wtorek, 31 stycznia 2012

UWAGA! ACTA ZAGRAŻA TEŻ NASZEJ NIEZALEŻNOŚCI ŻYWNOŚCIOWEJ!

PODAJ DALEJ TĘ WIADOMOŚĆ!

Decyzja o przystąpieniu państw Unii Europejskiej do ACTA zapadła podczas polskiej prezydencji na posiedzeniu Rady UE ds. rolnictwa i rybołówstwa w dniach 15 - 16 grudnia 2011. Posiedzenie prowadził polski minister rolnictwa Pan Marek Sawicki.

ACTA DOTYCZY wszystkich aspektów życia, w tym również ŻYWNOŚCI. Określa ramy prawne dla dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej. GMO - Genetycznie Modyfikowane Organizmy, wprowadzane na nasze talerze i do upraw SĄ PATENTOWANE i SĄ WŁASNOŚCIĄ KORPORACJI.

Żywność jest towarem strategicznym, kto kontroluje żywność, ten kontroluje świat! Przepisy ACTA dotyczą ochrony własności intelektualnej, a więc też opatentowanych nasion i roślin GMO. Rolnicy stracą prawo do swoich nasion, stracimy niezależność żywnościową, będziemy całkiem zależni od ponadnarodowych korporacji.

Rząd RP chce pozwolić na uprawy GMO mimo, że już 9 krajów UE (w tym Niemcy i Francja) wprowadziło zakazy takich upraw. Nasze pola zostaną nieodwracalnie zanieczyszczone przez GMO, które jest własnością korporacji. ACTA odda kontrolę nad produkcją żywności w Polsce w ręce korporacji. GMO powoduje poważne problemy zdrowotne, w tym bezpłodność.
PODPISZ PETYCJĘ O ZAKAZIE UPRAW GMO W POLSCE:


===============================
ICPPC - International Coalition to Protect the Polish Countryside,
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi
34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114  biuro@icppc.pl http://www.icppc.pl/    

poniedziałek, 30 stycznia 2012

JAG: wrak kosmolotu pod Beskidami?

 Mapka JAG w Beskidzie Makowskim


J. Woźnicki

Otwór wiertniczy Jordanów IG-1 znajduje się w miejscu ważnej anomalii magnetycznej – Jordanowskiej Anomalii Grawimagnetycznej (JAG) – zob. ryc. JAG została odkryta przez S. Małoszewskiego w latach 1950-51. Potem była ona badana przy pomocy magnetometrów, w tym magnetometrów lotniczych, co miało miejsce w latach 1977-82. Jest to największa znana anomalia grawimagnetyczna w Polskich Karpatach. Zgodnie z interpretacją Małoszewskiego, jest ona spowodowana przez wielką lakkolityczną intruzję o grubości 7-9 km, która zajmuje powierzchnię kilkuset kilometrów kwadratowych, a której wierzchnia warstwa znajduje się na głębokości 2 – 2,5 km poniżej powierzchni ziemi. A. Kozera w 1960 roku i J. Woźnicki w latach 1981-82 poparł powyższy model analizami danych grawimetrycznych.

Nowa interpretacja danych wskazuje na to, że górna część anomalii znajduje się o wiele głębiej, niż oceniał to Małoszewski, minimum 4 km a być może że aż 6 - 7 km poniżej poziomu gruntu. Program wiercenia otworu Jordanów IG-1 opracowany przez autora (z dokumentacją fliszu A. Borysławskiego) ocenia, że poniżej przerzuconych mas fliszu na głębokości 3600 m pod powierzchnią, powinny znajdować się autochtoniczne warstwy z Miocenu, grube na 400 m, leżące pod skałami bogate w żelazo, które tworzą JAG: prawdopodobnie dolno-permskie skały bazaltowe (melafiry, diabazy), tufy i konglomeraty wulkaniczne (dolno-permskie konglomeraty wulkaniczne zostały znalezione w pobliskim otworze Tokarnia IG-1).

JAG leży na południowo-wschodnim przedłużeniu dolno-permskiej wulkanicznej strefy Przedgórza Karpackiego, ukazanego na olkusko-nowotarskim satelitarnym fotolineamencie. Karbońskie i dewońskie osady i leżące pod nimi dolno-paleozoiczne (kambryjskie) i prekambryjskie skały przerzuconej Platformy Północnoeuropejskiej są spodziewane poniżej skał wulkanicznych Dolnego Permu.

Na mapce widzimy JAG ukazującą gradienty grawimetryczne (μm/s2) i anomalie magnetyczne (nT). (rys. J. Woźnicki)[1]

* * *

Co z tego wynika? Ano to, że w Beskidzie Makowskim mamy pod stopami, na głębokości paru kilometrów potężną masę żelaza rodzimego lub rud żelaza, co powoduje zwiększenie przyspieszenia grawitacyjnego (normalnie 1 g czyli 9,81 m/s2) i zmienia odchylenia igiełek kompasów. Skąd ono mogło się tam znaleźć?

Zacznę od tego, że rudy żelaza występowały w Beskidzie Małym, gdzie były wydobywane w XIX wieku i przetapiane w hutach w Suchej Beskidzkiej i Makowie Podhalańskim. Jeżeli idzie o Suchą Beskidzką, to działalność ta notuje się już w wieku XVII. Wiek siedemnasty stanowi okres szybkiego rozwoju dominium suskiego. (…) W tym okresie powstały także w Suchej: huta szkła, młyn wodny, browar, suszarnia chmielu, gorzelnia, kuźnia żelaza i miedzi. (…) Pod koniec XVIII wieku, Sucha liczyła około 3 tys. mieszkańców. W ostatnich latach panowania Wielopolskich rozbudowano i zmodernizowano hutę żelaza tzw. "Kuźnice Suskie", znajdujące się w centrum osady. (…) Do około 1880 r. w Suchej działały huty żelaza. Co do Makowa Podhalańskiego, to w 1844 r. zaczęto budowę huty żelaza „Maurycy”, lecz ze względu na niską opłacalność zostaje zamknięta w 1863 r. Jej ruiny znajdują się w mieście do dziś dnia.

Skąd pozyskiwano rudę żelaza do tych hut? Była to niskoprocentowa ruda darniowa – sferosyderyt, która zawiera zazwyczaj 15 – 20% żelaza. Pozyskiwano ją z szybików i sztolni w Ślemieniu, Targoszowie, Kukowie i Tarnawie. Niektóre z nich miały nawet 30 m głębokości. Poza tym rudę wydobywano w Straconce pod Łysą Górą i pod Cuplem, gdzie przetapiano ją w Węgierskiej Górce w latach 1855 - 1877. Hutę w Suchej Beskidzkiej zamknięto w 1886 roku. Po prostu eksploatacja ich była nieopłacalna. W Beskidzie Makowskim takich rud nie było, ale…

Dlaczego piszę o tym? Ano dlatego, że w naszej okolicy miało miejsce wydarzenie, które może mieć związek z istnieniem i złóż rud żelaznych i JAG. Wydarzeniem tym mógł być spadek Meteorytu Magurskiego.

Meteoryt Magura (inna nazwa Oravskamagura) – meteoryt żelazny należący do oktaedrytów gruboziarnistych typu IA znajdowany na terenie Magury Orawskiej w latach 1830–1840 w Słowacji. W 1844 roku zidentyfikowany jako meteoryt przez W. Haidingera. W latach 1830 - 1840 zebrano jakieś 1600 kg żelaza meteorytowego i wykorzystano jako surowiec w miejscowej hucie. Do dnia dzisiejszego ocalało jedynie około 150 kg. W meteorycie Magura po raz pierwszy wyodrębniono i zidentyfikowano fosforek żelaza, fosforek niklu, oraz minerały cohenit i schreiberyt. W skład meteorytu wchodzą następujące pierwiastki:
Żelazo (Fe) 92,60 %,
Nikiel (Ni) 6,67 %,
Kobalt (Co) 0,46 %,
Fosfor (P) 0,24 %,
- oraz związki:
Galu (Ga),
Germanu (Ge),
Irydu (Ir).

Meteoryt Magura o typie klasyfikacyjnym IA-Og, spadł na przybliżonej pozycji 49°20’N - 019°29’E – czyli w odległości ok. 4,5 km na zachód od miejscowości Tvrdošín i 2 km na NW-W od wsi Zemanska Dedina, również w niewielkiej odległości od granic Polski – około 10-12 km w linii powietrznej. Główna masa tego meteorytu spoczywa w okolicach byłej wsi Slanica, czyli tam, gdzie dzisiaj szumią wody Jeziora Orawskiego – jak pisze słowacki astronom dr Vladimír Porubčan na stronie internetowej Maticy Slovenskej.

