piątek, 13 kwietnia 2012

SPRAWA NR 022/X – Interterranie i tajemnica „TITANICA”


Duchy istnieją. Wiem, bo sam widziałem jednego z nich w porannej mgle. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak przesuwa się przed moimi oczami, niby monstrualne, wygnane w piekła widmo. Spowite w niewidzialny całun dawnej tragedii, z unoszącymi się wokół duszami tych, co na nim zginęli...
Jego widok sprawiał, że czuło się jednocześnie dumę i żal...


Clive Cussler – „Podnieść Titanica


To miał być najwspanialszy statek świata. Nie największy, nie najszybszy – najwspanialszy. Jego pierwszy i zarazem ostatni rejs, mimo morza wypisanego atramentu i kilku lasów zamienionych na papier, jest owiany mgłą Tajemnicy – takiej pisanej z dużego T. I o tej Tajemnicy chciałbym tutaj opowiedzieć...

Dziewiczy rejs.
Jak dotąd, to nie spełniła się – i bardzo dobrze – literacka wizja podniesienia RMS[1] Titanic, którą tak plastycznie opisał amerykański pisarz-marynista Clive Cussler. Spełniło się za to inne marzenie całych pokoleń eksploratorów – do wraka pogrążonego na głębokości ponad czterech kilometrów zanurzył się batyskaf Alvin i dokonał rekonesansu. Wiemy, że po wśliźnięciu się pod powierzchnię wody, Titanic rozpadł się na dwie części i opadł na dno stając się grobem dla 1.513 osób.
RMS Titanic był statkiem stanowiącym według słów ówczesnych komentatorów – pływający hotel klasy „Ritz”, a to ze względu na luksusy – rzecz jasna dla pasażerów I klasy. Miał on 66.000 ton wyporności, pojemność brutto – 46.328 ton, długość – 270 m, szerokość – 28 m, wysokość od stępki do mostka kapitańskiego – 32 m. dwie maszyny parowe i turbiny o łącznej mocy 51.000 KM, trzy śruby napędowe, 29 kotłów, 11 pokładów i 2.500 miejsc dla pasażerów. Ta całość pchana potęgą pary, na której ogrzanie potrzeba było każdej doby 800 ton bunkru węglowego, poruszała się z prędkością podróżną 22 węzłów (kts) – czyli 40,7 km/h.
Statek wyruszył w swój dziewiczy rejs w dniu 10 kwietnia 1912 roku po trasie: Southampton (Anglia) – Cherbourg (Francja) – Queenstown (Irlandia) – Nowy Jork (USA). Po doembarkowaniu pasażerów w Cherbourgu, w czwartek, dnia 11 kwietnia, statek oddał cumy i ruszył ku brzegom Irlandii, skąd południową trasą ruszył przez Atlantyk. Prowadzony pewną ręką kapitana Smitha oraz dwóch oficerów: Murdocha i Lightollera potężny transatlantyk ruszył w swój pierwszy – i jak się potem okazało – także ostatni rejs do Ameryki...
Nie będę opisywał tego, co się działo na pokładach Titanica w czasie rejsu – inni zrobili to lepiej ode mnie. Skupię się jedynie na ostatnich minutach przed katastrofą. 2.207 załogantów i 1.400 pasażerów ufnie mknie ku temu, co było nieuchronne. Marynarze na bocianim gnieździe zauważyli dwuwierzchołkową górę lodową na kursie i...
... dnia 14 kwietnia 1912 roku, o godzinie 23:40, na pozycji 41°46’ N - 050°14’ W, pędzący z prędkością 22 kts, RMS Titanic uderza prawą burtą w górę lodową. W dwie godziny potem idzie na dno.
Tak głoszą wszystkie wersje tego wypadku.
