środa, 7 września 2011

Atlantyda i Agharta (20)


LATAJĄCY TALERZ Z SZAMBALI

Tatiana Samojłowa

Praktycznie rzecz biorąc, we wszystkich rosyjskich grubych księgach poświęconych problemowi NOL-i, chociaż w największym skrócie opowiada się, jak znany rosyjski filozof i malarz Nikołaj Roerich podróżując po Azji Środkowej i Tybecie zaobserwował UFO.

Relacja Roericha...

Niestety, autorzy wyżej wspomnianych książek ograniczyli się do podania cytatu z wydanej w Związku Radzieckim książki N. Roericha „Serce Azji”, który brzmi tak:

Słoneczne i bezchmurne rano – lśni jasne, niebieskie niebo. Naraz jeden z buriackich lamów podnosi rękę:
- A co to takiego? Biała napowietrzna kula? Aeroplan?
I naraz zauważamy, jak na wysokim pułapie porusza się coś błyszczącego lecąc z północy na południe. Z namiotów przyniesiono trzy silne lornetki i obserwujemy biały, sferoidalny obiekt, lśniący w słońcu, doskonale widoczny na tle niebieskiego nieba. Porusza się on bardzo szybko. Potem zaobserwowaliśmy, jak zmienia kierunek lotu bardziej na południowy-zachód i znika za śnieżną granią Humboldta.

Ale przecież Roerich nie był tam sam i nie tylko on pozostawił po sobie opublikowany opis tej Obserwacji Dalekiej.[1] Jeżeli zwrócimy się do innych źródeł informacji, to klasyczny szyld „UFO” nie będzie wyglądał tak jednoznacznie dla tylko tego fragmentu relacji.
Już w drugiej swej książce „Szambala promieniejąca” N. Roerich opisuje zupełnie innymi słowami to Spotkanie:

Niedaleko od Ułan-Dawana widzieliśmy ogromnego, czarnego grzyba lecącego w pobliżu naszego obozu. On leciał na spotkanie czegoś świetlistego i pięknego, co leciało na południe nad naszym obozem i świecącego w blasku Słońca.

... i relacje innych świadków.

W środku lat 70. ubiegłego wieku, udało mi się usłyszeć historię opowiedzianą przez pewnego naukowca z Mongolii doc. dr Curena Sjanżawę. Okazało się, że jego dziadek był przewodnikiem ekspedycji Roericha. Nikołaj Konstantynowicz wspomina kilkakrotnie o nim w swych dziennikach. Jego dziadek miał w młodości doskonały wzrok koczownika i myśliwego, i on opowiedział swemu wnukowi detale tej opisanej przez Roericha obserwacji NOL-a, które to szczegóły pozwalają spojrzeć nieco inaczej na naturę tego zjawiska. Kiedy członkowie ekspedycji rozbiegli się po namiotach za lornetkami, orzeł nabrał dużej wysokości i obleciał prawdopodobną zdobycz. To świadczyło o po pierwsze - raczej niewielkiej prędkości poruszania się obiektu, a po drugie – dało możliwość ocenić rozmiary obiektu poprzez porównanie z rozmiarami ptaka. Według słów Mongoła – był on rozmiarów dużej jurty.
Ale nie tylko to jest ciekawe. W nocy dziadek Curena zobaczył na niebie poruszające się i migoczące światło, który dokładnie powtórzyło trajektorię obiektu, który leciał za dnia.
Pisarz Oleg Szyszkin w swej książce „Bitwa o Himalaje” przytoczył świadectwa także i innych naocznych świadków, w szczególności lekarza ekspedycji dr K. N. Riabinina:

