środa, 12 października 2016

Bezradny „Diabeł Morski”




Uczeni i wynalazcy pracujący dla Wehrmachtu w czasach II Wojny Światowej uporczywie pracowali nad wynalezieniem Wunderwaffe – cudownej broni odwetowej, która zabezpieczyłaby zwycięstwo niemieckich wojsk. 

Nieco przed zakończeniem wojny, na tajnym poligonie hitlerowców pojawiła się nowa konstrukcja, którą nazwano Meerteufel – czyli Diabeł Morski. Maszyna ta była przeznaczona do wysadzania grup dywersyjno-rozpoznawczych (GDR) na tyłach wroga. 

Była to zadziwiająca hybryda czołgu i łodzi podwodnej, wyglądająca jak 14-metrowe cygaro stojące na krótkich gąsienicach. Wedle zamysłu konstruktorów Meerteufela, powinien on własnym napędem wejść w wodę i jechać skrycie pod wodą w stronę wrogiego brzegu, wyjechać na ląd i wysadzić GDR. 

Bezradność tej cudownej broni objawiła się już w pierwszym etapie: ciężka maszyna uwięzła w przybrzeżnym mule i nie była w stanie dojechać do wody… 

Prowadzenie dalszych prób uznano za bezsensowne.


Moje 3 grosze


Ciekawa sprawa, bo próby Meerteufela mogły mieć miejsce… w Zatoce Gdańskiej i Puckiej, gdzie znajdował się właśnie taki poligon należący do Torpedo und U-bootwaffe Versuchen Anstallt w Gotenhafen-Hexelground – czyli w Gdyni-Babie Doły! 

A jednak nie tak bezsensowne, jak to się wydawało hitlerowcom. Jak twierdzą szwedzcy wojskowi, w latach 80. takie właśnie pojazdy penetrowały dno skandynawskich akwenów na Bałtyku i Morzu Norweskim. Szwedom udało się sfotografować ślady przypominające gąsienice czołgu na dnie akwenów przylegających do Sundswall, Hudiksvall, Karlskrony, szkieru sztokholmskiego i kilku innych miejsc u brzegów Szwecji. Ponoć miały to być pojazdy należące do sił specjalnych radzieckiej Floty Bałtyckiej, aliści jak dotąd nikomu nie udało się złapać Rosjan in flagranti.

Oczywiście taki podwodny traktor – jaki pokazywano na filmach badaczy dna morskiego i sci-fi w latach 60. – byłby rzeczywiście bardzo pomocnym w działaniach dywersyjno-rozpoznawczych w okresie poprzedzającym wybuch kolejnej wojny światowej.

I Rosjanie i Amerykanie przejęli niemieckie technologie przy końcu wojny i oczywiście dalej je rozwijali z pozytywnym efektem – rakiety poleciały w niebo i znalazły się poza nim – w Kosmosie. Podwodne pojazdy posłużyć mogły do rozwoju flot atomowych okrętów podwodnych i stworzenia udoskonalonych pojazdów podwodnych. Dlatego nie można odrzucić szwedzkich, duńskich i norweskich relacji o dziwnych spostrzeżeniach z dna morskiego u ich wybrzeży…


Opinie z Forum IOH


Moje 3 grosze:
Te pisane na kolanie rosyjskie „rewelacje” nie trzymają się przysłowiowej kupy:
- trudno wyobrazić sobie w jednostce tej wielkości transport GDR
- jak widać na zachowanych zdjęciach uzbrojeniem owej są torpedy , tak więc robienie z niej podwodnego odpowiednika Mi-24 wymaga albo niczym nieograniczonej wyobraźni , albo kiepskiej odporności na alkohol połączonej z zerowym poziomem autokrytycyzmu (jak wiadomo ten ostatni ulega osłabieniu pod wpływem tego przedostatniego) :
-ogólny poziom tego magazynu to najczęściej skrzyżowanie magla z izbą wytrzeźwień - pozdrawiam – Panc


Hmmm... - przecież facet wyraźnie napisał, że ta konstrukcja była do bani - czyż nie?
Poza tym wygląda mi to na przeróbkę z "Seehunda" - miniaturowego okrętu podwodnego - jednej z najbardziej udanych konstrukcji tego rodzaju. Erkael56


Nie bardzo rozumiem co to za sensacja. Projekt Seeteufel jest w miarę dobrze znany i opisany od dziesięcioleci, ja czytałem o nim w dzieciństwie w latach 70. chyba. Tak wyglądał ten potworek:


Był to okręcik z grubsza wielkości Seehunda (18 t w zanurzeniu, chociaż spotyka się też większe wartości, 20, 30 a nawet 35 t), zaopatrzony w podwozie gąsienicowe. Na powierzchni napędzał go silnik benzynowy 80 KM, pod wodą 25 KM elektryczny. Uzbrojony był w 2 torpedy lub 4 miny morskie. W końcu 1944 przechodził próby w torpedowej stacji badawczej Kiel-Eckenforde. Pływał poprawnie, a nawet wykazał dzielność morską większą od zakładanej - gąsienice stanowiły swego rodzaju kil. Gorzej szło mu na lądzie, do tego zastosowany silnik był nieco za słaby. Seryjne egzemplarze (miał je budować Borgward w Bremie) miały otrzymać silnik dieslowski 250 KM. Ostatecznie do produkcji nie doszło, jedyny prototyp został po kapitulacji wysadzony w Lubece.

Czy okręt był jednostką dywersyjną... moim zdaniem nie bardziej niż inne "miniaturki". Wg mnie skończyłby jak Seeheund czyli "jednorazowy okręt patrolowy", z tym że może byłby trochę mniej jednorazowy dzięki podwoziu. Gąsienice nie miały służyć do jazdy po dnie (oczywiście dałoby się, tylko po co??), ale przede wszystkim do tego, żeby się można zwodować w dowolnym miejscu. Seehundy, żywe torpedy i wszelkie inne cudaki tego rodzaju wymagały korzystania z portów lub przynajmniej jakichś przystani. Lotnictwo Aliantów, patrolując wzdłuż linii brzegowej prędzej czy później zlokalizowałoby bazy takich jednostek i rozprawiło się z nimi. Seeteufel nie był od tego uzależniony. Mógłby bazować z dala od morza, nawet ukryty w jakimś garażu czy schronie, w nocy podjechać do brzegu i zwodować się z dowolnego w miarę płaskiego kawałka plaży. Analogicznie po akcji mógł powrócić na ląd i pojechać do tego swojego schronu.

Podobną koncepcję, jeśli chodzi o założenia (tyle że chodziło o jednostkę nawodną) zrealizowali Japończycy. Do obrony którejś z wysp zbudowali kilka egzemplarzy pływającego transportera piechoty morskiej uzbrojonego w 2 torpedy (i chyba też dostał radar do wykrywania okrętów). O ile wiem nie użyli ich już jednak bojowo. Speedy


Tekst i ilustracja – „Tajny XX wieka” nr 47/2015, s. 17
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz