Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofy nuklearne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofy nuklearne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 czerwca 2021

Nasza nowa książka

 


Właśnie pojawiła się książka naszej spółki autorskiej Bednarz - Jesenský - Leśniakiewicz pt. „Piekielne katastrofy nuklearne”. W książce tej opisano co ciekawsze katastrofy i wypadki urządzeń jądrowych, które miały miejsce od 1945 roku, a nawet wcześniej.

Hanford, Three Mile Island, Czarnobyl, Fukushima... Większość Czytelników zna te nazwy i wie, co tam się stało. Ale są także inne nazwy innych miejscowości, w których zdarzyły się katastrofy nuklearne, z których każda mogłaby się skończyć straszliwą masakrą - w tym III Wojną Światową. I o tym właśnie traktuje nasza monografia.

czwartek, 14 stycznia 2021

Styczniowe katastrofy nuklearne

 

Flota samolotów bombowych B-52 do przenoszenia bomb i rakiet A i H...

Stanisław Bednarz

 

Styczeń to miesiąc specyficznych rocznic, gdy świat o mało nie stawał  w obliczu nie kontrolowanego wybuchu bomby wodorowej. 

60  lat temu, 24 stycznia 1961 r., w rejonie miejscowości Goldsboro w Północnej Karolinie, rozbił się B-52, przenoszący dwie bomby termojądrowe.

57 lat temu, 13 stycznia 1964 r. w Cumberland w stanie Maryland w Stanach Zjednoczonych rozbił się kolejny B-52, z dwoma  bombami  termojądrowymi.

17 stycznia 1966 r., do podobnej katastrofy doszło w rejonie Palomares w Hiszpanii, gdy B-52 z czterema bombami termojądrowymi (i prawdopodobnie z 2 pociskami rakietowymi z głowicami jądrowymi) rozbił się podczas tankowania.

21 stycznia 1968 r. B-52, z czterema tego typu bombami, rozbił się u wybrzeży Grenlandii.

We wszystkich opisanych przypadkach szczęśliwie nie doszło do katastrofy nuklearnej, jednak w trzecim i czwartym miało miejsce skażenie. Wszystkie te katastrofy miały związek z operacją amerykańskich sił powietrznych polegających na utrzymywaniu alarmowej gotowości bombowców strategicznych, patrolujących w powietrzu z bronią jądrową. W jej ramach, samoloty B-52 wykonywały długotrwałe loty – nad obszarem Alaski, Kanady,  Arktyki, Grenlandii. 

Intensywna eksploatacja samolotów, musiała doprowadzić do wypadków, Katastrofa pod Goldsboro. Nocą z 23 na 24 stycznia 1961 r., po starcie z macierzystej bazy w Goldsboro w Karolinie Północnej, samolot B-52G z ośmioosobową załogą, rozpoczął tankowanie w powietrzu. W trakcie tej operacji dostrzeżono wyciek paliwa ze zbiornika skrzydłowego. W tej sytuacji pilot przerwał tankowanie i skierował się na specjalną trasę okrężną, Jednak wyciek coraz bardziej się powiększał. Na podejściu do bazy piloci stracili panowanie nad samolotem, który przechylił się na skrzydło. W tej sytuacji, na wysokości ok. 2700 m dowódca wydał rozkaz zrzutu nieuzbrojonych bomb, a następnie katapultownia załogi. Ta ostatnia czynność udała się tylko sześciu członkom załogi, z których jeden zginął w wyniku. Bombowiec rozbił się na plantacji tytoniu ok. 19 km na północny zachód od Goldsboro. Jednej z bomb otworzył się po zrzuceniu spadochron hamujący (lotnicze bomby jądrowe zwykle zrzucano na spadochronach, aby samolot miał czas odlecieć poza pole rażenia wybuchu). Opadła ona bezpiecznie i zawisła na drzewie. W drugiej z bomb spadochron się nie otworzył, w wyniku czego zaryła się z prędkością ok. 310 km/h w błotnistym gruncie na głębokość ok. 55 m, sama bomba rozpadła się. Według oficjalnej wersji bomby opadły na ziemię bezpiecznie. Jednak w 2013 r. Departament Obrony USA odtajnił dokumenty, z których wynikało, że w przypadku bomby, która opadła na spadochronie, z 6 systemów zabezpieczających 5 zawiodło, a przed uruchomieniem sekwencji detonacji ochronił ładunek tylko zwykły bezpiecznik elektryczny. Również bomba, która zaryła się w glebie, opuściła samolot częściowo uzbrojona. Ze względu na podmokły grunt z ziemi wydobyto jedynie jej część, resztę (w tym ładunek uranu i człon termojądrowy) zasypano, a wojsko wykupiło teren w promieniu 120 m.




Katastrofa pod Cumberland. 13 stycznia 1964 r. B-52 powracał do Albany w Georgii po odbyciu długiego patrolu aż nad Europą. Na pokładzie znajdowały się dwie bomby, typu Mk-39. W rejonie Cumberland w stanie Pennsylvania samolot wpadł w silne turbulencje, w wyniku których samolot utracił statecznik pionowy. W tej sytuacji dowódca wydał rozkaz opuszczenia samolotu. Udało się to tylko 4 członkom załogi. Samolot wraz z operatorem radaru i bombami rozbił się w rejonie góry Savage. Spośród czterech członków załogi, którzy się katapultowali, strzelec i nawigator zmarli z wyniku wyziębienia, natomiast pilot i drugi pilot dotarli do siedzib ludzkich. Wrak samolotu gdy go odnaleziono  był przykryty 40-centymetrową warstwą śniegu. Obie bomby przetrwały.





Bomba wodorowa z Palomares

Najbardziej znany wypadek – katastrofa pod Palomares, dnia 17 stycznia 1966 nad wybrzeżem Hiszpanii. Samolot B-52 z czterema bombami termojądrowymi wykonywał lot po trasie która wiodła nad Morzem Śródziemnym Samolot rozpoczął tankowanie paliwa. Doszło do  zderzenia z latającym tankowcem KC-135. Bombowiec doznał uszkodzeń i rozbił się. Jedynie 4 członków załogi zdołało się katapultować. Spośród czterech bomb, trzy upadły na ląd, a jedna wpadła do morza. Bomby rozbiły się w rejonie wsi Palomares w Almeríi. W dwóch z nich eksplodował konwencjonalny materiał wybuchowy powodując rozrzucenie plutonu w promieniu ok. 500 m i skażenie Armia amerykańska objęła kontrolą teren.Wywieziono kilkaset ton skażonej ziemi. Problemem okazało się znalezienie czwartej, bomby. Na jej poszukiwanie ściągnięto okręty 6. Floty USA. Kluczowe okazały się zeznania hiszpańskiego rybaka Francisco Orts-Simo, który widział upadek bomby. Bombę ostatecznie odnaleziono po 81 dniach poszukiwań, była nieuszkodzona. Jednak podczas próby podniesienia z dna przez batyskaf została ona upuszczona. Ostatecznie podniesiono ją dopiero 7 kwietnia przy pomocy zdalnie sterowanego pojazdu DSV CURV. O wypadku poinformowały obszernie francuskie media. Stało się to przyczyną skandalu międzynarodowego.





Katastrofa na Grenlandii i trasy lotów patroli z bombami A i H

Katastrofa na Grenlandii. 21 stycznia 1968 r. samolot bombowy B-52 przenosił cztery bomby termojądrowe typu o mocy wybuchu 1,1 Mt każda. Po starcie trzeci pilot umieścił przeszkadzającą mu piankową poduszkę w pobliżu kanału grzewczego. Podczas krążenia nad Zatoką Baffina doszło do awarii systemu grzewczego. W efekcie w samolocie zrobiło się niezwykle gorąco i doszło do zapalenia poduszki. W kabinie wybuchł szybko pożar, wnętrze wypełniło się trującym dymem. Przestała działać instalacja elektryczna i sterowanie. Kapitan wydał rozkaz katapultowania. Samolot runął na lód ok. 12 km od bazy Thule – dziś Quaanaag. W bombach eksplodował konwencjonalny ładunek, rozrzucając pluton i powodując skażenie. Jednocześnie temperatura wywołana przez pożar paliwa spowodowała stopienie lodu i zatonięcie wraku. Natychmiast rozpoczęto akcję ratowniczą i poszukiwanie wraku, uratowano trzech członków załogi, a po 23 h odnaleziono drugiego nawigatora. Jeden poniósł śmierć, okazało się, że miejsce zostało pokryte kożuchem rozlanego paliwa lotniczego skażonego z bomb, wysokie było stężenie plutonu. Warunki pracy były b. ciężkie, temperatura wynosiła -40°C. Usunięto ok. 92% skażonych elementów. Jednak, pomimo poszukiwań, nie odnaleziono pozostałości jednej z czterech bomby termojądrowej, która najprawdopodobniej zatonęła wraz z samolotem. Odtąd wstrzymano stałe dyżury samolotów z podwieszoną bronią jądrową. Cała sytuacja spowodowała także prawdziwe trzęsienie ziemi w Danii, do której należała w tym czasie Grenlandia, i innych krajach skandynawskich.

 

Moje 3 grosze

 

Rzecz jest bardzo ciekawa. Oczywiście nie są to jedyne wypadki z bronią jądrową i instalacjami nuklearnymi. Tak się składa, że mamy przygotowaną do wydania książkę pt. „Piekielne katastrofy nuklearne”, która ukaże się wkrótce, a którą polecamy! A oto projekt okładki:



niedziela, 7 kwietnia 2019

Nie tylko Czarnobyl: kapsuły śmierci


Pokojowy atom wcale nie jest taki bezpieczny jak nam to wmawiają niektórzy uczeni oraz energetyczne i atomowe lobbies...


Walerij Nikołajew


W niektórych urządzeniach przemysłowych znajdują się detale zawierające radioaktywne elementy. Przez niefrasobliwość ich użytkowników te „błyszczące drobiazgi” gubią się i znajdują się na wysypiskach śmieci, w rękach dzieci i złomiarzy, a nawet na ścianach naszych domów. Następstwa, jak zwykle, utajniają się, bez względu na ich tragiczny charakter.


Przeklęte mieszkanie


Do tego domu w Kramatorsku (Obwód Doniecki) szczęśliwi nowi mieszkańcy przybyli w 1980 roku. Ale radość ich była niedługa. W ciągu roku, u jednej z gospodyń jednego z nowych mieszkań zdarzyło się nieszczęście: naraz zmarła córka. Do zmiany mieszkania ona była kwitnącą, odznaczającą się doskonałym zdrowiem dziewczynką, a po zmianie mieszkania zaczęła chorować i gasnąć. Po roku zmarł także i syn, a w ślad za dziećmi poszła także i matka.

Mieszkanie krótko było puste. Władze miejskie oddały je innej rodzinie, w której także było dziecko. Wkrótce zachorowało i zmarło.

W domu tym, a potem i w całym mieście poszły plotki o zaczarowanym mieszkaniu, na które rzucono śmiercionośna klątwę. Ale ojciec dziecka wyjaśnił, że wszyscy zmarli w tym mieszkaniu mieli jedną diagnozę – rak krwi. To nie mogło być przypadkiem i mężczyzna zaczął pukać do drzwi wysokich urzędników domagając się zbadania wszystkich dziwnych przypadków śmierci.
Po całym szeregu pism i odwołań, w 1989 roku w mieszkaniu pojawili się dozymetryści. Ku swemu przerażeniu odkryli oni, że poziom radiacji przewyższa tam wielokrotnie wszelkie normy. Zaczęli szukać źródła – i w jednej ze ścian znaleźli zamurowaną miniaturową kapsułę. Badanie laboratoryjne wyjaśniło, że zawiera ona radionuklid 137Cs* i była ona częścią budowlanego przyrządu pomiarowego – poziomicy. Według danych zamieszczonych na kapsule ustalono przedsiębiorstwo, które użytkowało ten przyrząd i wyjaśniono w jaki sposób radioaktywny element znalazł się w mieszkaniu.

