wtorek, 16 października 2012

Podróż uczona na Hel (dokończenie)


Gdynia widoczna z Helu

30.IX/1.X – Pożegnanie z morzem i powrót

Powoli pakujemy wszystkie rzeczy i gotujemy się do wyjazdu. Żegnamy się z personelem i podopiecznymi. Trochę żal mi wyjeżdżać, choć już ckni się za najbliższymi i za domem… Tak czy inaczej będą to dwa niezapomniane tygodnie, które będę wspominał w długie zimowe wieczory. Warto tu było przyjechać! 

Z Helu wyjeżdżam o 15:30 ale już w Juracie zatrzymuje mnie „wypadeczek”. Ktoś się za bardzo rozpędził i w rezultacie walnął w drugie auto czy w słup… Karetka, policja i gapie.

Potem już jadę bez przygód aż do miasta Łodzi. O ile jadąc na Hel „przeskoczyłem” Łódź w ciągu 45 minut, to teraz – dzięki rozpoczętym wykopkom i brakowi jakichkolwiek informacji o objazdach pokonuję tą drogę przez mękę w ciągu niemal dwóch godzin! Całe szczęście, że jest przed północą i ruch niewielki, i właściwie poza wielkimi TIR-ami nie ma się kogo obawiać. Częstochowę (której też się obawiałem) „przeskoczyłem” w ciągu jakichś 20 minut. Noc jest księżycowa i jasna, droga sucha i można szybko jechać, bo ruch minimalny. O godzinie 02:30 jestem w domu…

* * *

Co można jeszcze powiedzieć na podsumowanie tej podróży?

Umierający Bałtyk - alegoria

Bałtyk umiera, jak to widać na alegorycznym obrazie wiszącym w Fokarium – ten truizm jest oczywisty dla ekologów i biologów morza, którzy codziennie widzą jego prawdziwą twarz, a nie ulizany błękit z wakacyjnych pocztówek. Bałtyk zalewany jest nawozami sztucznymi, które powodują burzliwy rozrost glonów. Nie dość, że toksycznych (wydzielają neurotoksyny) to jeszcze zatruwających wodę siarkowodorem i metanem, co przyczynia się także do „pustynnienia” morza, którego denne wody są po prostu zatrute. Poza tym oba te gazy są gazami cieplarnianymi… A do tego trzeba dołożyć środki ochrony roślin i zatopione w morzu radzieckie bomby fosforowe oraz niemieckie bojowe środki trujące z obu wojen światowych! O ropie i jej już nie wspominam, bo to oczywiste. I to w tej toksycznej zupie pływają ryby, które trafiają na nasz stół oraz foki i morświny.




Chociaż nie – foki i morświny były masowo i celowo eksterminowane przez człowieka już to dla skóry (focza skóra jest nieprzemakalna, impregnowana tłuszczem i bardzo mocna), już to dla mięsa i tłuszczu. W II Rzeczpospolitej traktowano je jako konkurencję do połowu śledzia bałtyckiego i wybijano – od 2 do 5,- zł za sztukę! Ta paranoiczna akcja masowego mordowania tych ssaków doprowadziła do depopulacji – a mniej uczenie – niemalże do zagłady tych gatunków. Swoje dołożyła także II Wojna Światowa, po której państwa Koalicji Antyhitlerowskiej popełniły kolejną eko-zbrodnię – zatopiły zapasy niemieckiej (i swojej też) broni chemicznej w postaci gazów bojowych: tabunu, sarinu, somanu, Clark I, Clark II (trujące środki arsenoorganiczne), iperytu, iperytu azotowego, fosgenu i di fosgenu, itd. itp. … No a potem zaczęło się masowe trucie Bałtyku przy pomocy środków ochrony roślin: DDT, HCH, DNOC, PCB i innych pestycydów. W tym wszystkim te zwierzęta żyć muszą. Populacja fok z 100.000 sztuk w skali całego Bałtyku spadła do kilku tysięcy. Dzięki pracy naukowców z Uniwersytetu Gdańskiego populacja ta zwiększyła się do 23-24 tysięcy. To jest jeszcze mało…


Mapa południowego Bałtyku z zaznaczonymi miejscami zatopienia broni chemicznej po I i II Wojnie Światowej (wg. BLDGBLOG - Chemical Geography)


Akcja Vac from the Sea - morski odkurzacz (archiwum Fokarium)