Około godziny 10:30 rano zauważyliśmy wielkiego, czarnego orła, który leciał z zachodu na wschód. Potem zwróciliśmy uwagę na to, że Buriat Cultim patrzy na kierunek S-SW. Podszedłszy doń zauważyliśmy, że na bardzo dużej wysokości jaskrawo biały obiekt, który szybko i płynnie przemieszczał się po niebie w kierunku grzbietu Humboldta. Zdążyliśmy przynieść trzy lornetki, i wszyscy jak nas tam było siedmiu, dokładnie obserwowaliśmy to zjawisko. Chociaż obiekt już się oddalał, to przez lornetkę można było dokładnie zobaczyć jego podługowaty, owalny kształt, z jednym bokiem oświetlonym słońcem i oddalającym się stopniowo w kierunku południowym. Przypuszczaliśmy, że to jakiś aerostat[2], a pośród Buriatów mówiło się o balonie wypuszczonym przez Chińczyków z «oparami benzyny». Uśmialiśmy się z tego ostatniego przypuszczenia, bowiem najbliższym punktem, z którego on mógł wystartować było miasto Sü-chou leżący o sześć dni marszu stąd, przy czym przez te wszystkie dni wiatr wiał z zachodu.

Opublikował także swoją obserwację w książce „Z ekspedycją Roericha po Azji Centralnej” jeszcze jeden świadek naoczny  - dowódca ochrony ekspedycji – płk N. W. Kordaszewskij:

Spojrzałem w górę w kierunku, w którym zwróciły się głowy obserwujących, i zobaczyłem nie orła, ale lśniącą w słońcu kolorem biało-żółtym dużą kulę.
- Jaki tam orzeł, to kula! – powiedziałem do podchodzącego właśnie Nikołaja Konstantynowicza i rzuciłem się do namiotu po lornetkę. Przy jej pomocy szybko odnalazłem na niebie dziwny obiekt. Mniej więcej około kilometra nad nami przesuwała się w powietrzu kula. Nie widać było ani siatki, ani lin nośnych czy gondoli albo kosza. Roerich z żoną, kilku Mongołów i ja obserwowaliśmy to zjawisko. Kula poruszała się w linii prostej ze wschodu na zachód[3] i naraz skręciła pod kątem prostym na południe i powoli znikła za najbliższym śnieżnym grzbietem górskim... Było oczywistym, że ten – nie mogę tego nazwać inaczej, jak sferyczny aerostat – zmienił swój kurs, jakby za ostrym przełożeniem steru.

Wybaczymy pułkownikowi piechoty porównanie zmiany kursu do nagłego przełożenia steru na sferycznym aerostacie: ani balony, ani aerostaty nie mają sterów, bo one poruszają się w strumieniach prądów powietrznych – atmosferycznych. A taki prąd na dużej wysokości może „wybrać” dowolny kierunek, w tej liczbie także przeciwne temu, jaki ma wiatr nad powierzchnią Ziemi. Tak zatem po prostu balon wpadł w strumień powietrzny o innym kierunku. I tutaj pułkownik sam sobie zaprzeczył – wszak nie widział on żadnego kosza czy gondoli u tego balonu, a zatem nie miał on załogi, która mogłaby przełożyć hipotetyczny ster...

Analiza incydentu.

Analizując ten incydent O. Szyszkin wskazuje na swoje przypuszczenie:

Ten NOL zaobserwowany nad obozowiskiem Roericha był niczym innym, jak bezpilotowym balonem, którego wypuszczono z bazy znajdującej się w Mongolii, w przygranicznym mieście San-Chin[4]. Takie balony były wypuszczane w roku 1926 roku przez radzieckich uczonych i aeronautę W. B. Szostakowicza. Jeszcze 7 czerwca 1926 roku odbył on próbny lot. Balony te wykorzystywano do badań atmosferycznych w Mongolii i do sporządzania dokładnych map tego regionu. Poza tym balon z aeronautą na pokładzie wypełniał także misje zwiadowcze nad terytorium Chin. Poza tym wykorzystywano je do łączności w sytuacjach awaryjnych, zrzucał on ładunek ze znacznikiem i wiadomościami.

Jak więc widzimy, zagadka NOL-a zaobserwowanego przez ekspedycję Roericha może mieć całkiem proste wyjaśnienie. I tylko płk Kordaszewskij wnosi w swej relacji element mącący tą klarowną wersję – z jednej strony twierdzi on, że był to aerostat, a z drugiej – nie zauważył on ani gondoli czy chociażby kosza dla załogi...
Do tego inni świadkowie – dr Riabinin i intendent ekspedycji Portniagin twierdzą, że:

Z rana wszystkim członkom ekspedycji stało się jasne, że zaobserwowany przez nas błyszczący przedmiot był powietrznym aparatem Bractwa wracającym spod Mukdenu (Shenyang) do Tybetu po wypełnieniu polecenia Taszy-Lamy znajdującego się – jak wiadomo w Mukdenie.

Jak to się mówi – świadkowie wiedzą lepiej. Jak się wydaje, jeszcze jeden klasyczny przypadek obserwacji NOL-a znalazł zwyczajne objaśnienie. Ale w takim razie czym było to dziwne, migające światło, które na nocnym niebie obserwował dziadek Curena? Balony w górach po nocy nie latają, i tym bardziej, ich nie oświetlają...

To ostatnie stwierdzenie nie jest wcale takie oczywiste, bowiem proszę nie zapominać, że trwała ekspansja Związku Radzieckiego na tereny Azji Centralnej – co opisywał m.in. Antoni Ferdynand Ossowiecki i Kamil Giżycki, którzy byli naocznymi świadkami tych wydarzeń. W Azji Centralnej poza tym krzyżowały się interesy Chin, ZSRR, Wielkiej Brytanii i USA oraz Francji i nawet Niemiec, bo każdy chciał położyć rękę na bogactwach tego regionu świata i każda metoda była dobra. Dlatego nie byłbym taki pewien, czy tylko radzieckie albo chińskie balony latały w tym czasie nad śnieżnymi graniami Himalajów... Założę się o mojego Caspera z pełnym bakiem paliwa, że ekspedycja Roericha też miała swój cel zwiadowczy, o czym się nigdy nie mówiło głośno.
Poza tym, nie zapominajmy, że właśnie w tych latach nad Półwyspem Skandynawskim zaczęły się loty tajemniczych „samolotów-widm”, które najprawdopodobniej były radzieckimi i niemieckimi maszynami szkolno-treningowymi i szpiegowskimi latającymi z Hamburga do Murmańska i z powrotem. Latały one na mocy układów z Rapallo (zawartych w 1922 roku, a dotyczących porozumień pozwalających Republice Weimarskiej obejścia klauzul Traktatu Wersalskiego), które otworzyły drogę hitlerowskiemu ekspansjonizmowi. Dane wywiadowcze przydały się potem Niemcom jak znalazł w kwietniu 1940 roku, kiedy to okręty Kriegsmarine i samoloty Luftwaffe bez specjalnego trudu opanowały Danię i Norwegię...
Nawiasem mówiąc, ciekawe jest to, że balon Taszy-Lamy (o ile to w ogóle był balon tybetański) zniosło tak daleko na północ – nad Ałtaj Mongolski (Mongol Altajn-nuuru), o tysiąc z górą kilometrów od szlaku z Shenyangu do Lhassy! Jest to raczej niemożliwe i sądzę, że był to albo radziecki, albo chiński balon zwiadowczy czy sonda meteorologiczna... Osobiście do takich misji używałbym albo samolotu, albo sterowca, a nie balonu, który zawsze jest na łasce i niełasce prądów powietrznych. NB, bardzo łatwo można wyjaśnić brak gondoli balonu zaobserwowanego przez Roericha i jego towarzyszy. Balon ten mógł ulec katastrofie, która odłączyła od powłoki nośnej wypełnionej wodorem kosz lub gondolę... I rzeczywiście – nie trzeba uciekać się do UFO!
A swoją drogą szkoda, że obalono kolejny mit o obserwacji NOL-a przed właściwą „Erą UFO”, która zaczęła się w czerwcu 1947 roku...

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz © -


[1] Był to przypadek Obiektu Dziennego i Obserwacji Wzrokowo-Technicznej zarazem – DD/RV – uwaga tłum.
[2] Balon stratosferyczny – przyp. tłum.
[3] A według Roericha z północy na południe! – przyp. red. „Kalejdoskopu NLO”.
[4] Dzisiaj Sangijndalaj w Ajmaku Górnoałtajskim (Gow’ Altaj) – przyp. tłum.