wtorek, 30 sierpnia 2016

Księżycowe tsunami





Andriej Lieszukonskij


Ludzkość planowała rozpoczęcie kolonizacji Srebrnego Globu w 2030 roku. Jeszcze całkiem niedawno o takich planach mówiły głośno Rosja i Chiny. Niestety, na drodze kolonistów stanęły problemy – i to nie tylko polityczno-ekonomiczne. Jak całkiem niedawno wyjaśnili uczeni, pole grawitacyjne Ziemi powoduje na powierzchni naszego naturalnego satelity globalne trzęsienia ziemi, które całkiem realnie, staną się poważnym problemem dla Ludzkości.

Kratery Arystarch i Herodot oraz Dolina Schroetrera - ogromne pęknięcie w skorupie księżycowej prawdopodobnie sejsmicznego pochodzenia...
 

Słabe, ale niebezpieczne


Badania sejsmicznej aktywności Księżyca zaczęły się jeszcze w latach 70. Misje Apollo lądujące na powierzchni Srebrnego Globu pozostawiły tam sejsmografy, które w ciągu wielu następnych lat przekazywały dane na Ziemię. W rezultacie tego uczeni wydali werdykt: Księżyc wcale nie jest martwym kęsem kamienia – jest on sejsmicznie aktywny!

Specjaliści wyróżnili zatem cztery typy trzęsień Księżyca:

  • Wibracje od uderzeń meteoroidów,
  • Wibracje termiczne (spowodowane nagrzewaniem powierzchni Księżyca przez Słońce);
  • Głębokie kołysania zrodzone na głębokości 700 km – lekkie i nieszkodliwe;
  • Ale najbardziej niebezpieczny jest czwarty typ wstrząsów, których epicentra znajdują się na głębokości 20-30 km pod powierzchnią. Biorąc pod uwagę fakt, że najsilniejsze z nich sięgają 5,5°R, to są one bardziej niebezpieczne od swych analogów na Ziemi.



 Dolina Schoetera widziana pod różnymi kątami i w różnym oświetleniu (NASA, JAXA)


Cały problem w wodzie


Rzecz w tym, że trzęsienia ziemi na Księżycu znacznie przewyższają swe ziemskie odpowiedniki. Najsilniejsze trzęsienia ziemi rzadko kiedy trwają dłużej niż 2 minuty. Winna temu jest woda, przenikająca glebę i skały, która szybko uspokaja kołysanie. Na naturalnym satelicie naszej planety, jak wiadomo, mamy brak wody i dlatego trzęsienia Księżyca trwają tak długo – przez wiele minut. Cały Srebrny Glob w takie momenty drży na podobieństwo kamertonu. 

Takie długie wstrząsy podziemne gruntu księżycowego mogą stanowić poważne zagrożenie dla ziemskich kolonii. Dla modułów mieszkalnych i laboratoriów naukowych należałoby opracować specjalnie elastyczny materiał budowlany. W przeciwnym wypadku w ścianach budynków powstaną szczeliny, przez które będzie uciekało drogocenne powietrze.


Niebezpieczna grawitacja


Ale nie tylko „księżycowy kamerton” przedstawia główne zagrożenie dla kolonistów. Szczególnie niebezpieczna dla ludzi próbujących skolonizować Księżyc jest nasza matka-Ziemia. Niedawno uczeni przeanalizowali dane z aparatu kosmicznego LRO. Ta stacja kosmiczna wystrzelona przez NASA znajduje się na orbicie Księżyca od 2009 roku. Uczeni doszli do wniosku, że Ziemia wywiera na Księżyc potężny wpływ grawitacyjny. 

Przyciąganie księżycowe może wywołać na Ziemi przypływy i odpływy, a ziemska grawitacja unosi na powierzchni Księżyca ogromne płaszczyzny jego skorupy. W rezultacie tego, na Srebrnym Globie pojawia się coś w rodzaju księżycowego tsunami z twardych skał, sięgające dziesiątków kilometrów szerokości i kilku metrów wysokości. Specjaliści naliczyli 14 takich obiektów, powstałych całkiem niedawno i wciąż się rozwijających. Można sobie tylko wyobrazić, jak niebezpieczna jest sejsmiczna aktywność w tych rejonach i co mogłoby się dziać z Ziemianami, którzy założyliby swe kolonie w strefach powstania tsunami. Wszystkie budowle byłyby zniszczone lub co najmniej uszkodzone, a ludzie by po prostu zginęli. 

Tak zatem wygląda na to, że Księżyc, do którego wystarczy wyciągnąć rękę, wciąż ma w zanadrzu tego rodzaju niespodzianki dla tych, którzy będą chcieli jego skolonizować. Być może właśnie dlatego Amerykanie przenieśli swe zainteresowanie na dalekiego, ale o wiele spokojniejszego Marsa…?


Moje 3 grosze




A dla mnie te wszystkie trzęsienia gruntu księżycowego i grawitacyjne tsunami mogą stanowić wyjaśnienie fenomenów, które obserwujemy na Księżycu od czasu wynalezienia lunety, a które opisał swego czasu dr Miloš Jesenský w swej książce pt. „Nie jesteśmy pierwsi na Księżycu” (Ústi n./Labem 2002) i referacie pt. „Życie na Księżycu” cytowanym na stronie http://hyboriana.blogspot.com/2012/06/bolid-syberyjski-25.html, który polecam Czytelnikowi.


