym, że w 1928 roku, Południowy Tyrol z jego 200.000 niemieckich mieszkańców znalazł się pod protektoratem Mussoliniego, który postanowił tychże Niemców znaturalizować i zitalizować, przeciwko czemu powstały prawie wszystkie partie polityczne w Niemczech. Powiedziano: „Dajemy Południowy Tyrol! Nie możemy pozostawić naszych rodaków w biedzie!”

Hitler w te lata okazał się, niestety, jedynym niemieckim politykiem, który powiedział, że nie tylko „możemy” ale „zostawimy”. Führer był zafascynowany Mussolinim i nie chciał w niczym osłabiać potencjalnego sojuszu faszystowsko-hitlerowskiego.

Właściwie „problemowi Południowego Tyrolu” jest poświęcona lwia część maszynopisu składającego się z 324 (200, 180,145,?) stron. Jak się już Czytelnik domyślił, to właśnie tutaj spotykamy się z pierwszą zagadką hitlerowskiego „apokryfu” – tego jego „odchudzenia” od momentu jego odkrycia aż do naszych dni.

Jubileuszowe, ozdobne wydanie "Mein Kampf"

"Mein Kampf 2" w wydaniu niemieckim...

...i amerykańskim


Stopniowe odchudzanie


Jeżeli idzie o odkrycie maszynopisu Hitlera przez Amerykanów, to nie ma żadnych ciekawych okoliczności, nic sensacyjnego. W maju 1945 roku, kapitan US Army Paul M. Leak będąc osobą odpowiedzialną za przejęcie niemieckich archiwów, otrzymał maszynopis o objętości – UWAGA! – 324 stron od byłego dyrektora wydawnictwa Frantz Eher Verlag – Josefa Burga. Burg nie wyciągnął maszynopisu „Mein Kampf 2” ze schronu przeciwlotniczego, ale z sejfu w swoim gabinecie twierdząc, że chronił ten bezcenny foliał „17 lat w wielkim sekrecie na rozkaz jego autora – Adolfa Hitlera”.

Ciekawe, że aż do 1958 roku, przekazania „tajnej biblii hitleryzmu” w ręce amerykańskiego historyka żydowskiego pochodzenia Gerharda Weinberga – hitlerowska pisanina kurzyła się w archiwach i nie przyciągnęła uwagi. Może to być, że jak raz dzięki żydowskim korzeniom Weinberga współczesne pokolenia historyków powinny być wdzięczne za możliwość zaznajomienia się z „Mein Kampf 2”. Przecież gdyby informacja o wydaniu tego „dzieła” pochodziła od Niemców, to stałoby się to możliwe w kraju, w którym prohibitem jest pierwsza część „Mein Kampf”, a tak…

Mr. Weinberg zbadawszy maszynopis, podjął badania na okoliczność jego autentyczności. Tęże potwierdził już nam znany Josef Burg i wybitny amerykański wojskowy prawnik gen. Telford Taylor – jeden z uczestników Trybunału Norymberskiego. Po tym, jak ten ostatni oświadczył, że „na tle poprzednich lat książka ta może zainteresować nie tylko historyków, ale i szeroki krąg czytelników”, Weinberg zwrócił się do swego naukowego przełożonego, pracownika Instytutu Historii Współczesnej w Monachium – Hansa Rotfelsa z propozycją ogłoszenia „Mein Kampf 2” szerszej publiczności. Ten ostatni zgodził się i hitlerowskie dziecię zostało wydane na świat w RFN (jeszcze wtedy NRF – przyp. tłum.) w 1961 roku.

Ale oto mamy zdumiewający fakt: do tego czasu kontynuacja „Mein Kampf” składała się ze 200 stron. Jeszcze w mniejszej objętości ujrzała ono świat w rok później (w nieautoryzowanym przekładzie) w USA – wszystkiego 180 stron. Już w 2003 roku, za oceanem wyszło kolejne wydanie „Mein Kampf 2” liczące już tylko 145 stron. Co się zaś tyczy niemieckiej wersji 200-stronicowej, to nadal można ją kupić w Niemczech całkowicie legalnie – np. na portalu internetowym Amazon za 50-200 €.

Co takiego zataili przed nami amerykańscy i niemieccy wydawcy tak bardzo skracając tekst pierwotny? Jak widać, tego się już nigdy nie dowiemy. A zatem z punktu widzenia historyka, musi być bardzo ciekawy ten tekst wycięty z „Mein Kampf 2”.

Gen. Telford Taylor w czasie Procesu Norymberskiego


„Walka, a nie ekonomika gwarantuje przeżycie narodu”


Taki właśnie tytuł nosi jeden z rozdziałów kontynuacji „Mein Kampf”. To oczywiste, Hitler nawołuje Niemców do przekucia lemieszy na miecze i nie ma w tym niczego nowego. No i bardziej interesujące jest to, z kim zamierza walczyć. I tu dowiadujemy się czegoś nowego, w porównaniu z „Mein Kmpf” wydanym w 1924 roku. „Führer narodu niemieckiego”, który w „Mein Kampf” nazwał USA „rasowo obniżonym” społeczeństwem, naraz – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zza kulis – zmienia swój światopogląd. Nazywa Stany Zjednoczone „dynamicznym”, „rasowo doskonale udanym” projektem. W drugiej części „Mein Kampf” Hitler rozpatruje USA jako strategicznego przeciwnika – w tym czasie jak Rosję – tylko jako wroga w średnio-odległej perspektywie.

W roku 1928 przewidywał on, że decydująca bitwa z Ameryką rozegra się gdzieś w latach 80., a przeciwnikami w niej będą z jednej strony USA zaś z drugiej Niemcy z Wielką Brytanią. O ZSRR nie ma tam ani słowa, jak widać Hitler wreszcie go pokonał – w swych fantazjach.