Nurkowanie ekipy prof. Boba Ballarda w 1985 roku nie wyjaśniło niczego, a wręcz odwrotnie – postawiło jeszcze więcej znaków zapytania. Przypuszczano, że Titanic poszedł na dno wskutek rozdarcia kadłuba o ostrą krawędź góry lodowej na długości 60 m, co w rzeczywistości wystarczyłoby na wysłanie togo kolosa w objęcia Davy Jonesa... Ale nie, stwierdzono w kadłubie tylko 6 niewielkich otworów o wywiniętych na zewnątrz krawędziach, co sugerowało raczej wybuch we wnętrzu kadłuba. A zatem, co? Sabotaż?...
Zatopienie: celowe i z rozmysłem RMS Titanic byłoby i było de facto węzłowym punktem historii – wszak na jego pokładzie znajdowało się pokaźne stadko VIP-ów – w tym aż 57 milionerów z J. J. Astorem, B. Guggenheimem, I. Straussem i G. Wiedenerem na czele. Był tam doradca prezydenta USA Tafta – A. Butt, prezes White Star Line i konstruktor Titanica – Th. Andrews, główny udziałowiec tegoż przedsiębiorstwa – J. B. Ismay i „unsinkable” Molly Brown – milionerka z Montany, o której pisał nasz niezapomniany kapitan ż.w. Karol Olgierd Borchart w swej książce „Znaczy kapitan”. Był tam także słynny dziennikarz i pisarz brytyjski William I. Stead, przy której to postaci zatrzymamy się nieco dłużej przy omawianiu przyczyn katastrofy.
Wszyscy ci ludzie wieźli ze sobą pieniądze, złoto, kosztowności i papiery wartościowe zdeponowane w kapitańskich sejfach, o wartości szacowanej na około 300 mln USD. I to wszystko poszło na dno w dniu 15 kwietnia 1912 roku, o godzinie 02:20... Towarzystwa ubezpieczeniowe wypłaciły rodzinom ofiar 14 mln GBP - sumę niebotyczną na owe czasy.
Zemsta mumii i chore ambicje.
Katastrofę próbowano wyjaśnić na różne sposoby. Oczywiście arogancja i chore ambicje szefów White Star Line oraz brawura kapitana Smitha przyczyniły się do zagłady transatlantyku, ale nie tylko. Gdybym był zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, to skupiłbym się na tych 57 milionerach i innych VIP-ach, którzy podróżowali na jego pokładzie. Śmierć wielu z nich zatrzęsła ich imperiami finansowymi i z całą pewnością znacząco zmieniła bieg historii. Być może wpłynęła ona na wybuch i przebieg obu Wielkich Wojen XX wieku, a także późniejsze dzieje świata. Ciekawy jestem, jak potoczyłyby się losy świata, gdyby Titanic   n i e   z d e r z y ł   się z górą lodową owej fatalnej nocy?...
Z przyczyn nienaturalnych – czyli leżących poza naszym światem – można wymienić dwie. Pierwszą z nich wymienił William I. Stead – zemsta mumii żony jednego z faraonów, która rzuciła klątwę na wszystkich, którzy zakłócają jej spokój.[2]
Inny pisarz twierdził, że na Titanicu znajdował się posążek samego Szatana i na dobitkę wszystkie przyrządy do odprawienia czarnej mszy... Na dodatek bluźniercze napisy w rodzaju: Tego statku nawet sam Pan Bóg nie zatopi!, czy Nie ma Boga, który byłby w stanie ten statek w odmętach morskich pogrążyć!, co stanowiło jawne wyzwanie rzucone wszystkim siłom ciemności i musiało się zakończyć tylko w jeden, jedyny i fatalny dlań sposób... Poza tym – żeby było już całkiem makabrycznie – w jednej z przegród wodoszczelnych, NB tej samej, którą rozpruł lód – miały znajdować się zwłoki jednego z niterów, którego zamknięto tam żywcem... Przypadek czy celowa ofiara dla Księcia Ciemności???... Tak czy inaczej – statek nie dotarł do celu. Zatopił go sam Szatan in persona, który postawił na jego kursie górę lodową i spowodował zupełny sztil, zero wiatru i morze gładkie jak oliwa – nie było nawet długiej atlantyckiej fali, co samo w sobie jest fenomenem! Żeby było jeszcze ciekawiej – marynarze na bocianim gnieździe byli zdani tylko na własne oczy – nie mieli nawet lornetki!!! Kapitan Smith nie wystawił posterunku na oku, który uzupełniałby obserwatorów z mostka i bocianiego gniazda. Nie widział potrzeby, wbrew ostrzeżeniom o dryfujących lodach... Wyglądało na to, że sama Natura sprzysięgła się przeciwko transatlantykowi i ludziom, którzy nim podróżowali.

A przecież gdyby I oficer Titanica William Murdoch dał przed zderzeniem „całą wstecz” i trzymał kurs na lód, to skończyłoby się to zderzeniem i zmiażdżeniem dwóch dziobowych komór wodoszczelnych, co skończyłoby się przegłębieniem statku na dziób, które można by było zrównoważyć zalewając dwie komory rufowe, by statek stanął na równej stępce. Pozostałe 12 komór zapewniłoby mu pływalność na tyle, by uratować wszystkich pasażerów i załogę. Niestety, Murdoch dał „całą wstecz” i przełożył ster „lewo na burtę”, przez co wystawił całą prawą burtę na uderzenie lodu. Efekty znamy – statek poszedł w dwie godziny na dno z piętnastoma hekatombami ofiar.
Ekipa prof. Ballarda ustaliła ponad wszelką wątpliwość, że statek nie miał rozprutej burty czy części dennej kadłuba – jak domniemywano jeszcze do lat 80. XX wieku, ale zaledwie 6 rozdarć płyt poszycia burty, nieco poniżej linii wodnej, których krawędzie były wywinięte, ale do zewnątrz! Być może spowodował to wybuch kotłów i spowodowana nimi fala uderzeniowa, która wypchnęła blachy i wygięła je na zewnątrz. Wiadomo, para uwięziona pod ciśnieniem 150 atmosfer w kotłach transatlantyku wybuchła, kiedy ściany kotłów zostały schłodzone przez lodowatą wodę Atlantyku. Woda ta miała temperaturę –2°C, temperatura powietrza spadła z +6°C do 0°C, co spowodowało, że rozbitkowie w wodzie nie mieli właściwie żadnych szans na przeżycie. Umierali z zimna... Naprężenia termiczne w ścianach kotłów rozrywały je, zaś ciśnienie pary dopełniało dzieła zniszczenia.
Co otworzyło drogę wodzie? Oczywiście uderzenie statku o lód i rozprucie poszycia burtowego. To oczywiste. Najdziwniejsze jest to, ze ani załoga, ani pasażerowie właściwie prawie nic nie poczuli, a przecież walnięcie w lód o twardości skały masą 66.000 ton musiałoby być zauważalne! Tymczasem ludzie poczuli lekkie drgania i usłyszeli jakby odgłos dalekiego wybuchu.
Czyżby zderzenie z USO?
A mogło to być tak:
RMS Titanic nie uderzył o górę lodową, a   z o s t a ł   u d e r z o n y   przez Nieznany Obiekt Podmorski – USO. Żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć do pierwszych stron powieści Juliusza Verne’a pt. „20.000 mil podmorskiej żeglugi”, w której pan Verne podaje kilka niezmiernie interesujących przypadków zderzenia się statków pasażerskich z nieznanym obiektem podwodnym, który nazwał on „uciekającą skałą”. Najsłynniejszym z nich był wypadek Scotii, która została uderzona w godzinach przedpołudniowych, dnia 13 kwietnia 1867 roku, na pozycji 45°37’N - 015°37’W, nieznanym narzędziem, które pozostawiło po sobie idealnie trójkątny otwór w czysto rozciętej blasze poszycia burtowego, nieco poniżej linii wodnej. To właśnie wydarzenie jest punktem startowym powieści Juliusza Verne’a. Cała seria niezrozumiałych katastrof morskich układa się w logiczny ciąg wydarzeń, kiedy założymy, że we Wszechoceanie buszują Nieznane Obiekty Podmorskie. Oczywiście na Titanicu i Scotii się sprawa bynajmniej nie skończyła...
Śledztwo w sprawie katastrofy Titanica wykazało, ze w okolicy owego fatalnego dlań punktu określonego koordynatami: 41°46’ N - 050°14’ W znajdował się statek SS Californian, który w tym czasie stał na pozycji 42°40’ N - 050°07’ W – i przez wiele, wiele lat uważano, że była to geograficznie najbliższa jednostka morska, która mogła udzielić mu pomocy. Jednakże okazało się, że...
... w tym czasie panował tam ruch, jak w Rzymie!
W pobliżu tonącego transatlantyku znajdowały się także następujące statki: SS Almerian, SS Mount Temple, SS Paula, SS President Lincoln, a nieco dalej także: SS Carpathia, SS Frankfurt, RMS Olympic – siostrzany statek RMS Titanica, zaś ponadto jeszcze cała plejada mniejszych jednostek rybackich. Innymi słowy mówiąc, w pobliżu tonącego olbrzyma panował ruch, jak w Rzymie, albo na Krupówkach w Sylwestrowy wieczór, a pomimo tego Titanic tonął sam, w nierealnym otoczeniu kry i spokojnego, gładkiego morza. Aż się wierzyć nie chce!
Stało się jedno pewnym – pomiędzy tonącym Titanicem, a stojącym w dryfie Californianem znajdował się jeszcze jeden statek, który widzieli załoganci z obu tych jednostek biorąc go już to za Titanica, już to za Californiana! Śledztwo wykazało bowiem, że i jeden i drugi statek nie mogły się widzieć nawzajem – ich odległość od siebie była zbyt duża, by widzieć nawet swe światła topowe! Czyżby więc statkiem-widmem widzianym przez załogi obydwu statków był sprawca całego nieszczęścia – ów tajemniczy USO, a właściwie UAO? Niemożliwe – a jednak historia zna przykłady obserwacji takich tajemniczych statków-widm na wszystkich akwenach Wszechoceanu, nie wykluczając nawet naszego maleńkiego, ale bardzo groźnego i strasznego w swym gniewie Bałtyku, co wiem z osobistego doświadczenia...
Próżność ukarana.
Jak już o powieściach mowa, to warto wspomnieć, że kilku pisarzy przewidziało tragedię Titanica na wiele lat przed tym wydarzeniem. Należy tutaj wspomnieć powieść Morgana Robertsona, który opisał identyczną tragedię ogromnego liniowca pasażerskiego, który poszedł na dno wskutek kolizji z górą lodową. Książka nosiła tytuł „Próżność”[3].
 Jakże pasował on do tego, co rozegrało się na Atlantyku w kilkanaście lat później!
Wspomnienie tej tragedii uratowało życie niejednemu marynarzowi, który pomny losu Titanica wytężał wzrok, gdy jego statek zbliżał się do feralnego akwenu w kwietniowe noce.
A jak już o sztuce mowa, to warto przytoczyć wykaz filmów[4], które nakręcono z inspiracji tą katastrofą: 
1.      „Atlantis” – reż. August Blom (1913, Dania) – fabularny;
2.    „Atlantic” reż. E. A. Dupont (1929, Wk. Brytania) – fabularny;
3.    „Titanic” – reż. H. Selpin i W. Klinger (1943, Niemcy) – fabularny;
4.    „Titanic” – reż. Jean Negulesco (1953, USA) – fabularny;
5.     „A Night to Remember” – reż. Roy Baker (1958, USA) - fabularny;
6.    „SOS Titanic” – reż. William Hale (1979, USA) – fabularny, dla TV;
7.      „Rise the Titanic” – reż. Jerry Jameson (1980, USA) na podstawie powieści Clive Cusslera, fabularny;
8.    Titanic: A Question of Murder” – reż. Alan Ravenscroft (1983, USA) – paradokumentalny;
9.    „Secrets of Titanic” – reż. G. Hurley, R. Ballard, L. N. Noxon (1987, USA) – dokumentalny;
10.           „Titanic” – reż. Stephen Low (1991, USA) – fabularny;
11.  „Titanic” – reż. Melissa Beltier (1995, Francja-USA) – paradokumentalny;
12.„Titanic” – reż. Robert Liebermann (1996, USA) – fabularny;
13.„Titanic“ – reż. James Cameron (1997, USA) – fabularny.
Jak zatem widać z załączonej listy, żaden z tematów wykorzystywanych na kanwę scenariuszy filmowych nie doczekał się takiej ilości filmów, jak właśnie tragedia z 14 kwietnia 1912 roku! Czyżbyśmy wszyscy ulegli magii tego wydarzenia i stworzyli swoisty syndrom nieuchronnej zagłady – syndrom Titanica, który szczególnie nasilił się po 11 września 2001 roku?
Rehabilitacja kapitana Stanley’a Lorda.
Jak się można tego było spodziewać, komisja śledcza badająca okoliczności zagłady Titanica i śmierci ponad półtora tysiąca osób, za jednego z winnych tej potwornej katastrofy uznała także kapitana Stanley’a Lorda, który fatalnej nocy dowodził stojącym w dryfie statkiem SS Californian. Oczywiście orzeczenie komisji spowodowało zmieszanie jego osoby z błotem za nie udzielenie pomocy na morzu, bowiem chciano zrobić z niego kozła ofiarnego, jako że ktoś winny być   m u s i !  W roku 1968, kapitan Lord zwrócił się do Merchant Master’s Society of America z prośbą o ponowne rozpatrzenie jego sprawy i rehabilitację jego dobrego imienia. MMSA dokonała ponownej analizy wydarzeń i doszła do wniosku, że   j e s t   o n   n i e w i n n y m   stawianym mu zarzutom! Wykazano bowiem   n i e z b i c i e ,  że SS Californian znajdował się zbyt daleko na północ od tonącego Titanica i   n i e   m ó g ł   go zobaczyć! Ponadto stwierdzono niezbicie, że znajdował się tam jeszcze   t r z e c i   s t a t e k ,  który został zauważony przez wachtowych obu jednostek o godzinie 22:25 i znikł z widoku marynarzy Californiana – w   d w a d z i e ś c i a    minut po zatonięciu Titanica w wodach Atlantyku! A tak naprawdę, to znikły światła statku-widma, który znajdował się w odległości około 6 mil od tonącego transatlantyku...
Wielka szkoda, że uważający się za miesięcznik popularno-naukowy „Focus” w nr 2(26),1998 opublikował bezkrytycznie wersję, w której wiesza się psy na kimś, kto chociażby z tej racji, że nie żyje – bronić się już nie może!... Nieładnie! Jeżeli taka jest wiedza różnych „specjalistów” i „szefów szkół dziennikarstwa” – jak przedstawiła niejakiego Wolfa Schneidera redakcja „Focusa”, to wcale się nie dziwię, że wciąż przytrafiają się jej różne głupie wpadki, że wspomnę zaciemniające sprawę artykuły na temat książki „Communion” W. Striebera czy artykuły niektórych polskich pseudo-ufologów, które ośmieszają tylko ufologię i są zapewne pisane pod dyktando służb specjalnych USA czy NATO, którym też na owym zaciemnianiu bardzo zależy. Już bardziej obiektywny był materiał Anny Węgiełek i Ewy Jabłońskiej z „Super Expressu” nr 36,1998 z dnia 12 lutego 1998 roku, w którym także nie podano orzeczenia MMSA – a szkoda! Byłoby to oddanie sprawiedliwości człowiekowi, którego sprawa skutecznie uciszyła oburzenie na tchórzostwo prezesa Ismay’a – który nie dość, że uciekł z tonącego statku – co jeszcze można zrozumieć, bo każdy chce żyć - ale to właśnie on podjudził kapitana Smitha i konstruktora Andrewsa do rozpędzenia statku o dodatkowe węzły – bowiem zamarzyła mu się Błękitna Wstęga Atlantyku! 
Dziwne aspekty katastrofy.
Badacze tego incydentu zwracali zawsze uwagę na to, że po zderzeniu – a właściwie otarciu się o górę lodową – na pokłady Titanica posypał się lód. Otóż Titanic wcale nie musiał zderzyć się z górą lodową – mógł on zostać uderzony przez USO, które spowodowało wyrzut na jego pokłady kawałków lodu pływającego wokół góry lodowej. W tym kontekście ciekawie brzmi stwierdzenie pewnego pasażera Titanica, co pokazał Jean Negulesco, który w chwilę po kolizji powiedział: Nie, to nie my w nią uderzyliśmy, ale to ona nas... - jeszcze do tej odzywki wrócimy. Tymczasem proszę przypomnieć sobie opis zderzenia fregaty USS Abraham Lincoln z Nautiliusem kapitana Nemo z powieści Verne’a – tuż po uderzeniu ostrogą w burtę, na pokład USS Abrahama Lincolna zwaliły się dwie trąby wodne, które zmyły do wody prof. Aronnaxa, jego służącego Conseila i Neda Landa... Takie trąby wodne mogły wyrzucić kawałki kry na pokłady Titanica, a także mógł to być efekt eksplozji kotła w kotłowni nr 1. Zderzenie się masy kilkudziesięciu tysięcy ton, rozpędzonych do prędkości niemal 40 km/h   m u s i a ł o b y   zaowocować potężnymi efektami akustycznymi, nie wspominając już o silnym wstrząsie. Pamiętam, jak w 1985 roku, nasz prom MF Pomerania wyrżnął w molo Bazy Promów Morskich PŻB w Świnoujściu, w pewien mglisty dzień. Z betonowego postumentu sygnału świetlnego sypnęła ulewa szczątków, snop iskier wystrzelił na trzy metry w górę, rozległ się wrzask obcieranego metalu poszycia, a prom zatrząsł się febrycznie od uderzenia i zmiany kierunku pracy śrub, kiedy maszyny dały „całą wstecz”, a stery strumieniowe usiłowały odepchnąć dziób Pomeranii od kei... Łoskot był od tego, jak wszyscy diabli, a przecież Pomerania miała zaledwie 13.000 BRT i poruszała się z prędkością 1 – 1,5 kts! Wstrząs i huk zderzenia słyszeli wszyscy w promieniu wieluset metrów, i wszyscy słyszeli gwałtowny zryw maszyn pracujących na rewersie. Wszystko skończyło się na rozwaleniu postumentu czerwonego światła sygnałowego, otarciu blach promu, strachu podróżnych i klątwach kapitana... A na Titanicu?
Rzecz leży w ogromnej masie statków. Titanic poruszał się z prędkością 21,5 kts – czyli 39,82 km/h – i tylko kilka osób czuje wstrząs i słyszy słaby wybuch. A zatem krawędź lodowa była tak ostra, że cięła burtę statku, jak nóż do konserw, NB tego właśnie porównania użył Józef Conrad-Korzeniowski – albo I oficer Murdoch   n i e   d a ł   „całej wstecz” i „ster lewo na burt”! W ciągu tych fatalnych 37 sekund od momentu dostrzeżenia przeszkody do momentu uderzenia w nią, statek musiałby zareagować na oba te manewry, które zamanifestowałyby się wstrząsami o wiele silniejszymi, niż zarejestrowane. Te 37 sekund oznacza, że w momencie dostrzeżenia góry lodowej Titanic znajdował się w odległości 407 m od niej... To mniej, niż pół kilometra. Co to oznacza? – mianowicie to, że   n i e   b y ł o   czasu  na jakikolwiek manewr! 66-tysięcznik, to nie kajak, który można zatrzymać i skręcić na dystansie dwóch metrów – jego droga hamowania liczy się w kilometrach. Titanicem nie dało się po prostu wykręcić jak kajakiem. Jego tytaniczna bezwładność obróciła się przeciwko niemu... Podejrzewam, że nawet gdyby Titanic miał stery strumieniowe, to nie byłyby one w stanie zboczyć nim wystarczająco z kursu w którąkolwiek stronę, by uniknąć otarcia o górę lodową i jej wystające ostrogi. Rzeczywiście, najlepszym wyjściem byłoby dać „całą wstecz” i uderzyć dziobnicą w lód. W najlepszym przypadku zalałoby dwa dziobowe przedziały. W najgorszym być może udałoby się osadzić Titanica na lodzie i w ten sposób utrzymać go na czas wystarczający do ewakuacji ludzi z wraku – czyli przez cztery godziny, do przybycia Carpathii. Oczywiście teraz możemy sobie gdybać. Murdoch musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy i ją podjął. Inna rzecz, że była ona najgorsza z możliwych...
Wolf Schneider podaje jeszcze jeden ciekawy fakt, który jakoś umknął uwagi badaczom tej katastrofy. Pisze on mianowicie, że: Titanic zderzył się z górą lodową z prędkością 15 m/s – koniec cytatu. Przeliczyłem i wyszło mi, że w chwili zderzenia Titanic poruszał się z prędkością nie 21,5 kts, jak podaje się oficjalnie we wszystkich źródłach, ale aż 29,15 kts – czyli pełne 54 km/h!... Wygląda na to, że komuś jednak zamarzyła się Błękitna Wstęga Atlantyku i gnał statek z prędkością ówczesnego niszczyciela idącego do ataku torpedowego. Bardzo chciałbym wiedzieć, skąd Schneider wytrzasnął te 15 m/s!?...
Kurs „statku-widma”.
Wróćmy do „statku-widma”, widzianego z pokładów Titanica i Californiana. „Statek-widmo” idzie kursem z NE-E na SW do godziny 23:40. Potem staje w dryfie i... obraca się o 180°, jakby chciał zawrócić. Następnie uruchamia maszynę i o godzinie 02:05 idzie kursem na SW poprzez ławicę dryfującego paku lodowego i o godzinie 02:40 jego światła   z n i k a j ą !
Najciekawsze jest to, że kierował się on na błędną pozycję podaną po sygnale CQD MGY[5]. Wyglądałoby zatem na to, że ów statek szedł na pomoc tonącemu Titanicowi po odebraniu   p i e r w s z e g o   sygnału, a następnie wyłączył radiostację i nie usłyszał   d r u g i e g o   sygnału SOS MGY z prawidłową pozycją. A to stawia wszystko na głowie i artykuł Schneidera nie wyjaśnia niczego, a gmatwa tą sprawę jeszcze bardziej.
Rodzi się tutaj następne pytanie: czy statek X był tym USO, który spowodował katastrofę? Statek ten zwrócony był do Californiana lewą burtą – bowiem widziano jego czerwone światło pozycyjne, a nie prawą jak Titanic, w przeciwnym wypadku byłoby widoczne światło zielone. To oznaczało z kolei, że statek X stał w godzinach 23:40 – 01:10 dziobem w kierunku Prądu Labradorskiego, który spychał wszystkie dryfujące na oceanie statki z prędkością 2 kts na południe. Takie właśnie nienormalne zachowanie się „statku-widma” sprawia, że nie sądzę, by był to statek z tego świata... – jeżeli odrzucimy Spiskową Teorię Dziejów.
CDN.
 

[1] Royal Mail Steamer – Parowiec Poczty Królewskiej.
[2] W. I. Stead – „Zemsta mumii” w „Dookoła świata”, 1936.
[3] W oryginale „Futility”.
[4] Wg „Titanic: fakta, fikce, film”, Praga 1998.
[5] Skrót od: Come Quick Danger (przybądźcie natychmiast – niebezpieczeństwo) MGY było kodowym symbolem Titanica.