Te niewinnie wyglądające kapsułki z radionuklidem cezu stanowią całkiem realne i śmiertelne niebezpieczeństwo

Niedaleko od Kramatorska znajduje się Karanskaja Kopalnia Odkrywkowa, skąd wożono piasek i żwir na place budowy. Tam jeszcze w latach 70-tych jeden z robotników zagubił radioaktywną kapsułę. Szukano jest przez cały czas, ale to tak, jakby szukać igłę w stogu siana. Obszar kopalni jest ogromny, a kapsuła miała długość centymetra… - dlatego wreszcie machnęli na to ręką i wkrótce zapomniano o tym incydencie. A w 1980 roku, łyżka koparki wraz z piaskiem wydobył tą zagubioną kapsułkę, którą potem wrzucono do betoniarki i w końcu wmurowano w ścianę jednego z nowych domów.

Śledztwo wykazało, że wskutek potwornej niefrasobliwości, której dopuścili się pracownicy kopalni, poza czterema mieszkańcami „przeklętego mieszkania” zmarły na choroby onkologiczne jeszcze dwie osoby, mieszkające w sąsiednich mieszkaniach, a reszta rodzin otrzymała różne dawki promieniowania i wielu z nich zostało inwalidami.

Podobne zdarzenie miało miejsce w dniu 17.VII.2001 roku w Moskwie. 10-letni Dima Gromow zobaczył u swego kolegi mieszkaniowy dozymetr do mierzenia promieniowania. Zachciało mu się przeprowadzić eksperyment – zmierzyć poziom promieniowania w swoim mieszkaniu. Kolega pożyczył mu przyrząd, chłopiec przyniósł go do domu, włączył i spróbował dokonać pomiarów i nieoczekiwanie odkrył, że strzałka przyrządu znalazła się poza skalą. Przerażeni rodzice natychmiast wezwali specjalistów. Dozymetryści pod listwami podłogowymi znaleźli kapsułkę ze źródłem promieniowania. Wywieźli ją w specjalnym kontenerze. Gromowych i sąsiadów z dołu zabrano do szpitala. Badania i analizy wskazały na niewielkie podwyższenie poziomu radioaktywności w ich organizmach i na szczęście – nie stwierdzono symptomów choroby popromiennej. Jak radioaktywna kapsułka trafiła do zwykłego, moskiewskiego mieszkania, do dziś dnia pozostaje zagadką.


Cez w buciku


2.III.1982 roku, we wsi Nowo-Ukrainskoje (Krasnodarski Kraj) budowano gazociąg. Szczelność rur i poszukiwań w nich szczelin i pęknięć sprawdzano defektoskopami – czyli aparatami rentgenowskimi. Idąc na obiad, budowlańcy pozostawili aparat na budowie. W tym czasie ze szkoły wracali starszoklasiści. Zobaczywszy jakieś dziwne urządzenie, o nieznanym przeznaczeniu, postanowili się nim pobawić i go rozbili niechcący. Przestraszyli się i uciekli z miejsca zdarzenia.

A w ślad za nimi ze szkoły szał 8-letnia Ira Korduganowa z koleżanką. Przechodząc koło budowy zobaczyła jakiś mały, błyszczący przedmiot. Pomyślała, że to jakaś część samochodowa i podniosła ją – a nuż się przyda tacie…

A że rodzice byli w pracy, to Ira nie śpieszyła się do domu. Przez 1,5 godziny spacerowała sobie z radioaktywnym cezem w rękach. Zobaczywszy chłopców przestraszyła się, że odbiorą jej nową zabawkę i włożyła kapsułkę do bucika. W domu oddała ją ojcu, a ten machinalnie wrzucił ją do części zamiennych.

Tymczasem ujrzawszy zepsuty defektoskop i brak niebezpiecznej części, gazowcy podnieśli alarm. Ale poszukiwania niczego nie dały i trwały tylko dobę.
- Przyszedł do nas dzielnicowy – opowiada Ira Korduganowa.On obchodził wszystkie domy i rozpytywał tatę, czy nie przyniósł takiego małego żelaznego przedmiotu. Tata wyjął radioaktywne detal i zapytał „Czy to?” Ten wzruszył ramionami i odpowiedział, że nie wie, jak ona powinna wyglądać, wziął to w ręce i wywiózł. Po tym przyszło do nas wielu ludzi, jakichś śledczych z obwodu i od tego się wszystko zaczęło…

Irę szybko dostarczono do Moskwy, a w ciągu 10 dni na jej ręce i nodze pojawiły się oparzenia promieniste. Dziewczynkę udało się uratować, ale do 14-tego roku życia przebywała w szpitalu przez 2-3 miesiące każdego roku.

Zewnętrzne symptomy choroby popromiennej

Irina szczęśliwie wyszła za mąż i urodziła czworo zdrowych dzieci. Ona wciąż wspomina o tym, ze była chora na chorobę popromienną. Ale swoim wnukom surowo zakazała podnosić na ulicy jakieś nieznane, metalowe przedmioty.  


Śmiertelne polowanie na metale kolorowe


W 1999 roku, w Obwodzie Leningradzkim, złomiarze zbierający metale kolorowe rozebrali RITEG[1] zabezpieczający energię elektryczną dla radiolatarni. Źródło promieniowania stront-90 – 90Sr* - zostało znalezione 50 km od miejsca kradzieży na przystanku autobusowym w mieście Kingiseppe. W rezultacie trzech złodziei z gangu złomiarzy zginęło.

Podobne wydarzenie miało miejsce w dniu 12.III.2003 roku, w tymże Obwodzie Leningradzkim, na przylądku Pichlisaar, w okolicy wsi Kurgołowo. Złomiarze tam także rozebrali RITEG, kradnąc pół tony nierdzewnej stali, aluminium i ołowiu, zaś źródło radioaktywności rzucili na lód, w odległości 200 m od radiolatarni. Gorąca kapsuła z radioaktywnym strontem przetopiła warstwę lodu i opadła na dno morza. Intensywność promieniowania gamma, które wydzielała wynosiła 30 R/h (0,3 Sv/h). Należy przypuszczać, że złodzieje otrzymali śmiertelne dawki promieniowania.

