czwartek, 5 grudnia 2013

Niebezpieczna alchemia

"Alchemik" - obraz Thomasa Wijka


Oleg Łoginow


W 1669 roku, niemiecki alchemik Brand Henning w czasie poszukiwań kamienia filozoficznego spróbował zsyntetyzować go z wyprażonego ludzkiego… moczu i w rezultacie tego odkrył fosfor, który zaczął sprzedawać drożej niż samo złoto…

Alchemików często uważa się za oszustów i złodziei. I nie bez powodu. Pośród nich było mnóstwo hochsztaplerów i szarlatanów. A najbardziej znani z nich wszystkich wierzyli święcie, że przy pomocy kamienia filozoficznego można zwyczajne metale przekształcić w złoto i srebro oraz uzyskać eliksir wiecznej młodości. W trakcie tych szczytnych poszukiwań oni tracili zdrowie w laboratoriach wypełnionych oparami rtęci, lądowali w więzieniach czy na szafocie. I swoimi doświadczeniami bądź niepowodzeniami wzbogacali ludzką wiedzę. Później alchemię uznano za pseudonaukę. Ale jak na ironię, w losach Ludzkości była ona pierwszą nauką, w której powiązano teorię z eksperymentem.


Legendy krążą…


Alchemicy nie znaleźli kamienia filozoficznego, ale za to dokonali wielu odkryć i doniosłych spostrzeżeń. I wielu z nich zapłaciło za swe dokonania, a Ludzkość tak czy inaczej uważa ich za szarlatanów. Owszem, gwoli sprawiedliwości należy uznać, że oni sami dali po temu powód często-gęsto fałszując rezultaty swoich doświadczeń dla zwyczajnej sławy.

Ojcem-założycielem alchemii nazywają mitycznego Hermesa Trismegistosa, którego wyznawcy przedstawiali jako po trzykroć wielkiego władcę dusz i maga w swej mocy równego Bogu. A od tego idea otrzymywania złota z byle czego już wisiała w powietrzu. Uczeni mężowie dawnych imperiów: Chin, Egiptu, Asyrii, Indii – potrafili otrzymywać stopy metali, z czego sporządzono wywód, iż można w sztuczny sposób otrzymywać metale szlachetne. Mówi się nawet, że sama egipska królowa Kleopatra parała się alchemią i nawet napisała traktat pt. „Chrysopeia” co znaczy „robienie złota”!

W Europie alchemią zaczęto się parać stosunkowo późno - w XIII wieku. I chociaż już dawno wykazana, że złota z mniej szlachetnych metali się nie wykona, to jednak wciąż krążyły legendy o alchemikach, którym to się jakoby powiodło…


Dzika pogoń za złotem


Życzenie robienia złota na skalę przemysłową wykończyło wreszcie alchemię. Od przedstawicieli tej nauki wszyscy wymagali tylko jednego: złota, złota i jeszcze raz złota. Alchemicy zostali postawieni w złożonej sytuacji. Ci, którzy produkowali złoto byli szarlatanami, zaś ich oszustwa prędzej czy później demaskowano. Zaś ci, którzy twierdzili, że to jest niemożliwe, uznawani byli za kłamców. W rezultacie i jedni i drudzy źle na tym wychodzili.

W Średniowieczu alchemików traktowano tak jak fałszerzy monet i poddawano ich szczególnie wyrafinowanym torturom i kaźni. A w Niemczech opracowano cały ceremoniał przed zamordowaniem. Nakładano na nich pozłacane szaty i kołpaki, i wieszano ich na pozłacanych szubienicach. Mówi się, że w 1590 roku, w Monachium w ten sposób powieszono alchemika Bragadino. On demonstrował transmutacje w złoto zwyczajnych kamieni, a potem brał zadatek i… znikał. W liczbie oszukanych przezeń był wenecki doża i Hercog Bawarski. Tak spektakularny koniec Bragadino nie odstraszyła innych alchemików i ich kaźń była kolejną. W Würtemberdze wykonano wyrok na Georgu Honaurze, w Prusach – na Kronemannie a w Polsce – na Kalttenbergu.

