środa, 19 lutego 2014

Pożar jordanowskiego kościoła – jak go pamiętam



W nawiązaniu do artykułu Panów Stanisława Bednarza i Piotra Kargula o zimowych burzach i pożarze kościoła parafialnego w Jordanowie, chciałbym do rzucić też od siebie moje trzy grosze. Samego pożaru nie widziałem, bo spałem wtedy snem sprawiedliwego, ale rano wpadła do nas sąsiadka – Pani Maria Durkowa z hiobową wieścią o nocnych wydarzeniach. Idąc do szkoły na ósmą rano widziałem jeszcze rozciągnięte węże strażackie i rozstawiony brezentowy basen z wodą przed Magistratem. Oczywiście po zajęciach polecieliśmy całą klasą oglądać zgliszcza.

Widok z zewnątrz był paskudny: stosy potrzaskanych, osmolonych dachówek leżących pod ścianą po prawej stronie. Wskutek działania ognia sygnaturka częściowo się stopiła i spadła z dachu. Szczątki częściowo spalonych belek i innych elementów konstrukcji nośnej dachu i sygnaturki też tam leżały na śniegu. Sygnaturkę potem odbudowano, ale w innym kształcie. Wewnątrz na plafonach nawy o prezbiterium widoczne były ślady wody w postaci zacieków. Zostały zdjęte niektóre kandelabry i w kościele było ciemnawo. Wszystko powróciło do jakiej-takiej normy po dość długim czasie. W 1998 roku napisałem pewien artykuł na ten temat, który opublikowałem na łamach „Czasu UFO” nr 8/1999, a oto i on:


A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz cała okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność…
Rdz 19,24-25

…błagam pana, niech pan uwierzy chociaż w to, że istnieje diabeł. O nic więcej nie proszę.
Niech mi pan uwierzy, że na to istnieje siódmy dowód, nie do obalenia i dowód ten niebawem zostanie panu przedstawiony.
Michaił Bułchakow – „Mistrz i Małgorzata”



Płonące kościoły, tajemnicze wybuchy a UFO


Płoną drewniane, zabytkowe kościoły, kościółki i kaplice. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że jest to robota samego Szatana, który zaktywizował się pod koniec II millenium – wszak Apokalipsa przewiduje się objawienie Antychrysta, więc nawet takie wytłumaczenie ma sens… Strażackie statystyki są zatrważające, a poniższe zestawienie uwidacznia tylko zastraszający w swej wymowie fakt: płoną nie tylko nasze dobra duchowe, ale także nasze dziedzictwo narodowe i kulturowe… No bo spójrzmy na cyfry:

Rok 1994  -  98 pożarów
Rok 1995  -  94 pożary
Rok 1996  -  87 pożarów
Rok 1997  -  95 pożarów
Razem   -   374 pożary

A zatem w ciągu tylko 4 lat spłonęły aż 374 drewniane obiekty sakralne![1] A najciekawsze z tego wszystkiego jest to, że gros z nich było podpalonych celowo przez sprawców, których nigdy nie ujęto. Inna przyczyną były awarie – najczęściej krótkie spięcia – w instalacjach elektrycznych. W obu przypadkach stwierdzano, że albo było to podpalenie przez NN sprawców czy krótkie spięcie w instalacjach elektrycznych i sprawę odfajkowywano, jako jeszcze jeden dopust Boży. Podejrzewano sekty satanistyczne – co jest o tyle zgodne z prawdą, że istotnie w kilku przypadkach do podpaleń przyznawali się sataniści wypisując swe bełkotliwe brednie na ścianach podpalanych przez nich obiektów. W jednym przypadku do podpalenia przyznał się żądny sławy i swych 5 minut w mediach osobnik z niedorozwojem umysłowym. I to wszystko… Za lwią częścią tych podpaleń stoi po prostu międzynarodowa mafia handlarzy dziełami sztuki, której członkowie (zwani nie wiedzieć czemu „żołnierzami”, co uwłacza prawdziwym żołnierzom) po zrabowaniu co ciekawszych z finansowego punku widzenia artefaktów, puszczają dany obiekt z dymem, a zrabowane przedmioty przemycają do Niemiec, Austrii i innych krajów – ale gównie Niemiec – gdzie sprzedaje się je na legalnych i nielegalnych aukcjach.[2] Oczywiście ten brudny biznes kręci się od lat, jednakże istnieją w naszym kraju pewne naciski, które utrudniają pracę organów ścigania, a co stanowi dowód na mafijne działanie tych grup przestępczych mających swe oparcie w najbardziej szkodzących krajowi prawicowo-liberalnych politykach i niektórych „ludziach ze szczytu układu”.

