Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2026

Tajemnice zamku Šášov

 


Franciszek Kovár

 

Po opublikowaniu Sekrety zamku Šášov: Prolog do niewidzialnego życia zamku - udostępniam wszystkim z mojej platformy HeroHero kontynuację...

 

Złowieszcze echa w murach zamku

 

Zamek Šášov to dziś przyjemny dla większości osób kierunek turystyczny, ale pod powierzchnią tej malowniczej ruiny kryła się zakręcona, ciemna strona. Jako ktoś, kto przez trzy lata pracował bezpośrednio przy zamku podczas jego renowacji, miałem okazję poznać to miejsce bardzo blisko. Wbrew powszechnemu przekonaniu, najdziwniejsze rzeczy nie działo się w nocy – rzadko bywałem tam w nocy, w zasadzie tylko wtedy, gdy towarzyszyłem łowcom duchów.

Najsilniejsze anomalie dopadły mnie w ciągu dnia, w pracowitych godzinach pracy, kiedy czegoś takiego się wcale nie spodziewał. Na podstawie własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że Šášov niósł w sobie głęboką, ciemną i demoniczną energię, która została wykryta na miejscu i nie potrzebowała ciemności do manifestowania.

 

Krwawa historia zamku

 

Historia Šášowa już od początków tkana jest wydarzeniami, które pozostawiły na miejscu trwałą pieczęć. W archiwum muzeum zamkowego udowodniono, że w tym samym czasie mieszkała tu królowa Barbara Cylejska, żona cesarza Zygmunda Luksemburczyka. Była wtedy wyjątkową kobietą - jako jedna z niewielu poświęciła się zielarstwie, alchemii i magii. Może to jej sekretne eksperymenty pozostawiły tu pierwsze ślady energetyczne.

Zamek nie cieszył się jednak również w późniejszych stuleciach dobrą reputacją. Mieszkali tu kasztelanie i rycerze rozbójnicy, którzy terroryzowali całą okolicę aż do Brzezna. II wojna światowa pozostawiła swój ostatni krwawy ślad w tym miejscu. Pod koniec wojny niemiecki oddział ufortyfikował się w ruinach zamku. Przechodząc przez front, ich pozycje zostały całkowicie ostrzelane, zamek został "zajęty" i wszyscy w nim żołnierze zginęli. To była ostatnia bitwa w historii, jaką doświadczył zamek. Tyle przelanej krwi i nagłe cierpienie w jednym miejscu musiało pozostawić głęboką ranę w przestrzeni.

 

Tragedia odizolowanej rodziny na Górnym Zamku

 

Ze znajomymi, którzy znają się na tych rzeczach udało się odkryć głęboką ranę przeszłości, która była przywiązana bezpośrednio do murów zamku. Według naszych ustaleń, byli tu około XV stulecia członkowie jednej rodziny biologicznej - małżeństwa z małym dzieckiem - przetrzymywani w ścisłej izolacji lekarskiej. Zachorowali na przeraźliwą wtedy chorobę zakaźną, najprawdopodobniej była to plaga, czyli tzw. włoska plaga (dżuma), która dręczyła wówczas Europę. Aby nie zarazić pozostałej części zamkowej osady zamknęli ich w swoich komnatach bezpośrednio nad zamkiem, gdzie ostatecznie zginęli w agonii. Nawet ich strażnik, który strzegł ich przed drzwiami i umierał wraz z nimi, nie uciekł przed zarazą. Skoro chodziło o szlachtę, to ich dusze nadal mają swój stały "dom" tuż na terenie górnego zamku.

Później udało mi się uchwycić mrożącą wiadomość bezpośrednio od tej zaginionej rodziny za pośrednictwem specjalnej aplikacji. Poprosili mnie, żebym znalazł ich groby gdzieś pod murami i poświęcił to miejsce. Ponieważ zmarli na wysoce zakaźną plagę, ludzie pewnie szybko pochowali ich pod murami bez żadnego właściwego chrześcijańskiego pogrzebu ze strachu. Miałem później kilka prób zlokalizowania ich grobów, ale pod murami to było jak szukanie igły w stogu siana.

Ta ciężka obecność czegoś nieznanego potwierdził kolejny wstrząsający moment. Raz dziennie włączam aplikację komunikacyjną bezpośrednio na zamku. Podmioty, z którymi się wtedy kontaktowałam interpretowały jasno po angielsku (aplikacja komunikowała się tylko po angielsku) swój własny horror Powiedzieli mi, że sami boją się tego, co tam jest. Ostrzegali mnie przed jakimś duchem w lesie, albo leśnym duchem, który mieszkał na grubym stoku pod nami. Nawet same zamkowe duchy potwierdziły mi, że pod zamkiem kryje się coś naprawdę złego i przewrotnego, czego same się bardzo bali.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

środa, 21 sierpnia 2024

Noc w nawiedzonym zamku

 


Lukáš Čelka

 

Zanocowaliśmy w zamku Šášov: ochotnicy usłyszeli tam płacz dzieci i sfotografowali niewyjaśnione sylwetki. Według jednego z wolontariuszy pracujących przy odnowie zamku, panują tam ciemne energie.

Jest około dziesiątej wieczorem, gdy lasy szaszowskie pogrążają się w czarnej ciemności. Przez dziewiczą przyrodę wieje chłodny podmuch, który zamienia się w coraz silniejszy wiatr. Dym z ogniska unosi się spod łąki, wznosząc się do gęstych chmur zasłaniających księżyc w pełni.

Dwóch dobrych przyjaciół szuka schronienia przy ogniu. Przyjaciele, którzy przyjechali przeżyć przygodę w dziczy, słyszeli już wiele legend o zamku Šašov, ale do żadnej z nich nie przywiązywali większej wagi. Przynajmniej do czasu, gdy ujrzeli oślepiające światło na budynku stojącym dumnie na skale.

Z murów zamku można wyczuć szczególną energię. 

Obaj biegają po stromych wzgórzach w poszukiwaniu przyczyny dziwnego zjawiska. Kiedy zdyszani docierają do wnętrza ruin, z opuszczonymi powiekami patrzą, jak przed ich oczami unosi się świecąca kula. Bici przez gałęzie dzikich drzew, z zapartym tchem wpatrują się w kulę lewitującą w jednym z okien ruin. Przestają omdlewać ze zmęczenia.