Ale najciekawszą osobą z liczby skazanych  alchemików był szwedzki generał Otto von Peikule (Pikul). Służył on w armii polskiego króla Augusta II Saksońskiego (Mocnego) – walczącego po stronie cara Piotra I w wojnie ze Szwecją. W 1705 roku, pod Warszawą von Peikule dostał się do szwedzkiej niewoli i jako zdrajcy groziła mu kara śmierci. Chcąc uratować swe życie, generał, który na dodatek był praktykującym alchemikiem, zwrócił się do króla Karola XII z prośbą o ułaskawienie, obiecując w zamian ozłocić monarchę. I ten dał na to swą zgodę. Według legendy von Peikule sporządził 147 złotych dukatów i medal z łacińskim napisem „To złoto stworzono przy pomocy chemicznej sztuki w Sztokholmie w 1706 roku”, ale król i tak stracił go w dniu 17.II.1707 roku. Jednakże jest to możliwe, że tylko są to złośliwe plotki i Karol XII został pomówiony o ten czyn. Był on człowiekiem honoru i potrafił dotrzymywać słowa. W tej sytuacji jawnym oszustem był von Peikule. Znany szwedzki chemik Jöns J. Berzelius w 1802 roku postanowił powtórzyć doświadczenie generała wedle jego zapisków i – rzecz jasna – złota nie otrzymał.

"Alchemik Sędziwój" - obraz Jana Matejki

Ale wśród samych alchemików panowały surowe prawa. W XVII wieku, w Würtemberdze, alchemik Mühlenfels skradł cudowny proszek do produkcji złota, Michałowi Sędziwojowi, który on z kolei dostał od słynnego szkockiego alchemika Alexandra Setona Kosmopolity. Mühlenfelsa w końcu powieszono za oszustwa, ale Sędziwój nie otrzymał z powrotem czarodziejskiego proszku, którego sam nie potrafił sporządzić i sam potem został szarlatanem. (Sprawa ta wyglądała nieco inaczej, bowiem Sędziwój dokonał transmutacji, czego nie potrafiono wyjaśnić do dnia dzisiejszego. Zob. R. Leśniakiewicz – Referat na XIV Festiwal Ezoteryczny – „Tajemnice polskich alchemików”, Bratysława 2004, na - http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/sprawa-nr-007h-tajemnice-polskich.html - przyp. tłum.)

Wybitny angielski filozof, mnich z zakonu oo. Franciszkanów, Roger Bacon, alchemik i autor książki „Zwierciadło alchemii” uniknął wyroku, ale według niektórych danych, spędził on 15 lat swego życia w klasztornym odosobnieniu, czytaj: więzieniu.

Saksoński kurfirst August Mocny wsadził za kratki alchemika Johanna Böttgera, kiedy się zorientował, że kiedy ów znajdzie się na wolności, to zacznie produkować złoto. Nieszczęsny więzień próbował zrobić sztuczne złoto i tak i siak, ale poniósł fiasko. Chociaż… - zamiast tego skutecznie odkrył tajemnicę produkcji porcelany równie dobrej jak chińska i którą ceniono wyżej od złota!  


Niesławny koniec


Schyłek alchemii zaczął się w XVIII wieku, po fiasku, które ponieśli adepci tej nauki. Ostatni angielski alchemik James Price pragnął odrodzenia swej ulubionej nauki. W laboratorium swego domu w hrabstwie Surrey, na oczach wysoko postawionych gości dodał on do rtęci biały proszek, a ona przekształciła się w srebro. Potem dodał do tego czerwony proszek i otrzymał złoto. Eksperyment przyniósł mu rozgłos. Jednak nie wierzący w cuda chemicy z Królewskiego Towarzystwa Chemicznego postawili Price’owi ultimatum: albo powtórzy to doświadczenie na oczach speckomisji, albo obwołają go szarlatanem. James Price przyjął komisję u siebie w domu, zaprowadził do laboratorium, potem przeprosił, wyszedł na zewnątrz i wypił zawczasu przygotowany kielich wina z kwasem pruskim. Anglik pozostaje dżentelmenem, nawet jeżeli jest alchemikiem…