A kiedy to było? Mogło to być nawet kilka wieków temu. A może parę milionów lat temu? Można je podziwiać w muzeach. W Muzeum Kraju Wschodniosłowackiego w Koszycach oglądałem kilkukilogramowe żelazne odłamy Meteorytu Lenarto. W orawskich muzeach regionalnych możemy podziwiać narzędzia rolnicze zrobione z żelaza meteorytowego, pochodzącego z Meteorytu Magurskiego.

A jak się to ma z JAG w Beskidzie Makowskim? Czy Meteoryt Magura mógł być fragmentem meteorytu, który gdzieś w na granicy K/Pg uderzył w okolice Jordanowa? Oczywiście wtedy był tutaj Ocean Tetydy i – podobnie jak w przypadku astroblemu Chicxulub – astroblem został wyrównany przez wzburzone wody, a żelazna bryła wbiła się w pokłady kredy i już w nich została? To oczywiście jest jedna z wielu możliwości, ale jej prawdopodobieństwo jest wyższe od zera…

W ramach ciekawostek mających związek z JAG mogę powiedzieć, że kształt tej formacji przypomina dość dokładnie rozmieszczenie trzech litewskich jezior: Dusia, Matelys i Obelija, które podejrzewam o impaktowe pochodzenie, o czym już pisałem na łamach „Nieznanego Świata”.

Ciekawostka druga – największa anomalia magnetyczna znajduje się na wschód od Makowa Podhalańskiego – tam, gdzie znajduje się wieś Żarnówka. Otóż według krążących tam legend, w latach wojny Niemcy poszukiwali tam rud uranowo-torowych. Nie wiadomo, czy znaleźli, ale znów w latach 50. poszukiwania takie prowadzili Rosjanie. Ich poszukiwania koncentrowały się w rejonie Ostrysza (707 m n.p.m.), Przysłopskiego Wierchu (793 m) i Koskowej Góry (867 m). Nie wiadomo, co znaleźli, a ich poszukiwania trwały do 1956 roku. Poza tym miejscowi twierdzą, że w masywach otaczających Żarnówkę znajdują się źródła wód radonowych, których picie powoduje powstawanie nowotworów. Co więcej, myśliwi i grzybiarze tam chodzący twierdzą, że w innych źródłach występuje woda tak czarna, że nie odbija się w niej światło księżyca (???) – ale to już są chyba tylko miejskie legendy…

Wszystko to razem współbrzmi jakoś dziwnie z wywodami Zofii Eleonory Piepiórki na temat zagrzebanych pod warstwami geologicznymi pozaziemskich statków kosmicznych. Nie za bardzo chciało mi się w to wierzyć, ale po przeczytaniu informacji o JAG zastanowiłem się nad tym problemem. No bo wyobraźmy sobie lądowanie awaryjne statku kosmicznego jakichś Kosmitów, który spadł właśnie w płytkie tutaj morze i zarył się w iłach jego dna. Kosmici zginęli, czy ewakuowali się na ląd porzucając swój statek, który pokrywany dalszymi warstwami piasków, mułów i iłów dotrwał do dnia dzisiejszego w postaci anomalii grawimetrycznej, a z zdefektowanych reaktorów jądrowych wydobyły się produkty rozpadu jąder uranu, toru czy plutonu.

Spójrz Czytelniku na skład Meteorytu Magurskiego. Poza żelazem i niklem jest tam także kobalt czy german – dwa metale używane w elektronice i technice nuklearnej! Aby sprawdzić, co tam właściwie się znajduje, należałoby przewiercić 7 km skał fliszu karpackiego. Koszt takiego odwiertu jest niewyobrażalnie wysoki, ale może kiedyś, kiedy w tym kraju będzie wreszcie normalnie, ktoś zapragnie się dowiedzieć, czym jest naprawdę Jordanowska Anomalia Grawimagnetyczna, i znajdzie szczątki kosmolotu sprzed milionów lat…?


[1] Źródło – „Main Geotraverse of the Polish Carpathians (Cracow – Zakopane) – Guide to Excursion 2”, pod redakcją K. Birkenmajera, Instytut Geologii, Warszawa 1985, ss. 45-47 – przekład z j. angielskiego R. K. Leśniakiewicz.


niedziela, 29 stycznia 2012

Darwnizm – fatalna pomyłka nauki?

Marcin Kołodziej


         Artykuł ten dowodzi, że wykładana na uniwersytetach i szkołach teoria ewolucji najsłynniejszego pasażera HMS Beagle, Karola Darwina, ma białe plamy, które praktycznie dyskwalifikują ją jako dogmat naukowy.

         Karol Darwin opublikował dwa słynne dzieła, które przewróciły ówczesną naukę do góry nogami: O powstaniu gatunków (1859) i O powstaniu człowieka (1871) roku. Opracował teorię ewolucji, której najważniejsze założenia to:
         1) życie na Ziemi powstało w wyniku serii biologicznych zmian w rezultacie przypadkowych mutacji genetycznych działających wspólnie z doborem naturalnym: jeden gatunek z czasem zmieniał się w inny. Najlepiej przystosowane gatunki przeżywały, słabsze wymierały;
         2) pomiędzy gatunkami powstałymi drogą ewolucji istniały formy przejściowe;
         3) Homo sapiens sapiens pochodzi od małpy. Wyewoluował ok. 100 000 lat temu.

         W zasadzie wszystko powinno być jasne i oczywiste. I jest. Według darwinistów. A jaka jest prawda? Darwin chyba sam zdawał sobie sprawę ze słabości swojej teorii, która nie potrafiła wyjaśnić m.in. tajemnicy pochodzenia kwiatowych. Tę drażniącą kwestię skwitował krótko: „paskudna tajemnica”.  Zatrzymajmy się przy tej kwestii. Kwiaty mają wysoki stopień organizacji. Budowa większości z nich harmonizuje z budową pszczół i innych owadów zapylających. W jaki sposób prymitywna rzekomo nie-kwiatowa w ciągu eonów rozmnażała się bezpłciowo, mogła wytworzyć organy niezbędne do rozmnażania płciowego? Wg teorii Darwina, stało się to wówczas, gdy zmutowały nagozalążkowe i z czasem zamieniły się w kwiatowe. Ale…

Aby roślina kwiatowa rozmnożyła się płciowo, musi najpierw nastąpić przeniesienie pyłku męskiego na żeńskie znamię słupka. Mutacja musiała zacząć się od jednej rośliny, w jakimś momencie, w określonym czasie. Nie było wtedy ani owadów ani zwierząt zaadaptowanych do zapylania kwiatów, gdyż nie było wcześniej takich kwiatów. I tutaj załamuje się koncepcja połączonej mutacji, doboru naturalnego i gradualizmu[1]. Darwiniści tłumaczą tę tajemnicę faktem iż ewolucja działa zbyt wolno, by poszczególne etapy były wyraziste. Jednak, jeśli proces ewolucji jest powolny, powinien istnieć ogrom form przejściowych. Darwinowski dobór naturalny nie wybrałby nagozalążkowych (np. paproci), które nagle zmutowały i wytworzyły nową strukturę wymagającą wydatkowania energii rośliny. Innymi słowy: nie-kwiatowe nie mogły stopniowo wytworzyć części kwiatowych po trochu i wyrywkowo w ciągu dziesiątków milionów lat, aż uformował się w pełni funkcjonalny kwiat. Kłóciłoby się to z darwinowską zasadą doboru naturalnemu: przeżywaniu najlepiej dostosowanych. Wielu uczonych twierdzi, że darwinizm zbyt silnie skłania się ku koncepcji, że współzawodnictwo jest główną siłą napędową życia. Przeczy temu czynnik aż za często obserwowany w przyrodzie: kwiaty i pszczoły potrzebują się nawzajem (symbioza); istnieje symbiotyczna współpraca grzybów i roślin wyższych (mikoryza). Są bakterie, które wiążą azot potrzebny roślinom. A ciało ludzkie? Czymże jest ludzki organizm, jak nie kolektywem różnorodnych komórek i mikroorganizmów tworzącym złożony system?

         Darwin obawiał się, że jeśli nie uda się znaleźć form przejściowych pomiędzy gatunkami, posypią się nań gromy. O tej problematycznej kwestii powiedział tak: „to najpoważniejsza wątpliwość, jaką można wysunąć przeciwko mojej teorii”. Gdzież więc szukać tych form, jak nie w skalnym zapisie? I tu pojawia się kolejna wątpliwość, poważnie podkopująca teorię ewolucji Darwina. Setki ekspedycji, tysiące badaczy przez lata, owszem, dokonywały odkryć antropologicznych , ale nie odnaleziono do tej pory ani jednej formy przejściowej, między prymitywnymi nie-kwiatowymi a kwiatowymi roślinami. Dopuśćmy do głosu światowej sławy antropologa, Louisa B. Leakey’a, który w roku 1967, w trakcie wykładu na uniwersytecie, na pytanie o brak form przejściowych, odpowiedział w ten sposób: „nie ma jednego brakującego ogniwa, brakuje setek”. Nie odnaleziono do tej pory żadnych form przejściowych, które mogłyby wyjaśnić tajemnicę, w jaki sposób mutacje i dobór naturalny doprowadziły do powstania kwiatów.