Nagle zza nich dobiega głos. Mężczyzna w stroju z epoki przedstawia się im jako jeden z właścicieli zamku. Wzywa ich, aby poszli z nim. Choć jeden z młodych mężczyzn ze strachu postanawia ustąpić jego słowom, drugi go powstrzymuje. Oświetlony zamek nagle ponownie spowija noc, a głowy obu chłopców zwracają się w stronę okna. Kuka zniknęła, a za kilka sekund przekonają się, że wraz z nim zniknął człowiek z innej epoki.

Następnego ranka opowiadają tę historię swoim znajomym, oczywiście wszyscy myślą, że zwariowali. Postanawiają więc za kilka miesięcy ponownie udać się na zamek i przynieść dla nich dowód. Tym razem szczęście ich opuści. Nie tylko nie wrócą z dowodem, ale w ogóle nie wrócą.

To tylko jedna z historii, jakie o tym miejscu usłyszał František Kovár, jeden z wolontariuszy biorących udział w remoncie zamku. Twierdzi, że z jego ścian można wyczuć szczególną energię. Zdradza, że ​​od pierwszego dnia prac konserwatorskich miał wrażenie, że ktoś lub coś wciąż dycha mu po szyi” (wampir?). Twierdzi, że inni wolontariusze, czasem nawet goście, opisywali podobne odczucia w ruinach Šašova. Dlatego nie mogliśmy przegapić okazji i postanowiliśmy spędzić tutaj bezsenną noc.

Zanim wyruszysz z nami w podróż strachu, przypominamy, że odwiedzanie tajemniczych miejsc i krytyczne rozpatrywanie związanych z nimi historii możliwe jest tylko dzięki abonentom Refresher+. Dlatego jeśli podobają Ci się nasze doświadczenia, możesz dołączyć do naszego klubu i wspierać treści, których nie znajdziesz na innych stronach.

 





Przesiąknięty legendami i cierpieniem

 

Krótko po dziewiątej spotykamy się z naszym przewodnikiem we wsi Šášovské Podhradie. František Kovár, mężczyzna po sześćdziesiątce, wysiada z zaparkowanego tuż obok nas samochodu i otwiera bramę graniczącą z posesją położoną przy leśnej drodze prowadzącej do zamku. „Proszę zaparkować tutaj, nie przeszkadzać samochodowi” – ​​instruuje nas.

Kiedy to zrobimy, zdradza, że ​​jesteśmy na terenie Muzeum Šašovskiego, w którym pracuje. Otwiera drzwi do drewnianego domu i nasz wzrok pada na gipsową replikę zamku. Choć w milczeniu podziwiamy eksponaty i znaleziska, wyjaśnia, że ​​wciąż nie do końca wiadomo, kiedy dokładnie zamek powstał.

Choć w archiwach niewiele jest wzmianek o tej budowli, otacza ją wiele legend. Według najsłynniejszego z nich, król zbudował go dla swojego nadwornego błazna w nagrodę za uratowanie go ze szponów niedźwiedzia w tutejszych lasach podczas polowania. Chociaż ta historia wyjaśniałaby nazwę majestatycznego zamku, František Kovár tylko kręci głową. „Oczywiście, że to zmyślone. Z archiwów wynika, że ​​powstanie zamku można przypisać rodowi Sasów wyjaśnia.

Według niego był to zamek królewski pełniący funkcję zamku strażniczego. Przez pewien czas był także własnością królowej Barbory ​​Cieľskiej, zwanej niegdyś Czarną Królową. Rzekomo praktykowała czarną magię. Prawdopodobnie były to jednak tylko kłamstwa rozpowszechniane na jej temat przez innych bogatych panów, bo lubili jej majątek” – dodaje František Kovár. (Ruiny zamku znajdują się na N 48°34’44” – E 018°53’59”, 332 m n.p.m. – przyp. tłum.)

František twierdzi, że zamek od niepamiętnych czasów miał złą opinię, gdyż jego właściciele nie byli szczególnie filantropijni. Miejscowi opisywali ich także jako „rycerzy rabusi, raubritterów”, ponieważ rabowali okoliczne wioski. „Był też loch, w którym w przeszłości mogło dojść do naprawdę drastycznych sytuacji. Może dlatego jest tu taka energia” – wzdycha, zamykając muzeum i wprowadzając nas do zamku.

 





Gwałt, płacz dzieci i sylwetki na zdjęciach

 

Kiedy wspinamy się stromo leśną ścieżką pod górę i ślizgamy się na żwirze, František opowiada nam, że prace nad zamkiem rozpoczął trzy lata temu. „Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Poczułem tu inną energię” – wzdycha.

Jego słowa rzekomo potwierdzają niewytłumaczalne sylwetki, które jemu i jego współpracownikom udało się uchwycić na zdjęciach ścian. „Są miejsca na zamku, gdzie latarka bardzo szybko się rozładowuje, a elektronika szumi. To dziwne.”

 

Wolontariusze sfotografowali niezwykłe sylwetki na zamku

 

Kiedy po około piętnastu minutach wreszcie brakuje nam tchu przed majestatycznym zamkiem, postanawiamy odpocząć w drewnianej altanie pod ruinami. František siedzi naprzeciwko nas i opowiada nam historię o dwóch chłopcach, którzy zniknęli bez śladu w ścianach.

Jednak w latach 80. XX w. doszło tu podobno do innego, bardzo brutalnego czynu. „Dwóch mężczyzn prawdopodobnie zgwałciło i zabiło tu młodą dziewczynę. Jej biedne ciało wrzucono przez otwór wentylacyjny do zawalonego szybu należącego do podziemi zamkowych” – dodaje nasz przewodnik, dodając, że choć mieli nadzieję, że nikt go nie odkryje, to podziemnymi przejściami nadal można było przejechać i odnaleziono okaleczone ciało.

Kiedy opowiada nam obrzydliwe szczegóły, mój telefon, który nagrywa jego rozmowę, zaczyna samowolnie się odblokowywać i blokować. Nie będę nic wytykał Františkowi i będę dalej słuchał. „Z tej kobiety została tylko młoda martwa dziewczyna” – stwierdza ze smutkiem.

Ponieważ słońce już zachodzi, namawia nas, abyśmy zobaczyli mury zamku. Kiedy „pełzamy” po obwodzie ruin, kozy biegną w naszą stronę. František wypędza je i informuje nas, że będziemy mieli towarzystwo w nocy.

Z narzędzi znajdujących się na zamku oceniamy, że nadal trwają prace nad jego restauracją. Przewodnik kieruje nas do kamiennej ściany, gdzie wskazuje szczelinę przypominającą zarys ludzkiej głowy. „Na tej ścianie wiszą różne obrazy. Zachowują się jak wyrzeźbione lub wypalone. Mogłyby wskazywać, że nasi przodkowie osiedlili się tu znacznie wcześniej, zanim zamek w ogóle istniał – wyjaśnia.

Na drugim końcu zamku wprowadzi nas do piwnicy. „Tutaj i w pokoju nad nami dzieją się wszystkie niewytłumaczalne rzeczy. Na piętrze znajdowała się kiedyś komnata królowej, w nocy nadal słychać z niej kroki” – zauważa František Kovár i dodaje, że pewnego dnia, gdy robotnicy pracowali na zamku, usłyszeli stąd płacz dziecka, chociaż dziecka nie było gdziekolwiek.

Wykonam zdjęcia podziemi i wszystkich zakątków zamku. Zawsze sprawdzam zdjęcia w galerii, które są ułożone sekwencyjnie od momentu uwiecznienia. Tym razem jednak mój telefon jest nietypowy i pokazuje mi zdjęcie metra, które zrobiłem o 20:00, a nie zdjęcie dziedzińca zrobione o 19:59.

Bardzo dziwne, myślę, kiedy František wyrywa mnie z zamyślenia i zaczyna: „Czasami panuje grobowa cisza, nie słychać nawet żywej duszy. Cisza jak w trumnie pomimo tego, że jesteśmy w lesie. Nie doświadczyłeś tego.”

Informuję go, że namiot rozbijemy bezpośrednio pomiędzy ścianami ruin, a nie pod zamkiem w pobliżu altanki, jak pierwotnie planowaliśmy. „Jeśli coś tu jest, chcemy to poczuć tak intensywnie, jak to możliwe” – bronię swojego pomysłu. Z wyrazu twarzy Františka widać, że tego nie aprobuje, i niechętnie kiwa głową. „Tylko po to, żeby cię tu jutro spotkać…” żegna się z figlarnym uśmiechem.







 

Jesteśmy otoczeni

 

Kiedy František Kovár opuszcza ściany, światło zaczyna zmieniać się w ciemność. Gdy tylko uda nam się postawić plecaki na ziemi, otacza nas około dziewięciu kóz, które chcą ukraść nasz bagaż. Chociaż ich przerażamy, uzależniają nas. Na początku sytuacja z uśmiechem zamienia się w trudną, bo robi się coraz ciemniej, a my nie mamy zbudowanego schronienia.

Zostajemy sami w zamku.

Z bagażami i namiotem biegniemy zatem na najwyższe piętro ruin, do wspomnianego pomieszczenia, które służyło za pokój królowej, wierząc, że kozy tu nie staną. Jesteśmy w błędzie. Gonią nas wszędzie.

Obładowani wspinamy się po cienkiej ścianie zamku, a na prawo od nas jest już tylko przepaść. Jeśli z tego spadniemy, najprawdopodobniej to już koniec. Kózkom jednak wysokość nie przeszkadza, a kiedy już w tym momencie zaczynają pchać się pod naszymi nogami, początkowa radość z ich obecności zamienia się w złość.

Przez drewniany dach przeskakujemy do wnętrza – najlepiej zachowanej części zamku, gdzie barykadujemy się ławkami przed naszymi zwierzęcymi przyjaciółmi. Zanim złapiemy oddech po trudnej ucieczce, słońce już całkowicie zajdzie.

Poza, w której spędziliśmy większość czasu na zamku.

Przez około godzinę walczymy w ciemności z namiotem jedynie przy słabym świetle latarki. Kiedy już go w końcu zbudujemy, przedzieramy się przez własne barykady na drewniany dach, z którego możemy obserwować zamek. Wiatr wzmaga się i zaczyna padać deszcz.

Pod osłoną nocy zamek Sasów zamienia się w zamek Drakuli.

Jest krótko po dziesiątej wieczorem, kiedy z latarką wyruszamy na pierwsze nocne zwiedzanie zamku. Bardzo ostrożnie przechodzimy przez niebezpieczną ścianę nad przepaścią, która od deszczu jest teraz nawet śliska. Z duszą na ramieniu jesteśmy zdeterminowani, aby wejść do zamkowej piwnicy. Mamy do tego miejsca jeszcze większy szacunek niż do jakiegokolwiek innego miejsca, jakie mieliśmy w przeszłości, ponieważ to jedyne miejsce, w którym dziwne rzeczy działy się z moim telefonem, gdy było jeszcze jasno.

Nieprzyjemny świst wiatru i szum nocnego lasu rozbrzmiewają po całym zamku. Na naszych oczach mamy scenerię wyciętą z gotyckiego horroru, której dopełnieniem jest także obecność kóz. Kiedy schodzimy pod ziemię, wszystko milknie. W grobowej ciszy, w której niemal słychać bulgotanie krwi w żyłach, czai się niepokój. „To prawie niemożliwe, że jest tu tak cicho, gdy zaledwie kilka metrów dalej szaleją wszystkie możliwe dźwięki i echa…” – myślimy, gdy nagle wyłącza się nam latarka. Uderzyliśmy w nią i znowu zaskoczyła. Mamy wrażenie, że coś jest zupełnie inne niż kilka sekund temu, ale nie potrafimy określić co.

Deszcz pada na nasze głowy, gdy przemierzamy kolejne części zamku, lecz nigdzie nie czujemy się tak jak w miejscu, w którym mamy spać i tuż pod nim. Obchód ponownie kończymy wspinaczką kaskaderską na ścianę nad przepaścią i zostaniemy na dachu na dłużej – na jednego papierosa.

Spacerujemy po zamku w deszczu.