 Krater Reiner i formacja Reiner Gamma
Reiner Gamma - możliwy wysięk wody z głębszych warstw skorupy księżycowej, albo księżycowego wszechoceanu wewnętrznego...

 Księżycowy krater Alphonsus emitujący z centralnej górki dwutlenek węgla i parę wodną. Kółeczkiem zaznaczono miejsce twardego lądowania aparatu kosmicznego Ranger-9


Jednakże jest jeszcze drugie dno tego zagadnienia i być może właśnie duża ilość wody w jądrze Księżyca, taki księżycowy wszechocean może być przyczyną takich długich trzęsień Srebrnego Globu. Podobnie rzecz się ma z grą pól grawitacyjnych Ziemi i naszego naturalnego satelity, która powoduje powstawanie takich księżycowych tsunami. Co więcej – pod skorupą księżycową mogą znajdować się ogromne ilości wody, która wycieka, sublimuje i osadza sole, zaś w nocy zamarza tworząc szron… Opisał tą hipotezę Daniel Laskowski w swym opowiadaniu „W kryształowej dżungli Księżyca” - http://wszechocean.blogspot.com/2014/06/w-krysztaowej-dzungli-ksiezyca-1.html i dalsze. 


Tak czy inaczej, temat jest wciąż otwarty.
  

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 44/2015, s. 3
Przekład z j. rosyjskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz  

sobota, 27 sierpnia 2016

TTIP: koniec suwerenności państw narodowych





Sir Julian Rose


„TTIP jawi się jako projekt polityczny transatlantyckiej elity korporacyjnej i politycznej, który na bazie bezzasadnej obietnicy zwiększenia handlu i miejsc pracy będzie próbował odwrócić zapisy ochronne dotyczące kwestii społecznych i środowiska, przesunąć prawa obywateli na korporacje oraz skonsolidować globalne przywództwo Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej w zmieniającym się porządku na świecie” (Seattle to Brussels Network).

TTIP to akronim oznaczający Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Sama nazwa brzmi niewinnie, ale rzeczywistość, jaka się pod nią kryje,  nie ma nic wspólnego z niewinnością. TTIP to próba stworzenia „wspólnego rynku” ze Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Jak gdyby przestał istnieć Ocean Atlantycki. W efekcie będzie to oznaczać, że instytucje i obywatele Europy nie będą mieli nic do powiedzenia w kwestii produktów, jakie ponadnarodowe i wielonarodowe korporacje ze Stanów Zjednoczonych zechcą dostarczać do europejskich brzegów.

Celem tego „partnerstwa” jest ułatwienie daleko idącej kontroli rynku międzynarodowego przez korporacje oraz otworzenie w przeważającej mierze zamkniętych (ale bynajmniej nie na klucz) europejskich drzwi na uprawy i nasiona GMO.

W czasie gdy próbuje się wprowadzić tą korporacyjną platformę handlową, trwają negocjacje odnośnie podobnej umowy pomiędzy Kanadą a Unią Europejską, pod nazwą „Kompleksowa umowa gospodarczo-handlowa” (CETA). Jak gdyby tego było mało, zapowiada się również dalsze znoszenie ceł poprzez TiSA – porozumienie mające na celu szeroką liberalizację warunków handlowych, będące bezpośrednią kontynuacją porozumienia GATS podpisanego przez Światową Organizację Handlu. Jest jeszcze przyjazny dla korporacji „Codex Alimentarius,” określający wymogi sanitarne i higieniczne. Codex zagraża szczególnie nasionom lokalnym oraz ziołom leczniczym. Jeśli negocjacje odnośnie TTIP będą kontynuowane, pojawi się znacznie więcej zagrożeń.

Widzimy więc jasno, że zapowiada się bardzo niebezpieczna ingerencja w i tak już nieszczelny system kontroli rynku eksportu i importu. Z podtekstów wyłaniają się plany masowego podporządkowania sobie przez korporacje wszystkich obecnych porozumień handlowych oraz systemów kontroli jakości żywności, jakie istnieją aktualnie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi oraz Unią Europejską.

Ogromne znaczenie ma fakt, iż obecne negocjacje odbywają się w trybie tajnym. Opinia publiczna kompletnie nie ma pojęcia o tym, co się dzieje za jej plecami. A efekty bardzo poważnie dotkną przecież nas wszystkich.

Negocjatorzy korporacyjni żądają „prawa do prywatności” z uwagi na „delikatny charakter” negocjacji. Żądanie to jest o tyle oburzające, że cały program odbywa się trybie, który raczej przywodzi na myśl faszyzm niż demokrację.

Kluczowym elementem, ale tak naprawdę jednym z setek wysoce kontrowersyjnych propozycji TTIP są działania zmierzające do deregulacji statusu, jaki obecnie ma import genetycznie zmodyfikowanych nasion i roślin i ich uprawa na europejskich glebach.

