piątek, 16 września 2011

Atlantyda i Agharta (25)


Dopisek do sprawy „krwawego barona”


Kazimierz Bzowski 

Przed drugą wojną światową i podczas okupacji mieszkałem w Warszawie przy ul. Wyspiańskiego 11 na Żoliborzu. W sąsiednim bloku domów-bliźniaków, pod nr.9 mieszkał kpt.  lotnictwa Nawrocki (imienia nie pamiętam).

Nawrocki w latach przed rewolucją 1917r. był „praporszczykiem” w lotnictwie armii carskiej i z baronem von Ungern Sternbach był w Mongolii. Oprócz niego – jak pamiętam w czasów przedwojennych, byli u Ungerna i inni Polacy, m.in. Ossendowski, inż.Ossowiecki (później znany jako jasnowidz) Lepecki, Giżycki.

  Po złapaniu Ungerna przez bolszewików w Nowosybirsku i straceniu go,
ci z Polaków którzy ocaleli przez Mandżurię i Japonię dostali się do Europy. Przed wyprawą Ungerna do Nowosybirska ( w niejasnym celu, być może po resztę złota, którego nie udało mu się zabrać)

  Przed ostatnią wyprawą Ungerna do Nowosybirska, dał on każdemu z Polaków drobną cząstkę swojego skarbu w złotych monetach, carskich,
chińskich i mongolskich.

Kpt. Nawrocki w Warszawie miał żonę, która miała księgarnię na pl. Inwalidów na Żoliborza oraz syna. Jurka, starszego ode mnie o dwa lata.  Ta pani zachowała nazwisko panieńskie „Mędrzecka” gdyż pod tym nazwiskiem miała tą księgarnię.

Nawrocki walczył jako pilot we wrześniu 1939 i przepadł bez wieści.

Wczesną wiosną 1940 r.(w marcu, o ile pamiętam) któregoś wieczoru
przyszedł do mnie Jurek Nawrocki by się pożegnać. Powiedział ,że do nich do domu przyszło  dwóch lotników Luftwaffe, z których jeden był majorem i on to twierdził, że był u Ungerna razem z jego ojcem (Nawrockim). Był zaskoczony, gdy dowiedział się że żona nie ma żadnych wiadomości o mężu. Ci lotnicy powiedzieli, że chcieli uratować Nawrockiego ale w tej sytuacji zamiast niego uratują jego jedynego syna.
Powiedzieli, że na lotnisku na Okęciu stoi samolot Ju-52, już załadowany i oni dwaj będą go tego samego dnia późnym wieczorem pilotować do Iranu, z zaopatrzeniem dla ambasady niemieckiej w Teheranie. Dali Jurkowi parę godzin na przygotowanie się do podróży, mieli przyjechać po niego wieczorem i lecieć nocą.

Jurek zaprosił mnie do swojego domu, bo „chce mi coś pokazać”.

Rzeczywiście pokazał : skórzaną walizeczkę o rozmiarze ok. 30 x 20 cm i glęboką na ok. 20 cm.- pełną złotych  monet. Było tego z 8-10 kg.
„To zabieram ze sobą” – mówił i dodał, że część tego da tym pilotom za przysługę. To były monety zarówno carskie jak i z chińskimi napisami.
„Ojciec przywiózł też stamtąd carskie banknoty, bo myślał że może tu
będą mieć jakąś wartość”. Dał  mi na pamiątkę jedną sturublówkę, która mam do dziś.

W roku 1965  byłem w Londynie u mojego brata. Opowiedziałem mu tą historię z Jurkiem Nawrockim i poszliśmy do siedziby Związku Lotników Polskich , by spróbować odnaleźć jakiś   ślad po kpt. Nawrockim i ewentualnie po Jurku. Niestety, po kapitanie nie było nic, natomiast był ślad po Jurku. Przez Teheran dostał się   do Palestyny, stamtąd do Anglii. W Anglii ukończył szkołę pilotażu i zaginął podczas lotu na Francję 6 czerwca 1944.

Kilka miesięcy przed wojną Ossendowski zwrócił się z żartobliwym pytaniem do Ossowieckiego: ”kiedy i jak umrę ?” – a ten odpowiedział bez namysłu: „umrzesz z rąk Ungerna”. „Żartujesz, przecież  Ungerna powiesili bolszewicy w Nowosybirsku!” „A jednak....” po Powstaniu Warszawskim Ossendowski zamieszkał u swej siostry w Skolimowie pod  Warszawą. W listopadzie 1944 przed jej domek zajechał samochód z numeracją „SS”. Wysiadł oficer w stopniu Obersturmführera (odpowiednik porucznika), który właścicielce domu przedstawił się jako „baron von Ungern” (bratanek krwawego barona). Był w gabinecie Ossendowskiego około godziny, poczym  Ossendowski wyszedł trzymając pod pachą egzemplarz swojej ksiązki „Przez kraj bogów, zwierząt i ludzi” gdzie podobno zakodował miejsce ukrycia części skarbu... Nieprawdą jest – że „Ossendowski zmarł w pól godziny po jego wyjściu”. SS-man zabrał go ze sobą do samochodu i pisarz nigdy nie wrócił. W załączeniu: miniaturka tej sturublówki pochodzącej od Ungerna...