środa, 4 kwietnia 2012

SPRAWA NR 018/H – TESTAMENT UMINY





Wiktoria Leśniakiewicz

Moja przygoda ze Skarbem Inków zaczęła się w pewien wczesny, wrześniowy ranek we francuskim Carcassonne. Bezsenność, męcząca mnie przez całą deszczową noc, dała mi nad ranem trochę odpoczynku i krótki, piętnastominutowy sen. I to jaki! Śniła mi się księżniczka inkaska Umina, która oznajmiła mi, że Skarb Inków „da się wziąć tylko temu, który nie obróci go na swoją korzyść”. To mnie zaintrygowało. Nie dane mi było się tego jednak dowiedzieć, bo obudziłam się wstrząśnięta sennym widzeniem...

W kilka lat później, po lekturze książki Aleksandra Rowińskiego i publikacji na łamach Nieznanego Świata, pojechałam zwiedzić Zamek Tropsztyn, a po zwiedzaniu, siedząc na tarasie z widokiem na odrestaurowany zamek, w pobliskiej knajpce, nad michą flaków i kawą, w czasie dyskusji z towarzyszącym mi bratem zaczęło mi się rysować pewne wyjaśnienie tego problemu. Wyjaśnienie to jest o tyle niezwykłe, że tłumaczy logicznie to, co intryguje poszukiwaczy tego legendarnego skarbu. I temu wyjaśnieniu poświęcam ten artykuł.

---oooOooo---

Po piąte: Nie zabijaj.
Po szóste: Nie kradnij.
Czy myśleli o tych najważniejszych dla katolików przykazaniach hiszpańscy i portugalscy konkwistadorzy, którzy na zimno, z wyrachowaniem i niepohamowaną pazernością, zasłaniając się krzyżem urządzali rzezie całych narodów, aby napełniać sobie kabzy i kabzy swoich mocodawców połyskującym żółto złotem? Ileż ludzkich istnień - po obu zresztą stronach - krwi, łez i cierpienia przez wieki zgromadziło się na tym kruszcu? Gdyby „piękniejsza” połowa naszej populacji pomyślała o tym chociaż przez moment, to zapewne sklepy jubilerskie splajtowałyby w ciągu tygodnia.

Tony złota przemierzające Atlantyk ku brzegom Hiszpanii i Portugalii w złotych i srebrnych flotach...

Stawiam sztabę złota próby 999 każdemu, kto udowodni mi, że przyniosło ono tym krajom szczęście i rozkwit gospodarczy czy powszechny dostatek. Potężne imperia wybudowane na skrwawionym złocie spadły do zaledwie „średniego europejskiego poziomu”. Niepojęte, ale prawdziwe. Kto przemierzył te kraje, musi zadać sobie to pytanie: w czym właściwie utopiono te gigantyczne fortuny?

Warto, by te pytania zadali sobie poszukiwacze Skarbu Inków. Skarbu, którego to droga prowadzi do Polski, a ściślej do Niedzicy czy też do Tropsztyna. Właściciele tego ostatniego zamku, którzy tak pieczołowicie go odbudowali - za co sława im i chwała! - co prawda twierdzą, że nie interesuje ich skarb, ale radiesteci potwierdzili, iż w podziemiach „czują złoto” troskliwie zapakowane w skóry - zapewne lam. Nie wiem więc, jak to się ma do tej bezinteresowności. Na szczęście to nie jest mój problem. Mój problem, to skarb - jeżeli istnieje - i jego spadkobiercy: kto tak naprawdę ma do niego prawo? Berzewiczowie? Beneszowie?

A może cały naród peruwiański, który przez wieki w pocie czoła pracował na królewski skarbiec płacąc czy odrabiając mitę? Może ich potomkowie mogliby kształcić swe dzieci w najlepszych uczelniach tego świata, aby po powrocie do ojczyzny służyć jej światłymi umysłami? Ale to też nie mój problem.