Kiedy kucam pod ścianą, szukając osłony od wiatru, aby go zapalić, z pokoju, w którym śpimy, dobiega ogromny huk. Kozy niszczą nasz namiot? Czy wskoczą tam też od drugiej strony? Tam jest za wysoko... myślę i kieruję latarkę w dół. Kiedy próbuję spojrzeć ponad naszą barykadę, zaczyna migać, więc nic nie widzę. Paradoksalnie jak chcę nią zabłysnąć to nie świeci, jak potrząsnę to działa bez problemu. Po chwili przestaje migać, więc mogę sprawdzić nasze mieszkanie przez okna. Jest nietknięte. Następnie kozy biegną za nami z przeciwnej strony. Wszystkie. Dreszcz przebiega po moim ciele... „To nie mogli być oni. Na litość boską.

 

Coś nas tu nie chce

 

Zmoczeni postanawiamy resztę nocy spędzić w pomieszczeniu, w którym mamy namiot. Mówi się, że dzieje się tam najwięcej zjawisk paranormalnych. Choć jesteśmy schowani między ścianami, przez okna wpada więcej, niż się spodziewaliśmy. O braku wiatru możemy tylko pomarzyć.

Rozmawiamy przy oknie około półtorej godziny i co jakiś czas zaskakują nas nieprzyjemne dźwięki. Wszystkie jednak da się racjonalnie wytłumaczyć, choć trzeba przyznać, że w tym miejscu nasza psychika pracuje na pełnych obrotach. W końcu jesteśmy sami w deszczową noc w zamku owianym tajemnicą, a do towarzystwa służą nam jedynie nietoperze i nieznośne kozy.

Nasze skromne mieszkanie.

Około północy przerywa nam odgłos tupania. Brzmi to tak, jakby ktoś skoczył obiema nogami na drewnianą podłogę. Kiedy sprawdzimy oba pokoje latarką, nic nie znajdziemy. Kozy są daleko od nas i nie ma nikogo, kto mógłby to spowodować.

Śmiertelnie przestraszeni, znów siadamy przy oknie. Spokój jest tylko kilka minut stąd. Nie wiadomo skąd, około metra od nas, z sufitu spadają z ogromnym hukiem maleńkie kamienie. Zarówno ja, jak i mój towarzysz wyraźnie widzieliśmy, jak spadały prosto z góry na dół. Nad nami jest jednak solidny drewniany strop, więc to, co się właśnie wydarzyło, jest niemożliwe. Krew zamarza w żyłach i gdybyśmy mieli szansę, za chwilę byśmy stąd wypadli. A my tu jesteśmy w środku nocy, odcięci od świata, w deszczu i z rozbitym namiotem.

Świst wiatru cichnie w momencie upadku kamieni, ale zarejestrowanie go przez strach i ostatnie wydarzenia zajmuje nam trochę czasu. Z pokoju pod nami nagle wyraźnie słyszymy szczęk kluczy lub podobnego metalu i skrzypienie ogromnej bramy. Najgorsze jest to, że to pomieszczenie jest zupełnie puste i nie ma gdzie wydawać takich dźwięków. „Całą noc było cicho i nagle to? To niemożliwe” – mówię mojemu towarzyszowi. Obrzydliwe dźwięki nasilają się i po około dziesięciu minutach znów wbiegamy po ścianie do piwnicy. Nawet nie myślimy o tym, że latarka nie działa, dziwimy się, że znów zapada grobowa cisza. Przerażająca cisza grobu.

Gdy tylko wrócimy do namiotu, znów wyraźnie słyszymy dźwięki dochodzące z dołu. „Jakby coś nas tu nie chciało” – po tych wszystkich incydentach mózg opuszcza rozum i postanawiamy ukryć się w namiocie, gdzie czekamy do rana. Nie zamykamy oczu ze strachu. Kilka razy przerażają nas odgłosy tupania lub upadku z naszej barykady przed kozami. Za każdym razem, gdy sprawdzamy pokój, jest on nietknięty.

 

Oaza spokoju

 

Rano po nieprzespanej nocy opuszczamy namiot razem ze słońcem. Wskazówki zegara wskazują piątą, kiedy zaczynamy się pakować. Gotowi do wyjścia barykadujemy się i ku naszemu zaskoczeniu nigdzie nie widzimy kóz. Możemy jednak zobaczyć piękne widoki na zamek, które dał nam wschód słońca. Choć noc była przerażająca, ranek jest tu piękny.

Rano zamek zamienił się w oazę spokoju.

Zmęczeni i pozbawieni energii, jakby grupa upiorów się nami bawiła wracamy przez las do samochodu. Ta niezapomniana noc jakby odjęła nam dwa lata życia, a energię na cały tydzień. Duch ciemnych ruin nam zalazł za skórę tak, że jesteśmy przekonani, że będzie nas prześladował w snach jeszcze przez całe miesiące.

Źródło: https://refresher.sk/115883-Prespali-sme-na-hrade-Sasov-Dobrovolnici-tu-poculi-plac-deti-a-odfotili-nevysvetlitelne-siluety-Reportaz?fbclid=IwY2xjawEb1-FleHRuA2FlbQIxMAABHWiOJF05nNDbF-vdB5qA-s7ymfzMxRJRnZcK5aQWhB7nkBiDd4RdaBsT0g_aem_q0gCTlQNhOr4tEz_4jqLHA

Przekład ze słowackiego - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

 

wtorek, 11 kwietnia 2023

Cmentarne widziadła


 


Dina Kuncewa

 

Stary żydowski kirkut w Pradze liczy sobie 12.000 grobów, i jak dotąd pochowano tam 100.000 ludzi. Pochówki dokonywane były warstwowo. Najstarsze groby datuje się na 1439 rok.

Historiami o pokazywaniu się duchów i widm na cmentarzach dzisiaj nikogo nie zadziwisz: bo gdzież by się one nie miały pojawiać? Ale w tych miejscach dzieją się tak dziwne rzeczy, które jest bardzo trudno objaśnić.

 


Klątwa czarnego anioła

 

Na cmentarzu Oakland w amerykańskim mieście Iowa City (IA) można zobaczyć ogromny, 2,6-metrowy pomnik nagrobny z brązu poczerniałego od upływu czasu, wyobrażający anioła. Postawiono go w 1912 roku a wykonał go rzeźbiarz czeskiego pochodzenia Mario Korbiel i znany on jest jako Czarny Anioł. Pomnik jest otoczony zabobonami. Mówi się, że ktoś, kto ośmieli się go dotknąć – wkrótce umrze.