Ta historia ma swój ciąg dalszy. Jak podały niektóre media:
W dniu 28 marca, radioaktywny element został wydobyty przy pomocy zwyczajnej łopaty i wideł na długich styliskach i dostarczony do drogi w odległości kilku kilometrów na zwykłych sankach, gdzie załadowano go do ołowianego kontenera. Osłona biologiczna, w której znajdował się stront nie była uszkodzona. Po czasowym przechowaniu go w zakładzie „Radon”, potem cylinder przetransportowano do WNIITFA.[2]  

Dnia 27.XII.2001 roku, trzech mężczyzn znalazło w porzuconej radzieckiej bazie wojskowej, znajdującej się w lesie 27 km od wioski Lija w zachodniej Gruzji, dwa RITEG-i. Oni usunęli z nich osłony biologiczne, by dostać się do środka i zabrać znalezione w nich materiały w charakterze złomu. Wszyscy trzej poczuli niedomaganie od promieniowania w parę godzin i musieli porzucić swoje znalezisko na poboczu górskiej drogi. Jednakże poszukiwania i zabranie źródeł niebezpiecznego promieniowania trwało do wiosny, bowiem w międzyczasie przysypał je śnieg.

Goiańska favela, która została skażona radioaktywnym cezem-137...

Niebieska poświata


W dniu 13.IX.1987 roku, w brazylijskim mieście Goiania dwóch złomiarzy  znalazło w opuszczonej klinice medycznej, skąd przywlekli stalowy kontener z radioaktywnym proszkiem – cezem-137. Przynieśli go do domu. I tego samego dnia u obu pogorszyło się samopoczucie, zaczęły się nudności i wymioty. Po pięciu dniach kontener sprzedano złomiarzowi, który w nocy zauważył niebieską poświatę wychodzącą z niego. Przez trzy dni zapraszał do siebie swoich kumpli pokazując im niezwykłe zjawisko. Mało tego, gospodarz otworzył kontener i zaczął rozdawać wysoce radioaktywny biały proszek ludziom jako prezenty! Ludzie nanosili go sobie na skórę, starając się zaskoczyć swych znajomych na wieczornych posiadach, stawiali na stole obok jedzenia… 

Do dnia 28 września, kiedy u wszystkich kontaktujących się z radioaktywnym proszkiem pojawiły się poważne problemy ze zdrowiem, żona złomiarza zawiozła resztki proszku rejsowym autobusem do najbliższego szpitala.

29 września w mieście zaczęły się zmasowane działania w związku ze skażeniem radioaktywnym. Na stadionie w Goianii zgromadzono 112.000 mieszkańców miasta. Znaleziono 249 osób z porażeniami promienistymi, a 5 z nich zmarło. W 85 domach w Goianii było wykryte skażenie promieniste, a 7 z nich trzeba było wyburzyć.

...i dekontamitacja skażenia promienistego tamże... 

W ciągu półtora miesiąca zabrano i umieszczono w mogilnikach 350 m³ skażonego radioaktywnie gruntu.[3]

Poważnie ucierpiała na tym gospodarka miasta i stanu Goias. Produkcja z Goianii nie znajdowała zbytu – kupcy bali się radiacji. Padł przemysł turystyczny. Doprowadziło to do spadku produktu globalnego w stanie Goias o 15%. Potrzeba było pięciu lat, by wszystko wróciło tam do stanu sprzed katastrofy.


Źródło – „Siekrietnyje archiwy”, nr 11/2018, ss. 28-29
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz        


       


[1] RadioIzotopowy TermoElektryczny Generator.
[2] Wszechrosyjski Naukowo-Badawczy Instytut Technicznej Fizyki i Automatyzacji .
[3] Była to katastrofa o INES 5. 

piątek, 29 marca 2019

Złowrogi pokojowy atom




Walerij Jerofiejew


Promieniowanie kosmiczne zatrzymuje warstwa ozonowa chroniąc tym samym życie na naszej planecie. A oto promieniowanie z głębin Ziemi może mieć różne poziomy, w zależności od zawartości w skałach radu (Ra), uranu (U) i toru (Th).

Po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej nasz stosunek do pokojowego atomu zmienił się kardynalnie. Teraz nie uważamy go za takiego bezpiecznego i nieszkodliwego przyjaciela człowieka, jak to było w czasach radzieckich. W epoce głasnosti nieoczekiwanie dla siebie odkryliśmy, że jak się okazuje, do czasu katastrofy CzEJ w przedsiębiorstwach i naukowych centrach ZSRR nieraz zdarzały się wypadki nadzwyczajne, związane z operowaniem materiałami radioaktywnymi i technologiami. I nie kończyły się one tylko stratami materialnymi, ale i ofiarami w ludziach.


Likwidatorzy z „Krasnowo Sormowa”


Jedna z najbardziej poważnych tragedii tego rodzaju miała miejsce w dniu 18.I.1970 roku w fabryce „Krasnoje Sormowo” (wtedy w Gorkowskim Obwodzie – teraz w Niżniegorodskim), gdzie był budowany siódmy z rzędu atomowy okręt podwodny projektu 670 Skat.[1] W czasie prób hydrodynamicznych rozruchu siłowni okrętu doszło do nieoczekiwanej samowolnej aktywacji reaktora WM-4. Przez 10-15 sekund pracował on na zadanej mocy, a potem doszło w środku do wybuchu termicznego i reaktor częściowo się rozerwał. Bezpośrednio wskutek wybuchu zginęło 12 monterów. W pomieszczeniu tym znajdowało się jeszcze 150 robotników, zaś za cienkim przepierzeniem jeszcze około 1500 osób. Wszyscy oni wpadli pod radioaktywny wyrzut, którego średni poziom promieniowania sięgał 60 kR/h[2] czyli 75 kCi.[3]

Skażoną miejscowość wokół przedsiębiorstwa udało się jakoś ukryć ze względu na tajność tego miejsca, ale w sam moment awarii nastąpił zrzut radioaktywnej wody do Wołgi. Sześciu ludzi napromieniowanych w czasie wybuchu, najciężej porażonych, natychmiast przewieziono do specjalistycznej kliniki w Moskwie, gdzie troje z nich ze zdiagnozowaną ciężką chorobą popromienną zmarło w ciągu tygodnia. Następnego dnia zaczęto obmywać specjalnym roztworem pozostałych napromieniowanych robotników, a ich odzież i obuwie zebrano i spalono. Jednakże takie postępowanie nie poprawiło sytuacji w fabryce, bowiem ogniem nie da się zmniejszyć stopnia napromieniowania, a popiół od odzieży jest wciąż radioaktywny i to przez dziesięciolecia.

