sobota, 11 czerwca 2016

Kamczatka: Dolina Śmierci



Wulkan Kichpinycz


Nikołaj Michajłow


W Neapolu jest słynna Psia Grota, gdzie wydostający się spod ziemi dwutlenek węgla, który jest cięższy od powietrza, koncentruje się na półmetrowej wysokości – dlatego też grota ta jest nieszkodliwa dla ludzi i śmiertelnie niebezpieczna dla psów. (I innych czworonogów też – przyp. tłum.)

Na Kamczatce, na terenie Kronockiego Rezerwatu, położonego w okolicy wulkanu Kichpinycz (N 54°29’44” – E 160°15’06”, 1083 m n.p.m. – przyp. tłum.) znajduje się zadziwiające i złowrogie zarazem miejsce. Niższa terasa na zachodnim stoku wulkanu nosi nazwę Doliny Śmierci. Tam umiera wszystko, co żyje, nie ma traw nie ma drzew. Wypalona jak po pożarze, ziemia pokryta jest zwłokami zwierząt i ptaków. Czym można objaśnić tą śmierć zwierząt, które tu przychodzą - i zostają na zawsze?


Zając umarł w biegu


W legendach i podaniach narodów od dawna zamieszkujących Kamczatkę nierzadko wspomina się o jakiejś dolinie, w której ginie wszystko co żyje. Współczesnym ludziom to wydawało się jakimś wymysłem, nie związanym z rzeczywistością. 

Faktem jest, że ktoś wśród myśliwych twierdził, że w okolicy wulkanu Kichpinycz rzeczywiście istnieje miejsce, gdzie z nieznanych przyczyn błyskawicznie giną zwierzęta – ale i tym opowiadaniom nikt nie dawał wiary.

Ludzie nie wierzyli w istnienie takiej doliny – nie patrząc nawet na to, że znajduje się ona bezpośredniej bliskości do Doliny Gejzerów – jednego z najpopularniejszych miejsc na Kamczatce. Ponadto literalnie w odległości 300 m od Doliny Śmierci znajduje się murowany punkt widokowy dla turystów poruszających się po szlaku turystycznym od Doliny Gejzerów do wulkanu Uzon (N 54°29’44” – E 159°55’24”, 1446 m n.p.m.)

Dolina Śmierci


Otaczająca go okolica była uważana za bezpieczną i dobrze znaną. Niewielki obszar pokryty zwłokami padłych zwierząt odkryto w 1930 roku – i to najbardziej zwyczajnie. Łajki dwóch myśliwych pognały za zającem, a ten rzucił się do ucieczki w stronę wulkanu Kichpinych. Idąc w ślad za psami, myśliwi ujrzeli niewielką dolinę długą na jakieś 2 km i szeroką na 300 m. Ślady zawiodły ich do martwego zająca, obok którego leżały ich też już martwe psy. Myśliwi obejrzeli dolinę – i ujrzeli w niej całą masę nieżywych zwierząt: niedźwiedzi, rosomaków, ptaków lisów, polnych myszy… Ziemia pod nimi była całkiem naga, bez ani jednej trawki. Po kilku minutach przebywania w dolince, obaj myśliwi poczuli silne zawroty głowy i nudności – i pośpiesznie uciekli ze strasznego miejsca. 

Powróciwszy do wsi, opowiedzieli oni to, co się im przydarzyło i ostrzegli miejscowych, że chodzenie do doliny na zachodnim stoku wulkanu Kichpinycz jest wyjątkowo niebezpieczne. Stan zdrowia obu myśliwych szybko się pogorszył, oni długo chorowali, ale w rezultacie obaj przeżyli. 

Pogłoski o strasznej dolinie rychło rozeszły się po całym Związku Radzieckim. Nie zważając na zagrożenie, wielu entuzjastów pragnęło znaleźć i zbadać ją. Dziesiątki amatorskich ekspedycji, ze wszystkich stron kraju podążyło do tego miejsca w poszukiwaniu rozwiązania zagadki tych wydarzeń. Niektóre z nich nie wróciły do domu. Według obliczeń dalekowschodnich uczonych, w przedwojenne i powojenne lata w tej anomalnej strefie przebywało około 80 osób, przy czym wielu nie umarło w samej dolinie, ale po zakończeniu ekspedycji. Oni cierpieli na następujące symptomy: silny ból głowy i nudności, u nich podnosiła się i nie spadała temperatura ciała – w efekcie końcowym dochodziło do śmiertelnego zejścia.

