sobota, 17 marca 2012

Gdzie szukać nazistowskich baz na Szóstym Kontynencie?


Nazistowskie plany podboju Antarktyki z lat 30. XX wieku

Aleksander Smirnow

W roku 2010 ONZ przyjęła rezolucję potępiającą pochwalanie faszyzmu. Za nią nie głosowały jedynie USA, których delegaci twierdzili, że narusza ona ich konstytucję – a konkretnie prawo o wolności słowa…

W sierpniu 1938 roku, na terytorium Antarktydy, w rejonie Ziemi Królowej Maud zaczęła pracować pierwsza i historii Niemiec polarna baza nazwana Horst Wessel, którą przemianowano na Nową Szwabię.

Prawda zza zasłony dymnej?

Mówiąc o rozwiązywaniu tajemnic Szóstego Kontynentu nie można nie wspomnieć o tematyce istnienia sekretnych baz hitlerowskiej Kriegsmarine, które jakoby założono w latach II Wojny Światowej na terytorium Antarktydy. Do dziś dnia kursują legendy o tym, że w jednej z nich schował się sam Hitler, który uciekł z Europy w oceanicznym okręcie podwodnym, i że te bazy istnieją do dzisiaj… Jednym słowem, lodowy pancerz Antarktydy przekształcił się w urodzajną glebę dla hipotez, które publikują pisarze-fantaści.

Niemiecki badacz i pisarz Hans Ulrich von Krantz napisał dokumentalną książkę pt. „Swastyka w lodach. Tajna baza hitlerowców na Antarktydzie”.

Jednakże podobnie jak szukanie baz hitlerowców na Antarktydzie przypomina szukanie czarnego kota w ciemnym pokoju. Z tytm, ze tego kota dawno już tam nie ma…

Nasuwa się tutaj pytanie: czyż te wszystkie „sensacyjne” publikacje, „dokumentalne” filmy na ten temat nie są „zasłoną dymną”, za którą ukrywa się istota sprawy? W ten sposób odwraca się uwagę publiczności od autentycznych sekretów przeszłości, a być może i teraźniejszości.

Nieźle byłoby poznać obiektywne i bezstronne zdanie specjalisty-polarnika.[1]  

Weteran Arktyki

Kapitan marynarki Michaił Władimirowicz Aleksandrow-Kołczak to weteran Arktycznego i Antarktycznego Instytutu Naukowo-Badawczego, oficer rezerwy Floty Północnej FR, uczestnik szeregu arktycznych i antarktycznych ekspedycji naukowych. Poza tym jest on wujecznym wnukiem znanego, „białego” czyli carskiego admirała A. W. Kołczaka – wysokiego urzędnika w rosyjskiej administracji i badacza Arktyki.  Dziadek Aleksandrowa to kontradmirał Imperatorskiej Floty i rodzony wuj A. W. Kołczaka. Ale historia rodziny Michaiła Władimirowicza, to osobna historia. Spotkałem się z nim właśnie po to, by porozmawiać o tajnych hitlerowskich bazach pod Biegunem Południowym.

Aleksandrow poświęcił Antarktydzie wiele lat swego życia. Brał on udział w zestawianiu i redagowaniu pierwszego w ZSRR atlasu Antarktydy, który został wydany w Moskwie w 1969 roku. I nie tylko po prostu uczestniczył, ale także „zimował” i „latował” na Szóstym Kontynencie w latach 1966-68, rysując mapę polarnych krain, które przewędrował, za co został odznaczony orderem. Z tego właśnie tytułu, że zna on kartografię wybrzeży Antarktydy lepiej, niż swoich pięć palców, a w przeszłości był kadrowym oficerem Radzieckiej Floty, więc zadałem mu pytanie: czy możliwe było zorganizowanie długoterminowych baz nazistowskich na terytorium Antarktydy w latach 40. ubiegłego stulecia? Do tego takich, żeby tam w dniu dzisiejszym istniało ukryte przed Ludzkością tajne miasto potomków Hitlera i hitlerowców – Nowa Szwabia?

Nie ma hitlerowskich baz w Antarktyce…

- To bujna fantazja dziennikarzy – twardo ocenił to oficer-polarnik. – Nie ma żadnych „podlodowych miast nazistów” na terytorium Antarktydy, i  być nie mogło choćby dlatego, że w czasie dokładnych badań Szóstego Kontynentu, bazy te z cała pewnością zostałyby ujawnione. Od końca lat 50. ubiegłego wieku, terytorium i akweny Południowego Kontynentu przeczesały setki morskich i lądowych oraz lotniczych ekspedycji. Ja sam byłem uczestnikiem 12. i 16. radzieckiej ekspedycji antarktycznej, a równolegle z nami pracowali tam polarnicy z Norwegii i Australii. Trudno sobie wyobrazić, by uczeni z różnych krajów byli tak solidarnie ślepi i milczący, i niczego by nie zauważyli i nie puścili pary z ust w czasie 50 lat, jest to po prostu niemożliwe.