Od wszystkich uczestników i świadków wypadku zebrano podpisane oświadczenia o nierozgłaszaniu tego incydentu przez 25 lat. Tego samego dnia 450 osób dowiedziawszy się o tym zwolniło się z zakładu. Ci, którzy zostali, musieli uczestniczyć w pracach nad likwidacją skażeń i skutków awarii, które trwały aż do 24 kwietnia tegoż roku. W pracach tych uczestniczyło prawie 1000 osób. Z instrumentów wydano im tylko… wiadra, szmaty i mopy, a w charakterze środków ochronnych – maski chirurgiczne i gumowe rękawiczki. Za uczestnictwo w tych pracach płacono im ekstra 50,- SUR/dzień. Do stycznia 2008 roku z tych ludzi pozostało przy życiu tylko 380 osób, a w 2012 roku – już poniżej 300, a wszyscy oni byli inwalidami I i II grupy. Za te prace nikt nie dostał jakichkolwiek nagród państwowych. Teraz ci likwidatorzy otrzymują comiesięczną zapłatę w wysokości 750,- RUB…[4]


Protonowe uderzenie


Sam fakt, że w utajnionych „atomowych” instytutach naukowo-badawczych także bywają wypadki nadzwyczajne, stał się wiadomym dopiero po pokazaniu filmu „Dziewięć dni jednego roku”.[5] Ale o tym, że w dniu 13.VII.1978 roku w podmoskiewskim Instytucie Fizyki Wysokich Energii z pracownikiem tegoż instytutu Anatolijem Bugorskim zaszło wcale nie wymyślone zdarzenie, ale realny nieszczęśliwy wypadek, o którym kraj długo nic nie wiedział. Nawet tego nie podejrzewał…

Między innymi w ten dzień wskutek zwarcia w systemie zabezpieczenia, głowę Bugorskiego przeszył strumień wysokoenergetycznych protonów wypuszczony z największego w tym czasie akceleratora cząstek U-70. Protony miały energię 70 GeV! Dawka promieniowania, który fizyk otrzymał z tego strumienia protonów, wynosiła 200 kR/h.

Chociaż uważa się, że dawka promieniowania wynosząca 600 R/h i więcej, jest śmiertelna dla człowieka, Bugorskij to przeżył i potem opowiadał, że w czasie przechodzenia strumienia protonów przez jego głowę ujrzał w oczach jaskrawy błysk i żadnych odczuć bólowych. Strumień cząstek wszedł mu do głowy przez potylicę niszcząc w strefie uderzenia skórę, włosy, kość i tkankę mózgową. Zaraz potem Bugorski został umieszczony w specjalistycznej klinice w Moskwie, gdzie lekarze szykowali się na najgorsze. Jednakże fizyk był jakby zaczarowany – po tym udarze promienistym nie tylko to przeżył, ale w ciągu dwóch lat napisał i obronił pracę doktorską, chociaż przestał słyszeć na lewe ucho. Aktualnie Bugorskij pracuje nadal w tym instytucie!


 Mapa skażenia cezem-137 po katastrofie w CzEJ, dane podano w kBq/m kw. i w Ci/km kw. 
(wg. UNSCEAR)

Mapka skażeń cezem-137 w Polsce  po katastrofie w CzEJ (wg. CLOR)


Błękitne niebo nad Kanadą


Były także sytuacje, kiedy radiacyjne awarie zaczynały się w radzieckim tajnym obiekcie, a potem znajdywały się na terytorium innego państwa. I tak w dniu 24.I.1978 roku, na terytorium Kanady po nagłej utracie łączności spadł radziecki satelita Kosmos-954, wystrzelony cztery miesiące wcześniej i pracujący dla systemu wywiadowczego radzieckiej floty wojennej. W rezultacie został ujawniony ten fakt, że ten satelita miała na pokładzie atomowe źródło energii, które w czasie spadania rozpadło się i skaziła radioaktywnie ponad 100.000 km² Terytorium Północno-Zachodniego Kanady. Ale miejsca te są praktycznie bezludne i nie ma tam ani miast czy większych osiedli i nikt nie został pokrzywdzony przez ten incydent. W poszukiwaniach szczątków tego aparatu kosmicznego brały udział amerykańskie i kanadyjskie pododdziały specjalnego przeznaczenia, którym udało się odnaleźć ponad 100 jego fragmentów o łącznej masie 65 kg. Radioaktywność tych szczątków wahała się od kilku milirentgenów do 200 R/h. Rząd ZSRR przyznał fakt swej winy i zaproponował Kanadzie pomoc w oczyszczaniu terytorium, ale ta nie tylko odmówiła, ale nawet nie zwróciła ZSRR szczątków satelity, co naruszało międzynarodowe porozumienia. W rezultacie tego, ZSRR wypłacił odszkodowanie w wysokości 3 mln USD, ale nie udało się wyjaśnić przyczyn jego niekontrolowanego upadku. Po tym incydencie naszym pracownikom przyszło na trzy lata wstrzymać loty w kosmos podobnych satelitów w celu poprawienia systemów ich zabezpieczeń przeciwpromiennych.


Zginęli błyskawicznie


Uważa się, że najcięższą radiacyjną awarią za wszystkie czasy istnienia radzieckiej floty atomowców stało się wydarzenie, które miało miejsce w dniu 10.VIII.1985 roku, kiedy w stoczni remontowej „Zwiezda” (Przymorski Kraj, zatoka Czażma, osiedle Szkotowo-22). Tegoż dnia, na okręcie podwodnym K-431 stojącym u pirsu[6] zaczęło się przeładowanie paliwa jądrowego. Jak wyjaśniono to później, przeładunek odbył się z naruszeniem przepisów BHP odnośnie jądrowego bezpieczeństwa i technologii. Prawoburtowy reaktor udało się załadować bez problemów. Natomiast kiedy zaczęło się podnoszenie klapy zwanej „dachem” drugiego reaktora, a z niego podnieśli siatkę kompensującą, obok okrętu z prędkością przewyższającą dozwoloną w buchcie przepłynął kuter torpedowy. Podniesiona przez niego fala spowodowała rozkołys dźwigu pływającego trzymającego „daszek”. Siatka z prętami kontrolnymi podniosła się powyżej poziomu krytycznego i reaktor zaczął pracować w trybie marszowym. W rezultacie tego, wewnątrz okrętu doszło do wybuchu termicznego, a potem zaczął się pożar, który trwał 2,5 godziny.