[Odnośnie zatrucia dwutlenkiem węgla Wikipedia podaje, co następuje:
Zatrucie CO2 ma nieco odmienny charakter od zatruć innymi gazami takimi jak tlenek węgla, siarkowodór czy cyjanowodór. Polega zwykle na połączeniu zagrażającego życiu niedotlenienia (hipoksja) i hiperkapnii, a co za tym idzie powstającej kwasicy oddechowej. Przy znacznej hiperkapnii dochodzi do obrzęku mózgu i porażenia ośrodka oddechowego.
Przy oddychaniu powietrzem zawierającym dwutlenek węgla w małych stężeniach (poniżej 5% w powietrzu wdechowym) zwiększa się jego ciśnienie parcjalne we krwi (hiperkapnia), co powoduje uczucie duszności, niepokój, pobudzenie ośrodka oddechowego i zwiększenie częstości oddechów. Przy zwiększaniu się jego stężenia dochodzi do bólów i zawrotów głowy, szumu w uszach, zaburzeń postrzegania, tachykardii, nadmiernej potliwości i przekrwienia spojówek. Przy stężeniach powyżej 10% narasta duszność i osłabienie, pojawiają się omamy i zaburzenia świadomości do śpiączki włącznie oraz drgawki. Stężenia powyżej 20% powodują śmierć w ciągu kilkunastu minut, a powyżej 30% śmierć natychmiastową. Niedotlenienie i obrzęk mózgu mogą spowodować nieodwracalne zmiany w mózgu, mimo uratowania zatrutej osoby – uwaga tłum.]


Łańcuch śmierci


Profesjonalne badanie strasznej doliny rozpoczęło się w latach 70. ubiegłego wieku. W 1972 roku na terenie Kronockiego Rezerwatu odkryto źródła geotermalne, i jego pracownicy przystąpili do planowego badania całej miejscowości. W trzy lata później, Dolinę Śmierci ponownie odkryli niezależnie od siebie wulkanolog W. Leonow i leśniczy W. Kałjajew. Było to najciekawsze odkrycie geograficzne w rezerwacie. 

Uczeni założyli, że przyczyną masowej śmierci zwierząt i zatruć ludzi były trujące ekshalacje wulkaniczne, które uwalniały się przez szczeliny w skalnym podłożu. 

W latach 1975-1983 wulkanolodzy analizowali skład chemiczny gazów, a pracownicy Rezerwatu prowadzili regularne obserwacje padłych zwierząt. W ten właśnie sposób zbadano co najmniej 200 zwłok zwierząt i ptaków, wśród których najwięcej było przedstawicieli pomniejszych gatunków, takich jak ptaki z rodziny wróblowatych i myszowate gryzonie, ale znajdywało się także i większe zwierzęta.

Planowa i systematyczna praca naukowa przyniosła swe owoce: uczonym udało się ustalić, że czas śmierci zwierząt zgadza się z okresami, kiedy dolina oswabadza się od pokrywy śnieżnej (od maja do października). W dolinie ginęły przede wszystkim zwierzęta mięsożerne, zwłoki roślinożerców (susłów, zajęcy, kuropatw, i in.) spotykało się znacznie rzadziej, bowiem ze względu na brak roślinności okolica ta nie przyciągała ich uwagi.

Powstał swego rodzaju ekologiczny łańcuch. Wczesną wiosną ofiarami złowrogiej doliny stawały się małe gryzonie i ptaki wróblowate. Za nimi w śmiertelnie niebezpiecznym miejscu pojawiały się lisy, które zwęszyły łatwą zdobycz – i też ginęły. W ślad za nimi przybywały rosomaki, które też przychodziły do otwartego bufetu, ale dolina stawała się śmiercionośną także i dla nich. Do rozkładających się zwłok przylatywały wrony i birkuty – i je też czekał smutny los. Pozostało jedynie wyjaśnić, w jaki sposób dolina zabijała zwierzęta i ptaki.

Padły niedźwiedź - ofiara Doliny Śmierci



Gaz duszący


Wstępne badania wykazały, że śmierć zwierząt następowała wskutek wysokiego stężenia siarkowodoru (H2S) i dwutlenku węgla w atmosferze. Na to wskazywał nalot siarki na kamieniach wokoło.  

[Medonet.pl podaje następujące skutki zatrucia siarkowodorem: Działanie ogólne polega na blokowaniu tkankowych enzymów oddechowych oraz w małych stężeniach – na pobudzeniu, a potem porażeniu układu oddechowego (w dużych stężeniach dochodzi do natychmiastowego porażenia). W dużych stężeniach wskutek porażenia węchu brak ostrzegawczego sygnału, jakim jest przykra woń siarkowodoru. Przy małych stężeniach powstaje najpierw podrażnienie spojówek i rogówki oczu, objawy kataralne nosa, kaszel, mdłości, ślinienie, ból głowy, obniżenie ciśnienia tętniczego, przyspieszenie tętna; po dłużej trwającym narażeniu może wystąpić obrzęk płuc – uwaga tłum.] 

Ustalono, że Dolina Śmierci znajduje się na drodze wyrzutów gazowych strumieni z wielkich głębin Ziemi. W bezwietrzną pogodę gazy trujące gromadzą się w najniższych fragmentach reliefu terenu i ich koncentracja staje się niebezpieczna. Podobne zjawiska naturalne znajdują się i w innych miejscach naszej planety, w których występuje aktywność wulkaniczna. 

W USA, nieopodal Yellowstone N.P. jest miejsce nazwane Dead Canyon – Martwy Wąwóz. Tam regularnie giną niedźwiedzie grizzly. Na Jawie w Indonezji istnieje kilka miejsc podobnych do Doliny Śmierci, w których odnotowano śmierć zwierząt a nawet ludzi. w Rosji regularnie przypadki śmierci zwierząt zdarzają się na wyspie Usziszir w archipelagu Kuryli.

We wszystkich tych przypadkach przyczyna zgonu jest siarkowodór i dwutlenek węgla, które skupiają się w dolnych warstwach powietrza tuz przy ziemi.

Uczeni, którzy prowadzili badania w Dolinie Śmierci, zgodnie z instrukcja powinni pracować w maskach p. gaz. Ale niektórzy z nich nie przestrzegali tego środka ostrożności – i w rezultacie dostawali silnych bólów głowy, uczucie gorąca, zawroty głowy i słabość. Ale po wejściu na dobrze przewietrzony teren samopoczucie szybko wracało do normy. A prawda była taka, że pracując bez maski oni wchodzili wprost w strumienie wydobywającego się spod ziemi gazu. Mieli szczęście, że towarzyszący im ludzie szybko wyprowadzili ich z zatrutego terenu i udzielili im niezbędnej pomocy.

Krajobraz Kamczatki


Próżne próby ucieczki


Jednakże teoria śmierci zwierząt wskutek działania siarkowodoru i dwutlenku węgla nie wyjaśniała wszystkich faktów związanych ze zgubą zwierząt i ptaków. Przecież działanie tych środków trujących jest dostatecznie powolne. Zwierzęta, szczególnie duże, w tym czasie mogłyby uciec z zapowietrzonego terenu. Ale tak nie zawsze było! 

Naturalny łańcuch pokarmowy doprowadzał do śmierci wszystkie jego ogniwa. Kiedy pracownicy Rezerwatu zaczęli uprzątać padłe zwierzęta – łańcuch się urywał i przypadków śmierci było znacznie mniej. 

Uczeni doszli do wniosku, że pozostałości padłych zwierząt są równie niebezpieczne jak gazy, które je zabiły. Poza tym znaleziono ciała niedźwiedzi, które jak sądzono po znakach szczególnych, były w dolinie i wyszły z niej żywe. Ciała ich znaleziono w odległości kilku kilometrów od strasznego miejsca. Sekcja zwłok wykazała liczne krwotoki we wszystkich narządach wewnętrznych – czego nie stwierdza się w przypadkach zatruć siarkowodorem i dwutlenkiem węgla. 

Tylko w 1982 roku, uczeni wyjaśnili, że poza tymi dwoma gazami trującymi, w dolinie występują także opary chlorku cyjanu – CNCl. Ten gaz jest znany ze swych letalnych właściwości z czasów II Wojny Światowej, kiedy to zamierzano zastosować go jako broń masowego rażenia. 

