niedziela, 29 czerwca 2014

W kryształowej dżungli Księżyca (4)



Ocean Burz – Galileusz F


Teri zmieniła kierunek jazdy i skręciliśmy niemal dokładnie na zachód, gdzie znajdował się wedle mapy niewielki krater oznaczony jako Galiaei F. Jechaliśmy poprzek niewielkiego garbu w kierunku krateru, którego nie widzieliśmy jeszcze na bliskim horyzoncie. Po przejechaniu trzydziestu kilometrów ujrzeliśmy wreszcie wał pierściennej góry, której średnica wynosiła około ośmiu kilometrów. 
- To coś wyleciało z tego kierunku – Teri ustawiła selenołaz dokładnie na namiarze z którego startował nieznany pojazd. 
- Tam raczej nie wjedziemy – powiedziałem – jest za stromo, a poza tym… 
Urwałem, bo naraz ujrzeliśmy białawy pas, jakby jaśniejszego podłoża.
- Droga? – Teri spojrzała na mnie z autentycznym zdumieniem. – Przecież to być nie może!
- A jednak jest, quod erat demonstrandum – uśmiechnąłem się krzywo. – Jedziemy zatem za tą drogą…

Teri bez słowa wprowadziła selenołaz na białawy pas i ruszyliśmy powoli. Nie chciałem ryzykować jakiegoś głupiego wypadku i dlatego wlekliśmy się trzydzieści na godzinę. Po kilkunastu minutach podjechaliśmy do wału kraterowego. Droga ostro skręciła i zaczęła się łagodnie wspinać po zewnętrznej ścianie wału. Teri spojrzała na mnie pytająco. Skinąłem głową na znak aprobaty. Skręciliśmy i zaczęliśmy się wspinać jadąc po gładkiej białawej wstędze szosy coraz wyżej i wyżej. 
- Co o tym sądzisz? – zapytałem.
- Księżyczanie – odparła. 
Tak nazywano hipotetycznych mieszkańców Srebrnego Globu, których ślady pobytu na Księżycu odkryto na Morzu Kryzysów, gdzie znajdowały się ruiny gigantycznego mostu i dwie drogi donikąd, na Sinus Medii w kraterze Ukerta, który wcale nie był kraterem, tylko sztucznie wzniesioną konstrukcją na księżycowej pustyni i w kilku innych miejscach… Jedna z ich konstrukcji, niemal półtorakilometrowa kryształowa iglica sterczała z Morza Spokoju, zaś druga o wysokości dwóch tysięcy sześciuset metrów leżała w gruzach na Mare Serenitatis… Ich przeznaczenie było nieznane. Jak wszystko, co pozostawili po sobie Księżyczanie. 

Po paru minutach droga wspięła się wreszcie na koronę kolistego wału i zaczęła spuszczać w dół, w kierunku kolistego dna krateru, gdzie znikła pod warstwami kosmicznego pyłu. Zatrzymaliśmy się bezradni zastanawiając się, co robić dalej. Pomógł nam przypadek. W pewnym momencie spojrzałem na niewyraźny w świetle Ziemi kontur górki centralnej krateru, gdzie coś błysnęło mi sinawym światłem, jakby Ziemia odbiła się w wielkim lustrze. 
- Jedziemy tam – wskazałem kierunek. Selenołaz ruszył i po przejechaniu dwóch kilometrów stanęliśmy u podnóża wzniesienia znajdującego się w centrum krateru. Im bliżej podjeżdżaliśmy, tym większe ogarniało nas zdumienie. Nie było to bowiem chaotyczne nagromadzenie skał, jak w innych kraterach, ale coś, co było rozmieszczone w przestrzeni podlegającej prawom matematyki i geometrii obcych ziemskim kanonom. Ogromne krystaliczne bryły przenikające się nawzajem w myśl jakiejś zasady obcej Euklidesowi i jego nauce. Patrzyliśmy jak urzeczeni na gigantyczne zrosty czarnych i fioletowych kryształów zawieszonych w przestrzeni na rogach i płaszczyznach jeszcze większych konglomeratów soczystego fioletu i smolistej czerni, sięgających zda się pod niebo rozjarzone miriadami gwiazd. Reflektory naszego pojazdu dawały światło, które wchłaniane przez szczoty i druzy krystaliczne znikało jakby wchłaniane w ich przepastną głębie, co powiększało jeszcze bardziej wrażenie kosmicznego horroru, który zaklęty w kryształ stał przed nami w postaci jakichś niemożliwych piramid egipskich, ustawionych w dynamicznych układach, zastygłych na wieki w próżni i mrozie…
- Niesamowite miejsce – wzdrygnąłem się. 
- Nikogo tutaj nie ma, detektory podczerwieni nie wskazują żadnych różnic temperatury. To ma taką samą temperaturę jak grunt – raportowała Teri. 
Jej spokojny głos jakby przełamał czar tego miejsca. Poczułem wdzięczność za jej obecność tutaj. Była robotem, ale teraz jedyna przyjazną istotą w tym gnieździe czarno-fioletowego horroru. Uśmiechnąłem się do tego porównania, bo w porównaniu z tym … tworem wszystkie te Drakule, Nosferatu - wampiry, strzygi, duchy i demony wymyślone przez ziemskich scenarzystów były jedynie śmiesznymi namiastkami tego, co czaiło się w pozałamywanych pod jakimiś niemożliwymi kątami czarnymi i fioletowymi płaszczyznami ostrosłupów i ich wierzchołkami wśród których oko błądziło nadaremnie poszukując czegoś znajomego…
- Miasto duchów – powiedziałem – demonów, Tych Dawnych…
- Raczej jakiś koncentrator energii – Teri mówiła to łagodnym, uspokajającym głosem. – I to energii promienistej – dodała patrząc na przyrządy.
- To jest radioaktywne? – zapytałem, bo ta informacja mnie zaintrygowała. 
- Niewiele, jakieś trzy – cztery najwyżej procenty ponad normę – oznajmiła. 
- No jasne – pomyślałem – gdyby promieniowały, to musiałyby być cieplejsze od otaczającej ich próżni i skał i to od razu wykryłaby Teri. To było oczywiste.
- Obejrzymy to sobie? – zapytałem. – Masz może ochotę rozprostować kości?
- Z przyjemnością – odpowiedziała lekkim tonem, jakbyśmy mieli pojechać na piknik gdzieś nad Lago di Como czy Morskie Oko. 