Śledząc rodzinną legendę domu Beneszów za pośrednictwem dostępnych mi materiałów, zaczęłam zastanawiać się, co mogło się stać ze Skarbem i rodzinnym przekazem. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że przekaz rodzinny istnieje - wtajemniczenie następuje w dniu szesnastych urodzin najstarszego syna, a o konkretnym miejscu zdeponowania skarbu mowy nie ma. Mowa jest jeszcze o klątwie kapłanów-amautów, ale na kogo? Czyżby też na prawowitych spadkobierców?

Prześledźmy tedy losy Sebastiana i jego potomków:

Sebastian Berzewiczy ożeniony z księżniczką inkaską jest świadkiem powstania anty-hiszpańskiego i krwawej rzezi rodziny żony, jej narodu i ideologii narodowowyzwoleńczej. Zabiera zatem swych najbliższych, domniemaną część Skarbu, obstawę z wiernych Powstaniu Peruwiańczyków i udaje się do Wenecji. To stało się być może w latach 1782-83. w Wenecji bawią oni do 1796 roku w miarę spokojnie, bo w tym to właśnie roku ginie zasztyletowany mąż Uminy, to wielki cios dla uciekinierów. Sami wśród obcych, uszli z życiem z opętanego wojną kolonialną kraju, do ojczyzny Sebastiana też nie blisko...

Sami w Wenecji, która jak widać też nie okazała się być dla nich tak łaskawą, ale Sebastian wśród obcej mowy mógł wyłowić mowę swoich przodków. Wszak to okres, kiedy to po upadku Powstania Kościuszkowskiego różnymi drogami docierają emigranci z Polski. Tu tworzy się, wprawdzie nie w samej Wenecji, Legion Polski, a takie wieści rozchodzą się dość szybko. Sebastian nie ma ochrony, ale ma pieniądze - dużo pieniędzy - i głowę nabitą ideami o walkach przeciwko zaborcom, okupantom i kolonizatorom. Myśli wciąż o walce o ziemię ludzi wolnych, o ziemię bez ciemiężycieli, bez zła i podłości. I jakby nie spojrzał, czy na daleki Zachód - gdzie majaczyła ojczyzna jego właśnie narodzonego wnuka - Antonia, czy na północ - gdzie oczyma wyobraźni widział ośnieżoną koronę Tatr - i tam i tu okupanci krwawo tłumili bohaterskie zrywy narodowo - niepodległościowe rodaków. A hasła powstańców znad Titicaca i znad Wisły, jakby nie patrzył, brzmiały tak samo!!! - więc dlaczego nie wrócić do ojczyzny swoich przodków? Dlaczego by nie wesprzeć finansowo tych, którzy przyniosą jej wolność?

W najściślejszej konspiracji - a ma w tym niezłą wprawę - zawiera umowę być może nawet z samym generałem J. H. Dąbrowskim, tym samym, który 9 stycznia 1797 roku zawarł pakt z generałem Napoleonem Bonapartem, czyli tworzącym się rządem Republiki Lombardzkiej. Wszak na szlifach ich mundurów widniało hasło: Ludzie wolni są braćmi!

Dlaczego więc nie wesprzeć tych, którzy pozwolą żyć ludziom wolnym we własnym kraju, a przecież takie obiecanki-cacanki serwował Polakom „mały generał”.

Odmierza zatem część skarbu hojną ręką dla tych, którzy bez mrugnięcia okiem krew będą przelewali za nową Ojczyznę wnuka. Niech chociaż tak przyczyni się do wielkiej, świętej, narodowej sprawy. Teraz pod dyskretną, ale czujną „opieką” polskich emisariuszy decyduje się na powrót w ojczyste strony. Z ostrożności nie szuka kontaktów z rodziną, która zamieszkuje w zaborze rosyjskim (jeszcze jedna granica do przebycia), ale wybiera Galicję. Tym bardziej, że słyszy się o Grzegorzu Berzewiczym, który wzniecał bunty na Węgrzech wznosząc nacjonalistyczne hasła. Czegoż chcieć więcej?

Strudzeni wędrowcy docierają wreszcie na Spisz, pod gościnny wydawałoby się dach zamku Palocsajów w Niedzicy. Niestety, tak się tylko wydawało, gdyż trudno dziś dociec, czy ostrze zdradzieckiego sztyletu wymierzone było w ojca wciągniętego w konspirację, a córka zakrywając go swoim ciałem przyjęła w desperacji cios na siebie, czy jak to się powszechnie uważa - cios był przeznaczony dla Uminy. Ona wcale nie musiała być celem zamachu... Zresztą zdawała sobie w pełni sprawę, że jej największą podporą jest ojciec, bo cóż znaczyła w tych czasach samotna kobieta, bez rodziny, nie wprowadzona do towarzystwa, z maleńkim dzieckiem?... Nie wiemy też, jakimi językami posługiwała się ta peruwiańska księżniczka. Na ile język polski, węgierski, niemiecki czy słowacki był jej znany ze słyszenia? Tak więc sama na obczyźnie, co prawda jeszcze z wcale niezłym zapleczem finansowym, jednak nie wyglądałoby to dobrze. Załóżmy zatem, że ci, którzy dokonali nieudanego zamachu na Sebastiana, byli opłaceni nie przez rząd hiszpański, ale austriacki! To wywiad tego rządu mógł wydać wyrok na bogatego protektora Legionistów. Wywiad działający w myśl konwencji, którą zaborcy Polski podpisali w roku 1797, a która miała: „raz na zawsze wymazać [z map] imię Polski”.

Dość, że osierocony ojciec wzywa do Niedzicy bratanka zamieszkałego na Morawach w Krumlowie i 21 czerwca 1797 roku spisuje akt adopcji małego Antonia. Odtąd Antonio będzie występował jako syn Anny i Wacława Beneszów. Co prawda w samym akcie adopcyjnym pan Benesz twierdzi, że synów nie posiada - mimo, że w 1797 roku jest szczęśliwym ojcem dziewięciorga dzieci, m.in. Jakuba - no, może majętnych synów miał na myśli. Ale zobowiązał się do wielu odpowiedzialnych zadań:

v    Uchowania go od pościgu i prześladowców - nie wymieniono jakich;
v    Wychowania czy też kształcenia
v    Wydania na każde zawołanie dziadkowi, bądź Prześwietnej Radzie Inków;
v    W szesnaste urodziny wyjawić tajemnicę jego pochodzenia, oddać testament - i tu rzecz ciekawa - że mówi się o testamencie Skarbu Inków, a ściślej miejscach ukrycia ich części na terenie Peru - w jeziorze Titicaca, Zatoce Vigo w Hiszpanii i dalej mówi się o nie użytych sumach, które to sumy, jako spadek od Prześwietnej Rady Inków należą się Antoniowi. Skoro już o pieniądzach, to jest też mowa o wypożyczonych sumach panom Horwatom-Paloczajom [Horvath-Palocsay]  i ewentualnej wymianie, czyli odkupienia zamku dla Antonia. Jakaż to musiała być suma!?
v    Wiemy, że po spadek musiał jechać do ojczyzny i w tym miał pomóc Wacław: „... do drogi dopomóc, jakoż ją i wskazać i ekspens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić” - ale do której ojczyzny?
v    Oczywiście drugi taki sam dokument spisany w języku kiczua podpisać i takoż dotrzymać!!!

Już widzę oczyma wyobraźni, jak Wacław  (Boże, odpuść mi!) wprawnymi rękami (wszak był mistrzem igły), wiąże supełki, bezbłędnie, sprawdza, czy aby się nie pomylono i o jeden supeł nie ma za mało...

Spróbujmy podsumować.

