czwartek, 13 października 2016

UFO nad Polską… - komentarz





O pierwszym UFO nad Polską napisał w 1959 roku "Wieczór Wybrzeża". Zaczęło się od notki w gazecie, a skończyło na spiskach tajnych służb PRL i ZSRR.

Kariera latających spodków w Polsce zaczęła się właśnie od tej notatki:

W numerze z 23 stycznia 1959 roku. „Wieczór Wybrzeża” napisał na pierwszej stronie: „Nasi Czytelnicy p. Włodzimierz i Jadwiga Poncze o godz. 6.05 rano ujrzeli na niebie od strony północno-zachodniej »latający talerz«. Zaobserwowany obiekt był dużych rozmiarów i miał kształt koła. Talerz ten był koloru pomarańczowego, jego brzegi zabarwione były na różowo. Po chwili zniknął za domami, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów na niebie. Chwilę później inni świadkowie zaobserwowali rozbicie się obiektu w gdyńskim porcie”.

„Gdyński incydent”  jak z czasem nazwano domniemaną katastrofę niezidentyfikowanego obiektu, idealnie ilustruje typowy dla UFO mechanizm narodzin legendy, kiedy na fundamencie jakiegoś wydarzenia powstaje konstrukcja budowana z coraz bardziej sensacyjnych historii. Szybko zrasta się ona w trudną do rozsupłania plątaninę faktów, interpretacji, opinii, plotek i zwykłej blagi. Jeśli impet zjawiska jest tak silny jak w Gdyni, ich suma po przekroczeniu swoistej masy krytycznej rodzi zupełnie nową jakość.


Ranna istota


W Gdyni miało być tak: kilkaset metrów od miejsca katastrofy, na plaży należącej do Marynarki Wojennej znaleziono ranną istotę. Miała metr pięćdziesiąt wzrostu, drobną, wiotką posturę i duże skośne oczy. Była ubrana w jednoczęściowy przylegający do ciała kombinezon. Przejął ją patrol marynarki i przewiózł do szpitala na Drelowie. Tam nastąpił zgon. Podczas sekcji okazało się, że istota ma zdumiewającą, całkowicie nieludzką budowę wewnętrzną, opartą na schemacie spirali.

Jeszcze w czasie reanimacji szpital został otoczony przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, później przyjechał samochód chłodnia, który wywiózł ciało w nieznane miejsce. Jednocześnie wojsko obstawiło miejsce katastrofy. Na dno basenu portowego wysłano ekipę nurków. To, co znaleziono, załadowano na ciężarówkę i wywieziono. Podobno na terenie katastrofy szybko pojawiła się też Armia Czerwona i KGB. Później wszystko działo się pod ścisłą kontrolą Sowietów i to oni przejęli zwłoki istoty.

Tyle legenda. Fakty są takie:

Notatka w „Wieczorze” kończyła się apelem do czytelników – świadków obserwacji obiektu – o zgłaszanie do redakcji wszelkich informacji o tym zjawisku. Zgłosiło się kilkunastu i gazeta zebrała materiał do artykułów, które ukazywały się regularnie przez dwa tygodnie, a przez kilka dni temat nie schodził z pierwszej strony. Naoczni świadkowie widzieli płonący beczkowaty kształt, który z dużej wysokości z impetem wpadł do portowego basenu. Relacji o obcej istocie i aktywności armii nie było ani jednej.

„Wieczór Wybrzeża” już nie istnieje. Zlikwidowano też archiwum gazety. Część egzemplarzy posiada Biblioteka Wojewódzka, część Uniwersytet Gdański, nie wszystkie wydania z tamtego okresu przetrwały. Nie żyje dziennikarka, która pilotowała sprawę, ani ówcześni jej szefowie. Trudno więc zrekonstruować mechanizm powstawania gdyńskiej sensacji i ustanowić granicę między faktami a legendą.