Włożyliśmy skafandry. Teri otworzyła właz i wyszliśmy na powierzchnię. Nasze buty zapadły się na jakieś cztery centymetry w niemal nieważki pył. Musiał bardzo długo opadać na powierzchnię Księżyca, by utworzyć taką warstwę. 
- Milion lat, dwa? – pomyślałem.
- Co najmniej dwa miliardy lat – powiedziała Teri jakby odpowiadając na moją myśl.
- To oznaczałoby, że to stoi już od dwóch miliardów lat? – zapytałem. – Kiedy na Ziemi nie było jeszcze życia?
- Na to wygląda – odpowiedziała. 
Podeszliśmy do najbliższej ściany. Wyciągnąłem rękę w centymetrowej grubości rękawicy, by nią dotknąć czarnej, krystalicznej ściany. 
- Nie!!! – Teri podbiła mi rękę. – Zwariowałeś? Najpierw ja. 
- E, tam babskie gadanie – mruknąłem, ale cofnąłem rękę. 
Teri powoli podeszła do krystalicznej ściany. Wyciągnęła obie ręce i położyła dłonie płasko na ścianie. Nic się nie stało. Odczekałem tak pół minuty. 
- No, możesz tego dotknąć. Nie ugryzie cię – powiedziała niemal wesoło i dodała – to jest martwe, przynajmniej nieaktywne… 

Ostrożnie dotknąłem czarnej przeźroczystej powierzchni. Była zadziwiająco gładka, jakby polerowana. 
- Co to jest? – zapytałem. 
- Krzem. Krzem z dodatkami metali i niemetali. Jest przeźroczysty i tak zabarwiony, bo podlegał długotrwałemu wpływowi promieniowania jonizującego. To jest po prostu ogromna druza ametystowa.
- No nie! To jest ogromny ametyst??? 
- Nie inaczej! 
- A do czego mógł służyć? Jakiś przetwornik czy generator energii?
- Tak – powiedziała z niezmąconym spokojem – energii elektrycznej.
- Zjawisko piezoelektryczne! – olśniło mnie – wykorzystywali zmiany pola grawitacyjnego Księżyca do wytwarzania energii elektrycznej! Sprytnie… 
- Hmmm… obawiam się, że było raczej na odwrót – rzekła Teri – ten kryształ był kiedyś monolitem, ale się rozpadł na mniejsze. Może walnął w niego meteoryt, w końcu w czasie dwóch miliardów lat może zdarzyć się niejedno, ale zmierzam do tego, że pod wpływem prądu wibrował on w określony sposób i zmieniało to właściwości materii Księżyca. 
W jednej chwili zrozumiałem wszystko. 
- Teri! To przecież… - zatkało mnie na moment – to jest pędnik! A właściwie degrawitator! On zmieniał przy pomocy wibracji prędkość elektronów na orbitach wokół jąder atomowych. Zasada antyprzyspieszenia wykorzystana w stosunku do całej planety! Mamy dowód na to, że Księżyc był kiedyś ogromnym statkiem kosmicznym poruszającym się z prędkościami ponadświetlnymi!

Błysk prawdy znokautował mnie. Usiadłem na chwilę gwałtownie oddychając, jak po ciężkiej walce. Prace nad antyprzyspieszeniem trwały od drugiej połowy dwudziestego wieku, kiedy to po raz pierwszy rzucono myśl o tym, by ominąć efekty Ogólnej i Szczególnej Teorii Względności i rozpędzać statki kosmiczne do prędkości hiperświetlnych.  
- Nie tak głęboko, bo dostaniesz hiperwentylacji – powiedziała Teri. – Uspokój się, bo ci to zaszkodzi. 
Skinąłem głową i podniosłem się z ziemi.
- Wracamy do zadania – powiedziała – musimy jeszcze pojechać do Łuny 9 i obejrzeć sobie ten Obiekt X na Planitia Descensus – Równinie Zstąpienia.
- Wiesz, gdzie to jest? – upewniłem się. 
Tym razem ona skinęła głową. Zajęliśmy miejsca w kokpicie selenołazu i ruszyliśmy w kierunku zachodniego „brzegu” Oceanu Burz.