Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Azowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Azowskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lipca 2025

CE3 w wodach zatoki Taganrog

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Zatoka Taganrog, Morze Azowskie, obwód rostowski, Rosja

Data: Lato 1945

Godzina: dzień

Opis incydentu:

9-letni I. Czebotariow łowił ryby sam na posiłek dla swojej rodziny i miał już wracać do domu, gdy zobaczył „olbrzymi talerz” spadający z nieba. Spodek spadł w wodę, powodując silne uderzenie i tworząc fontannę wody wokół świadka, która całkowicie go zalała. Talerz miał około 5 metrów średnicy; jego kadłub był metaliczny i odbijał promienie słoneczne. Niesamowite, że świadek nie czuł strachu. Dysk spadł na piaszczystą łachę, lekko przykrytą wodą, zaledwie kilka metrów od której chłopiec łowił ryby. Nagle wokół dysku pojawiły się bąbelki i z dysku wyszedł „mężczyzna”. Mężczyzna był ubrany w srebrzysty kombinezon. „Wyskoczył” z góry dysku i podszedł do świadka. Zatrzymał się około 6 metrów od chłopca. Jego głowa była całkowicie ukryta pod nieprzezroczystym owalnym hełmem, a za ramionami miał coś przypominającego dużą „puszkę” wykonaną z ciemnego materiału przypominającego barwione szkło. Obcy trzymał niebieski kamień w jednej z rąk i miał mały worek zwisający z klatki piersiowej. Zarówno świadek, jak i obcy stali jak zamrożeni przez około 3 minuty. Obcy uparcie milczał, więc cierpliwość świadka się wyczerpała i zapytał nieznajomego, czy pochodzi z Księżyca. Po długiej przerwie obcy przemówił czystym rosyjskim językiem: „Nie, jestem z innej planety”. „Jak nazywa się twoja planeta?” zapytał świadek. Najwyraźniej obcy zignorował to pytanie i ponownie po dość długiej przerwie powiedział: „Wiele niespodzianek czeka ‘ziemian’ i będą szczęśliwi z ich powodu”. Zaciekawiony chłopiec zapytał: „Proszę, opowiedz mi o swojej planecie”. Obcy zignorował również to pytanie, wskazał na dysk i zaproponował: „Jeśli chcesz — wejdź na mój statek, a wkrótce będziesz na mojej planecie”. W tym momencie świadek zaczął się niepokoić oświadczynami, wiedząc, że jego rodzina czeka na niego z kolacją i że nie wie, czy kiedykolwiek wróci z „podróży”. Odpowiedział głośnym głosem: „Nie chcę z tobą lecieć i chcę wrócić do domu. Moja matka tam na mnie czeka”. Zjemy smażoną rybę na kolację. Wskazał na wiadro wypełnione rybami. Obcy odpowiedział: „Szkoda, że ​​nie chcesz przyjść”. Po czym odwrócił się i wrócił do swojego dysku. W tym momencie chłopiec ze zdziwieniem zauważył, że obcy nie miał na sobie obuwia. Wyglądał na bosego, jego długie stopy kończyły się długimi palcami, podobnie jak u ludzi. Gdy obcy zbliżył się do jego statku, powiedział chłopcu, że może opowiedzieć ludziom o spotkaniu, ale ostrzegł go, że nikt mu nie uwierzy. Następnie pożegnał się, wszedł do dysku i zniknął w środku. Obiekt uniósł się, zawisł na chwilę, a następnie zanurzył się w wodzie, zupełnie jak łódź podwodna. W tym momencie świadek wziął swoje wiadro i poszedł do domu.