Potrzeba determinacji i wysiłku wszystkich, którym zależy na prawdziwej żywności i rolnictwie, by powstrzymać najbardziej podstępne próby pokonania europejskiego oporu wobec genetycznie zmodyfikowanych organizmów, a w szczególności stosowania nasion GMO w rolnictwie, co mogłoby doprowadzić do upraw GMO na terenach, które aż do teraz przeciwstawiały się korporacyjnej inwazji GMO.

Do chwili obecnej Unia Europejska dopuściła do uprawy na swoim terytorium tylko jedną odmianę genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy (MON 810) oraz jedną odmianę ziemniaka (Amflora) do przemysłowej produkcji skrobi. Do chwili obecnej również polityka Unii odnośnie GMO i innych kontrowersyjnych produktów żywnościowych była bardzo restrykcyjna z uwagi na presję ze strony opinii publicznej, a także z uwagi na mającą szeroki zakres „zasadę ostrożności”. Jasne jest, że wiodące korporacje próbują za wszelką cenę obejść lub osłabić rozsądne zabezpieczenia, jakie zapewnia „zasada ostrożności.”

Jeśli blokuje się korporacje, żądają one prawa do pociągnięcia rządów i instytucji na drogę sądową za „naruszanie zasad międzynarodowego wolnego handlu.” Takie procedury nie są niczym nowym, ale pomysł stworzenia takich zapisów w międzynarodowej umowie handlowej wzbudza spore kontrowersje. Dla przykładu, jeden z wiodących szwedzkich koncernów energetycznych chce uzyskać na drodze sądowej miliardy euro odszkodowania od rządu niemieckiego za zakaz budowy elektrowni jądrowych wydany przez rząd Angeli Merkel.

Aby jeszcze bardziej wzmocnić i tak już drakońskie nadużywanie polityki siły, sprawy sądowe mają być tajne i mają odbywać się w sądzie w Waszyngtonie. Takie tajne sądy działają już w Wielkiej Brytanii, a odbywają się w nich procesy w „sprawach delikatnych” bez udziału opinii publicznej oraz bez udostępniania jakichkolwiek raportów. Mamy tu orwellowski system kontroli w pełni, likwidujący całe dekady ciężko wypracowanych swobód obywatelskich.

Tajne sądy to kluczowy punkt TTIP. A przecież zwyczajne sądy są jak najbardziej w stanie rozsądzać spory w przemyśle, jakie mogą powstać w związku z wątpliwymi umowami handlowymi. Jasne jest więc, że próbuje się tutaj przekroczyć zasady prawa. Porozumienia mają być zawierane poza kontrolą opinii publicznej, a rozprawy sądowe mają odbywać się w trybie prywatnym. Takie zamiary można śmiało określić, jako przestępcze.

Niesłabnący charakter tej neokapitalistycznej i korporacyjnej centralizacji władzy powoduje duży opór. „Opozycja w Europie wobec transatlantyckiego wolnego handlu osiągnęła duże rozmiary. Petycję przeciwko porozumieniu handlowemu podpisało ponad milion osób na początku 2015 roku” (The Guardian). W chwili obecnej liczba osób, które podpisały petycję przeciwko TTIP, przekroczyła już 3 miliony.

Nie sposób omówić tutaj całej gamy kontrowersji handlowych, które poruszane są w negocjacjach, dlatego skupię się tylko na jednym elemencie: implikacjach, jakie TTIP może wnieść w dziedzinie żywności i rolnictwa. Niemniej jednak należy pamiętać o prawdziwych intencjach, jakie kryją się pod wszystkimi aspektami tych nikczemnych umów handlowych.

Jako wstęp do TTIP, unijna Rada ds Środowiska przegłosowała w styczniu 2015 roku dużą zmianę w dziedzinie prawodawstwa odnośnie GMO. Po wielu latach braku zgody pomiędzy państwami członkowskimi UE odnośnie kwestii GMO, która doprowadziła do impasu negocjacyjnego, to kontrowersyjne porozumienie przeniosło procedury decyzyjne odnośnie GMO z Brukseli na państwa członkowskie Unii.

Zmiana ta daje w międzyczasie zielone światło rządom opowiadającym się za GMO na uprawy roślin GMO, a kraje, które opowiadają się przeciwko GMO, mogą przedstawić argumenty zdrowotne i środowiskowe potwierdzające zasadność zakazu upraw GMO. W pierwszej wersji tego porozumienia kraje, które chciały zablokować uprawy GMO, zostały wezwane do tego, by uzyskały zgodę na zakaz takich upraw od korporacji, które chcą je wprowadzić! Propozycja ta, która w bezprecedensowy sposób foruje korporacje, przypomina korporacyjny program propozycji umów handlowych TTIP i CETA.

Na szczęście na skutek mocnego sprzeciwu opinii publicznej, zapis ten porzucono (11 listopad 2014, Komisja Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności).

Niemniej jednak, zapala się przed nami mocne światło ostrzegawcze. Po pierwsze, z uwagi na przeniesienie przez Komisję Europejską „prawa do decydowania” na kraje członkowskie, a po drugie z uwagi na TTIP, którego ratyfikacja pozwoliłaby na nieograniczone wprowadzanie na rynek europejski upraw i nasion GMO, które obecnie są zabronione, a także różnych produktów zwierzęcych zawierających leki, takich jak na przykład wołowina ze Stanów Zjednoczonych wzbogacona hormonami, nabiał zawierający sztuczny hormon wzrostu (somatotropina bydlęca) czy kurczaki myte chlorem. W procesie tym obchodzi się „zasadę ostrożności” oraz opinię Europejskiego Urzędu ds Bezpieczeństwa Żywności na temat takich produktów.

Jeżeli dojdzie do pełnej ratyfikacji TTIP, doprowadzi to w efekcie do zniesienia wszelkich różnic w prawie  handlowym pomiędzy Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. Mówiąc żargonem korporacyjnym, takie różnice „zakłócają handel.” TTIP może być również wykorzystane do przeprowadzenia ataku na regionalne inicjatywy związane z żywnością w Stanach Zjednoczonych, takie jak na przykład prawo „preferencji lokalnej” na poziomie stanowym. TTIP wzywa do „wzajemnego uznawania” pomiędzy blokami handlowymi, co oznacza obniżenie standardów, a następnie narzucenie tych standardów na oba kontynenty.

Grupy konsumenckie uznały już, że wzajemne uznawanie standardów nie jest akceptowalne, ponieważ wymaga, by co najmniej jedna strona zaakceptowała żywność, która nie spełnia aktualnie przyjętych standardów. Mówiąc prościej, presja, by Europa „usunęła nieścisłości,” będzie bardzo silna i dużo bardziej prawdopodobna niż przeciwny kierunek, czyli podniesienie standardów w Stanach Zjednoczonych.

Sformułowania w stylu „harmonizacja” czy „współpraca w zakresie regulacji” często padają w żargonie TTIP. W efekcie jednak wszystko zmierza w jednym kierunku: w dół... do najniższego wspólnego mianownika.

Corporate Europe Observatory komentuje to w następujących słowach:
„Zgodnie z rozdziałem TTIP na temat „współpracy w zakresie regulacji”, wszelkie środki, które w przyszłości mogłyby prowadzić nas w stronę bardziej zrównoważonego systemu żywieniowego, mogłyby zostać uznane za „bariery dla handlu” i na tej podstawie odrzucone, zanim ujrzą światło dzienne.”

Obecny polski zakaz nasion GMO najprawdopodobniej przestanie istnieć, jeśli TTIP stanie się częścią prawa Unii Europejskiej. Chroniona, dobrej jakości żywność, jak na przykład oscypek, również znajdzie się na linii ognia. Także rolnictwo ekologiczne stanie pod znakiem zapytania, jako że obowiązujące w nim standardy zostaną z dużym prawdopodobieństwem uznane za „nadmiernie restrykcyjne.”

Duże grupy biznesowe, jak na przykład BUSINESSEUROPE (Konfederacja Europejskiego Biznesu) oraz  US Chamber of Commerce próbowały przeforsowywać ten scenariusz korporacyjnego lobby nawet przed rozpoczęciem negocjacji pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. W kwestii współpracy w zakresie regulacji chcą one współtworzyć przepisy oraz ustanowić na stałe dialog pomiędzy Unią a Stanami, by dążyć do „harmonizacji standardów” po podpisaniu TTIP.

Oznacza to, że nie będzie praktycznie żadnych sieci bezpieczeństwa ani nadzoru opinii publicznej, które mogłyby spowolnić lub zatrzymać nowe, wysoce kontrowersyjne nasiona GMO przed trafieniem na europejskie pola oraz stoły.

Jednym z najmocniejszych głosów opowiadającym się za realizacją celów TTIP jest były polski premier, Donald Tusk. Jak donosi The Guardian, „Obejmując w tym tygodniu stanowisko jako nowy Przewodniczący Rady Europejskiej, który przewodzi szczytom oraz prowadzi mediacje pomiędzy przywódcami krajów, były premier Polski, Donald Tusk wybrał TTIP, jako swój główny priorytet na następny rok” (08/12/2014).

Już wcześniej, jako premier Polski, Donald Tusk pokazywał swoje poparcie dla dużych firm, wspierając strategie wyprzedaży najbardziej produktywnej polskiej ziemi zagranicznym podmiotom, które oferowały najwyższą stawkę, jednocześnie starając się przypodobać wielkim szefom Komisji Europejskiej. Tusk jest współwinny, a nawet można by powiedzieć, że jest wiodącym głosem opowiadającym się za centralizacją władzy politycznej w Brukseli i stopniowym znoszeniem suwerenności narodowej – prawa do tego, by kraje decydowały o swojej własnej przyszłości i miały na nią wpływ.

Z dużym zaskoczeniem obserwujemy teraz, że PiS również promuje TTIP, jak gdyby porozumienie było czymś wspaniałym, co doprowadzi do dobrego. Nic, jak widzimy, nie może być dalsze od prawdy. Bez możliwości ochrony rynku przed nieograniczonym handlem globalnym, znajdująca się obecnie w dobrej kondycji polska gospodarka będzie bardzo zagrożona. Minister finansów może się mocno zdziwić, jeśli nagle odkryje, że stracił zupełnie kontrolę nad przyszłością polityki gospodarczej swojego kraju.