[Niebezpieczne stężenie CNCl wynosi ok. 2500 ppb i jest toksyczny dla centralnego układu nerwowego, serca i płuc – uwaga tłum.]

Ale… wszystkie gazowe związki cyjanowe działają bardzo szybko, dlatego że przenikając do organizmu żywego stworzenia od razu blokują oddychanie komórkowe. W rezultacie tego śmierć następuje po kilku minutach czy nawet sekundach – w zależności od stężenia toksyny. W rezultacie tego masowe krwawienia wewnętrzne są charakterystyczne dla śmierci wskutek zatrucia cyjankami. 

Poza tym cyjanki znajdują się w organizmach padłych zwierząt i dlatego ich spożycie powoduje rychłą śmierć padlinożerców.


Nowe zagadki


Jednakże i to odkrycie nie daje pełnego obrazu tego, co ma miejsce w tajemniczej Dolinie Śmierci. 

Od razu powstaje pytanie: zatem dlaczego cyjanki nie działały na badaczy, którzy pracowali tam bez masek gazowych? Wiadomym jest, że chlorek cyjanu nawet w niewielkim stężeniu wywołuje silne łzawienie. Tym niemniej żaden z uczonych go nie doświadczał. 

Druga dziwna sprawa: cyjanki zabijają wszystko co żyje, w tej liczbie i mikroorganizmy. W dolinie znajduje się wiele zwłok zwierzęcych – ale wśród nich wiele w stanie rozkładu! A przecież to jest rezultat działania bakterii gnilnych, wywołujących proces rozkładu. Czyżby więc one były na to uodpornione? 

Poza tym niektóre zwłoki są obrane z mięsa do szkieletów. Kto to zrobił, skoro wskutek działania cyjanków w dolinie nie da się przeżyć nawet kilku minut? I tak naprawdę czy kamczacka Dolina Śmierci jest właśnie taką?

Póki co, dolina ta wciąż chroni swe tajemnice. I ten fenomen uczeni powinni wreszcie zbadać.


Moje 3 grosze


Przyznaję, że zagadka jest intrygująca. Ale nie jedyna na rosyjskiej ziemi. Tłumacząc ten tekst przypomniałem sobie, że coś podobnego już gdzieś czytałem i jakoż przypomniałem sobie opracowanie A. I. Wojciechowskiego pt. „Czto eto było. Tajna Podkamiennoj Tunguski”, Moskwa 1991, w którym pisze on o tajemniczej strefie anomalnej związanej z Tunguskim Ciałem Kosmicznym, a zwanej Diabelskim Cmentarzem. Pisze on tak:


3.11. Tajemnica „Diabelskiego Cmentarza”


W tajdze południowego Przyangarza, kilkaset kilometrów od Wanawary, z dala od ludzkich osiedli znajduje się unikalne i zagadkowe miejsce. Nieliczni mieszkańcy tych okolic nazywają to miejsce „polaną śmierci” albo „diabelskim cmentarzem”. Przytoczę tutaj kilka świadectw, by Czytelnik miał jakieś pojęcie o tym „miejscu zagłady”.

Jeszcze w kwietniu 1940 roku, w kieżemskiej rejonowej gazecie „Sowieckoje Priangarie” pojawiła się publikacja, w której mówi się o tym, że pewien myśliwy wiozący rejonowego agronoma przed wiosennymi zasiewami do wioski Karamyszewo, opowiadał mu o „czarcim cmentarzu”, które odnalazł jego dziadek nieopodal ścieżki zwierząt i obiecał pokazać tą „polankę” agronomowi. Oto, co pisała gazeta:
... obok niewysokiej góry pojawiła się ciemna łysina. Ziemia tam czarna i pulchna, ale nie porastała ja żadna roślinność. Na tę obnażoną ziemię położyli [oni] świeże, zielone gałązki sosny, a po kilku chwilach wzięli je z powrotem. Zielone gałązki zbrązowiały, jakby opalone ogniem. Igły sosnowe opadały przy najlżejszym dotknięciu... Wchodząc na skraj polany ludzie czuli w całym ciele dziwne bóle...

Przytoczę jeszcze opowiadanie S. N. Poljakowa ze wsi Karamyszewo:
Mój dziadek przebył 50 km i wyszedł na tą polankę. Łoś, którego tropił, wyskoczył na płaska część grzbietu górskiego, a potem wskoczył na polanę, gdzie na oczach dziadka padł i w chwile potem spłonął. Był to bardzo silny żar. Dziadek wrócił natychmiast do domu i opowiedział o wszystkim  swej rodzinie.

