piątek, 23 września 2011

POCIĄGI-WIDMA I WIDMA W POCIĄGACH (5)


IV Międzynarodowe Święto Ciuchci i katastrofa, 
do której nie doszło

I jeszcze jedne wspomnienia kolejowe sprzed kilku lat:

W sobotę, przy przepięknej letniej pogodzie, w Suchej Beskidzkiej i Chabówce odbyły się obchody największego święta miłośników kolei żelaznej - IV Wielki Międzynarodowy Pokaz Parowozów i Pociągów Retro. Międzynarodowy dlatego, że uczestniczyły w nim także lokomotywy i spalinowozy ze Słowacji. Była to wspaniała parada, pokaz techniki kolejowej od początków XX wieku aż do czasów współczesnych.

Nie ma się co dziwić, bowiem i Sucha Beskidzka i Chabówka leży na szlaku Galicyjskiej Kolei Transwersalnej, którą budowali inżynierowie w służbie najjaśniejszego cesarza CK Monarchii Austrowęgierskiej Franciszka Józefa. Ten szlak kolejowy wiódł od słowackiej Czadcy poprzez Żywiec, Suchą Beskidzką, Jordanów, Chabówkę, Nowy Sącz i Przemyśl aż do Stryja i Lwowa... Być może w przyszłym roku dołączą do polskich i słowackich kolejarzy także kolejarze z Ukrainy? Wtedy ta impreza byłaby naprawdę międzynarodowa! Sucha Beskidzka stała się celem zjazdu gwiaździstego starych lokomotyw i pociągów, tak więc rankiem z Chabówki wyjechał pociąg retro z Chabówki do Zakopanego i z Zakopanego do Suchej Beskidzkiej, ze Słowacji przyjechała lokomotywa i zestaw spalinowy - zwany "Błękitna Strzała" jeżdżący na trasie z Popradu do Tatranskiej Lomnicy. Podobne spalinowe jednostki jeździły na terenie Pomorskiej DOKP w dawnym województwie szczecińskim i jedna z nich przyjechała także do Suchej.

Dla miłośników militariów nie lada gratką był przyjazd polskiego pociągu pancernego "Marszałek", który pod parą i w pełnym uzbrojeniu stał nieopodal peronów zapchanych ludźmi, jak w okresie największego prosperity PKP, kiedy to kolej była największym przewoźnikiem towarowo-osobowym w kraju. Poza polskimi żołnierzami był tam także jeniec wojenny w mundurze kapitana SS... 

Impreza była udana, młodsi z zafascynowaniem patrzyli na paradę lokomotyw i składów na torach, starszym łza się w oku zakręciła... Jedynym minusem były drenażowe ceny oferowanych produktów żywnościowych i napoi - mały kawałek kiełbasy z rusztu kosztował 15,- PLN! Ktoś chyba z lekka przesadził, a może prowadził to WARS??? Tak czy inaczej, wyżerka jednak była znakomita, co widać na zdjęciach. Wszyscy bawili się doskonale, czemu trudno się dziwić, bowiem coraz mniej takich pojazdów widuje się na polskich drogach żelaznych... 

* * *

To wydarzyło się w maju lub czerwcu 1974 roku., kiedy byłem w IV klasie Technikum Leśnego w Brynku k./Tarnowskich Gór. Koniec szkoły był bliski i chyba już byłem po maturze lub w jej trakcie…

Pojechałem wtedy na weekend do domu, oczywiście pociągiem z czterema przesiadkami: z Brynku do Tarnowskich Gór, z Tarnowskich Gór do Katowic, z Katowic do Krakowa i wreszcie z Krakowa do Zakopanego, który to pociąg w Jordanowie miał być o 23:30 czy 23:40. Tak się złożyło, że zaspałem i zamiast w Jordanowie wysiadłem w Chabówce. Powrotny pociąg w kierunku do Jordanowa miałem dopiero koło trzeciej rano, więc niewiele myśląc po prostu poszedłem za torami w kierunku domu. Dystans 11 km nie wydawał mi się wcale strasznym, no bo jak się ma osiemnaście lat przeskakuje się góry i jednym tchem przepływa oceany, więc co to było dla młodego człowieka, którym wtedy byłem? Dwie godziny marszu? – dla psa mucha!

Noc była wprawdzie pochmurna i ciepła, ale w szczelinach pomiędzy chmurami od czasu do czasu przezierał księżyc, więc szło mi się lekko i nawet przyjemnie. Minąłem Skawę (jeszcze wtedy była tam jedna stacja w tej wsi) i znów wyszedłem poza zasięg świateł tej stacji. Teraz „sztreka” wiodła przez niezamieszkały teren – po lewej rzeka i przyległe łąki, po prawej las. Cisza już niemal letniej nocy dzwoniła w uszach. Aż naraz…

Usłyszałem od strony Jordanowa jadący pociąg. Nie było w tym nic dziwnego, to były czasy, w których tory tętniły życiem i pociągi kursowały co kilkadziesiąt minut. Zszedłem z torowiska i poszedłem obok toru, jak tylko pozwalało mi na to położenie nasypu, który momentami ostro spadał ku Skawie. Naraz usłyszałem ochrypły ryk sygnału spalinowozu, a w chwilę później zobaczyłem ostry blask jego lamp zza zakrętu. Pociąg jechał powoli, nie więcej, niż 30 km/h, a potężne silniki lokomotywy pracowały na niskich obrotach. Zszedłem jeszcze bardziej z toru, a pociąg zrównał się ze mną. Spojrzałem i ze zdumienia opadła mi szczęka – za spalinowozem znajdowały się lokomotywy. W niepewnym świetle księżyca widziałem cztery czy pięć lokomotyw: potężna Ty i jakieś inne, w tym jedna bardzo stara z wielkim kołem napędowym i piszczałkowatym kominem… Dziwny pociąg przejechał i powoli znikł za kolejnym zakrętem. Pomyślałem, że pewnie kręcą jakiś film i widziałem właśnie przewóz rekwizytów, które w nim grały…

Upłynęło kilka minut, może pięć, nie więcej. I naraz od strony krakowskiej szlaku usłyszałem znowu ryknięcie spalinowozu przed sygnałem czy tarczą ostrzegawczą i po dwóch – trzech minutach obok mnie przejechał kolejny pociąg, tym razem to był jakiś towarowiec z co najmniej dwudziestoma wagonami i dwoma lokomotywami. Jechał z prędkością co najmniej 60-70 km/h szybko znikł dudniąc w kierunku Chabówki… Nasłuchiwałem przez jakiś czas, ale poza oddalającym się dudnieniem niczego nie usłyszałem. A przecież…

Teraz dopiero dotarło do mnie, że te dwa pociągi – zakładając, że jechały z niezmienionymi prędkościami – musiały się spotkać jeszcze pomiędzy Skawą a Chabówką! Nie słyszałem, by ten drugi pociąg hamował gwałtownie czy uderzył w ten pierwszy. A musiałby!

Nie wiem, co to było. Czy widmem był ten pierwszy pociąg, czy ten drugi? Ten drugi nie mógłby nie dogonić tego pierwszego, bo jechał dwukrotnie szybciej, więc musiałby spotkać się z nim na dystansie tych siedmiu czy ośmiu kilometrów, jakie dzieliły mnie od Chabówki. Nie mogły się wyprzedzić w Skawie, bo tam był tylko jeden tor… Chyba że ten pierwszy został ostrzeżony i przyspieszył, i zdążył dojechać do Chabówki? Takiej możliwości nie można odrzucić. Mogłem tego nie usłyszeć, bo w nocnej ciszy odgłosy pociągów zlały się w jeden łomot… Potem obliczyłem, że gdyby oba pociągi jechały ze stałą prędkością, to do kolizji doszłoby w 8. minucie od czasu ich zaobserwowania i na 2 km przed stacją w Chabówce…

Nie zaprzątałem sobie tym głowy, bo miałem ważniejsze sprawy na karku – matura i inne związane z tym przyjemności, a całe wydarzenie przypomniało mi się, kiedy robiłem przekłady tych artykułów. Lokomotywy te zostały przewiezione do tworzącego się skansenu kolejowego w Chabówce i niejednokrotnie pokazywano je na różnych pokazach z okazji Dnia Kolejarza i święta ciuchci, jak to w Suchej Beskidzkiej czy w Chabówce…    

A mnie pozostało tylko miłe wspomnienie tej letniej, czerwcowej nocy na kolejowym szlaku…  

CDN.