A teraz jeszcze o śmieciowym problemie. Będąc nad morzem lekką, acz hojną ręką wyrzucamy na plaże czy w wody morskie wszelkie śmieci, które potem tworzą całe skupiska w rodzaju tzw. Hawaiian Trash Vortex – o czym piszę na tym blogu w innym miejscu – ogromnej wyspie złożonej z milionów opakowań plastykowych, które tworzą nową wyspę na Oceanie Spokojnym. Bałtyk nie ma takiej wyspy, ale jego brzegi i wody przybrzeżne są zaświnione w stopniu zagrażającym życiu. Dość wspomnieć, że:

v Bilet autobusowy rozkłada się w wodzie przez 1-2 tygodnie!
v Zwykła szmatka z bawełny – od 1 do 5 miesięcy.
v Sznurek sizalowy czy konopny – od 3 do 14 miesięcy.
v Wełniana skarpetka – 1 rok.
v Pomalowana deska – 13 lat.
v Puszka po konserwie – 100 lat.
v Puszka po piwie czy coli – od 200 do nawet 500 lat.
v Butelka z plastyku – 450 lat…
v …zaś butelka ze szkła – rozkłada się w nieokreślonym czasie, dlatego z dna morza można podnieść opakowania szklane z XVII czy XVIII wieku zawierające np. wino czy whisky w stanie nadającym się do spożycia!

Vac from the Sea - oczyszczanie plaż z plastykowych śmieci (Archiwum Fokarium)

Dlatego właśnie organizowane są takie akcje jak Vac from the Sea – (dosł. odkurzacz z morza), której celem jest zebranie wszelkiego rodzaju śmieci – w szczególności tych najgorszych i najbardziej toksycznych – plastykowych z plaż i wybrzeży morza. Zatrudnieni są przy tym także wolontariusze. A rezultaty ich pracy? W roku 1981 miałem okazję być na brzegach szwedzkiego Sundu. Widok był przerażający: stosy butelek, opakowań plastykowych i wszelkiego innego wyrzucanego ze statków paskudztwa zalegały na plażach. W ciągu kilku lat Szwedzi dokonali cudu. Kiedy byłem tam w sierpniu 1986 roku, był tam tylko czysty, bałtycki biało-kremowy piasek… Gdybyż tak w Polsce dało się zorganizować taki ruch czystej Ziemi i to nie tylko nad morzem, ale na terytorium całego kraju! 


   
To są tylko pierwsze lepsze z brzegu problemy, z jakimi borykają się ochroniarze i naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego, pod kierownictwem dr hab. Krzysztofa Skóry, w naszej strefie Morza Bałtyckiego. Jak na razie udało się im przeprowadzić restytucję stad fok na naszym wybrzeżu. Ich populacja jest szacowana na jakieś 24-25 tys. sztuk. To jest jeszcze bardzo mało, to jest zaledwie tylko ¼ ich początkowej populacji, zanim wymordowali je ludzie. Jeszcze gorzej jest z morświnami, których jest mało i coraz mniej. Morświn to nasz bałtycki delfin – mniejszy, ale równie inteligentny. Choć wypatrywałem oczy, nie udało mi się zaobserwować ani jednego morświna, zresztą to normalne – mało kto ma to szczęście... Być może uda się uzyskać część likwidowanego portu wojennego na Helu i przekształcić ją w morświnarium, to wtedy restytucja tego gatunku pójdzie szybciej i efektywniej – jak to ma miejsce w przypadku fok, ale to na razie jest melodia przyszłości, a jak na razie wszystko rozbija się o pieniądze. Jak wszystko w naszym zwariowanym kraju.


Czy warto było pracować tam w wolontariacie? Tak, i to bardzo. Przede wszystkim zaspokoiłem głód wiedzy na temat ochrony ssaków morskich naszej części Bałtyku oraz po raz któryś utwierdziłem się w przekonaniu, że można (jeżeli się chce) zrobić dla nich bardzo wiele. Poznałem wspaniałych ludzi (to tacy MiW – Ludzie w Bieli, bez których – jak stwierdził w jednej ze swych książek sir Brinsley Le Poer-Trench, ten świat dawno by sobie strzelił w łeb), dla których zwierzęta nie są przedmiotami czy zabawkami, a żyjącymi, myślącymi i czującymi istotami dzielącymi z nami tą planetę, na której mieszkamy. Chciałbym oddać tu cześć tym wszystkim ludziom i podziękować za to, że dali mi szansę bycia wśród nich i zrobienia czegoś dla zwierząt i ludzi, dla których fraza ze słynnego przeboju Michaela Jacksona: heal the Word, it is a better placeuzdrówcie ten świat, to jest przecież lepsze miejsce nie jest pustym frazesem, a programem, który warto i trzeba realizować! I który realizują jak na razie z powodzeniem, wbrew kryzysom i przeciwnościom oraz oszczerczym kampaniom prowadzonym z odwołaniem się do Boga, wiary i religii (co uważam za ostatnie draństwo i rzecz najbardziej niegodną ze wszystkich niegodnych rzeczy tego świata), a tak naprawdę w interesie tych, dla których działalność ekologów była, jest i będzie solą w oku – a za którą stoją jak zwykle – wpływy, władza, a nade wszystko - wielkie pieniądze…

KONIEC