Skarb Inków dzielimy na trzy. Zajmiemy się częścią Beneszów i nikt przecież nie wie, że ich część to dokładnie jedna trzecia. Wyobrażamy sobie, że to skarby nieprzebrane, ale zadajmy sobie kilka pytań:

q       Sebastian z rodziną i obstawą z Prześwietnej Rady uciekają w popłochu i potajemnie. Ile skrzyń czy worów złota w takich momentach wlecze się ze sobą, żeby nie zwracać na siebie uwagi i aby ucieczka przebiegała sprawnie? Oczywiście, że można po drodze przekupić parę patroli, ale w końcu może się trafić jakiś narwany, tępy służbista i bieda gotowa...
q       Ile trzeba zapłacić za transport i milczenie załogi, aby bezpiecznie dotrzeć do Wenecji?
q       Ile kosztuje dziesięcioletnie utrzymanie kilkunastu osób w Wenecji?
q       Ile kosztuje podróż z Wenecji na Spisz?
q       Ile pożyczono Horwatom? Była to niebagatelna suma, która stanowiła równowartość posiadłości!
q       I wreszcie: jaką sumę otrzymał Wacław na wychowanie przybranego syna, skoro niemal natychmiast kupuje działkę w najlepszym punkcie miasta i buduje tam kamienicę?

Testament o skarbie może i mówi, tylko że nie o jednej trzeciej Antonia, ale o dwóch trzecich pozostałych na terenie Peru i pewnie do tej części był upoważniony młody Antonio jako jeden z potomków, a w tym przypadku nie jedyny. Wszak on już dostał swoją część. Po resztę z testamentu miał wrócić do ojczyzny, a w jego przypadku ojczyzną było Peru! W Polsce zaś zapewnione sumy miał w Niedzicy, ale prawo do posiadłości - Zamku Dunajec - miała też i Rada Inków, a nie tylko sam Antonio! Tak decydują Sebastian i Wacław. Jakież to musiało być pewne na dzień 21 czerwca 1797 roku, skoro tubę z pismem quipu - a więc przeznaczone dla Inków, bo czy Antonio byłby w stanie to odczytać? - zakopano na zamku. Ciekawe, czy za wiedzą i zgodą czy bez jego ówczesnych właścicieli? A zatem krąg wtajemniczonych czy tego chcemy, czy nie troszkę się powiększa. To tłumaczyłoby nadmierną czy też wręcz chorobliwą ostrożność Salamonów, którzy strzegli bram zamku, jak twierdzy. Czego lub kogo się bali? Może prowadzili poszukiwania na własną rękę?

Miał on także zaplecze poprzez dziadka Sebastiana u oo. Augustianów, którzy mieli nad rodziną Beneszów dyskretną pieczę na Morawach, a nad dziadkiem w Krakowie - stąd właśnie akt adopcji znaleziony w mszale u oo. Augustianów. Pewno i za wpis do ksiąg parafialnych i opiekę, a raczej czuwanie nad Wacławem i jego uczciwie wypełnianymi zobowiązaniami względem Antonia zazłociła się taca rzeczonych ojczulków...

Chłopak dorastał, nikt z Prześwietnej Rady nie zjawiał się, tymczasem w roku wtajemniczenia - czyli 1812 - obserwował on następny etap wojen napoleońskich, tym bardziej, że w lutym i marcu 1812 roku cesarz Napoleon I doprowadził (pod pewnym przymusem) Austrię i Prusy do antyrosyjskiego przymierza mającego na celu wojnę z Rosją, a to miałoby doprowadzić - co obiecywał mały hipokryta - Polskę do pełnej wolności, a nie jej namiastki - jak to się stało w 1807 roku w Tylży.