         Podobnie sytuacja ma się z człowiekiem. Teoria Darwina nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie o brakujące ogniwo. Darwinizm w ogóle jest to jedyna teoria, wciąż wymagająca weryfikacji za pomocą rygorystycznych metod naukowych. Odkrycia skamielin, zamiast przybliżyć nas do rozwiązania tajemnicy pochodzenia człowieka, stawiają kolejne znaki zapytania. A nawet kompromitują darwinistów. Przykład? Słynny casus człowieka z Piltdown – niedoszłego kandydata na formę przejściową, odkrytego w Anglii w 1910 roku, który okazał się wyrafinowanym oszustwem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa spreparowanym przez nadgorliwych wyznawców darwinizmu. Dziewiętnaście lat temu słynny antropolog, Eugenie Dubois znalazł w Indonezji kości udowe człowieka i czaszkę małpy znajdujące się w bliskiej odległości. Tak zrodził się człowiek jawajski, inaczej pitekantrop. Dopiero, na krótko przed śmiercią, Dubois wyznał, że kości należą do dwóch różnych gatunków. Pomimo tej pomyłki, człowiek jawajski dla wielu stanowi dowód, że przodkiem człowieka jest małpa. Także znaleziona w 1974 roku w Etiopii słynna Lucy, jest nie do odróżnienia od wymarłej małpy.

         W darwinowskiej kronice dziejów, człowiek na scenie pojawia się około 100 000 lat temu. Jednak, już przed kilkoma dekadami wielu antropologów poddało tę „prawdę” w wątpliwość. Inni umiejscawiają pojawienie się człowieka znacznie wcześniej. Michael Cremo i Richard Thompson w swojej głośniej publikacji podają szereg przykładów zbijających wersję darwinowską, m.in. znaleziony przez H. Neale’a pod Table Mountain w Kaliforni tłuczek i moździerz pochodzący sprzed 33 – 55 mln lat, czy kredową kulę odkrytą we wczesnoeoceńskim pokładzie lignitu, koło Laon we Francji, której wiek ustalono na 45 – 55 mln lat.
        
Podsumowując, każda teoria ma swoje słabe punkty i niejeden dogmat naukowy tracił na aktualności, w świetle kolejnych odkryć. Teoria Darwina ma tych słabych punktów aż za wiele. Nie przeszkadza to jednak jej wyznawcom wykładać jej na uczelniach, czy raczyć dzieciaczków uroczymi obrazkami, jak to ryba przemienia się w płaza, płaz ewoluuje w gada, gad wzbija się w powietrze, by ostatecznie stanąć na dwóch nogach i opanowywać rachunek różniczkowy albo wznosić drapacze chmur. Pamiętam, jak ojciec opowiadał mi, że w czasach szkolnych dostał  „lufę” za to, że ośmielił się odpowiedzieć, iż atom jest podzielny. Gdyby na to samo pytanie odpowiedział rok później, dostałby ocenę bardzo dobrą. Czasy się zmieniają, postęp idzie do przodu. Te postępowe gałęzie nauki, jak fizyka – wietrzą swoje poglądy, te zabetonowane – jak historia i teoria Darwina – stwardniała, jak te skamieliny, w których darwiniści w pocie czoła szukają swoich missing links.

Literatura:
J. Douglas Kenyon: „Zakazana historia”, Warszawa 2005.
M. Cremo i R. Thompson: „Zakazana archeologia. Ukryta historia człowieka”, Warszawa 1998.

* * *

Pozwolę sobie na mały komentarz do tego materiału. Tak się składa, że jestem darwinistą i uważam, że teorie Darwina tłumaczą to, co się dzieje na Ziemi (w Kosmosie także) w sposób zadowalający. To, że brakuje ogniw pośrednich nie oznacza, że ich w ogóle nie ma. Nie było ogniwa pośredniego pomiędzy rybami a płazami – ale się znalazły: kopalne i żywe – np. Latimeria. Kwiaty powstały, bowiem taka była biologiczna konieczność. Rozmnażanie generatywne – choć bardziej skomplikowane – gwarantowało utrwalenie wszystkich pozytywnych zmian w genotypie, czego nie gwarantuje rozmnażanie wegetatywne. Oczywiście wszystko to trwało, bo ewolucja działa ślepo metodą prób i błędów. Nieprzystosowani giną, nieprzystosowani pozostają – na tym polega dobór naturalny. Ewolucja stawia zazwyczaj na jakość, a nie na ilość. Ilość wcale nie gwarantuje możliwości przeżycia gatunku, ale jego jakość – czyli możliwości przystosowawcze do środowiska i jego warunków. Im większy diapazon warunków środowiskowych gatunek jest w stanie opanować i w nich przeżyć – tym lepiej.  

Antydarwiniści nie biorą – czy nie chcą brać – pod uwagę jednego potężnego czynnika: Czasu. Ewolucja to proces, który nie mierzy się latami czy nawet wiekami. To proces, który mierzy się dziesiątkami i setkami milionów lat! Co do form przejściowych, to jest dokładnie właśnie tak oni twierdzą – istnieje całe ich spektrum, które jeszcze w XX wieku brano za osobne gatunki, póki nie zanalizowano dokładnie pozostałości po nich w postaci skamielin i udowodniono, że są one ogniwami jednego łańcucha rozciągniętego na całe epoki geologiczne. Rozwój biochemii, biofizyki, biomechaniki, a nade wszystko technik animacji komputerowej pozwoliło na przeprowadzenie dowodów wprost na prawdziwość teorii ewolucji.   

I jeszcze jedno: motorem ewolucji są naturalne katastrofy w skali całej planety, które – paradoksalnie – powodują weryfikację zdolności przystosowawczych gatunków do środowiska. Dzieje ewolucji, to dzieje katastrof po których Przyroda zaczynała czasami niemal od zera tworzenie nowych gatunków roślin i zwierząt coraz lepiej przystosowanych do środowiska. I tak do następnej mega-katastrofy. Dlatego tak mało jeszcze wiemy o naszej historii, bowiem każda z tych katastrof zamazuje czy wręcz wyrywa całe rozdziały z kopalnego zapisu śladów życia na Ziemi.

Czy Cremo, Kenyon i inni się mylili? Nie. Paradoksalnie oni też mają pewną rację. Bowiem historia naszej Ziemi zachowała ślady czegoś – co ja nazywam za Stanisławem Lemem „interwencją czynnika nieastronomicznego” w dzieje Ziemi – istot rozumnych zamieszkujących naszą planetę. Ale to już jest zupełnie inna historia – pisałem o tym niejednokrotnie w tym blogu…


[1] Gradualizm – zasada darwinizmu, wedle której całe życie ewoluowało powoli bez nagłych przerw

sobota, 28 stycznia 2012

UFO nad Rosją: pozdrowienia od zielonych ludzików

UFO nad norweskim portem Tromso - klasyczny przykład "technogennego NOL-a"
Na miejscu lądowania NOL-a

Walerij Jerofiejew

Według ufologów, pięcioletni okres pomiędzy końcem lat 80. do połowy lat 90. XX wieku odznacza się podwyższona aktywnością UFO nie tylko w Rosji, ale także w wielu innych krajach. Zgodnie z ocenami specjalistów, w różnych rejonach naszej planety, ilość doniesień o obserwacjach NOL-i wzrosła 10-12 razy w porównaniu ze średnimi danymi statystycznymi.

Wiele z nich wyjaśniają ziemskie przyczyny

W Samarze mieszka człowiek, któremu w tej pięciolatce co najmniej piętnastokrotnie (!!!) udało się zobaczyć zagadkowe obiekty na niebie. To dr nauk technicznych Siergiej A. Markiełow, docent Samarskiego Uniwersytetu Aerokosmicznego i jednocześnie analityk pozarządowej organizacji badawczej o nazwie Awesta.

- Najpierw zaobserwowałem NOL-a wiosną 1958 roku, kiedy miałem 10 lat – mówi Siergiej Aleksandrowicz. – Było to o jakiejś jedenastej przed południem. Na niebie pojawiła się świecąca kula, która równie szybko znikła. Po jakimś czasie dobiegły do mnie od tej strony, w której znikło to UFO, głuche huki przypominające wybuchy. Najprawdopodobniej widziałem wtedy proces rozpadu meteoroidu w powietrzu.

Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że praktycznie wszystkie widziane przeze mnie zjawiska można wyjaśnić albo naturalnymi przyczynami, albo przyczynami technogennymi – np. przelotem przez atmosferę Ziemi naszych aparatów kosmicznych. Pokażę to na dwóch przykładach.