Dodatek HC

Źródło: Aleksiej K. Prijma, Anton A. Anfałow, „UFOs Witnesses to the Unknown”

Typ: B

Wysoki wskaźnik dziwności: 7

Wiarygodność źródła: 8

Komentarze: Niezwykle interesujący wczesny raport o kontakcie. Godny uwagi jest fakt, że Obcy najwyraźniej zdjął obuwie przed wejściem do wody. Drugie źródło wskazuje na możliwość istnienia podwodnej instalacji Obcych pod Morzem Azowskim, gdzie odnotowano inne doniesienia o obiektach zanurzających się w wodzie.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

niedziela, 21 lipca 2019

Lekcje Morza Azowskiego




Andriej Worfołomiejew


Jakże to może było nazywane! I Zgniłe Morze, i płytkowodna zatoka Morza Czarnego, morze – płytki talerz… Tym niemniej czasami maleńkie Morze Azowskie ma złe humory i zabiera wiele ofiar…


 Morze Azowskie na mapie...
...i z orbity



Morskie „niespodzianki”


Wieczorem, dnia 21.VII.1983 roku, w Cieśninę Kerczeńską wszedł MSY Jurij Gagarin, który wykonywał rejs na trasie Odessa – Astrachań na Morzu Czarnym i Azowskim, Donie i Wołdze. Bosmanem jachtu był Swietosław Pieliszenko, p.o. kapitana. Jacht należał do Odeskiego Uniwersytetu Państwowego. W czasie pływania po czarnomorskim odcinku trasy, załoga Jurija Gagarina już zdążył się poważnie wprawić w żeglarskie rzemiosło i jego dowódca liczył na to, że dalej nie będzie żadnych problemów. Niestety – pomylił się. Jak mądrze zauważył potem kapitan jachtu Anatolij Kiriczenko: Teraz zrozumiałem, że z każdym morzem trzeba być na pan

No i w rzeczy samej płytkie Morze Azowskie powitało przybyszów z Odessy wściekłym sztormem.  I nie tylko ich jednych. Następnego dnia, 22 lipca, u Berdiańskiej Kosy zebrało się wiele uciekających przed sztormem jachtów. Było tam wiele porwanych żagli i połamanych rumpli. Na szczęście obeszło się bez gorszych uszkodzeń. Wydarzenie to stało się lekcją dla wszystkich żeglarzy. 


Wspólny los


Bez względu na swe małe rozmiary, Morze Azowskie pokazuje swe złe humory. O tym mogli się przekonać rosyjscy marynarze z epoki żaglowców. Okręty tonęły tutaj wskutek sztormów, od wpadnięcia na mielizny i wskutek ruchu pól lodowych. I to nie wskutek pożarów i artyleryjskiego ognia wroga w czasie wojen!

Najbardziej niezwykła historia przy miejscowym wybrzeżu wydarzyła się w XVIII wieku, z dwoma okrętami: Taganrog i Koron. Obie te jednostki, w dniu 23.VI.1773 roku, pod komendą holenderskiego kapitana w rosyjskiej służbie Jana Hendrika van Kinsbergera odniosły pierwsze w historii rosyjskiej floty zwycięstwo na Morzu Czarnym pogoniwszy z rejonu Bałakławy turecką eskadrę złożoną z 4 okrętów i zmuszając ją do odwrotu. Jak widać, wiktoria ta związała oba okręty jakimiś niewidzialnymi więziami. Obydwa ulegały w tym samym czasie różnym wypadkom i wreszcie uległy katastrofie – tym razem już ostatecznej.


Szerokie plaże zachęcają do wypoczynku...

W grudniu 1781 roku, oba okręty zostały uniesione z taganrogskiego portu na mierzeję, gdzie ich kadłuby zostały przedziurawione i oba zatonęły. Załoga Korona zdołała przedostać się po lodzie na brzeg, ale na Taganrogu nie dało się obejść bez ofiar: ze 123 członków załogi 39 utonęło, a 28 zmarło od odmrożeń. W następnym roku oba okręty podniesiono, odremontowano i ponownie wcielono do służby. Ale nie na długo.

Dnia 5.XI.1782 roku, Koron wyszedł z Kerczu z destynacją do Taganrogu. Już 23 listopada wszedł w pole lodowe przy Miusskiej Kosie, został uszkodzony i zaczął napełniać się wodą. Załoga postanowiła opuścić okręt. Przez dwie doby załoganci usiłowali się wydostać na brzeg idąc po lodzie. Ze 123 ludzi, 29 przepadło bez wieści. 19 się przemroziło.