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem pewna część obiektów sakralnych spłonęła, ale nie była obrabowana, i o tym będzie niniejszy artykuł.

Moja rodzina ma silne tradycje strażackie, i niemal każdy męski potomek służył w Ochotniczej bądź Państwowej Straży Pożarnej – tylko ja jestem wyjątkiem, bowiem czarno granatowy mundur strażaka zamieniłem na zielony mundur żołnierza WOP a po 1991 roku funkcjonariusza SG, ale mimo tego znam pracę strażaków i ich poświęcenie. A także ich opinie nie zawsze zbieżne z opiniami ich przełożonych i ekspertów…

Zacznę od tego, co mi najbliższe – od wydarzenia, które miało miejsce w nocy 23/24.II.1967 roku w Jordanowie. Był to pożar naszego kościoła – aktualnego Sanktuarium p.w. Matki Boskiej Jordanowskiej od Trudnego Zawierzenia od 25.IX.1994 roku. Pamiętam tę noc – pogoda była wtedy okropna – wiał silny wiatr zwany „orawcem”[3], który przyniósł nam opady śniegu i mróz. Całe to wydarzenie miało następujący przebieg:

W nocy z 23 na 24.II.1967 r., o godzinie 22:50 wskutek wyładowania atmosferycznego wybuchł pożar kościoła w Jordanowie. W akcji brało udział 11 jednostek OSP. Dowodził nią Stanisław Leśniakiewicz i Józef Sulak. Olbrzymi wiatr spowodował zagrożenie pożarowe dla całego miasta. (…) spaleniu uległ dach kościoła.[4]

Faktycznie, kiedy 24 lutego szedłem do szkoły, która znajduje się vis-à-vis kościoła, widziałem stojący na Rynku basen z wodą, rozciągnięte jeszcze i połączone w magistralę węże strażackie, i wokół kościoła stosy potrzaskanych dachówek, wśród których czerniały niedopalone fragmenty więźby dachowej. Zniszczenia były ogromne – najbardziej zagrożona była główna nawa, której sklepienie nasiąkło wodą, co groziło runięciem na głowy wiernych masy cegieł, dachówek i reszty szkieletu konstrukcji dachu. Na szczęście do tego nie doszło. Później pamiętam tylko przez długi czas piętrzące się rusztowania, na których pracowali ludzie ratujący budowlę przed kolapsem sufitów nawy i prezbiterium. Na szczęście transept był nienaruszony. 