W dniu 1 lutego 1977 roku, o godzinie 22:00 KUYT[1], nad Kujbyszewem (tak wtedy nazywała się Samara), zobaczyłem na niebie krąg zielonkawego światła, które rozchodziło się od jednego punktu. W środku kręgu znajdowała się świecąca żółtym światłem kula. To wszystko trwało około 10 minut, po upływie których kula znikła równie szybko jak się pojawiła, a zielonkawy krąg rozpłynął się na tle nieba. Nie stwierdziłem żadnych efektów dźwiękowych.

23 sierpnia 1979 roku, też w Kujbyszewie, znajdowałem się na skrzyżowaniu ulicy Czeluskinowców z Prospektem Lenina, zauważyłem dokładnie kroplopodobny obiekt, wiszący nieruchomo na niebie. Jednakże z mojego miejsca nie można było ustalić jego położenia. Dopiero potem, po zestawieniu moich namiarów z namiarami podanymi przez innego świadka tego samego wydarzenia z innego miejsca miasta, udało mi się wyliczyć, że NLO wisiał na pułapie 30.000 metrów, zaś jego długość wynosiła co najmniej 300 metrów. NOL był obserwowany przez wielu ludzi, przez dwie godziny z minutami.

Laserowe pozdrowienia od Kosmitów?

Na pierwszy rzut oka dla niedoświadczonego człowieka, obydwa opisane powyżej fakty, to typowe przykłady na pojawienie się nad Ziemią pozaziemskich, latających talerzy. I tak pierwszy z tych dwóch przypadków łatwo można objaśnić zniszczeniem w ziemskiej atmosferze ziemskiego aparatu kosmicznego. W takich przypadkach w powietrzu przede wszystkim ukazują się świecące kręgi, których kolor może wahać się od białego do ciemnej czerwieni.

Nieco trudniej można wyjaśnić drugą obserwację, ale zjawisko poddane analizie matematycznej w pełni tłumaczy się poprzez tzw. Model Muchortowa. Wyobraźmy sobie obłok cząstek pyłu zawieszony w górnych warstwach ziemskiej atmosfery. Od tarcia o atmosferę, cząstki te zaczynają nagrzewać się i świecić – przy czym w zależności od punktu obserwacji, pyły te mogą świecić bardzo jasno na ciemnym tle nieba. Tak właśnie w atmosferze powstają kuliste lub kroplowate obiekty z „oknami”, które z powierzchni Ziemi mogą wyglądać jak UFO.

Tym niemniej – jak przyznaje dalej Markiełow – nawet specjaliści nie są w stanie objaśnić incydenty, o których dalej…

…Według wspomnień Markiełowa, to wydarzyło się 5 kwietnia 1990 roku, o godzinie 20:40 KUYT. Uczony znajdował się wtedy w mieście, nieopodal brzegu Wołgi. Właśnie wzeszedł Księżyc. Naraz kątem oka Markiełow zauważył, że w odległości 20° na prawo od niego ukazał się kulisty obiekt koloru ciemnozielonego, 3-krotnie większy od księżycowego dysku. Uczonemu udało się obserwować tego zielonego NOL-a przez cały czas, a który wisiał na niebie przez całe 10 minut, a potem nieoczekiwanie znikł.

Potem informacje o tym obiekcie przybyły na adres Awesty z różnych miast w Rosji, które były rozmieszczone na odcinku od Niżnego Nowgorodu do Astrachania. Markiełow wychwycił w tych doniesieniach pewien szczegół: korespondenci pisali o tym, że zanim pojawiła się zielona kula na prawo od Księżyca, to na lewo od niej pojawił się obiekt w kolorze jasnoczerwonym. On także powisiał nad Ziemią 10 minut i znikł.

Na przestrzeni pomiędzy Górną a Dolną Wołgą, kule te wisiały na jednej i tej samej odległości kątowej od Księżyca. A to oznaczało, że znajdowały się one daleko w Kosmosie. Być może, ich pojawienie się można wytłumaczyć skierowaniem ku Ziemi promienia laserowego. Ale w takim przypadku taki laser musiał się znajdować gdzieś w okolicach orbity Jowisza, co wyklucza możliwość stworzenia go ludzkimi rękami…

Markiełow zauważył także, że w pierwszej połowie 1990 roku, uczeni z różnych krajów odbierali dziwne sygnały radiowe, których źródło znajdowało się gdzieś pomiędzy orbitami Jowisza i Saturna.

UFO nad Samarskoj Łukoj

Ufolodzy z Samary i Togliatti twierdzą, że wizyty NLO w okolicach Środkowej Wołgi nie są rzadkimi zjawiskami. W pewnych rejonach świata zarejestrowano występowania „punktów przyciągania” UFO, w których widzi się je częściej, niż w innych miejscach. Jednym z takich punktów jest Samarskaja Łuka w Żigulewskich Górach, gdzie ludzie obserwowali NOL-e już od setek lat. A oto niektóre fakty:

Wrzesień 1952 roku. Około godziny 23. na przedmieściu Kujbyszewa kilka osób obserwowało formację pięciu czerwonych kul lecącą na niebie ze wschodu na zachód. Kule te leciały na wysokości 3-5 km.

Koniec sierpnia 1962 roku, około południa, nad portem lotniczym Kujbyszew – Kurumocz przeleciał dyskokształtny obiekt. Pułap jego lotu wynosił ponad 10.000 metrów. UFO przemieszczał się z prędkością przewyższającą prędkość najszybszego myśliwca tych czasów. NOL bardzo szybko znikł z pola widzenia.

Lato 1972 roku. O zmierzchu nad Togliatti nad jedną z podstacji transformatorów zawisł dyskowaty NOL ciemnego koloru. Zawiśnięcie tego NLO spowodowało wyłączenie prądu, tzw. black-out wszystkim odbiorcom tej podstacji. Trwało to jakieś 10 minut, póki NOL nie ruszył się z miejsca, i szybko nabrał wysokości i znikł, a w chwile potem wróciła dostawa energii elektrycznej.

I jeszcze kilka incydentów

Jesień 1988 roku. W samym środku dnia nad portem lotniczym Kujbyszewa podstawa chmur opuściła się na wysokość 200-250 metrów. Nieoczekiwanie poniżej pułapu chmur nad lotniskiem przeleciała biała kula. Według oświadczenia dyspeczera, w tym czasie na lotnisku nie było lotów, a na radarze nie zauważono niczego. Po kilku minutach kula wleciała w chmury i znikła z widoku.

11 maja 1990 roku, o godzinie 11:45 KUYT w Togliatti nad ulicą Mira poruszał się cygarokształtny obiekt – CNOL, z pogrubieniem w tylnej części. Nie zauważono żadnych innych detali, świateł czy aury. Po krótkotrwałym zwisie, CNOL ostro ruszył z miejsca, i tyle je widzieli…

15 sierpnia 1990 roku. W nocy, w pobliżu osiedla Bogatyr u podnóża Gór Żigulewskich grupa samarskich ufologów zaobserwowała świecące się kule – BOL-e, które powoli leciały nad Wołgą. Poprzedzał je BOL z ledwie widocznym świetlnym „ogonem”, a za nim leciało jeszcze 9 takich obiektów. BOL-e po pewnym czasie powoli rozpłynęły się w powietrzu…

Do Awesty podobne relacje napływają nie tylko od specjalistów, ale także od zwykłych mieszkańców tego obszaru. Są one bardzo ważne dla badaczy, którzy próbują rozszyfrować zagadki naszego świata. Prace idą powoli, ale dokładnie – ale kiedy będą ich rezultaty, tego jeszcze nikt nie jest w stanie powiedzieć na pewno.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011, ss. 30-31

Przekład z j. rosyjskiego -
Robert K. Leśniakiewicz ©
Ilustracje - "Tajny XX wieka" 


[1] Czas KUYT = GMT + 4h.

piątek, 27 stycznia 2012

TAJEMNICA ROSYJSKIEJ SZAMBALLI (2)

 Tajemnicze jezioro Swiatłojar
 Pustelnia na brzegu Swiatłojaru 
 Konstantin Gorbatow - "Kitież"
Apolinary Wasniecow - "Jezioro Swiatłojar"

Tajemnice jeziora Swietłojar

Igor Walentinow

Na wyspie Tryninad znajduje się jezioro Peach Lake w którym znajduje się czysty, rzadki asfalt. Według prognoz, przy utrzymaniu aktualnego poziomu wydobycia wystarczy go na 400 lat…

Swietłojar – to jedno z najbardziej zagadkowych jezior w Rosji. Uczeni badają je już co najmniej od pół wieku i jak dotąd nie doszli do jakiegokolwiek konsensusu w sprawie jego pochodzenia. Jego woda jest niezwykła – można ja trzymać przez wiele lat i nie zmieni swej czystości i walorów smakowych. W rejonie tego akwenu i najbliższej okolicy bardzo często obserwuje się zjawiska anomalne. No i wreszcie ze Swietłojarem jest związana znana legenda o Kitieżgradie, miasto które pewnego dnia pogrążyło się na dno jeziora…

Kitieżgrad istnieje do dziś dnia!