Podobna historia się zdarzyła z Taganrogiem. W ten sam dzień, co jego nieszczęsny sister-ship, w dniu 5.XI.1782 roku, okręt udał się do Taganrogu, ale nie z Kerczu lecz z Jenikale[1]. Dalsze wydarzenia były jakby spod kopiarki. 25 listopada Taganrog również został zatrzymany przez lody u Biełosarajskiej Kosy, gdzie w kadłubie zrobiła mu się dziura i zatonął. Tylko jego załodze przyszło przeżyć więcej strat. Przejście ocalałych z katastrofy trwało aż do 2 grudnia. Z stuosobowej załogi zginęło 32 marynarzy. Zbieżności w losach tych dwóch okrętów są co najmniej zadziwiające…


Wpadli we wściekły sztorm


Co się zaś dotyczy ofiar sztormów, to tylko w II połowie XVIII wieku, to od szalejących żywiołów na Morzu Azowskim zatonęła kanonierka Pierwyj oraz transportowce Rak i Tarantuł. Najbardziej dramatyczne wydarzenia związane są z transportowcem Jassy pod dowództwem por. mar. N.M. Guriewa. Dnia 24.V.1785 roku, w czasie rejsu z ładunkiem z Jenikale do Taganrogu, wpadł w straszliwy sztorm.[2] Poszycie kadłuba oderwało się i pojawił się silny przeciek. Chociaż zastosowano „plaster” ze starego żagla, poziom wody w kadłubie podniósł się o 4 stopy. Prędkość statku znacznie spadła, a do brzegu było daleko. Wkrótce transportowiec położył się niemal na boku. Część załogi wsiadła na barkas i popłynęła w kierunku lądu po pomoc. Pozostałych na burcie 10 ludzi dryfowało na wpółzatopionym statku jeszcze przez trzy doby, póki nie uratowały ich okręty z Taganrogu, które pospieszyły na pomoc. Liczba ofiar tej katastrofy wyniosła 7 osób. Oto morze – płytki talerz!…


Ofiary Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 


Jednakże największe straty tak w ludziach jak i okrętach na Morzu Azowskim miały miejsce w czasie II Wojny Światowej. Szczególnie w toku Kerczeńsko-Teodozyjskiej Operacji Desantowej w latach 1941-1942. My ograniczmy się tylko do części desantowej, która miała miejsce na Morzu Azowskim.

Zgodnie z planem operacji, bazująca w Temrjuku Azowska Flotylla sformowana z wielu jednostek wykonała pięciokrotny przerzut wojsk na zajęty przez Niemców Półwysep Kerczeński. W trzecim rzucie miała pójść pogłębiarka Woroszyłow, trałowiec Uragan, samobieżna szalanda Tanais i dwa sejnery. Wszystkie te jednostki wzięły na pokład 1070 żołnierzy. Miejscem desantu wyznaczono rejon miasta Tarchan.

Morze Azowskie pod lodem

Jednakże świtem dnia 26.XII.1941 roku, do wyznaczonego miejsca mógł podejść tylko Woroszyłow. Nieco później podszedł także trałowiec Uragan. Następne jednostki opóźniały się. Woroszyłow nie mógł podejść do brzegu i desantował ludzi jedynie przy pomocy posiadanych dwóch szalup. Cała operacja przebiegała ślamazarnie. Do południa udało się wysadzić na brzeg tylko 18 desantowców, a o godzinie 12:45 pogłębiarka stała się celem dla Luftwaffe i w rezultacie trafienia dwóch bomb zatonęła. Zginęło tam 450 ludzi. Przybyłym później statkom udało się podnieść z wody około 200 rozbitków.

Ale w czasie przeprowadzania operacji desantowych, Morze Azowskie znów pokazało pazury. Pod koniec grudnia 1941 roku powiał silny, uporczywy wiatr z zachodu o sile 5-6°B, falowanie morza nie pozwoliło wielu uczestniczącym w operacji okrętom spuścić na wodę łodzie desantowe. Te zaś łodzie, którym jednak udało się dopłynąć do brzegu były często-gęsto rozbijane falami o skały.