A oto niemiecki alchemik prof. Zemler zakończył swoja działalność nie tak elegancko. W trakcie doświadczeń udało się mu uzyskać złoto z soli. Swoje doświadczenie chciał on zademonstrować autorytatywnej komisji. Na sali zgromadzili się uczeni i nawet ministrowie, by na własne oczy ujrzeć ten cud. Kiedy z kolb z solą na świat eksperci wyjęli kawałeczki złota, świadkom ze zdumienia zaokrągliły się oczy. Ale kiedy okazało się, że to miedź, na sali rozległ się śmiech…

Zagadkę tego fenomenu rozwiązano wkrótce. Okazało się, że służący profesora starał się pomóc swemu panu, wkruszył więc do kolb nieco złota, owczego próby dawały pozytywny rezultat. Ale niedługo przed tym, kiedy profesor zdecydował się na pokaz dla szerokiej publiczności, jego służącego powołano do wojska. Ten zaś polecił podsypać złotem sól swojej żonie. Okazała się ona damą nader praktyczną: stwierdziła, że wyrzucać złoto na taką bzdurę to zbytek i zamiast złota wsypała miedź. Tak więc ekonomiczne myślenie kobiety na długo zatrzymało badania alchemiczne w Niemczech. Prawdę powiedziawszy, alchemia znów wróciła do łask w czasach Trzeciej Rzeszy – ale to już osobna historia.


Dzisiejsi alchemicy


Sny i marzenia średniowiecznych alchemików znów odświeżył w ZSRR Rawil Niewmiatow, którego nazwano radzieckim Geoffreyem de Peyracem. On skupował od robotników z Duliewskiej Fabryki Porcelany roztwór, którym malowano złocone wzory na farfurkach pozyskiwał z niego złoto. Prawdę rzekłszy, to eksperci kategorycznie oświadczyli, że coś takiego jest niemożliwe. Ale Niewmiatow utarł im nosa i zademonstrował im swoją technologię. W ten sposób skazał sam siebie na śmierć. Domorosłego chemika rozstrzelano wyrokiem Moskiewskiego Sądu Rejonowego.

Zachód nie może się pochwalić takimi zaradnymi ludźmi. Ale tam też mają domorosłych alchemików. Niedawno w Irlandii Północnej aresztowano narkomana Paula Morana, który próbował wydobyć złoto z… ekskrementów. Efektem jego eksperymentu było zapalenie się domu spowodowane przez palne gazy: metan i siarkowodór. Alchemik poszedł na trzy miesiące do więzienia, a jego sąsiedzi musieli wyłożyć 3000 funtów na remonty domów.


Moje 3 grosze


Alchemia w III Rzeszy, to osobny i fascynujący temat. Hitlerowi i jego klice złoto było potrzebne, to oczywiste, bo bez niego nie dałoby się prowadzić wojny. Rabunek związany z eksterminacją Żydów i innych narodów Europy przynosił Niemcom pewną ilość złota, ale potrzeba go było o wiele, wiele więcej.

Najpierw próbowano wydobyć złoto z wody morskiej – obliczono, że wody Wszechoceanu zawierają prawie 15.000 ton tego metalu. Niestety – jego nikłe stężenie wynoszące średnio 0,004 ppb – stanowi barierę opłacalności wydobycia.

