czwartek, 4 października 2012

Podróż uczona na Hel (4)




19.IX – Pada deszcz

Pogoda się zmieniła – pomimo tego, że jest stosunkowo ciepło, temperatura oscyluje wokół +16˚C, to w nocy napłynęły nad Hel ciemne, deszczowe chmury, a wieczorem się nawet błyskało, i w nocy popadało deszczem – potężne krople deszczu walące o dach domu zerwały mnie o 03:40. W trzy godziny później popaduje od czasu do czasu. Potężne deszczowe chmury wiszą nad Zatoką Pucką i leją się z nich strumienie wody – niestety do morza, a nie na spragniony ląd!


Dzisiaj zaczynam od karmienia fok, a właściwie od przygotowania dla nich plaży, posprzątania po nich ewentualnych ekskrementów i zmycia moczu szlauchem. Foki czasami załatwiają swoje sprawy na lądzie i trzeba po nich sprzątać, ale ekskrementów się nie wyrzuca – zbiera się je i bada pod kątem zdrowotności tych zwierząt, które je wydaliły. Obawiam się, że będę miał niewiele do roboty – deszcz spłukał chyba wszystko do wody. Zaczynam od 08:00, potem tzw. patrol, który polega na tym, że chodzi się wśród zwiedzających, udziela wyjaśnień, odpowiada na pytania, kieruje ruchem, itd. itp., a następnie przerwa obiadowa – 90 min., a potem bramka, gdzie pomaga się ludziom sforsować przejście (bo nie każdy to potrafi, a niewielu ludziom chce się przeczytać instrukcję – przeraża ich wtórny analfabetyzm – sic!), następnie kolejna przerwa 90 min. A potem aż do 19-tej budynek i patrol. W sumie dzień zapowiada się ciekawie, tylko ten deszcz…



Chociaż nie – ten deszcz też jest potrzebny. W tutejszych lasach jest mało grzybów i ludzie jeżdżą w okolice Władysławowa i Rumii, gdzie są większe kompleksy leśne. A teraz czuję zapach sosen niesiony wiatrem i mam nadzieję, że się kopnę na jakieś grzybobranie w dniu wolnym, ale nade wszystko chciałbym najpierw zaliczyć tutejsze muzea.

Dzisiaj znowu problem z Agatą. Nie pozwoliła sobie wkroplić lekarstwa do oka i trzeba było znowu męczyć się godzinę, zanim została złapana, obezwładniona na tyle, by można się nią było zająć. Po raz wtóry jestem zdumiony inteligencją tych zwierząt. Osaczona przez ludzi, foka usiłowała zaatakować którekolwiek z nas, a kiedy jej się to nie udało, starała się uciec do wody, gdzie ona zyskiwała przewagę. Kiedy odepchnęliśmy ją od wody, zaczęła chlapać tak, by zachlapać jak największą powierzchnię dna basenu. Robiła to tak, że kierowała ludźmi, którzy naganiali jej wodę drewnianymi tarczami na suchą powierzchnię tak, że stawała się ona śliska. I wtedy ona znów zyskiwała przewagę. Wreszcie udało się ją otoczyć siecią, obrócić na grzbiet i wkroplić lekarstwo do chorego oka. Po raz kolejny przekonałem się jak adekwatna jest niemiecka nazwa foki – Seehund – morski pies…




Ciekawa była reakcja innych fok: przez cały czas szamotaniny z nią stały słupka i jakby nasłuchiwały (bo nie mogły widzieć) tego, co się działo w sąsiednim basenie oddzielonym przez galerię widokową i murek. Czyżby rodzaj jakiegoś postrzegania pozazmysłowego plus instynkt stadny?





Poza tym pogoda: około południa przestało lać – Pan Bednarz podał, że spadło tutaj około 18,1 mm deszczu. Zaczęło padać w Jordanowie, gdzie doszedł wreszcie deszczowy front, ale temperatura spadła im do +12˚C, jak i u nas, ale po południu tutaj się nieco wypogodziło i zabłysło słońce, a nawet… dwa słońca! Temperatura podniosła się do +13,6˚C. Jutro ma być już bez opadów. Wydaje się, że był to ten sam niż, który wywołał śnieżycę na Islandii 10 dni wcześniej.  

CDN.