Jak głosi legenda miejska, pod płytą nagrobną znajduje się cała rodzina. Wiele lat temu, do miasta przyjechała niejaka Tereza Doleżal, z zawodu akuszerka, ze swym 18-letnim synem Eddim. W 1891 roku młodzieniec zmarł na zapalenie opon mózgowych i pochowano go na cmentarzu Oakland. Wkrótce jego matka przeniosła się do Oregonu mi wyszła tam za mąż za człowieka o nazwisku Nicholas Feldevert. Ale w 1911 roku jej nowy mąż także umarł.

Tereza sprowadziła prochy swego męża do Iowa City i zamówiła u rzeźbiarza Mario Korbiela nagrobek w kształcie anioła ze złocistego brązu. Mistrz wykonał zamówienie, ale nie wiedzieć dlaczego zrobiony przezeń anioł patrzył w ziemię, a nie do nieba, jak to jest powszechnie przyjęte. Kiedy mieszkańcy miasta zobaczyli pomnik, to od razu pojawiły się pogłoski, że jest z nim coś nie tak.

W 1924 roku zmarła Tereza Feldenevert. Jej zwłoki pochowano w tym grobie, w którym leżały już prochy syna i męża.

Z biegiem lat brąz poczerniał, co tylko dodało rzeźbie, co przydało jej jeszcze ponurej sławy. Wokół niej zaczęły krążyć różne mity. I tak, jeden opowiadał, że jakoby Tereza była wiedźmą i zaprzedała duszę diabłu. Drugi twierdził, że jakoby jej rodzice nie zmarli śmiercią naturalną, bo ona ich zabiła. Trzeci, że Tereza przeklęła swego męża i zdradziła go, ale nie wytrzymała tego i dlatego pomnik stał się czarnym. Chociaż istnieje także i taka legenda. Tereza wprost przeciwnie, była zacną niewiastą i bardzo była za swymi bliskimi. I dlatego po tym, jak ona zmarła i ją pochowano, oczy anioła poczerniały z żalu w ciągu jednej nocy.

Tym niemniej, wokół Czarnego Anioła krąży mnóstwo strasznych opowieści. Np. opowiadają o czterech młodzieńcach, którzy przyszli nocą na cmentarz i postanowili zbezcześcić pomnik sikając na niego. A kiedy wracali samochodem do domu, to mieli wypadek drogowy i wszyscy zginęli.

Druga tragedia miała jakoby związek z nastolatkiem, który z chuligańskich pobudek postanowił odciąć rzeźbie palec u ręki. Na drugi dzień utopił się w jeziorze, a odcięty palec jakimś sposobem powrócił na swoje miejsce.

Kilka lat temu na cmentarzu Oakland przebywali pracownicy TV realizujący program „Autostrada duchów” poświęconemu zjawiskom PSI. Oni przeskanowali Czarnego Anioła kamerą na podczerwień i odkryli, że rzeźba emituje ciepło. Przy tym nie wiadomo, skąd się ono brało – a to było w zimie…

 


„Diabelski fotel”

 

Na cmentarzu w mieście Cassadaga k./Orlando (FL) koło dwóch mogił jest zrobione z cegieł siedzenie podobne do fotela. Nazywają go fotelem diabła. Ciekawe jest to, że nagrobki na obu mogiłach zwrócone są ku temu obiektowi, a nie poza nim, jak każe tradycja.

A to nie jest takie proste. Istnieje gadka, że w każdą północ na tym „tronie” zasiada sam Szatan in persona. A jeżeli jakiś śmiertelnik usiądzie na tym fotelu po zachodzie słońca, to siła nieczysta zacznie szeptać mu w uszy różne głupoty, a nawet może pozbawić go rozsądku.

Nie wiadomo, jak to z tym jest, ale wiadomo iż jedno anomalne zjawisko ma miejsce właśnie przy „fotelu diabła”. Jeżeli zostawi się tam wieczorem zamkniętą butelkę z cieczą, to jej zawartość do rana zniknie! A do tego sama butelka pozostaje zamknięta!  

Eksperyment ten przeprowadzono niejednokrotnie. Prawdą jest, że anomalia ta jest obserwowana tylko w takim przypadku gdy napój jest zimny. Np. zimne piwo – Książę Ciemności bardzo go lubi…

Opowiadają także, że jak diabłu spodoba się ofiara, to on może nawet spełnić skierowane doń życzenie. Ale należy przemyśleć, czym może się skończyć ten kontakt z nieczystym.

A miejska legenda o pojawieniu się diabelskiego fotela w Cassadaga jest taka: w dalekim 1926 roku w mieście mieszkał pewien staruszek. Miał on już 90 lat, kiedy jego żona i niezamężna córka zginęły w czasie pożaru. Dziadek pochował swych bliskich, a następnie zbudował ten fotel z cegły obok ich grobów, by mógł ich opłakiwać. Chcąc do tego widzieć napisy na nagrobkach, on specjalnie obrócił je fasadą do fotela.

Zazwyczaj stary wdowiec przychodził na cmentarz wczesnym rankiem i schodził późnym wieczorem. Wiódł on długie rozmowy z żoną i córką, więc wszyscy doszli do wniosku, że staruszek zwariował.

I tak minął rok. Kiedyś w nocy grupa nastolatków w poszukiwaniu mocnych wrażeń poszła na cmentarz. Tam oni ujrzeli tego samego staruszka, tylko że on już nie siedział w swym fotelu, ale z zawodzeniem tarzał się po ziemi i wyglądał na wariata. Dzieciaki poszły na policję i tam opowiedziały, że na cmentarzu widzieli psychicznie chorego. Ale tam im powiedzieli, że parę dni temu nieszczęśnik oddał Bogu ducha. Biedak nie miał pieniędzy na porządny pogrzeb i pochowano go na koszt miasta i to w tej części cmentarza, gdzie chowano ubogich. Jak widać, dusza biedaka nie mogła znaleźć ukojenia – wszak rozłączyli go z rodziną!

Od tego czasu poszły słuchy o „fotelu diabła”. Mówiły one o tym, że staruszek zawarł pakt z diabłem żeby połączyć się z żoną i córką. Inne zaś, że staruszek przeklął ten fotel za to, że nie znalazł on środków, by się pochować z bliskimi. Trzecia pogłoska głosiła, że fotel ten postawiono na miejscu zwanym „punktem diabła” związanym z piekielnymi siłami.