W miesięczniku „Tiechnika Mołodioży” nr 8,1983 ujrzały światło dzienne materiały M. Panowa i W. Żurawliewa właśnie na temat „czartowskiego cmentarza”. Michaił Panow przekazuje w nim zasłyszane jeszcze przed wojną opowiadanie myśliwego, który przebywał na tzw. „diabelskim cmentarzu”:
 To jest duża, bardzo duża, o średnicy jakichś 200 metrów polana, która wzbudzała lęk. Na gołej ziemi gdzieniegdzie leżały trupy zwierząt, ich kości, i nawet ptaki! Zwisające nad polaną gałęzie drzew były zwęglone, jakby od pożaru. Polana była całkiem czysta od jakiejkolwiek roślinności.  Psy, które przebywały na niej wszystkiego kilka minut, przestały jeść i stały się osowiałe.

Do tego trzeba dodać, że mięso zwierząt, które zginęły na polanie przybierało jaskrawo-pąsową barwę.

Dr Wiktor Żurawliew, który jest członkiem Komisji ds. Meteorytów Syberyjskiego Oddziału AN ZSRR potwierdza, że istnieje niemało niezależnych od siebie relacji o istnieniu „miejsca zagłady” w dolinie rzeki Kowy.

A oto możliwa interpretacja tego zjawiska przyrody i pochodzenia „czartowskiego cmentarza” podana przezeń:
Na tym miejscu, w głębinach Ziemi powstał ogromny pożar węgla kamiennego, który z braku dostępu powietrza wytwarza duże ilości tlenku węgla - CO - czyli czadu, niezwykle toksycznego dla ludzi i zwierząt. Gaz ten wydobywa się właśnie na tej polanie. Zwierzęta bez tlenu szybko giną, a ich tkanki wskutek reakcji chemicznej z tym gazem przybierają pąsową - różową barwę.[1]

No tak, ale ulatnianiem się lżejszego od powietrza tlenku węgla trudno jest wytłumaczyć osobliwości „diabelskiego cmentarza”, podobnie jak ostro zarysowane granice strefy letalnego działania, a co najważniejsze - szybkość, z jaką strefa ta zabija żywe organizmy - a co najważniejsze - ta cała „polana śmierci” nie znajduje się w rozpadlinie terenu, ale na stoku spadzistej sopki![2] Osobliwości „polany zagłady” można łatwo wytłumaczyć, jak twierdzą niektórzy uczeni - jeżeli założymy, że znajduje się tam źródło promieniowania elektromagnetycznego albo szybkozmiennego pola magnetycznego. Ale co do tego ma Tunguski Meteoryt? Okazuje się, że ma!

W połowie lat 80. w gazecie „Komsomolec Uzbekistana” A. Simonow - pracownik naukowy NII Wydziału Fizyki TGU i S. Simonow - pracownik GMI Uzbeckiej SSR[3] opublikowali swoją hipotezę o pochodzeniu Tunguskiego Fenomenu. Uczeni ci uważają, że:
...TM przyleciał z południa i leciał na północ, lecąc namagnesowywał się coraz bardziej dzięki <<efektowi dynamo>>. Lot w atmosferze Ziemi powodował nagrzewanie się i jonizację powietrza opływającego meteorytowe ciało. Przecięte potokami zjonizowanego powietrza linie sił pola magnetycznego wytworzyły w jego gazowej - a właściwie plazmatycznej - otoczce elektryczne i magnetyczne efekty hydrodynamiczne[4], co miało ważki wpływ na ruch meteorytu w atmosferze naszej planety.

Kiedy TM wleciał w niższe i gęstsze warstwy atmosfery, strumienie powietrza zdarły z niego plazmatyczne <<okrycie>> i meteoryt, który zachował małą cząstkę swej prędkości początkowej, spadł gdzieś w głębiny tajgi południowego Priangaria, a sam plazmid - składający się ze zgęstka wysokozjonizowanego powietrza i pól elektromagnetycznych, po oderwaniu się od swojego <<rodzica>> - meteorytu - stał się ogromną błyskawicą kulistą.