Wskutek temperatury +1000°C zginęło 10 marynarzy i oficerów prowadzących załadunek paliwa jądrowego. Potem w różnych zakątkach portu znajdywano fragmenty ich ciał, wyrzucone wybuchem przez luk okrętu. Po jednym z oficerów pozostał tylko fragment palca ze złotym sygnetem, dzięki czemu udało się ustalić, że w momencie eksplozji było tam 90 kR/h. Wyrzucone w atmosferę wybuchem paliwo jądrowe poniósł wiatr, a potem spadło ono na okolicę tworząc radioaktywny pas o długości 30 km, który przeciął półwysep Dunaj w kierunku NW i doszedł do brzegu Zatoki Ussuryjskiej. Sumaryczna aktywność wyrzutu wyniosła 7 MCi, co stanowi bardzo dużą liczbę.[7]

W czasie awarii a także w czasie likwidacji jej skutków napromieniowaniu uległo 290 osób, z których 10 zapadło na ostrą chorobę popromienną, a u 39 była reakcja popromienna.[8] Po ugaszeniu pożaru, kadłub K-431 został przy pomocy pontonów odholowany na długi postój w oddalonej zatoce. Wraz z nim został odholowany także skażony radioaktywnie, okręt podwodny K-42 Rostowskij Komsomolec z projektu 627A.[9] A na miejscu katastrofy oficerom i marynarzom postawiono później pomnik.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 49/2018, ss. 6-7
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                    
      


[1] W nomenklaturze NATO był to SSGN typu Charlie I. Ten okręt miał numer taktyczny K-320.
[2] Dawka śmiertelna – LD100 wynosi 400-1000 R/h czyli 6-7 Sv (w zależności od indywidualnej odporności).
[3] Rosjanie wciąż stosują stare jednostki miar. Obecnie u nas stosuje się jednostkę układu SI – bekerel – Bq, a zatem 1 kiur – 1 Ci 37 GBq. Oznacza to, że poziom promieniowania radioaktywnego wyrzutu z reaktora wynosił ok. 2,775 x 10^15 Bq czyli 2,775 PBq. Dla porównania po katastrofie w Czarnobylskiej EJ w Polsce odnotowano skażenia cezem-137 na poziomie ok. 60 kBq/m² - zob. mapki.   
[4] Czyli jakieś 44,50 PLN.
[5] Reżyseria: Michaił Romm, 1962.
[6] Okręt SSGN klasy Echo nomenklaturze NATO.
[7] Czyli 2,59 x 10^17 albo 259 PBq.
[8] Była to największa tego rodzaju katastrofa nuklearna w ZSRR – poza katastrofą w CzEJ.
[9] Okręt SSN klasy November w nomenklaturze NATO.

czwartek, 26 lipca 2018

Tajemnica zatonięcia USS „Scorpion”

USS Scorpion


Nikołaj Walentinow


W dniu 11.II.1992 roku, u wejścia do Zatoki Kolskiej amerykański SSN-689 USS Baton Rouge zderzył się z rosyjskim SSN typu Sierra.[1] Od katastrofy nuklearnej uratowała je jedynie niska prędkość ich poruszania się.

Pięćdziesiąt lat temu, w dniu 22.V.1968 roku, w Oceanie Atlantyckim zatonął amerykański SSN-589 USS Scorpion z załogą liczącą 99 osób. A dwa miesiące wcześniej taki sam los spotkał radziecki SSB K-129.[2] Czy istnieje jakaś więź pomiędzy tymi dwoma tragediami? Odpowiedź jest ukryta w pancernych safesach wojskowych służb i raczej nie zostanie opublikowana za naszego życia…


Do spotkania nie doszło


W dniu 27.V.1968 roku, na pirsie bazy US Navy w Norfolk zebrali się członkowie rodzin i przyjaciele marynarzy służących na USS Scorpion. Wszyscy ze zniecierpliwieniem czekali przybycia okrętu, zwłaszcza dzieci i kobiety w nadziei, że ich ojciec, mąż, syn czy narzeczony zejdzie na brzeg jako pierwszy. Wedle tradycji amerykańscy podwodniacy przed powrotem do bazy grają w swojego rodzaju loterię, której zwycięzcy – trzech załogantów – otrzymują prawo do zejścia na ląd w pierwszej kolejności, aby uzyskać „prawo do pierwszego pocałunku”. Pocałunku słodkiego i oczekiwanego, zważywszy fakt, że marynarze nie widzieli swych bliskich od 15 lutego – czyli od dnia, w którym okręt wyszedł w rejs.

Atomowy okręt podwodny o wyporności 3100 ton[3] uczestniczył w ćwiczeniach amerykańskiej VI Floty[4]. 21 maja jego dowódca Francis Slattery zameldował przez radio o powrocie do bazy, podał współrzędne, prędkość i kurs. Więcej radiogramów z okrętu nie było. Ale dowództwo US Navy w ciągu następnych 6 dni nie zaniepokoiło się tym faktem, bowiem zgodnie z procedurami ustanowionymi dla okrętów podwodnych z napędem atomowym poruszającymi się pod wodą. Skorpion nie powinien wychodzić w eter.

Zgodnie z porządkiem ćwiczenia, okręt powinien wejść do portu Norfolk o ETA[5]  na godzinę 17:00 EDT. Ale minął ETA, potem godzina, druga, trzecia… - a okrętu nadal nie było. Dowództwo zrozumiało, że coś złego się wydarzyło. O godzinie 19:00 powiedziano oczekującym, że okręt się opóźnia, jednakże w tym samym czasie 35 okrętów i 35 samolotów już prowadziło jego poszukiwania.


Szczątki na dnie oceanu


Poszukiwacze przeczesywali pasy oceanu o szerokości 50 mn/~93 km po obu stronach przypuszczalnego kursu tego „atomowca”, łapali sygnały radiowe i odbicia sygnałów hydrolokatorów obserwując, a nuż pojawią się jakieś szczątki czy plamy oleju na powierzchni oceanu. Ale niczego się nie dopatrzyli. Stało się jasne, że okręt poszedł na dno. Pozostała nadzieja, że to się stało na odcinku, gdzie głębina była mniejsza od średniej i póki zapasy żywności, wody i powietrza zapewniały załodze 70 dni przeżycia w oczekiwaniu na pomoc.

Promyk nadziei na pomyślne zakończenie rozbłysnął, kiedy niedaleko od wybrzeży stanu Wirginia, na dnie ratownicy znaleźli okręt podwodny o wymiarach mniej-więcej takich jak Scorpion. Ale rychło okazało się, że znajduje się tam on jeszcze od czasów II Wojny Światowej. Kilka razy w przekazach radiowych pokazywało się słowo „Branntwein” – kodowa nazwa Scorpiona. Jednakże kontrola wykazała, że tą nazwę nosi co najmniej osiem jednostek…





Szczątki USS Scorpion na dnie oceanu

Po dziesięciu dniach dowództwo US Navy uznało okręt za „przypuszczalnie zaginiony”, a po pięciu miesiącach poszukiwań, w dniu 30 października z pokładu oceanograficznego okrętu USNS Mizar MA-48/T-AGOR 11/T-AK 272 do sztabu US Navy napłynął radiogram specjalnego znaczenia: Obiekty rozpoznane jako części kadłuba SSN USS Scorpion odnaleziono około 400 mn/~741 km na SW od Wysp Azorskich na głębokości ponad 3000 m. Okręt był rozerwany na dwie części w okolicach centrali, a jego część rufowa była pogięta do środkowej części. Kiosk był nie uszkodzony, jednak leżał na boku w odległości nie mniejszej niż 100 ft/~33 m od dziobu okrętu. Podniesienie szczątków Scorpiona na powierzchnię było niemożliwe.


Wersje tragedii


Komisja śledcza pod kierownictwem vice-admirała Bernarda Austina postawiła cztery możliwe hipotezy o przebiegu tej tragedii:

·        Pierwszą możliwą przyczyną była niesprawność aparatury sterowania. Założono, że stery poziome (głębokości) w czasie wykonywania ostatniego manewru mogły zablokować się w położeniu „do zanurzenia”, a poruszający się z dużą prędkością Scorpion bez tego znajdował się na dużej głębokości, załoga nie zdążyła czegokolwiek przedsięwziąć, kiedy okręt osiągnął głębokość krytyczną.
·        Drugą przyczyną mogło być pęknięcie jednej z rur z rurociągu, podobne do tego, co zaszło z SSN-593 USS Thresher pięć lat wcześniej.
·        Trzecia przyczyna – eksplozja głowicy torpedy wewnątrz okrętu.
·        I na koniec – czynnik ludzki, ktoś z załogi mógł pociągnąć nie tą dźwignię, czy nacisnąć nie ten guzik…     

Ale do tego komisja orzekła, że nie ma jakichkolwiek podstaw do stwierdzenia, że do katastrofy USS Scorpion doszło wskutek dywersji czy sabotażu. Tym sposobem zdjęto podejrzenia Amerykanów, że za tą katastrofą znajdowała się „ręka Moskwy”. Poza tym komisja nie dysponowała danymi, które by wykluczyły możliwość zderzenia Scorpiona z innym okrętem podwodnym czy nawodnym, bowiem żaden amerykański czy inny statek nie zameldował o zderzeniu tego typu. Końcowy wniosek komisji był następujący:
Okręt zanurzył się poniżej maksymalnej dozwolonej głębokości zanurzenia i zatonął z nieznanej przyczyny.

Kierownictwo US Navy także oświadczyło, że tragedia Scorpiona jest zagadką, której nie dało się rozwiązać.


Straszna zemsta


Jednakże tak czy inaczej wszystko stało się jawnym. W czasie swego 25-letniego dochodzenia, amerykański dziennikarz wojskowy Ed Offlie doszedł do wniosku, że Skorpion został zniszczony przez radziecki okręt podwodny. Według tego publicysty, była to zemsta radzieckich podwodniaków za zatopienie radzieckiego SSB K-129, staranowanego przez amerykański okręt podwodny w 1968 roku na Oceanie Spokojnym. Po tym rządy USA i ZSRR dogadały się w sprawie dochowania tajemnicy zatonięć obu jednostek, zwalając to na awarie.

A zatem co tam się naprawdę stało? Dnia 17.V.1968 roku USS Scorpion ukończywszy trzymiesięczny rejs w Morzy Śródziemnym w składzie amerykańskiej VI Floty, powracał do Norfolk, kiedy otrzymał on zaszyfrowany rozkaz od vice-admirała Arnolda Shade’a dowodzącego podwodnymi siłami morskimi USA na Atlantyku. Okrętowi polecono pełną parą udać się w rejon Wysp Kanaryjskich w celu obserwowania poczynań radzieckiego zespołu okrętów, które ćwiczyły we wschodnich sektorach Atlantyku. Amerykański wywiad ustalił, że w toku tych manewrów dwa okręty naukowo-badawcze i okręt poszukiwawczo-ratowniczy okrętów podwodnych prowadziły badania nad efektami dźwiękowymi w środowisku oceanicznym. Poza tym jest niedawny wywiad z vice-adm. w st. spocz. Phillipa A. Beshany’ego, który był w tym czasie oficerem sztabowym, odpowiadającym za programy wojny podwodnej i mającym dostęp do najtajniejszych danych. W wywiadzie tym oświadczył, że:

Bardzo Ważne Osobistości z Pentagonu wiedziały o tym, że Rosjanie opracowywali sposoby wspierania wysokiej autonomii okrętów nawodnych i podwodnych w warunkach niemożności dostępu do obcych portów morskich. Oczywiście Amerykanie nie mogli pozostawić tego rodzaju działań swego głównego przeciwnika bez zainteresowania, dlatego też posłali na Atlantyk ten okręt podwodny. 