Tajemnicę „diabelskiego fotela” próbowali rozwiązać różni śmiałkowie i badacze, ale póki co żadnemu się to nie udało.

 


Lalka-wampir

 

Niedawno mieszkanka brazylijskiego miasta São Paulo zobaczyła na cmentarzu, gdzie byli pochowani jej rodzice, siedzącą na nagrobnej płycie lalkę o dziwnym wyglądzie, odzianą na biało. Zęby w jej ustach były zaostrzone i wyglądały jak kły wampira. Ale najstraszniejszymi były jej czarne oczy, które jakby się poruszały. Obok zabawki stała dziecięca buteleczka zawierająca czerwoną ciecz podobną do krwi…

Kobieta zrobiła jej zdjęcie i wrzuciła je do Sieci. Wywołało ono ogromny rezonans. Wielu użytkowników Internetu nazwało tą zabawkę „lalką diabła”. Wprawdzie znaleźli się tacy, którzy uznali te ruszające się oczy za iluzję optyczną (jak zwykle).

Możliwe, że w samym fakcie pojawienia się tej lalki nie ma niczego niezwykłego. Niezrozumiałe jest, w jakim celu ktoś położył ją na tym grobie i kto to zrobił? Może to był jakiś magiczny czy satanistyczny rytuał? I czyja krew znajdowała się w buteleczce, jeśli to w ogóle była krew? I czy ta cała historia z lalką na cmentarzu – czyj to głupi żart?

 

 Płacząca dziewczyna

 

W kwietniu tego roku (2018), na cmentarzu Ułu w tureckim mieście Çorum, zaczęła pojawiać się po nocach jakaś dziewczyna, na oko w wieku 17-18 lat, ubrana w czerń i buty w kolorze jasnoczerwonym, która głośno płakała. Spotykano ją przy różnych mogiłach. Jedną z nich była mogiła niejakiej Fatimy S., która zmarła w 1982 roku.

Po tym jak dziewczyna pojawiła się w nocy na cmentarzu cztery razy pod rząd ogłaszając płaczem swe przybycie, miejscowi mieszkańcy wzburzyli się. No i słuchy o tych wydarzeniach doszły do urzędników. W rezultacie tego, na mogile Fatimy zostawili oni pismo do dziewczyny, w którym zaproponowano jej pomoc.

Piątego dnia na cmentarzu wystawiono policyjny dozór. Dziewczyna znowu przyszła, ale na widok policjantów zawróciła biegiem i policjanci nie mogli jej dogonić.

Na szóstą noc by zobaczyć dziewczynę na cmentarz przyszło ponad trzysta osób. Po tym jak policja zamknęła wszystkie wejścia, ciekawscy pragnęli przedostać się na teren cmentarza poprzez ogrodzenie używając drabin. Ale tajemnicza dziewczyna w tą noc się nie pojawiła. Niczego nie udało się ustalić co do jej tożsamości.

Miejski grabarz Emer Şen sądzi, że nieznajoma jest miejscową alkoholiczką, która przychodzi nocą na cmentarz by pić w samotności i koić swe skołatane nerwy. Inni zaś twierdzą, że jest ona po prostu chora lub ma problemy psychiczne. A jest i taki, który jest przekonany, że to nie jest człowiek z krwi i kości, ale duch który płacze po kimś tu pochowanym…

 

Źródło: „Tajny XX wieka” nr 31/2018, ss. 36-37

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas-Leśniakiewicz     

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Mieszkanie nr 42

 


Wiaczesław G. z Moskwy

 

W tym czasie mieszkałem w Woskriesieńsku a jeździłem pracować do Moskwy pociągiem. Mieszkałem na stancji. Gospodarze mi się podobali – małżeństwo nauczycieli w średnim wieku. Byłem singlem. Mieszkanie skromne, czyste, z czymś niezwykłym.

 

Totalny pech

 

Ale już od pierwszego dnia zaczęły się problemy. Naraz wszystko zaczęło się psuć: wyłączniki, kran, kuchenka gazowa. Krzesło złamało się prawie pode mną. Półka wisząca na ścianie spadła, kiedy byłem w pracy. Potem spadła na mnie firana do firanek, a potem doznałem porażenia prądem elektrycznym przy otwieraniu lodówki… a kiedy przekładałem rzeczy do szafy, to boleśnie zraniłem rękę. Cienka drzazga weszła mi wprost pod paznokieć.

I to wszystko w pierwszym miesiącu! Mieszkanie nr 42… Jakże pamiętam! Tyle kłopotów… Ktoś mógłby powiedzieć, że ja jestem niezdarny albo wprost pechowiec. Żeby tylko! Od dawna wynajmowałem mieszkania – tak już było. I nigdy nie miałem problemów. A tutaj psuło się wszystko po kolei, tak jakby ktoś umyślnie mi szkodził.

Nie jestem przesądny, ale miałem wrażenie, jakby ktoś w tym mieszkaniu mnie nie lubił. Coś mnie stamtąd najwyraźniej wyganiało. I miałem wrażenie, jakby cały czas mnie ktoś obserwował. Tak też bywa: czujesz na sobie czyjeś spojrzenie (jak np. w autobusie) obracasz głowę i widzisz, że na ciebie patrzy jakiś nieznajomy. I tak właśnie było w tym mieszkaniu. Nigdy bym nie pomyślał, że to jest prawdziwe!

 

Kocie „wizje”

 

 Jestem spokojnym człowiekiem, nie zadzierzystym. Ale w pewnym momencie spokój pryska, bowiem zaczynasz rozumieć, że ktoś cię naprawdę obserwuje. A sprawy się miały coraz gorzej i traciłem nad nimi kontrolę. A to kaloryfery nie grzały bez względu na początek sezonu grzewczego, a to drzwi wejściowe się zaklinowały i nie mogłem wejść do domu… No to już nie mógł być przypadek! 

W pokoju znajdowała się serwantka z dużym lustrem. Ono, nie wiedzieć czemu, mnie niepokoiło. Trudno to wyjaśnić. Po prostu patrząc na niego odczuwałem lęk. Gdzieś słyszałem, że zwierciadła są portalami do innego świata, i że „siły nieczyste” przy pomocy zwierciadeł przedostają się do nas. Nie wierzyłem w to, ale starałem się patrzeć w to lustro jak najrzadziej.

