niedziela, 15 kwietnia 2012

Turyści, którzy zniknęli na oceanie

MV Oasis of the Seas (Foto - Anna Milewska)
Igor Walentinow



Największym na świecie wycieczkowcem jest liner MV Oasis of the Seas – jego długość wynosi 361 m, szerokość 66 m, załoga liczy 2100 ludzi, w 2704 kabinach mieści się 6360 pasażerów. Statek jest pięciokrotnie większy od legendarnego RMS Titanic!



Od czasu do czasu słyszy się, że w czasie rejsów komfortowymi oceanicznymi linerami bez śladu znika któryś z turystów, a policja nie jest w stanie znaleźć żadnego śladu zaginionego. Śledczym pozostaje się jedynie domyślać, co tam zaszło…



Kabina zamknięta od wewnątrz



Jeden z niedawnych epizodów tego rodzaju – zniknięcie 24-letniej Rebeki Coriam z pokładu wycieczkowca MV Disney Wonder, który wykonywał rejs spacerowy z USA do Meksyku. Na statku znajdowało się  2500 pasażerów i około 1000 załogantów. Pewnego dnia Rebeka nie wyszła ze swej kabiny. Wszystkie jej rzeczy znajdowały się na swoich miejscach, a bulaj był zamknięty. Poszukiwania dziewczyny były bezowocne, i to co się z nia stało, pozostaje tajemnicą…
Rebecca Coriam (Foto - Intertnet)

W czasie rejsu liniowca MV Spirit zaginął bez wieści 63-letni John  Halford. Miało to miejsce, kiedy statek z 1500 pasażerami na pokładzie znajdował się na Morzu Czerwonym.
John Halford (Foto - Internet)
Na innym statku MV Royal Iris jak kamień w wodę przepadł mieszkaniec Tel Awiwu, 79-letni Michael Yankelevich. O jego zniknięciu dowiedziano się dopiero, kiedy statek powrócił do Hajfy. Policyjne śledztwo utknęło na niczym.



W roku 2004, załoga turystycznego statku MV Mercury odbywającego rejs przy brzegach Alaski nie doliczyła się 40-letniej Merrian Carver. Cały jej bagaż pozostał nienaruszony, w jej kabinie…



W tymże roku z pokładu dużego statku MV Silver Cloud wyparowała bez śladu 48-letnia obywatelka Szwajcarii Rama Forman. Kiedy statek przepływał Morze Arabskie, Rama zadzwoniła do swej siostry zamieszkałej w Bombaju i powiedziała jej, że jest bardzo zadowolona z rejsu. Zniknięcie Ramy Forman zauważono dopiero po zawinięciu statku do portu w Bombaju. Jej kabina była zamknięta od wewnątrz, a Ramy w niej nie było. Indyjska policja okazała się bezsilna wobec tej zagadki.



I to jest bardzo niepełna lista osób zaginionych w czasie turystycznych rejsów.



Muzyka niedługo grała…



Począwszy od roku 1995, na całym świecie oficjalnie zarejestrowano 165 takich przypadków niewyjaśnionego zniknięcia ludzi z pokładów wycieczkowców. Ale do roku 1995, nie prowadzono takich statystyk, a według danych jednej z londyńskich kompanii ubezpieczeniowych, w czasie II połowy XX wieku, w czasie turystycznych i pasażerskich rejsów zaginęło bez wieści i w niewyjaśnionych okolicznościach około 10.000 ludzi. Zaś za cały XX wiek liczba ta może sięgać nawet 50.000 osób.



Śledztwa w sprawie wydarzeń, które zaszły tak daleko od brzegów były bardzo trudnymi. Ojciec zaginionej Merrian Carver stracił dziesiątki tysięcy dolarów na usługi prywatnych detektywów i ufundował nagrodę w wysokości 200.000 USD temu, kto dowie się czegoś o losach jego córki, ale tajemnica ta pozostaje tajemnicą do dziś dnia.