Ciekawy moment: współcześni niemieccy badacze nie rozumieją, że szczególnie myśl o kardynalnej roli USA w świecie, która opanowała właśnie Schicklgrubera (nazwisko panieńskie matki Hitlera – przyp. tłum.) w latach 1924-1928. Co tu gadać, w najbliższym kręgu Führer przyznawał, że wszystkie fakty na temat Ameryki czerpie on z „przygodowych powieści Karola Maya”. Kto go oświecił w ciągu kilku lat na temat realnego potencjału USA?

[Rzecz ciekawa, bo Hitler miał swój własny pociąg sztabowy, którego kryptonim brzmiał właśnie „Amerika”. Czyżby to był ślad jego wczesnych zainteresowań i fascynacji? W 1941 roku zmieniono mu nazwę na „Brandenburg”, by brzmiała bardziej niemiecko… – uwaga tłum.]

Tutaj akurat nie ma żadnej tajemnicy. Hitler – ma się rozumieć – był „idealnym złem”, ale to wcale nie oznacza, że  walczyć z jego dziedzictwem  należy karykaturując „nazi nr 1” i mówiąc o prostocie Adolfa, którą on tak lubił rozgrywać w najbliższym kręgu. Fakt następujący: biblioteka Führera znaleziona przez amerykańskich żołnierzy wiosną 1945 roku w tajnym schowku w pobliżu Berchtesgaden, liczyła sobie ponad 16.000 tomów. Ponad 3000 z nich było poświęcone Ameryce. Dlatego też są one teraz w posiadaniu Biblioteki Kongresu USA.

Faszyzm i nazizm/hitleryzm jakimi by one nie były w planie ekonomicznym, psychologicznie są one o wiele bardziej przystępne, niż jakakolwiek hedonistyczna koncepcja życia. To samo odnosi się do stalinowskiego, koszarowego wariantu socjalizmu. Wszyscy trzej wielcy dyktatorzy umocnili swoją władzę nałożywszy niezmierne ciężary na swe narody. W tych czasach socjalizm i także kapitalizm, choć nie tak szczodrze, obiecują ludziom: „Będziecie mieli wspaniałe życie”. Hitler powiedział im: „Ja obiecuję wam walkę, niebezpieczeństwo i śmierć”; i w rezultacie cały naród padł mu do nóg. Oczywiście potem oni zmęczą się tym wszystkim i ich nastawienie do tego się zmieni. Po kilku latach wojny i głodu „Największe szczęście dla największej liczby ludzi” było to odpowiednie hasło, ale wtedy był jeszcze popularniejszym slogan „Lepszy straszny koniec niż strach bez końca”. Tak szybko jak zaczęliśmy walkę z człowiekiem, głosząc podobnie, nie wolno nam niedoceniać  emocjonalnej siły takiego apelu.

George Orvell – recenzja “Mein Kampf”, 1940 rok


To nie jest wielka tajemnica


Pozostało pytanie: dlaczego ten „Zygfryd niemieckiej Nadziei i Wielkości”, jak nazywał go w epoce rozkwitu hitleryzmu abp Alois Chudal, nie opublikował dalszego ciągu „Mein Kampf”? Jeżeli wierzyć byłemu dyrektorowi komercyjnemu wydawnictwa Frantz Eher Verlag, Hitler polecił mu utajnić jego maszynopis wyjaśnił to tak: „Nasi wrogowie dowiedzieliby się o naszych celach!” Czy można wierzyć takiemu oświadczeniu Burga?

Rzecz w tym, że w archiwach w/w wydawnictwa znajduje się korespondencja Hitlera z wydawcą wynika z niej, że Frantz Eher Verlag w 1928 roku nijak nie mógł rozpocząć druku nawet pierwszej części „Mein Kampf”, co więcej „zakłóciłoby to komercyjny sukces przedsięwzięcia, a w konsekwencji – wpłynęłoby to na honorarium autora”. Dlatego więc Hitler polecił zamknąć maszynopis w sejfie wydawcy, kierując się stricte merkantylnymi względami.
A potem, kiedy już zdobył władzę i został milionerem dzięki tzw. „sukcesowi wydawniczemu” pierwszej części „Mein Kampf” o tej drugiej części po prostu… - zapomniał.

[Jak wykazują badania historyków, Hitler był bardzo majętnym człowiekiem, choćby z tytułu honorariów za milionowe nakłady „Mein Kampf”, które szły w miliony RM, a także dzięki grabieży zajętych przez III Rzeszę ziem i ich bogactw – uwaga tłum.]

I nic dziwnego. Począwszy od lat 30., Führera zajmowały różne ważniejsze rzeczy i marzenia, niż robienie za popularnego pisarza i futurologa. Ocenę końcową tychże marzeń wydał Proces Norymberski.

[A jednak wydaje mi się, że powód tego „zapomnienia” i późniejszego kastrowania tekstu „Mein Kampf 2” jest jeszcze inny, niż podaje autor. Najprawdopodobniej są tam wyłożone plany Hitlera, które zawierają jakieś cuchnące machinacje w rodzaju „kto, z kim i przeciwko komu”. Możliwe jest, że były tam plany przyszłych sojuszy z USA i UK przeciwko ZSRR albo sojuszu z ZSRR przeciwko Europie i reszcie świata… Jednakże z drugiej strony mając taki materiał w ręku, propagandyści z obu stron nie omieszkali by go użyć przeciwko adwersarzom ot, chociażby w czasach Zimnej Wojny. Tym niemniej, to ocenzurowanie „Mein Kampf 2” jest intrygujące i otwiera szerokie pole domysłów, co do tej tajemnicy III Rzeszy… – uwaga tłum.]                            

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 6/2015, ss. 20-21

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©