TTIP i CETA stanowią doskonałą broń do długo planowanego zniesienia suwerenności narodowej. Negocjatorzy biznesowi, lobbyści pro GMO, duże związki rolnicze (jak na przykład COPA COGECA), firmy agrochemiczne oraz giganci przemysłu żywieniowego wszyscy uczestniczą w tej grze i posiadają silne grupy lobbystów, które forsują TTIP. Ich poglądy na temat tego, co oznacza „współpraca”, najlepiej podsumowuje następujące stwierdzenie: „System współpracy w zakresie regulacji mógłby zapobiec „złym decyzjom” - w ten sposób uniknęlibyśmy później konieczności występowania na drogę sądową przeciwko rządom” (Corporate Europe Observatory).

Te „złe decyzje” to jakiekolwiek próby powstrzymania przez rządy jawnego sięgania po władzę, które jest typowe dla hierarchii korporacyjnej. Na przykład Syngenta i Bayer, giganci biotechnologiczni i agrochemiczni, postanowili zaskarżyć do sądu decyzję Komisji Europejskiej wprowadzającą częściowy zakaz dla środków owadobójczych z rodziny neonikotynoidów z uwagi na ich zabójczy wpływ na pszczoły.

Powiedzmy sobie jednak jasno – Unia Europejska stanęła w obronie pszczół tylko ze względu na silną presję ze strony opinii publicznej. Gdyby korzystała tylko ze swoich narzędzi, nie byłoby różnicy pomiędzy nią a korporacyjną kliką, która przebija się przez korytarze władzy w Komisji Europejskiej i Parlamencie Europejskim

Głównym celem „współpracy w zakresie regulacji” pomiędzy przemysłem Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej jest nieprzerwany „stały dialog” (zwany „żywym porozumieniem”), który w efekcie doprowadzi do tego, że TTIP stanie się w dużej mierze mało znaczące. Mało znaczące, ponieważ dialog ten może obejść porażkę TTIP, by zdobyć ustępstwa w standardach dotyczących żywności oraz środowiska, koncentrując się na „wdrażaniu przepisów” a nie na ciężkim zadaniu zmiany „prawa” samego w sobie. Majstrowanie przy „wdrażaniu przepisów” to kolejny sposób na wprowadzenie do powszechnych praw w handlu ustępstw przyjaznych dla korporacji.

Zapewnienia ze strony negocjatorów z Unii i Stanów Zjednoczonych, że „standardy obowiązujące w żywności nie obniżą się” brzmią bardzo podejrzanie. Rolnicy powinni mieć świadomość, że dzięki TTIP dopuszczony będzie najprawdopodobniej import towarów niespełniających lokalnych standardów, co zagrozi krajowym dziedzinom handlu w rolnictwie. To dotyczy szerokiego spektrum  dziedzin i obejmuje również GMO. Według Corporate Europe Observatory, „Zbieżność przepisów fundamentalnie zmieni sposób, w jaki będzie w przyszłości tworzona polityka, a jeśli im się to uda, za stołem zasiadać będą przedstawiciele przemysłu.”

Jeśli im się to uda.

Wszystkie partie polityczne, organizacje oraz osoby, którym zależy na utrzymaniu Europy w dużej mierze wolnej od GMO, a także na zachowaniu prawdziwej, zdrowej żywności oraz ekologicznych metod jej wytwarzania, powinny natychmiast zaangażować się w proces zatrzymania TTIP, aby nie padła ostatnia linia obrony przed całkowitym przejęciem łańcucha żywieniowego przez korporacje.




Komentarz Czytelnika


Bardzo dobry tekst sir Juliana Rose’a. Trudno się o coś przyczepić. Sprawa TTIP bulwersuje osoby inteligentne, ponieważ porozumienia nie mają być, lecz powiedzmy to sobie otwarcie, są zawierane poza kontrolą opinii publicznej. Już chociażby to jest zastanawiające. Alarmujące! Lecz należałoby użyć ostrzejszych słów.

Aczkolwiek możemy polemizować z tym tekstem na temat tzw. ekologicznej żywności wytwarzanej w Polsce. Wielu rolników nie stać na drogie zagraniczne pestycydy. Krótko pisząc, nasza ekologiczna żywność jest taka, ze względu na ponoszone koszta. Oczywiście są rolnicy z ogromnymi areałami ziemi, których i na to stać. Większość jednak to rolnicy z kilkoma hektarami.

Jednakże na portalu pt. „Krytyka polityczna”, w tekście autorstwa Jakuba Dymka o TTIP, znalazłem taką oto uwagę: „Można jeszcze dodać, że z TTIP jest po drodze Brytyjczykom – a Polska pod rządami PiS już raz na nich zagrała – którzy tradycyjnie wspierają współpracę transatlantycką, a deregulacyjna orientacja premiera Camerona i ministra skarbu Osborne’a nie jest tajemnicą”.


Ponadto możemy tam przeczytać, że Greenpeace ujawnił dokumenty negocjacyjne, które w opinii komentatorów wskazują, że Stany Zjednoczone stawiają więcej warunków i negocjują bardziej zdecydowanie, podczas gdy Europa nie podnosi w negocjacjach kwestii, które rzekomo traktuje priorytetowo – standardów ochrony środowiska, okresów przejściowych dla niektórych branż czy podtrzymania całkowitego zakazu importu żywności tzw. „GMO”.

