Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paleokontakt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paleokontakt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 maja 2025

Jeszcze jedna tajemnica świętego Kajłasu

 


Góra Kailash: piramida czy dawna elektrownia jądrowa?

Góra Kailash (Mt. Kailash, Kajłas, Kajłasz) na pierwszy rzut oka uderza swoim kształtem, który uderzająco przypomina piramidę. Istnieje również wiele mitów i teorii mówiących o ogromnej energii, jaką emitowała góra. Nic więc dziwnego, że stała się obiektem wielu teorii. Czy może być piramidą, a może byłą elektrownią jądrową wykorzystywaną przez zaawansowane cywilizacje pozaziemskie?

Majestatyczną górę Kaiłas można znaleźć w Tybecie (N 31°04′00″ -  E 081°18′45″, 6714 m n.p.m.), który jest uważany za „duchowe centrum wszechświata”, ponieważ jest miejscem narodzin czterech religii: hinduizmu, dżinizmu, buddyzmu i bon. Jednak dzisiaj zainteresujemy się górą, o której ludzie mówią jako o byłej elektrowni jądrowej i piramidzie.

Teoria starożytnych astronautów opisuje to miejsce jako starożytny reaktor zbudowany przez kosmitów, którzy odwiedzili Ziemię w historii. Podobno znaleziono tam również pozostałości popiołu jądrowego, a kilka odkrytych w pobliżu ludzkich szkieletów zawierało ślady pierwiastków radioaktywnych.

Istnieją także mity o istotach niebiańskich, które miały gromadzić się wokół góry Kailash ze względu na emanującą z niej energię, która miała utrzymywać te istoty przy życiu.

 

Kształt piramidy

 

Góra Kaiłasz jest również wyjątkowa wśród gór ze względu na swój kształt. Jak wszyscy wiemy, kształty piramid można znaleźć na całym świecie, w Egipcie, Ameryce Środkowej i innych miejscach na całym świecie. Oczywiście ich kształt jest również związany z kultem bogów lub transportem dusz do innych krain. Czy ludzie uważali górę Kajłasz za świętą, ponieważ miała specjalne moce nadane jej przez przybyszów z kosmosu?

 

Starożytna sieć energetyczna

 

Kształt piramidy mógł mieć nie tylko znaczenie religijne, ale mógł być również częścią większej sieci energetycznej, która rozciągała się na cały starożytny świat. Jeśli elektrownie dostarczające energię tym starożytnym cywilizacjom zawiodły, mogło to również wyjaśnić upadek imperiów, takich jak egipskie, Majów czy Inków.

 

Kto mógłby zbudować takie reaktory?

 

Technologia jądrowa jest w dużej mierze dziełem XX wieku. Pierwszy reaktor został zaprojektowany w 1942 roku przez Enrico Fermiego, który później brał udział w niektórych eksperymentach, które doprowadziły do ​​zbudowania pierwszej bomby atomowej w Los Alamos w Nowym Meksyku, w ramach Projektu Manhattan, mającego na celu wyprodukowanie broni jądrowej, która została później użyta przez armię USA przeciwko Japonii pod koniec II wojny światowej.

Gdzie więc dokładnie osoba tysiące lat temu mogłaby zdobyć technologię do zbudowania reaktora? Tutaj ponownie integralną rolę odgrywają kosmici:

Zgodnie z teorią starożytnych astronautów, Kosmici zawsze byli motywowani ideą rozwoju ludzkiej cywilizacji. Dali nam tak wiele darów wiedzy, że moc ta jest w dużej mierze niemożliwa do rozwikłania. Wszystkie te starożytne kultury łączyło to, że zawierały historie i artefakty mające na celu uhonorowanie tych, którzy przekazali im tę wiedzę, „bogów”, a bogowie byli Kosmitami.

Oczywiste jest, że jest więcej pytań niż odpowiedzi, zwłaszcza jeśli chodzi o rzeczy, których nie można udowodnić ani obalić tysiące lat po ich zaistnieniu. Ale z czasem możemy odkryć, że nigdy nie byliśmy sami we wszechświecie i że nasz największy postęp został faktycznie osiągnięty dzięki pomocy dobroczynnych sił z daleka.

 

Źródło - https://morezprav.cz/svetodeni/hora-kailash-pyramida-nebo-byvala-jaderna-elektrarna

Opracował - ©R.K.Fr. Sas – Leśniakiewicz

wtorek, 6 lutego 2024

wtorek, 9 czerwca 2020

Mitologia UFO w Japonii: Jaskinia Tajemniczych Ogni


Rakieta z półwyspu Uto

Kiyoshi Amamiya


Czy jakaś cywilizacja kosmiczna wchodziła w interakcję z nami drogą kosmicznej wymiany kulturalnej? Dnia 2.III.1969 roku, członek International Sky Scouts Pan Yatsushiro znalazł tajemniczy kamień ok. 100 m od kurhanu Katsurahara, w okręgu Mastsubasi na półwyspie Uto w prefekturze Kumamoto na Kiusiu – N 32°38’17” – E 130°38’17”, 46 m n.p.m. Kamień pokryty był dziwnymi rysunkami.

Narysowano na nim coś przypominającego nowoczesne rysunki rakiet i bardzo do nich podobnymi. Rodzaj kamienia różni się od terenu w najbliższej okolicy, ale był to ten sam andezyt, jaki zastosowano w kamiennej komorze kopca pogrzebowego Katsurahara.

Technika malarska była podobna do obrazów wielu żaglowców znalezionych na kopcu pogrzebowym, a odkrywcy powiedzieli: „Czy to nie jest obraz przedstawiający rakietę rysowaną w starożytności?”

Lokalizacja kurhanu Katsurahara

Moje 3 grosze


Jaskinia Tajemniczych Ogni – tak pisał o tym Mistrz Lucjan. Ale obawiam się, że chodzi o coś innego – o komorę grobową, jak wynika to z tekstu Kiyoshi’ego Amamiya. Powiem jedno – to rzeczywiście jest rakieta, bo jak nie to co??? Tylko że kiedy sporządzono ten rysunek, a było to bardzo dawno, to nikomu się jeszcze nie śniło o skrzydlatych rakietach. Owszem – wypuszczano bambusowe rakiety i rakietowe pociski zapalające używane przez armie Czyngiza Chana, wojska chińskie i japońskie, ale jak już powiedziałem tutaj – to nie były takie rakiety. Takie rakiety powstały i latały dopiero w latach 40. XX wieku!


Oryginalna płyta kamienna z rysunkiem rakiety

Dla mnie jest to tylko kolejny dowód na to, że w pamięci ówczesnych Japończyków przechowała się informacja o statkach latających z dalekiej Przeszłości. No i nie muszę przypominać, że w zapisie historycznym i mitologii japońskiej jest wiele wzmianek o statkach latających, którymi podróżowali bogowie – jak zresztą to było na całym świecie. Chyba że…

Chyba, że jest to jakiś współczesny – no powiedzmy – rysunek z czasów II Wojny Światowej, który narysował jakiś Japończyk, który tak wyobrażał sobie nazistowskie rakiety A-4/V-2. Ale obawiam się, że jest to jeszcze większa fantazja niż przypuszczenia ufologów i paleokontaktowców.  


Zdjęcia - Kiyoshi Amamiya
Opracował – ©R.K.F. Leśniakiewicz  

czwartek, 11 grudnia 2014

Dziwne dni (dokończenie)

XIII


- No a teraz pora na ciebie, tatko – Ilva poprawiła się na swym zydlu.
Siedzieli w świetlicy aghrapurskiej komandorii Bractwa. Za oknami zapadła już noc, tylko nad morzem unosiła się delikatna poświata wieczornej mgły podświetlonej naturalną fosforencją morskiego planktonu. Ilva opowiedziała ojcu, księciu Halidorowi i jego żonie oraz całej drużynie o swych przygodach na szlaku, który tak okrężną drogą zawiódł ją i jej chłopaka do Aghrapuru.

Lestko poprawił się na swym siedzeniu i potoczył wzrokiem po sali.
- Wiedz córciu – rozpoczął – że wszystkie, no prawie wszystkie, twoje przygody zostały starannie zaplanowane już rok temu. I wszyscy, jak tutaj jesteśmy, staliśmy się łańcuchem wydarzeń, w których ty byłaś głównym ogniwem. I to ty odwaliłaś najbardziej niebezpieczną robotę. Ale i tylko tobie mogłem zaufać bezwzględnie.

Rozległ się szmer uznania. Ilva pokraśniała jak wiśnia z zadowolenia.
- Dlaczego tatku?
- To oczywiste – Lestko uśmiechnął się – jesteś moją córką, ale nie tylko. Potrzebna mi była taka jak ty: dziewczyna, odważna, silna, wyszkolona i z pomyślunkiem. Dlatego wybrałem ciebie. No i oczywiście pomogła nam moja druga córka – Tia, która znalazła rok temu Klucz do broni posiadanej przez Gedrenę. To była złota płytka o wymiarach pięć na trzy cale, z dwudziestoma znakami Armamen. Znalazła go w Malabonie, w czasie kolejnego remontu i uszczelniania tamtejszego sarkofagu. Od razu zorientowała się, co do wartości tego przedmiotu i przekazała wieść o nim do Belverusu. Początkowo też nie wiedziałem, co się z tym robi, ale nasi archiwiści i bibliotekarze znaleźli szybko odpowiedź w „Skrypcie z Velitrium”. Opisano w nim urządzenia uzbrajające i odpalające wszystkie znane nam rodzaje głowic. Dzięki temu już wiedzieliśmy, co mamy w rękach. Brakowało jeszcze trzeciego elementu.
- Jakiego? – wszyscy spojrzeli na Lestka. Ten wstał i uniósł róg wypełniony złocistym miodem ze stoków Gór Tatryjskich. Jego twarz spoważniała.
- Choć czas jest radosny – powiedział smutnym tonem – to należy nam wspomnieć tą, dzięki której teraz możemy odprawić tryumfy. Kobiecie, dzielniejszej od niejednego mężczyzny, która do ostatniej chwili trwała przy naszym wrogu informując nas o jego zamiarach! Piję za pamięć o pięknej i dzielnej Nefre zwanej Nikotrix!

Wszyscy spełnili ten toast uroniając kilka kropel na podłogę, ku czci bogini Dekerto, opiekunki zmarłych.
- I co dalej Wielki Mistrzu? – zapytała Rudowłosa Sonja.
- Ba! Dzięki Nefre wiedzieliśmy, gdzie Gedrena składuje znalezione i wydobyte głowice. Były dobrze chronione we wnętrzu Piramidy Księżyca i strzeżone przez gwardię królową i straż kapłańską. Nie można by ich było odbić ani frontalnym atakiem, ani fortelem. Trzeba było znaleźć inny sposób. No i wraz z Iris z Ianthe wymyśliliśmy go! Twoje zdrowie moja wspaniała żono, gdziekolwiek jesteś!
Pociągnął łyk miodu i kontynuował.
- Tak więc poprzez stygijskich szpiegów w Goa puściliśmy wieść, że Tia znalazła Klucz do uzbrojenia głowic. Zanim wieść dotarła do Gedreny, wysłałem na Ilvę na wakacje do Goa. Wracając od siostry miała zabrać zrobiony w międzyczasie falsyfikat ze zmienionymi sekwencjami znaków. Wiedzieliśmy, że wprowadzenie błędnego kodu może spowodować autodestrukcję głowicy, ale nie przewidzieliśmy tego, że będzie tam jeszcze jeden skład amunicji jądrowej przygotowany przez jej kompanionów z Przyszłości w celu wywiezienia ich do naszego przyszłego świata i wykorzystania tamże. Chodziło nam o to, by dopaść Gedrenę i jej szalonych kapłanów. Bez niej głowice były bezpieczne. Gedrena sama rozwiązała nasz dylemat…

Zamilkł na chwilę.
- No a potem było już prosto. Przez wywiad Gedreny w Vendhyi przekazaliśmy jej wieść, że klucz jedzie wraz z Ilvą do Belverusu przez Góry Himeliańskie. Poprosiłem mojego przyjaciela, księcia Halidora i jego szanowną małżonkę o to, by miał na nią oko. No i oczywiście spotkali się w najbardziej niedogodnym miejscu i czasie. Dziesięciotysięcznik Dacha nie był głupi – na ich trasie postawił kilkanaście zapór. Całą dywizję Gwardii Królewskiej! Ilva nie mogła się prześliznąć. Ale trafiła do Shambhalli i tam uzyskała dodatkową motywację. Dała się złapać i porwać do Stygii i Shemu. Tymczasem Wasza Książęca Mość wyjechał w dobę po niej z Doliny o Której Zapomniał Czas i skierował się do ochrony Ariego syna Yorestesa, który pojechał z meldunkiem od ojca do Komandorii w Yuetshi. Pognali tam, co koń wyskoczy, skąd wieść została przekazana do Aghrapuru, gdzie już czekałem z drużyną. Wyruszyliśmy natychmiast i już w drodze widzieliśmy straszliwy błysk na południowym-zachodzie. A to oznaczało, że Gedrena w swej głupocie i żądzy władzy uruchomiła detonator. Resztę wiecie, Gedrena i wszystko co żyło w odległości stu mil od miejsca eksplozji zostało zabite promieniowaniem. Uderzenie promieniowania oślepiło systemy Małego Przewodnika, który spadł nad Stygijską Pustynią, a co widziała Ilva z Kheramem.
- Tatku, a co z Wielkim Przewodnikiem? – zapytała Ilva.
- Odleciał w Kosmos i stanie się wkrótce stanie się satelitą planety, którą Stygijczycy nazwali Hor-ka, a nasi przyjaciele Saturnem.
- I jeszcze jedno: jak zamierzałeś odbić mnie Stygijczykom? – zapytała zaintrygowana Ilva.
- Twoja ucieczka była wkalkulowana w plan akcji – odparł Lestko. – W Krainie  o Której Zapomniał Czas (na Światowida, co to za nazwa!) dostałaś wyraźną instrukcję postępowania. I zawiódłbym się na tobie, gdybyś jej nie zrozumiała. Mogłem liczyć na Brahytmę, zresztą to on podsunął mi parę pomysłów, które wykorzystałem w czasie tej operacji…
- Ale dlaczego podał mi to w formie przepowiedni?
Lestko huknął potężnym śmiechem.
- Ha! ha! A to dlatego, że cię znam! – zawołał – wiem, że kochasz tajemnice i prędzej posłuchasz przepowiedni, niż rzeczowej instrukcji!

Wszyscy się roześmiali.
- Tatko! – Ilva krzyknęła to urażonym tonem.
Lestko poklepał ją po ramieniu i ucałował w czoło.
- Kochanie, nie gniewaj się na starego. Miałaś trochę rozrywki? – miałaś. Każda z twych przyjaciółek i koleżanek dałaby pół życia za taką przygodę! A poza tym jak to brzmiało? – jak strofy z „Drogi Królów”! Twoja romantyczna wyobraźnia od razu zaczęła tworzyć plan działania, zanim stał się potrzebny. Bez wyobraźni byś sobie nie poradziła, a tak żyjesz i jesteś wśród nas, więc nie narzekaj…
Była jeszcze chwilę naburmuszona, ale wreszcie uśmiechnęła się do Kherama.
- I co było dalej? – zapytała ojca.
- Dalej jechaliśmy w kierunku Samary Ilbarskim Traktem aż do Mostu, gdzie pogoniliśmy kota piratom.
- No dobrze, a skąd Brahytma wiedział, co i kiedy ma mi powiedzieć?
- To oczywiste, byłem u niego i wszyscy otrzymali swoje instrukcje i grali swoje role. O tak, teatr mój widzę ogromny! – Lestko wyrecytował to z patosem. – I tylko żal mi biednej Nefre. Tyle tylko pocieszenia, że nie cierpiała, zginęła w mgnieniu oka nawet nie wiedząc o tym…
- Mogła uciec? – zapytała Rudowłosa.
- Mogła, ale nie chciała – rzekł Lestko ze smutkiem w głosie – chciała być do końca w obozie Gedreny, by mieć pewność, że nasz plan się powiedzie. Jako sobowtór miała możliwości, o których mogliśmy tylko pomarzyć.
- Kim była Nefre? – zapytał Kheram.
- Młodszą siostrą Gedreny – odrzekł Lestko. – Ale jej charakter był zupełnie inny. Kiedy zorientowała się, do czego zmierza jej siostra, wtedy skontaktowała się z nami…

Umilkli na chwilę przetrawiając tą wieść.
- Wyobrażam sobie jej minę, kiedy zorientowała się, że wprowadziła niewłaściwy kod – roześmiał się Halidor. 
- Obawiam się, że bardzo się wściekła – odrzekł Lestko. – Ale chyba nie wiedziała, że uruchomiła mechanizm samoniszczący. Zresztą to nie miało już znaczenia – po dwudziestu sekundach przestała istnieć.

* * *

Tymczasem Ilva i Kheram wyślizgnęli się ze świetlicy i poszli na balkon, gdzie stanęli objęci i przytuleni do siebie pod wieczornym niebem.
- Co zamierzasz robić po ślubie? – zapytała go Ilva.
- Będę studiował razem z tobą – westchnął.
- A potem?
- Nie wiem, na pewno będę pracował dla Bractwa. Jest przecież, jak mawia twój ojciec, tyle do zrobienia. Trudno mi uwierzyć, że to nie są kryształowe lampy przymocowane do przeźroczystych sfer, a kule gorącego gazu, który sam świeci. Chciałbym wiedzieć, dlaczego?
- Dowiesz się – powiedziała. – Ale najpierw jestem ja, potem nasze dzieci, a one w następnej kolejności.
Parsknęli krótkim śmieszkiem i podnieśli wzrok na ciemnogranatowe już niebo.


Było brylantowe od gwiazd. 

KONIEC 

wtorek, 9 grudnia 2014

Dziwne dni (12)

XII

Obudzili się, kiedy słońce stało już wysoko na niebie. Cały step pokryty był świeżą zielenią, którą woda wywabiła spod kamieni i piachu. Kheram wstał i poszedł do koni, które nocowały w sąsiednim pomieszczeniu. Wszedł doń i przetarł oczy ze zdumienia.

Koni nie było!

Przecież to było niemożliwe, pamiętał dokładnie, jak je tam zaprowadził i…
Naraz usłyszał znajome rżenie i parskanie. Wyjrzał przez okno i ujrzał je pasące się na łące. Odetchnął z ulgą.
- Wygoniłeś je, by się pasły? – Ilva stanęła za nim przytulając się do jego pleców.
- Nie, same poszły – mruknął ujmując jej ręce, które otoczyły go. Stali tak przez parę minut ciesząc się sobą w milczeniu.
- Co robimy dalej? – zapytał wreszcie – masz jakiś plan?
Uniosła głowę.
- Tak, oczywiście – rzekła – musimy dostać się na drugą stronę rzeki. Jedynym stałym mostem jest most na Szlaku Zamboulijskim do Samary i Aghrapuru. W Agrapurze mamy Komandorię naszego Bractwa i tylko tam jesteśmy naprawdę bezpieczni. Wprawdzie Szlak jest niezbyt bezpieczny, bo można się natknąć na shemicko-stygijskie patrole, a to może sprawić nam niejakie kłopoty. Szczególnie w okresie interregnum
- A zatem?
- A zatem pójdziemy tylko wzdłuż rzeki do mostu, a potem w kierunku na Aghrapur – innego wyjścia po prostu nie mamy.
- A co z ilbarskebutyri?
- A nie masz innych zmartwień?
- Chwilowo nie – odparł – będziemy się nimi martwić nad rzeką.
Ucałowali się. A potem wyszli na zewnątrz. Ich sandały klaskały na matowo-czarnych flizach.

W pewnej chwili Kheram na moment przyklęknął i na jego twarzy odmalowało się zdumienie. Wydał jakiś nieartykułowany pomruk i jego dłonie zaczęły dotykać płyt.
- Co się stało? – zapytała Ilva.
- One są zimne – powiedział ze zdumieniem w głosie – dotknij sama. Niemal lodowate.
Rzeczywiście, czarne płyty leżące na pełnym słońcu powinny buchać żarem, tymczasem były niemal lodowato chłodne.
- Jakby pochłaniały ciepło – powiedziała bezwiednie.
- Ale to dokładnie wyjaśnia, dlaczego konie uciekły na łąkę – domyślił się Kheram – było im po prostu za zimno. My tego nie czuliśmy, bo spaliśmy na derkach, a one nie…
- A zatem to nie jest miasto, tylko jakiś… jakiś… - dobierała słowa - …odbiornik, koncentrator i przetwornik energii słonecznej czy atmosferycznej w elektryczność…
Na twarzy Kherama odmalowało się niebotyczne zdumienie.
- Że co??? Co to jest ten… e… odbiornik, e… konce-coś-tam i ta ele… coś-tam-jeszcze?
Ilva spojrzała nań z wyższością.
- Odbiornik, to jest urządzenie do odbierania czegoś – w tym przypadku ciepła słońca czy jego światła albo mocy piorunów, koncentrator służy do ich skomasowania, zagęszczenia – wyjaśniała cierpliwie – a przetwornik do zamiany ich na energię elektryczną.
- Na CO?
- Na energię elektryczną – wyjaśniła. – Atlantydzi jej używali na skalę masową. Oświetlali nią swe siedziby, napędzała ich maszyny…
Chwilowo zaprzestali dyskusji, bo doszli do koni, które przybiegły na ich gwizd i czekały przestępując z nogi na nogę i machając ogonami.

W mieście nie było żywego ducha, nawet zwierząt. Bo to miasto rządziło się swymi prawami. Kheram próbował odrąbać fragment kamiennej ściany. Skończyło się na tym, że nic nie wskórał, a nawet po uderzeniu toporem ze ściany wyskoczył snop niebieskich iskier. Zaśmierdziało ozonem.
- To jest właśnie przejaw działania elektryczności – wyjaśniła Ilva, która spokojnie stojąc z boku obserwowała jego poczynania. – Lepiej niczego nie ruszaj, bo możesz mieć mniej fartu…
- Yhym – mruknął i odłożył topór.

Osiodłali konie i ruszyli w dalszą drogę. Przed odjazdem Ilva chciała ze znalezionych kamieni ułożyć na placu swoje imię na dowód, że tu byli. I wtedy przeżyli drugie zdziwienie, bo w wyglądającym na ruinę mieście nie było ani jednego kamienia. Także poza obrębem Miasta. To był kolejny fenomen, którego nie rozumieli.

Jechali stępa kierując się nieodmiennie na północny wschód, ku Rzece Ilbarskiej i w kierunku mostu stanowiącego węzeł szlaków z północy na południe i ze wschodu na zachód. Trzeciego dnia znaleźli się na Trakcie Ilbaryjskim, którym po dalszych dwóch dniach doszli do Mostu.

Była to gigantyczna konstrukcja przerzucona śmiało ponad rzeką, która w tym miejscu mierzyła niemal cztery mile szerokości. Oba przyczółki i wszystkie przęsła były zbudowane z ogromnych głazów, zaś górna część wykonana była z lekkich palonych w ogniu cegieł, które spojono silnym i odpornym na warunki atmosferyczne cementem. Był on niewiarygodnie stary, krążyły legendy mówiące o tym, że wznieśli go Atlanci, zanim szczeźli w płomieniach roznieconej przez siebie wojny…

Wyjechali na most zdumiewając się jego ogromem. Jego szerokość wynosiła prawie pół mili i nie zmieniała się na całej jego długości. Od lustra wody dzieliła ich wysokość czterystu pięćdziesięciu stóp. Dziwiło ich to, że mimo dość późnej pory na moście nie było żywego ducha. Oba trakty też były puste. W połowie drogi naraz przed nimi ukazali się jacyś ludzie, którzy jednak nie szli drogą, ale wskoczyli na nią z boków. Ilva instynktownie obejrzała się do tyłu i ku swemu przerażeniu zauważyła drugą grupę idącą za nimi. Pojęła wszystko w jednym błysku myśli.
- Mamy towarzystwo – powiedziała drżącym głosem – to ilbarskebutyri…       
- Widzę – skinął głową – nie sprzedamy tanio skóry.
- A juści, że nie – wzruszyła ramionami – nie mają koni, a poza tym sam mówiłeś, że na lądzie oni są diabła warci, zatem mamy szansę się przebić.
- No to przygotujmy się, została jeszcze mila – rzekł Kheram. – Za wcześnie się ujawnili i to był ich błąd, bo teraz wiemy o nich.
- Szarżujemy? – zapytała biorąc miecz w garść.
- Nie teraz – rzekł – oni liczą na to. Zrobimy tak: ty zastrzelisz kilku z nich z łuku, a resztę rozniesiemy na mieczach, chyba że mają coś ekstra na nasze konie, wtedy musimy obmyślić BPB.
- ???
- Błyskawiczny plan B.
- A masz jakiś?
- Nie – pokręcił głową.

Podjechali na jakieś dwieście kroków i Ilva sięgnęła po łuk. Nie czekając na nic puściła pierwszą strzałę powalając rosłego draba. W chwilkę później drugi padł na niego ze strzałą w szyi. Piraci runęli całą hurmą na nich z dwóch stron. Byli pewni swej przewagi, więc się nie kryli. Strzała Ilvy znalazła swój trzeci cel.
- Dobrze! – krzyknął Kheram – a teraz trzymaj się mnie i w skok!

Piraci się tego nie spodziewali. Oboje wpadli pomiędzy nich, a oni usiłowali zrzucić ich z koni albo dosięgnąć mieczami, włóczniami i oszczepami. Ilva odbijała skierowane w nią ciosy i w przerwach pomiędzy atakami wymierzała krótkie i straszliwe cięcia mieczem w głowy i ramiona wrogów. Krew bryzgała dookoła na ludzi i konie. Naraz spadło na nią rzucone z tyłu lasso, potem drugie. Machnięciem miecza przecięła krępujące ją liny, zanim pętle zdążyły się zacisnąć. Niestety, jej koń poślizgnął się na flakach wypatroszonego przez nią Ilbaryjczyka czy Shemity i padł a ona wraz z nim. Piraci zacieśnili krąg wokół niej i czekali tylko na sposobność do ataku. Kheram wskoczył na siodło swego wierzchowca i zeskoczył tak, by znaleźć się obok niej.
- Niedobrze! – powiedział z trudem łapiąc oddech.
- Widzę – odparła – skaczemy do wachy?
- To jest twój BPB? – zapytała drwiąco i roześmiała się mimo paskudnej sytuacji.
Jej śmiech podziałał na piratów jak smagnięcie batem. Ruszyli do ataku. Tymczasem Ilva i Kheram starali się nie dopuścić ich do siebie. Ich miecze utworzyły przed nimi zasłonę z migotliwej stali. Kto wszedł w nią – ginął.

- Poddajcie się, i tak nie macie gdzie uciec – rzekł herszt bandy o posturze i aparycji Cyklopa.
- Pocałuj mnie w dupę – oznajmił spokojnie Kheram – o ile zdołasz do niej dojść.
- Chłopcy, nauczcie ich dobrych manier – Cyklop zwrócił się do swych podkomendnych.
Znów rzucili się hurmą i znów trzy ciała pozostały na miejscu.
- Co, do diabła! – zapienił się Cyklop – nie macie oszczepów? Nie chodzi mi o nich, tylko o ich mieszki! No nu…!!! – reszta komendy pozostała w gardle. Pośrodku jego niskiego czoła ni stąd ni zowąd pojawiła się krótka, gruba strzała z charakterystycznym „wzzzzzt…” W ułamek sekundy dwie długie strzały wbiły się w piersi dwóch jego przybocznych. Rozległ się potężny tętent rumaków bojowych, na który to odgłos piratów opuściła chęć do walki i podali tyły.

Ilva obejrzała się do tyłu. W odległości półtorasta kroków jechała drużyna jeźdźców ubranych w identyczne, szarozielone maskujące peleryny, a na jej czele mężczyzna z kuszą w ręku. Poczuła serce w gardle.
- Tatko, jestem! – zawołała.
- Pogonić mi tych psubratów – huknął Kusznik do swych ludzi, którzy pokłusowali za piratami. – A weźcie jakiego żywcem!!!
Zeskoczył z konia i podszedł do skamieniałej Ilvy.

- Wybacz córeczko – rzekł ze skruchą w głosie – spóźniłem się ale i tak chyba dojechaliśmy na czas…  

CDN.

sobota, 6 grudnia 2014

Dziwne dni (11)

XI

Znowu całowali się na miękkim piasku w ciepłych promieniach słońca. Naraz jeden z koni parsknął cicho. Ale Kheram pierwszy wyczuł niebezpieczeństwo. Wiedziony bardziej instynktem niż doświadczeniem nagle odepchnął Ilvę od siebie. W samą porę – w miejsce, na którym leżeli, wbił się krótki oszczep.
- Co za… - Ilva otworzyła oczy poczym poderwała się na równe nogi tylko po to, by porwać leżące na słońcu tuniki.

Kheram rzucił okiem w stronę rzeki. W odległości może dwustu kroków od brzegu płynęła długa łódź, na której pokładzie stali jacyś wojownicy nie zdradzający jakichkolwiek przyjaznych zamiarów – a wręcz odwrotnie… Wojownik, który rzucił oszczepem właśnie nakładał drugi na atlatl i wziął szeroki zamach.
- Chodu! – krzyknął Kheram wskakując na konia dziękując w duchu wszystkim bogom Stygii za to, że nie rozsiodłali koni.
Ilva też wskoczyła na swego konia i krzyknęła hesz! Pognali przed siebie w kierunku od rzeki. Odskoczyli jakieś pół mili i zatrzymali się. Nieznajomi wylądowali i oglądali miejsce, w którym zamierzali biwakować. Nie zamierzali ich jednak ścigać.
                           
- Ubierz się – Ilva podała mu tunikę, którą włożył na siebie. – Co to za ludzie? Wcale nie wyglądali sympatycznie.
- To ilbarskebutyri, tutejsi rzeczni piraci – wyjaśnił. – Są dobrzy na wodzie, ale na lądzie przedstawiają niewielką wartość. To przede wszystkim dezerterzy z armii – głównie stygijjskiej i różni pieczeniarze. Ostatnio doszło tam trochę wolnych Zaporosców od Włodymira Zaporoskiego no i Ilbaryjczyków.
- Myślę, że lepiej będzie zejść im z drogi – Ilva wpatrzyła się, jak piraci ładują się z powrotem na łódź i odpływają. – Jest ich po prostu za dużo, jak na mój gust.
- Aha, i na mój też – rzekł Kheram i klepnął swego wierzchowca w szyję. – Tak czy owak pojedziemy wzdłuż rzeki i zanocujemy gdziekolwiek.
- A może tam? – Ilva od dłuższego czasu lustrowała horyzont i jej ramię wskazało kierunek północno-zachodni. – Tam, gdzie jest ten czarny punkt. Może to są jakieś skałki, czy coś takiego, gdzie można założyć obóz i w razie czego skutecznie się bronić. Pustynne Plemiona tu raczej nie zaglądają. Piraci, jak widać – też.
- A zatem w drogę! – Ilva ściągnęła wodze i skierowała się w stronę czarnego punktu majaczącego nad stepowym horyzontem. – To chyba jest jakiś śivet, pustynna twierdza jakich wiele w tej okolicy…   

Wydawało im się, że mają do niego jakieś cztery, no maksymalnie pięć mil. Okazało się rychło, że jest to jakaś czarna wieża podobna do grubego minaretu. Im bardziej się do niej zbliżali, tym większe ogarniało ich zdumienie. Wreszcie stanęli przed wjazdem – bo to nie była żadna brama tylko po prostu wjazd na ulicę, która kończyła się jak ucięta – z jednej strony znajdowała się szara, spalona słońcem takyrowa ziemia, a z drugiej smoliście czarne kamienne flizy ulicy parterowych lub co najwyżej piętrowych domów-pudełek. Nie było widać żadnego śladu życia. Czarne Miasto stało przed nimi puste, ciche i … nieco przerażające.

- Czarne Miasto – powiedział Kheram – legendarne Czarne Miasto, gdzie zamieszkują ghulle-trupożerne i Dzieci Jhill.
- Nie wierzę w ghulle – mruknęła Ilva wzruszając ramionami – a Dzieci Jhill to przecież tylko sępy… Pewnie tu zamieszkują i dlatego powstały te głupie legendy.
- Zazdroszczę ci tej twojej pewności siebie – zauważył cierpko Kheram.
- Będziesz się uczył, to będziesz wiedział tyle, co ja – odpowiedziała spokojnie – w Belverusie jest uniwersytet i nasza akademia, więc masz gdzie studiować. Aha, i akademia wojskowa. Nemedyjczycy są dobrymi wojownikami i mają doświadczonych, wykształconych wodzów. Gedrena bała się najbardziej właśnie ich. Dlatego właśnie na Nemedię i Brythunię szykowała coś ekstra. Coś więcej, niż dwa miliony wojowników i gwardzistów plus siły piktyjskie i Kothijczycy na dokładkę – w sumie trzy i pół miliona ludzi.
- Skąd to wiesz? – zdumiał się Kheram – tego nie mówiono nawet nam.
- Bo to były najbardziej sekretne plany Gedreny i jej kapłańskiej zgrai, które Bractwo przeniknęło, i dlatego ona nas tak nienawidziła – powiedziała Ilva. – Ale na razie rozejrzyjmy się za jakimś noclegiem, słońce zachodzi.

Faktycznie, słońce zachodziło w pomarańczowo-złotej łunie i Czarne Miasto wyglądało w niej jeszcze bardziej niesamowicie w dusznym, nieruchomym powietrzu. Przyjrzawszy się lepiej płytom kamiennym zauważyli, że emanują one delikatną, tęczową poświatę widoczną tylko w cieniu, a ściany domostw pokryte są jakimiś świecącymi niebieskawym, mżącym blaskiem.
- Potrafisz to przeczytać? – zapytała Ilva, kiedy weszli do jednej z budowli.
- Nie, to jest stare, bardzo stare pismo – powiedział. – Chyba jeszcze sprzed Kataklizmu – dodał po zastanowieniu się.

Miał na myśli Kataklizm, który zmiótł Atlantydę z powierzchni Oceanu.  Jak każdy Stygijczyk znał i posługiwał się tylko pismem demotycznym, zaś hieratyczne pismo kapłańskie było dlań czymś niedostępnym. Posługiwali się nim tylko ludzie ze szczytów władzy. Tych najwyższych i najbliższych Tronu i Ołtarza…
- Gdzie nocujemy? – zapytał. – Proponuję tutaj. Jest tu dość przestronnie i pomieścimy się wszyscy…
- No i jest szczelny dach – dodała Ilva – a zbiera się na burzę.

Szybko wprowadzili konie do sąsiedniego pomieszczenia, a sami zajęli nieco mniejsze, którego okno wychodziło na ulicę w kierunku, z którego przyjechali, założyli bowiem, iż mogą zostać zaatakowani właśnie od strony rzeki. Położyli się na posłaniach z derek i z siodłami pod głową. Najpierw zastanawiali się, czy nie trzymać straży przez północy, ale dali sobie spokój i położyli się spać słuchając porykiwania burzy, która nadciągała znad Morza Vileyet. Zasnęli.

Obudził ich huk gromów. Centrum burzy nadeszło nad Czarne Miasto i w minaret raz po raz uderzały potężne, wielomilowe wyładowania elektryczne. Huk nakrywał ich co chwilę jak wieko, a deszcz siekł czarne płyty budynków i ulic. Kheram wstał, by się rozejrzeć. Spojrzał w kierunku rzeki – poza szarą falą ulewy nie widział niczego. Podszedł do okna wychodzącego na minaret i zdębiał z zachwytu. Oto piorun uderzył w jego szczyt, a cała konstrukcja i otoczenie minaretu rozjarzyło się tęczowym, wielokolorowym światłem. Kolejny piorun i kolejna feeria barwnego światła. I kolejna…
- Ilvo obudź się! Ilvo kochanie! – krzyknął – wstawaj i patrz!
Dziewczyna podniosła się z posłania trąc oczy. Spojrzała nań pytająco i podeszła do okna.
- Patrz tam – wskazał jej kierunek.
Cztery kolejne wyładowania rąbnęły w wieżycę minaretu, która zajaśniała tęczowym światłem. Ilva krzyknęła ze zdumienia i zachwytu.
- Piękne, co nie? – zapytał obejmując ją.
- Cudowne – przyznała.

Stali objęci patrząc na niezwykłe widowisko. Miasto stało się czymś mniej nieprzyjaznym, niż im się pierwej wydawało. A potem, kiedy burza oddaliła się w kierunku shemickiej pustyni, poszli spać i spali do rana, tym razem snem młodych ludzi, bez marzeń i koszmarów… 

CDN.

czwartek, 4 grudnia 2014

Dziwne dni (10)

X

Przed wędrowcami otworzyła się szeroka w tym miejscu na dwie i pół mili rzeka Ilbars. Powitali ją okrzykami radości. Konie wyrwały się do wody i zatrzymały dopiero wtedy, kiedy mogły się napić. Prawdziwej wody, a nie wiezionej w bukłakach czy zawartej w twardej pustynno-stepowej trawie. Ilva zeskoczyła z konia i z przyjemnością zanurzyła się w chłodnej i czystej wodzie. Kheram poszedł w jej ślady i po chwili taplali się jak wesołe dzieci. 
- Goń mnie – krzyknęła zdejmując swoją tunikę, którą rzuciła na brzeg i naga rzuciła się w nurt rzeki. Była dobrą pływaczką, więc kilkoma silnymi ruchami rąk odpłynęła na kilkadziesiąt jardów. Kheram też zrzucił ubranie i popłynął za nią. Przeliczył się jednak z siłami, a chłodna woda spowodowała skurcz mięśni jego podudzi. Poczuł, jak woda nakrywa go. Szarpnął się mocno i to podniosło go nieco nad wodę. 
- Ilva!!! – krzyknął – Na pomoc!