Jak widzimy, całe dzieciństwo Antonia przypadło na okres, kiedy Europa obserwuje największe tryumfy - pewno i odgłosy bitwy pod Austerlitz 2 grudnia 1805 roku brzmiały mu jeszcze w uszach - a niekorzystny dla Austrii traktat pokojowy mógł tylko dać nadzieję, że niepodległość jest bliska. I potem totalna zdrada ze strony małego kaprala z Korsyki swej Wielkiej Armii i jej polskich - wiernych mu do ostatka - sojuszników, połączona ze sromotną klęską na wschodzie tego, któremu [pośrednio] część skarbu ofiarował niesiony ideami wolnej ojczyzny - jego dziadek Sebastian. Czar uniesień romantycznych rozwiał się z dymem płonącej Moskwy. Antonio obraca swe rozgoryczenie i żal przeciw Francji i staje się zwolennikiem Niemiec, w myśl zasady głoszącej, że wróg mego wroga jest moim sprzymierzeńcem. Nie przeszkadza mu to wcale czuć się Polakiem. Żeni się z Polką - Barbarą Rubinowską, z którego to małżeństwa rodzi się syn Ernest. Co do patriotycznych uniesień Antonia, możemy domniemywać, że jakąś sumkę mógł przekazać swojemu kuzynowi  - powstańcowi listopadowemu Ezechielowi Berzewiczemu - z wołyńskiej linii Berzewiczych. Może to właśnie za jego pieniądze Ezechiel zdołał zasilić powstańczą kasę swojego generała Dwernickiego, pod którego komendą walczył na Ukrainie? Tego niestety, nie wiemy na pewno, ale czyż Antonio mógł obnosić się z pieniędzmi i jeszcze jakimiś jawnymi przekonaniami narodowo-wyzwoleńczymi Polaków? Pamiętajmy w tym momencie o wymierzonym w Polaków Świętym Przymierzu, dumnym owocu knowań naszych zaborców, wyhodowanym troskliwie na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku. Co jak co, ale konspirację Antonio miał po prostu we krwi. Nie mogło być inaczej!

Co przekaże swemu pierworodnemu w szesnaste urodziny? A sporo się działo w pamiętnym roku urodzin Ernesta - 1848 - i sadzę, że Antonio mocno tą Wiosnę Ludów przeżywał. Walczą Polacy, walczą Węgrzy, Czesi, Słowacy, płoną Bałkany. A zatem może znów sypnął złotem wspomagając powstańców L. Kossuta? Przecież Węgry to też jego pośrednio, ale zawsze, ojczyzna. Wróćmy jednak w rodzinne pielesze.

Jak pokierował synem? Z duchem pozytywizmu. Wysyła go po prostu do szkół. W Polsce dogorywa Powstanie Styczniowe. Nie można tylko przelewać krwi i żyć w ukryciu. Testament mówi o skarbie, ale także o poselstwie. O powrocie do ojczyzny, to niechże wróci do niej, jako światły, wykształcony człowiek. W rodach z taką przeszłością dobrze wiedzą, że kto ma wiedzę, ten ma władzę, a co za tym idzie - też pieniądze. Ernest, jak mówią przekazy, był energicznym działaczem polskiego nafciarstwa, miał kontakty z samym Ignacym Łukasiewiczem. Postać to pomnikowa - były powstaniec, farmaceuta, wynalazca lampy naftowej, a nade wszystko wielkim filantropem - dobrodziejem swych ziem. Zauważmy, że Ernest działa już na terenie dzisiejszej Polski, opuściwszy rodzinne Morawy. Syn zaś ukończył Lwowską Szkołę Kadetów i jak się można domyślić, służył w K. und K. austriackiej armii, w jej szeregach walczył w czasie I wojny światowej, a po jej zakończeniu służył w Wojsku Polskim.  Tak jak dziadek, jak też ojciec, tak i on nie interesuje się skarbem. A przecież major Benesz mógłby znaleźć dobry pretekst i poszukać ze swymi podwładnymi skarbu? Jednakże tego nie czyni, bo wie, że szukać złota w Niedzicy czy w każdym innym miejscu w Polsce czy na Słowacji nie ma sensu. Oni już swoje dostali. Reszta należy do ewentualnych spadkobierców po drugiej stronie Atlantyku. Dla tych potomków przeznaczona jest metalowa tuba z zapisem quipu.