Zagłada „Swiazisty”


Odgrzmiały wojenne salwy, ale pogoda pozostała nadal pogodą. O tym można się przekonać czytając wspomnienia weterana Taganrogskiego Jachtklubu Nikołaja Sacharnego. Dnia 10.VI.1957 roku, Sacharnyj wziął udział w tradycyjnych nocnych regatach o nagrodę gazety „Taganrogskaja Prawda”, na pokładzie jachtu klasy L-4 SY Swiazist. Regaty zaczęły się o godzinie 19:00 przy wietrze o sile 2°B. Do zachodu słońca SY Swiazist szedł w prowadzącej grupie. Nie refowano żagli. Jednakże wiatr powoli zaczął tężeć i wewnątrz kadłuba jachtu pojawiła się woda. Wody przybywało w oczach i wkrótce jej poziom dorównał poziomowi sufitu w kabinie. Tym niemniej załoga jeszcze chciała brać udział w regatach. Ale wkrótce stało się jasne, że trzeba było myśleć nie o zwycięstwie, ale ratowaniu jednostki. Zwłoka okazała się – niestety – fatalna w skutkach. Fale przelewały się przez bak Swiazisty i on szybko poszedł na dno. Na szczęście woda była tam płytka i maszt jachtu sterczał nad powierzchnią morza. Czterech załogantów trzymało się go aż do świtu, póki nie podjęła ich na pokład załoga przepływającego tam akurat SY Wiernyj. Swiazista wkrótce został podniesiony z dna. Nie było oficjalnego śledztwa, ale według starszyzny jachtklubu przyczyną zatonięcia jednostki stało się umocowanie podwodnej części jednostki śrubami z byle jakiego materiału. Śruby rzecz jasna skorodowały i osłabiły szczelność desek kadłuba, pojawiła się szczelina. Ona się poszerzała w czasie żeglowania pod wszystkim żaglami z wiadomym rezultatem.


Tylko „na pan”


Drugi wypadek nadzwyczajny miał miejsce już na początku XXI wieku. W drugiej połowie dnia 13.VII.2007 roku, z mariny Taganrogskiego Jachtklubu odcumował SY Olimp z kapitanem i 5 pasażerami na pokładzie.  Zapowiadał się zwyczajny morski spacer z noclegiem. Morze było spokojne. I naraz, około godziny 18:30 na jednostkę nadleciał niespodziewany szkwał. Żagle się wzdęły, bak zarył się w fale, a do środka przez luk i otwarty iluminator runęły masy wody. Jej napór był tak silnym, że SY Olimp zatonął literalnie w czasie kilku sekund. I tak jak w przypadku Swiazisty, także tutaj maszt wystawał nad wodę, ale on był cienki i dawał możliwość tylko pływania wokół niego, trzymając się za liny. Dzięki temu na szczęście nikt nie utonął. Ale szybko pojawiło się zmęczenie…

 Wybrzeża Morza Azowskiego...

Tak przeszła noc. Rankiem następnego dnia w zasięgu pola widzenia nie było żadnych statków. O godzinie 10:00 kapitan jachtu odważył się płynąć po pomoc. Pozostali trzymali się masztu czekając na pomoc, aliści jeden z nich puścił się i prąd zniósł go daleko. Powrócić już nie był w stanie. Pozostała czwórka rzuciła się mu na pomoc zdawszy się na pastwę wody. I tylko ich wola przetrwania pozwoliła im na uratowanie go i czekanie do godziny 18:00 na pomoc, która przyszła ze strony SY Wolia, należącego do wspomnianego już tutaj Nikołaja Sacharnego. A gdyby ich nie zauważyli i przeszli bokiem? Wszak głowy pływających ludzi i to pośród niespokojnego morza są bardzo mało widoczne. I jak tutaj nie wspomnieć kapitana Jurija Gagarina Kiriczenkę i jego prorocze słowa? I po prostu do każdego morza należy zwracać się „per pan”. Nawet do tak płytkiego i łagodnego jak Azowskie.


