poniedziałek, 17 października 2011

O kłamstwach anty-ekologii (8)



Kolejnym tematem, za który zabrał się nasz autor jest:

Hipoteza liniowa i progowa

Według hipotezy liniowej substancje trujące są szkodliwe w każdej ilości, podczas gdy hipoteza progowa głosi, że dla wszystkich trucizn istnieją dawki tak małe, że są nieszkodliwe.

We wszystkich rozważaniach szkodliwych działań substancji obecnych w naszym otoczeniu trzeba brać pod uwagę zależność między wielkością dawki i działaniem biologicznym. Zależność biologicznego działania od dawki pierwszy opisał niemiecki lekarz Paracelsus (1493-1541), autor słynnego powiedzenia, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę. Sens tego powiedzenia jest taki, że każdą substancją można się otruć przy dostatecznie wysokiej dawce i żadna substancja nie jest trująca gdy dawka jest mała. Na przykład sól kuchenna jest niezbędnym składnikiem naszego pożywienia zjadanym w ilości okolo 15 g dziennie a śmiertelna dawka dla dorosłego człowieka wynosi okolo 200 g.

Autor celowo pominął fakt, że duża ilość małych dawek trucizny doprowadza organizm do śmierci, co widać najlepiej na przykładzie śmierci Napoleona Bonapartego, którego podtruwano arszenikiem. Małymi dawkami trucizn mordowano na dworze Borgiów. I tak dalej, i temu podobnie – przykładów w historii jest dość. Kumulowanie się małych dawek ołowiu i innych metali ciężkich doprowadzało do chorób i śmierci ludzi, którzy posługiwali się naczyniami z tych metali. No, ale o tym już jakoś nasz „uczony” nie wspomina, bo to mu nie pasuje do przyjętego à priori założenia… 

Ekowojownicy nie przyjmują do wiadomości, że tylko dawka czyni truciznę i działanie trucizn interpretują według tak zwanej hipotezy liniowej. Hipoteza ta zakłada, że substancja trująca w dużych dawkach musi być szkodliwa także w dawkach małych. Działanie trujące zmniejsza się przy zmniejszeniu dawki, ale według ekowojowników nigdy nie spada do zera.

Hipoteza liniowa dobrze służy do podsycania lęku przed chemią i dlatego znajduje ochoczą akceptację u ekowojowników, chociaż jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i obserwacjami trucizn od początku ludzkości. Przyjęcie hipotezy liniowej pozwala ekowojownikom na wszczynanie alarmów za każdym razem, gdy uczeni wykryją jakieś nowe zanieczyszczenie środowiska, nawet gdy stężenie tego zanieczyszczenia jest tak małe, że jego wykrycie wymaga najbardziej czułych aparatów.

Przeciwieństwem hipotezy liniowej jest hipoteza progowa, według której trujące działanie zanika przy małych dawkach, nazywanych dawkami progowymi. Dzięki temu nie szkodzą nam drobne zanieczyszczenia środowiska, bo dawki trucizn wnoszonych przez te zanieczyszczenia do naszych organizmów są grubo poniżej dawek progowych i ekowojownicze alarmy nie są potrzebne.

Społeczeństwo trzeba informować, że nie ma trującego działania poniżej pewnych dawek, i że nie mają sensu nawoływania do oczyszczenia przyrody z najmniejszych nawet śladów trujących substancji. Ludzie muszą wreszcie przyjąć do wiadomości, że życie rozwinęło się i trwa do dziś wśród trucizn.

Autor milcząco zakłada, że człowiekowi nie jest obojętne to, czy zabija go dawka podprogowa, progowa, czy nadprogowa trucizny. Ale wiadomo, na czym polega intencja tego, co napisał – otóż chodzi mu o to, że środowisko można zatruwać małymi dawkami wszelkich toksyn i nikomu to nie zaszkodzi. Oczywiście, tylko że przemysł produkuje rocznie setki milionów ton odpadów chemicznych i radioaktywnych, które tylko częściowo da się utylizować i neutralizować albo recyklingować. Najczęściej można tylko te „ekobomby” składować i czekać, aż dojdzie do samorozłożenia czy utlenienia się lub wypromieniowania tych substancji. Krótko mówiąc nasza Cywilizacja Bankierów i Dealerów sama wkrótce utonie we własnym przez nią wyprodukowanym chemicznym szambie, ale właśnie tacy „uczeni” jak autor po to biorą kasę za to, by do tego doszło, a ich mocodawcy nie musieli płacić odszkodowań ofiarom tego rodzaju katastrofy i płacić za utylizację, neutralizację i recykling odpadów. Niechaj Ziemia stanie się wielkim śmietnikiem w imię interesów firm chemicznych i wspierających ich „uczonych”!    

Według dziennikarskich relacji żyjemy w bardzo niebezpiecznym świecie. W powietrzu grasują “barbarzyńskie freony” “efekt cieplarniany” grozi potopem,

…jak dotąd „uczeni” nie znaleźli odpowiedzi na te pytania i nie szukają, bo wygodniej im jest rzucać gromy na oponentów, a nie szukać kontrargumentów.

 gdzieś na niebie czatuje groźna i tajemnicza “dziura ozonowa”,

… która jest twardym i namacalnym faktem, szkodliwym dla życia na Ziemi…

obmywają nas “kwaśne deszcze”,

… które działają podobnie, jak defolianty i inne bronie z arsenałów broni C. Zaprzeczenie istnienia kwaśnych deszczów pokazuje dokładnie, jakim kompetentnym jest nasz autor, który mieszka we Wrocławiu i chyba nigdy nie był w Karkonoszach czy Izerach, gdzie skutki działania kwaśnych deszczów widać jak na dłoni! Ale na takie fakty autor ma klapki na oczach i nie chce ich widzieć…