Ilva początkowo sądziła, że się zgrywa, ale w jego głosie było tyle strachu, że zawróciła i po kilku machnięciach mocnych rąk i nóg znalazła się przy nim. 
- Nabierz powietrza – krzyknęła – ile możesz i połóż się na wodzie!
Posłusznie wykonał jej polecenie, noga bolała go piekielnie. Ilva podpłynęła doń od tyłu i zaczęła holować go na płyciznę, w stronę szerokiej piaszczystej łachy. Sycząc z bólu powoli, wspierając się na jej ramieniu wyszedł na plażę i padł na ciepły piasek. Skurcz puścił wreszcie i ból odpłynął. Tym niemniej czuł jeszcze go w mięśniach. Usiadł. Ilva stała nad nim w ciepłym blasku słońca, jak jasny posążek Isis – stygijskiej bogini miłości i piękna. Wyżęła włosy, które odrzuciła na plecy. Po chwili uczesała je rogowym grzebieniem i przewiązała rzemykiem w „koński ogon”. Położyła mokre ciuchy na trawie, by wyschły do słońca.

Patrzył na nią z zachwytem.
- Dziękuję ci – powiedział cicho – po raz drugi uratowałaś mi życie… 
Wzruszyła ramionami i usiadła obok niego. 
- Nie wiedziałam, że słabo pływasz i że woda jest tak chłodna – powiedziała – to moja wina, mogłam cię nie wołać… 
Objął ją ramieniem i pocałował w policzek.
- Tak czy inaczej, dziękuję – rzekł – a teraz powiedz mi, co właściwie widzieliśmy w tej nocy? Obiecałaś! 

Jej długie i grube brwi powędrowały pod linię włosów. Za zdumienia na moment straciła rezon. Spodziewała się czegoś innego, jakiegoś wyznania, pocałunku czy choćby pieszczoty, a może nawet seksu. Na postojach sypiali razem przytuleni do siebie, więc byli oswojeni ze sobą. Liczyła na coś więcej, a tu… Westchnęła. 
- Nie można mieć wszystkiego na raz, byłby to nadmiar szczęścia – pomyślała. 

Po chwili otrząsnęła się ze zdumienia. Sięgnęła po jakiś patyk i rozejrzała się dookoła. Znalazła kawałek równego, wilgotnego piasku i skinęła na Kherama. 
- Chodź – powiedziała – zrobię ci mały wykład.
Wstał i podszedł do niej. Spojrzała na niego z uznaniem – był ładnie, harmonijnie zbudowany. Patrząc na niego poczuła delikatne łaskotanie w dole brzucha i czubeczkach piersi. Ich nagość była przyjemnie podniecająca… 

Usiadł na piasku. Uklękła obok niego tak, by wyeksponować swe piersi. 
- Wiesz o tym, że Ziemia jest kulą? – zaczęła. 
Skinął głową. 
- I wiesz o tym, że krąży ona wokół Słońca, które jest kulą złożoną z rozżarzonych gazów?
Oczy Kherama ze zdumienia rozszerzyły się tak dalece, że przypominały spodeczki. 
- N… na-naprawdę? – wyjąkał.
Skinęła głową. 
- I jeszcze ci powiem, że jest odległe od Ziemi o około dziewięć milionów, trzysta siedemdziesiąt pięć tysięcy mil. Ale to nieważne. Wokół Ziemi, w średniej odległości dwustu czterdziestu tysięcy dwustu pięćdziesięciu mil krąży Księżyc. 

Ilva narysowała większe kółko oznaczające Ziemię i drugie kółko, mniejsze, obrazujące Księżyc. Potem narysowała orbitę Księżyca wokół Ziemi. 
- Rozumiesz? – zapytała. – A teraz patrz. Wokół Ziemi krążą także dwa inne obiekty: Wielki Przewodnik, który wisi nad Czarnymi Królestwami oraz także Mały Przewodnik, który lata – a właściwie latał – wokół Ziemi.

Szybkimi ruchami narysowała dwa mniejsze satelity Ziemi. 
- No tak, to by się zgadzało – rzekł Kheram patrząc na nią – i co dalej?
- Ano właśnie – rzekła – coś musiało się stać, że Mały Przewodnik wpadł w atmosferę i się spalił, co widzieliśmy. 
- Jak to się spalił? – Kheram zdumiał się po raz kolejny.
- Normalnie, jak meteory – odparła – wszystko tam – wskazała na niebo – porusza się z ogromnymi prędkościami. Kiedy te ciała napotkają na warstwę powietrza otaczającą naszą Ziemię, to wtedy spalają się od tarcia o powietrze… 
- Niemożliwe! – wykrzyknął.
- Przecież sam widziałeś – powiedziała cicho Ilva. 
- No tak… - przyznał. – Masz rację, i co dalej? Co z Wielkim Przewodnikiem?
- Nie wiem, ale najwidoczniej przestał krążyć wokół Ziemi na równiku i odszedł od niej po stycznej – wyrysowała strzałkę styczną do orbity Wielkiego Przewodnika – i dlatego właśnie widzimy go tak, jak tej nocy. 
- Ale dlaczego?... – zapytał zdetonowany.
- Zapomniałam ci powiedzieć – wyjaśniła – że Ziemia obraca się wokół własnej osi i dzięki temu mamy noc i dzień. Teraz to rozumiesz?

Skinął głową. 
- Rzeczywiście, to wyjaśnia wiele, ale nie wszystko – przyznał po dłuższym namyśle.
- Czego nie rozumiesz? – zapytała. 
- Co spowodowało, że jeden Przewodnik wpadł w atmosferę, a drugi odleciał gdzieś do diabła?
- Tego nie wiem, może ci z Belverusu już coś wiedzą – odpowiedziała. 
- No to jedźmy! – Kheram niemal to wykrzyknął – na co czekamy?
- Najpierw odpocznijmy – powiedziała Ilva. – Nasze konie są zmęczone i muszą się odpaść. Jazda przez pustynię je wychudziła. Może ruszymy za dwa dni? 
- No, niech ci będzie – powiedział Kheram z niechęcią.

Naraz podniósł wzrok i spojrzał na Ilvę. Siedziała na piętach przed swoimi rysunkami. Ciemne włosy spływały na jej nagie ramiona i plecy. Strome piersi unosiły się w rytm przyśpieszonego oddechu. Zamknęła oczy i wpółotworzyła usta. Zrozumiał. Podniósł się i uklęknął obok niej. Delikatnie dotknął palcami jej policzka i podniósł jej podbródek, a potem lekko musnął wargami jej wpółotwarte usta.
- Nareszcie – szepnęła i jej ramiona objęły jego szyję. Ich usta połączył gorący, namiętny pocałunek. Ilva położyła się na piasku pociągając go za sobą. Jego gorące usta pieściły jej twarz a potem szyję i policzki. Zrozumiał, że kochał ją od pierwszego wejrzenia, od chwili, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy z mieczem w dłoni odpierającą z powodzeniem ataki jego kolegów. I potem, kiedy czyścił i opatrywał ranę na jej głowie, odkażał jej drobniejsze rany, opiekował się nią i ukradkowo spotykał w nocy… I teraz, kiedy uratowała go przed toporem Dachy i wyciągnęła z nurtów rzeki. Poczuł wdzięczność dla tej dziewczyny, która wtargnęła w jego życie i pokazała mu inny świat, lepszy o niebo od tego, w którym żył. Uniósł głowę i patrzył na nią. Czuł do niej wdzięczność i miłość. Otworzyła zamglone oczy.

- Ilvo – zapytał cichym głosem – kocham cię, czy zostaniesz moją żoną? 
Radość, która błysnęła w jej oczach była odpowiedzią. Uśmiechnęła się.
- A już myślałam, że nigdy mnie o to nie zapytasz – powiedziała cicho. – Pewnie, że chcę. Nie po to cię ratowałam od śmierci, żeby pozwolić ci odejść, tak po prostu. 

CDN.

wtorek, 2 grudnia 2014

Dziwne dni (9)

IX


Jechali dwie doby, byle jak najdalej od przeklętego miejsca. Pozwalali sobie tylko na krótkie popasy, by dać wytchnienie zmęczonym koniom. Mieli szczęście, bo zachodni wiatr spychał radioaktywne chmury w kierunku Ghulistanu i dalej na stepy Kathaju, które stały się równiną śmierci. Kiedy zajarzyły się krwistoczerwone zorze trzeciego dnia zauważyli, że na miejsce kamieni i piachu pod kopytami ich koni pojawiła się wreszcie trawa, soczysta trawa stepowa. Odetchnęli z ulgą. Byli ocaleni. Zatrzymali się i rozjuczyli konie pozwalając się im paść do woli. A sami położyli się na trawie w cieniu jakichś mizernych drzewek owinięci derkami z siodłami pod głową i zapadli w nerwowy, męczący sen. Spali do wieczora, a potem znowu puścili się w dalszą drogę kierując się wciąż na Thuban, który był wreszcie doskonale widoczny na granatowym niebie, którego nie przesłaniały już chmury po straszliwej eksplozji.


Przespali cały dzień. Obudzili się, kiedy słońce kłoniło się już na zachodzie. Niebo było nasycone czerwienią i pomarańczowym kolorem. Samo słońce wisiało jak wiśniowa kula na trzy palce nad horyzontem. Nie było ani chmurki, ale wydawało się, że całe niebo spowite jest mgłą w kolorach pomarańczy i ecru.
- Co się stało słońcu? – zapytał Kheram niespokojnie.
- Nic – Ilva wzruszyła ramionami – to tylko pył wzbity wybuchem zmienił światło słoneczne – powiedziała starannie dobierając stygijskie słowa.
- Jedziemy dalej? – zapytał bezradnie.
Ilva nie dziwiła się. W jego życiu zmieniło się wszystko i na razie nie potrafił znaleźć się w nowej rzeczywistości…
- Jak chcesz, to możesz tutaj zostać – powiedziała z przekornym uśmiechem – ale prędzej czy później dopadną cię jacyś ĵighitci albo ĵete i będziesz miał kłopoty. A oni są o wiele gorsi od Dachy, niech mu ziemia ciężką będzie… Ja w każdym razie się stąd zbieram. Nie zapominaj, że grozi nam trucizna z chmur, a bezpieczni będziemy dopiero, kiedy przekroczymy rzekę.
- Skąd wiesz? – Kheram ze zdumienia podniósł brwi.
- Bo tak… – ucięła, bo nie chciało się jej tłumaczyć rzeczy (dla niej) oczywistych. – Zapakowałeś się już?
Skinął głową. Erudycja Ilvy czasami go nokautowała.
- Gdzie jedziemy? – zapytał.
Ilva rozejrzała się po gwiazdach, które ledwie żarzyły się czerwonawo na niebie.
- Na wschód – powiedziała stanowczo – nad Ilbars, tam dopiero będziemy mogli odetchnąć.


I ruszyli.


Droga dłużyła się im beznadziejnie, więc skracali sobie czas nauką języka. Kheram błyskawicznie opanował podstawowe zwroty w języku Hyboryjczyków i nauka szła mu coraz lepiej.


Około północy wzeszedł księżyc, którego światło było pomarańczowe. Jechali więc kierując się na jego ogromną tarczę, która malała w miarę podnoszenia się nad horyzontem. Naraz wydali okrzyki zdziwienia. Nad wschodnim horyzontem powoli podnosiło się drugie światło, mniejsze ale bardziej jaskrawe od Srebrnego Globu.
- Co to takiego? – Kheram po raz drugi zdumiał się niepomiernie.
- Idę o zakład, że to Wielki Przewodnik – odparła Ilva – ale dlaczego znajduje się tutaj, a nie nad Czarnymi Królestwami?
- Nie wiem – odpowiedział Kheram.
- Powiedz mi, czy on jest teraz większy, czy mniejszy? – Ilva myślała nad czymś gorączkowo.
Kheram spojrzał na tarczkę satelity Ziemi. Na niej przesuwała się plama miotacza antymaterii, która przypominała wielki krater uderzeniowy.
- Jest wyraźnie mniejszy – powiedział.
- O ile? – Ilva była dociekliwa.
Kheram nakrył go kciukiem wyciągniętej ręki.
- Mniej więcej o połowę – odpowiedział.
- Na pewno?
- Na pewno – odpowiedział stanowczo – a o co chodzi?


Ilva zastanowiła się na moment.
- Chodzi o to, że Wielki Przewodnik zszedł z orbity wokół Ziemi i odlatuje od niej po stycznej. Dlatego jest mniejszy i porusza się na niebie.
Kheram nie odezwał się. Nie rozumiał nic z tego, co mówiła do niego. Pokręcił głową.
- Wytłumaczę ci, jak tylko znajdziemy się nad rzeką, a teraz …
Nie dokończyła, bo na zachodzie pojawiła się wielkie, złociste światło, które leciało na północny-wschód rozsypując się na tysiące tęczowych iskierek, które gasły odlatując od niego.
- A to co!!!??? – wykrzyknęli unisono patrząc na to widowisko.
Jaskrawo świecąca kula przeleciała nad nimi i po sekundzie rozprysła się na rój szybko gasnących iskier.
- Spadająca gwiazda? – zapytał Kheram.

- Być może, albo… - urwała na moment, bo wydało się to jej nieprawdopodobne – albo… Mały Przewodnik. On latał właśnie takim torem… 

CDN.