Dam panu przykład. W rejonie mojej stacji antarktycznej Mołodiożnaja - 67°40’ S - 045°50’ E, z nieopisanym trudem zbudowaliśmy skład żywności – taką naturalną lodownię. Wybiliśmy niewielki „grób” w 20-metrowej litej skale, przy czym używaliśmy współczesnej techniki, której być nie mogło w czasie istnienia III Rzeszy. Oczywiście, hitlerowcy też mieli swoje możliwości – i tak np. pełne bezludzie w okresie wojny w latach 1938-48. Hitlerowcy posługując się materiałami wybuchowymi i używając lodu i skał do budowy, mogliby wybudować niewielką i tajną stację polarną w okolicy Ziemi Królowej Maud, którą oni nazwali Neuschwabenland – Nową Szwabią. Dzisiaj jest tam argentyńska stacja polarna San Martin - 68°06’ S - 067°06’ W. I nic ponadto. A na dodatek, to ta baza nie mogłaby funkcjonować po latach 40.

A skąd zatem narodziła się legenda o „tajnych bazach hitlerowców”? takie pogłoski pojawiły się w związku z tym, że U-bootwaffe der Kriegsmarine posiadały oceaniczne okręty podwodne, których zasięg był wystarczający do dopłynięcia do brzegów Lodowego Kontynentu. A jeżeli nawet inne U-booty dopłynęły do Antarktydy dzięki bazom pośrednim, to co one tam miały do roboty?

…ale mogłyby być na Ziemi Ognistej

- Być może bajkami o „bazach antarktycznych” obecni neonaziści usiłują odwlec uwagę publiczności od realnie istniejących tajnych baz – tzw. Vinet – znajdujących się na bardziej ciepłych wodach[2] - mówi dalej Michaił Władimirowicz. – Spróbuję hipotetycznie ustalić miejsca, gdzie one mogłyby być.

I tak np. zupełnie bezludna jest południowa część Ziemi Ognistej a także Georgii Południowej. W czasie II Wojny Światowej mogły tam dobijać duże niemieckie statki i U-booty, na rozładunek i dłuższy pobyt, remonty, uzupełnienie zapasów, itp. Z punktu widzenia hitlerowskiego kapitana Nemo, te duże wyspy są idealnymi miejscami do stworzenia właśnie takiej bazy. Proszę spojrzeć na mapę: Ziemia Ognista i Georgia Południowa mało kogo dziś obchodzi. Być może to tam właśnie powinno się szukać tajnych baz IV Rzeszy. A bajki o Antarktydzie rozpuszcza się w celu odwiedzenia ludzkiej uwagi od tych miejsc.

Poglądy Michaiła Aleksandrowa są całkowicie realistyczne. Dzisiaj dużo się pisze o powietrznych i morskich walkach, które miały miejsce w 1948 roku na antarktycznych wodach pomiędzy eskadrą US Navy a nierozpoznanymi okrętami, samolotami i latającymi dyskami – „spodkami”. Fakt istnienia nazistowskich eksperymentalnych i działających egzemplarzy takich latających maszyn – dyskoplanów – został oficjalnie przyznany. Ale kto udowodni, że na przechwycenie Amerykanów niemieckie okręty wyszły nie z baz na Antarktydzie, ale na Ziemi Ognistej i innych miejsc? Czy dyskoplany ze swastyką nie mogły poderwać się nie z Antarktydy, tylko z Ziemi Ognistej czy Georgii?

Wydaje się, że wersję polarnika Aleksandrowa można bardzo łatwo sprawdzić. Wystarczy ukierunkować poszukiwania amatorów na tereny przezeń wskazanych rejonów świata. Oczywiście nie obejdzie się to wszystko bez specjalnych trudności.