Natomiast poseł Tyszka uważa, że zgoda na umowę TTIP może być kartą przetargową PiS w celu ustanowienia stałej obecności wojskowej USA.


Oczywiście nic nie jest przesądzone. I w niezdecydowanych ruchach PiS-u widzę właśnie jakąś grę polityczną, i mam nadzieję, że okaże się ona blefem. Trudno mi jest uwierzyć, że za jedną bazę w Radzikowie i kilkuset żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce, mamy ponosić aż taką cenę.

Co do wicepremiera Morawieckiego, to moim zdaniem już popełnił duży błąd wprowadzając do sejmu projekt tzw. Unii Bankowej. W wielkim skrócie, mielibyśmy wspierać zadłużone kraje członkowskie. Na przykład, z naszej kieszeni szły by pieniądze na pomoc Grekom. Również tutaj wszystko odbyło się bardzo cicho.

W tym przypadku słuszne stają się słowa autora tekstu o patrzeniu na ręce politykom, nie tylko w przypadku pszczół. Zawsze i wszędzie. Problem w tym, że głównych decydentów UE nikt nie wybierał w demokratycznych wyborach. Rządzą nami z tajemniczego nadania. Gdyby nie wiele inicjatyw społecznych cofnęlibyśmy się do średniowiecza. Działania polityków mają duże konsekwencje, a później trudno jest wyegzekwować jakieś kary. Przykładowo, prezydent Warszawy nie czuje się winna uchybieniom przy dzikiej reprywatyzacji. Bezkarność urzędników jest w tym kraju rzeczą po prostu niebywałą. (M.S.)

czwartek, 25 sierpnia 2016

Tajemnica mogiły Aleksandra Macedońskiego

Henryk Siemiradzki - "Aleksander Macedoński i lekarz jego Filip" (1870)



Michaił Juriew


Francuz Henri-Roger Laudonstale długo szukał skarbu pirata Roberta Sourcoufa i wreszcie znalazł szczątki jego statku i kotwicy, która okazała się być prawdziwym skarbem. Ponoć o wadze 500 kg była odlana ze złota i srebra.
Od ponad wieku poszukiwacze skarbów prowadzą poszukiwania mogił wielkich władców tego świata licząc na to, że będą się tam znajdowały niezmierzone skarby. Ale wszelkie usiłowania rozkopywaczy grobów okazują się mizerne: poddani zadbali o to, by nie odkopały ich hieny cmentarne. Grobowce zamaskowano, puszczono fałszywe pogłoski o ich położeniu, fałszywe groby puste czy wypełnione byle czym lub sobowtórami, itd. itp. I właśnie dlatego istnieje kilka hipotez o tym, gdzie znajduje się grób Aleksandra Wielkiego vel Aleksandra III Macedońskiego. Od czasu do czasu świat elektryzuje wiadomość, że wreszcie odkryto miejsce pochówku wielkiego wodza, ale… po raz któryś okazuje się, że żadnej sensacji nie było.


Zagadkowa śmierć wodza


Pod koniec maja 323 roku p.n.e., w Babilonie – stolicy ogromnego imperium założonego przez Aleksandra na zawojowanych przezeń ziemiach, było wielkie święto. Powodem tego stał się mająca się odbyć wyprawa wojenna na Półwysep Arabski. W czasie święta Aleksander miał atak gorączki. Potem w czasie dwóch tygodni jego stan zdrowia znacznie się pogorszył, gorączka się powtarzała, do tego tracił świadomość i bredził w malignie. 

Przychodząc do siebie, cesarz poznawał otaczających go ludzi, ale nie mógł już mówić, bowiem stracił głos. Po dwóch tygodniach wpadł w komę i zmarł dnia 10.VI.323 r. p.n.e., nie dożywszy nawet 33 lat. 

Co takiego stało sie przyczyną choroby i śmierci Aleksandra Macedońskiego? Historycy Flawiusz Arrian, Diodor Sycylijczyk i Plutarch pisali, że wielki zdobywca został otruty na rozkaz namiestnika Macedonii - Antyparta – stojącego na czele spisku grupy niezadowolonej z polityki cesarza. Inni sądzą, że truciznę wlała mu do pucharu żona – perska księżniczka Roksana, zazdrosna o jego kochanka Hefajstiona. Ten ostatni także zmarł przejawiając dokładnie takie same symptomy co Aleksander. I wreszcie jest hipoteza, że Aleksander przyjął dobrowolnie truciznę, w ramach rytuału, któremu poddawali się wielcy ludzie pragnący umrzeć w zenicie sławy. 

Badacze przypuszczają, że Aleksandra zgubił ten sposób życia ponad możliwości człowieka, który on prowadził. Ciągotki i deprywacja życia, wielokrotne rany, rozpusta i pijaństwo, zakażenie tropikalną malarią – na którą zapadł on był w czasie jednej z wypraw wojennych – to wszystko podkopało jego zdrowie. Poza tym był on rozczarowany efektami nieudanej wyprawy do Indii. 