Te zadziwiające wydarzenia, zgodne z ruską legendą, miało miejsce w czasie wtargnięcia na Ruś ord chana Batyja vel Batu Chana (1205-1255). Paląc za sobą miasta i wioski, najeźdźcy doszli wreszcie do Księstwa Władimiro-Suzdalskiego, gdzie wyszło im naprzeciw ruskie wojsko pod rozkazami księcia Jurija II Wsiewołodowicza (1218-1238). W bitwie u miasta Małyj Kitież (dzisiaj Gorodiec) poległo wielu ruskich wojowników, a sam książę z resztkami wojsk musiał wycofać się w lasy tam rosnące wokół jedynego jeziora Swietojar, gdzie na wyspie znajdowało się miasto Wielki Kitież.

Batu Chan po zdobyciu Małego Kitieża zaczął rozpytywać wziętych w niewolę wojowników księcia, gdzież to on się mógł wycofać. Jeden z nich zwany Griszka Kutierma, jak podaje to latopis: nie mogąc wytrzymać tortur, pokazał ścieżkę poprzez lasy do Swiatłojaru. Po kilku dniach Tatarzy podeszli na brzeg jeziora.

Ponownie rozgorzał okrutny bój. Książę Jurij zginął, ale miasto nie wpadło w ręce wroga. Bóg ponoć wysłuchał modlitw jego obywateli i sprawił cud: miasto Kitież wraz ze swymi domami, świątyniami i wszystkimi ludźmi zapadło się w wody jeziora. Legenda mówi, że istnieje ono na dnie jeziora do dziś dnia. Jak ktoś ma szczęście, to może zobaczyć je na dnie Swietojara, a jak się przyłoży ucho do ziemi, to usłyszy się dzwony z tamtejszych cerkwi…

Na temat Kitieżu powstało wiele dzieł sztuki, które stworzyli malarze, kompozytorzy i pisarze.[1] Poetessa Anna Achmatowa w czasie stalinowskich represji nazwała siebie Kitieżanką: - ja do was, Kitieżanie do nocy powrócę… - obiecywała mieszkańcom niewidzialnego miasta w jednym ze swych wierszy.

Ale nas interesuje teraz druga sprawa, a mianowicie – czy legenda ta nie jest oparta o wydarzenia, które miały rzeczywiście miejsce w dalekiej Przeszłości?

Po wielu latach badań wiele rzeczy się wyjaśniło. Uczeni już nie wykluczają tego, że kiedyś tam i w tym miejscu mogło dojść do osunięcia się niestabilnego gruntu pod niewielką rosyjską twierdzą, a pamięć narodu przechowała to wydarzenie krasząc je dodatkowo elementami fantastyki.

A zatem należałoby poszukać śladów kataklizmu i wyjaśnić, czy mógł tutaj się zdarzyć jakiś obwał. A nade wszystko trzeba będzie odpowiedzieć na pytanie o pochodzeniu jeziora Swietłojar.

Polodowcowe czy krasowe?

Swietłojar, to niewielkie jezioro o powierzchni około 12 km kwadratowych, położone w lasach Niżniegorodskoj Obłasti, z kształtu przypominające akweny powstałe 12-14 tys. lat temu, przy końcu Epoki Lodowej. Takich jezior jest wiele na północno-wschodzie Rosji – w Leningradzkiej Obłasti, w Karelii i Wyżynie Wałdajskiej. Jednakże do Swietojaru nie doszły lody IV Zlodowacenia, a ostatnie lody stopniały tam nie później jak 200.000 lat temu. Wszystkie znajdujące się tam od tego czasu jeziora polodowcowe znikły, stając się torfowiskami. Wychodziłoby więc na to, że Swietłojar to jezioro krasowe – w którym istnieją osuwiska.

Badacze w tym kontekście przypominają jedną wpół zapomnianą już legendę związaną z jeziorem. W roku 1903, w okolicach wsi Szary położonej niedaleko od Swietłojaru miało miejsce to samo, co mogło zniszczyć Kitież. Jedna z gazet w tym czasie pisała:

Niedawno mieszkańcy wsi Szary zostali strwożeni przez niepojęte dla nich trzaski i hałasy, które dochodziły jakby spod ziemi. Miejscowi Czeremisi udali się w kierunku, z którego dochodziły te wszystkie dźwięki, i ku swemu zdumieniu, ujrzeli co następuje: pośrodku lasu ukazała się ogromna dziura o powierzchni 300 sążni[2] kwadratowych i tak głęboka, że nie widać było wierzchołków drzew, które się tam zapadły. Najciekawszym jest jednak to, że ze stoków zapadliska od razy zaczęła wyciekać woda, z której utworzyło się jezioro, którego głębina obecnie dosięgła 8 sążni.

Co takiego się zdarzyło?

Jednak większość specjalistów nie przychyla się do wersji o krasowym pochodzeniu jeziora Swiatłojar. Na jego brzegach nie ma charakterystycznych lekkich gleb naniesionych przez podziemne wody, a to oznacza, że żadnych zjawisk krasowych tutaj nie było i być nie mogło.

Co zatem się stało? Istnieje taka hipoteza, a mianowicie – wiadomo, że fundament na którym leży centrum europejskiej części Rosji stanowią bardzo wytrzymałe skalne płyty. W niektórych miejscach ten fundament przecinają uskoki, które rozciągają się w różnych kierunkach, często się przecinając. Jezioro Swietłojar – jak ustalił to geolog W. I. Nikiszin – znajduje się akurat na przecięciu się dwóch takich uskoków. W takim „ekstremalnym” punkcie osunięcie gruntu może wystąpić samorzutnie i w każdej chwili.

W takich miejscach – jak sądzą specjaliści od zjawisk anomalnych – występuje zwiększona ilość energii wydostającej się z głębin planety. A to oznacza, że mamy tu do czynienia ze zjawiskami uznanymi przez ludzi za tajemnicze i niewyjaśnione. To dotyczy także rejonu Swietojara. I tak przed wschodem, czy po zachodzie słońca na jeziorze powstają miraże; na niebie obserwuje się przeloty UFO i ogromne świecące krzyże (jeden z nich widziała w 1996 roku pracownica miejscowego muzeum krajoznawczego Ł. N. Żebiela); nierzadko słyszy się dziwne dźwięki podobne do dzwonienia dzwonów, które dochodzą jakby ze środka jeziora albo spod ziemi…

Pogańskie sanktuarium na dnie Swietłojaru?

W końcu lat 60. XX stulecia na jeziorze pracowała kompleksowa ekspedycja naukowa. Wtedy to płetwonurkowie stwierdzili, że brzeg jeziora opuszcza się w jego głębinę stopniowymi tarasami. Terasy te występują na głębokościach 9-10 i 18-20 metrów.

Pozwoliło to dojść do wniosku, że jezioro Swiatłojar  - jest geologicznie młode – i powstawało jakby etapami: najpierw opuściła się jego jedna, środkowa część, potem druga i wreszcie trzecia brzegowa. Pierwsze obniżenie terenu, które utworzyło potem jezioro miało miejsce 5000 lat temu, drugie 1000-1100 lat temu i trzecie około 700-800 lat temu, co dokładnie pasuje do czasów podboju Rusi przez Batyja-chana w latach 1237 – 1238. W takim układzie ruiny monastyru, chramu czy twierdzy powinny znajdować się na najniższej terasie na środku jeziora, na głębokości 36 metrów, praktycznie jeszcze nie zbadanym.

Powszechnie uważa się, że słowo Swiatłojar oznacza „świecące głębokie wody”. Jednak niektórzy specjaliści twierdzą, że jego nazwa pochodzi od miejscowego boga Jariły. Do chrztu Rusi w rejonie Swietłojaru zamieszkiwało słowiańskie plemię Berendejców, a na wyspie czy wyspach, które wtedy znajdowały się na jeziorze, znajdowało się centrum kultu Jariły. Dla dawnych, ruskich książąt miejsce to było święte. Mówi się o tym, że w czasie chrztu pogan, dno jeziora otworzyło się i pochłonęło sanktuarium Jariły (co miało miejsce 1000 lat temu, a co pasuje do czasu drugiego obniżenia dna jeziora). Jednakże na jeziorze pozostała wyspa, na której osiedlili się chrześcijańscy koloniści i mnisi szukający odosobnienia w tutejszych lasach. I tak na wyspie tej powstało miasto Kitież, z cerkwią o sześciu złotych wieżach. I ono zatonęło w wodzie, właśnie w czasie najazdu Batu-chana. Dowodem na to byłoby znalezienie w głębinach jeziora ruin budowli z tego okresu.