Lekarz z Gdyni


Ta legenda nieoczekiwanie zrobiła zawrotną międzynarodową karierę. W 1980 roku znany polski ufolog Bronisław Rzepecki ściągnął z Anglii brytyjską „The UFO Encyclopedia”, biblię ufologów. Ku zaskoczeniu Rzepeckiego encyklopedia wymieniała zdarzenie w Gdyni jako jeden z najbardziej spektakularnych na świecie kontaktów z Obcymi. Anglicy pisali nie tylko o kraksie w porcie, ale także o wyłowieniu obcego i jego śmierci w trójmiejskim szpitalu. Rzepecki ustalił źródło tej informacji. Była nią wydana rok wcześniej, także w Anglii, książka Arthura Shuttlewooda „The Flying Saucerers”. Shuttlewood zaś powoływał się na Antoniego Szachnowskiego, prezesa polsko-angielskiego klubu badaczy UFO. Jemu wydarzenia z Gdyni opowiedział ich uczestnik – polski lekarz, który przysięgał, że w 1959 roku uczestniczył w sekcji zwłok obcego.


Tajne służby ZSRR i PRL


Historię gdyńskiego rozbitka z kosmosu w książce „UFO From Behind the Iron Curtain” opisał też kilka lat przed Anglikiem rumuński ufolog Ion Hobana. On z kolei miał ją usłyszeć na przyjęciu w polskiej ambasadzie od podpitego oficera wywiadu wojskowego. Obie relacje dla ufologów, traktujących źródła entuzjastycznie i raczej bezkrytycznie, wystarczyły aż nadto, by uznać gdyński incydent za fakt, a brak jakichkolwiek materialnych dowodów – za efekt działania służb specjalnych PRL i ZSRR.


Pierwsze UFO nad Polską


Wkrótce po artykułach „Wieczoru Wybrzeża” prasa w Polsce zaczęła poświęcać tajemniczym zjawiskom na niebie coraz więcej uwagi. Rewelacja goniła rewelację. Publikowały je nie tylko popołudniówki, ale także poważne tytuły. Dzienniki oddawały im pierwsze strony i kolumny redakcyjne. Po latach okres ten zostanie nazwany „pierwszą falą UFO nad Polską”.


Latający talerz w Bielsku- Białej


Oto typowa notatka prasowa z 1959 roku. „Dziennik Zachodni” daje jej niezłe miejsce na trzeciej redakcyjnej stronie, dwie szpalty i spory tytuł: 

Elżbieta Kuśnierz, pracownica fabryki Silników Elektrycznych nr 8 w Bielsku-Białej, mówi o zagadkowym zjawisku świetlnym, które oglądała wczoraj wraz z innymi świadkami: – Wracałam pociągiem z drugiej zmiany do domu. Wraz z jadącymi ze mną innymi kolegami z mojego zakładu pracy spostrzegliśmy blask na śniegu. Śnieg był bordowy. Na stacji Łodygowice ludzie wyszli z pociągu i patrzyli. Na niebie tuż nad szczytami wisiało coś czerwonego. Było okrągłe i przesuwało się”. Redakcja konkludowała: „Zachodzi podejrzenie, czy nie był to latający talerz”.

Pierwsze polskie zdjęcie latającego spodka opublikowało w 1959 r. „Życie Warszawy”. Nieżyjący już warszawski lekarz Stanisław Kowalczewski zrobił je przypadkiem na urlopie w Muszynie – sądził, że fotografuje odblask słońca. Gazeta komentowała: „Zdjęcie jest poprawnie naświetlone. UFO, choć niezbyt duże, jest bardzo wyraźne”.

– W tamtych latach pisaliśmy o UFO jako o niezidentyfikowanych obiektach latających, ale bez zmrużenia oka, na poważnie. Trudno się było zachowywać inaczej, bo do redakcji rzeczywiście napływały dziesiątki relacji z całego kraju – wspomina Marcin Kryst, dziennikarz rozchwytywanego i poważanego w latach 50. i 60. tygodnika „Dookoła Świata".


Kennedy i cała reszta


W Polsce skończyło się na gazetach, ale na świecie zabrały głos największe autorytety minionego wieku. Debaty o spodkach odbyły się w amerykańskim Kongresie, Bundestagu i parlamencie francuskim. Mówili o nich wszyscy amerykańscy prezydenci drugiej połowy XX wieku. W 1950 roku Harry Truman: – Jestem przekonany, że latające spodki, jeśli istnieją, nie są wytworem żadnej z ziemskich potęg. W 1954 roku gen. Dwight Eisenhower: – Nie wierzę, aby spodki przybywały do nas z jednej pojedynczej planety. W roku 1961 John F. Kennedy: – Doszedłem do wniosku, że to rzeczywiście muszą być statki kosmiczne, które przybywają do nas z innych światów. W 1976 roku Gerald Ford: – Jestem szczególnie zainteresowany wyjaśnieniem sprawy (spodków), bowiem szczególnie dużo obserwacji miało miejsce w moim rodzinnym stanie Michigan.