Oryginalne wyjaśnienie podał w swej powieści „Ostrze brzytwy” pisarz-fantasta prof. Iwan Jefriemow. W czasie wyprawy do Indii, Aleksander znalazł z zabitej dechami wiosce maleńką świątynię, a w niej znajdującą się zagadkową koronę z czarnego metalu. Cesarz zażyczył sobie włożyć ją na swoją głowę. Miejscowy kapłan ostrzegł go, że koronę może włożyć tylko ten, w żyłach którego płynie krew bogów, zaś normalny śmiertelnik padnie martwy. Aleksander uważający się za potomka Zeusa-Amona i absolutnie przekonany o swym boskim pochodzeniu, tylko roześmiał się na słowa kapłana. Włożywszy koronę na głowę, wódz wyszedł na stopnie świątyni – i naraz potknął się, i straciwszy równowagę przewrócił na ziemię. Czarna korona spadła z jego głowy. Kiedy Aleksander wrócił do siebie, to okazało się, że on niczego nie pamięta o swych wielkich planach. Próbując przywrócić swą nagle utraconą pamięć, Macedończyk wrócił do Babilonu, i po jakimś czasie zmarł na nieznaną chorobę. I do dziś dnia nie wiadomo, gdzie znajduje się jego grób.


Pierwsza hipoteza: Aleksandria


Jaką by nie była zagadka przyczyny śmierci Macedończyka, to jeszcze większą zagadkę przedstawia miejsce jego pochówku. Po śmierci Aleksandra pomiędzy jego wodzami – Diadochami – rozpoczęła się ostra walka o władzę, w tym także o prawo pochowania władcy. Ten, na którego terenie znajdowała się mogiła cesarza, miał pewne moralne prawo do przewodzenia pozostałym i był „lepszym” od swych współtowarzyszy. Wszystkich ich pokonał doświadczony dowódca i carski dworzanin Ptolemeusz syn Lagosa – późniejszy władca Egiptu Ptolemeusz I Soter, który po podziale satrapii otrzymał bogaty Egipt. On to dostarczył zabalsamowane ciało Aleksandra do Memfisu, a potem do Aleksandrii. Tam, gdzie Aleksandra czczono jako boga i jako bohatera – założyciela miasta – włożyli go do złotego sarkofagu zdobnego w drogocenne kamienie, a potem do podziemnego grobowca. O tym, jak naród go kochał najlepiej mówi fakt, że kiedy w 80 r. p.n.e. Ptolemeusz XI ostro potrzebujący środków, zdecydował się na bezprecedensowy akt wandalizmu i zamienił złoty sarkofag na szklany i przejął znajdujące się tam skarby, to wzburzeni mieszkańcy Aleksandrii obalili cesarza-świętokradcę. 

W 30 r. p.n.e., rzymski imperator Oktawian August rozbiwszy w puch wojska Marka Antoniusza i Kleopatry VII Filopatorki, i położywszy kres dynastii Ptolemeuszy, długo stał u szklanego grobu. Ale gdzie ten grób się znajdował???

Wielu współczesnych badaczy twierdzi, że owo mauzoleum znajduje się na skrzyżowaniu ulicy Proroka Daniela z Aleją Gamala Abdel Nasera. To właśnie tam znajdowało się centrum dawnego miasta, zaplanowanego przez architekta Dinokratesa. Przed mauzoleum na brzegu zatoki stał pałac Kleopatry. 

(Nawiasem mówiąc, to grobu Aleksandra III Wielkiego w Aleksandrii w opisanym miejscu ponoć poszukiwali Polacy – a dokładniej ekipa prof. Kazimierza Michałowskiego. Niestety – poza odkryciami stricte archeologicznymi grobu wielkiego Macedończyka nie odnaleziono – przyp. tłum.)  

Po inwazji Arabów w połowie VII w. na tym miejscu stanął meczet Nabi Daniel (Proroka Daniela). Muzułmanie z czcią odnosili się do grobu Aleksandra przypisując mu swoją siłę i przybywali doń całymi pielgrzymkami. 


W 1850 roku pojawiły się pogłoski, że pracownik z rosyjskiego konsulatu Arab Shilligizi wszedł do podziemi meczetu i przez wyłom w ścianie ujrzał w krystalicznym sarkofagu ciało młodego wojownika w złocistej szacie i cesarskiej koronie na głowie. Ale przybyli na miejsce specjaliści niczego nie znaleźli. Najwidoczniej arabscy duchowni ukryli lepiej swoją świętość. Poza tym nikt już nie widział szklanego grobowca. 

Lokalizacja podwodnego miasta w wodach zatoki Abu Qir

Profesor Kairskiego Uniwersytetu Islamskiego al-Azhar dr Abdel Aziz w 1990 roku także oświadczył, że według jego badań, grób z ciałem Aleksandra III znajduje się pod ruinami meczetu Nibi Daniela w starej części Aleksandrii. Ale żeby przebadać meczet należało mieć zezwolenie od miejscowych duchownych muzułmańskich, którego praktycznie uzyskać jest niemożliwe.