W opracowaniu „Wunderland…” zasugerowałem wraz z dr Milošem Jesenským możliwość, że niemieccy naukowcy-atomiści pracowali nad wytworzeniem sztucznego złota – drogą przemian atomowych. Niestety – a może na szczęście – jedynym stabilnym izotopem złota jest ¹⁷⁹Au – zaś wszystkie inne izotopy i izomery złota rozpadają się po pewnym czasie – od T1/2 = 186 dni (¹⁹⁵AU*) do T1/2 = 30 μs (¹⁷¹Au*). Ale to wiemy dopiero TERAZ. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziano i dlatego Niemcy mogli nad tym eksperymentować. Gdzie? – ano w słynnym i tajemniczym kompleksie Riese w Górach Sowich.  Synteza złota w reaktorze jądrowym jest możliwa, jednak bardzo kosztowna i ekonomicznie nieopłacalna, ale to też wiemy dopiero TERAZ.

To wiele wyjaśnia – oczywiście ich głównym celem była bomba atomowa i docelowo wodorowa, zaś produkcja złota mogła być tylko produkcją uboczną wzbogacania uranu i produkcji plutonu. Dlatego właśnie prace te prowadzono w głębokich sztolniach, bowiem Niemcy nie mieli do dyspozycji prerii Nowego Meksyku i pustyń Newady. W przypadku uruchomienia niekontrolowanej reakcji łańcuchowej mogli zrobić tylko jedno – zawalić szyby i sztolnie, by nie doszło do ulotu radioaktywności na zewnątrz. Przecież Dolny Śląsk był regionem zamieszkałym przez ludność niemiecką, która by najwięcej oberwała w przypadku przejścia reaktorów jądrowych w stan nadreaktywności, czyli tego, co mieliśmy w Harrisburgu, Czarnobylu i Fukushimie. Po takiej katastrofie po prostu by doszło do stworzenia naturalnego, skalnego sarkofagu. Wystarczyło zdetonować ładunki wybuchowe by spowodować zasypanie niebezpiecznego urządzenia nuklearnego tysiącami ton ziemi i skał. I takie zawalone kompleksy są w Górach Sowich! Czyżby to były ślady po próbach urządzeń jądrowych produkujących… złoto w najgłębszych szybach i sztolniach Gór Sowich? To właśnie poddaję pod rozwagę Koleżankom i Kolegom z Dolnego Śląska.

A tak swoją drogą, to kto powiedział Niemcom o szkodliwości radioaktywności i sposobach zminimalizowania jej skutków? Sami to wymyślili? Owszem, mieli takich fizyków, jak Max von Laue, Wernher Heisenberg czy Otto Hahn, ale czy mogli dokonywać eksperymentów wielkoskalowych? Chyba nie. Nie mieli gdzie. Jest jedna możliwość – a mianowicie: Niemcy ściągali dane od Amerykanów i ich wyniki przystosowywali do swoich warunków.  Ciekawy jestem, kto był niemieckim szpiegiem w Alamogordo? Niemożliwe? – ależ skąd! Jak najbardziej możliwe. Skoro radziecki wojskowy wywiad GRU i cywilny wywiad NKWD miały swe siatki w USA – wedle skromnych rachunków w USA i UK Rosjanie mieli prawie 800 szpiegów – co podaję na odpowiedzialność Petera Wrighta i Jamesa Angletona – a zatem umieszczenie jednego agenta w Los Alamos i prowadzenie go nie było takie trudne, przy tak niskiej skuteczności FBI i kontrwywiadu wojskowego (CIS), które śledziły amerykańskich komunistów. A może któryś Rosjan pracował na dwie strony? To było możliwe, bowiem radzieckie i niemieckie specsłużby kochały się miłością wzajemną do dnia 22.VI.1941 roku, a i potem też mogły ze sobą współpracować w zakresie wykradania Amerykanom ich tajemnic atomowych. To oczywiście jest tylko hipoteza, na którą nie mam żadnych dowodów. Ale nie taka znów nieprawdopodobna, jak to się wydaje.

Ale to temat na inną balladę…         


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 33/2013, ss.18-19

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz (C)