Jaki był dalszy los plazmidu? Wydarzenia z 1908 roku przebiegały w nie całkiem zwyczajnym miejscu Ziemi, bo na terenach Wschodnio-syberyjskiej Anomalii Magnetycznej o planetarnej skali. <<Namagnesowany>> plazmatyczny obłok zaczął się poruszać w kierunku bieguna tejże anomalii. Przez 350 km lotu plazmid natknął się na anomalię magnetyczną krateru paleo-wulkanu, który był czynny miliony lat temu. Jego komin wchodzący głęboko w ziemię - aż do oceanu magmy w astenosferze - odegrał tu rolę <<piorunochronu>>, nad którym wyładował się z elektryczności powodując wybuch i wywał drzew tajgi...

 To jest oczywiście tylko hipoteza, ale daje ona nadzieję na znalezienie meteorytu, o ile takowy istnieje. Być może TM mógł „wypaść” na dół lub w bok trajektorii i miejsce jego spoczynku można namierzyć badając anomalie magnetyczne lub inne o niezwykłych właściwościach - np. grawitacyjne.

Aby upewnić się w prawidłowości swych domysłów, A. Simonow zorganizował w 1986 roku ekspedycję w rejon rzeki Kowa, gdzie - według jego szacunków - powinien upaść meteoryt. Jego radości nie było końca, kiedy usłyszał tam historie o „diabelskim cmentarzysku”, nie mogło być lepszego potwierdzenia! Żeby go znaleźć, rozpytywał on o nie wszystkich staruszków, jacy stawali mu na drodze, a z ich opowiadań złożył on obraz, i - niestety - była to mozaika!... ani tej, ani   żadnej   innej   ekspedycji nie udało się znaleźć „diabelskiego cmentarza”.[5]

A. i S. Simonowowie tak wyjaśnili osobliwości „polany śmierci”:
... istoty żywe są zabijane przez szybkozmienne pola magnetyczne. Jak uczy nas biologia, istnieje pewien przedział tolerancji prądu elektrycznego przepływającego przez krew, po przekroczeniu której rozkłada się ona elektrolitycznie. Zwierzęta, które zginęły na <<polanie śmierci>> miały wnętrzności w kolorze różowym, co świadczy o nasileniu przepływu kapilarnego krwi tuż przed zgonem, a ten ostatni następował wskutek masowej trombocytozy. Koncepcja przemiennego pola magnetycznego na <<polanie zagłady>> bardzo dużo wyjaśnia: szybkość śmierci, wpływ nawet na przelatujące ptaki, itp.

I tak zagadkowa polana pozostaje nieodnalezioną. Poszukiwacze obrabiają otrzymane dane i marzą o nowych ekspedycjach.

I tak jest nadal, mimo tego, że mamy już rok 2016, a w Rosji wiele rzeczy się zmieniło i ekspedycje mogą wchodzić w tajgę bez większych problemów administracyjnych…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 36/2015, ss. 36-37
Przekład z j. rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz                              


[1]  U człowieka występują różowe plamy opadowe wskutek reakcji przenoszącego tlen składnika krwi - hemoglobiny z tlenkiem węgla, co daje karbooksyhemoglobinę zamiast oksyhemoglobiny. Podobnie jest w przypadku zatrucia gazem świetlnym.
[2] Sopka (ros.) - niewielki stożek wulkaniczny.
[3] Dzisiaj Uzbekistanu.
[4] Tzw. efekt MHD.
[5] Sprawę tajemniczych miejsc na Syberii odgrzał pod koniec XX wieku dr Walerij Uwarow publikujący na łamach niemieckich i brytyjskich czasopism ufologicznych. To właśnie on opisał podobną sprawę tajemniczych konstrukcji w Jakucji, które okazały się być poligonem atomowym i kosmodromem wybudowanym jeszcze w czasach ZSRR, a dokładniej pod koniec lat 50 w dorzeczu rzeki Wiluj. Dziś znajduje się tam zrzutowisko boosterów rakiet odpalanych z kosmodromu wojskowego w Pliesiecku k./Archangielska. Tematykę tychże konstrukcji podjął w 2000 roku inny Rosjanin - dr Walentin Psałomszczikow na łamach czasopisma „Kalejdoskop NLO”. Artykuły obu autorów są dostępne w internetowej witrynie KKK oraz czasopismach: „Nieznany Świat” i „Czas UFO”.