Miejsce zatonięcia USS Scorpion według amerykańskiej prasy

Tylko nie byli w stanie założyć, że to ultratajne zadanie będzie znane radzieckim marynarzom. Nasi mieli możliwość kontrolowania wymiany korespondencji radiowej Scorpiona z Norfolkiem, w tym szyfrogramów wysyłanych w toku wypełniania zadania rozpoznania, a to dzięki kodom, które przekazał nam agent radzieckiego wywiadu uplasowany w US Navy – John Walker. Tak więc radzieckie okręty szybko namierzyły amerykański okręt podwodny i nie tylko go śledzili, ale także – być może – atakowali go. Najprawdopodobniej dokonał tego radziecki atomowy okręt podwodny, który znajdował się w tym zespole okrętów.

W czasie prezentacji swej książki na przedmieściu Waszyngtonu – Fairfaxie, Ed Offlie oświadczył:
- W dniu 22.V.1968 roku miało miejsce krótkie i nadzwyczajnie tajne starcie pomiędzy naszymi a radzieckimi siłami podwodnymi.
Być może konfrontacja pomiędzy USS Scorpion a radzieckim okrętem podwodnym klasy Echo-II mogła być uznana za izolowaną potyczkę bez większego znaczenia, która wymknęła się spod kontroli – pisze on.

On rozpatruje czynności radzieckich marynarzy jako odwet za zatopienie okrętu K-129. Wedle jednej z wersji, ten dieslowski rakietowy okręt podwodny, którzy potem Amerykanie podnieśli na powierzchnię w rezultacie ultrasekretnej operacji[6], zatonęła po zderzeniu z amerykańskim SSN-579 USS Swordfish w dniu 8.III.1968 roku, w czasie bojowego patrolu w Pacyfiku.

W odpowiedzi weterani radzieckich podwodniaków nie dali im czekać na odpowiedź na wersję Offlie’a:
- Autor-konspirolog pragnie zrobić kasę na dawnych tragediach, a o przyczynach tragedii amerykańskiego i radzieckiego okrętu podwodnego można mówić tylko w trybie przypuszczającym.

Ale tak czy owak, po tym jak Skorpion znalazł się na dnie oceanu, obie strony doszły do bezprecedensowego porozumienia w pogrzebaniu prawdy o K-129 i USS Scorpion.



Moje 3 grosze


Tragedie te są szekspirowsko patetyczne i zawiłe jak kryminały Agaty Christie + sir Arthura Conan-Doyle’a. Z jednej strony tragedia setek ludzi i ich najbliższych, z drugiej napuszone dyrdymały o ojczyźnie, obowiązku, walce, itp. pierdołach, które służą tylko do wciskania ciemnoty ogłupiałej publiczności. Jak to działa, to wiem najlepiej – przekonałem się na własnej skórze, ile są warte te wszystkie brednie wygłaszane przez politykierów. Ale to tak na marginesie.

Do tego, co napisał autor mogę dodać dwie inne hipotezy miłośników Spiskowej Teorii Dziejów, dla których takie wydarzenia, to manna z nieba. Pierwsza z nich dotyczy katastrofy K-129. Z katastrofą K-129 jest związana ciekawa teoria spiskowa, która zakłada, że K-129 miał wystrzelić SLBM w kierunku Honolulu, co miało spowodować III Wojnę Światową. Obawiam się jednak, że jest to tylko teoria spiskowa, choć z drugiej strony obecność na pokładzie K-129 8 dodatkowych członków załogi świadczy o tym, że okręt ten mógł wykonywać jakąś tajną misję np. wywiadowczą czy techniczną…Kenneth R. Sewell i Clint Richmond w swej książce „K-129 zaginął” (Bellona, Warszawa 2007) twierdzą wprost: to było uprowadzenie przez KGB radzieckiego boomera i przejęcie przez nich klucza do rakiet, a następnie wystrzelenie ich na Hawaje po to, by rozpętać III Wojnę Światową. Przedstawiona argumentacja jest tylko sensacyjna i przypomina wypociny niejakiego Wiktora Suworowa alias Władimira B. Rezuna, ex majora GRU, który zdezerterował i uciekł na Zachód, a teraz produkuje pseudo-fakty i mity. Nie wyobrażam sobie, by radzieckie kierownictwo dało zgodę na taką akcję nawet w czasach Zimnej Wojny. Ale te brednie znajdują posłuch i niezorientowani ludzie podniecają się tymi głupotami wyssanymi z palców miłośników STD.

Druga teoria spiskowa dotyczy zatopienia USS Scorpion. Wedle fanów STD USS Scorpion został celowo zatopiony przez… Izraelczyków w odwet za omyłkowe zatopienie izraelskiego okrętu podwodnego INS Dawar. Potem tenże Dawar został zatopiony w odwecie przez okręty VI Floty…Kompletna bzdura, ale kogoś to podnieciło do tego stopnia, że usunął materiał na ten temat z mojego bloga. Być może ktoś to usunął, by nie rozpowszechniać tych bredni szkalujących przecież państwo Izrael? Swoją drogą czy ktoś w nie wierzy? Jak widać, tak.

No a na koniec oczywiście trzecia teoria spiskowa – oczywiście wszystkie tutaj wymienione okręty padły ofiarą USO i operujących nimi Obcych – już to Kosmitów, już to Wodnych Ludzi – tym ostatnim się nie dziwię, bo sam czułbym się zagrożony, gdyby w moim domu pałętały się okręty wyładowane minami, torpedami i rakietami zdolnymi unicestwić połowę kontynentu na jeden sztos.
I to mógłby być prawdziwy powód.  
     

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 18/2018, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego i angielskiego – ©R.K.F. Leśniakiewicz                   



[1] Był to okręt B-276 Kostroma z bazy morskiej w Siewieromorsku, później znany jako K-276 Krab. 
[2] Był to okręt podwodny klasy Golf II wyposażony w 3 SLBM o mocy 1 Mt każdy.
[3] Wyporność w zanurzeniu.
[4] Jest to tzw. Flota Morza Śródziemnego.
[5] Przypuszczalny czas przybycia.
[6] Były to dwie operacje CIA o kryptonimach Azorian i Jennifer, w trakcie których wykorzystano statek dźwigowy USNS Hughes Glomar Explorer T-AG-193 obecnie GSF Explorer.