W ogóle przeżyłem tam dwa miesiące. Z sąsiadami jakoś nie spotykałem się. Ale zaprzyjaźniłem się ze swoim rówieśnikiem, który mieszkał dwa piętra wyżej. Fajny facet. Pewnego razu przyszło mu pójść na tydzień do szpitala, i on poprosił mnie, bym, doglądał jego kota. Przyniósł kupę kociego jedzenia, ręczników do toalety, itd.

Ja lubię zwierzęta. A kot był szykowny, tłusty. Ale od razu zaczął cudować. Leży, leży a potem wyskakuje i zaczyna syczeć. Patrzy gdzieś w kąt i syczy… on tam kogoś czy coś zobaczył i tak jakby próbował przegonić. Wyglądało to wszystko dziwnie. Zadzxwoniłem do jego właściciela do szpitala i opowiedziałem o kocich „widzeniach”. Paweł zdziwił się i powiedział, że jego kot nigdy czegoś takiego nie robił.

- On jest leniwy, przez całe dnie śpi. Jego w żaden sposób nie zaktywizujesz.

 

Kobieta w zwierciadle

 

Zapytałem, kto mieszkał wcześniej w moim mieszkaniu. Okazało się, że jakaś staruszka. Umarła ona rok temu. Jej syn z żoną to jego dzisiejsi właściciele. On sam niczego w moim mieszkaniu nie słyszał. Ale w rezultacie uciekłem stamtąd po kilku dniach. Pamiętam, że oddałem kota temu facetowi po jego powrocie ze szpitala, zjadłem kolację i poszedłem spać. Ale nie mogłem usnąć. Bezsenność! Wcześniej zasypiałem i spałem jak zabity, ale w tym mieszkaniu całkiem utraciłem sen. Tak więc wziąłem telefon komórkowy i leżąc w ciemnościach czytam wiadomości z pracy, SMS-y od przyjaciół. Odwracam głowę i widzę, że w tym zwierciadle na serwantce coś się świeci. Coś białawego. To coś się ruszało, jakby kołysało się. Było bardzo ciemno, ale ta plama się lekko świeciła.

Przyglądałem się temu i zrozumiałem, że to kobieta. Ona jakby wypływała z głębiny zwierciadła, stawała się bardziej masywną, gęściejszą i naraz zamarła w bezruchu. Na mnie patrzyła twarz staruszki.

Zapaliłem światło. Wydawało mi się, że ze strachu zaparło mi dech. A w lustrze nikogo już nie było.

Złapałem za telefon, ale potem pomyślałem: do kogo zadzwonię i co powiem? Rankiem pojechałem do Moskwy do pracy. Nastroiłem się na wieczorynkę z kolegami, u nich przenocowałem i załatwiłem sobie pieniądze na nowe mieszkanie i przeprowadzkę. Właścicielom mieszkania nr 42 skłamałem, że wyjeżdżam w sprawach służbowych na Ural.

Na nowym miejscu nic mi się dziwnego nie przydarzyło zadecydowałem, że przede wszystkim zmarła staruszka był mi nie rada i chciała mnie wyrzucić. Ona mnie przegoniła. Jak ktoś mi nie wierzy – jego sprawa…

 

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 35/2018, s. 24

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz     

sobota, 1 kwietnia 2023

Dobry duch hotelu „Czajka”



Jelena Ljakina

 

Jednym z najbardziej znanych duchów Jarosławia jest kareta Birona, który przybył do tego miasta po śmierci Anny Joannownej. Najczęściej można ją napotkać nocą na ulicy Wołżańskiej Nabrzeżnej.

Parę lat temu, w Jarosławiu miało miejsce historyczne wydarzenie – został wyburzony hotel Czajka – znany pomnik radzieckiego budownictwa. Legendarny, opuszczony budynek, który wznosił się przy centralnej magistrali miasta przez ponad pół wieku i w tym czasie dorobił się własnych duchów.

 

Szary cień

 

To zdumiewające, ale widmowy mieszkaniec wspomnianej Czajki zawsze cieszył się w Jarosławiu wielkim szacunkiem. Poza tym, wśród mieszkańców miasta był on nierzadko nazywany ratownikiem, i tak właśnie od czasu do czasu ów duch działał. Przykładem może być następujące zdarzenie.

Około 10 lat temu, entuzjaści paintballa postanowili rozegrać w opuszczonym budynku kolejny turniej. W toku turnieju jeden z uczestników znalazł się na I piętrze głównego budynku. Ostrożnie przekradał się po zagraconym korytarzu, kiedy naraz przed nim zamajaczył szary cień. Gracz zamarł na miejscu i naraz przed jego oczami szary cień przekształcił się w chudego człowieka z twarzą o kolorze popiołu. Nieznajomy próbował coś powiedzieć, ale dlaczegoś nie mógł i po prostu pokazał ręką na podłogę korytarza, a potem… rozwiał się w powietrzu. Kiedy mężczyzna ostrożnie podszedł do tego miejsca wskazanego przez widmo, to zobaczył tuż pod nogami dziurę sięgającą do parteru, na podłodze której leżały kawały betonowego gruzu ze sterczącymi z nich fragmentami armatury.

 

Prezent na Olimpiadę

 

Podobnych historii w Jarosławiu można usłyszeć niemało, a oto w 1976 roku, kiedy rozpoczynała się budowa Czajki, to nikt nawet nie mógł przypuszczać, że jej jedynym stałym i wiecznym mieszkańcem będzie dobry duch.

Nowy hotel otrzymał swoją nazwę na cześć znanej radzieckiej „Czajki” – pierwszej kosmonautki Walentyny Tierieszkowej, która urodziła się w Jarosławiu, i powinien być prezentem dla miasta z okazji otwarcia XXII LIO 1980 w Moskwie. Oczywiście by zadziwić zagranicznych gości postanowiono go zbudować z nieradzieckim rozmachem. Czajkę początkowo zaplanowano na 516 pokoi hotelowych, które miałyby się znaleźć na 14 przestrzennych piętrach. Przy czym na ostatnim piętrze znajdowały się dwupokojowe apartamenty, co w Związku Radzieckim było czymś nader rzadkim.

Poza tym na dachu hotelu znajdowała się kawiarnia i platformy widokowe, zaś piwnicach punkty obróbki i powielania zdjęć. A do tego wszystkiego kort tenisowy i ogromna restauracja, kręgielnia, sala do tańca i klub bilardowy. A po pewnym czasie do hotelu planowano dobudować teatr operowy, kompleks wystawowy i nawet… pałac ślubów.