Specjaliści uważają, że winnymi tych zniknięć mogą być tzw. „wielkie fale” (jest to zjawisko tzw. „dziewiątej fali” – uwaga tłum.). Przyczyna ich powstawania jest na razie niejasna. W czasie całkiem normalnego falowania oceanu naraz pojawia się fala, wielokrotnie przewyższająca pozostałe. Dawniej takie wały wodne niejednokrotnie przewracały statki, ale dzisiaj przelewają się tylko przez pokłady stanowiąc realne zagrożenie dla pasażerów i załogi. Szczególnie niebezpieczne są takie fale w nocy, kiedy trudno je zauważyć. Wielbiciele samotnych nocnych spacerów mogą być narażeni na niebezpieczeństwo z ich strony.



W historii żeglugi znana jest tragedia jaka miała miejsce na pokładzie SS Selena, odbywającego rejs z Nowego Jorku na Kubę. Późnym wieczorem, w samym środku zabawy na przystrojonym flagami i kolorowymi światłami pokładzie, nieoczekiwanie potężna fala uderzyła w statek i zmyła z pokładu orkiestrę i bawiących się tam ludzi!…



W ciemnościach nocy…



Na początku lat 60. angielskie gazety rozpisywały się na temat historii studentki Amalii Gonzales-Fernandez, która popłynęła w wycieczkowy rejs na jednym z „pasażerów”.  Jak się potem wyjaśniło, śliczna Kreolka wpadła w oko pewnemu arabskiemu szejkowi, który płynął także tym liniowcem. Szejk był znajomym armatora, który w zmowie z kapitanem zorganizował „tajemnicze zniknięcie” Amalii. Po wejściu statku do Port Saidu, śledztwem w sprawie zniknięcia dziewczyny zajmowała się egipska policja, ale bezowocnie. Przeszukanie kabiny, a także całego statku spełzły na niczym.



Po dziesięciu latach Amalię rozpoznał jej rówieśny kolega, który przyjechał do Jordanii. Dziewczyna zrazu nie chciała z nim rozmawiać, ale w końcu przyznała się, że przez ten cały czas była nałożnicą szejka w jednym z krajów Bliskiego Wschodu. Obchodzono się z nią dobrze, a i ona w końcu przywykła i oswoiła się ze swym nowym życiem, przeszła na islam i nie chciała już wracać do Europy.



Ale nie wszystkie tego rodzaju historie kończyły się tak szczęśliwie. W 1951 roku, brazylijska policja rozbiła gang gwałcicieli i morderców, który działał na wielkim wycieczkowcu SS Las Mañanas, który kursował pomiędzy Karaibami a Rio de Janeiro. Wszyscy bandyci byli członkami załogi. Oni wypatrywali pośród turystek ładne dziewczęta, nocą zakradali się do ich kabin, usypiali je i przenosili do specjalnego pomieszczenia, gdzie gwałcili je przez cały rejs. Przed wejściem do portu docelowego, zabijali je, a ciała wyrzucali do morza na karmę dla ryb…



Historia żeglugi w XX wieku zna dziesiątki podobnych epizodów. W 1919 roku, w czasie masowej emigracji do Ameryki załoga statku SS Deux Etoiles, kursującego pomiędzy Francją a Nowym Orleanem i z powrotem – porywała młode pasażerki. Nocą niejawnie przewozili je łodzią na ląd, gdzie sprzedawano je do domów publicznych, zaś rodzicom wyjaśniano, że nieostrożne dziewczyny spacerowały po pokładzie, skąd zmyły je fale.



U końca lat 20., na statku SS Ventana, w czasie pasażerskich rejsów z Kadyksu na Kubę, za każdym razem znikały 2-3 dziewczyny. W końcu tym zjawiskiem zainteresowała się amerykańska policja. Okazało się, że załoga statku wraz z samym kapitanem porywali dziewczyny i sprzedawali je do burdeli.