Przyczyną wybuchu tego spektakularnego pożaru było – jak widać z cytowanej notatki – uderzenie pioruna. I tutaj rzecz przeciekawa – to był tylko jeden piorun. Jeden! Tak twierdzi niemal każdy świadek tych wydarzeń, a po latach potwierdził mi to Marian Leśniakiewicz. Według niego wyładowanie atmosferyczne trafiło w sygnaturkę – niższą niemal o połowę od głównej dzwonnicy – a następnie spłynęło na dach i zapaliło jego więźbę, a następnie po drutach spłynęło do odległego niemal o 150 m już nieistniejącego transformatora obok Szkoły Podstawowej i go całkowicie przepaliło, co spowodowało, że całe miasto pogrążyło się w egipskich ciemnościach. Cała akcja ratowniczo-gaśnicza toczyła się po ciemku, a jedynym światłem były płomienie na dachu kościoła. Nie było jak zaalarmować strażaków z OSP Jordanów, bo z braku prądu nie działała syrena, więc alarmowano przy pomocy trąbki sygnałowej. NB, strażak, który wtedy trąbił na alarm został przymknięty przez jakiegoś tępego gliniarza na 48 godzin za… zakłócanie spokoju i szkalowanie władzy ludowej, bowiem miał pecha wykrzyknąć, że to UB podpaliło kościół. Później dementował to ówczesny proboszcz ks. kan. Franciszek Gryga.

Dziwnym jest to wydarzenie. Jeden piorun i takie straty? Czy był to tylko piorun, czy coś innego? Na odpowiedzi na te pytania musiałem poczekać do 1998 roku, kiedy to zapoznałem się z raportem znanego dolnośląskiego ufologa, szefa legnickiego KONTAKTU i Foxa Muldera polskiej ufologii – Pana Jarosława Krzyżanowskiego. Wspomniany tutaj raport dotyczył innego, ale niemniej ciekawego wydarzenia z Dolnego Śląska, które wydarzyło się w małej miejscowości Biedrzychowice, w nocy 24/25.I.1993 roku, o godzinie 04:30 CET.

Tej nocy, nocujący na plebanii, ks. S. M. został poderwany z łóżka przez potężny huk. Ks. S. M. obudził się i ku swemu zdumieniu ujrzał w oknie ogromną kulę, która jarzyła się biało-niebieskim światłem. NOL unosił się w powietrzu przez 5-10 sekund, a potem znikł iście po angielsku – pozostawiając jednak ślady: płonącą firankę, zniszczony telefon i osmaloną futrynę na plebanii.

W kościele te zniszczenia były jeszcze większe: czuć było swąd spalenizny, kable elektryczne i bezpieczniki były wyrwane ze ściany, a także było wybite jedno z okien, przy którym przebiegały kable. Już w świetle dnia księża stwierdzili dodatkowo uszkodzenie miedzianej kopuły o powierzchni 1 m². Żeby było jeszcze ciekawiej, to Jarosław Krzyżanowski dodaje jeszcze jeden szczegół istotny dla sprawy – otóż po tym wydarzeniu, tj. po godzinie 04:30 w całej wsi nie było prądu… Oględziny ubytków tynku i kopuły dokonano za dnia.

Inni świadkowie twierdzą wprost, że o wpół do piątej rano widziano przelatującą z NW na SE na niskim pułapie fioletową kulę z ogonem koloru białego w tęczowe pasma, która z szumem przeleciała ponad domami i uderzyła w wieżę kościoła, powodując zniszczenia w kościele i na plebanii, poczym znikła… Pogoda była wtedy całkiem dobra, żadnych opadów, temperatura powyżej zera Celsjusza. Ks. S. M. sugeruje, że to był piorun kulisty.[5]

Piorun kulisty – niektórzy uczeni zaciekle negują ich istnienie, zaś inni – usiłują wytłumaczyć nimi istnienie UFO.[6] Rzecz w tym, że pioruny kuliste powstają na krótko przed, w czasie i po burzy elektrycznej, a takowej w obu przypadkach – tak jordanowskim jak i biedrzychowickim – nie było.