Mój komentarz

No niby wszystko jest OK., polarnik, oficer marynarki – słowem człowiek kompetentny i wie, co mówi. A jednak jest w tym wszystkim jakieś niedopowiedzenie. No bo owszem, niby na Antarktydzie baz nie ma i być nie może, ale już w Antarktyce jest to możliwe. Poza tym pozostaje otwarta kwestia niemieckiej emigracji do Ameryki Południowej, gdzie hitlerowcy żyli spokojnie i dostatnio, i właściwie NIKT – poza MOSSAD-em i KGB – ich nie niepokoił, ba! – pracowali na wysokich urzędach w administracji Juana Perona, Augusto Pinocheta, Alfredo Stroessnera i innych latynoamerykańskich zbrodniarzy. Poza tym w okresie Zimnej Wojny roztaczała nad nimi dyskretną opiekę amerykańska CIA. Powód oczywisty – ich wiedza na temat hitlerowskich siatek wywiadowczych we Wschodnim Bloku. Nie za darmo szefem BND został gen. Reinhard Gehlen – którego organizacja stanowiła przykrywkę dla ODESSA – organizacji byłych SS-manów, która dzięki Kościołowi katolickiemu przerzuciła kilkadziesiąt tysięcy gestapowców i SS-manów do Ameryki Południowej.

Zbrodniarze hitlerowscy przez odpowiednich agentów najpierw trafiali do miasteczek w południowych Niemczech, takich jak Oberstdorf, czy Garmisch-Partenkirchen oraz w Austrii, np.: Innsbruck, czy Klagenfurt, a także do okolicznych wsi położonych blisko granic z Włochami i Szwajcarią. Następnie odpowiedni agenci-przewodnicy przeprowadzali esesmanów przez Alpy. Po drugiej stronie granicy inni agenci ułatwiali zbrodniarzom dostęp do Watykanu, gdzie wystawiano im nowe dokumenty paszportowe. Ze względu na udział kleru katolickiego, a szczególnie franciszkanów trasę tę nazwano „Drogą klasztorów”. Kierowali się oni do domu przy Via Sicilia w Rzymie, będącym konspiracyjną stacją tranzytową, gdzie otrzymywali paszporty krajów niezależnych od aliantów, takich jak Argentyna czy Chile, a następnie drogą morską dostawali się do kraju, którego paszport posiadali. Proces ten koordynował Biskup Grazu Alois Hudal. Proceder ten opisał Szymon Wiesenthal.

Jeżeli chodzi o Hitlera, to ten mógł uciec z płonącego Berlina do Hamburga, a potem do Norwegii, skąd U-bootem przerzucono go albo do Ameryki Południowej, albo na Grenlandię – a dokładnie do Ziemi Peary’ego. Ciekawe, że nikt nie sprawdził właśnie tego kierunku. KGB do połowy lat 70., a zatem do możliwego fizycznego kresu Hitlera, który w roku 1975 musiałby mieć 85 lat, prowadził poszukiwania w Ameryce. Po prostu dlatego, że Rosjanie nie wierzyli do końca w wyniki śledztw i ekspertyz dotyczących losu Hitlera, stąd aktywność ich służb specjalnych w Ameryce Łacińskiej. Być może, i tego nie wykluczam, że celem KGB i GRU buło coś innego, a poszukiwania Hittlera były wygodną „przykrywką”? Tego też nie można wykluczyć.

Ciekawy jestem, czy poszukiwano go także na Grenlandii? Tego niestety nie wiem. Moje wątpliwości w tej materii wyłożyłem wraz z dr Milošem Jesenským w naszej pracy „Wunderland – Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, Warszawa 2001. Sugerujemy w niej, że Hitler zdołał zbiec do Hamburga i stamtąd na Grenlandię, do kompleksu tajnych bunkrów zwanego Biberdamm gdzieś na Ziemi Peary’ego – w północno-wschodnim rogu tej wyspy. Wszystko zaczęło się od krótkiej notatki prasowej z 1938 roku:

Niemiecka marynarka wojenna może być dumna. Wybudowała ona dla naszego Wodza i kanclerza Rzeszy Adolfa Hitlera absolutnie niedostępny schron, który będzie bezpieczny przed wszelkimi wrogami.

Admirał Karl von Dönitz dla “Der Stürmer”, 17 VI 1938 r

Z tych dwóch zdań admirała wynika, że niemiecka Kriegsmarine przygotowała Hitlerowi absolutnie pewny schron.
W kilka dni później naczelny redaktor dziennika Wermachtu został zdjęty ze stanowiska i aresztowany przez Gestapo, po czym zaginął po nim ślad. Notabene przemówienie admirała Donitza do absolwentów szkoły oficerskiej cytowały wszystkie gazety, ale te przytoczone 2 zdania znalazły się tylko w „Der Stürmer”.