Dlaczego UFO zniknęło wraz z zimną wojną?


Książkę „Nowoczesny mit o rzeczach widywanych na niebie” ogłosił w 1958 roku sam Carl G. Jung. Zdaniem Junga UFO było nieświadomym wyrazem lęku ludzi żyjących w okresie globalnego kryzysu cywilizacji. „W groźnej sytuacji, w której znajduje się dziś świat, kiedy zaczynamy rozumieć, że stawką konfliktu staje się cały glob, fantazja dająca początek projekcjom sięga ponad sferę ziemskich organizacji i potęg w sferę nieba, tj. w kosmiczną przestrzeń międzygwiezdną, gdzie kiedyś władcy losu, bogowie mieli swą siedzibę na innych planetach” – pisał Jung. Wszechpotęga technicznej cywilizacji i zmierzch chrześcijaństwa zrodziły jego zdaniem nową formę odwiecznego boskiego archetypu, formę techniczną, latającego spodka właśnie, który człowiek współczesny akceptuje łatwiej niż eschatologię chrześcijańską.

Choć Jung swoje tezy sformułował pod koniec lat 50., fenomen UFO rzeczywiście przeminął wraz z zimną wojną. 


Faceci w czerni 


Kolejny polski boom na UFO w latach 1978--1980 sceptycy łączyli z wejściem na ekrany kin filmu Stevena Spielberga „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977). Argumentowali, że na całym świecie liczba obserwacji spodków rośnie wprost proporcjonalnie do liczby sprzedanych biletów.

Pierwsza polska organizacja ufologiczna, Klub Kontaktów Kosmicznych, w 1979 roku zebrała 39 relacji prasowych o UFO: 23 obserwacje nocne, 9 dziennych, 6 spotkań, po których pozostały fizyczne ślady obecności spodków (wypalona trawa itp.) i jedną obserwację samych pilotów obcego pojazdu. To trzy artykuły w miesiącu. Czyli UFO co 10 dni.


Entuzjazm ufologów


Wraz z pojawieniem się pierwszych polskich badaczy tematyka zyskała nową jakość. Nie tylko liczyli oni doniesienia prasowe i sami zbierali relacje naocznych świadków, ale stworzyli także UFO-publicystykę – suche doniesienia o pojawieniu się latających talerzy zostały wzbogacone o próby tworzenia pierwszych teorii o ich pochodzeniu. Dzięki nim UFO przeprowadziło się z kiosków do księgarni. Rekordy popularności biły miesięczniki „Fantastyka” i „Problemy”, które obok literatury science fiction zarezerwowały stałe miejsce dla UFO-tajemnic. Najgłośniejsza historia lat 70. – relacja rolnika z Lubelszczyzny Jana Wolskiego z wizyty na pokładzie pojazdu obcych – stała się częścią popkultury. Na jej kanwie powstało słuchowisko radiowe i komiks w popularnym magazynie „Relax”.

Wraz z rosnącą liczbą badaczy i entuzjastów w latach 80. rodziły się coraz bardziej fantastyczne koncepcje tłumaczące zjawisko. Większość charakteryzowała się swoistym synkretyzmem, nadając lokalny polski rys starożytnym mitom i współczesnym legendom znanym już na Zachodzie.

Krakowski ufolog Robert Leśniakiewicz, dziś emerytowany kapitan Straży Granicznej, w książce „Projekt Tatry” opisał np. spotkanie z MIB-ami, czyli facetami w czerni (z angielskiego „Men in Black”). Dziwnymi, nieprzyjaznymi osobami w czarnych strojach i przeciwsłonecznych okularach, które miały nękać świadków pojawienia się UFO i osoby interesujące się tym zjawiskiem. Grozili, straszyli i składali dziwne propozycje. W środowisku ufologicznym na poważnie rozgorzał spór, czy MIB to agenci wywiadu, czy też Obcy we własnej osobie.

Bodaj najbardziej fantastyczna publikacja owych lat to „Tunele UFO spod Babiej Góry” autorstwa Antoniego Pająka. Profesor i wykładowca fizyki twierdził, że UFO potrafią podróżować nie tylko po niebie, ale także pod ziemią, gdzie są wytopione setki szklistych tuneli. Jeden z nich pod Babią Górą, co potwierdza wiele ludowych podań zebranych przez Pająka. O tunelu wiedzieli hitlerowcy, którzy szukali drogi do znanego z tybetańskich mitów podziemnego królestwa Agharty. Niestety, wejścia do tunelu wysadziła – donosi Pająk – Armia Czerwona w 1945 roku. Trzeba je więc dopiero odnaleźć.

Powstał też cały nurt ufologii, który uważał spodki za zaginioną tajną technologię III Rzeszy. Produkcja niemieckich latających talerzy miała być zlokalizowana właśnie na terenie dzisiejszej Polski – w podziemnym kompleksie w Górach Sowich.


 Na każdy temat


Wobec takiego kalibru UFO-legend nie wzbudził sensacji wyemitowany na początku lat 90. odcinek talk-show „Na każdy temat”. Pani Zofia Namilik ze Świebodzic ogłosiła w nim, że została porwana na statek obcych, gdzie wszczepiono jej implant niewiadomego przeznaczenia. Pani Zofia na dowód gotowa była nawet okazać stosowną dokumentację medyczną. Ale zainteresowanie widzów było nikłe, a wydawcy zawiedzeni – okazało się, że UFO spowszedniało. Nie budziło już takich emocji, mimo że u schyłku swej ziemskiej kariery stało się wyraźnie ludziom wrogie. Na całym świecie mnożyły się historie takie jak pani Zofii. UFO ludzi porywało, kolczykowało i maltretowało.


Lem ma dość


Zmęczeniu tematem dał wyraz Stanisław Lem, pisząc u schyłku lat 80. na łamach „Problemów”, że zajmowanie się kosmitami jest zajęciem całkowicie bezowocnym: 
„Hipotez dotyczących UFO jest dziś nieporównanie więcej i są one daleko bardziej skomplikowane, wyrafinowane, rozczłonkowane niż u startu tych dociekań. Jednocześnie w badaniach (…) nie można dostrzec żadnego rozwoju, żadnego ruchu postępowego, żadnych takich fenomenów, które nie są ani wariantem, ani powtórzeniem tylko fenomenów już uprzednio zauważonych. Nigdy też UFO nie pozostawiło po sobie żadnego materialnego śladu, który mógłby stać się przedmiotem poważnych badań”.

Pod koniec ubiegłego wieku latające spodki stopniowo znikły z dostępnego masom nieba, by współcześnie utrzymywać z ludźmi kontakty zdecydowanie bardziej intymne i elitarne. Jedni wybrańcy są porywani, inni doznają bezpośredniego przekazu do mózgu. (Polska jest reprezentowana głównie przez panią Barbarę Marciniak, która twierdzi, że weszła w bliższe relacje z mieszkańcami gwiazdozbioru Plejad).

Janusz Zagórski, badacz latających spodków młodszego pokolenia, ostatni raz czuł prawdziwy dreszcz ufologicznych emocji w Wylatowie, gdzie jego zdaniem trzy lata (2001-2003) z rzędu pojawiały się ślady UFO, choć nowego rodzaju – nie na niebie, lecz w zbożu – tzw. zbożowe kręgi. Może godzinami opowiadać o nocach, gdy polował na UFO, o ochotniczych patrolach przeczesujących wylatowskie pola, o kamerach, które rejestrowały całą okolicę i były podłączone do Internetu, by cały świat mógł zobaczyć, jak powstaje zbożowy piktogram. Och, jakie to było napięcie, gdy tysiące czekały, aż pojawi się znak. Nigdy się jednak nie pojawił. Nic się też nigdy nie nagrało i nikt niczego nie zobaczył. Oprócz pogniecionego zboża.


Moje 3 grosze




Korzystając z okazji chciałbym uzupełnić i sprostować kilka spraw, które poruszono w tym artykule, i tak:

1. Sprawę Incydentu Gdynia’59 badał Bronisław Rzepecki w 1998 roku wraz z ekipą japońskiej telewizji Kanał 8 TTV – producent Keji Ogawa, która zrobiła program m.in. na temat tegoż Incydentu. Wnioski z badań swych zawarł w artykule pt. „Incydent Gdyński” na łamach „Wizji Peryferyjnych” nr 6/1997, ss.5-10, a także miesięcznika Wojsk Ochrony Pogranicza „Granica”. Poza tym wypowiadał się na ten temat w programach TVN i Gdańskiej TVK w 1998 roku. 




2
. Obszerną analizę tego Incydentu dałem także na stronach mojej pracy „UFO i Kosmos” (Tolkmicko 2010), w której zasugerowałem, że była to pierwsza udana próba zestrzelenia amerykańskiego sztucznego satelity Ziemi 1958 Zeta SCORE.

3. Obserwacja UFO nad Łodygowicami nie była jedyną w tym czasie i tym regionie Polski, bowiem w 1957 roku zaobserwowano dwukrotnie przelot czerwono świecącego BOL nad wsią Milówka k./Żywca.

4. Jednym z pierwszych zdjęć UFO w Polsce jest także zdjęcie wykonane przez pana Stefana Rzynkowskiego z Krakowa w lecie 1957 roku, na Zatoce Gdańskiej.

 UFO nad Zatoką Gdańską - zdjęcie Stefana Rzynkowskiego (u góry)
UFO nad Muszyną - zdjęcie dr Stanisława Kowalczewskiego (u dołu)

5. Dlaczego UFO znikły wraz z Zimną Wojną? Uważam, że Jung pisał jakieś bzdury, bo odpowiedź wydaje się być o wiele prostsza, a mianowicie: pod koniec lat 80. XX wieku spopularyzowała i rozprzestrzeniła się na świecie sieć informacyjna oplatająca całą planetę swymi światłowodowymi i radiowymi łączami. To Internet. Po co latać i narażać się na próby zestrzelenia, kiedy wystarczy podłączyć się do Sieci i ma się kopalnię informacji o Ziemi i jej mieszkańcach – od A do Z? Po co narażać się na kontakty z Ziemianami, którzy mają różne głupie pomysły i mogą zaatakować, jak jakiś pijany Polak z Mycisk Niżnych gości z Aldebarana - niejakiego Ngtrxa i Pwdrwka… - co opisał ongi już wspomniany powyżej Stanisław Lem.

6. Nie jestem z Krakowa, ale jestem związany z krakowskim środowiskiem ufologicznym.

7. Prof. dr inż. Jan Pająk – nie Antoni – rzeczywiście zajmował się swego czasu Babią Górą i jej podziemiami. Niestety, nie znalazł Tunelu o Szklistych Ścianach. Osobiście uważam, że komuś bardzo zależało na tym, by go zasypać, ale z drugiej strony gdyby Obcym na tym zależało, to od dawna by go udrożnili…

8. UFO i ufologia spowszechniała przeciętnemu zjadaczowi chleba, bo w tzw. „wolnej” Polsce przeciętny Kowalski musi wyżywić rodzinę, a nie zajmować się astronomicznymi mrzonkami. I to jest główna przyczyna braku zainteresowania. Tym niemniej, nie jest jeszcze tak źle – bo np. na mój blog „Wszechocean” mam codziennie ok. 1200-1300 wejść, co stanowi całkiem przyzwoity wynik.


9. Stanisław Lem bardzo dokładnie wypowiedział się na temat tego, czym są UFO. Odpowiedź zawarł on m.in. na stronicach „Dzienników gwiazdowych”, gdzie odsyłam zainteresowanych Czytelników.

10.        Na temat kontaktów telepatycznych z Obcymi (CE-III-F, CE5) pisałem już niejednokrotnie. Osobiście uważam, że nie są to jakiekolwiek wiarygodne relacje choćby ze względu na niewielki stopień skomplikowania ludzkiego mózgu i ograniczone możliwości percepcji przezeń fal elektromagnetycznych.

11.        Janusz Zagórski zrobił wiele dobrego dla polskiej ufologii – m.in. zwołał kilkanaście konferencji znanych pod nazwą UFO Forum, w trakcie których można było wymienić się wiedzą z Koleżankami i Kolegami z różnych stron kraju i zagranicy. Obecnie także prowadzi programy we wrocławskiej NTV poświęcone m.in. ufologii i kontaktom z Obcymi.

12.        Ze sprawą pokazywania się agroznaków (agrosymboli, kręgów zbożowych) na naszych polach uprawnych było podobnie jak z UFO – najpierw interesowali się nią wszyscy, a potem powoli zainteresowanie zgasło i teraz zajmują się nią tylko entuzjaści, jak np. Adam Piekut. A szkoda, bo to było bardzo ciekawe. Niestety – jak zwykle pojawili się cropmakerzy, którzy wygniatali piktogramy dla kawału. To też się przyczyniło do spadku zainteresowania agroznakami…