Moje 3 grosze


Ale to jeszcze nie wszystko, bo miało miejsce takie oto niepokojące wydarzenie, które też wydarzyło się na Morzu Azowskim w 2004 roku:

Z Mariupola nadeszły informacje o wielkim wybuchu, do którego doszło ok. 20 km od brzegu na rosyjskich wodach terytorialnych Morza Azowskiego. Rosyjskie media nie podają co się stało i czy są jakieś ofiary. Pojawiają się opinie, że eksplodował rosyjski okręt podwodny.
– Eksplozję było słyszeć w całym mieście. Zadrżały szyby w oknach, zatrzęsły się ściany. Wiele osób się przestraszyło. To tak jakby wyleciał w powietrze jakiś okręt albo wielki skład amunicji – mówią mieszkańcy.
Przedstawiciel ukraińskiego sztabu Dmytro Gorbunow potwierdza, że wybuch nastąpił poza wodami ukraińskimi, w strefie kontrolowanej przez Rosję. Po stronie ukraińskiej nikt nie zginął i nie było żadnych strat.
Fakt eksplozji potwierdziła rosyjska agencja Interfax. Armia nie wydaje jednak w tej sprawie żadnego komunikatu. 


Wybuch nastąpił pod wodą – poinformował szef ukraińskiej morskiej straży granicznej w Mariupolu Aleksandr Moskwin. „Niedaleko miejsca eksplozji przepływał rosyjski statek „Nachodka”. Jego załoga dobrze widziała tę eksplozję i to oni powiadomili nas o tym zdarzeniu” – mówi Moskwin, cytowany przez portal Segodnia.ua. Dodaje, że oficjalnie strona rosyjska poinformowała ukraińską straż graniczną, że „nic jej nie wiadomo o żadnym wybuchu”.
Co mogło eksplodować pod wodą? Czy był to rosyjski okręt podwodny? Z pewnością w najbliższym czasie trudno będzie jednoznacznie to potwierdzić.[3]

I jak dotąd niczego nie wiadomo o tym wydarzeniu, co mnie nie dziwi jako że Morze Azowskie znów znajduje się w strefie wojny… Czy powtórzyła się tragedia okrętu AS-12 Łoszarik? A może to był efekt eksperymentów z systemem broni podwodnej Posejdon Status-6/Skif/Kanion, który tak trwoży Amerykanów?[4] Wszystko jest możliwe…
   

Źródło – „Tajny i zagadki”, bn/2019, ss. 32-33
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] W Cieśninie Kerczeńskiej, nieco na północ od Kerczu.
[2] Morze Czarne i Azowskie są znane ze swych krótkotrwałych ale silnych sztormów, z którego też względu zwano je w Antyku Pontus Euxinus – Morze Niegościnne. W takim właśnie sztormie zaginął bez wieści niemiecki krążownik powietrzny SLX w 1916 roku, co opisałem wraz ze Stanisławem Bednarzem w naszej książce „Tajemnice katastrof lotniczych” (Jordanów 2019).

czwartek, 9 maja 2013

KOGO ZJEDLI ROSYJSCY RYBACY?


Przypomniała mi się głupawka puszczona przez niektóre nasze media i tzw. "ufologów", a że jest szczególnie smakowita, to przypomnę ją Czytelnikom, a szczególnie Pozytywnym Foczarzom z Facebooku: 


Aleksander Serdjuk

Nie tak dawno temu, w połowie lutego 2007 roku, światowe media obiegła sensacyjna historia o wyłowieniu przez rosyjskich rybaków niezwykłej istoty z wód Morza Azowskiego: Tułów stworzenia błyszczał, jakby był natarty jakąś tłustą substancją albo woskiem. Waga tego stworzenia wynosiła około 100 kg. A oto, co na ten temat pisze się w rosyjskim tygodniku „Kalejdoskop NLO” nr 12/2007 z dnia 19 marca 2007 roku.


Sensacyjny news


O tej historii napisali początkowo w „Komsomolskiej Prawdzie” i w internetowej „Prawda on-line”, a stamtąd informacja ta poszła w świat, do wielu agencji informacyjnych. Mówiło się, że rosyjscy rybacy złapali w Morzu Azowskim w okolicach Rostowa jakieś człekopodobne stworzenie, długo deliberowali nad nim, aż wreszcie zjedli to dziwo!

Oczywiście naród zażądał wyjaśnień. Jak to tak! Czemu nie pokazali tego uczonym!? A co z tego, jak był to Przybysz z Innej Planety??? A my zachowaliśmy się, jak ci Aborygeni, którzy zjedli Cooka! Jednym słowem ta historia wraz z jedynym zdjęciem wywołała szeroki rezonans w świecie. Od razu też pojawili się sceptycy, którzy rezolutnie zauważyli: skoro rybacy nie potrafili odróżnić rai od Przybysza z Kosmosu, to co to za rybacy???

Ale news zamieszczony na stronie internetowej Prawda.ru tak był zatytułowany: „Rybacy zjedli Kosmitę”. I podano tam pełne i konkretne dane: rybacy byli ze wsi Semibałki, a złapane przez nich stworzenie miało 2 metry długości wraz z ogonem. Trofeum to zostało złapane po sztormie. A co to było? – a kto tam wie! Przypominało to trochę rekina, z wyglądu. Albo jesiotra. A także – na upartego – jakiegoś Kosmitę. Waga tego morskiego dziwoląga wynosiła jakieś sto kilogramów.


Tułów stworzenia błyszczał tak, jakby był on posmarowany jakąś tłustą substancją albo woskiem. Jego waga wynosiła około stu kilogramów. Któryś z rybaków miała komórkę z aparatem fotograficznym i sfotografował to morskie dziwo. W krótkim czasie te zdjęcia obiegły prasę. Na nich doskonale widoczna jest głowa, tułów i długi ogon tego zadziwiającego egzemplarza.  – napisano w „Komsomolskiej Prawdzie”.

A dlaczego rybacy doszli do wniosku, że wyłowili Kosmitę? A dlatego, że kiedy dziwne stworzenie wpadło w ludzkie ręce, zaczęło wydawać dźwięki przypominające pisk i zaczęło przewracać oczami. Do tego ci, z którymi rybacy się skonsultowali, (już po zjedzeniu zdobyczy), też okazali się nie w kursie dzieła. Tak, kierownik oddziału badań zjawisk anomalnych w Azowie – Andrzej Gorodowoj wieloznacznie napomknął tylko, że od dawna wiadomo, że istnieją legendy o Rusałkach zamieszkujących Morze Azowskie, ale ani razu nie były one potwierdzone przez specjalistów od ZA, chociaż my nie odrzucamy możliwości istnienia innych form Rozumu w Morzu Azowskim.

Zastępca dyrektora rostowskiego ZOO – Aleksander Lipowicz – stwierdził, że czegoś podobnego nie widział w swym życiu. Bardzo ciekawy okaz – dodał on.


Dziwny stwór i UFO?


Już 11 lutego 2007 roku na niektórych urologicznych stronach internetowych rybaków złośliwie zapytywano: „No i jak tam smakował wam Kosmita?” i smacznie rozpisywali się o tym, jak to rosyjscy rybacy się nagłodowali, czym można wytłumaczyć ich postępowanie… Tym bardziej, że za granicą artykuł ten już poszedł pod tytułem „Rosyjscy rybacy złapali piszczącego Kosmitę i zjedli go”. I tylko gdzieś tam napomykano, że Kosmita przypominał rekina. A i to było kłamstwem, bowiem w Morzu Azowskim nie ma tych ryb. Jeden z rybaków przyznał, że smak mięsa tego stworzenia był całkiem dobry.

No bo czego Zachód mógł się spodziewać po rosyjskich barbarzyńcach? Tylko czegoś takiego… Zaś nieopatrzne słowa Andrzeja Gorodowoja o istniejących w Morzu Azowskim formach rozumnego życia dolały jeszcze oliwy do ognia, i choć „anomalszczyk” stwierdził, że zdobycz rybaków nie ma żadnego związku z rozumnymi istotami spoza naszej planety, to i tak to nie pomogło.