żywność jest trująca bo “naszpikowana chemią”,

… dam przykład – sałata po 2-3 dniach więdnie i trzeba ją wyrzucić. Sałata GMO czy naszpikowana chemią może być i dwa tygodnie w lodówce i jest nadal świeża, tylko… zwierzęta nie chcą jej jeść, bo im zwyczajnie nie smakuje. Ludziom także, jest bez smaku i tylko ładnie wygląda, ale „uczonym” to raczej nie przeszkadza. No cóż – w końcu to zwykli ludzie z miast muszą jeść tą sałatę, którą wyprodukowano na chemii, hormonach, pestycydach i nawozach sztucznych… - zaś sami cichaczem zaopatrują się na wsi, gdzie produkty żywnościowe są ekologicznie czystsze, albo z ekologicznych farm. Ot, przewrotność taka!...

elektrownie atomowe rozsiewają “śmiercionośne opady radioaktywne”

… a najmniej szkodliwym jest to, co spadło po Czarnobylu i Fukushimie. Znamy, znamy te adwokackie wybiegi popaprańców z tytułami i stopniami naukowymi…

 i przenikają nas “niebezpieczne fale elektromagnetyczne”.

… zwane elektromagnetycznym smogiem, który odbija się negatywnie na naszym zdrowiu. Uczeni biją na alarm w związku z nadmiernym zwiększeniem się natężenia promieniowania mikrofalowego i eksperymentami instalacji w rodzaju HAARP, które mogą wpływać na klimat planety. Ale „uczonym” to nie przeszkadza, a wszelkie próby ich oprotestowania są przez nich postrzegane jako hamowanie postępu…   

Tak więc do tradycyjnych lęków przed duchami, czarownicami i diabłami, jakie zawsze gnębiły ludzkość, dołączyły nowe strachy, wykarmione postępem naukowym i technicznym. Ludzie zawsze boją się tego, co nieznane, tajemnicze i niezrozumiałe, a więc boją się chemii i wszystkiego z przymiotnikiem “atomowy”, bo przecież ogromna większość ludzi nie wie nic o chemii ani o atomach.

Przed głupotą „uczonych” uchowaj mnie Panie! – chciałoby się dodać. No, tutaj autor już walnął gola do własnej bramki. A czyją jest winą, że – jak twierdzi – „ogromna większość ludzi nie wie nic o chemii i atomach”? A kto miał ich tego nauczyć? A jaka jest rola nauki w procesie edukacji jednostki i społeczeństwa? O tym autor raczył nie wspominać, bo okazałoby się naraz, że istnieje kasta naukowców i ciemne ludzkie bydło, do którego to bydła ludzkiego naukowcy mają oni pretensję, że są nieoświeceni. Innymi słowy mówiąc – naukowcy mają pretensje do samych siebie, że nie potrafią oświecić ludzi tak, by podzielali ich punkt widzenia… Znamienne!

I jeszcze jedno: autor pomija milczeniem fakt, że ludzie, którzy urodzili się na początku XX wieku dożywają wieku w granicach 85 – 95, a nierzadko do 100 i więcej lat. Byli tacy, którzy urodzili się w końcu XIX a umarli na początku XXI wieku. Czego to dowodzi? A tego, że urodzili się i wychowali w zdrowym i prawie nieskażonym środowisku i umierali najczęściej ze starości. Natomiast ludzie, którzy urodzili się po 1945 roku? – odchodzą bardzo szybko, w wieku 65 – 70 lat i to z przyczyn różnorakich chorób zwanych dla niepoznaki chorobami cywilizacyjnymi: nowotwory, choroby serca i układu krążenia, choroby układu oddechowego i trawiennego. Postęp medycyny pozwala im przeżyć zawały serca i wyleczyć niektóre formy raka, ale nie wszystkie. Ale to też temat zakazany, bo leżący w jaskrawej sprzeczności z wypocinami autora.   

Ekowojownicy, ci współcześni kapłani ekologicznej grozy, jak szamani w świecie dzikich ludzi wykorzystują ludzką nieświadomość do szerzenia strachu i pogłębiają irracjonalne lęki przez kłamliwe przedstawianie zagrożeń. Szamańska propaganda utrudnia rozpowszechnianie prawdziwych informacji, bo przy każdej próbie rzetelnego przedstawiania zagrożeń trzeba się przedzierać przez tumany irracjonalnych przekonań, wpajanych ludziom przez ekowojowników. Hipoteza liniowa jest dla szamanów idealnym narzędziem pracy.

Jak wyżej. Nienawistny bełkot autora ma nas przekonać, że tylko tacy „naukowcy” jak on sam są w stanie głosić Prawdę i samą Prawdę. Tacy sami „naukowcy” twierdzili, że np. kamienie nie spadają z nieba i człowiek nie jest w stanie skonstruować maszyny latającej cięższej od powietrza, a Ziemia jest płaska. I takim właśnie „uczonym” bardzo wygodnie jest zarzucać szamańskie praktyki ekologom, bo sami nie potrafią (i nie chcą) przedstawić niczego konkretnego, a jak wiadomo, krytykować jest o wiele łatwiej, niż dowieść prawdy. Prawdy, której „uczeni” w rodzaju autora cytowanych bredni nawet nie chcą szukać, bo a nuż okazałoby się, że ekolodzy i sozolodzy mają rację, to któż będzie im płacił za wypisywane przez nich idiotyzmy?

CDN.