Nie był tym tak dalece zainteresowany, lub powiedzmy lepiej - wierny przekazom rodzinnym, bo kiedy w 1934 roku przybyli jacyś cudzoziemcy pod dach pana Jana Benesza i dopytywali o sznurki pisma węzełkowego z ostatnią wolą Inków, powołując się na rodzinne powiązania żyjącej w Peru rodziny Berzewiczych-Beneszów, pan Benesz dyplomatycznie wypytał o te powiązania, a nie uzyskawszy jasnych odpowiedzi, nie uchylił rąbka rodzinnej tajemnicy. Stanowczo sprzeciwił się temu podobno pan Andrzej syn Jana. I o ile dojrzały ojciec widząc przed sobą niewiarygodnych posłańców odmówił wszelkich pertraktacji, o tyle młody, 17-letni pełen fantazji i brawury syn kategorycznie odmówił zdaje się z troszkę innych pobudek - które możemy złożyć na karb jego młodego wieku - że zacytuję za red. Aleksandrem Rowińskim: „Nie chciałem żadnych wspólników, żadnych transakcji” - miał zapewne rację, bo jakiż to Berzewiczy czy Benesz mógł żyć w Peru? A jeżeli nawet, to dlaczego nie przyjechał osobiście? Dlaczego nie starał się nawiązać jakiegoś kontaktu? A co mógł powiedzieć pan Jan  w 16 urodziny panu Andrzejowi? Ano musiał mu opowiedzieć dość długa i zawiłą historię ich rodu. Było o wspaniałych i dumnych Inkach czczonych na równi z bogami, o ich nieprawdopodobnym upodleniu i zniewoleniu, o bohaterskich pełnych heroizmu powstaniach, tułaczce i konspiracji oraz bezinteresownej filantropii. Ora et labora - módl się i pracuj - czyż nie tak postępowali Beneszowie? Inżynier naftownictwa - jak na owe czasy to olbrzymi sukces, inżynier jest człowiekiem wszechstronnie wykształconym, że wspomnę tylko literacką postać Cyrusa Smitha z Tajemniczej wyspy pana Juliusza Verne’a - oficerskie szlify Jana, to też sukces i to niemały. A wszyscy pamiętają mądrość Plutarcha, że mowa jest srebrem (choćby nawet przedwcześnie zamknięta w srebrnej trumnie), a milczenie złotem. Zamilczmy już raz na zawsze nad tą trumną i nad tym nieszczęsnym złotem. Możemy tylko odetchnąć z ulgą, że dzisiaj Polska, Słowacja, Węgry i Peru cieszą się autonomią, a co do ekonomii, to nasz byt zależy od nas samych.

Klątwa kapłanów, że „Śmierć spotka każdego, kto poważy się wyciągnąć rękę po skarb dynastii Inków” - prawda to, czy jeszcze jeden mocny akcent tej nieprawdopodobnej historii, która zaprząta głowy tym, którzy uganiają się za tanią sensacją i tym, którzy chcieliby sięgnąć po coś, co im się w żaden sposób nie należy; i tym, którzy chcieliby, aby sprawiedliwości dziejowej stało się zadość? Mimo wszystko trudno tego dociec, ale ciekawą rzeczą jest niezbity fakt, że Antonio, Ernest i Jan - którym przyszło żyć w jakże trudnych, burzliwych i niebezpiecznych czasach powstań narodowych i wojen światowych umierają we własnych łóżkach w poczuciu dobrze spełnionej misji rodu. Jedynie Andrzej odchodzi nagle, niemal w przeddzień wtajemniczenia własnego syna. On jeden jedyny!!! I on jeden trzymał w rękach po 178 latach Testament Inków. Testament Inków i jak się zdaje - TYLKO DLA INKÓW!