Podwodne miasto na dnie zatoki Abu Qir

W 1996 roku, francuscy archeolodzy podwodni pod kierownictwem Francka Goddio na dnie zatoki Abu Bekira (Abukir, Abu Qir, N 31°18’17” – E 030°09’57”, -10 m n.p.m. – przyp. tłum.) znaleźli pomniki dawnej cywilizacji, w tym kilka sarkofagów. Ta część Aleksandrii (w rzeczywistości były to: wschodnia część miasta Canopus – dziś Abukir i część miasta Herakleion-Thonis – dzisiaj Idku, które dzisiaj stanowią peryferie Aleksandrii – przyp. tłum.) poszła pod wodę w rezultacie osuwania się gruntu lub silnego trzęsienia ziemi. Niewykluczone, że grób Aleksandra Macedońskiego znajduje się właśnie tam, pod wodami Morza Śródziemnego.


Hipoteza druga: Oaza Siwah      


Sam Aleksander kazał pochować siebie właśnie w tej oazie (położonej 560 km na zachód od Kairu i 300 km od portu Marsa na brzegu Morza Śródziemnego, na N 29°11’ – E 025°33’, -12 m n.p.m.), w głębi egipskiej pustyni, obok świątyni Amona-Ra, którego kapłani nadali mu godność syna boga. Nie jest wykluczone, że Ptolemeusz Lagos spełnił wolę swego cesarza i przewiózł jego ciało do Siwah/Siwa, a w Aleksandrii pozostawił w sarkofagu tylko figurę woskową. 

Oaza Siwah/Siwa

Hipotezę tą postanowiła sprawdzić grecka archeolożka Liana Souvaltsi. W 1989 roku rozpoczęła ona wykopaliska w oazie Siwa. Pod fundamentem świątyni Amona odkryła ona tajny korytarz długi na 40 m, pomieszczenie z resztkami alabastrowego sarkofagu i trzy kamienne stele z napisami w staroegipskim języku. Na głównej steli było napisane: 

                                             
ALEKSANDER AMON RA.
W imię najczcigodniejszego Aleksandra ja przynoszę te ofiary na rozkaz boga i przenoszę tutaj ciało, takie lekkie jak najlżejsza tarcza, w tym czasie w którym ja zostałem panem Egiptu. To właśnie ja znałem jego tajemnice i spełniałem jego rozporządzenia, odnosiłem się do niego ze czcią i do wszystkich ludzi.
I tak jak ja jestem z ostatnich żywych ludzi, to tutaj oświadczam iż spełniłem wszystkie wspomniane wyżej rozkazy jego –
Ptolemeusz syn Lagosa


Uskrzydleni znaleziskiem archeolodzy chcieli kontynuować wykopaliska, ale władze Egiptu zabroniły im tego.


Trzecia hipoteza: Macedonia


Niektórzy uczeni uważają, że prochy Aleksandra Wielkiego zostały pogrzebane w ojczyźnie. Podobno wodzom macedońskim udało się wykraść jego ciało, które potem potajemnie przewieziono do stolicy Macedonii – Pelli (chodzi o grecką Macedonię – 38 km na NW od Thessalonik, gdzie znajduje się stanowisko archeologiczne na: N 40°45’18,90” - 022°31’05,93”, 20 m n.p.m. – przyp. tłum.) Tam nad nim odprawiono pogrzebowy rytuał spalenia ciała wedle obrzędu macedońskiego. 

Krasimira Stojanova – krajanka bułgarskiej jasnowidzącej Wangi vel Wangeliji Pandewy Dymitrowej – w swej książce pt. „Prawda o Wandze” pisze, że pewnego razu w jej ręce wpadła kartka zapisana nieznanymi hieroglifami. Krasimira pokazała go swej prorokini, a ta potrzymawszy go w rękach powiedziała, co następuje:
- Tego tekst nikt nie może dzisiaj przeczytać. Tekst i kartkę kopiowano już nieraz. Z pokolenia na pokolenie ludzie usiłują złamać tajemnicę tego tekstu. Ale nikt nie może go rozszyfrować. A rzecz w tym dokumencie nie idzie o tajnych skarbach, ale o dawnym pisaniu (tu: przekazie – przyp. tłum.) do dziś dnia nieznanemu światu. Takie hieroglify wyryto na wewnętrznej stronie kamiennego grobowca ukrytego głęboko w ziemi tysiące lat temu. A jeżeli nawet znajdą ten sarkofag, to nie będą w stanie odczytać tego pisma. Ten sarkofag został wykonany w naszej ziemi przez ludzi, którzy przybyli z Egiptu

Słowa Wangi były zupełnie mgliste, dokładnie tak, jak każde proroctwo. Ale jeżeli weźmie się pod uwagę, że Wanga mieszkała w wsi Rulite/Rupite, która znajdowała się w odległości około 100 km od Pelli, to można założyć, że miała na myśli sarkofag z ciałem (lub prochami czy popiołami – przyp. tłum.) Aleksandra Macedońskiego. 

I wreszcie jesienią 2014 roku ukazała się informacja, że grób Aleksandra został znaleziony w Północnej Grecji w okolicy miasta Seres (region Macedonia–Tracja – przyp. tłum.) na miejscu, gdzie ongi znajdowało się miasto Amfipol. I od tego czasu - milczenie…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 43/2015, ss. 10-11 oraz Internet
Przekład z j. rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz