niedziela, 4 września 2016

Na duszy pozostaje pieczęć…




                                                            
Sir Julian Rose
                                                                  


… której nie da się usunąć


Prawdopodobnie nikt, kto został wychowany w tradycji katolickiej, nie pamięta chwili, w której ksiądz położył palec na naszym maleńkim czole i nakreślił na nim znak krzyża.

Jednak to właśnie ta chwila staje się symboliczną i strategiczną „sztywną ramą” w szerszym kontekście naszej inicjacji do systemu kontroli zwanego „społeczeństwem”.

Niektórzy z nas, którzy przeszli ten rytuał, powtarzają go z własnymi dziećmi, trzymając na rękach lub przekazując księdzu maleńkie niewinne zawiniątko tak, by ten mógł nakreślić znak krzyża na tej pięknej przestrzeni pomiędzy skroniami. Jest jednak jedna rzecz, której możemy się z dużą dozą pewności spodziewać – fakt, że praktycznie nikt tak naprawdę nie rozumie, co robi.

Ci, którzy wprowadzają swoje dzieci w ten rytuał, wierzą, że prowadzi ich doktryna chrześcijańska i są szczęśliwi, że mogą oddać swoje potomstwo pod opiekę Kościoła. O tym, jaki jest charakter tej opieki, wie bardzo niewielu (jeśli ktokolwiek).

Ilu ludzi rozumie powód, dla którego dokonuje się tego rytuału – czyli, że zjawiamy się na tej planecie naznaczeni „grzechem pierworodnym”, który sięga Adama, Ewy, węża i jabłka z drzewa poznania?

Jak napisane jest bowiem w pismach liturgicznych Kościoła katolickiego, a dotyczy to w równym stopniu Kościoła protestanckiego, człowiek przychodzi na świat jako grzesznik, dźwigając ciężar, którego źródeł należy szukać w „upadku” pierwszych rodziców w ogrodzie Eden. Ceremonia Chrztu, dokonana w wodzie lub przy jej pomocy, zmywa z dziecka ten „grzech” i oddaje je pod opiekę Jezusa i Kościoła, które zgodnie z katechizmem są równoznaczne.

W ustępie 1237 Katechizmu Kościoła Katolickiego czytamy: „Ponieważ chrzest oznacza wyzwolenie od grzechu i od kusiciela, czyli diabła, dlatego wypowiada się nad kandydatem egzorcyzm (lub kilka egzorcyzmów). Namaszcza się go olejem katechumenów lub celebrans kładzie na niego rękę, a on w sposób wyraźny wyrzeka się Szatana. Tak przygotowany kandydat do chrztu może wyznać wiarę Kościoła, której zostanie „powierzony” przez chrzest.”

Spróbujmy podsumować wszystko do tej pory – nowo narodzone dziecko, które przybywa (lub przybywa ponownie) na ziemię, nie jest witane jako czysta lub w każdym razie niewinna istota, ale jako ktoś, kto nosi znamię „grzechu pierworodnego”. W celu oczyszczenia, dziecko poddawane jest egzorcyzmowi, którego dokonuje ksiądz.

Podkreślam to po to, by przypomnieć nam, jak ogromne znaczenie ten rytuał może potencjalnie mieć na rozwijające się życie istoty, która go przechodzi.

Akceptacja faktu, że jest się „grzesznikiem” w chwili, gdy jest się wystarczająco dojrzałym, by zrozumieć znaczenie tego słowa, jest prawdziwie tragicznym początkiem życia na Ziemi. Tragicznym z uwagi na błędną interpretację prawdy.

Umieszcza to człowieka w świecie, w którym poczucie winy i wstydu stanowi podstawę, na której buduje się życie.

Pamiętam dobrze dzień, w którym jako członek zgromadzenia Kościoła anglikańskiego w naszej wiosce, usłyszałem słowa wikariusza: „Powtarzajcie za mną, jestem biednym i nędznym grzesznikiem...” Spojrzałem na mamę, która powtarzała te słowa, a wraz z nią całe zgromadzenie. Na ich skupionych twarzach malowały się smutek i posłuszeństwo.

Wydaje mi się, że nie miałem wtedy więcej niż siedem lat, ale odmówiłem powtarzania tych słów. Od tamtej chwili wiedziałem, że wchodzę na własną, szerszą ścieżkę życia i raczej nie będę oglądał się do tyłu. Była to mocno otrzeźwiająca chwila, ale jednoczenie dająca wolność. Nikt nie powinien być poddawany indoktrynacji narzucającej strach i poczucie winy, ani wierzyć w jakąkolwiek instytucję, która usiłuje głosić wolę czy też słowo Boże.

Oficjalny dyktat Kościoła Katolickiego głosi w ustępie 1250 Katechizmu: „Dzieci, rodząc się z upadłą i skażoną grzechem pierworodnym naturą, również potrzebują nowego narodzenia w chrzcie, aby zostały wyzwolone z mocy ciemności i przeniesione do Królestwa wolności dzieci Bożych... Gdyby Kościół i rodzice nie dopuszczali dziecka do chrztu zaraz po urodzeniu, pozbawialiby je bezcennej łaski stania się dzieckiem Bożym.”

Dowiadujemy się więc, że moc stanowienia o boskości u nowo narodzonego dziecka zależy całkowicie od rytuału przeprowadzonego przez człowieka, dokonywanego przez instytucję zwaną „Kościołem”... która twierdzi, że pełni wolę Bożą.

Jakiś czas temu odwiedził mnie znajomy Polak. Utalentowany terapeuta naturalny. Dorastał on w pobożnej rodzinie katolickiej, ale odkrył, że jest zablokowany energetycznie i duchowo. Życie poprowadziło go w kierunku odkrywania innych ścieżek rozwoju duchowego, które nie były zgodne z doktryną Kościoła katolickiego. Pewnego dnia zdecydował, że chciałby dokonać apostazji, czyli odstąpić od Kościoła, by uwolnić się od wpływu, jaki rozciąga on na swoich wiernych.

W trakcie umówionego wcześniej spotkania z księdzem, przedstawił on powody, dla których chciał uwolnić się od zobowiązań narzuconych przez chrzest i wypisać się z rejestru kościelnego. Ksiądz wysłuchał go, a następnie pochylił się do przodu i powiedział: „Na duszy pozostaje pieczęć, której nie da się usunąć.”

Stwierdzenie to wstrząsnęło mną i długo odbijało się echem w moim wnętrzu. Zawiera ono okropne poczucie nieodwracalności. Jakim prawem jakakolwiek instytucja może mieć tak straszną moc osądzania ludzkości?

Czym jest wynalazek zwany religią, który rości sobie władzę podejmowania nieodwracalnych decyzji i narzucania czyjejś woli – w tym wypadku naszego Stwórcy? Jaki poziom arogancji dotyka ludzkość ze strony tych, którzy głoszą i podtrzymują takie doktryny?

Mój znajomy osiągnął w końcu swój cel i został wykreślony z oficjalnych ksiąg parafialnych. „Pieczęć” będzie trzeba usunąć na inne sposoby. Sposoby, które zna spora liczba alternatywnych uzdrowicieli duchowych.

Pod nagłówkiem „Czy chrzest jest konieczny do zbawienia” oficjalne pisma kościelne głoszą:
„Sam Pan potwierdza, że chrzest jest konieczny do zbawienia... Kościół nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego... Bóg związał zbawienie z sakramentem chrztu, ale sam nie jest związany swoimi sakramentami” (ustęp 1257).

Cóż, bardzo rozsądnie z Jego strony...
Mając być może świadomość, że zaszło to za daleko, kwestię trzeba trochę załagodzić: „Każdy człowiek, który nie znając Ewangelii Chrystusa i Jego Kościoła, szuka prawdy i pełni wolę Bożą, na tyle, na ile ją zna, może być zbawiony.”

Przez setki lat, wiele, wiele milionów ludzi szukało schronienia w Kościele, który miał zapewnić im przewodnictwo i przywództwo w sprawach wagi duchowej. Ja również zainspirowałem się przypowieściami Jezusa Chrystusa i zaczerpnąłem z poczucia tajemnicy, jakie nadal można znaleźć w niektórych kościołach, których subtelne energie wznoszą się ponad standardowe nauczanie wikariuszy, księży, biskupów i arcybiskupów. Może tak być, ponieważ wiele kościołów zbudowano w miejscach, w których przecinają się i łączą silne podziemne linie energetyczne. Energie te dobrze znane były społecznościom pogańskim w czasach poprzedzających rozprzestrzenienie się doktryn judeochrześcijańskich.

W procesie wypleniania pogaństwa, Kościół zaczerpnął niektóre elementy z kultów, które potępiał. Poczuł jednak nieodpartą potrzebę sprawowania mocnej kontroli nad nowymi wyznawcami (neofitami) i narzucenia dogmatu, który by mieć odpowiednią siłę i czystość przekazu, miał pochodzić bezpośrednio od Boga lub Syna Bożego. I tutaj dochodzimy do sedna wszystkiego.

Ustęp 1269: „Stając się członkiem Kościoła, ochrzczony „nie należy już do samego siebie”, ale do Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał. Od tej chwili jest powołany, by poddał się innym i służył im we wspólnocie Kościoła, by był „posłuszny i uległy” przełożonym w Kościele, by ich uznawał z szacunkiem i miłością.”

Widzimy tutaj jasno istotę oszustwa. Tylko osoby nieposiadające kompletnie wiary w siebie, ale przejawiające wysoki poziom naiwności, oddałyby się dobrowolnie pod niekwestionowaną władzę innych, bez względu na władzę duchową, którą ci inni rzekomo posiadają.

Ci, którzy są „posłuszni i ulegli”, szybko tracą zdolność przeciwstawiania się jakimkolwiek przywódcom posiadającym władzę. Czy to w szkole, szpitalu, rządzie, wojsku czy też korporacji. Stają się niewolnikami odgórnej piramidy wyzysku, która w dzisiejszych czasach  trzyma świat w mocnym uścisku.

Stanowiąc prawo w imieniu Boga, Kościół odgrywa kluczową rolę w tworzeniu imperatywu władzy doktrynalnej, który rozwija się dzięki bezwarunkowej akceptacji jego ciemnego i błędnego programu.

„Przynależność do Jezusa”, a nie do samego siebie, może nieść ukojenie w sferze praktyki duchowej. Jednak nauki Jezusa, przyjęte przez Kościół, zostały pozbawione rewolucyjnych elementów, które wstrząsnęły fundamentami epoki, w której żył. A były to nauki, które przeciwstawiały się statusowi quo i dogmatom Cesarstwa Rzymskiego i wiary żydowskiej.

Przyjrzyjmy się komentarzowi do ewangelii gnostyckich znalezionych w Nag Hammadi:

„Ortodoksyjni Żydzi i Chrześcijanie upierają się, że przepaść oddziela ludzkość od jej Stwórcy: Bóg jest całkowicie inny. Jednak niektórzy gnostycy, którzy napisali te ewangelie, zaprzeczają temu: samopoznanie jest wiedzą o Bogu; samo zrozumienie i to, co boskie, jest tym samym.

Po drugie, „żywy Jezus” z tych tekstów mówi o iluzji i oświeceniu, a nie o grzechu i pokucie, jak Jezus z Nowego Testamentu. Zamiast zbawiać nas od grzechu, zjawia się jako przewodnik, który otwiera dostęp do zrozumienia duchowego. Kiedy jednak uczeń osiąga oświecenie, Jezus nie jest już jego mistrzem duchowym: obaj stają się równi – wręcz identyczni.

Po trzecie, ortodoksyjni Chrześcijanie wierzą, że Jezus jest Synem Bożym w unikalny sposób: pozostaje na zawsze inny niż reszta ludzkości, którą przychodzi ocalić. Jednak gnostycka Ewangelia według Tomasza podaje, że gdy tylko Tomasz go rozpoznaje, Jezus mówi do Tomasza, że istota obu z nich pochodzi od tego samego źródła” (Elaine Pagels, www.gnosis.org/naghamm/Pagels-Gnostic-Gospels.html).

W tym pouczającym wywodzie widzimy prawdziwie świeży powiew. Wielu z nas natychmiast dostrzeże i zareaguje na wiadomość, której echo rozbrzmiewa w gnostyckich tekstach z Nag Hammadi. „Podział”, który dominuje przesłanie Katechizmu, wywrócony jest do góry nogami poprzez mocny wyraz jednoczącej zasady, która sprowadza się do prawdziwej jedności człowieka z Bogiem.

Jasne jest więc, że mądrość wyrażona w tekstach z Nag Hammadi została wyjałowiona przez „instytucjonalne prerogatywy” ortodoksyjnego Kościoła. To, co przetrwało, zachowało się jedynie w formie „przetworzonego Jezusa,” mocno trzymanego przez macki doktrynalnego dogmatu.

Bardzo wielu z tych, którzy oficjalnie głoszą Jego słowa, wybrało ścieżkę, która zupełnie zbacza z „drogi do czystości”, którą publicznie głoszą. Ścieżkę, której często nie określa się mianem świętej, ale szatańskiej. Pewne rytuały rzekomego kultu, w których uczestniczyły osoby wyświęcone, okazały się rażącymi aktami molestowania nieletnich, pedofilii i innych form wykorzystywania seksualnego i duchowego. Czyny te jasno pokazują oszustwo, leżące u źródeł wszystkich form masowej indoktrynacji.

Czy tacy figuranci kościelni uważają, że nie dotkną ich skutki takich przestępstw wobec ludzkości?

Być może tak właśnie uważają, jako że w ustępie 1272 Katechizmu czytamy: „Chrzest opieczętowuje chrześcijanina niezatartym duchowym znamieniem (charakterem) jego przynależności do Chrystusa. Znamienia tego nie wymazuje żaden grzech, chociaż z powodu grzechu chrzest może nie przynosić owoców zbawienia.”

Oczywiście w szerszym wymiarze nie ma takiego odstępstwa od prawdy, którego ostatecznie nie można odpokutować. Jednakże tradycja judeochrześcijańska nie akceptuje wschodnich tradycji dotyczących prawa karmy i reinkarnacji – drogi, dzięki której dusza może zostać oczyszczona z negatywnych skutków złych czynów poprzez powracanie do trzeciej gęstości i stopniowe „przepracowywanie” tego, co stoi na drodze do emancypacji.

Zwykłym śmiertelnikom ciężko jest zapomnieć, jak smakuje władza. Hierarchiczne piramidy władzy, takie jak te, które wzniesiono, budując Kościół, kuszą tych, którzy przejawiają instytucjonalne aspiracje. Centra religijne, takie jak Watykan, przesiąknięte są przepychem, jeśli chodzi o rangę i stroje. Najwyższe stanowiska opływają w złote hafty i emblematy „wiary”, świadczące o licznych bogactwach, które kościół gromadzi w rozrzuconych po całym świecie skarbcach.
A w ofercie mamy przewrotnie materialistyczną interpretację „królestwa niebieskiego” przeciwną temu, co głosił Syn Boży.

W efekcie cały „pakiet” przypomina ogromnego Lewiatana statycznej energii. Nieruchomą, będącą w zastoju „masę”, która nie ma odwagi, by zerwać łańcuchy iluzji. W ostatecznym rozrachunku „bezbożną masę”, która powstrzymuje ludzkość przed przejmowaniem kontroli nad własnym przeznaczeniem, a zamiast tego wzbudza pacyfistyczną, podświadomą postawę posłuszeństwa wobec władzy.

Idealne narzędzie dla centralizacji władzy, która jest w samym sercu dążeń Iluminatów.

„Chrzest jest narodzeniem do nowego życia w Chrystusie. Zgodnie wolą Pana jest on konieczny do zbawienia, tak jak Kościół, do którego chrzest wprowadza” (Katechizm, ustęp 1277).

Chrzest. Zgodnie z wolą Pana: „Pieczęć na duszy, której nie da się usunąć”

Chip RFID umieszczony pod skórą nowo narodzonego dziecka.

Czy to naprawdę jest „postęp” na drodze do emancypacji człowieka?
Czy też zwodnicze narzędzia do przedłużania zniewolenia  ludzkości?


Moje 3 grosze





Sir Brinsley le Poer-Trench w swej książce „Operacja Ziemia” pisze, że religia powinna być luksusem dla ludzkiej duszy. Powinna dawać wolność, radość, ukojenie i miłość. Czy daje?



Nie. Nie łudźmy się. Patrząc na to, co się dzieje na świecie jestem zdania, iż religia jest klęską Rozumu wobec materialnych sił Wszechświata i jego praw, że jest ona jednocześnie największym i najgorszym złem wymyślonym przez człowieka, które obrócił on przeciwko innemu człowiekowi. Religia niesie ze sobą przymus jej wyznawania – przymus wywołany poprzez społeczną kontrolę – „co ludzie powiedzą?” – np. w polskiej wersji katolicyzmu. Tak więc chcąc – nie chcąc jesteśmy zmuszani już to strachem przed opinią środowiska, już to obawą o swe życie (jak np. w islamie) do wyznawania czegoś, z czym możemy się nie zgadzać, ale pod presją - musimy. Musimy udawać, że wierzymy w coś, co jest sprzeczne z naszymi poglądami, co w ogóle jest sprzeczne z Rozumem i rozsądkiem. NB., niektórzy polscy politycy doszli w tym do perfekcji. Oni nie wierzą w Boga, ale udają, że wierzą i każą innym wierzyć czy udawać. Hipokryzja do n-tej potęgi! – ale to właśnie stanowi filar polskiej polityki. Wystarczy uważnie i ze zrozumieniem posłuchać obrad naszego parlamentu.



Religia rządzi jednostką w swym specyficznym związku z władzą – sojusz tronu i ołtarza jest czymś, co usiłuje się nam przeciwstawić w stosunku do ateizmu. Straszy się nas Piekłem i zbrodniami komunizmu, zapominając o zbrodniach, jakie dokonano na tzw. narodach pogańskich, które nawracano ogniem i mieczem, wódką i Biblią. Zapomina się, jak wyrzynano – w samej tylko Europie – całe narody i plemiona w imię nowej wiary: Prusów, Jaćwingów, Żmudzinów i innych. Zapomina się jak wyrzynano całe populacje w krucjatach wewnętrznych przeciwko Albinosom, Katarom i innym odstępcom od „jedynie słusznej” religii. Zapomina się, jak w sfingowanych procesach o czary skazywano ludzi na stos, szubienicę czy katowski topór, jednocześnie zabierając ich majątki na rzecz Kościołów – bo te zbrodnie dotyczą całego chrześcijaństwa. Nie chodziło tutaj o czary, tylko o kasę i ziemię.



Ale żeby do tego doszło, religia musi zniewolić, uzależnić i ubezwłasnowolnić jednostkę. Jak dotąd KAŻDA religia tworzy system przemocy, zniewolenia i podporządkowania jednostki woli jakiegoś guru czy grupy takowych. A chodzi przede wszystkim o dobra materialne jednostki i o nic więcej. Co daje w zamian? Pewność, że człowiek za zwój serwilizm wobec „ojców duchownych” i za swą służalczą postawę wobec Boga, Allacha czy kogo tam jeszcze będzie nagrodzony – ale dopiero po śmierci! I to jest największy szwindel każdej religii! Na tym właśnie bazują wszyscy fanatycy tego świata. Dowody mamy na co dzień – terroryści islamscy mordują niewinnych ludzi, bo są oni „niewiernymi”, ergo można ich zabijać bezkarnie, a za każde zabójstwo ma się punkty w niebie u Allacha, który nagrodzi swego bojownika. Nawiasem mówiąc dokładnie to samo obiecywano chrześcijanom w czasie Krucjat, to samo obiecywali Krzyżacy za wybicie do nogi Polaków i Litwinów, więc to nie jest wymysł czysto arabski…



Żeby nie przedłużać – jak ktoś chce w kogoś/coś wierzyć, to proszę bardzo – niech wierzy w co tam chce. Ale niech nie zmusza innych ludzi, by dzielili z nim jego religijne urojenia, manie i fobie. Niech je zachowa dla siebie dając żyć innym ludziom na zasadzie „nie czyń drugiemu co tobie niemiłe”.



Opinia Czytelnika


Bardzo lubię polemizować z tekstami pisanymi przez księży lub świeckich teologów, chociaż z nadania słowo polemizować jest tu niewłaściwe, gdyż jak wszyscy wiemy - oni są święcie przekonani, że Bóg istnieje. Więc skąd ta karność trzymania się wytycznych Watykanu i słów papieża? Co innego protestanci…
Liturgia w Kościele jest taka a nie inna i w zasadzie można kwestie pominąć, aby nie przedłużać.
Ale zauważyłem, że sir J. R. wie dużo o religii Dalekiego Wschodu.
<<Jednakże tradycja judeochrześcijańska nie akceptuje wschodnich tradycji dotyczących prawa karmy i reinkarnacji – drogi, dzięki której dusza może zostać oczyszczona z negatywnych skutków złych czynów poprzez powracanie do trzeciej gęstości i stopniowe „przepracowywanie” tego, co stoi na drodze do emancypacji.>>
Tutaj autor ma, jakby żal, że Kościół nie akceptuje wierzeń hindusów. Poza tym skąd on wie, że „dusza może zostać oczyszczona z negatywnych skutków złych czynów poprzez powracanie do trzeciej gęstości”… Śmiać się, czy płakać? Otóż sir Julian w to wierzy. Anglia, jak wiemy, to kraj masonerii.

Znam wielu intelektualistów, którzy nie chodzą do kościoła, ale z wypiekami na twarzy zaczytują się różnymi pozycjami o Buddzie itd. Taka moda? Do tego dochodzi fascynacja różnymi guru itp.
Natomiast w ZSRR religię wyparł kult jednostki, a nawet możemy napisać, zastąpił go. I istnieje do dzisiaj w Rosji. Putin uchodzi tam za wcielenie opatrzności. Zbawcę świata etc.
Niżej wypowiedź pewnego człowieka, który twierdzi, że był martwy 45 minut. Warto obejrzeć ten krótki film, bo nagrany został na forum ONZ. Mnie najbardziej urzeka w tej wypowiedzi ogólne przesłanie dla ludzi. A sala obrad gmachu ONZ jest jak najbardziej właściwa. Ale, czy to coś zmieni?
Żydzi nie uznają Jezusa (wyjątek Żydzi mesjanistyczni).
Trudno nie wierzyć temu człowiekowi. Czy to tylko szopka? Jego zgon potwierdzają świadkowie, w tym sanitariusze, lekarze. Spisek szyty grubymi nićmi? A może Bóg naprawdę istnieje? Uzdrowił go, gdyż miał w tym swój cel?

Jedni modlą się do Boga w tzw. Niebie, inni do jakiegoś guru, który uważa się za Boga na Ziemi, a jeszcze inni do Putina. Proszę obejrzeć reportaż Barbary Włodarczyk, odcinek z cyklu „Szerokie tory”.
„Sekta wyznawców Putina” (zwiastun):
  
         
…......................................................................................

Julian jest rolnikiem, międzynarodowym aktywistą i pisarzem. Jego najnowsza książka pt. W obronie życia, która cieszy się dużym uznaniem czytelników, w przekonujący sposób pokazuje, jak możemy przejąć kontrolę nad naszym przeznaczeniem i stawić opór niszczącym nas władzom i systemom. Książkę można kupić poprzez stronę www.renesans21.pl oraz w niezależnych księgarniach.

----------------------------
*Cytaty pochodzą z Katechizmu Kościoła Katolickiego