W czasie oblężenia Królewca (Kaliningradu) w ręce Rosjan wpadła plakietka kamienna z wyrytym napisem po łacinie i staroangielsku o następującej treści:

Relikwia owa jest tajemniczym i podziwu godnym dziełem, które przodkowie moi przywieźli tutaj z Armoryki do Małej Brytanii, a pewien święty kapłan poradził ojcu memu ją zniszczyć, jako że pochodzi od samego Szatana, który stworzył ją czarami i sposobem diabelskim, przeto mój ojciec rozbił ją na dwie części. Ale ja – Jan de Vincey – zachowałem obie te części nienaruszone i spoiłem je z powrotem w jedność. Było to w poniedziałek po święcie Marii panny A.D. 1445.

Ta tabliczka znajdowała się w zapieczętowanej kopercie z napisem GANZ GAIHEM – GEHEIME REICHSACHE. Poza plakietką i jej fotokopiami w kopercie znajdował się osobisty rozkaz Grossadmirała Donitza nakazujący wywóz tego dokumentu do ekstratajnej skrytki o kryptonimie Der Biberdamm.

Kluczowe pytanie brzmi: czym jest i gdzie się znajduje ekstratajna skrytka o nazwie Der Biberdamm (Bobrowa Tama), o której jest mowa w osobistym rozkazie dowódcy Kriegsmarine. Jej tropy wiodą w kierunku Arktyki.

Odpowiedzi na nie szukał czeski tropiciel zagadek lekarz i pisarz w jednej osobie – dr Ludvik Souček. Podążając tropem Bobrowej Tamy dotarł aż na Grenlandię – gdzie jak przypuszczał miała się znajdować Reichkanclei Zwei i kolejna Wolfschanze – niemal identyczna z tą, której ruiny możemy podziwiać w Gierłoży, koło Kętrzyna.

Z książki dr Součka wynikałoby, że Bobrowa tama istniała co najmniej od początku 1938 roku. Wybudowano ją na skalistym i niegościnnym (jak w wizjach jasnowidzów i odczytach radiestetów) wybrzeżu Grenlandii, a konkretnie na Ziemi Peary’ego, która jest wolna od lodów i znajduje się tuż przy płoni Great North East Water – jednym z niewielu wolnym od lodów akwenie Arktyki![3] Istnienie tych płoni (połyni) było zresztą jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic Zimnej Wojny, a informacje na ten temat zostały odtajnione dopiero po 1990 r.!

I w świetle tego, co on napisał, staje się jasne, jak był prawdziwy cel rejsu U-209 komandora Broddy. Nie chodziło tu bynajmniej o poszukiwanie Preariów i wejście do mitycznej Agarty! Marszruta U-209 była jednym z rutynowych rejsów Bobrowej Tamy na wybrzeżu Ziemi Peary’ego!

Hitlerowskie U-booty pływały tam i z powrotem, a łączność z nimi utrzymywał specjalnie zbudowany ośrodek radiołączności na Rugii, który udawał stację radiolokacyjną mającą na celu udowodnienie tego… że Ziemia nie jest kulista, czy nawet płaska, ale wklęsła! Niektórzy dali się na to nabrać i pisali nawet o szaleństwie Führera. Hitler nie był jednak głupcem ani szaleńcem, on po prostu szykował sobie drogę ucieczki.

Przecież zwłok Hitlera nigdy nie znaleziono w ruinach Berlina mimo ich gorączkowych poszukiwań przez NKWD/NKGB i GRU. Istnieje hipoteza, że U-boot z Hitlerem na pokładzie wyszedł z Hamburga pod koniec kwietnia 1945 roku i po zmyleniu straży Royal Navy, Home Fleet i US Navy przedostał się na północny Atlantyk. Następnie zanurzył się na granicy zimowych lodów, przepłynął pod nimi i wynurzył się nad wolnych od lodów wodach płoni Great North East Water. I tam zaszył się do swojej śmierci.

* * *

Dodajmy, że nie nagabywany przez nikogo… Tak czy inaczej, uważam, że sprawa ta jest nadal otwarta i nie zamkniemy jej, póki nie będzie stuprocentowego potwierdzenia, że bazy Hitlera w Antarktyce i Arktyce są albo mirażem, albo realną rzeczywistością. Trzeciego wyjścia nie ma… 


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 46/2011, ss. 6-7.

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] Autor jest członkiem rzeczywistym Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
[2] Zob. L. Płatow – „Tajemniczy okręt podwodny”, Warszawa 1979.
[3] Tak było do końca lat 90., potem płonia ta przestała istnieć w związku z cofaniem się arktycznych lodów pod wpływem globalneg ocieplenia.