Konie… do wody



W niemałym procencie zniknięcia na morzu są spowodowane przez handlarzy i szmuglerów narkotyków. W 1988 roku, wśród 500 pasażerów eleganckiego wycieczkowca MV Edelweiss znajdowało się kilku Brazylijczyków wyglądających stosunkowo biednie. Ale najważniejsze było to, że nie interesowały ich ani uroki morza, ani rozrywki. Kiedy liner przybył do portu przeznaczenia w Lizbonie, pewien spostrzegawczy pasażer zwrócił uwagę na to, że tych dziwnych ludzi nigdzie nie ma. Oni nie zeszli na ląd. Pasażer ów poinformował o wszystkim policję. Strażnicy porządku przeszukali cały statek i nikogo nie znaleźli. Dokładne śledztwo wykazało, że ci Brazylijczycy na pokładzie jednak byli. Oni kupili bilety i odpłynęli ze wszystkimi, ale po drodze zniknęli w tajemniczy sposób.



Potem portugalska policja ustaliła cały łańcuch powiązań, dzięki któremu potężna rzeka kokainy z Południowej Ameryki wpływała do Europy. Narkotyk był przewożony w polietylenowych workach przez tychże Brazylijczyków. Nocą, kiedy statek był na morzu, narkokurierów (tzw. „konie” – uwaga tłum.) spuszczono w łódce za burtę, którą to ekipę podjęła na pokład szybka łódź dealerów narkotykowych. Nie odróżniała się niczym od dziesiątków tego rodzaju łodzi, które codziennie wypływały w morze na połowy ryb. Od biedaków-Brazylijczyków odbierali kokainę, a ich samych wyprawiali na dno. A rano łódź z rybą i narkotykami na pokładzie normalnie wracała do portu, jakby nigdy nic i nie zwracała uwagi pograniczników i celników.



Takie operacje handlarzy narkotyków miały miejsce nieraz, a ich ofiarami byli biedni Latynosi, którzy za drobna opłatą zgadzali się przewieźć trefny towar przez ocean i płynąć w komfortowym statku pasażerskim. O tym, co czekało ich na końcu tej podróży oczywiście ci ludzie nic nie wiedzieli…



Osobno należałoby przypomnieć o zaginionych, którzy niby to popełnili samobójstwo. Po dogadaniu się z kapitanem statku można rzeczywiście zniknąć dla całego świata, ukryć się w skrytce w kabinie i przepadną. A na ladzie policji mówi się, że delikwent popełnił samobójstwo. Tym sposobem zmiany osobowości posługiwali się hitlerowcy z ODESSA uciekający do Ameryki Południowej pod koniec i po II Wojnie Światowej. „Utopiwszy” na morzu potem „wskrzeszali” się z nowymi dokumentami w Paragwaju czy Argentynie…



Zgodnie z prawem międzynarodowym, sporawa zaginięcia osoby na morzu jest badana przez policję kraju docelowego, do którego przybija statek. Najczęściej kończy się to na przeszukaniu statku i rozpytaniu czy przesłuchaniu pasażerów i załogi. Według słów zaginionej Rebeki Coriam śledztwo w sprawie zaginięcia jego córki przekształciło się w farsę.

- Turystyczne kompanie nie są zainteresowane zwracaniem uwagi na te ciemne sprawy – mówi osierocony rodzic – i wydają ogromne pieniądze, by je tuszować.



Komentarz fachowca



Poprosiłem o komentarz Panią Annę Milewską, która od wielu lat pływa właśnie na wycieczkowcach niemal po całym świecie. Pisze ona:




Aby powyższy tekst nie odstraszał przypadkiem turystów od wybrania się w rejs, należy pokreślić, że dzisiejsze statki pasażerskie, technologia, oraz nade wszystko - panujące na nich prawo i zasady, są nieporównywalne z tym, co działo się choćby w latach 60tych, nie mówiąc już nawet o wcześniejszych.





Pierwszy przykład - trudno by było, aby dziewczyna - czy to pasażerka czy z załogi, została porwana przy pomocy samej załogi czy kapitana. Na statkach, na których pracuję od około 8 lat jest ok. 60 narodowości wśród samej tylko załogi, a mimo to można się czuć całkowicie bezpiecznie. Niezależnie od pozycji, narodowości, kultury, każdy przed kontraktem przechodzi trening, badania medyczne, rozmowy kwalifikacyjne i tak dalej. Jego nazwisko, życiorys, miejsce zamieszkania, status prawny, zostaje zarejestrowane i poddane analizie. A jak już dostaje kontrakt, w pierwszym tygodniu pobytu na pokładzie przechodzi treningi dotyczące między innymi "zero tolerance policy" - a więc uczy się zasad obowiązujących w dzisiejszym cywilizowanym świecie, takich jak absolutny zakaz dyskryminacji ze względu na rasę, religię, płeć, czy orientację seksualną. Wszystko to razem powoduje, że ludzie, którzy ostatecznie decydują się na kontrakt, szukali tu pracy a nie okazji do przestępstwa, do tego jeszcze tak ciężkiego. Naturalnie, że wyjątki istnieją od każdej reguły, jednak specyfika życia na dzisiejszym statku czyni tego typu akty przemocy niemal niemożliwymi. Na statkach są kamery, ochrona, ćwiczenia alarmowe, każdy członek załogi jest praktycznie osobą publiczną. Szczególnie amerykańskie kompanie są na sexual harrasment uczulone - kilka lat temu w Royal Caribbean Cruise Lines, za jeden akt zbyt nachalnego podrywania kelnerki w crew barze, wysoki rangą oficer stracił pracę.





Znacznie większe zagrożenie płynie z lądu. W zeszłym roku, w meksykańskim mieście Cozumel, polska skrzypaczka zdecydowała się umówić na "romantyczną randkę" z kelnerem z lokalnego hotelu, popularnego wśród załogi statku, gdzie pracowała. Dziewczyna została zaatakowana na tle seksualnym, podczas próby samoobrony uderzona w głowę i wrzucona do wody na obrzeżach wyspy. Podobnie na Jamajce albo Belize, lepiej nie ruszać się poza terminal bez zorganizowanej wycieczki - przykro to mówić, ale mieszkańcy owych terenów najchętniej by turystów ograbili i pomordowali.





Wielkie fale również nie stanowią problemu dla statków pasażerskich wielkości dzisiejszych. A jakby już się jakaś zdarzyła i przypuśćmy, ktoś się wybrał na spacer w nocy na open deck, powiedzmy, na trzecim czy czwartym pokładzie, czyli stosunkowo nisko nad wodą, to ponownie - są kamery, zmycie pechowca z pokładu zostałoby nagrane.





Poważniejszą sprawą są samobójstwa. Jak się ktoś w nocy zdecyduje skoczyć za burtę, to nie ma rady. Jednakże i tutaj, kamery powinny uchwycić. Chyba, że ktoś jest na tyle uważny, aby przestudiować dokładnie każdy odcinek statku i wyszukać sobie "ślepy" punkt gdzie akurat ich nie ma, o co akurat potencjalnego samobójcę trudno podejrzewać.





Warto oczywiście byłoby zbadać statystyki "niewyjaśnionych zniknięć pasażerów" ze statków pasażerskich od lat 80 tych po dzień dzisiejszy - porównanie ich z wcześniejszym okresem niewątpliwie dałoby klarowniejszy obraz sytuacji. Tylko, czy takie statystyki są w ogóle prowadzone?




Z tego, co mi wiadomo – tak, ale… No właśnie – są one utajnione, bowiem z jednej strony stanowią tajemnicę handlową – a z drugiej, wciąż trwają dochodzenia „w sprawie”, więc siłą rzeczy są one niejawne. Oczywiście jedno jest pewne – armatorom i biurom turystycznym bardzo zależy na dobrym imieniu, co przekłada się na konkretne pieniądze, więc przekłada się to także na dwie rzeczy, które pragną turyści i pasażerowie: bezpieczeństwo i luksus podróży. Chyba że w grę wchodzi jeszcze inny czynnik, który wymyka się jakiejkolwiek kontroli, ale jaki? Bo chyba nie złe moce Trójkąta Bermudzkiego i innych Mórz Diabelskich…?



Do tego tematu jeszcze powrócimy.





Źródło – „Tajny XX wieka” nr 51/2011, ss. 30-31



Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©