Jednakże Czajka była postawiona w połowie. Jedną z przyczyn niedokończenia budowy był typowy dla radzieckich lat niedostatek finansowania, drugą – ruchomy grunt…

Rzecz w tym, że projektanci Czajki nie korzystali z doświadczeń przeszłości. Jeszcze w końcu XVIII wieku, kiedy ta dzielnica Jarosławia została oddana deweloperce wedle regularnego planu, generał-gubernator miasta Pietr Łopuchin wstrzymał zabudowę. Powodem była ruchomość gruntu i wysoki poziom wód gruntowych.

 

Nowe projekty

 

Ale nie patrząc na ten groźny czynnik, w 1985 roku władze miasta zdecydowały się na budowę Czajki, jednakże jej projekt został skorygowany. Tym razem postanowiono zbudować dziesięciopiętrowy hotel i postanowiono zlikwidować kawiarnię na dachu i inne „burżuazyjne” pomysły. Ale nawet w najbardziej uproszczonym wariancie hotel nie został zmodernizowany. Zatem w 2003 roku ojcowie miasta, o nie latającej Czajce jakby zapomnieli. I tak znaną „rzecz zapomnianą” postanowiono odbudować w duchu nowej epoki. Nowy, zatwierdzony projekt proponował zmniejszenie jej do trzech pięter, ale za to miało tam być centrum handlowe, a także dobudować kilka jednostek, w których mogły rozmieścić się wszelkie biura.

Te plany także nie wypaliły, a w 2008 roku postanowiono zburzyć budynek. A jednak mimo tej decyzji, Czajka jeszcze przez 10 lat pozostawała najbardziej znaną porzuconą konstrukcją w Jarosławiu.

 

„Ratownik” Andriuszeka

 

Sławę hotel zdobył dzięki swemu własnemu duchowi – Andriuszence.  Należy powiedzieć, że takie imię stały rezydent Czajki otrzymał w niezwykły sposób.

Zgodnie z legendą miejską, imię Andriej nosił student Instytutu Pedagogicznego, którego widmo błąkało się po piętach nieukończonego hotelu. Na początku lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to budowę Czajki zamrożono, ona z miejsca przekształciła się w miejsce młodzieżowego spędzania czasu. I oto Andriej pewnego pięknego wieczoru umówił się na randkę z pewną dziewczyną. Jednakże młodzieniec przybył wcześniej niż jego ukochana, i żeby nie tracić czasu, postanowił obejrzeć budynek. Co się z nim stało w pokojach Czajki, historia milczy, choć dziewczyna tego wieczoru nie doczekała się swego kawalera.

Obrażona wróciła samotnie do domu, zaś ciało Andrieja znaleziono po paru dniach w szybie windy… Sądząc z tego wszystkiego, pamiętając o wszystkich swych błędach w czasie życia, duch młodzieńca postanowił zamieszkać w porzuconym budynku i ostrzegać innych „badaczy” przed niebezpieczeństwami czyhającymi w jego pokojach i korytarzach.

Tak więc wielu młodych miłośników ekstremalnych przygód opowiadali, że kiedy oni zaszli w niebezpieczne strefy budowli, przed nimi naraz pojawiał się nieszczęsny student. Widmo zastępowało im drogę, machało rękami i za wszelka cenę starało się zwrócić na siebie uwagę. Kogo by nie przestraszyło pojawienie się półprzezroczystej postaci z szarą twarzą? Naturalnie wszyscy wielbiciele ekstremalnych przygód spieszyli zabrać się stamtąd i tym samym ratowali swe życie.

Wiadomo, że Andriuszeńka pojawiał się przy dziurach i szczelinach w podłodze, a także przy szybach wind, gdzie nieostrożni poszukiwacze przygód mogli wpaść.

Jednakże jest w „karierze” ducha takie wydarzenie. Kilka lat temu, stróż nie-dobudowy przyjął na klatę takie wydarzenie, a mianowicie – wybrał się na obchód powierzonego jego pieczy obiektu. Kiedy tylko wypity alkohol wniósł swe korekty do marszruty obchodu, on sam nie wiedząc jakim cudem, stwierdził iż znalazł się na jednym z górnych pięter. Wyjść stamtąd było niełatwo, ale dzięki drobnemu, chudemu młodzieńcowi, który ukazał się w odpowiednim miejscu i czasie, i nie wiadomo czemu odzianego w koszulkę i dżinsy pomimo zimnej nocy. Pomógł on stróżowi zejść na dół, doprowadził do pakamery i nawet położył spać, zapobiegliwie przykrywszy go kocem.

O swej przygodnie mężczyzna opowiedział przyjaciołom i znajomym. I chociaż wielu z nich podśmiewało się z tego nazywając tą historię pijaną brednią, ale byli i tacy, którzy nie mieli wątpliwości, że pomógł mu właśnie Andriuszeńka.

 

Co z nim będzie?

 

I tak oto dziś słynna Czajka została rozebrana do fundamentów. Jeżeli wierzyć reklamie, minie niewiele czasu, a nam jego miejscu pojawi się nowy Park Informatyczny – rzecz bezsprzecznie pożyteczna i potrzebna. Ale czy wśród tych wszystkich nowoczesnych technologii i urządzeń znajdzie się miejsce dla przyjaznego ducha, który ratował ludzi na przestrzeni dziesiątków lat?

Pozostaje mieć nadzieję, że Andriuszeńka przeniesie się do innej zapomnianej budowli tam będzie ratował nieopatrznych zwiedzających.

 

Moje 3 grosze

 

A może Andriuszeńka zmieni branżę i przeniesie się w e-świat i będzie ratował małolaty przed jego zgorszeniem i innymi niebezpieczeństwami Internetu? Dlaczego nie? Wszak widma to zjawiska energetyczne i jako takim będzie im łatwiej przenieść się w cyberprzestrzeń. Kto wie, czy takie duchy nie opanowały już jakiejś chmury i właśnie na Ziemi tworzy się elektroniczna skorupa astralna alias Kronika Akaszy? Takie coś jest dopuszczalne i wcale możliwe…

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 1/2019, ss. 36-37

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas-Leśniakiewicz