W dniu 14.I.1993 roku, na dwa tygodnie przed incydentem biedrzychowickim, w innym zakątku naszego kraju miał miejsce równie nieoczekiwany incydent. Wydarzyło się to w małej miejscowości Jerzmanowice – położonej pomiędzy Krakowem a Olkuszem w Jurze Krakowsko-Wieluńskiej. Tym razem około godziny 18:00 CET rozległ się potężny huki na moment był widoczny potężny błysk. W całej wsi zgasło światło i przestały działać telefony…. A rankiem mieszkańcy Jerzmanowic ujrzeli zmianę wyglądu wapiennego ostańca zwanego Babią Skałą, której wierzchnią część wybuch szacowany przez specjalistów na 100 kg TNT rozniósł na niewielkie odłamki, które zasłały okoliczne pola i łąki w promieniu 200-700 m wokoło.[7] (…)

Dnia 7.XI.1996 roku, także w Jurze Krakowsko-Wieluńskiej, o ok. godzinie 4. nad ranem, miało miejsce lądowanie NOL-a w Olsztynie k./Częstochowy. I tutaj NOL – a nawet dwa Nocne Światła – objawiły się z hukiem i błyskami światła. Ślady lądowania widoczne były przez kilka lat.

W dniu 2.X.1994 roku, o około 21:45 CET jordanowska OSP została poderwana alarmem. Palił się słynny drewniany kościółek na Piątkowej Górze nad Chabówka przy DK 47. Kiedy tylko dowiedzieliśmy się o tym nieszczęściu pojechaliśmy tam, by zobaczyć co się dzieje. Ponieważ policja nie dopuściła nas do miejsca pożaru, wraz z siostrą pojechałem na odcinek drogi pomiędzy Skawą a Rabą Wyżną i stamtąd obserwowaliśmy pożar przez lornetkę i gołym okiem. Niewiele było widać poza niewyraźną łuną i błyskami lamp stroboskopowych strażackich wozów bojowych. Nazajutrz pojechaliśmy obejrzeć zgliszcza. Wszystko wyglądało tak, jakby ogień zaatakował bryłę kościoła od strony południowej, a potem objął dach i pozostałe ściany, co było dziwne, bo pogoda była zimna i wilgotna – padał drobny deszcz. Dziwne było to, że ewentualny podpalacz wybrał sobie taki niesprzyjający dzień do dokonania swego „dzieła”. I w tym przypadku pozostał on nieuchwytny, bo wprawdzie zgłosił się jakiś młody człowiek, ale nie był w stanie potwierdzić swej wersji wydarzeń, a poza tym był chory psychicznie, więc go zwolniono.[8] Prawdziwi sprawcy znów pozostali na wolności

[Do tego należałoby dodać jeszcze dziwne incydenty z NOL-ami, które miały miejsce w okolicach Piotrkowa Kujawskiego i Radziejowa Starego na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Tam też zaobserwowano dziwne efekty świetlne. Opisano to na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/obcy-interweniuja-w-nasze-srodowisko-2.html - gdzie cytuję raport red. Jana Trettera. Tutaj już nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tego, co się tam działo… Nie zapominajmy, ze to właśnie niedaleko od tych miejscowości, w Wylatowie – pokazały się w latach 1998-2002 tajemnicze kręgi zbożowe zwane agroformacjami…]

Wracając jeszcze do pożarów kościołów, to sądzę, że ich sprawcy pozostaną na wolności, bowiem poza cytowanymi tutaj incydentami i innymi – o których tylko wspomnę – a to w Niedźwiedziu, Łękawicy czy Olszówce – stoją raczej nie-ziemskie, ale bynajmniej także nie-diabelskie siły.