Ale jak na razie to są to tylko hipotezy, oparte o niepełne dane. Nauka potrzebuje dokładności w celu zbadania zjawiska i zbadania jego wszystkich tajemnic. I dlatego komentując wyniki ekspedycji, akademik B. A. Rybakow pisał, że – póki nie wykona się dokładnego przebadania dna jeziora, nie będzie można mówić o definitywnym stwierdzeniu istnienia Kitieżgradu. I tak właśnie tajemnica jeziora Swiatłojar wciąż pozostaje tajemnicą…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011, ss. 22-23

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©   

              


[1] A nawet filmowcy, że wspomnę film pt. „Czarodzieje” opartego o scenariusz wg książki A. i B. Strugackich „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, a którego akcja toczy się właśnie w Kitieżgradzie. 
[2] 1 sążeń rosyjski = 2,133561 m

czwartek, 26 stycznia 2012

TAJEMNICA ROSYJSKIEJ SZAMBALLI (1)



Julia Tutina

W powieści znanych rosyjskich pisarzy-fantastów Arkadego i Borysa Strugackich pt. „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” oraz w zrealizowanym na jej podstawie filmie pt. „Czarodzieje” mówi się o tajemniczym mieście Kitieżgradzie, gdzie znajdowały się Kitieżgradzkie Zakłady Magotechniki, których placówką naukową był sołowiecki INBADCZAM – Instytut Badania Czarów i Magii. NB, powieść ta została napisana na ponad 30 lat przed powstaniem cyklu o Harrym Potterze... Materiał na temat tego miasta i tajemniczego jeziora z nim związanego ukazał się w gazecie „Argumenty i Fakty” nr 9/2003.

Jak pisze red. Wadim Ilin z „Kalejdoskopu NLO”, istnieje legenda w wielu wersjach mówiąca o tym, że w odległości 100 wiorst  od miasta Gorodziec znajduje się bajkowe miasto Kitież-grad. Gorodziec, to miasto w Federacji Rosyjskiej – przystań la lewym brzegu Wołgi, centrum regionalne w Niżgorodskiej Obłasti, znajdujący się 50 km powyżej Niznego Nowgorodu (w czasach ZSRR miasto Gorki) i na 14 km na zachód od stacji kolejowej Zawołże, zasiedlone przez 40.000 dusz.

Gorodziec, to jedno z najstarszych powołżskich osiedli. Zostało ono założone w 1152 roku przez kniazia Jurija Władimirowicza Dołgorukowa pod nazwaniem Małyj Kiteż. W 1239 roku miasto spalili Tatarzy. W XIII wieku, ukazem kniazia Andrieja Jarosławca zmieniono nazwę miasta na Radiołowa. Tamże w 1263 roku w gościnie u swego brata, wracając ze Złotej Ordy, zmarł car Aleksander Newski – pogromca Szwedów nad Newą w 1240 (stąd przydomek Newski) i Krzyżaków pod Pskowem w 1242 (co pokazał S. Eisenstein w swym sławnym filmie). Tyle – według red. Ilina – podaje „Encyklopedia Cyryla i Metodego 2000”.

Zgodnie z starodawnym przekazem – pisze dalej red. Ilin – miasto Kitież-grad stało na brzegu jeziora Swietłyj Jar – albo Swietłojar – w wody którego pogrążyło się, ratując się tym samym przed tatarskim pogromem. I teraz można go czasami zobaczyć, jak stoi ono na dnie i w ciszy można usłyszeć odgłos bicia jego dzwonów. Jeziora już nie ma, ale jest zatoka, która głęboko wcięła się w brzeg Wołgi.

A jednak jest takie jezioro i przyciąga ono NOL-e oraz adeptów wszystkich religii jak magnes.

Co jest osobliwego w tym jeziorze? Nade wszystko czysta woda, która oparła się wszystkim zanieczyszczającym działaniom człowieka. Kiedy dostałam się do Swietłojara, odbywam podróż po jego brzegach  i widzę taki obraz: dwóch mężczyzn – wyglądających na miejscowych – starannie umyli w wodzie buty i zaczerpnęli jej w stulone dłonie. Wypili... A ja do nich:
- Nie boicie się panowie problemów z żołądkiem?
- Eee, tam! Nie! całe życie tak robimy. I nic. Woda w naszym jeziorze jest czysta aż do bólu.

Druga osobliwość: niezwykły relief jeziora. Swietłojar wygląda jak okrągła moneta z lotu ptaka. Przekrój poprzeczny zaś przypomina dość dokładnie profil gigantycznego brylantu, kaboszonu. Misa jeziorna jest wyjątkowo równomierna i kończy się równo na brzegu tak, jakby zakreślono ją cyrklem.

Ale największa niezwykłość jeziora polega na tym, że  od wieków ciągną tutaj pielgrzymki pątników. Przybywają tutaj adepci różnych religii i wierzeń.

Obeszłam jezioro dookoła i znalazłam grupę dziwnie ubranych ludzi. Rozmawiali z jakimś wyznawcą Hare Kriszny odzianym w pomarańczowe szaty. Miał on rok temu wydany wyrok śmierci przez lekarzy, którzy dali mu tylko miesiąc życia. Pojechał nad Swietłojar i... choroba wkrótce znikła! Powrócił zatem nad jezioro, by go błogosławić. Rozmowie przysłuchiwała się dama w długiej sukni i ciemnej chustce na głowie. Okazało się, że należąca do staroobrzędowców. Mówi, że jezioro uratowało ich osiedle od najazdów miejskiej chuliganerii. Milicja niczego nie mogła zrobić, a tak nad jezioro pojechali chuligani i inni knajacy, którzy przepadli bez wieści...

Pojawiają się tutaj regularnie zwolennicy idei, że Swietłojar to brama do równoległych światów, dziura przestrzenna i Szamballa Rosji. Nad jeziorem często zawisają UFO – ostatni latający talerz widziano w tym rejonie w 1998 roku – i wreszcie tutaj wałęsa się Człowiek Śniegu – jego półtorametrowe ślady odcisnęły się na lodzie kilka lat temu.

Dawno temu zamieszkali tutaj prawosławni mnisi, którzy wybudowali swój klasztor na miejscu, gdzie od roku 1238 stoi niewidzialny dla ludzkich oczu Kitież-grad. Znikłszy z oczu wojskom tataro-mongolskim chana Batyja, miasto to istnieje w jakimś innym równoległym do naszego świecie. Niewidzialni mieszkańcy Kitież-gradu otaczają opieką tych, którzy prawdziwie wierzą i pomagają im w trudnych sytuacjach. Wedle tradycji należy obejśc dookoła jezioro, a najlepiej zrobić to trzykrotnie, a wtedy spełni się każda prośba i każde życzenie. Prawdą jest, że naszym współczesnym nie bardzo chce się drałować dookoła jeziora... Jak opowiadał mi pewien miejscowy, ostatni raz w czasie II Wojny Światowej kilkadziesiąt kobiet modliło się tam o uchronienie życia swych mężczyzn. I pomogło – wszyscy wrócili cali i zdrowi do domów. NB, od niepamiętnych czasów istnieje tam kaplica, gdzie odbywają się pogańskie obrzędy ku czci boga Jariła...

Uczeni od dawna pragną wyjaśnić zagadki tego akwenu. Rok temu, grupa rosyjskich uczonych twardo postanowiła raz na zawsze wyjaśnić wszystkie legendy związane ze Swietłojarem. Tak zatem pracownicy naukowi petersburskiego Instytutu Badań Jezior przebadali niewielką część z 200 pobranych wiosną z jeziora próbek, ale już można było wyciągnąć jakieś wnioski. Opowiada o nich jeden z uczestników projektu – hydrobiolog  dr Nikołaj Bajanow:
- Jak wyliczyliśmy, jezioro liczy sobie 10-11 tys. lat. Powstało, kiedy tajały wieczne lody. Na tym miejscu w ziemię wmarzł olbrzymi lodowiec, który potem tając utworzył niezwykle regularne, koliste jezioro. Czystość tej wody też nie jest zagadką, bowiem jezioro to ma znakomicie działający, biologiczny system samooczyszczania się. Natomiast własności lecznicze wody wynikają z tego, że zawiera ona podwyższoną ilość siarkowodoru...
No i niby wszystko jest logiczne i jasne, ale tylko nie wiedzieć dlaczego Nikołaj Grigoriewicz kończąc swoje naukowe objaśnienia dodał w zamyśleniu:
- I tak czy owak, jeszcze jakiś tajemnice tutaj pozostały...

No bo i jak jest to możliwe – tutaj woda czysta i zdrowa, a jednocześnie skażona siarkowodorem? Tutaj genialne samooczyszczanie się wód jeziornych i dosył świeżych wód z gruntu, a jednocześnie działa tam mechanizm taki, jaki ma miejsce w Morzy Czarnym, Morzu Bałtyckim i innych zamkniętych akwenach... dziwne to wszystko – nieprawdaż?

Ta rosyjska Szamballa – a raczej Vineta czy Atlantyda wołżańska też daje do myślenia. Może to być lokalna mutacja legendy o Vinecie, która w XIII wieku była „literaturą współczesną” dla całej Europy i ludzie pasjonowali się nią tak, jak my wydarzeniami w Iraku czy Palestynie, więc powstała zbitka dwóch niezależnych od siebie wydarzeń, które rozegrały się nad Wołgą i nad Bałtykiem...

I obecność NOL-i, co sugerowałoby, że i Obcy z innej czasoprzestrzeni interesują się tym tak, jak w Polsce interesują się wylatowskimi polami. I tu i tam miały miejsce kluczowe wydarzenia dla powstania polskiej i rosyjskiej państwowości. Niestety, nie udało mi się dowiedzieć, czy na Powołżu zaobserwowano pojawienie się agroformacji, ale sądzę, że tak. I znowu uporczywie wraca myśl, że to, co się dzieje nad i w Swietłojarze ma związek z historią i czasem.

CDN.

środa, 25 stycznia 2012

Hochsztaplerzy w służbie SS



Powiedziano kiedyś, że by poruszyć planetę, dość znaleźć punkt oparcia poza nią; tak i ja pragnąc obalić rozum, który był doskonały, musiałem znaleźć punkt oparcia, a była nim głupota…

Stanisław Lem – „Cyberiada”

Jana Rozowa

W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Armii Radzieckiej służyły… wielbłądy. W sformowanej w Astrachaniu 28. Armii Rezerwowej zwierzęta te służyły jako zwierzęta pociągowe do armat. Większa część z tych bojowych wielbłądów zginęła…

Już  w 1943 roku, hitlerowski rząd Niemiec doszedł do wniosku, że kolejnego blitzkriegu nie będzie. Koniec wojny nie był jeszcze przewidzianym, ale już niektórzy wysoko postawieni urzędnicy zaczęli pomiędzy sobą ostrożnie wymawiać słowo „klęska”…  

Cudowna idea cudownej broni

A wszystko to – oczywiście – wynikało z sytuacji ekonomicznej tego kraju. Świadczy o tym cytat z wystąpienia generalnego inspektora wojsk pancernych III Rzeszy gen. H. Guderiana (1888-1954), z dnia 9 marca 1943 roku:
- Niestety, aktualnie nie ma ani jednej w pełni gotowej do boju dywizji pancernej. Jeżeli nam się uda rozwiązać to zadanie, to my wraz z Luftwaffe i podwodnymi siłami Krigsmarine odniesiemy zwycięstwo. Jeżeli nie, to wojna na lądzie stanie się zbyt ciężką i zbyt kosztowną.

Hitler miał nadzieję na przełom w wojnie, dlatego potrzebna była jakaś ratunkowa idea, która zachęciłaby żołnierzy do walki i pognębiła nieprzyjaciela. No i się pojawiła: Wunderwaffe. Cudowna broń. Coś, co uratuje Niemcy. Praca nad tym czymś – tajnym i super-ważnym – była prowadzona także i do wystąpienia Reichsministra ds. uzbrojenia i amunicji Alberta Speera (1905-1981) obiecującego krótko mówiąc „nowy kurs”. Ale teraz intensywność tej aktywności zwiększyła się do stukrotnie. W niemieckim arsenale zaczęły pojawiać się nowe rodzaje broni: myśliwce turboodrzutowe, ręczne rakietowe miotacze granatów ppanc. – czyli słynne Panzerfausty, przeciwczołgowe rakietowe pociski kierowane, nowoczesne czołgi i okręty podwodne z napędem turbinowym Walthera. Niemcy zaczęli także program budowy bomby atomowej.

Po Zwycięstwie tak bardzo okupionego krwią żołnierzy radzieckich, niemieckimi wynalazkami bardzo zainteresowali się Amerykanie, ale nie o tym mowa. W historii Wunderwaffe jest jeszcze jeden nieoczekiwany aspekt, który wskazuje na to, ze pod koniec wojny Niemcy stracili już zdrowy rozsądek i dawali posłuch różnym ciemnym typom i na cudowne bronie wydawali wprost nieprawdopodobnie wysokie sumy. Wiadomo, ze prace nad rakietami V według projektów SS-Sturmbannführera barona dr Wernhera von Brauna kosztowały 5 mld RM. Jednakowoż przypomnijmy, że z 25.000 rakiet V-1 i 10.800 rakiet V-2 wystrzelonych poprzez Kanał La Manche na Londyn – cel osiągnęła tylko 1/3. Pozostałe 2/3 eksplodowały nawet nie podniósłszy się w powietrze, były zestrzelone przez brytyjskie myśliwce, albo po prostu nie doleciały…

W 1944 roku, idea cudownej broni nie przestawała drążyć niemieckich umysłów. Wśród zbawców wielkich Niemiec spotykamy znajome nazwisko – SS-Obersturmbannführer[1] Otto Skorzenny (1908-1975). Szpieg i dywersant, Skorzenny został szefem tajnej służby SS zajmującej się badaniami rozwojowymi broni specjalnego przeznaczenia. No, ale naukowe prace, to nie jego styl. Skorzenny, von Braun i SS-Brigadeführer Walter Schellenberg (1910-1952) nie zachwycali się zdalnie sterowanymi kablowo i radiowo, samobieżnymi minami Goliat, które już wypróbowano w boju[2], ale do smaku przyszły im myśli o „ludziach-torpedach” i „ludziach-pociskach”. Tak jak V-1 nie odnosiły zamierzonych skutków, więc Schellenberg wpadł na pomysł naprowadzania ich na cel przez pilotów-samobójców – kamikadze III Rzeszy… 

Ta rzutka fantazja na szczęście nie ziściła się.

Lipny profesor

Wydawałoby się, że prace nad nowymi rodzajami broni to ściśle tajna domena. Próba zrobienia balona z Ministerstwa Obrony Rzeszy a także z SS wydaje się być szaleństwem. Ale znaleźli się tacy odważni, a może szaleni, którzy tego dokonali. Świadkowie wspominali taki epizod, który miał miejsce na pięć lat przed opisanymi powyżej wydarzeniami. Otóż do SS-Reichsführera Heinricha Himmlera (1900-1945) napłynęła notatka od jakiegoś naukowca, niejakiego Hansa Erhardta czy Erharda. Zaproponował on bardzo interesujący i morderczo efektywny sposób zwalczania alianckich samolotów, a mianowicie poprzez rozpylenie w powietrzu, wprost na samoloty kłębów drobno zmielonego pyłu węglowego i podpalenie tego pyłu przy pomocy rakiety czy flary. Przy czym pan Erhard przekonywał, że „w dniu 1 kwietnia 1945 roku, w ten sposób udało się unieszkodliwić 36 brytyjskich bombowców.” I tylko że jak dotąd, to nikt nie potwierdził tej informacji.

I jakby na to nie patrzeć, to coś takiego nigdy nie mogło się zdarzyć. Taka węglowo-powietrzna mieszanina eksploduje tylko i wyłącznie w szybach czy sztolniach, w warunkach zamkniętej przestrzeni, i tylko kiedy pył węglowy i tlen znajdują się w odpowiednim stosunku i stężeniach.[3]

Ten cały Erhard okazał się niezłym oszustem. Już po wojnie zorientował się, że Amerykanie wyszukują niemieckich uczonych pracujących nad hitlerowską bronią jądrową, więc zjawił się u nich z przyjemną wiadomością, że jest posiadaczem patentu na produkcję tzw. „ciężkiej wody” tak potrzebnej w przemyśle atomowym. Amerykanie zrazu kupili tą bajeczkę, ale po czterech miesiącach zorientowali się, że to zwykła ściema i wywalili go na bruk. Nie przeszkodziło to Erhardowi dodać sobie do nazwiska tytuł naukowy.

Potem wypłynął w Szwajcarii, by zaproponować rządowi tego kraju wzmocnienie obronności tego kraju za pomocą „promieni śmierci”, a kiedy go stamtąd wyproszono, to zjawił się we Włoszech. Tam z kolei zaproponował sprzedaż patentu na silnik na wodę. Oczywistym jest, że ten silnik znajdował się tylko w jego wyobraźni.

Erhard okazał się być utalentowanym oszustem, który potrafił siebie dobrze zareklamować, potrafił być przekonywującym, wyglądał na poważnego uczonego, co pozwoliło mu zjednywać sobie wspólników i sponsorów. Wokół niego pojawili się ludzie dowierzający bez zastrzeżeń temu aferzyście, w tym dziennikarze gazety w byłej RFN – „Deutsche Soldaten Zeitung”, którzy opublikowali serię artykułów broniących jego osobę i „dokonania”. Bywa i tak!

Erhardowi udawało się długo ogłupiać porządnych skądinąd ludzi, póki nie oddano go pod sąd za niepłacenie alimentów i fałszerstwa. To wszystko zdarzyło się w jego ojczyźnie – w Niemczech. Poza tym wyjaśniło się, że nawet jego nazwisko było fałszywe, a tytuły naukowe – lipnymi.

Oręż zwycięstwa – promienie XX

W całej czeredzie fantastycznych pomysłów na cudowne bronie SS znalazł się jeden – zupełnie szczególny, a mianowicie – broń grawitacyjna! I jak widać, na promienie XX zwrócili swą szczególną uwagę specjaliści od broni przeciwlotniczych. Idea była prosta – powinny one zwiększyć ziemskie ciążenie i tym sposobem ściągać wrogie samoloty na ziemię.

Amerykanie zrazu zapalili się do tego pomysłu, postanowili zatem znaleźć autora tego pomysłu i wyprawić go ciupasem za ocean jak von Brauna et consortes. Pomysł broni grawitacyjnej wyglądał nadzwyczaj atrakcyjnie, ale… grawitacji Ludzkość nie opanowała do dnia dzisiejszego.

A jednak takie eksperymenty nad bronią grawitacyjną były przeprowadzane w KL Buchenwald. Dzięki zeznaniom byłych więźniów tego obozu koncentracyjnego Amerykanie dowiedzieli się, że już od 1941 roku w tym KL znajdowało się zakonspirowane laboratorium, którym kierował człowiek o nazwisku Blau. Pod jego kierownictwem pracowało tam kilkunastu więźniów, którzy znali się na elektryczności, którzy opowiadali, że Blau w ogóle nie orientował się w fizyce, mechanice i elektrotechnice. Ale za to on miał bzika na tle fantastycznych możliwości promieni XX, które wytwarzały pole antygrawitacyjne, albo wpływały w jakiś sposób na pole grawitacyjne Ziemi.[4]

Dywersanci-niewolnicy

Dlaczego więc taki niegramotny w technice człowiek kierował takim projektem? O, to jest historia dla detektywa! O tym tajemniczym panu Blau, który po wojnie rozpłynął się gdzieś w masie ludzkiej, mówi wiele zeznań. Do czasu swego zamknięcia w Buchenwaldzie był on wojskowym urzędnikiem Rzeszy i miał on baczenie na różne projekty wojskowe. Autor pewnych prac, a szczególnie tychże samych promieni XX pewnego dnia wyszedł z domu i nie powrócił. Śledztwo wykazało, że uczony ten znikł zaraz po spotkaniu z panem Blau.

Urzędnika aresztowano. Rozumiejąc, że na jego szyi zaciska się pętla, Blau podał wersję przestępstwa, która była dość wiarygodna, i która uratowała go od stryczka. Przyznał się mianowicie do tego, że to on jest winnym zniknięcia uczonego i wynalazcy promieni XX, ale nie miał wyjścia. Uczony ten groził, że w przypadku nieotrzymania za swój wynalazek wygórowanej sumy pieniędzy, sprzeda go wrogom Rzeszy. Tak więc działając w „stanie wyższej konieczności” – jak stwierdził to jego adwokat – Blau uratował życie, ale zesłano go do Buchenwaldu – dobrze, że nie na szubienicę czy pod ścianę. A kiedy zaistniało zapotrzebowanie na super broń, wtedy powierzono mu kontynuowanie prac zamordowanego przez niego naukowca.

Na początku trzeba było skonstruować generator promieni XX i zbadać jego możliwości. Blau zabrał się do roboty. Potrzebował on już to potężną lampę, już to piasek monacytowy, to znowu niewyobrażalnych rozmiarów transformatory. Barak, w którym Blau pracował był owinięty kablem ze srebra i miedzi, a w jego środku znajdowało się dziwne oprzyrządowanie, ze wskazań którego nasz „badacz” niczego i tak nie rozumiał. Dla bonzów z SS ów pseudouczony rozgrywał spektakl, który miał dowieść, że praca idzie do przodu. Jeden z jego „współpracowników”, który znał się na elektrotechnice o wiele lepiej od Blau, opisał jego „eksperymenty” jako czystej krwi szalbierstwo. Jednakże – jak widać – kuratorzy Projektu Promienie XX, także dalecy byli od nauki, skoro taki jak on „specjalista” mógł ich wyprowadzić w pole…

Na wiosnę 1945 roku, radzieckie wojska wiedząc czy nie wiedząc o cudownych broniach zajęły Berlin i uwolnili świat od dżumy nazizmu. Hitler palnął sobie w łeb, nazistów złapano i osądzono. A naukowi awanturnicy i hochsztaplerzy – ci niewolniczy dywersanci na tyłach III Rzeszy, którzy wsypywali w pustkę niemieckie pieniądze i w ten sposób hamowali plany Hitlera znikli w lecie. Taka ich służba!

Od tłumacza

Muszę przyznać, że te dwa ostatnie zdania są co najmniej zastanawiające. Czyżby ci niewolniczy dywersanci byli radzieckimi agentami NKWD/NKGB lub GRU, którzy mieli za zadanie wieść hitlerowską (a potem także amerykańską) naukę na manowce? A czemuż by nie? Historia wojen i konfliktów dowodzi, że jeden szpieg dobrze umieszczony we wrogim kraju może spowodować więcej szkód, niż całe dywizje wojska, więc dlaczego nie mogłoby być w takim przypadku?

Psychologowie z GRU doskonale wiedzieli o tym, że Hitler i jego akolici mieli feblika na punkcie nauk tajemnych, więc można było obrócić to przeciwko nim poprzez umiejętne dozowanie idiotyzmów wsączanych w ich oczadziałe mózgi. Jak widać, coś takiego mogło być i najprawdopodobniej zostało wykorzystane w ramach wojny psychologicznej toczonej pomiędzy ZSRR i III Rzeszą, a potem także w czasie Zimnej Wojny z Zachodem – a w szczególności z USA. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że UFO i inne medialne wytwory Zimnej Wojny zostały wymyślone wcale nie w Langley, ale na Chodynce… Dlatego właśnie pozwoliłem sobie nadać takie motto całemu temu materiałowi.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Oto radziecki wywiad znając głupotę i żądzę sensacji przeciętnego Amerykanina puszcza pogłoski na temat odwiedzin Kosmitów na terytorium Stanów Zjednoczonych. Wieść jest sensacyjna i rusza machina medialna. Początek zostaje zrobiony, Amerykanie zaczynają wierzyć w istnienie Obcych. I o to właśnie chodzi… Tym sposobem można robić swoje i zwalić wszystko na Kosmitów. W ten sposób przetestowano niemieckie rakiety V w lecie 1946 roku, a w 1947 już miano gotowe pociski rakietowe R-1 i R-2, zaś w cztery lata później wektory broni jądrowej – na razie tylko MRBM – pociskami średniego zasięgu, które wkrótce stały się ICBM – pociskami międzykontynentalnymi i rakietą, która wyniosła na orbitę Jurija Gagarina. Śmiem twierdzić, że to właśnie dlatego Amerykanie przegrali pierwszą rundę w rakietowym wyścigu o panowanie nad światem i w Kosmos.

Odrobili ją potem, kiedy ZSRR nie był w stanie prowadzić w tym wyścigu, bowiem słaba gospodarka nie była w stanie wydolić i wreszcie zaczęła zwalniać, by paść w latach 80. ubiegłego wieku. Ale to już osobna historia i temat z innej ballady…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 38/2011, ss. 16-17

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Wikipedia podaje, że był on SS-Sturmbannführerem.
[2] Wykorzystanymi m.in. przeciwko powstańcom w Warszawie.
[3] W sumie idea była niezła, bo na podobnym pomyśle opiera się działanie bomb termobarycznych – paliwowo-powietrznych. Mały ładunek wybuchowy rozprasza w powietrzu obłok ciekłego paliwa, które następnie ulega zapaleniu przez zapalnik. Obłok eksploduje wytwarzając potężną falę uderzeniową o mocy małego ładunku jądrowego, która jest czynnikiem niszczącym. Broń termobaryczna jest tańsza i poręczniejsza w użyciu od broni jądrowej i dlatego jest przed nią wielka przyszłość…
[4] Nad wykorzystaniem grawitacji jako broni najprawdopodobniej nadal pracuje się w laboratoriach wojskowych USA i Rosji. Broń taka mogłaby działać wtedy, gdyby można było wysyłać ukierunkowane pola grawitacyjne w kierunku siły żywej nieprzyjaciela, który zostałby literalnie zmiażdżony przez ciążenie. Jej działanie opisał swego czasu Siergiej Śniegów w fantastycznej epopei pt. „Dalekie szlaki”, Warszawa 1973.