A przecież trzeba dodać do tego, że ludzie mieszkający w Rostowskiej Obłasti od dawna obserwowali tam Nieznane Obiekty Latające. I tak UFO nad Rostowem zaobserwowała niejaka pani Ludmiła Gorjaczewa, która twierdzi, że NOL-e latają od czasu do czasu nad tymi krainami i specjalnie wystawiają się przed obiektywy aparatów fotograficznych i kamer.

W styczniu 1988 roku, Irina Subbotina zaobserwowała w Rostowskiej Obłasti nie tylko kręgi świetlne, ale nawet Obcych. Podobny incydent zdarzył się jej jeszcze raz, także w lecie.

W roku 1992, na jednym ze wzgórz w Rostowskiej Obłasti wylądowało UFO i w próbkach ziemi pobranych z miejsca lądowania znaleziono znaczne ilości manganu, co było niezwykłe.

Oczywiście wspomniano tutaj w tym kontekście także to, co wydarzyło się w Woroneżskiej Obłasti, w dniu 27 września 1989 roku, kiedy top grupa dzieci widziała trzymetrowego i trójokiego Przybysza, który wykonywał jakieś tam prace na miejscu Lądowania. Mało tego, Przybysz strzelił czymś w jednego z naocznych świadków. I tak dalej, i temu podobnie…

To wszystko za granicą połączono w całość i w najlepszej wierze wypuszczono w świat informację, że w Rostowskiej Obłasti i po sąsiedztwie dzieją się nieprawdopodobne rzeczy. – No i co z tego? – zadali sami sobie pytanie. Czy oznacza to, że schwytana przez rybaków istota powinno a priori być uznana za Kosmitę?



I to byłoby na tyle…


No i to byłoby na tyle, sądząc po zdjęciach zamieszczonych na zagranicznych stronach internetowych, to wcale nie był żaden Kosmita, a sądząc po wyglądzie była to „morska mandolina” czyli raja – rodzaj płaszczki.

Te ostatnie bywają różne: zielonkawe, metaliczne i plamiste. Ten podrząd płastugowatych ryb liczy 16 rodzin i około 350 gatunków. I jeżeli rostowscy rybacy twierdzą, że złapane przez nich stworzenie mierzyła dwa metry i ważyło centnar, to nie ma się czemu dziwić – wszak zdarzają się płaszczki o długości 6 m i masie do 1,5 tony, szczególnie w oceanach, gdzie wiodą one przydenny tryb życia. Płaszczki zamieszkują także w Morzu Czarnym, które poprzez Cieśninę Kerczeńską ma połączenie z Morzem Azowskim. Mają one kształt mniej czy bardziej płaski albo romboidalny, dzięki czemu nazywa się je – przez podobieństwo do strunowych szarpanych instrumentów muzycznych – „rybami-gitarami” czy „rybami-mandolinami” – w Anglii i USA, zaś w Australii – „rekin-banjo”, we Francji – „morskie skrzypce”.

„Gitarowe płaszczki” prowadzą przydenny tryb życia, powoli pływają albo leżą na gruncie, w którym mogą się nawet zakopać. Są tak mało aktywnymi, że pozwalają się nawet złapać za ogon. W czasie pływania wykorzystują one ogony jako źródło napędu, a nie płetwy piersiowe, jak czynią to inne raje. Żywią się małymi rybami, rakami i małżami i innymi mieszkańcami dna.

No i zapytywano, co to za twarz widoczna na zdjęciach? To już jest proste do wyjaśnienia. Taki wygląd mają płaszczki, które są blisko spokrewnione z rekinami, których wloty nosowych otworów są podobne do oczu – i tak też sądziła większość publiczności. Nie da się wykluczyć, że ktoś popracował nad tymi „oczami” przy pomocy komputerowego  Photoshopu…

I już zupełnie na koniec – niektóre odmiany płaszczek – tzw. drętwy elektryczne – „morskie koty” są niebezpieczne dla człowieka. (Tak np. drętwa elektryczna Torpedo może wytworzyć prąd stały o napięciu >400 V, którego uderzenie jest w stanie powalić wołu – przyp.. tłum.) Tak więc rybacy z Semibałki wyszli obronną ręką ze spotkania z „Kosmitą”, a mogło być gorzej!...


Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©