I jeszcze jeden przypadek na poparcie tej tezy: ponownie Jordanów, jesień 1994 roku lub wiosna 1995. Około godziny 22. zaczęły ni z tego ni z owego same bić wszystkie dzwony w naszym Sanktuarium. Kiedy bicie w dzwony trwało około kwadransa, mój ojciec Adam Leśniakiewicz wraz z kilkoma strażakami (pamięć pożaru w 1967 roku była wciąż żywa – sic!) udali się do kościoła w celu zbadania sytuacji. Przybyły na to miejsce kustosz Sanktuarium ks. dziekan Bolesław Wawak stwierdził, że z nieznanej przyczyny doszło do zwarcia w instalacji elektrycznej sterującej pracą mechanizmu napędowego dzwonów i to spowodowało ten alarm. Niby mało znaczące wydarzenie – zwarcie i kropka. Ale jest jeden problem: to zwarcie nie mogło powstać samo z siebie, a zatem coś musiało je spowodować. Poza tym taki przypadek już się nigdy nie powtórzył, a powinien, skoro to było tylko zwarcie instalacji. Coś to musiało spowodować, to oczywiste. Człowiek? – nie, bo kościół był już o tej porze zamknięty na cztery spusty. Mysz czy szczur? – wątpliwe… Mając w pamięci opisane tutaj wypadki tylko jedno wyjaśnienie tłumaczy to wydarzenie – a miano ciecie: udar magnetyczny czy elektromagnetyczny przelatującego w pobliżu UFO.

Każdy NOL jest otoczony barwną poświatą czy też otoczką, która – jak twierdzi prof. dr inż. Jan Pająk – powstaje w wyniku zjonizowanego powietrza przez szybkozmienne, bardzo silne pola magnetyczne czy elektromagnetyczne generowane przez pędniki magnolotu.[9] Taki magnolot, dzięki temu jest w stanie poruszać się we wszystkich ośrodkach i to z ogromnymi prędkościami. Teoria prof. Pająka elegancko wyjasnia wszystkie osobliwości związane z efektami obserwowanymi przy przelotach czy lądowaniach UFO.[10] A teraz, skoro przelot NOL-a często-gęsto manifestuje się „wyłączaniem” prądu elektrycznego w naszych instalacjach[11], to być może – właściwie na pewno – zachodziło tutaj zjawisko odwrotne – przelot UFO generował dodatkowe napięcie w sieci elektrycznej, co powodowało palenie się przewodów, spięcia i przepalenie bezpieczników, spalenie transformatorów, stopienie uzwojenia elektromagnesów, cewek, itd. itp., powstanie prądów wirowych (zgodnie z regułą Oersteda) i rozgrzewanie się metalowych przedmiotów, co doskonale tłumaczy zaobserwowane zjawiska – łącznie z wybuchami w Jerzmanowicach czy Olsztynie k./Częstochowy. Uderzenie silnych pól elektromagnetycznych powodowały dysocjację wody na wodór i tlen, które potem reagowały ze sobą i atmosferycznym azotem, co pozwala na wyjaśnienie zaobserwowanych czasami fal ostrego zapachu – tak pachną właśnie tlenki azotu – NO, NO2, NO3… - wnikają one w glebę i wchodząc w reakcje z zawartymi w niej związkami wapnia tworzą saletry wapniowe, które są stymulatorem wzrostu roślinności na terenie lądowania UFO, jak to miało miejsce w Olsztynie k./Częstochowy czy Jerzmanowicach. Co do ostrego zapachu, to może on pochodzić także od ozonu, który jest trójatomową formą cząsteczki tlenu – O3.

To także może być wyjaśnieniem fenomenu płonących kościołów i innych obiektów drewnianych (o których nie mówi się głośno), a których przyczyną pożarów mogło być przetężenie prądu w instalacjach elektrycznych tychże obiektów. Nie ma się co czarować – te budowle maja instalacje elektryczne nie pierwszej młodości, niekiedy są one we wręcz skandalicznym stanie zaniedbania. Wystarczy by NOL tylko przeleciał w pobliżu takiego budynku, a stanie on w płomieniach. Udar pola elektromagnetycznego stopi miedziane przewody, a że miedź płynie w temperaturze +1083°C a wrze w +2350°C, to przesuszone drewno zapala się już w temperaturze od +350 do +500°C, a na dodatek jest to modrzew czy choćby smolna sosna, to przy obecności terpentyn, żywic i olejków eterycznych punkt zapłonu takiego drewna się jeszcze obniża… No, a jeszcze jak drewno nasycone jest impregnatami opartymi o frakcje ropy naftowej… - to lepiej nie myśleć. (…)

Na zakończenie chciałbym pocieszyć tych, którzy martwią się możliwością wybuchu pożaru swego drewnianego domu dzieli przelotowi nad nim UFO czy IUFO.[12] Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Przypadki takie są akcydentalne i nie wynikają ze złej woli czy wręcz agresywności Obcych. W większości przypadków winę za to ponosimy my sami – nasze wadliwe instalacje elektryczne, niewłaściwe zabezpieczenia kabli i innych urządzeń przed zapłonem, użycie niewłaściwych, bo łatwopalnych materiałów izolacyjnych, itd. itp., więc wińmy za to nasze własne niedbalstwo i głupio pojmowana oszczędność, a nie Obcych.

I jeszcze na koniec – oczywiście (dla wierzących) diabeł istnieje, ale nie lata w UFO, bo po prostu nie musi… Jak każdy duch może się przemieszczać tak, jak energia z prędkością światła. A co do satanistów, to od nich są egzorcyści – to ich działka.

A Obcy? Nie tacy Obcy straszni, jak Ich malują. Są jeszcze straszniejsi, ale to już temat z innej ballady…[13]  

Jordanów, 1999

     



[1] Źródło: program telewizyjny „Express reporterów”, TVP-2, marzec 1998 rok. 
[2] Materiały operacyjne Straży Granicznej (dawny WOP) i Głównego Urzędu Celnego z lat 1989-1994, z którymi zetknąłem się osobiście wymieniały ta metodę jako jedną z wielu z całego szeregu metod działania polskiej i zagranicznej mafii w naszym kraju.
[3] Na Podhalu wieją dwa wiatry – ciepły, fenowy wiatr halny od południa i chłodny wiatr orawski od zachodu. Obydwa są zwiastunami zmiany pogody na gorszą.
[4] Józef Kołodziej – „Kronika miasta Jordanowa1967-70”, t. 3, Towarzystwo Miłośników Ziemi Jordanowskiej.
[5] Źródło: Jarosław Krzyżanowski – „Dokumentacja przypadku CE2/NL w Biedrzychowicach”, Legnicki Klub Badań Zjawisk Nieznanych „Kontakt”, Legnica 1998 – na prawach rękopisu.
[6] Zob. Lucjan Znicz-Sawicki – „Goście z Kosmosu – NOL”, t. 3, Gdańsk 1984; Janusz Gil – „UFO, Däniken i zdrowy rozsądek”, Warszawa 1996.
[7] Artykuły prasowe z „Gazeta Krakowska” i „Gazeta Wyborcza”, styczeń 1993 r.
[8] „Gazeta Krakowska”, „Tygodnik Podhalański” i „Nasze Strony” z października 1994 roku.
[9] Termin „magnolot” bardziej odpowiada duchowi języka polskiego, niż „magnokraft”.
[10] Zob. J. Pająk – „Badania osób z nieuświadomionymi przeżyciami”, Dunedin, NZ, 1997 – na prawach rękopisu.
[11] W literaturze popularnej stosuje się angielski termin black-out, co można zastąpić polskim terminem zaciemnienie. 
[12] IUFO – Niewidzialny Nieznany Obiekt Latający – kategoria NOL-i niewidzialna dla nieuzbrojonego oka ludzkiego, a wykrywalna przy pomocy urządzeń technicznych, np. radar, kamery IR czy UV.
[13] Kazimierz Bzowski – wywiad dla „Czterech pór roku”, JEDYNKA Polskiego Radia w dn. 3.IV.1998 roku oraz Bronisław Rzepecki – oświadczenie w trakcie narady koordynacyjnej przy VI Środkowoeuropejskim Kongresie Ufologicznym w Koszycach, 28-30.XI.1997 roku.