Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2024

Tam gdzie pieprz rośnie

 

Vasco da Gama

Stanisław Bednarz

 

W XV wieku znaczenie przypraw korzennych takich jak pieprz, goździki, cynamon, kardamon, gałka muszkatołowa były nie do przecenienia. Przypominam sobie z „Lalki” Bolesława Prusa jak stary Niemiec Mincel handlarz przepytywał Rzeckiego z przypraw: zadawał pytania typu „gdzie mieszka cynamon”. Właśnie w Indiach.

18 maja 1498 roku do portu indyjskiego Kalikat dopłynęła wyprawa Portugalczyka Vasco da Gama po przyprawy i dotarła najkrótsza drogą. 4 lipca 1497 roku stu siedemdziesięciu marynarzy z Vasco da Gamą na czele wyruszyło czterema statkami. Portugalczyk nie miał łatwego zadania, ponieważ nie dość, że większość poprzednich wypraw w tym kierunku kończyła się tragicznie ze względu na porywisty wiatr wiejący od dziobu, to jego załoga w dużej części składała się z więźniów, dla których wyprawa była formą kary, a nie z prawdziwych marynarzy.

Rzecz jasna załoga zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństw czyhających w drodze do Indii. W przypływie strachu wzniecali bunty, aczkolwiek zdecydowany i konkretny Vasco da Gama z powodzeniem je tłumił. Po minięciu Wysp Kanaryjskich, Wysp Zielonego Przylądka i Sierra Leone wypłynęli w głąb Oceanu Atlantyckiego. Na otwartym morzu spędzili około trzech miesięcy, a po kolejnych dwóch dotarli w końcu do odkrytego przez Bartolomeo Diasa Przylądka Dobrej Nadziei.










Następnie wpłynęli na wody Oceanu Indyjskiego i skierowali się na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża Czarnego Lądu. Stamtąd jego wyprawa skierowała się prosto do wybrzeży Indii, gdzie dotarła do Kalikatu 18 maja 1498.

Wraz z wpłynięciem do słynnego indyjskiego portu nastąpił przełom w żegludze. Nowy, morski szlak handlowy do Indii został odkryty. Ostatecznie udało się osiągnąć porozumienie. Vasco da Gama zmuszony jednak został do pozostawienia kilku członków załogi by prowadzili miejscową stację handlową. Powrót okazał się nie lada wyzwaniem. Trudy podróży zdziesiątkowały załogę do tego stopnia, że do Portugalii wróciło tylko 55 ludzi na dwóch statkach wypełnionych przyprawami i klejnotami. Ogrom sukcesu wielkiego odkrywcy przyćmił straty, a da Gamie przyznano tytuł „Admirała Mórz Indyjskich”.

Nie ulega wątpliwości, że wyprawa da Gamy to jedną z najważniejszych i najbardziej znaczących dla ludzkości podróży, i pozwoliła na nawiązanie nowych relacji handlowych. Portugalia urosła też do rangi potęgi kolonialnej, militarnej i handlowej. Odbył jeszcze dwie wyprawy po przyprawy.

Vasco da Gama - zmarł 24 grudnia 1524 roku w mieście Koczin, pierwszej europejskiej kolonii na terenie Indii. Później jednak jego szczątki przeniesione zostały do Portugalii, początkowo do miejscowości Vidigueira, by w XIX wieku ostatecznie spocząć w Klasztorze oo. Hieronimitów w Lizbonie.

środa, 30 października 2019

Czy Leh w Tybecie mógł być starożytną Słowiańską Fortpocztą?



Andrzej Kotowiecki


Największą bolączką współczesnej nauki o czym pisałem już w moich publikacjach jest to, że wszystkie prawie dziedziny poszczególnych dyscyplin naukowych posiadają ramy stworzone wiele lat temu i przekroczenie tych ram dla młodych zdolnych naukowców czasem wiąże się z końcem ich kariery. Głównymi ograniczeniami są nazwiska twórców ram, ich pochodzenie czy też polityczne podejście do nowych teorii. Nadto panuje nad tym wszystkim niepodzielnie teza –Jeżeli dowody nie pasują do teorii to tym gorzej dla dowodów.

Tak właśnie jest odkrywana m.in. na nowo powoli historia Słowian, a nadal w Polsce mamy nazwy ulic imieniem zagorzałych niszczycieli naszej kultury i historii jak np. ulice Lelewela i wielu innych. Tak też jest przemilczane to, że mieliśmy dwa chrzty Polski (w obrządku słowiańskim 874 roku i oczywiście rzymskim w 966 roku), nadto przemilczana jest historia Państwa Lechickiego, państwa opartego na demokratycznych wyborach władców. Pomimo niszczenia przez Kościół dokumentów i dowodów w początkowej fazie chrystianizacji.

Dokumenty starożytne zachowały się nie tylko w innych krajach jak np. w Starożytnej Persji jak również kronik rosyjskich, niemieckich, francuskich, hiszpańskich ale i w naszych kronikach, jak kronika arcybiskupa Prokosza z X wieku, czy też Cholewy, Kadłubka a także Bogufała jak również zachowanych starożytnych map. Przemilczane są badania genetyczne. Odkrycie przez genetyków polskiej haplogrupy R1a1a7 męskiego chromosomu Y- DNA, potwierdziło, że żyjemy nieprzerwanie na naszych rdzennych terenach od przeszło 10 700 lat. Mało tego ta właśnie haplogrupa jest obecna do tej pory w 51% populacji w Polsce. Dzięki badaniom genetycznym prześledzono wędrówki Prasłowian na przestrzeni kilku tysięcy lat od Europy do Indii i powrotem.

Badania wykazały, że tę haplogrupę posiada ogromny odsetek ludzi w północnych Indiach, W szczególności posiada go wyższa kasta w tym wielu Braminów. Genotyp oparty o  wspólną haplogrupę R1a, czy później R1a1 dotyczy Ariów, którzy są bezpośrednimi przodkami Słowian, Irańczyków i  Indów. Ale w sumie nie o tym chciałbym pisać, te informacje są ogólnodostępne w Internecie. Jest jednak faktem, że w trakcie wędrówki Ariowie podzielili się na dwie grupy: irańską, która przybyła do dzisiejszego Iranu i indyjską, która powędrowała do Indii. W okresie od XIX do XIV wieku p.n.e. rozprzestrzenili się na terenie doliny Indusu, wypierając z niej inne ludy – prawdopodobnie Drawidów. W późniejszym okresie zasiedlili cały Półwysep Indyjski, dziś są uważani za przodków większości Hindusów.

Indusi przechowali najwierniej starożytną lechicką Wiedzę – czyli Wedy, są więc potomkami wyjątkowymi.
Zresztą jest niezwykłe podobieństwo pomiędzy wieloma słowami starosłowiańskimi a sanskrytem. Możemy więc uważać hinduskie Wedy za wspólne dziedzictwo!  Obszary  gdzie Wedy powstały są również bardzo wypełnione haplogrupą R1a. Dowodzi to wspólnoty genetyki od Łaby po Ganges. 

Przełom wrzesnia i listopada 2017 i 2018 spędzałem w Indiach a w zasadzie w najdalszej północnej części tego subkontynentu  - w Śrinagarze i Leh - Ladakh tj Prowincji Jammu i Kaszmir. Tak jak Śrinagar przyciąga z uwagi na Jezusa czyli Grób Issy tak po przejechaniu górzystą drogą przez Kargill znajdujemy się w Tybecie w Ladakh w pięknie położonym na wysokości ponad 3500 m.n.p.m mieście Leh, gdzie przysłowiowo dech zapiera z powodu nie tylko rozrzedzonego powietrza, ale w szczególności z powodu piękna i surowości tych terenów.

Niegdyś Leh był ważnym miejscem, gdzie krzyżowały się drogi kupców z Kaszmiru, Tybetu, Indii a także Chin.
Początkowo Leh nazywał się Sle albo Gle, ale po przyjeździe morawskich misjonarzy, (którzy jak wytłumaczono woleli niemiecką ortografię?), nazwa została zmieniona na Leh. Ale czy tak było naprawdę, czy przypadkiem misjonarze nie natrafili na jakieś wskazówki. Warto w tym miejscu opisać kim byli morawscy misjonarze. Otóż Geneza Kościoła Braci Morawskich sięga XVII wieku, gdy w Czechach husyci, ewangelicy i anabaptyści będąc prześladowanymi zaczęli emigrować do krajów protestanckich. Potomkowie owych wygnańców osiedlili się na Łużycach Górnych, gdzie założyli w latach 1722-1727 osadę Straż Pańska (Herrnhut). Dała ona początek wspólnocie religijnej utrzymującej doktrynalną więź z polską prowincją Jednoty Braci Czeskich. Opiekę nad nimi sprawował saksoński arystokrata Nikolaus von Zinzendorf, który dał im siedzibę w swoim majątku k. Budziszyna na Łużycach za zgodą biskupa Daniela Ernesta Jabłońskiego, ostatniego biskupa Jednoty Braci Czeskich. Później dołączył do niego Dawid Nitschann, który został w 1735 roku ordynowany na biskupa przez Jabłońskiego.W 1749 roku nowo powstały Kościół przyjął konfesję ewangelicko-augsburską Po powstaniu wspólnoty w Herrnhut, w niedługim czasie bracia morawscy rozpoczęli na szeroką skalę akcję misyjną w: Azji, Afryce i Ameryce Północnej. Obecnie członkowie tej wspólnoty działają głównie w Niemczech, USA, Australii, Holandii, Szwajcarii, Słowacji i Czechach (łącznie ponad 500 tys. osób). Bracia morawscy jako pierwsi z protestantów podjęli w XVIII w. działalność misyjną.

Miasto Leh było kiedyś, moim zdaniem, przedpolem ogromnego terenu zamieszkałego przez wędrujące ludy Lechitów od Europy po Indie. Było strażnicą graniczną z Tybetem i Himalajami. Niedaleko, ale warto o tym wspomnieć, już na terenach obecnego Pakistanu żyje lud Hunzów.  Hunzowie nie tylko z wyglądu przypominają i wyglądają jak Słowianie, ale mają taką sama haplogrupę krwi tj R1A1  jak Polacy. Na pewno Bracia morawscy mieli z nimi kontakt.
Zresztą jest niezwykłe podobieństwo pomiędzy wieloma słowami starosłowiańskimi a sanskrytem. Możemy więc uważać hinduskie Wedy za wspólne dziedzictwo !  Obszary  gdzie Wedy powstały są również bardzo wypełnione haplogrupą R1a. Dowodzi to wspólnoty genetyki od Łaby po Ganges. 

Pytanie brzmi – Dlaczego Bracia morawscy zmienili nazwę tej miejscowości w Tybecie na Leh i czy przypadkiem nie przywrócili najstarszą nazwę tego miejsca ? Moim zdaniem tak. Wiadomo, że byli ludźmi światłymi i wykształconymi. Zresztą jak można przeczytać w wielu materiałach źródłowych - obszarem pracy Morawian było szeroko rozumiane szerzenie oświaty. Tego rodzaju działalność była najsilniej zakorzeniona w tradycji Kościoła Morawskiego. W całej swej historii, na każdym z miejsc osiedleń, Morawianie zajmowali się kształceniem. Od początku swej działalności misyjnej na pograniczu indyjsko-tybetańskim Bracia wprowadzili zwyczaj, że praca oświatowa nie musi być łączona z szerzeniem chrześcijaństwa – czy na przykład : dyskusje Braci z buddyjskimi mnichami,wielokrotnie kończyły się jednakową konkluzją tych ostatnich:"wasza nauka jest dobra, macie swoich wielkich świętych, ale dróg do Prawdy jest wiele.

Dlaczego mamy uznać, że tylko wasza jest słuszna? Bracia opisywali także przypadki, w których mnisi buddyjscy po poważnych, wieloletnich studiach nad Nowym Testamentem stwierdzali, że Jezus jest wielkim świętym i inkarnacją Padmasambhawy. Tak więc obecna na obszarze misyjnym tradycja wielokulturowości może być postrzegana jako kontekst niesprzyjający ewangelizacyjne pracy Morawian. (za Rafał Beszterda, Lud,t.85,2001). Na pewno jednak Bracia, moim zdaniem, dotarli do jakichś starych podań i dokumentów, chociaż teren ten był zdewastowany przez wojska kaszmirskie a Pałac Potala w tym czasie zniszczony.  Pałac był siedzibą rodziny królewskiej do 1834 roku. Wtedy to został zniszczony w czasie najazdu ludu Dogra, a rodzina królewska przeniosła się do miejscowości Stok, zresztą zamieszkuje tam do tej pory. Morawianie poruszali się po wszystkich okolicznych miejscowościach bez przeszkód, zresztą pierwsze wiele lat poświęcili na naukę języka tybetańskiego, kontakty z miejscową wpływową wyższą kastą i ludem oraz tłumaczenie na miejscowy język Pisma Świętego aby w ten sposób przekonać do nowej wiary. Chcieli się dostać do Lhasy w Tybecie, lecz niestety nie uzyskali zgody władz Tybetu. Przetłumaczyli jednak Biblię na język tybetański w roku 1881 dzięki uzdolnieniom lingwistycznym brata Heinricha Augusta Jäschke.

Nazwa Leh kojarzy nam się z Lechitami czyli z  naszymi przodkami. Wydaje mi się, że wśród Braci misjonarzy musieli być też Polacy, skoro wspólnota ta była związana z polską prowincją Jednoty Braci Czeskich. Bracia przebywali na tych terenach w Tybecie, kiedy nie istniała w Europie państwowość polska, ale historia potęgi polskiej była znana, nauczana i przekazywana z ojca na syna. Musieli przekonać do zmiany nazwy miasta króla mieszkającego w Stok, jego rodzinę, dostojników, tutejszą elitę, mnichów buddyjskich jak również maharadżę Kaszmiru gdyż rejon ten w  roku 1842 przyłączono do dogryjskiego stanu Jammu i Kaszmir, natomiast Bracia morawscy pojawili się tam znacznie później. To nie była prosta sprawa, dlatego moim zdaniem wszystko przemawia za tym że nazwa miasta została przywrócona. Niestety w tutejszym  Muzeum nie natrafiłem na żadne dokumenty z tego okresu, może tak jak dokumenty na temat Issy będące w pobliskim klasztorze w Himis (o czym pisałem w NŚ nr 5/2018 – Roza Bal: śladami Issy – Jezusa-  w Kaszmirze i Himalajach)  są obecnie skrywane przed poszukiwaczami prawdy w innych bibliotekach klasztorów buddyjskich?

Jeszcze jedna ważna sprawa od pewnego czasu próbuje poruszyć pewien temat, a mianowicie sprawę narodów słowiańskich przed tzw chrystianizacją i dokumentów na ten temat w archiwach watykańskich.
Wiem ze takie dokumenty istnieją, ale jest problem z uzyskaniem zgody na dostęp do nich i ich zbadanie.
Historia Polski od wielu wieków była zakłamywana i zamazywana m.in. przez Kościół, jak i naszych władców posłusznych tak Watykanowi, jak i obcym, a także przez okupantów w dobie rozbiorów.
Dlatego tez, należałoby zacząć działać i nagłaśniać te sprawę, w szczególności w dobie nowych badan genetycznych, historycznych i archeologicznych, poprzez wywarcie nacisku aby zostały udostępnione wszelkie dokumenty i zabytki dotyczące przedchrześcijańskiej Polski czyli Lechii i innych ziem słowiańskich a mieszczące się w archiwach watykańskich. Moim zdaniem prawdopodobnie są zachowane w archiwach watykańskich księgi słowiańskie  (m.in. księgi wed słowiańskich), których wiele zostało zniszczonych i spalonych w okresie od 992 do 1025 roku o czym wspominał Długosz. Powinniśmy upominać się o swoje dziedzictwo dopóki jeszcze stanowimy Naród Polski - Naród Słowiański. 

Wadowice, 2019-08-11


Moje 3 grosze

Ze swej strony w nawiązaniu do tego tematu pragnę przypomnieć prace prof. dr. hab. Benona Zbigniewa Szałka ze Szczecina, który udowadnia w nich, że w czasach wczesnej Starożytności, czyli jeszcze 16-12 tys. lat temu na Ziemi panowała jedna wielka cywilizacja, w której posługiwano się jednym językiem i jednym pismem. Ślady tego znajdują się we wszystkich językach na naszej planecie i w zapisach prehistorycznych, które obejmują swym zasięgiem czasowym kilkadziesiąt tysięcy lat. 

Warto jest przeczytać przeczytać te opracowania i wielka szkoda, że ukazały się u nas w nakładzie śladowym - jak wszystkie cenne publikacje z zakresu badań Nieznanego...   

sobota, 9 lutego 2019

BMR antycznych bogów


Ruiny Mohenjo Daro

Nikołaj Miedwiediew


Badając babilońską wieżę (ziggurat) archeolodzy odkryli ślady oddziaływania na nią wybuchu nuklearnego, ogromnej temperatury, która zmieniła ceglane pokrycie budowli w cienką masę, podobną do stopionego szkła.

W 1996 roku angielski badacz David Davenport wydał sensacyjne oświadczenie, że staroindyjskie miasto Mohendżo Daro (aktualnie znajdujące się na terytorium Pakistanu) zostało zniszczone 4000 lat temu wskutek eksplozji jądrowej. Jej moc była porównywalna z mocą eksplozji amerykańskich bomb A, które zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki.[1] W promieniu 1 km od centrum miasta, zniszczenia były największe i znajdują się roztopione kamienie. Sądząc po stanie domów, ogniste uderzenie przyszło skądś z wierzchu.[2] Zaobserwowane zniszczenia są typowymi dla działania fal uderzeniowych. Znalezione w ruinach ludzkie szkielety są radioaktywne. Oświadczenie to wprawiło uczonych w osłupienie. Czy ludzie żyjący tak dawno temu mogli posiadać broń jądrową? Odpowiedzi poszukamy w dawnym eposie.


„Jak 10.000 słońc w zenicie…”


W staroindyjskich świętych tekstach „Mahabharata”, „Ramayana”, „Bhagavata purana” i „Skanda purana” zredagowanych w III-II tysiącleciu p.n.e. opowiada się o okrutnych wojnach, które prowadzili pół-bogowie, ludzie i rozliczne mityczne istoty: Nagowie, Rakszasowie, Rudrowie, Yakshiowie, Daitowie, Davanowie, Ghandarvowie (tak czy inaczej tymi demonami byli także ludzie – Atlantydzi i Hiperborejowie wojujący z indyjskim imperium Ramy). I walczyli oni nie mieczami i łukami ze strzałami, ale straszliwymi broniami, które wstrząsały całym światem i stwarzało całe kontynenty nieprzyjazne dla życia na długi czas.

Szczególnie dużo mówi się o tym strasznym narzędziu zniszczenia w „Mahabharacie”. Epos ten opowiada o wojnie pomiędzy dwoma rodami: Pandawów i Kaurawów. A oto, jak opisana jest jedna z bitew:

Vimana[3] zbliżała się do Ziemi z niesamowitą prędkością i wypuściła mnóstwo strzał, błyszczących jak złoto, tysiące błyskawic…Huk wytworzony przez nie był podobny do bicia w tysiące bębnów…Za nimi postępowały jaskrawe wybuchy i setki wichrów ogniowych…Palony żarem tej broni, świat miotał się jak w gorączce. Słonie paliły się od tego żaru i dziko miotały się tam i z powrotem w poszukiwaniu osłony od siły gorąca. Woda stała się wrząca, zwierzęta ginęły, wrogowie padali jak skoszeni, a ogniowa burza waliła drzewa całymi rzędami.. Tysiące kół zostało zniszczonych, a potem głęboka cisza opadła na morze. Zaczęły dąć wiatry i Ziemi zaświeciła. Trupy zabitych były spopielone straszliwym żarem tak, że nawet nie były podobne do ludzi…

Broń opisana w „Mahabharacie” jest bardzo podobna do broni atomowej:

Wybuch jej był jasny, jak 10.000 słońc w zenicie… płomienie i trujące dymy… rozchodziły się we wszystkie strony. Ona obracała ludzi w proch, a u ocalałych wypadały paznokcie i włosy. Także żywność się psuła. W kilka lat potem słońce, gwiazdy i niebo były ukryte za chmurami i niepogodą.    

Jednym z rodzajów tej superbroni była strzała Indry. Posługiwał się on nim przy pomocy okrągłego odbłyśnika. Po włączeniu wysyłał on strumień światła, który naprowadzano na dowolny cel kierując się dźwiękiem, a kiedy zogniskował się na nim, to błyskawicznie pożerał go swą siłą. Przy pomocy strzały IndryKryszna zniszczył Vimanę swego wroga – króla Danava Śalvy – napowietrzne miasto Saubhu.

Ale najpotężniejszą broń skierowano przeciwko Vriśi i Andhakom. Gurkha lecąc swoją szybką Vimaną zrzucił na ich miasto, położone za potrójnym murem, tylko jeden pocisk zawierający w sobie całą siłę Wszechświata. Rozpalona kolumna dymu i ognia, jasna jak 10.000 słońc pokazała się z całą swoją mocą. Była to nieznana broń – Żelazne Uderzenie Pioruna, gigantyczny posłaniec śmierci, który obrócił w popiół całą rasę Vriśi i Andhaków.

Wiele rodzajów opisanej w „Mahabharacie” niebiańskiej broni było w stanie wywołać gigantyczne atmosferyczne i geofizyczne kataklizmy: ogromne tsunami, powodzie, huraganowe wiatry, burze, śniegi, trzęsienia ziemi, pogrążenie Ziemi w mroku albo na odwrót – jej nasłonecznienie.

Straszliwa broń, używana tylko w ostateczności, nazywało się Brahmaastra. Ona to przewyższała wielokrotnie swoją mocą niszczenia i przypominała swym działaniem dzisiejszą broń H – głowicę termojądrową.



Broń Indry - Vadżra/Wajra

Uderzenie pioruna


Specjalnie trzeba tutaj powiedzieć tutaj o broni strzelającej błyskawicami. W Indiach ono nazywało się Vadżra/Vadźra (w sanskrycie to słowo ma dwa znaczenia: „diament” i „błyskawica”) w Tybecie - Dordże, w Japonii – Kongosjo, w Chinach – Dzin-gansi a w Mongolii – Oczir. W mitologii hinduskiej Vadżra okazuje się być potężnym, uderzającym bez ochyby orężem głównego boga Indry. Przy jej pomocy mógł on burzyć twierdze, rozkruszać skały, zmieniać bieg rzek i kierować pogodą.

Vadżrę ukazuje się w rękach Indry, Śivy, Viśnu a także Zeusa, Thora i innych bogów-gromowładnych różnych narodów świata. Ten przedmiot składa się z 3-9 prętów. Jeden z nich – środkowy – jest prosty, pozostałe mają zagięte końce do środka (vide foto) ma on także dwa kuliste zgrubienia na rękojeści.

Prawie identyczny wizerunek Vadżry można zobaczyć w różnych miejscach planety. Czyżby więc była to kwestia fantazji malarzy i rzeźbiarzy, która pracowała na tej samej fali? Już prędzej mieli oni takie same wzory. Żeby odtworzyć widok jakiegoś przedmiotu z taką precyzją, to należałoby mieć go przed oczami.

Vadżra – to rytualny przedmiot w hinduizmie, buddyzmie i dżinizmie. Budda nierzadko pokazywany jest jak trzyma go w rękach. W Nepalu istnieje kompleks świątynny Bodnath, zbudowany w VI wieku n.e. W jego centrum znajduje coś, co nazywane jest buddyjską stupą. Jest to prawidłowej formy półkula ze zwieńczeniem przypominającym statek kosmiczny. Koło niej znajduje się ogromna Vadżra, która jest obiektem kultu dla wielu pątników. Do tego miejscowi mnisi twierdzą, że tą Vadżrą bogowie operowali tak, jak jakimś instrumentem: cięli kamienie, przygotowując bloki do budowy świątyń i innych ogromnych budowli.


Jak to działało?


Ale jak działał ten instrument bogów? Istnieje wersja, że Vadżra to swego rodzaju rezonansowy generator podobny do tego, jaki w 1896 roku skonstruował Nikola Tesla. Dawał on moc rzędu kilkunastu milionów kW, literalnie jak błyskawica. Zasadę działania swego aparatu Tesla utajnił przed potomkami, słusznie sądząc, że będzie on użyty w niecnych celach, np. jako broń.

Także więc i my nie znamy zasady działania Vadżry. Być może wojsko i rzemieślnicy z tej dawnej, wysokorozwiniętej cywilizacji wykorzystywali energię pól siłowych Ziemi, dla nas niemal nieznanej. Istnieje hipoteza, że Vadżra jest związana z polami wirowymi. Tym terminem, jeszcze w 1922 roku francuski uczony Élie Cartan nazwał hipotetyczne fizyczne pole, które powoduje skręcanie się przestrzeni. Niestety, teoria ta do dziś dnia jest ignorowana przez naukę. Jest to związane przede wszystkim z tym, że jej zwolennicy twierdzą, że człowiek i jego myśli są w stanie generować pola wirowe i kierować nimi. I jest bardzo możliwe, że nasi dalecy przodkowie wyprzedzali nas o wiele w zakresie rozwoju techniki dzięki umiejętności kierowania takimi właśnie polami. Schematy takich pól cząstek elementarnych są podobne swym wyglądem do Vadżry.

Indra z Wajrą w ręku

Zeus z piorunem w ręku


Teraz symbol władzy


Sądząc z tego wszystkiego, Vadżra byłaby doskonałym instrumentem we współczesnym świecie. Tylko że póki co, nikomu nie udało się jej odtworzyć.[4] Mówi się, że w Indiach jest kilka Vadżr, które ocalały z dawnych czasów. Ostatnio odtajniono zapisy i kserokopie notatek aresztowanego w 1929 roku zwiadowcy Jakowa Bljumkina, który twierdził, że w 1925 roku w Tybecie widział on urządzenie, które wyglądało jak wielka Vadżra. Według jego słów, Dalajlama XIII powiedział, że ta broń bogów znajdowała się tam tysiące lat i pokazał jej działanie!  Vadżra przekształciła złote samorodki w proszek, który potem mógł być wykorzystany do przemieszczania wielkich platform. Ale przede wszystkim Bljumkin w tym przypadku został posądzony o głupi żart. A na świecie istnieją modele tego urządzenia odtwarzające tylko jego widok - wygląd tej tajemniczej broni z dawnej cywilizacji. Strzelać błyskawicami one nie mogą.

Przypomina to historię, która zdarzyła się mieszkańcom pewnej wyspy, którą zajęli i opuścili Amerykanie w czasie II Wojny Światowej. Tubylcy zaczęli budować samoloty ze… słomy. Były one całkiem podobne do prawdziwych, ale nie latały. To jednak nie przeszkadzało krajowcom modlić się do nich i mieć nadzieję, że „bogowie” wrócą i przywiozą jeszcze więcej czekolady i „wody ognistej”. Na świecie takie postępowanie nazywane jest kultem cargo.

Tak więc i Hindusi spróbowali zbudować repliki Vadżr i wykorzystać je do walki. Wyszło coś w rodzaju kastetów, które nie są tak efektywne. Tak więc zmodyfikowali je dodając rękojeści. Tak powstał szestopior – staroruska broń uderzeniowo-krusząca. I taka buława nie całkiem pomagała w bitwie. Tak więc ta broń w końcu stała się symbolem władzy, i to nie tylko w Indiach, ale także w innych krajach.[5]

I żeby było ciekawiej – korony wielu ziemskich władców przypominają kształtem Vadżrę i należy sądzić, że nieprzypadkowo…


Źródło: „Tajny XX wieka” nr 35/2018, ss.22-23
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Czyli ok. 15-20 kt TNT.
[2] Czyli była to napowietrzna eksplozja atomowa.
[3] Latający aparat o niewiarygodnych możliwościach – przyp. red. „Tajn XX wieka”.
[4] To właśnie takich artefaktów poszukiwały komanda SS w okresie od 1930-1945 roku operujące od Himalajów do Andów. Naziści poszukiwali przede wszystkim wszystkiego, co mogło stanowić BMR do prowadzenia wojny z całym cywilizowanym światem. Istnieje możliwość, że taki ośrodek badawczy powstawał w Górach Sowich… Podobne działania podejmowały także radzieckie specsłużby (NKWD i GRU).
[5] Także i w Polsce z czasów Rzeczpospolitej Szlacheckiej była to oznaka władzy wojskowej. Współcześnie kiedy Polska jeszcze miała armię, która cokolwiek znaczyła, skrzyżowane buławy znajdowały się na pagonach nieistniejącego już dziś najwyższego stopnia wojskowego Marszałka Polski. 

niedziela, 9 grudnia 2018

Nauczyciel Chrystusa


Babadji


Walerij Kukarienko


Wedle legendy, po ukrzyżowaniu Jezus jeszcze długo żył i umarł w Indiach, w Kaszmirze. Miejscowi nawet dzisiaj twierdzą, że Chrystus został pogrzebany w mieście Śrinagarze.

Dla swych dwunastu apostołów i milionów wyznawców Jezus jest Wielkim Nauczycielem. Jednakże zgodnie z niektórymi źródłami, i Syn Boży miał swego Nauczyciela. W bibliotece miasta Ladakh w Himalajach, znajdują się dawne zapisy o przebywaniu Chrystusa w Indiach i Tybecie oraz jego spotkaniach z nieśmiertelną istotą, którą Hindusi nazywają Maha Avatara Babadji (Mahāvatār Bābājī) – czyli Wielki Awatar Ojca Mądrości lub Wiedzy – Babadżi.


Odległość nie jest przeszkodą


Od czasu do czasu Babadji pojawiał się w różnych rejonach Indii, przychodził tam, gdzie go nie proszono, pojawiał się znikąd, a potem po wypełnieniu swej misji znikał w tajemniczy sposób. Głosił on santana dharmę – wieczną religię – która, według wierzeń Hindusów jest duchową osnową Wszechświata. Wiele z jej elementów jest bliskich chrześcijaństwu, islamowi i taoizmowi. Babadji głosił, że jednym z jego ulubionych uczniów był Jezus, z którym spędził on 9 lat. Skromna informacja o życiu Jezusa i teksty Biblii nie zaprzeczają słowom nieśmiertelnego Babadji’ego.

W Indiach uważają, że Babadji jeszcze za życia osiągnął stopień „uwolnienia” tj. pełnego zwycięstwa nad śmiercią i nie podporządkowuje się prawom Wszechświata. Babadji wyszedł z nieskończonego kręgu inkarnacji, i może zgodnie ze swoją wolą porzucać ciało i ponownie wracać do niego. Mówi się, że on już tysiące lat żyje w podgórzu Himalajów w swej własnej postaci. Kiedy ma ukazać się ludziom, to wtedy przybiera postać człowieka i pojawia się tam, gdzie nań oczekują. Odległość dla niego nie ma znaczenia i zawsze pokazuje się w każdym miejscu i co więcej – może przebywać w kilku miejscach naraz, np. w kilku klasztorach w czasie religijnych ceremonii. Awatary – czyli niepoznawalne dla ludzkiego rozumu żywe wcielenia Boga na Ziemi powołane do wypełnienia jakiejś misji znanej tylko jemu jednemu. Jego znakami są cudowne okoliczności narodzin, mistyczne znaki na dłoniach i stopach, robione przez nie cuda, które są odnotowane z podaniach i świętych księgach.


Czas opuścić świat


W jaki sposób Babadji pokazuje się ludziom? Tym, którym się poszczęściło uczestniczyć w tym wydarzeniu, pozostawiali zapisy w bibliotece w Ladakhu. A oto jak przykładowo opisuje się takie wydarzenie:

Na niebie pojawia się świecący obłok, który zaczyna się szubko obracać, zagęszcza się i zamienia się w pięknego młodzieńca, średniego wzrostu, o jasnej karnacji skóry i długimi, błyszczącymi włosami (vide rysunek). Jego ciało promieniuje, oczy ma spokojne i czułe. I w rzeczy samej, na dodatek on nie rzuca cienia i nie zostawia śladów. Wypełniwszy swoją misję, Babadji zamienia się w słup światła, powoli się wznosi i znika w niebie.

W 1922 roku, Babadji, kiedy jeszcze nie stracił swej ludzkiej postaci, powiedział królowi Nepalu, że zamierza opuścić ten świat i że jego ciało odsłużyło swoje. W obecności radży Aśkota i wielu ludzi on poszedł po wodzie rzeki na jej środek, zamienił się w słup światła i znikł.

Czy to właśnie w Himalajach doznał oświecenia Issa czyli Jezus Chrystus?
(mal. Nikołaj Roerich)

Warunek oświecenia


Babadji’emu nie jest potrzebne ciało fizyczne – on tak jak w odzież obleka się w nie wtedy, kiedy uważa za stosowne pojawić się ludziom, aby umocnić w nich wiarę w siły wyższe. On przynosi Ludzkości dobro, naucza ludzi wielkimi prawdami, nie potrzebując posiłku czy odpoczynku. Tylko czasami, żeby sprawić radość swym uczniom, uczestniczy w posiłkach składających się z ryżu i owoców. Ciało, którym się posługuje, nigdy się nie starzeje, jego oczy promieniują ciepłem i miłością. Babadji nie jest tak znany jak Kryszna, Budda czy Chrystus. Tym niemniej on istnieje poza czasem, nie rozróżniając Teraźniejszości, Przyszłości i Przeszłości, więc dlatego właśnie wie wszystko, co już stało się i dopiero się stanie. On łatwo zmienia postać, pokazuje wszystkim to, co najważniejsze – że istota jest skryta wewnątrz, a zewnętrzna forma jest tymczasowa i nieważna. On nie ma swej postaci – ona zmienia się w zależności od tego, z kim on rozmawia. On może wyglądać już to jak bóg Sziwa (Śiva) z niebieską skórą i pękiem splątanych włosów, już to jak Hanuman – bóg z twarzą małpy (niektórzy twierdzą, że jest on Królem Małp) czy jeszcze tam jakąś inną postać. Na podeszwach jego stóp od czasu do czasu pojawiają się symbole znane w indyjskiej tradycji religijnej jako znaki kosmiczne. To jest lotos – symbol bóstwa, swastyka – znak pokoju i powodzenia, wąż – oznaczający mądrość i wieczność, system planetarny ze Słońcem i Księżycem w centrum, orzeł i ośmiokąt, wszystkie znaki Zodiaku, odzwierciedlenie wiecznego ruchu – koło pięciogłowa kobra – symbolizująca pięć zmysłów, pięć elementów stworzenia.

Od początków lat 70-tych wykonano wiele zdjęć Babadji’ego i na wszystkich jest podobny, ale także i różny.


Ostatnia inkarnacja


Mieszkaniec Północnych Indii – leśnik Mangal Singh w 1970 roku ujrzał we śnie dawno już zmarłego ojca, który kazał mu udać się do jaskini w okolicy aśramu Haidakhan w stanie Uttar-Pradesh. Rankiem leśnik wyruszył w drogę. Pod palącymi promieniami słońca, krętą i przepaścistą percią, z ogromnymi trudnościami doszedł do jaskini i zamarł. U jej wejścia w głębokim transie medytacyjnym siedział młodzieniec. Czy był to legendarny Babaji, o którym Singh słyszał jeszcze w dzieciństwie? On pognał do najbliższej wioski i opowiedział ludziom o tym, co widział.

Ludzie poszli do jaskini, ale nie ośmielili się podejść do niego blisko. Któryś ze starców powiedział, że Babadji jeszcze nie wyszedł ze stanu „ciała światła” i nie może żyć normalnym ludzkim życiem.

Zagadkowy młodzieniec siedział tam przez kilka miesięcy na jednym i tym samym miejscu, nie wychodząc ze stanu głębokiej medytacji. Ale powoli stał się bliższy naszemu, ludzkiemu światu. Na początku, kiedy się doń zbliżano, nie otwierał on oczu i tylko podnosił rękę dla błogosławieństwa, to po jakimś czasie zaczął rozmawiać z pątnikami a nawet się śmiać.

Przyszedł dzień, w którym Babadji’ego zaniesiono na rękach do Haidakhanu, gdzie zbudowano dlań świątynię. Tam on przeżył co najmniej 10 lat. Jego awatary spotykały się z wiernymi z różnych krajów, mówił on o wielkich duchowych istotnych sprawach, wypełniając swe zadania – zmienić na lepsze dusze ludzi i ustanowić na Ziemi Złoty Wiek. On wyłuszczał ludziom, co należy robić dla powszechnego błogosławieństwa, i że bezczynność to śmierć…

A w dniu 14.II.1984 roku, Babadji wszedł w wody rzeki, usiadł w pozycji lotosu, zamienił się w światło i znikł. On obiecał znów powrócić by ratować Ludzkość, ale od tego czasu nie pojawił się w ciele fizycznym, przychodził tylko we śnie i w czasie medytacji. Wierzący nie mają wątpliwości, że kiedy w nim wzbiera ostra potrzeba, Babadji znów pojawi się w swej normalnej postaci młodego człowieka i uratuje ich od każdego nieszczęścia.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss.14-15
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz     

poniedziałek, 1 października 2018

FARMACJA W STAROŻYTNYCH INDIACH


Fragment Manuskryptu Bowera

Dr Miloš Jesenský

W jednym z najstarszych dzieł indyjskiej literatury – „Rigvedzie“, która została napisana około 1500 lat przed narodzeniem Chrystusa – znajduje sie także pochwała leczniczych mocy roślin o boskim pochodzeniu. Zioła, które stanowiły arsenał w walce z chorobami ludzi i zwierząt, były rozsławiane przez tamtejszych kapłanów i błogosławione, by rosły i kwitły na całej Ziemi i przynosiły zdrowie i ulgę wszystkim pacjentom i cierpiącym. We wstępie do starych wedyjskich tekstów, znanych także jako „Lecząca pieśń“ możemy doczytać, że:

O ziele zrodzonym w prawiekach,
o trzy wieki wcześniej niż bogowie,
o stu i siedmiu odcieniach zieleni,
ja teraz będę śpiewał swą pieśń.

Zainspirowani przez dawnego poetę, powrócimy teraz daleko w Przeszłość, abyśmy przybliżyli sobie farmację w dorzeczu Gangesu i Indusu, która składała się przede wszystkim z użytecznej fitoterapii.


Gen. Hamilton Bower

Manuskrypt Bowera


Przewodnikiem na tej drodze poznania starożytnej indyjskiej farmacji będzie nam przekład ówczesnego aptekarskiego rękopisu znanego jako Manuskrypt Bowera. Został on znaleziony w 1889 roku przez dwóch handlarzy starożytnościami, którzy w tym roku penetrowali ruiny starożytnej metropolii Mingai w Kashgarze. W rok później sprzedali go brytyjskiemu oficerowi wywiadu – późniejszemu generałowi-majorowi Hamiltonowi Bowerowi (1858-1940), który w roku 1891 przekazał w Kalkucie znanemu orientaliście – dr. Augustowi F.R. Hoerlenowi (1841-1918). Tenże badacz rękopis składający się z 56 kart zrobionych z kory brzozowej przełożył w latach 1893-1912 na angielski i wydał pod tytułem „Manuskrypt Bowera“.

Kiedy się ten manuskrypt napisany w języku indoaryjskim (sanskrycie) datuje na IV-VI w n.e., i bez wątpliwości zawiera on o wiele starsze podania. Na 38 kartach znajdują się trzy dzieła z zakresu medycyny.

Część pierwsza (ss. 1-5) zawiera „Hymn o czosnku“, w którym chwali się czosnek jako panaceum, który przedłuża życie, leczy i może zapobiegać wielu chorobom. W dniu dzisiejszym działanie czosnku jako naturalnego antybiotyku jest poparte odkryciami współczesnej medycyny, tak jak znane jest jego działanie w przypadku leczenia arteriosklerozy, chorób górnych dróg oddechowych, czy kamieni nerkowych. Działanie tiosulfinatów, zawartość witamin B1, B2, C a także soli mineralnych w czosnku, jest szeroko polecane w leczeniu, którego używała medycyna w starożytnych Indiach. Na zakończenie tej części znajdują się krótkie teksty o trawieniu, właściwym mieszaniu leków i środkach wzmacniających zdrowie.

Część druga (ss.6-34) zawiera plik pt. „Navanitaka“. Można to przetłumaczyć jako „Śmietanka“ i metaforycznie wskazuje na to, że jest to wyciąg z najlepszego ówcześnie podręcznika sztuki lekarskiej. Wszystkie 16 rozdziałów opisuje przygotowanie leków, sposoby terapii i różne choroby, których z braku miejsca nie jestem w stanie tu dokładnie opisać.

Część trzecia (ss. 35-38) zawiera 14 przepisów na leki przeznaczonych do użyciua wewnętrznego i zewnętrznego przy różnych chorobach.

Odkrycie i przekład Manuskryptu Bowera na zasadnicze znaczenie w historii farmacji i medycyny, bowiem ukazuje on istnienie usystematyzowanej wiedzy lekarskiej oraz farmacji w Indiach pomiędzy IV a VI stuleciem naszej ery. Jednakże dotyczy to powstania samego rękopisu, w skład którego wchodzą o wiele starsze teksty, które dzisiaj prawdopodobnie już nie istnieją. Cytowane teksty, które w czasie pisania Manuskryptu Bowera były starożytnymi dziełami pochodzą z czasów legendarnych staroindyjskich lekarzy: Charaki, SushrutyVagbhaty.

Stronica z notatek Sushruty

Wielka Trójca indyjskiej medycyny


Charaka, Sushruta i Vagbhata tworzą Wielką Trójcę indyjskiej medycyny – przypomina niemiecki historyk Kurt Pollak w książce „Medycyna dawnych cywilizacji“. – Byli oni trzema najstarszymi i najsławniejszymi autorami indyjskiej farmacji, a cała późniejsza hinduistyczna literatura przedmiotu nawiązuje do ich słynnych kompendiów. Indyjscy farmaceuci w Średniowieczu i czasach nowożytnych zajmowali się aż do dnia dzisiejszego komentowaniem i uzupełnianiem ksiąg swych mistrzów. Nawet niektóre współczesne podręczniki są pisane starożytnym językiem, jakby powstały przed tysiącami lat, tak że jest bardzo trudno odróżnić je od późniejszych dodatków i zmian.

Jednocześnie jest bardzo trudno określić czasy, w których „ojcowie indyjskiej medycyny i farmacji“ żyli i nauczali swych uczniów. Najbardziej wiarygodnymi są szacunki indyjskiego historyka farmacji – prof. Gorakha Prasada Śrivastava, który w dzisiaj już klasycznym dziele „Historia farmacji w Indiach“ zaszeregował dwóch pierwszych luminarzy do czasów pomiędzy 1000 a 600 r. p.n.e., zaś Vagbhatę do roku 700 n.e.

Ze spuścizny Charaki zachowało sie po jego śmierci jedynie dzieło „Charaka Samhita“, które składa się z ośmiu części. Z punktu widzenia historii farmacji najważniejsze są dwie ostatnie: „Kalpasthana“ składająca się z 12 rozdziałów, w których zajmuje sie on problematyką antidotów, antytoksyn, emetyków i środków przeczyszczających.  Natomiast „Siddhisthana“ w 22 rozdziałach poucza o dozowaniu leków i pielęgnacji pochorobowej.

Staroindyjski lekarz przy pracy

Charaka przypisywał wielkie znaczenie prewencji, co poza innymi zasadami przedstawił tymże twierdzeniem: Lekarz, który nie potrafi wejść do ciała pacjenta z lampą poznania i zrozumienia, nigdy nie jest w stanie leczyć chorób. Musiałby najpierw przestudiować wszelkie czynniki, wszelkie środki, które wpływają na chorobę pacjenta, a dopiero potem przepisywać leki. Bardziej sensownym jest poszukiwać źródeł choroby i jej zapobiegać, niż szukać leków na nią. A kiedy już do tego doszło, należało odpowiedni lek świadomie przygotować i podać pacjentowi.

W praktyce rozpoznawano trzy rodzaje leków według tego, z czego były one sporządzane: roślinne, zwierzęce i mineralne. Pomiędzy tymi ostatnimi do „radości aptekarzy“ należały związki rtęci - Hg, arsenu - As, siarczku ołowiu – PbS, siarczku żelaza – FeS, siarczku miedzi – Cu2S, tetraboranu sodu – Na2B4O7 ∙ 10H2O, tlenku ołowiu – PbO, soli kwasu siarkowego (siarczanów) – MSO4 czy węglanu cynku – ZnCO3 (smithsonit). Używano także preparatów sporządzonych z krzemianów i soli (nie tylko chlorku sodu – NaCl, ale także chlorku amonowego – NH4Cl – salmiaku czy węglanu potasu – K2CO3).

Każdy lek charakteryzowało pięć cech:
1.      smak,
2.    działanie zasadnicze (np. wywołanie gorączki lub jej obniżenie),
3.    przemiana w procesie trawienia i... 
4.    ...różne skutki ze względu na sposób zażywania,
5.     oraz sposób podania – wewnętrznie i zewnętrznie.

Według działania Charaka podzielił leki na 50 róznych grup – wedle współczesnej terminologii możnaby mówić o np.  emetykach, laksatywach, digestiwach, kosmetykach, analgetykach, antidotach, itd.

Tradycyjne przyrządzanie laku przez lekarza w indyjskim stanie Kerala

W trzeciej części „Charaki Samhity“ pod nazwą „Vimanasthana“ możemy się doczytać także i tego, jak stać sie adeptem praktyki medycznej: Rozumny człowiek, który chce zostać lekarzem musi najpierw rozejrzeć się po podręcznikach, z których korzystają znani, uznawani i rozumni ludzie. Niech je nabywa, kiedy polecane są przez znawców przedmiotu dla swych studentów. Niech powtarza tego i udziela instrukcji, wyjaśnień i raportów w odpowiedniej kolejności, trzymaj się rzeczy, nie popełniaj błędów w słowach i nie używaj niezrozumiałych słów, niech mają bogatą treść, są metodyczne, a pojęcia są precyzyjnie zdefiniowane. Niech łączy to, co do siebie należy, że główne tezy nie są mieszane, łatwe do zrozumienia, dają definicje i przykłady. Ten podręcznik potem jak jasne słońce rozjaśnia wszystko.

Z dydaktycznego punktu widzenia są to rady, które możnaby udzielać i dzisiaj autorom współczesnych podręczników farmacji – „Charaka Samitha“ uzupełnia to radami dla pedagoga, którego nauczanie musi być jasne, praktyczne i przejrzyste. Niech będzie bystry, spostrzegawczy, obrotny i bezstronny. Niech jego ręka będzie pewna, niech ma praktyczne pomoce tak w czasie leczenia jak i poza nim. Niech będzie skromny i przyjacielski, niech ma cierpliwość i wyrozumienie dla swych uczniów, których uczy i ich talenty rozwija. Człowiek z takimi atrybutami jest Mistrzem.

Sushruta, podobnie jak jego poprzednik, pozostawił po sobie rozległe medyczne kompendium pt. „Sushruta Samitha“. W nim podzielił on choroby według tego, czy się da je leczyć przy pomocy jedzenia, chirurgicznie albo przy pomocy środków farmacji. Nas interesuje piąta część z sześciu, która pod nazwą „Kalpasthana“ niesie w 8 rozdziałach szerokie wiadomości o toksykologii. Sushruta dokładnie opisał przyrządzanie, dawkowanie i skutki działania roślin leczniczych. Poza tym tak uporządkował on tekst, który dawnym adeptom farmacji służył jako pomoc mnemotechniczna, i jak to ujął niemiecki botanik Ernst H.F. Meyer (1791-1858) w swej „Historii botaniki“ w roku 1856, kiedy nie był w stanie uwolnić się od europejskiego punktu widzenia na wschodnią wiedzę: Ilość prawdziwej wiedzy, która przewiduje obserwację medyczną trwającą od stuleci, jest mieszana z wieloma najbardziej ryzykownymi materiałami, które chcą sprawiać wrażenie największej precyzji. Z całej mieszanki elementy są rysowane, zwijane i ułożone jak kulki różańcowe, zaprojektowane tak, aby zapełnić pamięć swoich uczniów.

Vaghbhata żył około roku 700 n.e. i jest autorem dzieła „Ashtanga Hridaja“ („Jądro medycyny“) oraz „Ashtanga Sangraha“ („Streszczenie farmacji“). Datowanie jego życia i dzieła pochodzi ze sprawozdanie chińskiego buddyjskiego pątnika I-Tsinga, który w latach 673-687 podróżował po Indiach. W tym czasie przebywał dłużsszy czas w klasztorze Nalanda w południowym Biharze, gdzie medycynę studiowały tysiące studentów. Swe zdumienie ten uważny podróżnik nie zostawił tylko dla siebie, i tak po wiekach możemy przeczytać, że: Lekarska wiedza jest podzielona na osiem działów. Tych 8 dyscyplin było najpierw spisanych w 8 księgach, ale niedawno pewien człowiek skupił to w jednym wielkim dziele. Lekarze z wszystkich pięciu prowincji Indii używają jej w swych praktykach, a każdy lekarz, który zna tą księgę może żyć z urzędowej pensji.  

Co zaś się tyczy tożsamości autora, to Kurt Pollak nie ma żadnych wątpliwości: Nawet kiedy nie ma wzmianki o tożsamości autora, to wiadomo że chodzi o Vagbhatę.     

Pomnik Suhsruty na dziedzińcu uniwersytetu w Haridvarze

Od oznaczania do wyrobu leków


Podstawą staroindyjskiej farmacji były przede wszystkim roślinne leki, jak to wspomina wyżej cytowany niemiecki badacz: Indyjscy studenci medycyny mieli w ramach egzaminów znajdywać rośliny, z których nie było żadnego medycznego pożytku. Od dobrego lekarza wymagano, żeby mieszkał w miejscu, w którym rośnie wiele leczniczych ziół i żeby był z ich właściwościami dobrze zaznajomiony. Indyjski lekarz był także farmaceutą – sam te rośliny zbierał i dalej opracowywał z nich leki. Aby znajdować dobre lekarstwa, musiał on chodzić po górach i lasach, a od pasterzy, myśliwych, rolników i wędrowców czerpać wiedzę o miejscach, w których rosną lecznicze zioła i jakie mają właściwości. Najlepsze rośliny były w Himalajach. Nawet dzisiaj, o północnym Pakistanie mówi się jako o ogrodzie leczniczych roślin dla całego świata, która praktycznie jest niewyczerpana i niezbadana.  
     
Sushruta opisał 750, a Charaka 500 roślin leczniczych, przy czym żadna z nich nie była europejska. Z roślin używano: korzenie, korę, soki, oleje, żywice, łodygi, owoce, kwiaty, kwiaty, liście czy ciernie. Środki sporządzone z roślin do użytku wewnętrznego najczęściej podawano w formie świeżego naparu z dodatkiem soku z trzciny cukrowej.

Oddajmy jeszcze głos autorowi „Medycyny dawnych cywilizacji“, aby przejrzeć poziom farmacji w starożytnych Indiach:  Dzięki znajomości chemii, osiągnęła ona wysoki poziom. Były im znane tynktury, dekokty, infuzje, maceraty, syropy, mikstury, emulsje, pigułki, pasty, maści, kataplazmy i opatrunki. Nie brakowało także czopków, o których często  wspomina autor Manuskryptu Bowera, a także notatki Vaghbhaty.

Osobny rozdział przedstawia fakt, że już w czasie Starożytności Indie znane były jako „skarbnica korzeni“ (przypraw). Indyjskie przyprawy i roślinne leki stały się stopniowo znane na całym świecie i pod koniec Średniowiecza znalazły swą drogę do spisu leków w Europie. Wiele z nich było na wagę złota, a używano ich nie tylko w kuchni, ale także w aptekach. Jako przykład można podać: pieprz, kardamon, imbir, goździki, kurkumę, gałkę muszkatałową, benzoes, olej rycynowy, cemulmugowy czy sezamowy. Pragnienie posiadania tych „korzeni“ wiodła wprost do burzliwego rozwoju żeglugi i tyo w czasie, kiedy lądowe drogi do Indii zablokowała ekspansja islamu. Przeto kiedy portugalski żeglarz Vasco da Gama (1469-1524) wylądował on na Wybrzeżu Malabarskim, otworzył on drogę dla indyjskich roślin i wytwarzanych z nich specyfików, których używa sie do dnia dzisiejszego.